- Opowiadanie: kolodziej3012 - Serce mroku

Serce mroku

Od­nio­sę się z góry do moż­li­wych za­rzu­tów. Sam zdzi­wi­łem się, że ka­ko­fo­nia ozna­cza nie tylko cha­otycz­ne, nie­przy­jem­ne dźwię­ki, lecz także mie­sza­ni­nę barw, ko­lo­rów i tre­ści, ale jako iż mówi tak Wy­rocz­nia (https://sjp.pwn.pl/szukaj/kakofonia.html), po­sta­no­wi­łem wy­ko­rzy­stać to w ko­lej­nym opo­wia­da­niu.

Słowo „sę­dzi­wiec” wy­stę­pu­je w słow­ni­ku W. Do­ro­szew­skie­go, lecz jest pod­kre­śla­ne u mnie przez au­to­ko­rek­tę. Nie wiem, co to zna­czy, ale zdam się na Wy­rocz­nię (https://sjp.pwn.pl/doroszewski/sedziwiec;5496083.html). „Nie­za­spo­ka­jal­ny” czy „wy­ja­wiacz” to neo­lo­gi­zmy, ale sądzę, że skoro łatwo je utwo­rzyć i rów­nie łatwo ro­zu­mieć, mogę ich użyć w opo­wia­da­niu.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

MrBrightside, NoWhereMan, Finkla

Oceny

Serce mroku

Nigdy nie są­dzi­łem, że nawet pur­pu­ra wscho­dzą­ce­go słoń­ca i rześ­kie po­wie­trze po­ran­ka mogą na­pa­wać mnie tak prze­moż­ną bo­jaź­nią – w ja­kich­kol­wiek oko­licz­no­ściach czy ja­kim­kol­wiek kon­tek­ście dane by mi było chło­nąć ich uro­kli­wy ma­je­stat, ja­kie­kol­wiek zda­rze­nia przy­wo­dzi­ły­by one na myśl. Do czasu. Po­gląd mój na tę kwe­stię zmie­ni­ło pewne oso­bli­we zaj­ście.

Dzie­sięć lat po za­koń­cze­niu okrut­nej wojny re­li­gij­nej, która wy­nisz­czy­ła In­su­lę Sanc­ta, w po­szu­ki­wa­niu uko­je­nia i le­kar­stwa na mar­two­tę za­czą­łem cha­dzać po wy­mar­łych bul­wa­rach sto­li­cy i oko­licz­nych pu­sta­ciach, wcho­dzić do oka­za­łych, mrocz­nych bu­dow­li. Bar­dziej jed­nak za­chwy­ca­ło mnie Sank­tu­arium Boga Ojca, znaj­du­ją­ce się w cen­trum mia­sta, była to bo­wiem naj­oka­zal­sza świą­ty­nia od cza­sów Hagii So­phii. Sia­dy­wa­łem tam czę­sto­kroć, aby go­dzi­na­mi chło­nąć nie­ziem­ski ma­je­stat tego ar­chi­tek­to­nicz­ne­go i rzeź­biar­skie­go ar­cy­dzie­ła. Wpa­try­wa­łem się w ogrom­ny, pełen zmyśl­nych re­lie­fów i za­chwy­ca­ją­cych de­ta­li oł­tarz, w ta­ber­na­ku­lum i pro­wa­dzą­ce do niego złote, wy­so­kie scho­dy, w ota­cza­ją­ce to wszyst­ko mo­nu­men­ty zna­mie­ni­tych świę­tych, pa­trza­łem długo na or­na­men­to­wa­ną chrzciel­ni­cę oraz smu­kłą, wi­ją­cą się am­bo­nę, a spo­glą­da­jąc w górę, czu­łem dziw­ny lęk i po­dziw z po­wo­du ko­pu­ły, która zda­wa­ła się fir­ma­men­tem w swoim wła­snym świe­cie. Nie był to jed­nak jeden z mrocz­nych starych ko­ścio­łów, które – przy­naj­mniej mnie – do dziś na­pa­wa­ją bo­jaź­nią. Wręcz prze­ciw­nie – z nie­zna­nych mi po­wo­dów za­wsze, kiedy się tam znaj­do­wa­łem, od­czu­wa­łem oso­bli­wą ra­dość. Prze­bi­ja­ją­ca się przez ka­ko­fo­nię wi­tra­ży fe­eria po­brza­sku, uwi­dacz­nia­ją­ce­go rzad­ką, sub­tel­ną ku­rza­wę, na­peł­nia­ła moje serce ra­do­ścią, a olśnie­wa­ją­co pięk­ne gwiaz­dy wie­czo­ra, ły­pią­ce zza ko­ściel­nych okien – mia­łem wra­że­nie – cheł­pi­ły się słod­ki­mi ta­jem­ni­ca­mi wszech­świa­ta. Cha­dza­łem tam, gdyż wy­da­wa­ło mi się, że wszyst­kie uroki owego miej­sca, nie­ulot­ne i prze­moż­ne, za­spo­ka­ja­ją nie­mal nie­za­sk­po­ka­jal­ną po­trze­bę szczę­ścia.

