- Opowiadanie: Bubisław - Metoda inwazyjna

Metoda inwazyjna

Cześć, przed Wami mój ab­so­lut­ny de­biut na polu fik­cji li­te­rac­kiej. Zde­cy­do­wa­nie wię­cej w nim po­li­ti­cal fic­tion, niż scien­ce, ale ze wzglę­du na po­ru­sza­ne te­ma­ty jak naj­bar­dziej do tej ka­te­go­rii pa­su­je. Będę wdzięcz­ny za każdą kry­ty­kę, przede wszyst­kim kon­struk­tyw­ną, ale wszyst­ko poza per­so­nal­ny­mi in­wek­ty­wa­mi bę­dzie dla mnie cenne :-)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Metoda inwazyjna

Wszystko zaczęło się niepozornie. Traf chciał, że Instytut Astronomiczny Uniwersytetu Wrocławskiego, jako jedyne obserwatorium na świecie, wpatrywało się wówczas w ten właśnie fragment przestrzeni kosmicznej. Trwająca wówczas w ośrodku wielomiesięczna misja obserwacji zmian gęstości pierścieni Saturna z pewnością nie należała do przełomowych, a jej wyniki raczej nie miały szans trafić na czołówkę magazynu "Science". A jednak trafiły. I nie tylko tam, lecz na pierwszą stronę każdego większego dziennika na Ziemi. Między innymi za sprawą mojego skromnego artykułu, który był przedrukowywany przez wszystkie poważne agencje prasowe świata. Ale o tym później. Cofnijmy się do tego pierwszego dnia, gdy otrzymałem łaskawe zaproszenie na specjalną konferencję prasową zorganizowaną przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.

Otrzymanie wejściówki na spotkanie z dziennikarzami po nadzwyczajnym zebraniu Rady Ministrów graniczyło z cudem. Naczelny musiał powołać się na kilka przysług, jakie winni mu byli prominentni członkowie partii rządzącej za zatuszowanie ich udziału w ostatniej aferze z lipnymi nieruchomościami. Wiedział jednak doskonale, że musimy wysłać tam kogoś za wszelką cenę. Bycie poczytnym opiniotwórczym dziennikiem, którym regularnie straszy obywateli telewizja publiczna zobowiązuje.

Po wejściu do sali konferencyjnej Kancelarii Premiera dało się wyczuć duże napięcie. Dziennikarska brać czuła nosem, że kroi się coś ważnego. Wyglądali niczym stado hien, które zauważyły utykającą antylopę. Niektórzy chyba ostatkiem sił powstrzymywali się przed oblizywaniem warg. Nie mówię tego z przyganą. Sam czułem to samo, co oni. W ostatnich miesiącach nic bowiem nie cieszyło się taką popularnością jak materiały o ministrze Paszczyńskim. Niedługo po nominacji na stanowisko szefa MSW stał się prawdziwą gwiazdą obozu władzy. Radykalne, niekiedy wręcz obrazoburcze wypowiedzi kierowane pod adresem imigrantów, opozycji czy unijnych polityków zapewniły mu uwielbienie partyjnego betonu i co bardziej ograniczonego umysłowo elektoratu. Znamienne było, że to właśnie on poprowadzi konferencję w Kancelarii Premiera, a nie sam prezes. W kuluarach krążyły coraz mniej skrywane plotki, że Paszczyński wkrótce go zastąpi.

Udało mi się przecisnąć do drugiego rzędu i kucnąć w kącie z włączonym dyktafonem. Miałem stąd niezły widok zarówno na mównicę, jak i na zgromadzonych na sali ludzi.

Nagle ucichła większość rozmów, a pomieszczenie rozświetliły błyski fleszy. Paszczyński wkroczył na salę powolnym, majestatycznym krokiem, niczym transatlantyk opuszczający port. Wspiął się na podest i obiegł wzrokiem pokój i zastygłe w oczekiwaniu twarze.

Minister był tłusty. Nie należę do osób łatwo szufladkujących innych ludzi, ale minister był tłusty i to w każdym znaczeniu tego słowa. Nie tylko w sensie wagi czy wydzieliny opuszczającej gruczoły potowe jego ciała. Na swoich dodatkowych podbródkach mógł liczyć równie dobrze jak na palcach u rąk. Jak już mówiłem, był również jedną z najgrubszych ryb w rządzie, dlatego też jego jawne zdenerwowanie szybko wprowadziło niepokój w szeregi moich kolegów po fachu. Paszczyński bowiem, wbrew swej aparycji wiejskiego gospodarza, był człowiekiem dalece niegłupim. Choć swoją karierę polityczną budował długo i powoli, od dawna wiadomo było, że jest wytrawnym graczem. Doskonale potrafił wyczuwać nastroje społeczne i odpowiednio się do nich dopasowywać. Mówił zawsze ze swadą godną antycznych retorów. Zawsze z głowy, nigdy z kartki. Dziś leżał przed nim pokaźny plik, w który Paszczyński wpatrywał się intensywnie przez długą chwilę nim rozpoczął:

– Ekhm… Tak, witam wszystkich państwa bardzo serdecznie na konferencji prasowej poświęconej nadzwyczajnemu zebraniu Rady Ministrów, które miało miejsce w dniu dzisiejszym. Dla porządku powiem, że najpierw wygłoszę krótkie oświadczenie, a potem będzie czas na rundę pytań.

Po tych słowach Paszczyński nerwowym ruchem poprawił napięty do granic możliwości kołnierzyk od koszuli i przeszedł do czytania z kartki.

– W dniu dwudziestym trzecim kwietnia bieżącego roku obsługa obserwatorium Instytutu Astronomicznego Uniwersytetu Wrocławskiego w Białkowie, w województwie dolnośląskim, dokonała ważnego odkrycia. W trakcie trwania misji badawczej mającej, na celu obserwację pierścieni Saturna, teleskop wykrył ponad setkę obiektów nieznanego pochodzenia, doskonale widocznych na tle tarczy planety. Obiekty poruszały się ze znaczną prędkością. Po zbadaniu ich trajektorii eksperci doszli do wniosku, że kierują się w stronę Ziemi. Choć nie możemy mieć póki co pewności co do natury tego zjawiska… – Tu minister zrobił dłuższą pauzę, jakby zbierał się na odwagę by kontynuować. – Choć nie możemy mieć pewności co do natury tego zjawiska, to mając na uwadze wyraźny szyk, w jakim poruszają się obiekty, nie możemy wykluczyć, że po raz pierwszy w historii ludzkości mamy do czynienia z kontaktem z cywilizacją pozaziemską.

Paszczyński wyraźnie zamierzał ciągnąć swą wypowiedź dalej, ale nie było to możliwe, gdyż sekundę później sala eksplodowała wykrzykiwanymi przez dziesiątki głosów pytaniami, a flesze wszystkich aparatów ponownie zabłysły. Sam nie zdobyłem się na żadną reakcję. Dominowało we mnie niedowierzanie pomieszane z ekscytacją. Szybko jednak wziąłem wewnętrzny zimny prysznic i ostudziłem swój entuzjazm. To musiał być jakiś głupi żart, prawda?

Minister tymczasem założył ręce na piersi i czekał.

– Szanowni państwo, to jeszcze nie koniec oświadczenia – powiedział ze zniecierpliwieniem. – Nie będę kontynuował, póki nie mam do tego warunków.

Należy pochwalić moich rozentuzjazmowanych kolegów, że potrafili obniżyć poziom hałasu o kilka decybeli, tak by Paszczyński mógł dokończyć wystąpienie.

– Jesteśmy w kontakcie z ośrodkami badawczymi z innych krajów i próbujemy potwierdzić zdobyte informacje – kontynuował beznamiętnym tonem minister. – O rezultatach będziemy informować państwa na bieżąco. Rząd polski prosi o zachowanie spokoju i oczekiwanie na dalsze relacje. Nie ma najmniejszych powodów do paniki. Cel wizyty przybyszów, jeśli tym właśnie są owe obiekty, pozostaje nieznany. Rada Ministrów podjęła decyzję o natychmiastowym nakierowaniu dostępnych w polskich ośrodkach naukowych radioteleskopów na obszar, gdzie znajdują się obiekty oraz o uruchomieniu nadzwyczajnych środków z rezerwy budżetowej i przeznaczeniu ich na cele badawcze. Zostanie także powołany sztab kryzysowy, który koordynować będzie działania poszczególnych resortów w nadchodzących tygodniach.

Paszczyński podniósł wzrok znad kartki i ponownie rozejrzał się z namysłem po sali.

– Panie i panowie, na tym kończę oficjalny komunikat Rady Ministrów – oznajmił minister. – Ze swojej strony chciałbym powiedzieć, że to wspaniały dzień w historii narodu polskiego. Doprawdy, wspaniały dzień. Jeżeli przypuszczenia naszych znakomitych naukowców okażą się prawdą, to właśnie Polska zapisze się na stałe w dziejach cywilizacji ludzkiej!

Głos Paszczyńskiego podnosił się, a dolna szczęka oraz większość jego podbródków zaczęła drżeć z dumy.

– Jeżeli to my jako pierwsi odkryliśmy inną cywilizację, to będzie to przewrót na miarę Kopernika. Nie – dodał po namyśle – większy! Tysiąc lat od teraz ludzie będą mówić, że nowa era ludzkości zaczęła się właśnie tutaj, w naszej ukochanej Rzeczypospolitej! – To ostatnie zdanie podkreślił tak soczystym uderzeniem pięścią w blat, że aż się wzdrygnąłem.

– Ale musimy też pamiętać – ciągnął dalej minister ze zmarszczonym czołem – że przybysze mogą się okazać problemem. W ostatnich latach nieraz przekonaliśmy się, do czego mogą doprowadzić niechciani goście na naszej ziemi.

Paszczyński jeszcze raz omiótł wzrokiem zgromadzonych, jakby szukając spojrzeniem nieistniejących adwersarzy.

– Wiem, że wielu z was nie zgadza się z moimi słowami. Ale takie są fakty! – grzmiał dalej minister. – Obce kulturowo elementy zawsze są zagrożeniem, dlatego tym bardziej nie powinniśmy podchodzić z niepotrzebnym entuzjazmem do tego ewentualnego spotkania. Kimkolwiek są ci przybysze, nie spotkaliśmy do tej pory kultury bardziej obcej niż ta. Nie bez przyczyny określa się ich prostym słowem – obcy. Oni będą wyglądać inaczej, myśleć inaczej, wyznawać inne wartości. A naczelnym zadaniem tego rządu, będzie przygotować społeczeństwo na spotkanie z nimi i dowiedzieć się o nich jak najwięcej, zanim do niego dojdzie. To tyle z mojej strony. Dziękuję państwu.

Po zakończeniu swojej tyrady Paszczyński otarł pot z czoła, a jego głośne, świszczące sapanie rozlegało się echem na sali, którą ogarnęła kompletna cisza.

Lawina pytań, która nastąpiła tuż potem była niczym biegnące stado bydła na amerykańskim westernie. Rozpoczęła się gdzieś w odległym zakątku pomieszczenia, by stopniowo przybliżać się, aż stała się oszałamiającą kakofonią dźwięków. Minister uniósł obie dłonie w uspokajającym geście.

– Panie i panowie, w ten sposób do niczego nie dojdziemy. Zrobimy tak, moja asystentka wyznaczy kilka osób, które będą mogły zadać pytanie, a na resztę mój gabinet odpowie w późniejszym terminie. W miarę możliwości rzecz jasna.

Z ciemnego szeregu bezimiennych twarzy stojących za Paszczyńskim wystąpiła młoda dziewczyna w wieku około dwudziesty pięciu lat. Miała bardzo przyjemną twarz o dużych, ciemnobrązowych oczach oraz długie do ramion kruczoczarne włosy z grzywką przyciętą tuż nad brwiami. Wysportowana sylwetka i eleganckie, wykonywane z gracją ruchy dopełniały ten piękny obrazek. Izabela Kurjata została prawą ręką Paszczyńskiego prawie pół roku temu z zadaniem ocieplenia jego wizerunku. I zdecydowanie jej się to udało. Jeżeli chodzi o większą część męskiego grona, gdy Izabela zjawiała się w polu widzenia robiło się wręcz gorąco. Niechętnie muszę przyznać, że również należałem do tej grupy. Była piękną kobietą, do tego ewidentnie zdeterminowaną i ambitną. Więcej nie mogłem o niej w tym momencie powiedzieć, jako że nie miałem okazji poznać jej bliżej, czy choćby zamienić kilku słów na osobności.

