- Opowiadanie: croom.ps - Anima vilis

Anima vilis

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Anima vilis

Słońce paliło mu skórę. Nie było w pobliżu cienia, w którym mógłby się schronić. Nie było wody, której mógłby się napić. Nie było żywej duszy, która mogłaby wskazać mu drogę. Od jak dawna już tak szedł? Dokąd w ogóle idzie? Zatrzymał się i usiadł na rozżarzonym piachu. Gdzie nie spojrzał, widział tylko piaskowe wydmy. Był zmęczony, ale nie wyczerpany. Tuż obok niego przebiegł onyksowy skarabeusz, aby zaraz znowu zniknąć z powierzchni, uciekając przed żarem słońca.

Po krótkiej chwili Malum wstał, przypominając sobie cel swojej podróży. Nie mógł się zatrzymywać na długo; nie powinien był się w ogóle zatrzymywać. Narzucił więc sobie szybsze tempo, mimo że łapy paliły go żywym ogniem. Nie było to jednak dla niego nowe uczucie.

Kiedy dotarł na szczyt wydmy, zobaczył go. Podróżnik był teraz ledwie małą, czarną kropką tuż pod linią horyzontu. „Kwestia dwóch, może nawet jednego dnia i go dogonię” pomyślał Malum, zbiegając po wydmie. Dysząc okropnie, z rozbiegu zdobył kolejną piaskową górę. Czuł nieustannie smród spalonego ciała.

Słońce zaczynało chylić się z nieba ku ziemi i cienie wydłużały się. Malum znalazł się w wąskim kanionie i zobaczył niedaleko białe, prostopadłościenne formy. Wioska? Mógłby się tam posilić, jednak nie było to konieczne. Z drugiej strony nie miał zamiaru nadkładać drogi, żeby ominąć wioskę. Być może uda mu się przemknąć niezauważonym…

– Jaki śmieszny pies – usłyszał za sobą głos.

Obrócił się gwałtownie i zobaczył w cieniu pod skalną ścianą małą dziewczynkę, najwyżej sześcioletnią. W ręce miała drewnianą kukiełkę. Patrzyła na niego wyczekująco.

– Nie pies, ale bies – odparł Malum niskim, basowym głosem, od którego drżała ziemia. – Anima vilis.

– Nie rozumiem – odparła dziewczynka, marszcząc brwi. Zaraz potem rozpogodziła się i zaczęła wymachiwać kukiełką przed Malumem, jakby zachęcając go do zabawy. Rzuciła ją w powietrze. – Aport!

Kukiełka upadła kilka kroków od biesa. Ten popatrzył na nią niechętnie. „Ludzkie dzieci” pomyślał i chuchnął dymem z nozdrzy, co było u biesów odpowiednikiem przewrócenia oczami. Już miał odwrócić się i odejść, kiedy usłyszał, że ktoś się zbliża.

Zaraz zza skały wyłoniła się czarnowłosa kobieta. Widząc Maluma, znieruchomiała. Stała tak przez kilka sekund, nie odrywając wzroku, aż powiedziała do dziewczynki bardzo cicho, ale stanowczo: – Asija, podejdź tu do mnie słonko, tylko szybko. – A kiedy mała podeszła, starsza zasłoniła jej oczy dłonią i obie zaczęły powoli się oddalać. Kiedy zniknęły mu z oczu za formacją skalną, usłyszał jak rzucają się biegiem do ucieczki. Nie zamierzał ich gonić.

Popatrzył na dwie wysokie ściany skalne, które go otaczały. Nie było szans, żeby mógł się teraz po nich wspiąć. Nie mógł też pozwolić sobie na cofanie się, żeby ominąć wioskę. Musiał przez nią przejść. Jednak postanowił odpocząć, bo czuł, że jest bliski wyczerpania. Zagrzebał się w piasku. „Ciekawe, kiedy po mnie przyjdą”, przemknęło mu przez głowę, zanim zapadł w niespokojny sen.

 

***

 

Przyszli po niego, kiedy już było ciemno. Usłyszał ich nieporadny chód i głośne sapania zanim oni go w ogóle dostrzegli. Dwunastu chłopów z pobliskiej wioski. Oprócz smrodu spalonego ciała czuł ich strach. Lubił ten zapach.

Wygrzebał się z piasku i stanął w całej swojej okazałości – na dwóch nogach, patrząc na nich z góry swoimi onyksowymi ślepiami. W miarę, jak rosło ich przerażenie, tak on rósł w siłę, karmiąc się ich słabością.

Wreszcie któryś chłop nie wytrzymał i strzelił w Maluma z kuszy. Bies, dostając bełtem w prawą pierś, odchylił się lekko do tyłu pod wpływem pędu pocisku, jednak zaraz odzyskał równowagę i rzucił wściekłe spojrzenie w stronę mężczyzny, który pierwszy zaatakował.