Naj­bar­dziej po­do­ba­ło mi się to, że zwy­kle byłem tam sam bądź pra­wie sam: ko­ściół od­wie­dza­li wier­ni wy­łącz­nie w po­rach mszy, czyli co­dzien­nie wie­czo­rem i w nie­dzie­lę rano, a i wów­czas nie było ich wię­cej niż dzie­się­ciu.

Po pew­nym cza­sie za­czą­łem zwra­cać uwagę na star­ca, który czę­sto, po­dob­nie jak ja, sia­dy­wał w po­bli­żu chrzciel­ni­cy – on jed­nak nie po­dzi­wiał ar­chi­tek­to­nicz­nej ma­estrii, lecz z po­chy­lo­ną głową i przy­mknię­ty­mi oczy­ma szep­tał jakąś mo­no­ton­ną frazę. Męż­czy­zna ten mnie za­in­te­re­so­wał; wy­da­wał się przy­ja­ciel­ski i ro­zum­ny, a ta­kich ludzi nie spo­ty­ka­łem na­zbyt czę­sto w smut­nych cza­sach ów­cze­sne­go po­woj­nia. Jako że nie opusz­czał pra­wie przy­byt­ku i przez to nie mo­głem za­gab­nąć go bez prze­ry­wa­nia mo­dli­twy, pod­sze­dłem do niego bli­żej (choć dzia­ła­nie to samo w sobie ra­czej nie mogło spra­wić, byśmy roz­po­czę­li roz­mo­wę). Wów­czas usły­sza­łem do­kład­niej, co mówił. Mia­łem wra­że­nie, że wy­po­wia­da kwe­stię w ja­kiejś ohyd­nej, bluź­nier­czej, gar­dło­wej mowie de­mo­nów, póź­niej jed­nak po­ją­łem, iż mówi po pro­stu po nie­miec­ku – a po­nie­waż język ten był mi znany, prze­tłu­ma­czy­łem owo po­wta­rza­ne usta­wicz­nie i mia­ro­wo zda­nie. Sta­rzec mówił: Fin­ster­nis ist übe­rall. To zna­czy: „mrok jest wszę­dzie”.

Za­uwa­ży­łem pod­ów­czas, że sta­rzec co chwi­la kła­dzie głowę na opar­ciu znaj­du­ją­cej się przed nim ławki i że nie skła­da rąk do mo­dli­twy, a je­dy­nie ści­ska jakiś znaj­du­ją­cy się w po­bli­żu przed­miot. Po­my­śla­łem, że ów czło­wiek, któ­re­go mia­łem za mą­dre­go i mi­łe­go, jest po pro­stu wie­ko­wym sza­leń­cem. Z tego po­wo­du nie tyle go uni­ka­łem, ile zre­zy­gno­wa­łem z pod­ję­cia roz­mo­wy.