Izabela stanęła obok ministra, a jeden z pracowników obsługi Kancelarii podał jej mikrofon. Asystentka ubrana była w prostą czarną spódnicę, białą bluzkę oraz buty na obcasie. Jedynym wyróżniającym się elementem stroju były duże srebrne kolczyki-obręcze. Ze swoją urodą nie potrzebowała silić się na oryginalność stroju. Zresztą ponoć Paszczyński nie przepadał za niepotrzebną ekstrawagancją u swoich współpracowników.

– Dzień dobry państwu, nazywam się Izabela Kurjata – zaczęła swoim cichym i spokojnym, acz zdecydowanym głosem asystentka ministra. – Przejdziemy teraz do zadawania pytań. Jako pierwszego poproszę przedstawiciela mediów publicznych. Panie Piotrze, może pan zacznie?

Z pytaniem zwróciła się do siedzącego w pierwszym rzędzie niskiego człowieczka w okularach. „Pan Piotr” był stałym prowadzącym głównego wydania „Dziennika Publicznego”, a przy tym prawdopodobnie największym apologetą obecnej władzy na całej sali, włączając w to samego Paszczyńskiego. Jego wypowiedź nie zdziwiła więc nikogo:

– Panie ministrze, bardzo dziękujemy za wyczerpującą wypowiedź. Chciałbym tylko doprecyzować, po pierwsze, czy podzieliliśmy się już tą wiedzą z naszymi sojusznikami oraz jaka była ich reakcja? Czy nie istnieje obawa, że nasz wkład w to dziejowe wydarzenie zostanie pominięty lub zmarginalizowany?

Pytanie, rzecz jasna, kompletnie bez związku z sednem zagadnienia, co wielu moich kolegów skwitowało kpiącymi uśmieszkami.

Izabela i Paszczyński pozostali jednak niewzruszeni.

– Dziękuję bardzo za to pytanie – powiedziała asystentka. – Panie ministrze?

– Tak – odparł Paszczyński – ja również dziękuję. Rzeczywiście w przeszłości nieraz spotykaliśmy się z przykładami deprecjonowania wkładu Polaków w ważne wydarzenia historyczne. To był jednak objaw prowadzenia niewłaściwej i słabej polityki, rzekłbym nawet służalczej. My nie dopuścimy do takiego rozwoju wypadków. Pozyskane przez nas dane obserwacyjne są kluczowe i dostęp do nich będzie ściśle reglamentowany, a o wynikach naszych badań informować będziemy wyłącznie naszych najbliższych partnerów.

Szanowny przedstawiciel mediów publicznych oczywiście jeszcze nie skończył, więc potem nastąpiła seria kolejnych, równie bzdurnych pytań. Dopiero po kilku minutach do mikrofonu dorwał się nareszcie ktoś sensowny. Na Marka, jednego z prezenterów największej komercyjnej stacji telewizyjnej w kraju, zawsze można było liczyć. Miał chłop łeb na karku, lubiłem go. Nie zawiódł mnie i tym razem, pytając o to, nad czym sam najmocniej się zastanawiałem.

– Panie ministrze, czy możemy zobaczyć jakiekolwiek dowody na poparcie pańskich słów? Bo na razie mamy do czynienia wyłącznie z ciekawą historyjką do Ultra Expressu. Gdzie zdjęcia? – sceptycznie kontynuował Marek. – Gdzie dane obserwacyjne? Gdzie wreszcie są eksperci i naukowcy, którzy dokonali odkrycia? Kiedy będziemy mieli okazję z nimi porozmawiać?

Izabela miała już zacząć swoją zwyczajową formułkę, ale Paszczyński przerwał jej ruchem ręki.

– Wie pan co? – odpowiedział Paszczyński zgrzytnąwszy nieco zębami. – Ma pan rację. Dlaczego ja mam tu odpowiadać na pytania o rzeczy, o których niewiele wiem. Ja jestem prostym ekonomistą. Astronomia, czy astrobiologia to tematy mi odległe. Najlepiej będzie zorganizować konferencję z udziałem naszych najlepszych ekspertów. Może jutro o tej samej porze? – zaproponował Paszczyński z przymilnym uśmiechem. – Co państwo na to?

Ze strony sali rozległ się nieartykułowany szmer, z którego nie sposób było wydobyć pojedyncze słowa.

– Doskonale! – stwierdził jednak minister, po czym szybko dodał: – Tak będzie lepiej, tym bardziej, że mój czas dziś się już kończy. Dziękuję wszystkim za przybycie i do zobaczenia jutro.

Z tymi słowy obrócił się na pięcie i szybkim krokiem skierował się w kierunku drzwi popędzając gestem swoich współpracowników. Odprowadzał ich grad okrzyków i błyski fleszy. Najdłużej na podeście pozostała Izabela, ewidentnie równie zaskoczona przebiegiem wypadków, jak my wszyscy. Zanim odwróciła się, by podążyć za Paszczyńskim, nasze oczy spotkały się. Uśmiechnęła się, a ja poczułem lekkie ciepło na twarzy niczym jakiś nastolatek z nadmiernie aktywnym układem hormonalnym. Chwilę później Izabela wyszła, pozostawiając za sobą pokój pełen chaosu i pytań bez odpowiedzi.

***

Tuż po zakończeniu konferencji w mediach rozpoczęło się prawdziwe pandemonium. Eksperci z dziedzin astronomii i astrofizyki wędrowali od studia telewizyjnego do studia, starając się odpowiadać na pytania dziennikarzy w programach na żywo, które trwały do późnych godzin nocnych. Ja sam stworzyłem jedynie krótką notatkę, przekazującą suche fakty na temat konferencji. Liczyłem, że po jutrzejszym spotkaniu z naukowcami zajmującymi się od początku tą sprawą będę posiadał wiedzę na obszerniejszy artykuł.

Podczas gdy cała Polska nie spała i żyła tym niesamowitym odkryciem, większość świata pozostawała jeszcze w błogiej nieświadomości. Dopiero rankiem rozdzwoniły się telefony od kolegów z Francji i Niemiec proszących o jakiekolwiek nowe informacje, niedostępne za pośrednictwem oficjalnych kanałów. Gdy tłumaczyłem im, że póki co sam nic nie wiem, czułem po drugiej stronie słuchawki nieufność i przekonanie, że coś ukrywam. Póki co nie zostały przedstawione także żadne inne potwierdzone obserwacje astronomów ze świata. Stawiało to pod znakiem zapytania realność całego wydarzenia.

Wkrótce także oficjalne czynniki w pozostałych krajach zaczęły domagać się odkrycia przez Polskę kart i przedstawienia jasnych dowodów na poparcie tezy o istnieniu obcej floty. Jeszcze przed południem przedstawiciele polskiego rządu zapewniali, że podczas wieczornej konferencji podzielą się wszystkimi dostępnymi informacjami.

Około czternastej gruchnęła jednak wiadomość, że konferencja została odwołana. Oficjalny komunikat wyjaśniał, że w porozumieniu z naszymi najbliższymi sojusznikami, czytaj: pod dyktando USA, podjęta została decyzja o ograniczeniu dostępu do zgromadzonych danych. Cały zespół badawczy, który uczestniczył w pierwotnej obserwacji, zostanie odizolowany, a dostęp do ich raportu będzie ściśle kontrolowany na najwyższym szczeblu.

W ten sposób skończyła się krótka kariera mojego wyimagowanego artykułu wartego Pulitzera, a w najgorszym razie Paszportu Polityki. Żal był tym większy, że wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że jednak coś było na rzeczy. Po krótkim południowym spotkaniu z delegacją amerykańską media w USA nagle przestały podawać w wątpliwość tezy polskiego rządu, a zaczęły skupiać się na zapobieganiu panice. Wszyscy wiemy, że w Stanach inwazja obcych kojarzy się raczej negatywnie. Zmiana tonu przekazywanych informacji widoczna była także na zachodzie Europy. Rosjanie z kolei nieoficjalnie przyznali, że ich ośrodki badawcze także zarejestrowały pewne niewyjaśnione zjawiska.

Zniechęcony myślą, że to wiekopomne wydarzenie, po którym nic już nigdy nie będzie ważnym newsem, wymyka mi się przez palce, sięgnąłem po najlepszego przyjaciela każdego reportera, czyli butelkę whiskey. Po dwóch godzinach niemal pusta już butelka turlała się po nieco krzywej podłodze mojego mieszkania na warszawskiej Białołęce, wypuszczona z bezwładnie zwieszonej z kanapy ręki. Zresztą może to nie podłoga była krzywa tylko mój ogląd sytuacji uległ już dość znaczącemu wykrzywieniu i postrzeganie płaszczyzn otaczającego świata sprawiało mi niejaki problem.

Z błogiego alkoholowego otępienia wyrwał mnie dźwięk dzwonka telefonu. Zarejestrowałem go nie od razu, jako że był to fabryczny dzwonek komórki, którego nie zdążyłem jeszcze zmienić. Kolejny z długiej już serii wymienianych co rok koreańskich produktów odzywał się przyjemną, nienachalną melodyjką. Walcząc przez chwilę z bezlitosną grawitacją doczłapałem w końcu do telefonu.

– Tak? Słucham? – wyrzuciłem z siebie spinając przy tym wszystkie mięśnie by brzmieć na mniej pijanego niż byłem. Jak każdy człowiek w podobnej sytuacji, poniosłem rzecz jasna sromotną porażkę.

– Dzień dobry, z tej strony Izabela Kurjata, czy mam przyjemność rozmawiać z panem Janem Koniecznym? – Choć nieco zniekształcony, z łatwością rozpoznałem dobywający się z słuchawki głos asystentki ministra Paszczyńskiego.

– Pszy teflonie – potwierdziłem z nonszalancją, która niestety przerosła mój nadmiernie rozluźniony język.

– Jeśli jest pan teraz zajęty, mogę zadzwonić później… – odparła z wyraźnym wahaniem Izabela.

Cholera – pomyślałem – domyśliła się. A tak dobrze ukryłem swoją chwilową niedyspozycję. Postanowiłem podjąć jeszcze jedną, desperacką próbę zebrania się w sobie.

– Nie nie, proszę się nie martwić, jestem tylko nieco przeziębiony, w jakiej sprawie pani dzwoni?

W międzyczasie udało mi się wstać z klęczek i zająć nieco bardziej wygodną pozycję na kanapie.

– Jak pan pewnie wie, pracuję w biurze ministra Paszczyńskiego. Był pan obecny na naszym ostatnim spotkaniu z mediami dotyczącym wykrycia kosmicznych obiektów. Czy mogę przyjąć, że wciąż jest pan zainteresowany tym tematem?

Mój skąpany w szkockiej umysł zrobił krótką pauzę, a następnie wskoczył na wyższe obroty. Może jednak nie wszystko stracone.

– Jak najbardziej, czy odbędzie się jednak kolejna konferencja?

– Nie… nie to miałam na myśli. Widzi pan, na spotkaniu międzyresortowym panu ministrowi udało się przekonać premiera, że całkowite wyciszenie tego tematu może mieć negatywne skutki społeczne i najlepszym wyjściem będzie dopuszczenie wąskiej, wyselekcjonowanej grupy przedstawicieli mediów do naszych naukowców i ich badań tak, by mogli zrelacjonować wszystko opinii publicznej i uspokoić nastroje.

Moje serce na chwilę stanęło. Chyba już wiedziałem, co Izabela powie za chwilę, choć bałem się zapeszyć.

– Minister Paszczyński zasugerował, żeby to pan jako pierwszy odwiedził wrocławskie obserwatorium i zapoznał się z danymi. Czy byłby pan zainteresowany? Niestety, jak pan doskonale wie, sprawa jest pilna, musiałby pan wyruszyć jutro z samego rana.

– Oczywiście, to dla mnie żaden problem – odparłem, z trudem powstrzymując wpełzający na moje usta głupkowaty uśmiech. – Będę zaszczycony mogąc wziąć w tym udział.