– Alea iacta est – wychrypiał Malum, wyjmując sobie bełt z ciała. Zaczął się zbliżać do grupki mężczyzn powoli i trochę ociężale, nie spuszczając wzroku z tego, który go postrzelił.

– Miej nas w opiece, Wieczny Podróżniku, albowiem podążamy Twoimi śladami – wyszeptał szybko któryś pod nosem i naraz wszyscy się rzucili z krzykiem na Maluma.

Pierwszy padł z czaszką przeszytą na wylot przez bełt, który wyjął sobie z piersi bies. Drugi, szarżując z halabardą, skończył rozczłonkowany w obrębie kilku metrów, a jego halabarda posłużyła do pozbawienia głowy trzeciego, tego z kuszą. Czwarty, odepchnięty z wielką siłą, wpadł na piątego i przewracając go, nadział się na jego maczetę. Czaszki szóstego i siódmego uległy wzajemnej kolizji, a ich bezwładne ciała upadły na ósmego, który z przerażenia zaczął uciekać, jednak zraniony wykrwawił się, zanim dotarł do wioski. Dziewiąty, dziesiąty i jedenasty krążyli wokół biesa, starając się go zajść od tyłu i strosząc na niego swoje prymitywne ostrza. Zaatakowali jednocześnie, pchnięci chyba desperacją, bo chaotycznie dźgali powietrze. Zaraz potem wszyscy padli mu do stóp, z twarzami przeoranymi przez onyksowe szpony. Dwunasty, obserwując dotychczas wszystko w bezruchu, nagle zerwał się i pobiegł w ślady ósmego, do wioski.

Po całym zajściu Malum usiadł na chłodnym kamieniu i spojrzał na swoje dzieło. Miało być inaczej, ale zawsze kończy się tak samo. Wstał i podszedł do jednego z trupów. Odsunął go i spod niego wydobyła się umorusana, przestraszona i zakrwawiona twarz piątego mężczyzny, tego z maczetą. Nieszczęśnik patrzył na biesa wielkimi oczami, oddychając ciężko. Zebrawszy w sobie całą odwagę i resztki sił, splunął mu w demoniczną twarz krwią.

Malum jeszcze przez chwilę napawał się widokiem tej słabej, ale tak bezczelnej istoty, po czym odszedł w milczeniu, zostawiając ją na pastwę losu, lub, jak kto woli, darując jej życie właśnie ze względu na tę arogancję. Skierował się w stronę wioski.

Był już wypoczęty i syty, więc dotarł tam bardzo szybko, zastając głuchą ciszę pośród zabarykadowanych budynków. Czuł na sobie te wszystkie spojrzenia ukryte w ciemnościach za oknami, śledzące z napięciem każdy jego ruch. Nie patrzył w ich stronę; nie potrzebował już więcej ludzkiego strachu. Szedł przed siebie, zostawiając za sobą krwawe ślady, które tamci zobaczą dopiero rano. Gdy zniknął im z pola widzenia, jeszcze długo nie wychodzili z domów.

 

***

 

Idąc tak pod osłoną nocy, natknął się w końcu na kamienne kanały zamierzchłej cywilizacji żyjącej na pustyni tak dawno temu, że nie opowiadano już o nich żadnych historii.

Powoli zaczęło wschodzić słońce; niebo było tutaj krwawe, a piasek pokrywała gruba warstwa popiołu wzbijającego się w górę przy każdym kroku. Przestrzeń wypełniała cisza zakłócana jedynie przez odległy jazgot wiatru pochodzącego już jakby z innego świata. To miejsce było naznaczone znamieniem śmierci i ludzie się tutaj nie zapuszczali – to właśnie tu zmierzał Podróżnik.

Po drodze Malum minął Różę Pustyni – również wynalazek dawnej cywilizacji, jednak jej przeznaczenie stanowiło tajemnicę; każdy, kto do niej wkraczał, już nie wracał. Z ciekawości zajrzał w głąb niej; zobaczył kolejne poziomy drewnianych mostów ułożonych po cięciwach okręgu wykopanego w ziemi – prowadziły one w dół, do całkowitej ciemności, gdzie nawet biesowe oko nie potrafiło nic dostrzec. Mosty układały się w sposób przypominający płatki róży; stąd ta nazwa, którą nadali pierwsi ze współczesnych ludzi, ci, którzy mieli jeszcze odwagę się tu zapuścić. Podobno przez jeden dzień w roku, kiedy słońce jest dokładnie nad Różą, można zobaczyć, co jest na jej dnie.

Idealnie lustrzana powierzchnia wody z kanałów odbijała krwawe niebo. Kiedy Malum się w niej przeglądał, dostrzegł na dnie sztywną sylwetkę mężczyzny bez głowy – pozostałość po Golemie. Wbił więc wzrok w ziemię i ruszył wzdłuż jednego z kanałów. Po pewnym czasie z popiołu wyłoniły się obszerne schody koloru kości słoniowej; wydawały się być nietknięte przez czas. W miarę wschodzenia słońca, na ich powierzchni pojawiły się cienie monumentalnych kolumn, zwieńczonych kamiennymi sylwetkami bez głów. Nie było wiadome, kto tak je oszpecił, jednak Malum domyślał się, w jakim celu to zrobił.

Starając się nie patrzeć dalej niż sięgały jego szpony, bies prawie przewrócił skamieniałą postać, stojącą na środku schodów. Ominął ją, nie patrząc w górę; gdzieś w pobliżu był Golem, który miał głowę i być może teraz patrzył na niego. Cienie zagęszczały się – wejście do Twierdzy było blisko. Tam pewnie zmierzał Podróżnik.

Schody dobiegły końca i Malum znalazł się w całkowitym cieniu. Był już w środku; tutaj nie było słychać nawet odległego jazgotu wiatru, tylko odgłos uderzania jego pazurów o posadzkę z czarnego marmuru. Podniósł głowę – w takiej ciemności nikt go nie dostrzeże, za to on widział bardzo dobrze swoimi onyksowymi ślepiami. Stanął na dwóch tylnich nogach, czując się pewniej w cieniu, swoim naturalnym środowisku.

Ruszył przed siebie, nasłuchując echa swoich ciężkich kroków. Szedł tak, aż stracił poczucie czasu; nie wiedział, czy idzie tak od godziny, minuty, czy może kilku dekad. Koncept czasu nie miał wstępu do Twierdzy, jak i nie miało go światło dzienne – przynajmniej tak się Malumowi wydawało, dopóki jego wzrok nie został rozstrojony przez promienie krwawego słońca padające przez wyrwę w ścianie.

Jednak wyrwa nie była do końca wyrwą – kiedy Malum się jej dokładniej przyjrzał, okazała się być dziurą wytrawioną przez ogień, z pozostałościami w postaci zastygłych fałd magmy. Kiedy ją mijał, poczuł smród spalonego ciała.

Wtedy usłyszał bardzo cichy, ale równomierny odgłos uderzania jakiegoś narzędzia o kamień. Zaczął iść w stronę źródła hałasu, teraz już ostrożniej, na czterech łapach. Ta część Twierdzy była naznaczona ogniem. Fragmenty ścian były stopione i widać było przez nie zupełnie obcy świat zewnętrzny, z obłokami popiołu wirującymi w powietrzu.

– Poczekaj chwilę, tylko dokończę moją rzeźbę – rozbrzmiał echem w wielkiej hali głos mężczyzny. „Czy to było do mnie?” zastanowił się Malum, zatrzymując się w połowie kroku i nasłuchując. Odgłos kucia w kamieniu był teraz bardziej agresywny, aż do definitywnego uderzenia, kiedy coś pęknęło i huknęło o ziemię. – Możesz już podejść, demonie.

Bies jednak dalej stał, wypatrując właściciela głosu po całej hali. Światło padające przez zniszczone ściany oświetlało dwa równoległe szeregi Golemów pozbawionych głów. Było ich dokładnie czterdzieści, a każdy następny stał na wyższym piedestale niż ten poprzedni. Wszyscy zastygli w unikatowych pozach, z rękoma w górze lub w dole, stojąc lub siedząc, osłaniając się nimi lub wręcz przeciwnie – wyciągając je jakby do ściśnięcia kogoś za gardło. Było tyle samo posągów kobiet i mężczyzn, wszystkich w podobnych, przewiewnych togach. Dokładność wykonania rzeźb i ich realizm został sprofanowany przez dekapitację i pozostałości w kamieniu po brutalnych ciosach narzędziem.

Sklepienie hali niknęło w cieniu, tak samo jak podpierające je zwieńczenia kolumn stojących przy boku każdego Golema. Z ciemności w górze spadały płatki popiołu, niezakłócone nawet najlżejszym powiewem wiatru. Przez chwilę Malumowi się wydawało, że w jednym z cieni rzucanych przez kolumny coś się poruszyło. Skierował się więc w tamtą stronę, starając się pozostać w ukryciu.

– Dziwne jest to miejsce – usłyszał znowu ten sam głos, tym razem z zupełnie innej strony. – Ale teraz przynajmniej bezpieczne.

Trzymając się z dala od światła, bies kontynuował swój powolny spacer wzdłuż linii, którą wyznaczały dwa szeregi Golemów. Wytężył wzrok i na jej końcu, w najwyższym i centralnym punkcie hali dostrzegł czterdziestego pierwszego Golema, siedzącego władczo na kamiennym tronie. W odróżnieniu od pozostałych, ten miał głowę, ale na miejscu jego twarzy Malum zobaczył tylko wyciosaną, płaską powierzchnię.

– Cui bono? – mruknął cicho, jednak wibracje spowodowane jego głosem zaniepokoiły płatki popiołu w powietrzu.

– O to samo mógłbym ciebie o to spytać, demonie – dobiegł do niego głos zza jednej z kolumn; zaraz z cienia wyłonił się długowłosy brodaty mężczyzna, w szacie sięgającej ziemi, już dosyć znoszonej i przepasanej w biodrach. – Już czterdzieści dni mija, odkąd za mną wyruszyłeś. Czego ode mnie oczekujesz?

– Cóż – zaczął Malum – nie ukrywam, że szukam pewnych odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. – Mówił powoli, wyraźnie, jakby delektując się każdym słowem z osobna. Na chwilę zamilkł, zastanawiając się, jak odpowiednio przejść do sedna sprawy. Podróżnik obserwował go w bezruchu.

– Mam pewną… przypadłość – podjął w końcu – i wiem, że jest nieodwracalna. Co do tego aspektu nie mam wątpliwości. Jednak… chciałbym wiedzieć, dlaczego ja? Co sprawiło, że taki jestem?

Podróżnik zaczął się zbliżać w kierunku Maluma spacerowym, nieco nonszalanckim krokiem. Gdy dzielił ich już niewiele więcej niż metr, mężczyzna zatrzymał się i dotknął monumentalnych rozmiarów kolumny, po czym pokazał dłoń biesowi. Popiół. Na kolumnie pozostał ślad odciśniętej dłoni, jak jakieś znamię czarnoksiężnika.

– Czy wiesz, jaka jest geneza wiecznego ognia? Takiego, który nigdy nie gaśnie i trawi nawet kamień? – spytał, mieląc drobny szary proszek między palcami.

– Nie wiem, Podróżniku.

– A skąd ja miałbym wiedzieć? Kto stworzył wieczny ogień i istoty takie jak ty? Kto zamienił tych ludzi – wskazał zamaszystym ruchem ręki na szereg Golemów nad nimi – w kamienie? Powstała legenda, że wiem wszystko, podczas gdy jedyne co robię, to ciągłe szukanie odpowiedzi; tak samo jak ty, demonie. Czasami je odnajduję, jak na przykład wtedy, kiedy unieszkodliwiłem zabójczy wzrok Golema odrąbując mu głowę – jednak to doprowadziło jedynie do kolejnych pytań. Dlaczego? Krew na mnie trysnęła! Krew z tętnic kamienia?! Okazało się, że to jedynie kamienna skorupa, a pod nią jest serce, które dalej bije, i tak z nimi wszystkimi! Zaraz jednak rana się zasklepiła, porastając kamieniem, a ja tak stałem, z krwią na rękach i nie wiedziałem, co ze sobą począć.

Malum stał w milczeniu, pochłonięty przez coś na kształt dysonansu poznawczego – mężczyzna, który przed nim stał, w ogóle nie pasował mu do wizji Podróżnika opisanej w księgach.

– Co do istot takich jak ty, Malumie – zaskoczenie, skąd zna moje imię? – a, twoje imię to nic wyjątkowego, znam łacinę (tak między nami, mógłbyś się wysilić na coś bardziej oryginalnego); więc, co do istot twojego pokroju: miałem już z wami do czynienia. I wiem, że chociaż pewnie uważasz, że podążałeś za mną, to przybyłeś tutaj, bo to jest miejsce narodzin wiecznego ognia. Tego samego, który trawi cię od środka i który, mimo że nie ma problemu ze zniszczeniem skały lub marmuru, to ciebie z jakiegoś powodu zostawia w nienaruszonym stanie.

– Nie do końca w nienaruszonym, Viatorem – przerwał mu Malum – ciągle czuję ten smród palonego ciała i ból, nieznośny ból wychodzący ze środka…

– No jasne – przerwał mu Podróżnik, niecierpliwie machnąwszy ręką – trochę cię boli, ale żyjesz, a to podstawa. Powiedz mi; jakie jest twoje najstarsze wspomnienie? – Popatrzył na biesa badawczo z ukosa, a ten z kolei zamknął oczy i wszedł do świata, w którym tak dawno go nie było.

 

***

 

Był poranek, chłodny i rześki. Ptaki ćwierkały na zewnątrz, a słońce malowało na zaciągniętych roletach faliste kształty. Ona leżała na boku, z jedną nogą pod, a drugą na pościeli. Jej piersi unosiły się w rytmie powolnego, śniącego oddechu. Złote, długie włosy spadały aż za łóżko. Wyglądała pięknie, kiedy tak spała. Doskonała istota.

On siedział już ubrany, na brzegu łóżka i ściskał coś mocno w dłoni.

– Dzień dobry – usłyszał jej zaspany głos, spowity jeszcze lekką chrypką. – Co to za poranny ptaszek?

– Mieliśmy gościa. – Odpowiedział zwięźle, siedząc do niej tyłem. – Zostawił ci coś, co chyba należy do ciebie.