Pew­ne­go razu, kiedy jak zwy­kle przy­sze­dłem po zmro­ku do ko­ścio­ła, by chło­nąć cza­row­ną aurę wie­czo­ra i po­dzi­wiać ba­ro­ko­we or­na­men­ty oświe­tla­ne roz­miesz­czo­ny­mi po nie­mal­że całej świą­ty­ni kan­de­la­bra­mi (ko­ściel­ny nie gasił ich po mszy, choć wie­dział, że praw­do­po­dob­nie przyj­dzie­my tylko ja i stary Nie­miec), ktoś z nie­zna­nej mi przy­czy­ny grał „Toc­ca­tę i fugę d-moll” Bacha. Oprócz mnie i ta­jem­ni­cze­go or­ga­ni­sty nie było w ko­ście­le ni­ko­go. Wy­ko­na­nie utwo­ru było bar­dzo dobre, po­sta­no­wi­łem zatem za­gad­nąć mu­zy­ka i po­chwa­lić jego kunszt. Sta­ną­łem przy drzwiach do wi­ją­ce­go się w górę przej­ścia. Przej­ście to pro­wa­dzi­ło do an­tre­so­li, na któ­rej znaj­do­wa­ły się or­ga­ny. Po chwi­li nie­pew­nie po­cią­gną­łem klam­kę i po­sze­dłem na górę, choć toc­ca­tę jesz­cze grano i nie­spo­dzie­wa­nym wtar­gnię­ciem mo­głem roz­pro­szyć mu­zy­ka.

Widok zna­ne­go mi z ko­ścio­ła le­ci­we­go Niem­ca miło mnie za­sko­czył. Na mo­ment za­po­mnia­łem, że mo­głem mieć do czy­nie­nia z sza­leń­cem, wi­dzia­łem w nim bo­wiem je­dy­nie świet­ne­go mu­zy­ka. Wcale go nie roz­pro­szy­łem, naj­pew­niej nawet nie za­uwa­żył, że wsze­dłem na an­tre­so­lę.

Gdy skoń­czył grać, rze­kłem cicho:

Was für eine Ausführung. – Potem za­czą­łem mówić po an­giel­sku, bo bałem się po­słu­gi­wać ję­zy­kiem, który ledwo zna­łem. – Na­praw­dę, po­dzi­wiam pań­ski kunszt.

Mil­czał.

– Na­praw­dę pana po­dzi­wiam; już po paru mi­nu­tach gry sły­chać, że jest pan – może prze­sa­dzę, ale takie od­no­szę wra­że­nie – ge­niu­szem.

Po chwi­li ciszy za­czął szep­tać „mrok jest wszę­dzie“. Nie­zręcz­nie było mi odejść bez słowa, po­dej­rze­wa­łem jed­nak, że Nie­miec nie wy­po­wie żad­ne­go ma­ją­ce­go ja­ki­kol­wiek sens zda­nia, sta­łem zatem w miej­scu, pa­trząc na niego i uśmie­cha­jąc się przy­jaź­nie.

Przyj­rza­łem się uważ­niej jego ob­li­czu. Widać było na nim nie tylko mą­drość i po­wa­gę fi­lo­zo­fa sta­ro­żyt­nej Gre­cji, lecz także ból, trwo­gę i roz­pacz. Nie wiem, jak można z taką pew­no­ścią wy­czy­tać po­dob­ne rze­czy wy­łącz­nie z rysów twa­rzy, lecz nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że taki wła­śnie jest ów czło­wiek: ro­zum­ny i ża­ło­sny. Oczy miał pod­krą­żo­ne i za­czer­wie­nio­ne, szczę­kę po­cią­głą oraz szczu­płą. Był wątły, zgar­bio­ny, ru­szał się po­wo­li, przez co spra­wiał wra­że­nie oszo­ło­mio­ne­go, roz­cza­ro­wa­ne­go, zła­ma­nej i ja­ło­wej isto­ty. Miał na sobie starą, po­mię­tą ma­ry­nar­kę i nie­chluj­nie za­ło­żo­ne, go­łę­bie spodnie.

Wis­sen Sie – za­czął wresz­cie – czy wiesz, jaki jest nasz świat?

Nie zro­zu­mia­łem tego py­ta­nia, a wła­ści­wie uzna­łem je za zbyt ogól­ne: nie wie­dzia­łem, czy od­po­wie­dzieć „strasz­ny“, „ta­jem­ni­czy“, „za­chwy­ca­ją­cy“, gdyż ob­ję­cie myślą ca­łe­go świa­ta (no wła­śnie, wszech­świa­ta czy samej pla­ne­ty?) było dla mnie zbyt trud­ne. Jed­nym sło­wem mo­głem okre­ślić wy­łącz­nie pewne jego ele­men­ty, a i w przy­pad­ku więk­szo­ści z nich było by mi trud­no.

Schwer zu sagen – po­wie­dzia­łem. Póź­niej mó­wi­łem wy­łącz­nie po an­giel­sku: – Na świe­cie są rze­czy dobre i…

– Czy wiesz – rów­nież po­czął mówić po an­giel­sku – gdzie są ciem­no­ści?

– Tam, gdzie nie ma świa­tła – od­par­łem, sta­ra­jąc się, aby słowa te nie za­brzmia­ły iro­nicz­nie.

– Czy wiesz, gdzie jest ulga?

– Tam, gdzie nie ma bólu.

In­da­go­wał, pa­trząc na mnie sza­leń­czo, wy­trzesz­cza­jąc oczy tak, że twarz jego szkli­ła się nie­ziem­sko i przy­wo­dzi­ła mi na myśl twarz trupa.

– Mam dla cie­bie wia­do­mość i nie spodo­ba ci się ona.

Słowa jego były do­kład­nym cy­ta­tem z „Księ­cia ciem­no­ści“ Johna Car­pen­te­ra. W fil­mie tym sły­sza­łem je po raz pierw­szy; za­pa­dły mi one w pa­mięć, po zda­rze­niu ze star­cem na­bra­ły zaś zu­peł­nie no­we­go, jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­ją­ce­go zna­cze­nia.

– Je­stli ulga w śmier­ci? – spy­tał, jakby cy­to­wał jakąś starą księ­gę.

– Sądzę, że po śmier­ci nic nie ma. Je­stem ate­istą-agno­sty­kiem, a przy­cho­dzę tu, by po­dzi­wiać…

– Nie ma – prze­rwał. – Nie ma ulgi w śmier­ci.

Po tym, jak wes­tchną­łem i nie­chęt­nie przy­zna­łem rację, usia­dłem na znaj­du­ją­cym się nie­opo­dal krze­śle. Ob­ser­wo­wa­łem star­ca; ten wstał i pa­trzał na ta­ber­na­ku­lum, za­po­mniaw­szy zda się o moim ist­nie­niu. Trwał tak jak fi­gu­ra wo­sko­wa; nie drgnął mu nawet jeden mię­sień. Po prze­szło mi­nu­cie tego oso­bli­we­go bez­ru­chu wy­po­wie­dział kilka razy enig­ma­tycz­ne słowo clan­cu­la­rius, potem zaś spoj­rzał na mnie i rzekł:

– Nie znasz praw­dy.

Mil­cza­łem.

– Czy pra­gniesz, aże­bym ci ją po­ka­zał?

Przy­tak­ną­łem nie­chęt­nie, mruk­nąw­szy coś pod nosem.

Pod­szedł do or­ga­nów i szy­ku­jąc się do gry, kazał mi słu­chać uważ­nie. Nim do­tknął kla­wi­szy, oznaj­mił, że „musi mi to po­ka­zać“, że „muszę to wie­dzieć“ – choć, jak sam przy­znał, to, czego się do­wiem, miało mi nie spodo­bać się.

Gdy za­grał pierw­sze nuty, po­ją­łem, że mam do czy­nie­nia nie tylko z naj­praw­dziw­szym ge­niu­szem mu­zycz­nym, lecz także wy­ja­wia­czem nie­po­zna­wal­nych ta­jem­nic ko­smo­su; w grze tej bo­wiem brzmia­ło prze­raź­li­we pan­de­mo­nium, wrza­ski po­tę­pień­ców z naj­głęb­szych cze­lu­ści Tar­ta­ru oraz chó­ral­ny chi­chot dia­błów i strzyg. Nie wiem, co szcze­gól­ne­go było w tych dźwię­kach, lecz sądzę, że naj­więk­szy prze­strach mego życia, któ­re­go wów­czas do­zna­łem, nie wy­ni­kał z pry­mi­tyw­ne­go ata­wi­zmu, jaki odżył we mnie pod wpły­wem mu­zy­ki sta­re­go Niem­ca; sądzę, że przy­czy­ny tej trwo­gi nie da się od­na­leźć, stu­diu­jąc ewo­lu­cję czło­wie­ka i ba­da­jąc naj­pier­wot­niej­sze re­ak­cje na okre­ślo­ne od­gło­sy i wi­do­ki. Nie były to tylko nie­przy­jem­ne dźwię­ki, lecz jakby słyn­ny Ne­cro­no­mi­con za­pi­sa­ny nu­ta­mi.

Jak­kol­wiek sę­dzi­wiec grał nie­ziem­sko, w jego ru­chach nie było widać ar­ty­stycz­nej pasji, a prze­ra­że­nie i po­czu­cie obo­wiąz­ku, jakby nie­chęt­nie pod­cho­dził do cze­goś, co spra­wia mu ból.

Gdy ka­ko­fo­nia gra­ne­go z dziką roz­pa­czą, bluź­nier­cze­go utwo­ru osią­gnę­ła pułap, zda­rzy­ło się coś nie­sa­mo­wi­te­go: dwa wy­so­kie na trzy­dzie­ści me­trów wie­lo­barw­ne wi­tra­że, znaj­du­ją­ce się tuż nad nami, w ścia­nie po­łą­czo­nej z an­tre­so­lą, nagle pękły, tak że w ich miej­scu nie po­zo­sta­ło nic prócz ma­ją­ce­go kształt go­tyc­kiej bramy otwo­ru. Odłam­ki ko­lo­ro­we­go szkła po­spa­da­ły z im­pe­tem na pod­ło­gę i pra­wie nas po­ka­le­czy­ły.

Do świą­ty­ni wkro­czy­ły cie­nie.

Nie wie­dzia­łem, co się dzie­je i dla­cze­go od­czu­wam prze­moż­ną bo­jaźń – nawet teraz le­d­wie sobie przy­po­mi­nam ów mo­ment. Zda­wa­łem sobie jed­nak spra­wę, że mu­zy­ka sę­dziw­ca wy­bu­dzi­ła złe isto­ty, pa­ła­ją­ce do mnie nie­na­wi­ścią i po­gar­dą – oraz moce, które (i nie­ste­ty je­stem dziś tego pe­wien) drze­mią w każ­dym za­kąt­ku świa­ta, nawet w pur­pu­rze wscho­dzą­ce­go słoń­ca i rześ­kim po­wie­trzu po­ran­ka. Zro­zu­mia­łem, że świat jest wobec mnie wrogi, że ist­nie­jąc i cier­piąc, bawię go i wy­wo­łu­ję nik­czem­ny chi­chot de­mo­nów. Stary or­ga­ni­sta uświa­do­mił mi, że Fin­ster­nis ist übe­rall i że le­piej się nie łu­dzić, ja­ko­by cze­ka­ło nas kie­dy­kol­wiek wy­tchnie­nie.

Sie­dzia­łem sku­lo­ny w kącie, drżąc jak w fe­brze – usły­szaw­szy wia­do­mość, która mi się nie spodo­ba­ła.

Po kilku mi­nu­tach mu­zy­ka usta­ła. My­śla­łem, że Nie­miec, ode­graw­szy ohyd­ną so­na­tę, ze­mdlał ze zmę­cze­nia. My­li­łem się. Przy­ło­ży­łem palec do szyi, pró­bu­jąc spraw­dzić tętno. Męż­czy­zna umarł.

Trud­no mi było wy­ja­śnić po­li­cji, co się pod­ów­czas stało. Choć szyb­ko stwier­dzo­no, że sta­rzec zmarł na zawał i że nie mia­łem po­wo­du, by go zabić, nikt oprócz mnie nie był w sta­nie po­wie­dzieć, kto stłukł wi­tra­że. Tam­te­go wie­czo­ra nie było burzy; znisz­cze­nie tak wiel­kie­go i so­lid­ne­go dzie­ła było ponad ludz­kie siły. Zda­rze­nie to uzna­no za nie­szczę­śli­wy fe­no­men i bez zbęd­nych oskar­żeń pod­ję­to się od­two­rze­nia wi­tra­żu.

Cie­nie zni­kły. Do dziś jed­nak drżę na widok ły­pią­cych z góry gwiazd, przy­po­mi­na­ją mi one bo­wiem o prze­po­tęż­nym mroku i nie­na­zy­wal­nym złu, przed któ­rym nie ma i nie bę­dzie uciecz­ki, z któ­rym nie można się zmie­rzyć.