Mój mózg tylko połowicznie słuchał już ciepłego głosu Izabeli, gdy dodała:

– Pan minister prosił również, żebym pojechała z panem i wszystko panu pokazała. Jedzie pan własnym samochodem? Czy mógłby mnie pan odebrać spod Kancelarii Premiera około siódmej trzydzieści?

***

Poranek następnego dnia był koszmarem. Jak każdy dobry koszmar wiązał się z żelaznym uściskiem na żołądku, nieustannym zlaniem potem oraz trudnością z poruszaniem. Na imię było mu kac. Od wieczornego telefonu Izabeli minęło już dwanaście godzin, więc upojne towarzystwo alkoholowej kochanki dawno mnie opuściło, pozostawiając za sobą ponurego, skorego do przemocy sutenera żądającego zapłaty.

Jechałem więc spokojnie Alejami Ujazdowskimi, wesoło myśląc jakże przyjemnie byłoby odpiąć pasy, z pełnym impetem wjechać w rosnące na poboczu drzewo i zakończyć to cierpienie. Niestety, miałem jeszcze coś do zrobienia na tym świecie, więc zagryzłem zęby i zjechałem w zatoczkę autobusową naprzeciwko głównego wejścia do Łazienek Królewskich.

Izabela czekała już na miejscu, wyglądając jak zawsze nienagannie. Stanowiło to jaskrawy kontrast z moim własnym, godnym pożałowania wizerunkiem.

– Jest pan już? Doskonale – powiedziała Izabela otwierając drzwi auta. – Mamy przed sobą długą drogę. Mam nadzieję, że zdążył się pan dobrze wyspać?

Pytanie skwitowała najniewinniejszym uśmiechem świata, który jednocześnie niedwuznacznie sugerował, że doskonale wie jakie cierpię w tym momencie katusze. I że ma z tego niezłą frajdę.

– Cóż, nie jestem rannym ptaszkiem, w innych okolicznościach chętnie pospałbym jeszcze kilka minut – skwitowałem z kwaśną miną.

– Spędzimy razem trochę czasu, więc może poznajmy się oficjalnie. Izabela – powiedziała wyciągając do mnie dłoń. – Może być po prostu Iza.

– Bardzo mi miło. Janek. Może być po prostu Janek.

Uścisnąłem jej ciepłą dłoń. To mógł być bardzo romantyczny moment gdyby nie fakt, że mój mózg w panice rozmyślał wyłącznie o tym, jak bardzo w skali od jednego do dziesięciu cuchnie mi teraz z ust. Niewypowiedziane pytanie pozostało bez odpowiedzi, jako że naszą rozmowę przerwał klakson wjeżdżającego za nami na przystanek autobusu.

– No to w drogę – powiedziałem tylko, kierując auto z powrotem na ulicę i jadąc ku wylotówce na Wrocław.

Przez chwilę jechaliśmy w krępującym milczeniu. Analizowałem w myślach dziesiątki sposobów na zagajenie rozmowy, próbując wybrać ten, który zabrzmiałby możliwie najmniej głupio. Na szczęście Iza wybawiła mnie od tego zadania.

– Zdziwił się pan gdy zadzwoniłam wczoraj? – zapytała.

– Może bez tego pana. Przejdźmy na „ty”. Co TY na to?

– W porządku, ale najpierw powinniśmy wypić bruderszaft. Choć TY Janku, masz już chyba dzisiaj dość?

Ponownie złośliwa szpila wypowiedziana została z kompletnie niewinnym uśmiechem.

– A czy TY, Izo, zawsze masz w zwyczaju nabijać się z nieznajomych, cierpiących ludzi? – odwzajemniłem złośliwość.

– Ależ Janku przecież przeszliśmy już na „ty”. Nie jesteś nieznajomym.

Izabela oparła podbródek na pięści i z niecierpliwością wyczekiwała dalszego ciągu tej słownej potyczki. Ja niestety postanowiłem wywiesić białą flagę tu i teraz. Jak już wspomniałem mój umysł nie pracował póki co na najwyższych obrotach.

Zawiedziona Izabela wyprostowała się, skrzyżowała ręce na piersi i wydęła usta niczym naburmuszone dziecko.

– Spodziewałam się czegoś więcej po najlepszym felietoniście w kraju – odezwała się w końcu.

– Najlepszym? Kto pani… ci tak powiedział?

– Wszyscy w rządzie tak uważają. Zaczytują się w twoich rubrykach każdego ranka.

– Z całym szacunkiem, ale rzadko mam coś pochlebnego do powiedzenia na ich temat.

– Ale robisz to z taką swobodą! Błyskotliwie i ciętym językiem! Nie da się od nich oderwać! – Izabela zaczęła na tyle żywo gestykulować, że w niewielkiej przestrzeni o mało co nie dostałem w twarz.

– I tak właśnie mówią wszyscy w rządzie, hę? – spytałem z powątpiewaniem.

– No… – Iza na chwilę zwiesiła wzrok – Ja też często je czytuję, to przede wszystkim moja osobista opinia. Ale niemal wszyscy śledzą je z zainteresowaniem.

– Niech zgadnę. Miałaś coś wspólnego z faktem, że to właśnie mnie Paszczyński zaprosił do ośrodka jako pierwszego?

– Być może szepnęłam mu jedno lub dwa dobre słówka o tobie. – Niewinny uśmiech powrócił na twarz Izabeli, która chyba cieszyła się, że udało jej się wciągnąć mnie w rozmowę. – Oboje sądzimy, że jesteś idealną osobą, żeby przekazać te informacje w spokojny i rzetelny sposób.

– Cóż… dziękuję – odparłem, w duchu naprawdę miło połechtany tym wyrazem uznania dla mojej pracy i to jeszcze płynącym z wrogiego obozu politycznego.

Swoją drogą po Izabeli nie było zupełnie widać, że wspiera taką, a nie inną opcję polityczną. Kto wie, może to jednak mimo wszystko też ludzie.

– A co ty właściwie sądzisz o tym wszystkim? – Wykonała nieprecyzyjny ruch ręką, który w zamyśle określić miał chyba zbiór rzeczy, do których odnosiło się pytanie.

– Mówisz o obcych? – Izabela przytaknęła. – Chyba zawsze wierzyłem, że istnieją. Ale wiesz… gdzieś tam pośród gwiazd galaktyki. Może tysiąc lat świetlnych od nas, może dziesięć tysięcy, ale byłem raczej przekonany, że gdzieś tam są i kiedyś ich spotkamy. Nigdy nie byłem za to zwolennikiem teorii spiskowych o małych szarych ludzikach z wątłymi ciałkami i nadmierną fascynacją krowią anatomią. Dlatego trudno jest mi wciąż uwierzyć, że są tu, w naszym ogródku, za mojego życia. Myślę – kontynuowałem po krótkiej pauzie – że wciąż do końca w to nie wierzę. Chcę spojrzeć na te dane zarówno jako dziennikarz, jak i zwykły człowiek. No chyba, że ty już je widziałaś i możesz rozwiać moje wątpliwości tu i teraz.

– Obawiam się, że cię rozczaruję. Wiem tyle co ty. Nawet nie wszyscy członkowie gabinetu je widzieli.

– Masz jakieś własne przemyślenia na ten temat? W sumie dla przedstawicieli prawicowej, prokościelnej partii jak wasza, istnienie kosmitów musi być niewygodne. Co z dominacją człowieka i czynieniem sobie ziemi poddaną? – zapytałem z kpiącym uśmieszkiem.

– Tak właściwie, to nie jestem członkiem partii  – odparła Iza lekko się czerwieniąc. – Podzielam wiele ich poglądów, ale nie wszystkie. A w kościele nie byłam od dziecka.

Byłem tym lekko zdziwiony. Co w takim razie robiła w ekipie człowieka takiego jak Paszczyński? Nie omieszkałem o to zapytać.

– Prawdę mówiąc dostałam tę pracę z polecenia. Moja ciocia przez wiele lat była sekretarką ministra. Akurat wtedy szukałam pracy po studiach i zaproponowała mnie. Nie było łatwo się przebić, ale mogę być bardziej zdeterminowana, niż na to wyglądam – podkreśliła z dumą.

– A jaki on jest, tak na co dzień?

– Kto, Paszczyński? Jest nieco… trudnym człowiekiem. – Wzrok Izabeli na sekundę odpłynął gdzieś na bok, ale zaraz na powrót się skupiła – Ale to bardzo sprawny polityk. Sprawiedliwy i robiący co może dla kraju.

Nie drążyłem dalej tematu. Nie chciałem stawiać Izabeli w niezręcznej sytuacji. Wspomnienie o Paszczyńskim i tak chyba negatywnie odbiło się na jej humorze.

– No więc obcy. Zbliżająca się do Ziemi z niebezpieczną prędkością prawda czy bujda na resorach? – Sprowadziłem rozmowę ponownie na poprzednie tory.

– O nie, jestem pewna że są prawdziwi! Kiedyś nawet uprowadzili mnie w nocy do swojego statku i robili ze mną takie rzeczy…

Urwała, gdy zobaczyła moje szerokie jak pięciozłotówki, wpatrzone w nią zdębiałym spojrzeniem oczy. Po czym zaniosła się głośnym, niczym nie skrępowanym śmiechem. Z początku perlistym i dźwięcznym, który jednak po chwili przerodził się w jeszcze głośniejszy rechot połączony z chrumkaniem. Przez chwilę naprawdę myślałem, że się zadławi. Przez chwilę miałem nadzieję, że tak właśnie się stanie.

– Ha, ha, ha – skwitowałem. – Bardzo śmieszne. Nie mów mi takich rzeczy jak prowadzę, bo następnym razem skończymy pod ciężarówką.

– Przepraszam – powiedziała, chociaż jej twarz nie wyrażała ani odrobiny skruchy. – Tak naprawdę, to po prostu nie wiem. Nigdy nie zaprzątałam sobie głowy takimi metafizycznymi zagadnieniami. Jestem raczej z tych praktycznych, zainteresowanych przede wszystkim światem wokół mnie i moich bliskich, rozumiesz?

– Jak najbardziej. I szanuję taką postawę. Tylko że teraz, o ile wszystko okaże się prawdą, to konkretne metafizyczne zagadnienie wyląduje wkrótce w świecie wokół ciebie, z nie wiadomo jakimi zamiarami.

– Tak. I to mnie właśnie martwi. Wszystkich nas powinno martwić. Dlatego twoja rola jest taka ważna. Musisz przekonać nas wszystkich, że nie ma się czym martwić.

Powiedziała to z taką nadzieją w głosie… Dopiero w tym momencie poczułem na sobie presję. Uświadomiłem sobie, że to co zobaczę we Wrocławiu ukształtuje nie tylko mnie i moją dalszą karierę, ale być może także przyszłość całego świata. A może nawet dwóch.

W tym momencie żelazny uścisk na żołądku i nadmierna potliwość powróciły ze zdwojoną siłą.

– Postaram się – zdołałem wykrztusić.

***

Przez resztę czterogodzinnej podróży do Wrocławia nie poruszaliśmy już trudnych tematów. Izabela rozprawiała o totalnym nieposzanowaniu dla najnowszych kanonów mody wśród osób ustalających dress code w gabinecie ministra, a ja w końcu przyznałem się, jak bardzo byłem pijany podczas naszej wczorajszej rozmowy. Mniej więcej w połowie trasy kupiliśmy przy drodze kilogram czereśni i teraz całe auto uświnione było porzuconymi ogonkami i pestkami, którymi zaczęliśmy się w pewnym momencie obrzucać.

Musiałem przyznać, że Izabela była naprawdę ciekawą osobą. Miała nie tylko urodę, ale także wrodzoną inteligencję oraz ognisty charakter, który zapewne puścił już z dymem niejedno męskie serce. Podobała mi się. Ale to nie był czas ani miejsce, żeby cokolwiek z tym zrobić. Mimo to, podróż z nią przebiegła znacznie przyjemniej, niż gdybym musiał pokonać tę trasę samotnie, za co byłem Izie bardzo wdzięczny. Nawet nie zauważyłem w którym momencie objawy kaca całkowicie ustąpiły, przywracając mi humor i czystość umysłu. Tak, byłem teraz ostry jak brzytwa i gotów tworzyć historię, którą pamiętać będą przez wieki.

Około dwunastej dotarliśmy w końcu do centrum badawczego pod Wrocławiem.

Wielkie talerze radioteleskopów, stanowiących największe w Polsce obserwatorium radioastronomiczne, widocznych było już od dobrych kilku kilometrów. Sam ośrodek, wraz z kopułą mieszczącą teleskop optyczny, będący głównym obiektem naszych zainteresowań, nie przedstawiał się bardzo imponująco. Z pewnością przykuwałby znacznie mniej uwagi, gdyby zabrać sprzed wejścia tych wszystkich żołnierzy w pełnym rynsztunku bojowym oraz ich opancerzone wozy.

– Co do… – zacząłem wyrażać swoje zaskoczenie, jednak Izabela weszła mi w słowo.

– To standardowa procedura w przypadku obiektów o znaczeniu strategicznym, a taki właśnie status nadała mu wczoraj Rada Ministrów. – Izabela powtórzyła wyuczoną na potrzeby pytań dziennikarzy formułkę niczym buddyjską mantrę.

– Tak? Jakoś gdy zajechałem po ciebie pod Kancelarię Premiera nie widziałem tam żadnych czołgów. Widocznie parkują w innym miejscu.

– Tu też nie ma żadnych czołgów – odparła Izabela z uśmiechem. – To tylko działo samobieżne.

– To zmienia postać rzeczy. Od razu mnie uspokoiłaś. – Uśmiechnąłem się na moment, ale zaraz mina ponownie mi zrzedła. – Idziemy?

– Idziemy – odrzekła równie poważna nagle Izabela.

Wysiedliśmy z auta i powolnym krokiem zbliżyliśmy się do posterunku strzeżonego przez dwójkę uzbrojonych gwardzistów. Byli to mężczyzna i kobieta w mundurach ewidentnie wskazujących na przynależność do elitarnej jednostki GROM. Ich krótkie karabinki szturmowe były trzymane w obu dłoniach i w każdej chwili gotowe do wystrzału. Mężczyzna zwrócił się do nas, gdy zbliżyliśmy się na odległość około trzech metrów.

– Stać! – rozkazał surowym tonem. – Wstęp dla personelu cywilnego jest wzbroniony.

– Jesteśmy z MSW. Mamy dostęp – oznajmiła Izabela spokojnym ruchem wyciągając z torebki jakieś papiery.

Żołnierz gestem nakazał jej zbliżyć się i przyjął od niej dokumenty. Uważnie je przejrzał, podczas gdy jego partnerka ani na moment nie spuściła z nas wzroku. Nawet nie mrugnęła.

– Proszę przygotować do kontroli dokumenty tożsamości – powiedział w końcu gwardzista.

Wyjąłem zza pazuchy portfel i położyłem swój dowód na wyciągniętej już w oczekiwaniu dłoni Izabeli, która przekazała je następnie strażnikowi. Ten przyjrzał się uważnie dokumentom i naszym twarzom. Wreszcie skinął lekko głową w stronę wejścia do kompleksu, zwracając jednocześnie nasze dokumenty. Trafiły do mojej ręki, więc zmierzając w kierunku następnego posterunku miałem okazję przyjrzeć się dowodowi Izabeli. Nie przykuło to jej zainteresowania póki nie usłyszała mojego nagłego parsknięcia śmiechem.

– Scholastyka? Masz na drugie imię Scholastyka? – zapytałem rechocząc już w najlepsze.

Blada cera Izabeli nagle pokryła się czerwienią, która zawstydziłaby nowiutki komunistyczny sztandar.

– Oddawaj to! – warknęła i rzuciła się po swój dowód niczym dzikie zwierzę.

– Jak to się zdrabnia? Schola? Scholka? Lastka? – Niezrażony jej reakcją postanowiłem rozedrzeć worek z solą i wysypać jego zawartość na świeżą ranę, podczas gdy Izabela mocowała się z dokumentem, który jak na złość nie chciał grzecznie schować się w kieszonce portfela.

– Nigdy… Nikomu… Zrozumiałeś? – Głos jej dygotał, a oskarżycielski palec robił co w jego mocy, by przewiercić się na drugą stronę mojej piersi.

– Oczywiście, oczywiście… O ile powiesz mi jaka się kryje za tym historia.

Iza zmrużyła oczy analizując, czy w moich słowach kryje się jakiś podstęp.

– Powinno ci wystarczyć, że moi rodzice byli pracownikami naukowymi, którzy bardzo liczyli, że pójdę w ich ślady rozwijając karierę akademicką. Grubo się pomylili, a ja zostałam z głupim imieniem, o którym ty nikomu nie piśniesz ani słówka. Kapujesz?

Po tym jak oficjalnie zasalutowałem w odpowiedzi, Izabela odwróciła się w stronę wejścia do kompleksu i stąpając gniewnym krokiem zaczęła podążać dalej. Dogoniłem ją tuż przed wejściem, gdzie musieliśmy jeszcze wpisać się na listę odwiedzających. W końcu otworzyłem przed Izabelą drzwi i mogliśmy wreszcie wejść do środka.

– Ty pierwsza Scholeczko – rzekłem z najbardziej szarmanckim uśmiechem, na jaki było mnie stać.

Gdy już udało mi się jako tako rozmasować w hallu niemal zmiażdżony przez but Izabeli piszczel, udaliśmy się w kierunki biura administracji ośrodka.

– Załatwimy jeszcze ostatnie formalności i będziesz mógł porozmawiać z naukowcami. Póki co mówię ja – oznajmiła rzeczowo Izabela naciskając klamkę do odpowiedniego pokoju. – Dzień dobry, my z ministerstwa w sprawie wywiadu z ekipą profesora Zalewskiego.

– Tak, dostaliśmy zawczasu informację. Proszę zaczekać w salce konferencyjnej, profesor niedługo się zjawi.

Starsza sekretarka krótko taksowała nas wzrokiem sponad okularów, po czym wskazała drzwi do pokoiku po drugiej stronie pomieszczenia. Udaliśmy się tam i usiedliśmy w oczekiwaniu na naszych rozmówców. Profesor Zalewski pojawił się po niedługiej chwili. Sam. Był szczupłym, niewysokim mężczyzną w wieku około sześćdziesięciu lat, starającym się desperacko pożyczyć nieco włosów z boku swojej głowy, by uzupełnić nimi aż nadto wyraźny ubytek w jej centralnej części. Jednak zdecydowanie bardziej niż łysina Zalewskiego, w oczy rzucało się jego zdenerwowanie. Naukowiec cały drżał i to raczej nie z ekscytacji udziałem w wiekopomnej chwili.

– Widzicie państwo… Ja ze swojej strony najmocniej przepraszam, ale… Krótko mówiąc, nie mogę niestety odpowiedzieć na żadne z państwa pytań. Nie mogą państwo także spotkać się resztą zespołu, ani otrzymać naszych danych.

Zapadła długa chwila niezręcznej ciszy, podczas której żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć. Pierwsza odezwała się Izabela:

– Ale jak to? – spytała niepewnie. – Przecież mamy zezwolenie od samego ministra Paszczyńskiego.

– Ja bym bardzo chciał państwu pomóc, ale niestety, polecenie przyszło z samej góry. – Profesor na chwilę wzniósł oczy ku niebu, ale zaraz je opuścił i wrócił do poprzedniej miny wyrażającej dziwną mieszankę poczucia winy i przerażenia.

– Może chociaż krótki komentarz? – wtrąciłem. – To by nam bardzo pomogło.

– Niestety, moje ręce są związane. A usta zakneblowane. Bardzo mi przykro, że odbyli państwo taką długą drogę na próżno. Odprowadzić państwa do wyjścia? – zapytał wstając i dając do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca.

– Nie, dziękujemy. Trafimy sami. Do widzenia. – Izabela podniosła się szybkim ruchem i pchnęła mnie w stronę wyjścia. Chciałem jeszcze się odwrócić, przemówić profesorowi do rozsądku, ale zdecydowany kuksaniec pomiędzy łopatki sprawił, że zmieniłem zdanie.

– Wychodzimy! – syknęła przez zaciśnięte zęby.

Szybko pożegnaliśmy z sekretarką i wyszliśmy na korytarz.

– Musiałaś być taka agresywna? To bolało – stwierdziłem z wyrzutem. – Odgrywasz się za wcześniej?

– Nie, kapuściana głowo! Mam plan. Sami nam niczego nie dadzą, ale byłam tu już wcześniej z ministrem. Wiem gdzie trzymają te dane.

Izabela zbliżyła się maksymalnie, żeby móc szeptać mi bezpośrednio do ucha. To było zdecydowanie zbyt wiele, bym mógł utrzymać zdrowy, spokojny kardiogram.

– Czy… powinniśmy? – wyszeptałem tylko.

– Chcesz tego swojego Pulitzera, czy nie?

– Skąd wiesz, że chcę zdobyć Pulitzera?

– Wam wszystkim śni się to po nocach – odparła z pobłażaniem w głosie. – Idziemy.

Skręciliśmy kilkukrotnie, krążąc korytarzami, póki w naszym polu widzenia nie pojawiły się drzwi z napisem STEROWNIA TELESKOPU OPTYCZNEGO. Przed nimi stało dwóch uzbrojonych strażników. Przeszliśmy dalej korytarzem bez najmniejszego zawahania. Zatrzymaliśmy się dopiero za zakrętem przylepiając się do ściany.

– Kurwa – szepnęła do siebie Izabela, po czym nagle przypomniawszy sobie o moim istnieniu znowu poczerwieniała.

– Więc? Co dalej miss agent? – spytałem z uśmiechem. – Będziemy ich obezwładniać po kolei, czy naraz?

– Musimy jakoś odwrócić ich uwagę – odparła z zastanowieniem.

– Odwrócić uwagę?!? – nie mogłem uwierzyć, że chce brnąć dalej w to szalone przedsięwzięcie. – Naprawdę twoim planem jest pozbyć się dwóch żołnierzy i ukraść wrażliwe dane opatrzone najwyższą tajemnicą państwową?

– Dla wyższego dobra – odparła z uśmiechem na twarzy Izabela i zaczęła grzebać w torebce.

– Nie wierzę. Dlaczego musiała mi się trafić akurat wariatka? – Zacząłem konwersację z samym sobą, tęskniąc za bardziej rozsądnym rozmówcą.

– Aha! Trzymaj! – powiedziała z entuzjazmem Iza wciskając mi kilka ostatnich czereśni pozostałych z podróży. – Ja pójdę z drugiej strony.

– Czekaj! – wysyczałem. – Naprawdę zwariowałaś? Co ja mam niby z tym zrobić? Poczęstować ich i czekać aż się udławią? I dlaczego to ja mam odwracać ich uwagę?

– A co? Chcesz być dzielnym Jankiem Kosem ratującym bezbronną Marusię przed wrogiem? – spytała Izabela przybliżając się i uwodzicielsko głaszcząc mnie dłonią po twarzy.

– Nie, ale bardzo chętnie zostanę dzielnym Jankiem ratującym bezmyślną Scholastykę przed pewnym więzieniem.

– Po prostu coś wymyśl, podobno jesteś kreatywny – odparła naburmuszona i odbiegła szybko w przeciwnym kierunku.

I co ja miałem począć? Sam, uzbrojony w cztery dorodne czereśnie, naprzeciw dwóch wyszkolonych członków oddziałów specjalnych z bronią półautomatyczną.

– Kurwa – powtórzyłem filozoficzną sentencję Izabeli i nie dając sobie czasu na zastanowienie wyciągnąłem telefon, przyłożyłem do ucha i wszedłem w pole widzenia strażników.

– Nie wiem, Marek, nie chcą nam nic powiedzieć – zacząłem mówić do wyłączonego telefonu. – Tak, no pewnie że próbowaliśmy…

Kątem oka ujrzałem, że żołnierze patrzą w moją stronę. Zerwałem zębami pojedynczą czereśnię z ogonka, po czym rozdarłem się na całe gardło: – CZY TY MNIE BIERZESZ ZA JAKIEGOŚ IDIOTĘ?!?

Kiedy byłem pewien, że mam już na sobie pełną uwagę strażników, nagle wypuściłem z ręki telefon oraz pozostałe owoce i zacząłem się krztusić i bić pięścią w pierś.

– Ej, w porządku? – zagadnął jeden z żołnierzy.

W tym momencie moje kaszlowe crescendo osiągnęło szczyt i zgiąłem się w pół, udając że z trudem łapię oddech.

– Ej! Biegnij po wodę! – Strażnik zwrócił się do drugiego żołnierza, który prędko ruszył w stronę recepcji. Drugi wartownik podbiegł w moją stronę, podczas gdy ja taktycznie obróciłem się do niego plecami. Uderzył mnie w między łopatki raz i drugi, tak że serce mało nie wypadło mi z klatki piersiowej. Miał chłopak parę w rękach. Gdy to, jak się wydawało, nie pomogło, zabrał się do wykonywania chwytu Heimlicha. Nie miałem możliwości spojrzeć, ale miałem szczerą nadzieję, że w tym właśnie momencie Izabela, wykorzystując moje poświęcenie dla sprawy, zakrada się do sterowni.

Po pierwszym ucisku, który niemal połamał mi żebra, wyplułem z siebie schowaną w policzku czereśnię i głośno zaczerpnąłem powietrza. Żołnierz puścił mnie i cofnął się o krok. Spojrzał też na wszelki wypadek w stronę drzwi, ale korytarz był pusty, poza nadbiegającym z kubkiem wody w rękach drugim strażnikiem.

– Dzięki, uratowałeś mi chłopie życie – powiedziałem głosem, w który starałem się włożyć maksymalnie dużo papieru ściernego.

– I po co było się tak pieklić przez ten telefon? Warto dla tego umierać? – zapytał żołnierz też nieco rozemocjonowany całą sytuacją, mimo swojego wyszkolenia. Drugi z nich podał mi w tym czasie kubek z wodą. – Dojdzie pan sam do recepcji czy potrzebna będzie pomoc?

– Nie, nie, jakoś już dam…

W tym momencie zadzwonił mój leżący na podłodze telefon. Dzwoniła Izabela, której numer zapisałem w kontaktach poprzedniego wieczora. Podniosłem telefon i odrzuciłem połączenie, zanosząc się krótkim atakiem kaszlu. Izabela była pewnie gotowa do wyjścia ze sterowni. Co teraz?

Powoli odwróciłem się od żołnierzy, którzy zmierzali już z powrotem na swój posterunek, po czym odkaszlnąłem jeszcze kilka razy zasłaniając usta ręką. – Kurwa – westchnąłem tym razem w myślach, po czym upewniając się, że wzrok strażników nie jest skierowany w moją stronę, wepchnąłem sobie dwa palce głęboko w gardło. Zawsze mogłem pochwalić się silnym odruchem wymiotnym, który nie zawiódł mnie i tym razem. Oparłem się o ścianę na końcu korytarza i udekorowałem ją pstrokatą mieszanką czereśni i zjedzonego w przydrożnej knajpie lunchu. Następnie powoli, może nieco zbyt teatralnie, osunąłem się na bok, za zakręcający korytarz.

– Cholera jasna! Leć po kogoś! – rozległ się okrzyk żołnierza, który szybko podbiegł do mnie i zaczął sprawdzać mi puls. Po chwili otworzyłem oczy i próbowałem się podnieść. – Proszę leżeć, zaraz wezwiemy lekarza.

– To nic takiego, po prostu zakręciło mi się w głowie. To pewnie brak tlenu. Przepraszam za bałagan.

– Na pewno?

– Tak, proszę mnie tylko odprowadzić do wyjścia, powinna tam na mnie czekać koleżanka.

Po chwili w korytarzu pojawił się drugi żołnierz, razem z jednym z pracowników ośrodka. Wzięli mnie pod ramiona i odprowadzili w stronę recepcji, podczas gdy starszy stopniem strażnik wrócił pod drzwi. Miałem tylko nadzieję, że Izabela zdążyła.

Moje wątpliwości zostały szybko rozwiane, gdy w recepcji przywitała mnie Iza.

– O Boże, co się stało? – spytała z autentyczną troską w głosie, gdy spojrzała na moją pokrytą wymiocinami koszulę.

– Miałem drobną przygodę z czereśniami.

– Poradzicie sobie dalej państwo? Na pewno nie wezwać lekarza? – dopytał młodszy żołnierz.

– Nie, w porządku. Jeszcze raz dziękuję i przepraszam za kłopot.

Odeszli, a ja rzuciłem Izabeli porozumiewawcze spojrzenie. Uśmiechnęła się triumfalnie otwierając torebkę i ostrożnie ukazując znajdujący się w jej wnętrzu pendrive: – Misja zakończona sukcesem.

Odwzajemniłem się jej równie szerokim uśmiechem.

– Jedźmy do jakiegoś hotelu – powiedziałem. – Musze to jak najszybciej zobaczyć.

– Zgoda – odparła Izabela marszcząc nos. – Ale najpierw się przebierzesz. I może na wszelki wypadek też umyjesz.

***

Wynajęliśmy dwuosobowy pokój w niewielkich hoteliku na obrzeżach Wrocławia. Wziąłem z samochodu koszulę na zmianę, którą zawsze wożę ze sobą, laptopa i zakupioną po drodze butelkę wina. Było jeszcze wcześnie, ale zdecydowałem, że lepiej będzie zabrać się do pisania od razu, na świeżo, a do Warszawy wrócić dopiero jutro. Weszliśmy na górę do pokoju. Nie był to królewski standard, ale wyglądał całkiem przytulnie.

– Idę pod prysznic – powiedziałem. – Możesz w tym czasie pomyśleć, co byś chciała zamówić do jedzenia.

– Dobra. Mogę przy okazji skorzystać z twojego komputera?

– Jasne, tylko nie przeglądaj materiałów beze mnie. Nie chcę żebyś już wszystko wiedziała kiedy wyjdę i się wymądrzała.

Rzuciła we mnie poduszką, ale bez szczególnego przekonania. Zabrałem drugą koszulę i poszedłem do łazienki.

Kiedy wyszedłem spod prysznica Iza siedziała na łóżku wpatrując się intensywnie w ekran mojego komputera. Podniosła wzrok znad laptopa.

– Nie możesz tego opublikować – powiedziała stanowczym tonem.

– Co? Dlaczego? – odparłem nie rozumiejąc kompletnie co ma na myśli. – Przecież po to tu właśnie przyjechaliśmy.

– Nie możesz i już – stwierdziła po krótkiej chwili wahania. – Nic dobrego by z tego nie wynikło.

– Będziesz mi musiała powiedzieć coś więcej, jeśli chcesz mnie przekonać, i doskonale o tym wiesz.

Iza milczała, więc siadłem obok i zacząłem przeglądać materiały. Nie pozostawiały najmniejszych wątpliwości, że mamy do czynienia ze zorganizowaną flotą niezidentyfikowanych obiektów sztucznego pochodzenia. Były zdjęcia, dane z radioteleskopów, wyczerpujące opinie ekspertów, wszystko składało się na jasny i klarowny obraz.

Było tam jednak coś jeszcze. Dane z ostatnich dwóch dni. Według jednoznacznego konsensusu naukowców flota stopniowo nabierała prędkości. Zauważono także nagłe rozbłyski energii, które prawdopodobnie świadczyły o testach broni wykonywanych na obiektach z pasa asteroid. Towarzyszył im nagły wzrost komunikacji pomiędzy obiektami.

– Szykują się do ataku. To wywoła chaos i panikę. Nie możesz tego opublikować – powiedziała Izabela bliska płaczu.

Milczałem przez chwilę, nim podjąłem wewnętrzną decyzję. – Muszę – rzuciłem krótko. Jasna cholera, naprawdę wierzyłem w to w tym momencie. Wszelkie myśli o sławie i nagrodach zeszły na dalszy plan. Jeżeli to wszystko się potwierdzi, to i tak nie zdążyłbym ich odebrać. Ale moje dawno już zamordowane i zakopane pod drzewem poczucie obowiązku i odpowiedzialności nagle wyrwało swoją dłoń przez ubitą ziemię i wstało z martwych. Silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. – Ludzie mają prawo wiedzieć – dorzuciłem wyświechtaną dziennikarską maksymę, nie wiedząc co jeszcze mogę powiedzieć.

– To zaczekaj chociaż chwilę! Niech te informacje się potwierdzą. Kto wie, może to wszystko nieprawda. Czy to, żeby nigdy nie ufać jednemu źródłu nie jest jakąś waszą złotą zasadą, czy coś? – Dziewczyna już prawie błagała.

– To zbyt ważna informacja, żeby czekać. Zresztą kto niby miałby ją potwierdzić?

Iza wstała z łóżka i wydała z siebie okrzyk frustracji wznosząc ręce ku niebu.

– Nie możesz mi po prostu zaufać? Wstrzymaj się z publikacją!

– Dlaczego tak ci na tym zależy? – Spojrzałem na nią podejrzliwie, jakbym widział ją pierwszy raz w życiu. – Czy to dlatego Paszczyński wysłał cię ze mną? Miałaś się upewnić, że nie opublikuję tych informacji? Ale po co wtedy cała ta akcja z kradzieżą.

Nagle mnie olśniło:

– Czekacie na coś. Chcecie wykorzystać mój artykuł w jakiejś swojej politycznej gierce, a idealny moment jeszcze nie nadszedł? No więc nie doczekacie się! Jutro z samego rana wszystko wyjdzie na jaw, łącznie z całym waszym teatrzykiem i zatajaniem informacji.

Izabela stała jak wryta przez dobrych kilkanaście sekund, sapiąc tylko cicho z wściekłości. – Rób sobie co chcesz – odparła po chwili głosem zimnym jak lód. Podniosła swoją torebkę i skierowała się do drzwi.

– Zamówić ci taksówkę? – rzuciłem do niej gdy wkładała buty.

– Nie kłopocz się, poproszę w recepcji, masz przecież do napisania swoje opus magnum.

Położywszy rękę na klamce zawahała się, odwróciła, jakby chciała jeszcze coś dodać, po czym rozmyśliła się i gwałtownie wyszła trzaskając drzwiami. Nie chciałem, by tak skończył się ten wieczór. Byłem jednak przekonany, że postępuję słusznie. Siadłem więc przed komputerem i zacząłem pisać.

Artykuł był gotowy koło północy. Jeszcze raz pobieżnie otaksowałem go wzrokiem i uznałem, że lepszy już nie będzie. Nie będę chyba popadał w samouwielbienie, jeśli powiem, że był naprawdę dobry. Rzetelny, a jednocześnie napisany w ciekawy i angażujący sposób. Nie siliłem się na tanią sensację. Słowa asystentki Paszczyńskiego wciąż dźwięczały mi w głowie, więc starałem się łagodzić wydźwięk artykułu. Podkreślałem, że zdobyte informacje nie zostały jeszcze potwierdzone przez inne ośrodki badawcze, a przytoczone ekspertyzy są jedynie opiniami, które mogą nie znaleźć pokrycia w rzeczywistości. W duchu jednak wiedziałem, że przeciętny czytelnik przyswoi tylko jedno: w ciągu sześciu miesięcy czeka nas inwazja obcych. Liczyłem jednak, że początkową panikę uda się szybko przekuć w ogólną mobilizację i przygotowanie do pierwszego kontaktu. Myliłem się. Myliłem się bardzo.

***

Tekst wysłałem od razu do redakcji. W normalnych okolicznościach byłoby już za późno na publikację w porannym numerze, ale waga tematu usprawiedliwiała nadzwyczajne działania. Żałowałem jedynie, że nie miałem okazji zakrzyknąć „wstrzymać prasy!”.

Do auta wsiadłem tuż przed siódmą rano, żeby jak najszybciej być w Warszawie. Obiecałem sobie, że w trakcie jazdy nie będę włączał radia ani Internetu, wyłączę też telefon. Pojadę bezpośrednio do redakcji i dopiero tam zobaczę, jaki efekt wywołał mój artykuł.

Jazda dłużyła się niemiłosiernie. Bez Izabeli w aucie było jakoś pusto. Zresztą nigdy nie lubiłem samotnego podróżowania na dłuższych trasach. W ostatniej chwili powstrzymałem się przed włączeniem radia. W efekcie, do Warszawy dotarłem zmęczony jakbym nie spał całą noc. Było około południa, więc przynajmniej udało mi się uniknąć korków i w końcu dojechałem do mieszczącej się na Pradze-Południe siedziby redakcji. Przykładając kartę do bramki rzuciłem krótkie „cześć” w stronę recepcjonistki Marty, która jednak nie odpowiedziała, wpatrzona w ekran swojego telefonu. W sumie to zawsze się w niego gapiła, czasem zastanawiałem się, dlaczego nikt jej jeszcze nie zwolnił. Wszedłem schodami na piętro i skierowałem się do swojego biurka w przeszklonym open space’ie.

Reszta ekipy zgromadzona była z przodu sali, przy wielkim telewizorze obok wejścia do biura naczelnego. Domyślając się, że pewnie śledzą reakcje na mój artykuł, niespiesznie odłożyłem rzeczy na swoje biurko nim podszedłem do nich.

– I co, jaki feedback? – zagadnąłem.

Wszyscy, jak jeden mąż, wzdrygnęli się, jakby usłyszeli za sobą odgłos wystrzału. Powoli, bez słowa rozstąpili się, robiąc mi przejście w kierunku telewizora. Głos jak zawsze był wyłączony, ale wściekle czerwony pasek informacyjny mówił aż nadto wyraźnie. Nie było tam nawet wzmianki o żadnej inwazji obcych. Można było za to przeczytać:

ROSJA ZAJMUJE POLA NAFTOWE W KAZACHSTANIE I AZERBEJDŻANIE

CHIŃSKA ARMIA LUDOWO-WYZWOLEŃCZA WKRACZA DO POŁUDNIOWO-WSCHODNIEJ AZJI

USA SZYKUJĄ OPERACJĘ ODWETOWĄ

– Janku – odezwała się cichym głosem księgowa pani Halinka – coś ty narobił?

***

Kolejne tygodnie mijały jak w jakimś koszmarnym śnie. Świat stawał w ogniu przed moimi oczami, czasem w przenośni, czasem bardzo, bardzo dosłownie. Przez pierwsze dni odbierałem non-stop dzwoniące telefony, udzielałem wywiadów, wszędzie powtarzając to samo, co i tak zawarłem już w swoim artykule. Po tygodniu klepałem formułki właściwie w otępieniu. Czy zdobyłem sławę? O, tak! Mówiło się o mnie wszędzie, na całym świecie. Jak o człowieku, który zaczął to wszystko. Izabela miała rację, trzeba było zaczekać! A jeszcze lepiej w ogóle nie pakować się w to cholerstwo!

Bałem się włączać telewizor. Po dwóch tygodniach do pracy pijany przychodziłem właściwie bez przerwy, ale kiedy zacząłem otwierać nowe butelki bezpośrednio przy biurku, wysłano mnie na przymusowy urlop. No i dobrze, przynajmniej nie będę się musiał znowu przedzierać z zasłoniętą twarzą przez demonstracje i pikiety organizowane pod redakcją. Moim jedynym pocieszeniem był fakt, że jeszcze kilka miesięcy i to wszystko się zakończy. Przylecą obcy i tak czy inaczej zaprowadzą tu porządek. Albo siłą, albo poprzez rozwianie naszych obaw i lęków.

Kiedy gruchnęła wiadomość, że Amerykanie zdobyli jakieś nowe informacje na temat obcych, wszystko do reszty stanęło na głowie. Każdy domagał się ich natychmiastowego upublicznienia. Chińczycy zupełnie jawnie zatrudnili wszystkich członków swojego półtoramiliardowego narodu, którzy potrafili posługiwać się komputerem, do hakowania systemów bezpieczeństwa USA. Wykradli co się dało, jeżeli chodzi o broń i technologię, ale informacji o nadchodzącej inwazji było jakoś podejrzanie mało.

Pierwsze bomby atomowe spadły na Izrael. Główni decydenci irańskiej armii widocznie stwierdzili, że skoro świat ma się kończyć, to z przytupem. Nie było w tym żadnego celu strategicznego, po prostu mieli już dość czekania na finał, podobnie jak wszyscy. Kolejna była Korea Północna, która szybko i bez litości zalała swojego południowego sąsiada deszczem nuklearnych głowic. Nikt nie wiedział skąd mieli ich aż tyle i pewnie nikt się już nigdy nie dowie. Największe światowe potęgi póki co trzymały jeszcze dłonie ponad czerwonymi guzikami, ale było jedynie kwestią czasu, gdy kogoś zaświerzbi ręka.

Ja sam, podobnie jak większość ludzi na planecie, operowałem już w tym momencie na takim poziomie apatii, że było mi kompletnie wszystko jedno, czy ktoś celuje akurat rakietą międzykontynentalną w moje mieszkanie, czy też nie. W jednym z nielicznych momentów, gdy przeciążona sieć komórkowa przepuszczała jednak jakieś połączenia, rozległ się dzwonek mojego telefonu, po wydarzeniach ostatnich miesięcy znajomy jakbym miał go od lat.

– Cześć – w słuchawce rozległo się krótkie powitanie. Po upływie paru sekund bez odpowiedzi, głos zdecydował się kontynuować: – Tu Iza.

– Wiem. Czego chcesz?

– Chcę, żebyś przyjechał na konferencję. Do wojskowego kompleksu w Górach Świętokrzyskich. Dziś wieczorem. Dasz radę?

– Konferencja? A o czym tu gadać? To koniec Iza, bez względu na to jakimi pięknymi słowami by go nie opisać.

– Nie musi być. Możemy jeszcze to wszystko naprawić. Mamy tu pewien… projekt. Nie mam dużo czasu, przyjedziesz?

Nadzieja w głosie Izabeli nieco mnie otrzeźwiła. Projekt? Naprawić? Wiele razy w snach i w delirium na jawie marzyłem, że cofam się w czasie i powstrzymuję się przed napisaniem fatalnego artykułu. Czasem wyobrażając sobie jak morduję sam siebie. Bardzo, bardzo brutalnie.

Ale to była fantazja. Co naprawdę można było zrobić teraz, gdy tak wiele zostało już stracone? Mimo wątpliwości odpowiedziałem jednym, krótkim słowem:

– Będę.

***

Wydostanie się z Warszawy okazało się zadaniem dalece nieprostym. W samym mieście samochody walały się gdzie bądź, pozostawione przez ich pozbawionych jakiejkolwiek nadziei właścicieli. Jazda ulicą przypominała więc narciarski slalom. Jeszcze gorzej sytuacja wyglądała przy wyjeździe ze stolicy, gdzie tłoczyli się ci, którzy próbowali jeszcze uciec z wielkiego miasta i schronić się nie wiadomo gdzie. Kilka razy o mały włos uniknąłem wypadku, gdy jakiś szaleniec stwierdzał, że najłatwiejszym sposobem na szybkie dotarcie do celu będzie staranowanie wszystkich innych aut po drodze.

W końcu, po kilku godzinach powolnej jazdy, na horyzoncie zamajaczyły Góry Świętokrzyskie. Co ciekawe, Izabela nie podała mi dokładnego adresu, przesłała jedynie SMS-em współrzędne, które następnie wbiłem w nawigację.

Gdy dotarłem na miejsce, zauważyłem tylko leśną ścieżkę zamkniętą szlabanem z oznaczeniem Lasów Państwowych. Zatrzymałem się i zgasiłem silnik, żeby pomyśleć co dalej. Wtem rozległo się pukanie w okno. Na zewnątrz stał uzbrojony wartownik, całkiem podobny do tego, który stosował na mnie chwyt Heimlicha tych kilka miesięcy temu. Ale to przecież nie mógł być on… Powoli opuściłem szybę.

– Dzień dobry – powiedział żołnierz wykonując krótki salut. – Proszę pana bardzo o opuszczenie pojazdu.

– Zostałem tu zaproszony z polecenia Ministra Spraw Wewnętrznych. Gdzieś tu miała odbyć się konferencja dla prasy, ale chyba się zgubiłem. Nazywam się Konieczny, już pokazuję dokumenty… – zacząłem się tłumaczyć gramoląc się z auta na zewnątrz.

– Nie ma takiej potrzeby, wiemy kim pan jest. Dalej pojedziemy naszym autem.

– A co z moim? – spytałem niepewnie.

– Odprowadzimy je w bezpieczne miejsce. Póki co nie będzie panu potrzebne. Proszę za mną.

Po tych słowach odwrócił się i nie czekając na moją reakcję ruszył w stronę lasu. Podbiegłem więc nieco by dotrzymać mu kroku i zapytałem:

– Daleko musimy iść?

Wartownik nie odpowiedział, ale po ledwie kilkudziesięciu sekundach podążania wydeptaną ścieżką wyszliśmy na niewielką polanę, na której stał zaparkowany dżip. W środku siedziała Izabela.

– Dalej pan już sobie poradzi. – Żołnierz wskazał gestem auto i odwrócił się by odejść. Zatrzymał się jednak na chwilę i rzucił przez ramię: – Tylko proszę tam nie wymiotować, to nowy dżip.

Chwilę potem zniknął wśród drzew. To był on! Ale jak on się tu znalazł? O co w tym wszystkim do cholery chodziło?

W głowie miałem totalny mętlik, jednak z zamyślenia wyrwał mnie odgłos klaksonu dobiegający z terenówki. Powłócząc lekko nogami doczłapałem do samochodu i siadłem na siedzeniu pasażera. Izabela natychmiast odpaliła silnik.

– Myślałam, że już nie przyjedziesz – powiedziała po chwili wahania.

– Były korki – odparłem i ponownie zamilkłem. Po długiej pauzie dodałem: – Od początku miałaś rację. Miałem gdzieś konsekwencje, chciałem tylko mieć swoje pięć minut. Jak się okazuje, będzie to ostatnie pięć minut w dziejach świata. Przepraszam.

Iza wykonała nagły zakręt w ścieżkę, która wyglądała jak uczęszczana głównie przez zwierzęta, a już na pewno nie samochody.

– To nie twoja wina. To ja powinnam przepraszać. Wciągnęłam cię w grę jako pionka, nie wiedząc, że sama nie jestem niczym więcej. Ja… przepraszam.

Jej głos zaczął się łamać. Chciałem dopytać, co ma na myśli, ale nagle przed nami pojawił się kolejny szlaban. Otaczała go skalna ściana biegnącego w ciemność tunelu. Na tylną kanapę dżipa niespiesznie siadło dwóch żołnierzy i odbezpieczyło broń. Gdy szlaban się podniósł Izabela ruszyła ponownie, a przed nami zaczęły zapalać się kolejne lampy, które natychmiast gasły gdy je mijaliśmy. Tym razem podróżowaliśmy w milczeniu.

W końcu dotarliśmy na rozległy podziemny parking, podobny do tych, jakie można spotkać w centrach handlowych, tylko znacznie, znacznie większy.

– Wysiadamy – powiedziała krótko Iza, odpięła pasy i ruszyła w stronę jednego z oznaczonych neonami wyjść. Poszedłem jej śladem, a za nami w pewnej odległości podążali żołnierze.

Gdy byliśmy już blisko, drzwi nagle otworzyły się, wpuszczając do środka jaskrawe światło, które na chwilę oślepiło nasze przyzwyczajone już do półmroku oczy. Kiedy wzrok zaadaptował się do nowego źródła światła, naszym oczom ukazała się stojąca w drzwiach pokaźna sylwetka uśmiechniętego ministra Paszczyńskiego.

– No, witam, witam w moich skromnych progach.

***

Paszczyński zaprowadził nas poprzez labirynt podziemnych korytarzy do swojego gabinetu. Nie odzywał się przez całą drogę. Kilka razy obok nas przemykali jacyś ludzie w białych ubraniach, a raz, gdy jeden z nich otwierał drzwi, udało mi się zerknąć do ogromnego pomieszczenia o niewiadomym przeznaczeniu. Pomyślałem, że może to jakiś ośrodek badawczy opracowujący ściśle tajną technologię. Nie ma sensu zgadywać – pomyślałem – pewnie i tak zaraz wszystkiego się dowiem.

Gabinet Paszczyńskiego również nie należał do skromnych. Był przestronnych i bogato wyposażony, choć jego wystrój trącił nieco komuną. Szczególną uwagę zwracała jednak znajdująca się za biurkiem ściana pełna ekranów. Część z nich prezentowała najróżniejsze informacyjne kanały telewizyjne z całego świata, część pokazywała zdaje się obrazy z wewnętrznego monitoringu ośrodka.

– Tak bardzo się cieszę panie Janie, że zdołał pan do nas dołączyć – powiedział minister sadowiąc swoje pokaźne cielsko na fotelu przy biurku i wskazując nam obojgu krzesła naprzeciwko. Żołnierze również weszli z nami do gabinetu, ale zajęli pozycje w kątach z tyłu sali. – Nasza kochana Iza bardzo nalegała, żeby pana zaprosić.

Rzucił okiem na swoją asystentkę, która jednak spuściła głowę i starała się usilnie sprawiać wrażenie, że wcale jej tam nie ma. Dopiero teraz zauważyłem, że wygląda znacznie gorzej niż zwykle. Podkrążone oczy, włosy w nieładzie, poplamiona koszula. Było jasne, że ostatnie tygodnie jej również dały się we znaki. Poczułem ukłucie żalu, które jednak szybko znikło wraz ze świadomością, że sami nawarzyliśmy sobie tego piwa. Paszczyński jednak, zdaje się, uchwycił mój wzrok w odpowiednim momencie.

– Niech pan jej tak nie współczuje. W końcu nasza czarnowłosa agentka okłamywała pana od samego początku. Tak, tak – kontynuował szef MSW, widząc moją zszokowaną minę. – To ona zaproponowała pana jako idealnego kozła ofiarnego. Jak to ujęłaś moja droga? A, tak: „To doskonały dziennikarz śledczy. Zawsze dąży do prawdy, informacjom zdobytym przez niego nikt nie zaprzeczy”. Miała oczywiście rację, a pan ze swojej roli wywiązał się wręcz koncertowo. Brawo, brawo!

Paszczyński autentycznie zaczął klaskać. Ja tymczasem rzuciłem wściekłe spojrzenie Izabeli, która jednak tylko skuliła się jeszcze bardziej na krześle.

– Po co w takim razie ta cała maskarada w obserwatorium? – spytałem po chwili. – Nie mogliście po prostu dać mi tych danych do opublikowania?

– Tu, drogi panie redaktorze, pojawiał się pewien problem. Widzi pan, to co pokazała panu Izabela, to nie są prawdziwe dane. Trochę je… podkoloryzowaliśmy. Ale musieliśmy zrobić to tak, żeby zarówno pan, jak i wszystkie tępaki w rządzie pomyśleli, że naprawdę je pan wykradł. Oczywiście cała ochrona obiektu to również byli moi ludzie. Chyba nie myślał pan, że jakikolwiek profesjonalista nabrałby się na pana numer z dławieniem się czereśnią? Spodziewałem się po panu czegoś więcej.

Zawiedziony Paszczyński pokręcił głową. Ja jednak skupiony byłem już tylko na Izabeli.

– Ty suko! – wrzasnąłem gwałtownie podnosząc się z krzesła. Żołnierze natychmiast wycelowali we mnie karabiny, a Izabela instynktownie zasłoniła się ręką. Patrząc na wycelowaną we mnie zimną stal luf ochłonąłem nieco i ponownie usiadłem.

– Nie wiedziałam – powiedziała cicho Iza, dławiąc szloch. – Nie wiedziałam co jest w fałszywych danych. Myślałam, że chcemy po prostu spowodować wyciek informacji. Dopiero później zrozumiałam czego naprawdę chce ten maniak.

– Maniak? Droga Izo, to mnie zabolało – powiedział minister z westchnieniem. – Ale mówi prawdę, głupia gąska tak naprawdę nie wiedziała o niczym, o ile ma to dla pana jeszcze jakieś znaczenie.

Paszczyński wstał i powoli podszedł do ściany z monitorami.

– Niedługo się zacznie… – powiedział w zamyśleniu, po czym odwrócił się ponownie w naszą stronę. – Aby nadać sprawie odpowiedni kontekst, muszę zdradzić panu jeszcze jeden mały sekrecik.

Grubas sięgnął po pilota i skierował go na jeden z monitorów. Na ekranie wyświetlił się nieostry obraz jakichś białych obiektów na czarnym tle.

– Dwa dni po odkryciu nadlatującej floty obcych, spłynęły do nas kolejne dane. Okazało się, że nastąpił błąd pomiarowy, który znacząco przeszacował prędkość obiektów oraz ich kierunek. Dokładnie zbadane zostały także zdjęcia wykonane w przeciągu miesiąca do odkrycia. Krótko mówiąc, nie ma żadnych kosmitów. Nie ma i nigdy nie było. Znaczy może gdzieś tam są, ale na pewno nie ma ich tu i teraz.

Mój mózg nie był w stanie pojąć słów, które padały z ust Paszczyńskiego. Jak to, kurwa mać, nie było? Widząc, że moja twarz zamienia się w jeden wielki znak zapytania, minister kontynuował swoje wyjaśnienie:

– To, co początkowo zidentyfikowaliśmy jako statki, okazało się resztkami ogromnej komety, najpierw rozerwanej przez grawitację Saturna, a następnie odbitej od jego atmosfery. Jak się później okazało, odłamki nie zmierzają nawet prosto w stronę Ziemi. Jowisz odchylił ich trajektorię tak, że kompletnie nic nam nie zagraża.

Minister był wyraźnie zadowolony ze swojego wykładu, ja natomiast rozumiałem coraz mniej. Spoglądałem tylko to na niego, to na pogrążoną w głębokiej katatonii Izabelę. W końcu wydusiłem z siebie:

– To… dlaczego?

– Widzisz Janku, ja i kilku moich dobrze sytuowanych kolegów na całym świecie uważamy, że Ziemię od dłuższego czasu toczy poważna choroba. Jako cywilizacja zaczęliśmy gnić i nasza śmierć była jedynie kwestią czasu. Leczenie trzeba było podjąć natychmiast. Dlatego, gdy nadarzyła się ta doskonała okazja, nie mogliśmy jej przepuścić. Wspól­nie stwo­rzy­li­śmy naj­więk­sze­go fake news’a w hi­sto­rii i upew­ni­li­śmy się, że wszy­scy w niego uwie­rzą. Cała pla­ne­ta, rządy, ar­ty­ści, tak zwani zwy­kli lu­dzie, wszy­scy ogar­nię­ci pa­ni­ką ni­czym ja­kieś ro­bac­two po trą­ce­niu kijem ich gniaz­da. Ich wła­śnie mu­si­my się po­zbyć! Obudzimy się w nowym świecie, wolnym od zepsucia, gdzie przetrwa tylko najwyższa kultura. Wy­se­lek­cjo­no­wa­na elita, która od­bu­du­je Zie­mię we wła­ści­wy spo­sób. Prawda, być może to nieco… inwazyjna metoda, ale tego właśnie nam trzeba.

Paszczyński zachichotał lekko z własnego dowcipu i spojrzał na zegarek.

– Już prawie czas. To zabawne, że masz na imię Jan. Napisałeś w końcu coś co doprowadziło do końca świata. Można by rzec, drugą Apokalipsę. Kto wie, może nawet w nowym świecie zostaniesz świętym!

Poczułem lekko zaciskającą się na mojej dłoni dłoń Izabeli. Chwilę potem całe pomieszczenie lekko się zatrzęsło, a z sufitu posypał się biały tynk. Wtedy ściana za ministrem Paszczyńskim rozbłysła żółtopomarańczowym światłem. W jaskrawym blasku atomowego wybuchu jego uśmiech wyglądał szczególnie złowieszczo.

 

 

Koniec

Komentarze

Szczerze mówiąc nie przekonało mnie. :(

Otrzymanie wejściówki na spotkanie z dziennikarzami po nadzwyczajnym zebraniu Rady Ministrów graniczyło z cudem. Naczelny musiał powołać się na kilka przysług, jakie winni mu byli prominentni członkowie partii rządzącej

Hmm, przypuszczam, że naczelny naprawdę opiniotwórczego dziennika nie musiałby się aż tak starać, żeby uzyskać wejście na konferencję prasową.

 

Podczas gdy cała Polska nie spała i żyła tym niesamowitym odkryciem, większość świata pozostawała jeszcze w błogiej nieświadomości.

W dobie internetu jest to niemożliwe.

 

Izabela zaczęła na tyle żywo gestykulować, że w niewielkiej przestrzeni szoferki o mało co nie dostałem w twarz.

Szoferka to kabina samochodu ciężarowego.

 

Mniej więcej w połowie trasy kupiliśmy przy drodze kilogram czereśni i teraz całe auto uświnione było porzuconymi ogonkami i pestkami, którymi zaczęliśmy się w pewnym momencie obrzucać.

Odważna ta Iza. Nie dość, że wsiada do auto, prowadzonego przez skacowanego faceta, to jeszcze obrzuca się z nim, w trakcie jazdy, pestkami czereśni.

 

– Janku – odezwała się cichym głosem księgowa pani Halinka – coś ty narobił?

Dziennikarz nie jest tą osobą, która decyduje o tym, co i w jakiej formie ukaże się w gazecie.

Ponadto reakcje świata są dla mnie niezrozumiałe. O ile potrafię jeszcze pojąć, dlaczego Rosja zajęła pola naftowe Kazachstanu, to działań Chin już ni cholery. Po co im do szczęścia Wietnam, Laos, Tajlandia, czy nawet Korea? I dlaczego właściwie wszyscy rzucili się sobie do gardeł?

 

Generalnie nie wyobrażam sobie, żeby nikt nie był w stanie sprawdzić tych danych. Na świecie jest masa silniejszego sprzętu, nie mówiąc już o tym, co znajduje się na orbicie. I nie wyobrażam sobie też, żeby ktoś zaczął tak drastyczne działania tylko na podstawie fake newsa, który stosunkowo łatwo zweryfikować.

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Cześć Irka_Luz. Dzięki za przeczytanie i komentarz. Zgadzam się absolutnie, że wkradło się trochę fabularnych nieścisłości, a oś fabularna jest szyta nieco grubymi nićmi. Tak jak jednak napisałem, stawiam dopiero swoje pierwsze kroki na polu literackim, więc tym większe dzięki za wskazanie błędów!

 

Odnosząc się do szczegółowych zarzutów, nie odkrycie przez nikogo prawdy miało być umotywowane ogólnoświatowym spiskiem na najwyższych szczeblach, który jest jedynie wzmiankowany w końcowych akapitach opowiadania. Być może należałoby ten wątek rozwinąć.

 

Nie zgodzę się jedynie z opinią, że: “Ponadto reakcje świata są dla mnie niezrozumiałe. O ile potrafię jeszcze pojąć, dlaczego Rosja zajęła pola naftowe Kazachstanu, to działań Chin już ni cholery. Po co im do szczęścia Wietnam, Laos, Tajlandia, czy nawet Korea? I dlaczego właściwie wszyscy rzucili się sobie do gardeł?”. 

Zarówno w przypadku Rosji, jak i Chin, była to reakcja na wysokie prawdopodobieństwo zbrojnego konfliktu z pozaziemską flotą, poprzez zapewnienie sobie dostępu do maksymalnej liczby zasobów. W przypadku Rosji, do kluczowych węglowodorów, takich jak ropa i gaz. W przypadku Chin ten czynnik też wchodzi w grę, ale dużo ważniejszą rolę pełni tu opanowanie dostępu do Cieśniny Malakka, zapewniającej swobodne poruszanie się po światowym oceanie. A czemu wszyscy rzucili się sobie do gardeł? Bo w takiej kryzysowej sytuacji każdy myśli wyłącznie o sobie, a przy okazji załatwia swoje lokalne porachunki, gdyż w ogólnie panującym chaosie pozostanie bezkarny.

 

Tak czy inaczej, jeszcze raz dzięki za uwagi. Mam nadzieję, że będzie już tylko lepiej :-)

Stirlitz szedł ulicami Berlina. Coś jednak zdradzało w nim szpiega: może czapka-uszanka, może walonki, a może ciągnący się za nim spadochron?

No cóż, Bubisławie, nie zgadzam się z Tobą.

Bo w takiej kryzysowej sytuacji każdy myśli wyłącznie o sobie, a przy okazji załatwia swoje lokalne porachunki, gdyż w ogólnie panującym chaosie pozostanie bezkarny.