Usłyszał tylko ciszę. Poczuł wręcz fizycznie, jak się napięła. Wtedy na nią spojrzał, a jego na co dzień ciemne oczy nagle zrobiły się teraz tak czarne jak onyks, który dodatkowo pochłania całe światło, jak czarna dziura pożerająca fotony. Czuł, jak wszystkie mięśnie jego twarzy zastygają w grymasie wściekłości, którego nie potrafił ukryć.

A ona – skamieniała ze strachu.

 

***

 

Nie chciał sobie przypominać nic więcej. To za dużo go kosztowało. Potrzebował przynajmniej jakiejś przerwy, żeby dojść do siebie. Otworzył oczy. Słońce znowu było krwawe, a w powietrzu wirowały płatki popiołu.

– No, tak jak mówiłem – skwitował Podróżnik. – Nie mnie szukałeś, tylko tego miejsca. Ja jestem tylko dodatkiem, który miał ci to uświadomić.

Malum ciężko dyszał, rozprowadzając wokół siebie obłoki dymu. Jego oczy błądziły po szeregach Golemów w tę i we w tę, jednak trudno było mu rozpoznać kogoś dawno zapomnianego tylko na podstawie sylwetki.

Podróżnik obserwował go z zaciekawieniem.

– Mam pewne spekulacje co do tego, co się dzieje teraz w twojej głowie. Chodź za mną.

Ruszyli obaj w cień między kolumnami i zaraz znaleźli się w kolejnej, ciemniejszej hali, gdzie stało już nie czterdzieści jeden, ale kilkaset Golemów bez głów, tyle że nie w szeregach, ale w rozsypce. Każdy w swojej unikatowej pozie, razem stwarzali wrażenie rozjuszonego tłumu.

– Nawet nie pytaj, ile mi zajęło pozbycie się tych wszystkich głów. – Podróżnik strzepnął popiół z ramienia najbliższego Golema z niejaką troską.

– Bardziej mnie zastanawia; po co? – Malum oglądał uważnie sylwetki, szukając tej jednej.

– Jak to; po co? – zirytował się mężczyzna. – Ci intruzi po prostu zaczęli się tu pojawiać i wodzić za mną wzrokiem, od którego ciarki szły po plecach. Ale że to miejsce jest naznaczone ogniem, zawsze tu wracałem, bo prowadzę nad tym badania. Za każdym razem, kiedy odchodziłem z tego miejsca, coś mnie tutaj znowu przyciągało; ta zagadka, nierozwiązana zagadka czekająca na kogoś takiego jak ja, kto by ją rozwiązał. Więc próbuję ją rozwiązać, ale z każdą rzeczą, której się upewniam, idzie w parze pięć niewiadomych. Myślę, że te istoty są fragmentem całej układanki; i że nawet ty się do niej dołączasz. Doprawdy ciekawe zjawisko. Jak jeszcze trochę tu posiedzę, to myślę, że będę w stanie uzupełnić teorię wieloświatów sprzecznych o nowe dane.

– Teorię czego?

– Wieloświatami sprzecznymi określa się takie, które mimo łączeń na poziomie kwantowym posiadają anomalie matematyczne w układzie równań dla podstawowych stałych fizycznych.

– Anomalie matematyczne, czy po prostu błędy w obliczeniach? – mruknął Malum pod nosem, jednak zaraz spotkał się z niezbyt pozytywną reakcją Podróżnika.

– Wypraszam sobie, drogi panie. To, że umiesz trochę łaciny nie kwalifikuje cię jako wystarczający autorytet do podważania teorii naukowych, sformułowanych przez najwybitniejsze mózgi mojego pokroju. Porozmawiamy, jak odkryjesz chociaż nową cząstkę, aczkolwiek nie wiem, jak miałbyś to zrobić z tymi pazurami…

Jednak Malum już od jakiegoś czasu nie słuchał Podróżnika. Patrzył w bezruchu na jedną kamienną sylwetkę mężczyzny, wyciągającego do biesa rękę, w której trzymał złotą bransoletkę.

Nie podszedł bliżej. Nie przyjrzał się dokładnie bransoletce. Przestraszył się powrotu wspomnień i tego, jakie uczucia mogą wywołać. Wyrzuty sumienia i nienawiść do samego siebie to coś, czego już miał za dużo. Nie wiedział, czy może znieść więcej; czy to go nie spali już całkowicie od środka.

Być może ta bransoletka była tylko wytworem jego wyobraźni? Bardzo możliwe. Tak naprawdę wcale jej tu nie było. Wspomnienia z poprzedniego świata były tylko wspomnieniami, to jego umysł płatał mu figle.

Jednak mimo to zaczął się wycofywać powoli do poprzedniej hali. Po cokolwiek tutaj przyszedł, już tego nie chciał. Doznał tak obcego mu uczucia strachu i chciał je natychmiastowo zażegnać, po prostu uciekając.

Podróżnik zamilkł i wyjął spomiędzy szat notatnik, w którym zaczął coś szybko zapisywać, bacznie obserwując Maluma z ukosa.

I w tym momencie, gdy bies obrócił się, pewny, że nie ujrzy nic znajomego, zobaczył pod ścianą obok wejścia sylwetkę, którą znał na pamięć. Była dokładnie taka, jaką ją zapamiętał – siedziała na podłodze, skulona na kształt embriona i chowała głowę w ramionach. Była jak mała, bezbronna dziewczynka.

– Ją zostawiłem w spokoju, jej wzrok wydawał się być nieszkodliwy – powiedział Podróżnik, przerywając pisanie, jednak jego słowa nie spotkały się z żadną reakcją.

Oczy Maluma przestały odbijać światło, były teraz matowo czarne i jakby emanujące cieniem. Jego nozdrza wydychały dym o zapachu spalonego ciała, a jego pazury wyryły ślady w marmurowej posadzce. Jego zniekształcona, nieludzka twarz nagle nabrała przerażająco ludzkiego grymasu.

Trysnęła krew. Wszędzie; w powietrze, na ścianę i na Maluma. Jego całe ciało wypełniał teraz ogień, który wydawał się go kontrolować. Nie przepuszczał żadnej racjonalnej myśli – spalał ją, gdy tylko się pojawiała. Był potworny i nie można było z nim pertraktować, jedynie spełniać jego polecenia.

I Malum spełnił jego polecenie. Po raz drugi.

Podróżnik, przyglądając się całemu zdarzeniu, mocno się zaniepokoił furią biesa, jednak był zbyt zafascynowany tą nagłą zmianą stanu, żeby uciec. Notował teraz szybciej, robiąc dodatkowo szkice demona w poszczególnych stadiach gniewu. Odwrócił wzrok dosłownie na chwilę – aby sprawdzić, czy szkic pokrywa się z oryginałem – i kiedy podniósł oczy, biesa już nie było. Zmarszczył brwi – co się stało? Gdzie się podział? Obrócił się dookoła, rozglądając się za Malumem, jednak ten jakby wyparował.

Podszedł więc do miejsca, w którym ostatnio go widział i przyjrzał się teraz rozczłonkowanemu posągowi kobiety. Jej kończyny, którymi się osłaniała, zostały brutalnie odłamane, a tors szpeciły poczwórne ślady szponów. Cała twarz leżała wokół w drobnych, niemal nierozpoznawalnych fragmentach w akompaniamencie plam krwi na czarnej marmurowej posadzce.

Coś bardzo cuchnęło. Idąc za węchem, Podróżnik zauważył pomiędzy odłamkami kamienia kupkę popiołu, w którym jeszcze coś się tliło. Wyciągnął spomiędzy szat probówkę i pęsetę, którą chciał nałożyć obcy element, jednak już przed dotknięciem pęseta po prostu się rozpłynęła.

– Nie wiem, czego się spodziewałem – mruknął pod nosem, pooglądał jeszcze miejsce całego zajścia, szukając czegoś nowego i odszedł z zamiarem wrócenia na drugi dzień, kiedy wszystko już ostygnie.

Kiedy wrócił, wszystko wyglądało dokładnie tak samo, a obcy pierwiastek wciąż się tlił. Podróżnik próbował wszystkiego; prowizoryczne kamienne szczypce się roztopiły, natomiast woda w promieniu pół metra wyparowywała, więc ochłodzenie nie wchodziło w grę.

Coś się jednak nie zgadzało. Dlaczego on sam nie czuł gorąca bijącego od pierwiastka? Pchnięty tą odrobiną szaleństwa i dedykacji dla nauki, wziął tlący się element do ręki i ze zdziwieniem zaczął go mielić między palcami. Jego dłoń była nietknięta, a on sam nie czuł jego temperatury. W pewnym momencie pierwiastek zaczął ciemnieć i bardziej dymić, aż do czasu, gdy stał się zupełnie czarny. Wtedy Podróżnik wsypał go w końcu do probówki do późniejszych badań i z zadowoleniem odszedł z Twierdzy, mając poczucie spełnionego zadania i kto wie – być może przyczynienia się do jakiegoś przełomu w nauce. Tak długo tlący się pierwiastek – który mianował malumon na cześć biesa – miał wielki potencjał energetyczny.

– Nie odkrył nowej cząstki, ale był nią – powiedział do siebie Podróżnik, gdy zostawiał za sobą monumentalną Twierdzę, aby wrócić do cywilizacji. I dopiero pierwsi ludzie, którzy go spotkali; dopiero oni zauważyli jego nienaturalnie czarne oczy, które momentami przestawały odbijać światło.

Koniec

Komentarze

Początek jeszcze jakoś się czytało, bo byłam ciekawa, ku czemu dąży Malum, ale kiedy dotarł do Róży Pustyni, przestałam rozumieć cokolwiek. I choć doczytałam do końca, gdyby ktoś mnie zapytał, o czym jest to opowiadanie, nie umiałabym mu odpowiedzieć. :(

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia – raził mnie nadmiar zaimków, powtórzenia, nie zawsze poprawnie złożone zdania, słowa, nie zawsze użyte zgodnie z ich znaczeniem, że o nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę.

 

przy­po­mi­na­jąc sobie cel swo­jej po­dró­ży. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

„Kwe­stia dwóch, może nawet jed­ne­go dnia i go do­go­nię” po­my­ślał Malum… –> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

po­my­ślał Malum, zbie­ga­jąc po wy­dmie. Dy­sząc okrop­nie, z roz­bie­gu zdo­był… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Jaki śmiesz­ny pies – usły­szał za sobą głos. –> – Jaki śmiesz­ny pies.Usły­szał za sobą głos.

Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

od­parł Malum ni­skim, ba­so­wym gło­sem… –> Masło maślane. Głos basowy jest niski z definicji.

 

po­my­ślał i chuch­nął dymem z noz­drzy… – Raczej: …po­my­ślał i dmuch­nął dymem z noz­drzy

Chuchać można ustami, nie nozdrzami.

 

od­po­wied­ni­kiem prze­wró­ce­nia ocza­mi. Już miał od­wró­cić się… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

po­wie­dzia­ła do dziew­czyn­ki bar­dzo cicho, ale sta­now­czo: – Asija, po­dejdź tu do mnie słon­ko, tylko szyb­ko. – A kiedy mała po­de­szła, star­sza za­sło­ni­ła jej oczy dło­nią i obie za­czę­ły po­wo­li się od­da­lać. –> Wypowiedź dialogową zapisujemy od nowego wiersza, tak jak i następującą po niej narrację. Winno być:

po­wie­dzia­ła do dziew­czyn­ki bar­dzo cicho, ale sta­now­czo:

– Asija, po­dejdź tu do mnie, słon­ko, tylko szyb­ko.  

A kiedy mała po­de­szła, star­sza za­sło­ni­ła jej oczy dło­nią i obie za­czę­ły po­wo­li się od­da­lać.

 

Kiedy znik­nę­ły mu z oczu za for­ma­cją skal­ną… –> A może zwyczajnie: Kiedy znik­nę­ły mu z oczu za skałą

 

i sta­nął w całej swo­jej oka­za­ło­ścina dwóch no­gach, pa­trząc na nich z góry swo­imi onyk­so­wy­mi śle­pia­mi. –> Zbędne zaimki. Czy mógł stanąć w cudzej okazałości i patrzeć cudzymi oczami?

 

wy­chry­piał Malum, wyj­mu­jąc sobie bełt z ciała. –> Zbędny zaimek. Wiadomo, kogo trafił bełt.

 

Czasz­ki szó­ste­go i siód­me­go ule­gły wza­jem­nej ko­li­zji… –> To chyba nie jest dobre określenie.

Proponuję: Czasz­ki szó­ste­go i siód­me­go, zderzone ze sobą, pękły

 

stro­sząc na niego swoje pry­mi­tyw­ne ostrza. –> Owszem, broń można unieść i wystawić w czyjąś stronę, ale nie wydaje mi się, aby broń można stroszyć. Zbędny zaimek.

 

z twa­rza­mi prze­ora­ny­mi przez onyk­so­we szpo­ny. –> Raczej: …z twa­rza­mi prze­ora­ny­mi onyk­so­wymi szpo­nami.

 

war­stwa po­pio­łu wzbi­ja­ją­ce­go się w górę przy każ­dym kroku. –> Masło maślane. Czy coś może wzbijać się w dół?

 

Był już w środ­ku; tutaj nie było sły­chać… –> Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

Sta­nął na dwóch tyl­nich no­gach… –> Sta­nął na dwóch tyl­nych no­gach

 

kiedy coś pęk­nę­ło i huk­nę­ło o zie­mię. –> …kiedy coś pęk­­ło i huk­nę­ło o zie­mię.

 

Wszy­scy za­sty­gli w uni­ka­to­wych po­zach… –> Na czym polega unikatowość póz?

 

O to samo mógł­bym cie­bie o to spy­tać, de­mo­nie… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Gdy dzie­lił ich już nie­wie­le wię­cej niż metr… –> Czy w świecie, o którym piszesz, wiedziano, co to metr?

 

Po­wiedz mi; jakie jest twoje naj­star­sze wspo­mnie­nie? –> Zamiast średnika powinien być przecinek.

Mam wrażenie, że nadużywasz średników i nie zawsze używasz ich właściwie.

 

– Mam pewne spe­ku­la­cje co do tego… –> Można spekulować, ale spekulacji nie można mieć.

Proponuję: – Mam pewne podejrzenia co do tego…

 

ale z każdą rze­czą, któ­rej się upew­niam… –> Co to znaczy upewniać się rzeczy?

 

To, że umiesz tro­chę ła­ci­ny… –> To, że znasz tro­chę ła­ci­nę

 

Być może ta bran­so­let­ka była tylko wy­two­rem jego wy­obraź­ni? Bar­dzo moż­li­we. Tak na­praw­dę wcale jej tu nie było. Wspo­mnie­nia z po­przed­nie­go świa­ta były tylko… –> Lekka byłoza.

 

i chciał je na­tych­mia­sto­wo za­że­gnać… –> …i chciał je na­tych­mia­st za­że­gnać

 

były teraz ma­to­wo czar­ne… –> …były teraz ma­to­woczar­ne

 

Jego noz­drza wy­dy­cha­ły dym o za­pa­chu spa­lo­ne­go ciała, a jego pa­zu­ry wy­ry­ły ślady w mar­mu­ro­wej po­sadz­ce. Jego znie­kształ­co­na… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

po­kry­wa się z ory­gi­na­łem – i kiedy pod­niósł oczy, biesa już nie było. Zmarsz­czył brwi – co się stało? Gdzie się po­dział? Ob­ró­cił się do­oko­ła, roz­glą­da­jąc się za Ma­lu­mem, jed­nak ten jakby wy­pa­ro­wał.

Pod­szedł więc do miej­sca, w któ­rym ostat­nio go wi­dział i przyj­rzał się teraz roz­człon­ko­wa­ne­mu po­są­go­wi ko­bie­ty. Jej koń­czy­ny, któ­ry­mi się osła­nia­ła… –> Siękoza.

 

Cała twarz le­ża­ła wokół w drob­nych, nie­mal nie­roz­po­zna­wal­nych frag­men­tach w akom­pa­nia­men­cie plam krwi… –> Obawiam się, że plamy krwi nie mogą akompaniować fragmentom twarzy.

Poznaj znaczenie słowa akompaniament.

 

Idąc za wę­chem, Po­dróż­nik za­uwa­żył… –> Kierując się wę­chem, Po­dróż­nik za­uwa­żył

 

Wy­cią­gnął spo­mię­dzy szat pro­bów­kę i pę­se­tę… –> Ile szat miał na sobie Podróżnik?

 

jed­nak już przed do­tknię­ciem pę­se­ta po pro­stu się roz­pły­nę­ła. –> …jed­nak tuż przed do­tknię­ciem pę­se­ta po pro­stu się roz­pły­nę­ła.

 

z za­mia­rem wró­ce­nia na drugi dzień, kiedy wszyst­ko już osty­gnie Kiedy wró­cił, wszyst­ko wy­glą­da­ło do­kład­nie tak samo, a obcy pier­wia­stek wciąż się tlił. Po­dróż­nik pró­bo­wał wszyst­kie­go… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Pchnię­ty tą odro­bi­ną sza­leń­stwa i de­dy­ka­cji dla nauki… –> Co to znaczy być pchniętym dedykacją dla nauki?

 

ze zdzi­wie­niem za­czął go mie­lić mię­dzy pal­ca­mi. –> Obawiam się, że miedzy palcami niczego się nie zmieli.

 

Jego dłoń była nie­tknię­ta, a on sam nie czuł jego tem­pe­ra­tu­ry. –> Nadmiar zaimków sprawia, że zdanie jest nieczytelne.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pomysł ciekawy, tylko że niestety opowiadanie mnie znużyło. Jest bardzo stateczne, przegadane, czasami podajesz mnóstwo szczegółów, które do niczego nie służą, a spowalniają akcję (np. wymienianie po kolei zabijanych przez biesa ludzi, fragment o Róży Pustyni – właściwie mogłoby go nie być i czytelnik nawet by tego nie zauważył). Jest też trochę infodumpów w dialogach biesa i podróżnika. Nie wiem też dlaczego nagle pojawia się wątek matematyczny – gryzł mi się z klimatem reszty tekstu, miałam poczucie, że zabrakło tu jakiegoś uzasadnienia. Poza tym podróżnik przypomina raczej alchemika niż matematyka. Wątek z przemianą człowieka w demona – zarysowany bardzo późno i w stosunku do reszty tekstu raczej pobieżnie – a jest właściwie rozwiązaniem zagadki. Fabularnie opowiadanie jest dość nierówne.

W lekturze przeszkadzało mi też wykonanie. Nie jest tragicznie, ale mogłoby być zdecydowanie lepiej. Sporo powtórzeń, czasami słowa użyte niezgodnie z przeznaczeniem, zdarzają się nieporadne zdania.

Spodobał mi się motyw karmienia się demona ludzkim lękiem, fragment z dziewczynką, i swoista nonszalancja biesa – niezainteresowanie ludźmi, dopóki nie próbują zrobić mu krzywdy. Fajny motyw z onyksowymi błyszczącymi oczami, które matowieją na koniec. Również podobało mi się, że motyw oczu “kontynuowałeś” u wędrowca.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Nowa Fantastyka