Nie­zba­da­ne są se­kre­ty ko­smo­su, nie­poj­mo­wal­ne okru­cień­stwo Przed­wiecz­nych. Nie chcę wie­dzieć już nic wię­cej o na­tu­rze świa­ta, w któ­rym mnie, nie­szczę­sne­mu, przy­szło się na­ro­dzić, i może le­piej dla nas, że es lässt sich nicht lesen.

Koniec

Komentarze

Tekst bardzo plastyczny, bogaty (by nie powiedzieć barokowy) opisami, nieśpieszny, acz nastrojowy. Nieco dziwi archaizacja języka, biorąc pod uwagę, że rzecz dzieje się chyba mniej więcej współcześnie, a przynajmniej nie dalej niż pod koniec XX wieku, ale trzeba przyznać, że pomaga się to wczuć w nastrój. To z zalet.

 

Z wad – tekst jest odtwórczy. To typowa proza a’la Lovecraft. Pradawna groza czyhająca tuż za cienką błoną istnienia. Było. Tutaj jako medium jest wykorzystana muzyka, zamiast bardziej wyeksploatowanych malarstwa i literatury, niemniej niewielka to nowość. No i jak na horror niezbyt wiele tu grozy.

Poza tym strasznie rozwleczone to opowiadanie. Sążniste opisy architektury i krajobrazów, które niczemu jak się okazuje nie służą, opisy uczuć bohatera, które prowadzą donikąd. Tekst dałoby się streścić w czterech zdaniach, nie pozbywając się niemal niczego poza ozdobnikami. Są to, przyznaje, ozdobniki piękne, ładnie napisane, dobrze budują nastrój, ale jest ich zwyczajnie za dużo na mój gust.

 

Podsumowując – tekst przyjemny estetycznie, ale niestety nie porywa, nie budzi emocji i nie zaskakuje.

 

Łapanka:

Pogląd mój na tę kwestię zmieniło pewne osobliwe zajście.

“Mój pogląd” brzmiałoby naturalniej.

Bardziej jednak zachwycało mnie Sanktuarium Boga Ojca

Bardziej niż co?

godzinami chłonąć nieziemski majestat tego architektonicznego i rzeźbiarskiego geniuszu

Budowla nie jest architektonicznym geniuszem, człowiek może nim być. Budowla może być ewentualnie cudem.

monumenty znamienitych świętych

Zdaję sobie sprawę, że monument jest synonimem słowa rzeźba, ale nie brzmi to naturalnie. Konotacje tego słowa sprawiają, że kojarzy się ono raczej z czymś ogromnym, jak monument Lincolna.

czułem dziwny lęk i podziw z powodu kopuły

Również nie całkiem naturalne. Brakuje tu czegoś przed “kopuły”. Ogromu, wspaniałości? Albo jakiegoś czasownika. 

Nie był to jednak jeden z mrocznych gotyckich kościołów,

To zdanie pojawia się trochę ni z gruszki, ni z pietruszki. Opisujesz zachwyt bohatera, a nagle piszesz, że nie czuł bojaźni. Zwłaszcza, że zdanie wcześniej kopuła go napawa lękiem. No i gotyckie kościoły są chyba raczej jasne? Wysokie okna, te sprawy?

Przebijająca się przez kakofonię witraży feeria porannego pobrzasku

Nawet przyjmując, że kakofonia to “mieszanina form, kolorów, treści itp.”, to zdanie i tak nie całkiem trzyma się kupy. “Kakofonia witraży” niewiele znaczy – mieszanina kolorów witraży? Podobnie “feeria” – samodzielnie nie brzmi. “Feeria barw” byłoby lepsze. A poranny pobrzask to masło maślane.

a olśniewająco piękne gwiazdy wieczora[,] łypiące

że wszystkie uroki owego miejsca, nieulotne i przemożne,

Nieulotne i przemożne uroki? Co to w ogóle ma znaczyć?

bądź prawie sam: kościół odwiedzali wierni wyłącznie w porach mszy,

Wierni odwiedzali kościół wyłącznie w porach mszy.

a właśnie takich ludzi nie spotykałem nazbyt często w smutnych czasach ówczesnego powojnia

Usunąłbym “właśnie”.

Jako że nie opuszczał prawie przybytku i przez to nie mogłem zagabnąć go bez przerywania modlitwy, podszedłem do niego bliżej (choć działanie to samo w sobie raczej nie mogło sprawić, byśmy rozpoczęli rozmowę)

Po co nawias?

Miałem wrażenie, że wypowiada kwestię w jakiejś ohydnej, bluźnierczej, gardłowej mowie demonów, później jednak pojąłem, iż mówi po prostu po niemiecku

Doprawdy, niepotrzebna kąśliwość względem tego pięknego języka.

Starzec mówił: „Finsternis ist überall”. To znaczy: „mrok jest wszędzie”.

Zauważyłem podówczas, że starzec co chwila kładzie głowę na oparciu znajdującej się naprzeciw niego ławki i że nie składa rąk do modlitwy, a jedynie ściska jakiś znajdujący się w pobliżu przedmiot.

“To znaczy” bym usunął lub zastąpił myślnikiem. Ławka naprzeciw niego? W kościele? Chyba raczej przed nim? No i trudno jest ściskać przedmioty nie znajdujące się w pobliżu. 

Z tego powodu nie tyle go unikałem, ile zrezygnowałem z podjęcia rozmowy.

Trochę mi to zdanie zgrzyta. Unikanie jest procesem przewlekłym. Zrezygnowanie z rozmowy to coś dziejącego się w jednej chwili. Trudno powiedzieć, żeby jedno mogło być pomylone z drugim.

ktoś z nieznanej mi przyczyny grał „Toccatę i fugę d-moll” Bacha

Ta nieznana przyczyna… Gra na instrumencie nie jest czynnością, która wymaga jakiegoś głębszego uzasadnienia.

Wykonanie utworu było bardzo dobre, postanowiłem zatem zagadnąć muzyka i pochwalić jego kunszt. Stanąłem przy drzwiach do wijącego się w górę przejścia. Przejście to prowadziło do antresoli, na której znajdowały się organy. Po chwili niepewnie pociągnąłem klamkę i poszedłem na górę, choć toccatę jeszcze grano i niespodziewanym wtargnięciem mogłem rozproszyć zapewne skoncentrowanego muzyka.

Widok znanego mi z kościoła leciwego Niemca miło mnie zaskoczył. Na moment zapomniałem, że mogłem mieć do czynienia z szaleńcem, widziałem w nim bowiem jedynie świetnego muzyka. Wcale go nie rozproszyłem, najpewniej nawet nie zauważył, że wszedłem na antresolę.

Usunąłbym “zapewne skoncentrowanego” – dubluje informację, nie da się rozproszyć kogoś nieskoncentrowanego.

Widok znanego mi z kościoła leciwego Niemca miło mnie zaskoczył.

Dlaczego?

szczękę pociągłą oraz szczupła

Przepraszam, o ile pociągłą szczękę jakoś przeżyję, choć mówi się w ten sposób raczej o twarzy, to szczupła nie bardzo ma sens. Poza tym – brak ogonka w “szczupłą”.

oszołomionego, rozczarowanego, złamanej i jałowej istoty.

W połowie wyliczanki zmieniasz rodzaj, co nie brzmi dobrze. No i jak istota może być jałowa?

pogiętą marynarkę i niechlujnie założone,

Marynarka powinna być raczej pomięta lub pognieciona, no i jak można niechlujnie założyć spodnie?

że twarz jego szkliła się nieziemsko i przywodziła mi na myśl twarz trupa.

– Nie ma – przerwał. – Nie ma ulgi w śmierci. Po tym, jak westchnąłem i niechętnie

Dialog scalił ci się z didaskaliami. 

Gdy kakofonia granego z dziką rozpaczą, bluźnierczego utworu osiągnęła pułap

W sensie, sufit? Bo tak to brzmi.

dwa wysokie na trzydzieści metrów wielobarwne witraże, znajdujące się tuż nad nami, w ścianie połączonej z antresolą, nagle pękły, tak że w ich miejscu nie było nic prócz mającego kształt gotyckiej bramy otworu.

“Nie było” zastąpiłbym “nie pozostało”. Usunąłbym “tuż nad nami”, bo tylko zaciemnia opis, dubluje informacje podane potem. 

Odłamki kolorowego szkła pospadały z impetem na podłogę i prawie nas pokaleczyły.

Kluczowy moment tekstu, a tu taki brak dramatyzmu… “Prawie nas pokaleczyły” znaczy po prostu “nie pokaleczyły nas”.

nawet teraz ledwie sobie przypominam ów moment

Czemu “nawet”?

Zdarzenie to uznano za nieszczęśliwy fenomen i bez zbędnych oskarżeń podjęto się odtworzenia witrażu.

Kolejne niezbyt naturalne zdanie. Ani “nieszczęśliwy fenomen” ani “zbędne oskarżenia” jakoś mi nie brzmią.

Ładny język. Jest kilka literówek ale nie dużo. Natomiast klimat wydaje się inspirowany Lovercraftem.

Widzę, Kolodzieju, że uparcie naśladujesz Lovecrafta, choć muszę przyznać, że Serce mroku, mimo całej sztuczności języka, nawet przypadło mi do gustu. Wolałabym jednak, żebyś nie stylizował opowiadania, a napisał je językiem używanym w czasie kiedy rzecz się dzieje, czyli gdzieś tak – jak wyszło mi z obliczeń – chyba na przełomie wieków.

 

Prze­bi­ja­ją­ca się przez ka­ko­fo­nię wi­tra­ży fe­eria po­ran­ne­go po­brza­sku, uwi­dacz­nia­ją­ce­go rzad­ką, sub­tel­ną ku­rza­wę, na­peł­nia­ła moje serce ra­do­ścią, a olśnie­wa­ją­co pięk­ne gwiaz­dy wie­czo­ra ły­pią­ce zza ko­ściel­nych okien – mia­łem wra­że­nie – cheł­pi­ły się słod­ki­mi ta­jem­ni­ca­mi wszech­świa­ta. –> Skoro w oknach były witraże, to jak narrator mógł przez nie widzieć wieczorne gwiazdy?

 

czyli co­dzien­nie wie­czo­rem i nie­dzie­lę rano… –> …czyli co­dzien­nie wie­czo­rem i w nie­dzie­lę rano

 

kła­dzie głowę na opar­ciu znaj­du­ją­cej się na­prze­ciw niego ławki… –> Raczej: …kła­dzie głowę na opar­ciu znaj­du­ją­cej się przed nim ławki

 

wy­trzesz­cza­jąc oczy tak, że twarz jego szkli­ła się nie­ziem­sko… –> Dlaczego wytrzeszczenie oczu spowodowało szklistość twarzy?

 

uświa­do­mił mi, że „Fin­ster­nis ist übe­rall“… –> Albo kursywa, albo cudzysłów.

 

Cięż­ko mi było wy­ja­śnić po­li­cji… –> Trudno mi było wy­ja­śnić po­li­cji

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeszło przez forum prawie niezauważone to opowiadanie, a szkoda, bo to całkiem porządny tekst!

Barwnym językiem malujesz klimat duszny i niepokojący. Odrobinę trąca myszką operowanie dość banalnymi motywami ciemności i mroku, atawistycznego lęku przed nimi. Niemniej mnie to kupiło. To opowiadanie impresją stoi, a mnie się spodobała ta upiorna, nie do końca pojęta i przytłaczająca wizja.

Wielokrotnie widywałem już tutaj porównania do Lovecrafta, ale muszę przyznać, że dopiero “Serce mroku” sprawiło, że mam ochotę przeczytać coś więcej tego autora.

Dobre to! Klimat Lovecrafta mocny, opisy plastyczne, wizja niepokojąca. Trochę ten archaiczny język nie pasuje – sugeruje, że akcja dzieje się wcześniej, ale wspomnienie Johna Carpentera sugeruje, że to raczej XX wiek. Dezorientuje to niestety.

Jednak klimat ten szok wytrzymał. To dobry koncert fajerwerków, nawet jeśli odtwórczy.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jeden z lepszych tekstów, przeczytanych przeze mnie na tym portalu. Klimatyczny, dostojny, napisany pięknym językiem. Nie bez potknięć, co wykazali już w komentarzach inni, ale naprawdę podoba mi się to, co napisałeś.

Ładnie napisane, chociaż nie przepadam za Lovecraftem. Zgadzam się z przedpiścami, że nie ma co stylizować tekstu na XIX-wieczną prozę, jeśli wspomina się w nim film.

przez to nie mogłem zagabnąć go

Zagadnąć albo nagabnąć, IMO.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka