- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Formularz Z-13

Formularz Z-13

Przepraszam jurorkę za przekroczenie limitu, ale bawiłom się przy pisaniu tak dobrze, że nie miałom serca wyciąć z tekstu tych 5k znaków.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Formularz Z-13

Było piękne czwartkowe popołudnie. Pozornie zwyczajne, jednak obecność narratora była pewnym znakiem, że to tylko pozory – ów nie miał bowiem zwyczaju opowiadać o normalnych czwartkowych popołudniach, choćby i najpiękniejszych.

Pierwszym zwiastunem niezwykłości był czarny SUV z przyciemnionymi szybami. Był to pojazd z rodzaju tych, na widok których każdy haker, anarchista, zwolennik teorii spiskowych, zdradzony przez własny rząd agent lub innego rodzaju antyestablishmentowy nonkonformista poczułby silną potrzebę wyparowania z okolicy. Ale w pobliżu nie było nikogo takiego. Zaś lokalni mieszkańcy ledwie zaszczycili samochód spojrzeniem.

Z pojazdu wysiadło dwóch mężczyzn ubranych w identyczne garnitury. Rzecz jasna również czarne. Na nosach mieli okulary przeciwsłoneczne. Oczywiście, w tak piękny dzień nie powinno to budzić zdziwienia. Ale wystarczył jeden rzut oka na tę parę, by instynktownie wiedzieć, że nie kierowała nimi dbałość o ochronę wzroku przed zdradzieckim promieniowaniem ultrafioletowym. Wyglądali na takich, którzy nosiliby przyciemniane szkła nawet w ulewny listopadowy wieczór. Równie dobrze mogliby mieć nad głowami neonowe strzałki z napisem „agent rządowy”. Można byłoby się wręcz założyć, że „agent” zrosło się z ich nazwiskami do tego stopnia, że nawet ich żony, o ile takowe posiadali, nie zwracały się do nich inaczej.

Rozejrzeli się po okolicy ze starannie nieruchomymi twarzami, po czym ruszyli w kierunku domu pod numerem dziewiętnastym. Jednak zanim jeszcze zdążyli zapukać, otworzył im mężczyzna w średnim wieku. Całkowicie zwyczajny. Można by wręcz powiedzieć, że doskonale przeciętny. Jakakolwiek siła wyższa odpowiadała za stworzenie owego jegomościa, nie przewidziała dla niego znaczącej roli w żadnym tekście literackim, zdecydowała się więc obdarzyć go wyglądem postaci tła. Fakt, że przyszło mu jednak na moment stanąć w świetle jupiterów świadczy o tym, że nawet siły wyższe popełniają czasem błędy. Trudno powiedzieć, czy fakt ten należy uznać za pocieszający, czy wręcz przeciwnie.

Agentów nie zajmowały jednak podobne rozważania. Zsynchronizowanymi ruchami wyciągnęli z wewnętrznych kieszeni marynarek legitymacje (w czarnych oprawach), po czym młodszy z nich zapytał:

– Pan Nowakovsky?

– Tak, to ja.

– Jestem agent Brown, to mój kolega, agent Jones. Jesteśmy z Federalnej Agencji Nadzorowania Wątków. – Wielkie litery stanęły w szeregu równiutko niczym żołnierze w trakcie musztry paradnej. – Ktoś z centrali dzwonił, żeby uprzedzić o naszej wizycie.

– Tak, oczywiście. Wejdźcie proszę, panowie. Kawy? A może coś z bąbelkami?

– Nie, dziękujemy.

– Usiądźmy może w salonie. Chwileczkę, zawołam tylko żonę. Kochanie! Przyszli panowie z rządu! Zaraz będzie. Tego… Niestety Dorothy jeszcze nie dotarła. Nie możemy się też do niej dodzwonić. Kilka razy mówiłem jej wczoraj, że panowie będą chcieli z nią porozmawiać, że po lekcjach ma zaraz wracać do domu, ale cóż… Wiedzą panowie, jakie są nastolatki.

– Niech się pan nie przejmuje. Jestem pewien, że się znajdzie – powiedział agent Brown swobodnym tonem kogoś, kto wie, że wspomniane dziewczę jest obserwowane przez szóstkę ludzi, dwa drony, helikopter (czarny) i siedem specjalnie przeszkolonych, wyposażonych w najnowocześniejsze wszczepy śródczaszkowe gołębi. – Może zresztą to i lepiej. Pewne sprawy chcielibyśmy omówić z państwem na osobności. 

Chwilę później państwo Nowakovsky siedzieli już na kanapie, uśmiechając się nieco sztywno. Pani domu co chwila nerwowo poprawiała włosy i sukienkę. Wczoraj zaliczyła fryzjera i kosmetyczkę, a dziś przez cały ranek pracowicie dobierała strój, chcąc zabłysnąć jak najjaśniej, gdy przyjdzie jej być opisywaną przez narratora. Byłaby potwornie rozczarowana, gdyby dowiedziała się, jak faktycznie ów opis wyglądał. Na szczęście jednak nigdy do tego nie dojdzie.

Ale nie uprzedzajmy faktów.

 Agenci usiedli na krzesłach przy stole. Brown położył na blacie teczkę i zaczął z niej wyciągać jakieś dokumenty. Przez chwilę panowało milczenie. W końcu gospodarz nie wytrzymał.

– A więc… Dorothy. Zastanawialiśmy się z żoną, co takiego się stało, że rząd się nią zainteresował.

Rzeczywiście, od czasu telefonu z FANW spędzali wieczory głównie na snuciu najdzikszych przypuszczeń. Zgodnie z rodzicielskimi zwyczajami byli pewni, że ich córka wpakowała się w jakieś kłopoty, rozważali jedynie ciężar konsekwencji, które przyjdzie jej ponieść. Jak to bywa w takich sytuacjach, z dnia na dzień fantazja ponosiła ich coraz bardziej, więc wczorajszej nocy uwięzienie w Guantanamo zaczęło być traktowane jako wariant optymistyczny.

– To zrozumiałe. Niech się państwo nie martwią. Musimy tylko zadać kilka pytań, przeprowadzić pewną procedurę, ale państwa córce nic nie grozi.

– Pytań? – Pan Nowakovsky wyraźnie czuł jednocześnie ulgę i rozczarowanie. – Po prostu? Nie można tego było załatwić telefonicznie? Przecież żeby się z panami dzisiaj spotkać, musieliśmy z żoną wziąć urlop. Mój kierownik nie był szczególnie zachwycony. Powiedział, że jutro czeka nas poważna rozmowa o moim nastawieniu do pracy. Jak nic odbije się to na mojej rocznej premii!

– Niech się pan nie obawia. Załatwimy wszystko tak, by wysokość pańskiej rocznej premii nie stanowiła powodu do zmartwień – obiecał agent Brown. Użył przy tym specyficznego tonu, który sugerował, że choć mówi absolutnie szczerze, to ma na myśli zupełnie coś innego, niż jego rozmówca. Pan Nowakovsky oczywiście niczego nie zauważył, jednak narrator, gdyby tylko mógł, mrugnąłby teraz znacząco do czytelnika.

– No dobrze, może zacznijmy – powiedział agent Jones, chcąc popchnąć rozmowę na właściwe tory. Przed chwilą zerknął przez okno. Niebo, do tej pory błękitne, zaczęło zachodzić chmurami. Niedługo zacznie padać. Fabuła się toczyła, chcieli czy nie, a na formularzu Z-13 wciąż jeszcze nie było podpisów tej pary.

– Racja – powiedział jego partner. – Państwa córka to Dorothy Wellma Nowakovsky, lat jedenaście?

– Tak, oczywiście.

– Urodzona dwudziestego szóstego listopada dwa tysiące ósmego roku?

– Tak.

– Zamieszkała przy Spokojnej dziewiętnaście, Typicalville, Kalifornia?

– Hm… Tak. To dlatego tu panowie przyjechali.

Jeżeli agent zwrócił uwagę na kąśliwość, nie dał tego po sobie poznać. Pokiwał jedynie głową i zaznaczył coś na formularzu.

– Jak rozumiem, córka uczęszcza do piątej klasy w lokalnej szkole podstawowej.

– Zgadza się.

– Doskonale. Czy powiedzieliby państwo, że jest osobą zdolną, acz nieprzykładającą zbyt wielkiej wagi do nauki?

– A co to za pytanie? – Pani domu zdumiona uniosła brwi.

– Rutynowe dla tego typu sytuacji. Gdyby byli państwo łaskawi odpowiadać na pytania bez zadawania własnych, pójdzie nam zdecydowanie szybciej. A więc?

– Cóż, Dorothy mogłaby pewnie więcej czasu spędzać nad książkami, ale jest bardzo bystra i ma przyzwoite stopnie – odrzekła głosem pobrzmiewającym urazą.

– Czy córka ma grono wiernych przyjaciół i/lub przyjaciółek, złożone w znacznej mierze lub wyłącznie z osób, które z rozmaitych względów (przykładowo przez wzgląd na chorobę i/lub kalectwo, przynależność etniczną, nadwagę, orientację seksualną, status materialny lub zdolności pozazmysłowe) są niepopularne wśród pozostałych uczniów?

– No… Sama nie wiem… Koleguje się z dziewczyną Adamsów. Ona ma chyba protezę ręki. No i jest też ta, Irmina czy może Irina, faktycznie jest raczej, jak to się mówi, przy kości…

– Ostatnio nocowała u nas też córka Papadopoulosów. Oni chyba niedawno przyjechali do kraju – wtrącił pan Nowakovsky, w oczywisty sposób autochton z dziada pradziada.

– Rozumiem – odpowiedział mężczyzna w czerni. – Czy córce zdarza się popadać w konflikty z rówieśnikami i/lub członkami ciała pedagogicznego?

– Od czasu do czasu faktycznie zdarzy się jakieś spięcie, ale wie pan jak to jest, nastolatki miewają niewyparzony język. – W głosie gospodarza zaczęły pojawiać się pierwsze nuty niepewności.

– Czy przyczyną owych konfliktów zwykle jest fakt, że państwa córka staje w obronie wspomnianych już przyjaciół, gdy ci są atakowaniu i/lub szykanowani przez innych, ze szczególnym uwzględnieniem cheerleaderek, szkolnych przystojniaków, dzieci z bogatych, wpływowych rodzin, lokalnych osiłków oraz starszych, niezwykle surowych i znanych z niesprawiedliwości nauczycieli dowolnej płci?

Nowakovscy spojrzeli na siebie z wahaniem. Agent Brown niemal widział, jak w ich głowach kiełkują niepokojące wnioski, kiedy łączyli ze sobą fakty, które mieli przed nosami od lat. W końcu pani domu niepewnie pokiwała głową i powiedziała:

– Tak, można to chyba tak ująć. A przynajmniej zwykle od tego się zaczyna.

– Czy córka jest zaangażowana w relację na pograniczu fascynacji i niechęci z przystojnym, tajemniczym młodzieńcem o niejasnej przeszłości?

– Wypraszam sobie! Ona ma dopiero jedenaście lat!

– Rozumiem, proszę pana. Niemniej zgodnie z procedurą muszę spytać. A więc?

– Oczywiście, że nie! – Oburzenie ojca wyglądało na szczere, jednak niejasny, ukradkowy grymas na twarzy matki, która rozsądnie postanowiła się nie wtrącać, mógł sugerować coś zupełnie innego. Postawił przy „Tak” na formularzu delikatną kropkę. Później zapyta partnera, co on myśli na ten temat.

– Przejdźmy więc dalej. Czy w okolicy miały miejsce jakieś dziwne i/lub niebezpieczne wydarzenia, które w sposób zupełnie nieprawdopodobny okazywały się łączyć z osobą państwa córki?

– Nie, raczej nie.

– Na pewno?

– No… – Pani Nowakovsky grzebała niepewnie we wspomnieniach. – Była ta sprawa ze zbiegłym więźniem, którego potem znaleziono związanego pnączami i z solidnym guzem na głowie, w miejscu gdzie Dorothy często bawiła się z przyjaciółkami, ale to raczej nie ma związku.

– Racja, racja – dodał jej mąż z namysłem, oglądając dawne wydarzenia w zupełnie nowym, niepokojącym świetle. – Albo wtedy, kiedy na niebie pojawiały się te dziwne światła. To było niecodzienne, prawda? Ale nasza córka nie miała z tym nic wspólnego. Jak tylko się zaczęło, zniknęła na kilka dni i wróciła dopiero po wszystkim. Pamiętam dokładnie. Powiedziała nam, że była pod namiotem z koleżanką.

– No i był jeszcze ten chłopak u nich w szkole, który okazał się być zagranicznym księciem incognito. Chcieli go zdaje się porwać terroryści, ale któryś z uczniów im przeszkodził. Nie wiadomo, który. To mógł być ktokolwiek.

– Wiedzą panowie, to raczej nieciekawa okolica, nie dzieje się tu zbyt wiele.

Agent Brown pokiwał ze zrozumieniem głową i zrobił jakiś dopisek na formularzu, po czym odłożył go do teczki.

– Państwo Nowakovsky… Nie ma łatwego sposobu, żeby przekazać tego typu wieści, więc będę mówił wprost. Obawiam się, że państwa córka jest protagonistką.

– Protagonistką?! – wykrzyknęli gospodarze unisono. Ładnie im to wyszło, pomyślał Jones, siedzący na uboczu, gotów wkroczyć do akcji, gdyby jego partnerowi zabrakło swady. Ciekawe, czy ćwiczyli wspólne zdumione okrzyki.

– Przecież robili jej w szkole testy! Pokazała nam wyniki! Niecały procent szansy na to, że zostanie nienazwaną postacią trzecioplanową! – Pani Nowakovsky wpatrywała się w agentów zdezorientowana.

– Tak, wiemy o tym. – Starał się mówić spokojnym, kojącym głosem. – Wszystkim dzieciakom podaje się mniej więcej taki rezultat. Nie chcemy, żeby świadomość własnych predyspozycji wpływała na ich zachowanie. Później prawdziwe wyniki są przesyłane pocztą do ich rodziców. Niestety, państwa list gdzieś zaginął. Ktoś tego nie dopatrzył, za co serdecznie przepraszam w imieniu rządku Stanów Zjednoczonych. W rzeczywistości nasze modele wykazały, że Dorothy ma ponad dziewięćdziesiąt dziewięć procent szans na zostanie nazwaną postacią pierwszoplanową i około dziewięćdziesiąt pięć procent na to, że zostanie główną bohaterką opowieści. W tych sprawach trudno o większą pewność.

Gospodarze wpatrywali się w agenta, starając się jakoś poradzić sobie z tą wieścią. Pierwsza otrząsnęła się ona.

– Czy wiadomo już, jaka to będzie historia? Może romans? – zapytała z nieśmiałą nadzieją.

– Trudno powiedzieć, ale wiele wskazuje na jakiś rodzaj fantastyki.

– Romans paranormalny? – W głosie pani Nowakovsky nadzieja mieszała się z lękiem.

– Przykro mi, ale raczej nie. Najprawdopodobniej będzie to jakiś rodzaj powieści young adult. Zapewne urban fantasy, albo może jakiś rodzaj SF. Pojawiają się też wzorce typowe dla młodzieżowej dystopii, ale chwilowo nie mamy tyrańskiego rządu do obalenia, więc…

– Więc będzie musiała walczyć o życie? Dokonywać niemożliwych wyborów i mierzyć się z wyzwaniami ponad siły? Tego typu rzeczy?

– Zapewne tak.

– Ale jak? – Wtrącił gospodarz, głosem piskliwym z emocji. – Przecież to zwykła nastolatka z przedmieść!

– A mówiłam ci, żebyśmy ją zapisali na lekcje samoobrony! Ale nie, było ci za drogo! To teraz masz, będzie musiała się mierzyć z wrogami mając za sobą podstawy hiszpańskiego i dwie lekcje gry na gitarze!

– A skąd miałem wiedzieć? Mamy jeszcze trochę czasu, możemy ją posłać na karate, czy coś. Albo może do szkółki strzeleckiej? Jak pan sądzi?

– Niech się tym państwo nie kłopoczą. Protagoniści zwykle nie pozwalają, by takie drobiazgi jak brak kluczowych umiejętności przeszkodził im w odniesieniu sukcesu. Dorothy faktycznie będzie musiała nauczyć się tego i owego, ale to przyjdzie tak jakby samo. Musimy tylko zapewnić jej odpowiednie warunki.

– Odpowiednie warunki? A co to niby znaczy? – Pan Nowakovsky wpatrywał się w agenta nieufnie, podejrzewając, że będzie to miało coś wspólnego ze znacznymi wydatkami.

– Cóż… Jakby to państwu… Trzeba będzie niestety, tego… Znaczy… – Przyszła pora przekazać złe wieści, jednak agent Brown nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Przygotowana wcześniej przemowa całkiem wyleciała mu z głowy. Zerknął na partnera, ten jednak ostentacyjnie zignorował niemą prośbę o wsparcie. – Może inaczej. Pamiętają państwo dzień narodzin Dorothy? W trakcie porodu doszło do nieoczekiwanych komplikacji. Mimo, że była pani w doskonałym zdrowiu, nieoczekiwanie pogorszył się pani stan, wyglądało nawet na to, że może pani umrzeć.

– Skąd pan to wszystko wie?

– Dostajemy informacje o wszystkich takich przypadkach. To typowe w przypadku narodzin przyszłych protagonistów. Tak czy inaczej, lekarzom nieoczekiwanie i wbrew procedurom udało się panią odratować. Oczywiście to nie pani wina, jednak pozbawiło to Dorthy pewnych kluczowych elementów rozwoju.

– Obawiam się, że nie rozumiem.

– Już tłumaczę. żeby zostać porządnym głównym bohaterem potrzeba w życiorysie jakiejś tragedii. Gdyby umarła pani wtedy, pan zostałby samotnym ojcem, może zmagał się z depresją i trudnościami finansowymi albo z jakimś nałogiem. Starałby się pan jak najlepiej, ale i tak byłoby dużo problemów i tak dalej. Ale niestety sprawy potoczyły się niewłaściwym torem, przez co Dorothy wychowała się w szczęśliwej rodzinie na spokojnym przedmieściu. Pech, ale niestety takie rzeczy się zdarzają. Na szczęście wszystko jeszcze można nadrobić, ale musimy się do tego zabrać jak najszybciej.

– To znaczy, do czego tak konkretnie? Mamy się przeprowadzić do gorszej dzielnicy? Zapisać ją do gangu, czy coś?

– Nie, nie całkiem. Proszę, oto formularz Z-13. Prosiłbym, żeby państwo to podpisali.

Pani Nowakovsky wzięła papier do ręki i szybko go przejrzała.

– Zgoda na eliminację? A co to niby ma znaczyć?

– Żeby zapewnić Dorothy odpowiednio tragiczną przeszłość musimy niestety państwa zabić. W tajemniczych okolicznościach.

– Co? Czy ja dobrze rozumiem? Przez to, że wy macie bałagan w papierach, mam dać się zadźgać?

– W zasadzie to użyjemy broni palnej, ale tak, ogólnie rzecz biorąc tak, jest to niestety konieczne.

– Chyba pan sobie żartuje! Ja mam plany! Zobowiązania! Nie mogę sobie ot tak, umrzeć bez zapowiedzi!

– Kochanie, nie rób sceny. – Jej mąż starał się załagodzić sytuację. – Panowie przecież tylko wykonują swoją pracę. To nie ich wina, że sprawy się nieco zagmatwały.

– Nie uciszaj mnie! To przecież nie do pomyślenia! Co o mnie szefowa pomyśli?! Kończymy właśnie duży projekt, a ja się wymiksowuję na tamten świat? O, nie zostawi na mnie suchej nitki podczas spotkania szefów działu!

– No faktycznie, trochę to niespodziewane. Mogli panowie chociaż uprzedzić.

– Rozumiem państwa niezadowolenie, jednak to musi być nieoczekiwany, nagły zgon, więc niestety nie mogliśmy dać państwu czasu na przygotowania. Proszę się jednak nie martwić, damy znać, komu trzeba, że stało się tak z przyczyn fabularnych. No i niech państwo pomyślą o swojej córce. Ona naprawdę potrzebuje tej motywacji. Ta historia z bohaterstwem przydarzy się jej bez względu na wszystko, ale jeżeli nie będzie mogła skorzystać z pokładów determinacji, które dziś zaczniemy budować, może niestety spaść do rangi postaci drugoplanowej, umierającej w pierwszym starciu z czarnym charakterem dla zwiększenia efektu dramatycznego.

– Toż to ordynarny szantaż emocjonalny! – obruszyła się pani domu. Mąż chrząknął się niepewnie, jakby chciał coś powiedzieć. – Cicho siedź. Wiem przecież. No dobrze, podpiszę ten pana głupi formularz.

– Doskonale. Proszę o parafkę tu i tu, a tutaj pełnym imieniem i nazwiskiem. Świetnie. Teraz pan.

– Chwila, ja też?

– Oczywiście.

– Wcześniej mówił pan, że wystarczy śmierć żony!

– Gdyby zmarła przy porodzie, tak. Ale w obecnej sytuacji niestety musi to być zgon obydwojga rodziców.

– A nie mógłbym po prostu zaginąć bez wieści czy tam upozorować własnej śmierci, żeby potem mogła mnie odnaleźć? Słyszałem o takich sytuacjach.

– Owszem, zdarzają się. Ale musiałby pan mieć potencjał na złoczyńcę. Albo chociaż jego współpracownika. Ewentualnie gdyby był pan genialnym naukowcem. Ale pan jest… księgowym, zgadza się? Niestety więc nie jest to możliwe.

– A może…

– No, bo jak mnie trafi! – Pani Nowakovsky straciła cierpliwość. – To też twoja córka! Widzą go panowie, kombinatora jednego! Na wywiadówkę nie pojedzie, na gitarę jej nie odwiezie, jak raz musiał jej zawieźć strój na WF do szkoły, to potem przez miesiąc opowiadał, jak to się przez to spóźnił do pracy! Wszystko na mojej głowie. Jak była mała, to po nocy też mu się nigdy nie chciało wstać! Ani pieluch zmieniać! O nie, mój panie, ja się tak dłużej traktować nie pozwolę. Choć raz przyłóż rękę do wychowania dziecka! Dalej, bierz długopis i podpisuj!

– Dobrze, już dobrze, po co te krzyki. – Uśmiechnął się nerwowo do agentów, szukając z nimi nici męskiego porozumienia, ci jednak strategicznie milczeli. – Już nawet zapytać nie wolno. Proszę bardzo, zadowolona?

Agent Brown sprawdził, czy dokumenty są w porządku, skinął partnerowi głową, po czym schował formularz do teczki.

– Doskonale, bardzo państwu dziękuję. No, to bierzmy się do dzieła.

– Chwila, już? Chciałabym najpierw dobrać jakiś stosowniejszy do okazji strój, poprawić makijaż…

Agenci wymienili spojrzenia. Jednocześnie zerknęli za okno, gdzie pierwsze krople deszczu uderzały właśnie o nagrzane chodniki. Potem zgranymi ruchami dotknęli zestawów słuchawkowych, przez chwilę odbierając jakieś komunikaty. Jones pokręcił delikatnie głową.

– Niestety, nie mamy na to czasu – odpowiedział gospodyni Brown. – Dorothy już tu idzie, dotrze do domu za niecały kwadrans. Musimy brać się do dzieła. Gdyby zechciała pani stanąć tutaj. Co sądzisz? – spytał partnera. Ten zerknął krytycznie na gospodynię i jej otoczenie, po czym pokręcił głową.

– Nie, to ni jest dobre miejsce. Zobacz, z tyłu masz ścianę pomalowaną na granatowo, krew nie będzie się dobrze odznaczała. Zero efektu dramatycznego.

– To może w łazience? Tam mamy żółte kafelki. – Pan Nowakovsky starał się być pomocny.

– Nie żółte, tylko kremowe. Zresztą, nie po to spędziłam cały weekend szorując fugi, żebyście mi je teraz zachlapali.

– Łazienka i tak nie nadaje się zbyt dobrze. Hm, a tu, koło okna? Bryzg szkarłatu na szybie, te sprawy. No i mogłaby pani umierając dramatycznie chwycić się zasłony, ściągnąć ją z karnisza na swoje bezwładne ciało.

– Pan wie, ile one kosztowały? Nie ma mowy!

– No dobrze, już dobrze. To może tutaj? Tu mamy ładną, pustą ścianę.

– A żeby pan wiedział, że pustą. Mąż już dawno miał mi tu powiesić półki, ale ciągle nie mógł się zebrać w sobie. Czy nie tak kochanie?

– No i widzisz, teraz będzie w sam raz. Nie ma tego złego i tak dalej.

– No dobrze, w takim razie niech pani tu stanie, proszę. Tak, to będzie dobre miejsce. Ładnie oświetlone, oferuje dobry kontrast. Wyjdzie z tego porządny opis. – Agent Brown wyjął z teczki pistolet i dwie pary ochraniaczy słuchu. Podał jedną partnerowi i załadował broń.

– Swobodna postawa, proszę. Kiedy strzelę, przyłoży pani dłoń do rany, potem oprze się o ścianę i osunie się na ziemię. Wszystko jasne? Świetnie. – Huknął strzał. Chwilę później gospodyni leżała już na panelach, a dookoła niej rozrastała się kałuża krwi.

– Tak dobrze? – spytała słabo.

– W porządku, poradziła sobie pani bardzo dobrze – pochwalił agent Brown. Jones pokiwał głową z uznaniem. Rzeczywiście, była naprawdę niezła. Aż dziw, że siła wyższa nie przewidziała dla niej roli ofiary w jakimś kryminale. Wielu amatorów w kluczowym momencie panikowało i odwalało zupełną fuszerkę.

– No dobrze. Teraz pan. Myślał pan może o jakichś ostatnich słowach?

– Ostatnich… Nie nigdy. A czemu?

– Wedle przyjętej procedury zostanie pan postrzelony tak, by żyć jeszcze, kiedy córka tu dotrze. Będzie pan mógł wyrzęzić do niej kilka słów. No wie pan, żeby mogła je potem wspominać i czerpać z nich siłę.

– Hm… Nic mi nie przychodzi do głowy.

– Nie szkodzi, nie spodziewał się pan. Jesteśmy przygotowani na takie okazje. – Znowu zajrzał do aktówki, wyjął z niej tekturową teczkę i zaczął przeglądać zgromadzone w niej papiery. – Może „Pamiętaj, skąd pochodzisz”?

– Nie, to dla etnicznych. – Odpowiedział agent Jones, zerkając partnerowi przez ramię. – Może to wielkiej mocy, wielkiej odpowiedzialności? Ponadczasowy klasyk.

– Niby tak, ale analitycy nie przewidują u niej nadprzyrodzonych zdolności. „Zawsze byłem z ciebie dumny”?

– Czy ja wiem… Co pan uważa?

– Mnie się podoba. Takie budujące raczej.

– No dobra, niech będzie. Zapamięta pan? Świetnie. – Zwrócił się w kierunku partnera. – No dobra, daj panu ślad.

– Jaki znowu ślad? – zapytał gospodarz, coraz bardziej zdezorientowany.

– Coś, co córka znajdzie przy panu, a co kiedyś w przyszłości naprowadzi ją na trop jakiejś intrygi. Niech się pan tym za wiele nie przejmuje, tylko po prostu ściska go w ręce. No dobra, co mamy do wyboru?

– Antyczną monetę, strzępek jedwabiu z wymalowanymi ideogramami, zerwany wisiorek z emblematem dawnego boga, pomięty kawałek papieru z zaszyfrowaną wiadomością i połówkę czarno-białej fotografii.

– To może zdjęcie?

– Czy ja wiem… Zdjęcia lepiej wypadają w filmach. Do książki dałbym wisior albo szyfr.

– Może i racja. W takim razie niech będzie ten kod, i tak długo nam już zalega.

Agent Brwon skinął głową i podał panu Nowakovsky’emu zmięty karteluszek. Ten wziął go niepewnie, po czym ostrożnie zacisnął w dłoni.

– Świetnie. Teraz proszę stanąć tutaj. Doskonale. Postrzelę teraz pana, po czym upadnie pan na podłogę, podczołga się kilka stóp do żony, zostawiając za sobą dramatyczną, krwawą smugę, po czym tam zaczeka pan na córkę. Kiedy ta przyjdzie, wypowie pan ostatnie słowa i umrze. Wszystko jasne?

– A tego… Gdybym coś pomylił? No bo raczej nie będzie okazji, żeby to przećwiczyć?

– Nie, obawiam się, że nie. Niech się pan nie martwi, da pan radę. To nie takie trudne. Gotowy?

– Jasne, jasne. Miejmy to z głowy. Przynajmniej nie będę się jutro musiał tłumaczyć szefowi. – Poweselał nieco.

Padł strzał, a Nowakovsky chwilę później.

– O szlag, jak boli! – wykrzyknął, mimo niesprzyjających okoliczności pamiętając, że to ma być historia odpowiednia dla młodzieży i odpowiednio dobierając przekleństwa. –  Nie mówiliście, że to będzie tak bolało!

– Przykro mi, ale rany mają to do siebie. Proszę się teraz podczołgać w kierunku małżonki.

– Jasne, już. Cholera, ale rwie! Gorzej, niż kiedy skręciłem kostkę grając w tenisa. Może mógłbym dostać tabletkę, czy coś?

– Przykro mi, ale nie. Zresztą i tak raczej nic by nie dała. Musi pan dać radę. Już niedaleko. Wychodzi panu bardzo ładna smuga.

– Tak? To dobrze, nie chciałbym tego popsuć, żona by mi nie wybaczyła. Ona bardzo dba o to, żeby wszystko robić jak należy.

– Niech się pan nie obawia, jest świetnie. Byłaby z pana dumna. No, jeszcze kilka cali.

– Dobrze, już dobrze. Przecież pełznę. Do diaska, byłoby łatwiej, gdybym wcześniej zdjął marynarkę. Może mógłby mnie pan, uch, kawałeczek, że tak powiem, podciągnąć…

– No, no, proszę się tak łatwo nie poddawać. Jeszcze tylko trochę. No, tak może być. Ma pan ten świstek? Świetnie. No, to my już będziemy się zbierać. Dorothy powinna niedługo dotrzeć. Niech pan pamięta o ostatnich słowach. W imieniu Federalnej Agencji Nadzorowania Wątków bardzo państwu dziękujemy za współpracę.

Jakiś czas potem przemoczona nastolatka, kierowana złym przeczuciem wbiegła do domu przy Spokojnej 19. Chwilę później ze środka dobiegł jej przerażony krzyk. Agenci, siedząc w swoim czarnym SUV-ie, pokiwali z zadowoleniem głowami, po czym ruszyli w dalszą drogę. Były przecież inne opowieści, których musieli dopilnować. 

Koniec

Komentarze

Fajnie mi się czytało i przyznam, że rozbawił mnie moment ogłoszenia diagnozy, chociaż na ogół nie przepadam za, jakby to ująć, opowiadaniami o opowiadaniach.

Miałam tylko wrażenie, że od tego momentu całość jakoś się rozwlekła, została tak szczegółowo przegadana przez bohaterów, że humor sytuacyjny się w moim odbiorze po prostu rozcieńczył. Chociaż przy samym końcu z układaniem się rodziców znów zdarzyło mi się uśmiechnąć.

Cieszę się, że opowiadanie wywołało choć uśmiech – biorąc pod uwagę przyjęcie niektórych “konkurencyjnych” tekstów nie było to wszak oczywiste.

Szkoda, że fragment rozmowy ci się dłużył – jest on moim ulubionym w tym tekście, więc tym bardziej żal, że nie bawi tak, jakbym chciało. Ale cóż, c’est la vie.

Jak dla mnie wreszcie tekst, w którym humor jest na pierwszym planie. I to nawet całkiem zabawny, zwłaszcza ten moment z protagonistką. Niemniej mam wrażenie, że ścięcie 5k znaków raczej by opowiadaniu pomogło, bo momentami jest przegadane – to właściwie rozwinięty skecz, a skecze nie powinny być zbyt długie.

Może to wszystko nie jest zbyt oryginalne, ale zabawa postaciami i wątkami (Adamsówna z protezą ręki) zasługuje na kliczka na zachętę.

Może i faktycznie dobrze byłoby poucinać temu tekstowi to i owo. Ech, miękkie serce.

 

Za klik dziękuję pięknie.

Fajne, podoba mi się, że humor jest tutaj subtelny, naturalnie wynikający z pomysłu. Zgadzam się z przedpiścami, że można by to i owo skrócić bez szkody dla tekstu a z pożytkiem dla dynamiki. Może protagonistka pójdzie w ślady Bruce’a Wayne’a . :)

Może chociaż te 63 znaki? To już drobny zabieg.

Nie śmiem odmawiać. Nawet z małym naddatkiem.

Przeczytawszy.

Finkla

Dobrze się bawiłam czytając Twój tekst. Wreszcie coś co mnie rzeczywiście bawiło przez całą lekturę. Fajny pomysł, dobre wykonanie, prześmiewcze nawiązania do innych książek i filmów. Postać pani Nowakovsky najbardziej przypadła mi do gustu.

 

Powodzenia w konkursiesmiley

Dziękuję pięknie, życzę tego samego, o ile również wystartujesz.

Fajny tekst. To znaczy taki do uśmiechnięcia, porządnie napisany i z dobrze nakreślonymi postaciami. Ogólnie mi się :) Klikam :)

Jak zobaczyłem tytuł “Formularz Z-13”, to byłem pewien, że napisałeś, Anonimie, opowiadanie o petencie, który próbuje załatwić jakąś sprawę/wywalczyć jakieś świadczenie w ZUS-ie. :)

Fajne. To jest w końcu taki tekst humorystyczny, jakich oczekiwałem po tym konkursie. Zabawny, może trochę prześmiewczy. Nie jest jakoś mocno śmieszny, ale nie można tego nazwać wadą. Bo on nie ma taki być. Jest to opowiadanie bazujące na ciekawym pomyśle, lekkiej formie, przede wszystkim na wyjściu poza pewne schematy, o które to wyjście aż się w tym konkursie prosi, bo przecież humor pozwala na to jak mało który gatunek. Ono nie kładzie na podłogę ze śmiechu, ale bawi. I nie wiem, czy aby czasem nie tego właśnie powinniśmy oczekiwać po opowiadaniach konkursowych.

Słowem, bardzo przyjemna lektura. Daruj, że nie napiszę więcej, ale znowu mam spore zaległości w komentarzach i próbuję się jakoś odkopać. W każdym razie, dla mnie najlepszy tekst jak do tej pory.

Dziękuję uprzejmie obu przedpiściom, miło mi też widzieć swój tekst w bibliotece. Miło mi niezmiernie, że udało mi się wzbudzić wasz uśmiech.

To i ja przeczytałem i dorzucę swoje trzy grosze. choć pewnie niezbyt odkrywcze.

Tekst jest lekko przegadany, ale nie przeszkadzało to w odbiorze, natomiast rzeczywiście nieco rozcieńczyło humor. Można by odrobinę badziej skondensować i wycisnąć więcej.

No ale wyszło całkiem sympatycznie. Nie mam nic przeciwko pisania o pisaniu, toteż tematyka, szzególnie jak na konkurs humorystyczny, całkiem spoko. Za najmocniejszy moment tekstu, w którym uśmiechnąłem się najbardziej uważam oczywiście diagnozę – protagonistka. Drugim zabawnym elementem było planowanie i przyjmowanie pozy do zabójstwa.

Napadów śmiechu nie wywołało, ale czytało się przyjemnie. Tytuł z kolei mi się nie spodobał, odpychał od kliknięcia i przeczytania.

 

Pozdrawiam!

Tutuł mi się z ZUS-em skojarzył, brr… po ponad dziesięciu latach poza krajem jeszcze pamiętam. ;)

Wstęp odrobinę przegadany, ale dalej bardzo mi się podobało. Spór małżonków dobry, scena śmierci tatusia – rewelacyjna i spis przedmiotów, które mogą mu w łapkę wcisnąć – mniam! Symptomy bycia protagonistą też dobre. Kpina na paru poziomach. :)

Może i nie pokładałam się ze śmiechu, ale uśmieszek parę pary się pojawił.

Nie przypuszczałom, że tytuł skojarzy się akurat z ZUSem, a widzę, że to dość popularny przypadek. Cóż, nie było na niego pomysłu, to i wyszło jak wyszło.

Miło, że pojawiły się uśmiechy, na przyszłość postaram się trochę odwadniać teksty. Może kupię suszarkę?

Z suszarki wychodzą suchary…

parę pary

Kurcze, rozbawił mnie mój własna komentarz plus suszarka. :D

Niezły pomysł zaowocował fajnym opowiadaniem. Humor nie występuje tu w nadmiarze, ale za to w dobrym gatunku.

Wykonanie, mimo kilku usterek, całkiem porządne. ;)

 

Można byłby się wręcz za­ło­żyć… –> Literówka.

 

od­po­wia­da­ła za jego stwo­rze­nie, nie prze­wi­dzia­ła dla niego zna­czą­cej roli w żad­nym tek­ście li­te­rac­kim, zde­cy­do­wa­ła się więc ob­da­rzyć go wy­glą­dem po­sta­ci tła. Fakt, że przy­szło mu jed­nak… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Nich się pan nie oba­wia. –> Literówka.

 

– Uro­dzo­na 26 li­sto­pa­da dwa ty­sią­ce ósme­go roku? –> – Uro­dzo­na dwudziestego szóstego li­sto­pa­da dwa ty­sią­ce ósme­go roku?

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

– Za­miesz­ka­ła przy Spo­koj­nej 19… –> – Za­miesz­ka­ła przy Spo­koj­nej dziewiętnaście

 

Po­sta­wił przy „Tak” na for­mu­la­rzu de­li­kat­na krop­kę. –> Literówka.

 

– A nie mógł­bym po pro­stu za­gi­nać bez wie­ści… –> Literówka.

 

– Dobrze, już dobrze, po co te nerwy. – Uśmiechnął się nerwowo do agentów… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Mi się po­do­ba. –> Mnie się po­do­ba.

Z suszarki wychodzą suchary…

Dobry suchar nie jest zły, proszę Loży. Przynajmniej od czasu do czasu.

Kurcze, rozbawił mnie mój własna komentarz plus suszarka. :D

Mówią, że Chryzyp z Soloi umarł, śmiejąc się z własnego dowcipu – czyż może być piękniejszy sposób, by odejść?

Humor nie występuje tu w nadmiarze, ale za to w dobrym gatunku.

Dziękuję pięknie, cieszę się, że przypadło do gustu.

 

Błędy poprawiłom, dziękuję za łapankę.

Bardzo proszę, Anonimie. ;)

Jak na razie Twój tekst anonimie jest najlepszy jaki czytałem w tym konkursie. Pomysł bardzo dobry i wykonanie na wysokim poziomie. Boków co prawda nie zrywałem ze śmiechu ani nie ocierałem łez, ale przez większość czasu czytania miałem sympatyczny uśmiech na twarzy. Przednia lektura.

Cieszę się, że przypadło do gustu. 

Od początku do końca lektury miałam uśmiech na twarzy. Świetny pomysł, gratuluję! Humor subtelny, postacie dobrze wykreowane. Wplotłałeś, Anonimie, ładne smaczki w opisach sytuacji, np. przejmowanie się wyglądem, kłótnie małżonków, przedmioty, które miały towarzyszyć zmarłemu. Fajne! Zrobiłałeś z narratora boga, który przy pomocy agentów nadzoruje fabułę/życie bohaterów. 

Powodzenia w konkursie! :)

Dziękuję i nawzajem, o ile również startujesz.

No i cieszę się, że przypadło do gustu.

Nie startuję, jestem ponurakiem ;)

W takim razie napisz coś, co nawet nie udaje, że jest śmieszne, po czym nazwij to humorem postmodernistycznym. ;)

Dobre, humor postmodernistyczny XD

Humor postmodernistyczny, haha! Może alternatywny? Mam pewien pomysł, ale żeby go zrealizować, muszę mieć dobry humor, a nie mam xD Dlatego czytam konkursowe teksty. 

Formularz Z-13 jest naprawdę pocieszny :)

Wyjątkowo spodobało mi się to opowiadanie i wcale nie uważam, by początek był przegadany, wręcz przeciwnie ładnie wprowadzał nastrój i całą irracjonalność tej sytuacji. Lubię takie zabawy konwencją i balansowanie między rzeczywistością i realnością, a abstrakcją. 

Podobało mi się jak po nitce do kłębka dochodzimy do sedna sprawy i poznajemy prawdę o wielkiej nieobecnej tego opowiadania czyli Dorothy. Fajne pomysły z tymi analizami i wynikami badań na prawdopodobieństwo zostania taką czy inną postacią. A już najbardziej podobało mi się z jakim stoickim spokojem państwo Nowakovscy przyjęli wiadomość, że muszą umrzeć. Bardzo to pasowało do całego opowiadania. 

Ogólnie mówiąc, dobrze bawiłam się czytając ten tekst i wierzę, że autor równie dobrze bawił się przy jego pisaniu, to po prostu w nim czuć. 

 

Pozdrawiam C. 

 

Ps. 

Mnie tytuł skojarzył się z Urzędem Skarbowym :)

Dziękuję za wizytę i cieszę się, że tekst przypadł do gustu. Tylko ten tytuł…

Ciekawe opowiadanie, czarny humor, mężczyźni w czerni:). Pomysł intrygujący – kraina

Niebo, do tej pory błękitne, zaczęło zachodzić chmurami. Nadchodził deszcz.

podmieniłabym.

Dzięki za komentarz Asylum – choć mam wrażenie, że coś w nim zaginęło, zdaje się nieco urwany. 

 

Za wskazanie babolka dziękuję, poprawię.

Anonimie, jakżeś się domyślił, że uciekła mi przepióreczka słowna:) Odświeżałam stronę, ktoś zadzwonił, kliknęłam i fruuu, a potem już nie sprawdziłam. 

No to dalszy ciąg komentarza, ten, który zwiał.

Twoje opowiadanie było dla mnie zagwozdką, gdyż przyciągało i odpychało jednocześnie. 

Dobrze napisane ( w kilku miejscach przy wprowadzeniu i dialogu powalczyłabym), odwołujące się do moich ukochanych, naiwnych „Men in black”, którzy są herosami, z ciętym żartem i ratują świat. Tutaj, są posłańcami złych wieści, zmuszając rodziców do poświęcenia życia, aby zafundować córce „traumę zwycięstwa”, dać jej szansę na zostanie bohaterem.

Dialog małżeństwa z agentami był zabawny, lekka dulszczyzna śmieszyła, lecz w tle czaiła się groza. Zastanawiałam się, jak można byłoby to inaczej rozwinąć/zakończyć, ponieważ pomysł na świat, w którym jesteśmy postaciami z planu powieściowego, mamy bądź nie potencjał tego rodzaju, w dodatku badany rządowymi testami/kwestionariuszami jest fajny, super fajny – dla mnie. Hm, najchętniej to wywinęłabym psikusa agentom:)

pzd srd :) a

Odświeżałam stronę, ktoś zadzwonił, kliknęłam i fruuu, a potem już nie sprawdziłam. 

Spisek! Rządowy, jak nic!

Dialog małżeństwa z agentami był zabawny, lekka dulszczyzna śmieszyła, lecz w tle czaiła się groza.

Bo to w gruncie rzeczy straszny koncept. Genetycznie wylosowana elita, wokół której kręci się cały świat i szara masa pozostałych, żyjących i umierających pod dyktando narracji.

Zastanawiałam się, jak można byłoby to inaczej rozwinąć/zakończyć,

Jeżeli coś przyjdzie do głowy – podziel się, samo jestem ciekawe.

Pierwszym moim impulsem było dodanie siły księgowemu. Do cholery, niech coś wymyśli, przecież formularze i excele to jego codzienna bajka. W drugiej kolejności postawiłabym na żonę, bo żar w niej buzuje, ale może postawić na potencjalnego protagonistę-bohatera, aby ocalił rodziców.

Też pięknie. Ale mimo wszystko wolę moje zakończenie – pasywność rodziców była wpisana w koncept.

Nowa Fantastyka