Dawno temu, podczas jakiejś tury rozmów rozbrojeniowych ze Związkiem Radzieckim, któryś z prezydentów USA (bodaj Reagan) rzucił tekstem, że podczas najazdu kosmitów i tak wszyscy byśmy się zjednoczyli. I uważam, że miał rację. Można sarkać na obcych, można ich nienawidzić, ale jeśli pojawi się ktoś jeszcze bardziej obcy, kto zagrozi interesom wszystkich, będzie się z tymi swojskimi obcymi współpracowało.

 

W przypadku Chin ten czynnik też wchodzi w grę, ale dużo ważniejszą rolę pełni tu opanowanie dostępu do Cieśniny Malakka, zapewniającej swobodne poruszanie się po światowym oceanie.

I jak pomoże Chińczykom dostęp do “światowego oceanu”? Skoro ci obcy tu lecą, to znaczy, że technologicznie wyprzedzają nas o setki lat. Naprawdę sądzisz, że parę okrętów wojennych sobie z nimi poradzi?

 

nie odkrycie przez nikogo prawdy miało być umotywowane ogólnoświatowym spiskiem na najwyższych szczeblach, który jest jedynie wzmiankowany w końcowych akapitach opowiadania.

Wątpię, żeby to wyszło. Tego typu obserwatoria są dotowane przez rządy, ale nie są rządowe. Nie da się opanować wszystkich. Pewne rzeczy rozprzestrzenią się po internecie z prędkością światła. Poza tym wątpię w ogólnoświatowy spisek na szczeblu rządowym. Interesy poszczególnych państw zbyt się różnią.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irka_Luz, przytaczasz opinię, że w obliczu światowego kryzysu wszystkie państwa zjednoczyły by się we wspólnym celu. Szanuję takie optymistyczne spojrzenie na ludzką naturę i mam szczerą nadzieję, że masz w tym wypadku rację :-) Nie uważam natomiast, że odmienna sytuacja, którą przedstawiłem, jest czymś zupełnie nieprawdopodobnym.

 

Ja również “wątpię w ogólnoświatowy spisek na szczeblu rządowym”, ale ponownie nie uważam, żeby był czymś na tyle nierealnym, by nie mieścić się nawet w obszernych ramach fantastyki.

 

Jeszcze raz dzięki, że zechciało Ci się na tyle wnikliwie przeczytać mój przydługi tekst, żeby wchodzić w szczegółową geopolityczną polemikę ;-)

Stirlitz szedł ulicami Berlina. Coś jednak zdradzało w nim szpiega: może czapka-uszanka, może walonki, a może ciągnący się za nim spadochron?

No cóż, i mnie opowiadanie wydało się szalenie niewiarygodne, a miejscami wręcz naiwne. Mam wrażenie, Bubisławie, że kiedy wpadł Ci do głowy pomysł, robiłeś wszystko, aby go zrealizować, niespecjalnie przy tym dbając, czy to, co opisujesz, trzyma się kupy. Irka_Luz już wyraziła niewiarę co do pewnych wydarzeń i ja tę niewiarę podzielam. Historia, którą opisujesz, moim zdaniem, nie mogła się wydarzyć, nawet jeśli przyjmiemy, że to opowieść fikcyjna.

Tak jak zaciekawiły mnie pierwsze zdania Metody inwazyjnej, tak kolejne wypadki budziły coraz większe zdumienie, by na koniec pozostawić jedno wielkie zdziwienie i pełne niedowierzania pytanie – w jaki sposób spiskujący politycy chcieli stworzyć nowy świat i rządzić nim, skoro ze starego została poatomowa ruina?

Wykonanie, co stwierdzam ze smutkiem, pozostawia wiele do życzenia.

 

Traf chciał, że In­sty­tut Astro­no­micz­ny Uni­wer­sy­te­tu Wro­cław­skie­go jako je­dy­ne ob­ser­wa­to­rium na świe­cie wpa­try­wa­ło się wów­czas w ten wła­śnie frag­ment prze­strze­ni ko­smicz­nej. – Raczej: Traf chciał, że obserwatorium In­sty­tutu Astro­no­micz­nego Uni­wer­sy­te­tu Wro­cław­skie­go, jako je­dy­ne na świe­cie, wpa­try­wa­ło się wów­czas w ten wła­śnie frag­ment prze­strze­ni ko­smicz­nej.

 

Wie­dział jed­nak do­sko­na­le, że mu­si­my wy­słać tu kogoś za wszel­ką cenę. –> Wie­dział jed­nak do­sko­na­le, że mu­si­my wy­słać tam kogoś za wszel­ką cenę.

 

Wy­glą­da­li ni­czym stado hien, które za­uwa­ży­ło uty­ka­ją­cą an­ty­lo­pę. –> Wy­glą­da­li ni­czym stado hien, które za­uwa­ży­ły uty­ka­ją­cą an­ty­lo­pę.

Wydaje mi się, że antylopę mogły zauważyć hieny, nie stado.

 

ob­ra­zo­bur­cze wy­po­wie­dzi kie­ro­wa­ne wobec imi­gran­tów… –> Wypowiedź można skierować do kogoś, nie wobec kogoś.

Proponuję: …ob­ra­zo­bur­cze wy­po­wie­dzi na temat imi­gran­tów… Lub: …ob­ra­zo­bur­cze wy­po­wie­dzi kie­ro­wa­ne pod adresem imi­gran­tów

 

Zna­mien­nym było, że to wła­śnie on… –> Zna­mien­ne było, że to wła­śnie on

 

zgro­ma­dzo­nych na sali ludzi. Nagle uci­chła więk­szość roz­mów, a pokój roz­świe­tli­ły bły­ski fle­szy. Pasz­czyń­ski wkro­czył na salę po­wol­nym, ma­je­sta­tycz­nym kro­kiem… –> Piszesz o jednym pomieszczeniu, raz nazywając je salą, raz pokojem, a pokójsala to nie to samo. Pokój pojawia się jeszcze kilka zdań później.

Proponuję: …zgro­ma­dzo­nych na sali ludzi. Nagle uci­chła więk­szość roz­mów, a pomieszczenie roz­świe­tli­ły bły­ski fle­szy. Pasz­czyń­ski wkro­czył po­wol­nym, ma­je­sta­tycz­nym kro­kiem

 

Mówił ze swadą godną an­tycz­nych re­to­ry­ków. –> Mówił ze swadą godną an­tycz­nych re­to­rów.

 

po­pra­wił sobie na­pię­ty do gra­nic moż­li­wo­ści koł­nie­rzyk… –> Zbędny zaimek. Czy poprawiałby kołnierzyk komuś innemu?

 

W ostat­nich la­tach nie raz prze­ko­na­li­śmy się… –> W ostat­nich la­tach nieraz prze­ko­na­li­śmy się

 

Rze­czy­wi­ście w prze­szło­ści nie raz spo­ty­ka­li­śmy się… –> Rze­czy­wi­ście, w prze­szło­ści nieraz spo­ty­ka­li­śmy się

 

rów­nie za­sko­czo­na prze­bie­giem wy­pad­ków, co my wszy­scy. –> …rów­nie za­sko­czo­na prze­bie­giem wy­pad­ków, jak my wszy­scy.

 

Cho­le­ra – po­my­śla­łem. – Do­my­śli­ła się. –> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

spra­wa jest pilna, także mu­siał­by pan wy­ru­szyć jutro z sa­me­go rana. –> …spra­wa jest pilna, tak że mu­siał­by pan wy­ru­szyć jutro z sa­me­go rana.

 

Sta­no­wi­ło to ja­skra­wy kon­trast do mo­je­go wła­sne­go, god­ne­go po­ża­ło­wa­nia wi­ze­run­ku. –> Sta­no­wi­ło to ja­skra­wy kon­trast z moim własnym, godnym pożałowania wizerunkiem.

 

kie­ru­jąc auto z po­wro­tem na ulicę i jadąc w kie­run­ku wy­lo­tów­ki… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …kie­ru­jąc auto z po­wro­tem na ulicę i jadąc ku wylotówce

 

– A czy TY Iza za­wsze masz… –> – A czy TY, Izo, za­wsze masz

 

– No… – Iza na chwi­lę zwie­si­ła wzrok – Ja też czę­sto je czy­tu­ję. –> Brak kropki po didaskaliach.

A może: – No… – Iza na chwi­lę opuściła wzrok. – Ja też czę­sto je czy­tu­ję.

 

pu­ścił już z dymem nie jedno mę­skie serce. –> …pu­ścił już z dymem niejedno mę­skie serce.

 

Z pew­no­ścią przy­ku­wał by znacz­nie mniej uwagi… –> Z pew­no­ścią przy­ku­wałby znacz­nie mniej uwagi

 

która za­wsty­dzi­ła by no­wiut­ki ko­mu­ni­stycz­ny sztan­dar. –> …która za­wsty­dzi­łaby no­wiut­ki ko­mu­ni­stycz­ny sztan­dar.

 

– Bę­dzie­my ich obez­wład­niać po kolei, czy na raz? –> – Bę­dzie­my ich obez­wład­niać po kolei, czy naraz?

 

– Ej! Bie­gnij po wodę! – Straż­nik zwró­cił się do dru­gie­go żoł­nie­rza, który pręd­ko po­biegł w stro­nę re­cep­cji. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …który pręd­ko ruszył w stro­nę re­cep­cji.

 

Nie tak chcia­łem, by skoń­czył się ten wie­czór. –> Nie chcia­łem, by tak skoń­czył się ten wie­czór.

 

Jesz­cze raz po­bież­nie stak­so­wa­łem go wzro­kiem… –> Jesz­cze raz po­bież­nie otak­so­wa­łem go wzro­kiem

 

W ostat­niej chwi­li po­wstrzy­ma­łem swoją rękę przed włą­cze­niem radia. –> Zbędny zaimek. Czy mógł powstrzymać cudzą rękę?

Może: W ostat­niej chwi­li po­wstrzy­ma­łem się przed włą­cze­niem radia.

 

do War­sza­wy do­tar­łem zmę­czo­ny, jak­bym nie spał całą noc. Było około po­łu­dnia, więc przy­naj­mniej udało mi się unik­nąć kor­ków i w końcu do­tar­łem do… –> Powtórzenie.

 

było je­dy­nie kwe­stią czasu, nim kogoś za­świerz­bi ręka. –> …było je­dy­nie kwe­stią czasu, gdy kogoś za­świerz­bi ręka.

 

…w tym mo­men­cie na takim po­zio­mie apa­tii, że było mi kom­plet­nie wszyst­ko jedno, czy ktoś ce­lu­je w tym mo­men­cie ra­kie­tą mię­dzy­kon­ty­nen­tal­ną w moje miesz­ka­nie, czy też nie. W jed­nym z nie­licz­nych mo­men­tów… –> Powtórzenia.

 

oka­za­ło się za­da­niem da­le­ce nie pro­stym. –> …oka­za­ło się za­da­niem da­le­ce niepro­stym.

 

– Wy­sia­da­my – po­wie­dzia­ła krót­ko Iza, od­pię­ła pasy i ru­szy­ła… –> Iloma pasami była przypięta?

 

in­for­ma­cjom zdo­by­tym przez niego nikt nie za­prze­czy.”. –> Kropka przed zamknięciem cudzysłowu jest zbędna.

 

Wi­dzisz Janku, ja i kilku moich bar­dzo do­brze sy­tu­owa­nych ko­le­gów… –> Brak półpauzy rozpoczynającej wypowiedź.

 

Cała pla­ne­ta, rządy,ar­ty­ści, tzw. zwy­kli lu­dzie… –> Cała pla­ne­ta, rządy, ar­ty­ści, tak zwani zwy­kli lu­dzie

Brak spacji po drugim przecinku. Nie używamy skrótów, zwłaszcza w dialogach.

 

ni­czym ja­kieś ro­bac­two po trą­ce­niu kijem ich gniaz­da. –> …ni­czym ja­kieś ro­bac­two, po trą­ce­niu kijem jego gniaz­da.

 

roz­bły­sła żół­to-po­ma­rań­czo­wym świa­tłem. –> …roz­bły­sła żół­topo­ma­rań­czo­wym świa­tłem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka