- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Flejowie

Flejowie

Ogromne podziękowania dla Tarniny za nieocenioną (nie mylić z niedocenioną) pomoc.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Flejowie

 Nie za górami, nie za lasami i wcale nie dawno temu, żyli Flejowie, szczęśliwi, życzliwi, pogodni i zgodni, bo ani sławy nie chcieli, ani dóbr nie pragnęli, aby tylko wojen i chorób nie było, a wszystko inne już – fraszka. Dumali sobie dniami całymi, traktaty pisali, w niebo patrzyli i każdy mógł robić, co mu się chciało, bo król ich, Chlewyon, na wszystko zezwalał, tylko sprzątać pod karą straszliwą zabronił. Gdy zaś pytali zdumieni Flejowie, czymże porządek królowi zawinił, ten purpurowiał natychmiast na twarzy i wrzeszczał, pięścią wrogo machając: „A czymże jest to całe sprzątanie?! I któż to widział życie tak trwonić?! Z kąta w kąt ciągać, z góry w dół rzucać, z lewej na prawą bezmyślnie przenosić. Jaka różnica swetrowi i księdze, w szafie, na stole czy w pudle zalegać? Przedmiot ma służyć, nie leżeć, gdzie trzeba. Czas zaś marnować, to zbrodnia najcięższa. I karać ją trzeba bez żadnej litości!”

Spytali wtedy ciekawi Flejowie, cóż w takim razie życia ich celem. Król zaś, westchnąwszy, ton mędrca przyjął i sensu w bezsensie szukać im kazał.

Szukali zatem sensu poddani, o życiu swoim prowadząc rozprawy, wokół rósł zaś bałagan niespiesznie, przez nikogo w królestwie nie zaczepiany. Nie troskali się jednak o to Flejowie, bo i żaden z nich tańca z miotłą nie lubił.

Dobrze się żyło poddanym Chlewyona i każdy czas spędzał w takt zachcianek swoich, aż przyszedł dzień, gdy bałagan, urósłszy, w paskudny sposób nękać ich zaczął. Zrazu niewinne płatał on figle: klucze ginęły i buty na zimę, lecz przyszło w końcu i takie nieszczęście, że skarpet do pary się znaleźć nie dało. Patrzą bezradnie Flejowie zmartwieni, bo w stopy im zimno, pazury ciąć trzeba, a i pięty częściej myć by się zdało. W kolejce zaś czekał już dramat kolejny, bo syn królewski (Roz Gardziasz mu było) w komnacie swojej przepadł na amen. Ruszyli zaraz do króla Flejowie, zagładę wieszcząc i plagi wszelakie, ten zaś, wyszedłszy, załkał żałośnie i woła: „bajzel dziedzica mi wchłonął!”.

Groza przebiegła po twarzach poddanych i cisza grobowa w królestwie nastała, lecz przerwał ją zaraz głos przepotężny:

– Ja twego syna ocalę!

Patrzy król Chlewyon, kto taki odważny, a tu się z tłumu Cymbaliusz wyłania, rycerz waleczny, herbu Ostrotłuków, co znany w całym królestwie był z tego, że strachu nie znał zupełnie przed niczym (choć powiadali złośliwi Flejowie, że wcale nie tylko strachu). Kłania się nisko rycerz Cymbaliusz i czasu nie tracąc, pyta o drogę. Wskazał król ręką, tamten wyruszył, lecz musiał zaraz gonić go Chlewyon, bo zbawca komnatę z kanciapą pomylił i syna pod miotłą mu szukać próbuje. Wskazał król Chlewyon drogę raz jeszcze, rycerz bez słowa do celu wyruszył, klamkę nacisnął, do środka się wsunął, zaraz i drzwi efektownie łupnęły. Nadstawił król ucha, Flejowie w ślad za nim, słuchają, a tam walka straszliwa. Huczy i furczy, chrzęści i rzęzi, jak gdyby kapustę w promocji rzucili, lecz w końcu rozbrzmiał łomot ogromny i cisza głucha w pałacu nastała.

Czekali Flejowie rycerza powrotu, a gdy się nie zjawił, z pomocą ruszyli. Dźwierze otwarli, powieki przetarli, patrzą, a leży Cymbaliusz bez ruchu, stertą wszelakich ksiąg przywalony.

Strapił się Chlewyon i złapał za głowę, lecz już mu trójca z pomocą przybywa. Chytrian obiecał, Klakiery poprzysiągł, Schlebienny oddanie dozgonne ślubował. Król w plecy klepnął, posady zapewnił, ruszyła więc trójca bajzlowi naprzeciw. Drzwi cicho szczęknęły, w rytm wiadra brzdęknęły, coś szura, coś fruwa, ktoś z jękiem przesuwa, nie głośno, nie jawnie, a cicho i sprawnie, lecz w końcu rozbrzmiał łomot znajomy i efekt był z góry wiadomy.

Wpadł król do środka i nic się nie zdziwił, choć jeden bez zębów, drugi w siniakach, trzeci zaś tę kość potłukł najmocniej, co nijak w gips jej wsadzić nie idzie. Wzburzył się Chlewyon, w diabły ich posłał i mówi: „sam się z tym bajzlem rozprawię!”. Miotłę w dłoń ujął, kurz z półek zdmuchnął i zaraz począł żałować ogromnie, bo chmura w komnacie się wzniosła potężna. Krztusi się władca, oczy mu łzawią, idzie i jak w szafę głową nie łupnie, co jej Roz Gardiasz domykać nie nawykł. Człapie król dalej, na ślepo już całkiem, dużym paluchem w kant łóżka przydzwonił. Wrzasnął natychmiast, wlazł w puste butle, runął i leży na plecach bezradnie. Bałagan zaś jeszcze większy.

Zebrał się Chlewyon z ciężkim grymasem. „Rukwa ćma!” z jego ust popłynęło. Zaraz też począł doradców zwoływać, bo widzi, że z bajzlem żartów już nie ma. Toczą dysputy umysły najtęższe, coraz to nowsze koncepty rysując. Po ośmiu naradach, czterdziestu obiadach, „wielkie sprzątanie” król wreszcie ogłosił. Kto żyw, ten do miotły, kto nie żyw – do mopa, bo bajzel z królestwa ma zniknąć natychmiast.

Ruszyły do boju Flejów zastępy, każdy z niezwykłym orężem w swej dłoni. Walczyli śmiało, jak tylko się dało, raz jeszcze chmura zawisła potężna. Huczało, trzaskało, coś stale spadało. I już się król cieszy, że będzie po wszystkim, bo cisza zapadła, kurzawa opadła, spogląda więc, czy problem ma z głowy, lecz gdzie tam: Flejowie pokotem mu leżą, bałagan zaś ani drgnie.

Przysiadł król Chlewyon, podrapał się w głowę i myśli: „cięższy kaliber potrzebny!”. Zaraz jął tedy armię gromadzić, nie Flejów, lecz maszyn uniwersalnych. I posłał do boju pralki-zmywarki, ssawy-dmuchawy, sprzątacze-wchłaniacze, by zaś im dobre dowództwo zapewnić, na czele armii generał Pracz stanął. Brzęczało, trzeszczało, w mig niebo ściemniało. Tu huk przeraźliwy, tam rumor straszliwy, a końca nie widać, bo martwe bój toczy. Flejowie słuchają, rozstrzygnięć czekają, przez kurzu tumany nic dostrzec nie mogą. Naraz jak huknie! Ziemią zatrzęsło, żarem buchnęło, Praczowi do szczętu twarz osmaliło. Zerwał się Chlewyon, bo widzi, że koniec i czeka już tylko, aż chmura opadnie. Wnet jasność się stała, martwota nastała, król patrzy, a bajzel potężny jak nigdy. Praczowi zaś ssawa ucho chce wciągnąć.

Wpadł w popłoch władca i rwie włosy z głowy, bo stracił już koncept, jak bajzel pokonać. A gdy go wszystkie metody zawiodły, ruszył nareszcie do ciemnej jaskini, gdzie mieszkał Mędrylion, mistrz jego dawny, mędrzec w królestwie całym największy, co życie zgłębiwszy, domostwo porzucił, bo wiedział najlepiej, że sensu nic nie ma. Idzie król smętnie, jak tłuk do tablicy, im bliżej ma celu, tym dychać mu ciężej. Pamiętał bowiem, że mistrz, choć szlachetny, jak nikt do pionu krzykiem ustawiał.

Dotarł król w końcu i zdziwił się zaraz, bo mędrzec dawno już czekał na niego. Spojrzał na kamień, przysiadł leniwie i mówi:

– Pomocy szukasz, jak mniemam?

Nie dał król poznać po sobie zdziwienia, choć w głowę zachodził, jak mistrz to przewidział. Ten zaś chichotał pod nosem bezgłośnie, bo dawno mu już Flejowie donieśli, jak to w królestwie sprawy się miały.

– Podobnież bajzel ci syna pochłonął – mówi Mędrylion i śmieje się w kułak.

Zagryzł król wargi i oczy przymrużył, bo znać teraz było, że tamten wie wszystko. Nie bawiąc się tedy w dalsze podchody, pyta król Chlewyon:

– Pomożesz, mój mistrzu?

– Pomogę. – Kiwa mu głową Mędrylion. – Jednak nie za nic.

Król na to zaraz, że ma się rozumieć, że odda pałace, bogactwa, zaszczyty. Uśmiechnął się jednak mędrzec sędziwy i mówi:

– Przyznasz, żeś głupcem skończonym.

Zerwał się władca jak gromem rażony, bo jakże z monarchy kpić, jak z uczniaka? Lecz wspomniał wnet sobie o syna niedoli i wargi znów gryząc, szepcze wbrew sobie:

– Przyznaję, żem głupcem skończonym.

– A to ci nowość – burczy Mędrylion i czasu nie tracąc, prowadzić się każe.

Ruszył król z mędrcem przez pola i lasy, i szli tak, póki ciemna noc nie nastała, lecz nie chciał czekać rana Mędrylion, od razu do wnętrza komnaty wpadając. Czeka posłusznie Chlewyon za drzwiami, paznokcie gryzie i ucho nadstawia. Wkrótce zaś rozległ się łomot znajomy i musiał mędrca na plecach wynosić.

Jęknął król ciężko i twarz dłońmi zakrył, bo już mu wszystko stracone się zdało. Mędrylion jednak, do żywych wróciwszy, rzecze mu cicho z grymasem na twarzy:

– Wrócę nazajutrz.

Zjawił się mędrzec równo o świcie i słów nie marnując, wpadł do komnaty. Ruszył król za nim, w pantoflach, zaspany, gapiąc się w bajzel jak tucznik w kartofle.

– Podnieś no księgę – woła Mędrylion, król zaś pospiesznie zadanie wykonał, a taki mały poczuł się przy tym, jakby na grochu kto klęczeć mu kazał.

– Teraz weź sweter – mówi mu mędrzec.

Chlewyon i tę rzecz z podłogi wnet podniósł, a gdy się obracał, o księgę zawadził, tak, że ponownie runęła na ziemię.

– Znów trzeba podnieść – mówi Mędrylion, a władca ze złości jak mleko już kipi, lecz ujął w dłoń księgę, na stole położył, spojrzał raz, drugi, czy aby nie spada, aż wlazł był na sweter, co z sofy się zsunął i w poślizg wpadając, runął na ziemię.

– Litości! – jęczy król Chlewyon żałośnie.

– O litość mnie prosi! Nieuk skończony! – ruga Mędrylion, jak osa kąśliwy. – Sprawiłeś się, durniu, wcale ciekawie. Taki precedens…

– Co za precedens? Co tu się dzieje?

– Szczególny typ ewolucji bajzlowej.

– Typ czego?! – Krzywi się władca, zdziwiony. – Mistrz raczy żartować?

– A czy cię bawił ostatni upadek?! – huczy Mędrylon, aż przeciąg się zrobił. – I Flejów klęski?! I maszyn cudownych?!

– Nie bawił. – Skłania król głowę pokornie, a minę ma przy tym jak uczniak skarcony. – Lecz cóż to ma znaczyć?

– Co znaczy, mnie pyta. Gamoń w koronie! – grzmi dalej mędrzec, wachlując rękami. – Słuchaj więc, królu, wątpliwej światłości, co przez twój dekret dobrego się stało. Zrazu był tu bałagan zwyczajny. Syf i malaria, rzecz wcale nienowa. Lecz z czasem począł się bajzel przekształcać. Nie naturalnie, rzecz oczywista. Rękami Flejów i króla Chlewyona. A cóż się stało po owych przemianach? Powstała forma tak osobliwa, że walkę o byt ze stwórcami podjęła. Rozumiesz, fujaro?!

– Rozumiem. – Próbuje szczęścia monarcha, lecz rozgryzł go mędrzec i jak się zamachnie!

– Toć widzę, że gapisz się we mnie jak cielę. O cóż się toczy gra w ewolucji? O ocalenie! Co zaś jest rzeczy zadaniem najpierwszym? Gadaj mi zaraz!

Milczy Mędrylion w trzynastu językach, Chlewyon zaś poci się coraz straszliwiej. “Nie dosyć – szepcze – że beszta mnie strasznie, to jeszcze w egzamin swój wykład zamienił. Nic, tylko czekać, aż pałę mi wstawi!”

– Rzecz winna służyć – strzela król w ciemno i oczy przymyka, kpin dalszych czekając, lecz naraz jakby ochłonął Mędrylion i pyta głosem nieomal życzliwym:

– A jakże ci służy, błaźnie beztroski, rzecz w kąt rzucona, pomięta i zgięta, co leży bez celu, kurz tylko zbierając?

– Daruj, mój mistrzu, lecz wciąż nie rozumiem – szepcze monarcha, tchórzliwie jak fretka. – Skoro te rzeczy tak służyć mi pragną, czemuż właściwie się sprzątnąć nie dają? Czy sądzisz może, z całym szacunkiem, że bajzel stworzywszy, są użyteczne?

– Głupiś jak kalosz! – Piekli się mędrzec, aż musiał Chlewyon w bok pędem odskoczyć, inaczej zaraz w łeb by zarobił. – I butny do tego! Mnie chce pouczać! Wielki filozof, w kapuście zrodzony, co sensu w bezsensie szukać polecał. Czekaj, jak zaraz lagę gdzie znajdę…

– Mistrzu, ja tylko…

– Milcz, łbie zakuty! – Płonie Mędrylion, aż z nosa mu dymi. – Zaraz ci wszystko, tumanie, wyłuszczę. A prosto, jakbym szczocie tłumaczył. Pierwej jednak to ty mi coś powiesz. Cóż rzeczom po tym, że bajzel uprzątniesz? Czy leżąc w szafie, służą ci może?

– Cóż… – odpowiada Chlewyon niepewnie, a lęka się przy tym jak kocur kąpieli.

– Wtedy dopiero zbędne się staną, leżąc bez celu całymi latami. Podejdź no bliżej – mówi Mędrylion, naraz ponownie wcielenie spokoju, król zaś znów strwożył się wcale poważnie, lecz na próżno, bo tamten sweter mu daje.

– Oddałbyś komuś – mówi Mędrylion. – Niejeden mógłby się ogrzać nim jeszcze.

– Co mistrz powiada?! – Wzdryga się Chlewyon. – Sweter mam oddać?! Dar od babuni?!

– Służy ci jeszcze?

– Może nie co dzień… Jakże to, król… W swetrze z wisienką?

– Książeczka? – Idzie Mędrylion krok dalej. – Czytasz ją jeszcze?

– Dla dzieci jest przecież.

– Czemu więc małym Flejkom jej nie dasz?

– Oddać pamiątkę?! Nagrodę za wierszyk?!

I już chciał król Chlewyon wiersz recytować, lecz przerwał mu mędrzec pytaniem kolejnym.

– Kalosze? Widzę przecież, że małe. Dałbyś biednemu.

– Bogaty się znalazł – mruczy król Chlewyon, tak, aby starzec dosłyszeć go nie mógł. – Kaloszki mam oddać. Ledwie przyciasne. Rozchodzę! – mówi zwyczajnym już tonem.

– Skarpet bez pary też potrzebujesz? Kapci z dziurami? Krzesła bez nogi?

– Do czego mistrz zmierza?

– Wszystko trzeba tłumaczyć osłowi! Niechby mnie w końcu szlag jasny trafił, ciekawym, cóż byście wtedy poczęli.

Już by tam w piekle mieli wesoło – myśli monarcha i śmieje się w duchu.

– Pytałeś, ośle – mówi znów mędrzec – czy rzecz, bajzel tworząc, jest użyteczna. Wspomnij więc sobie: czyś tego nie widział? Gdyś książkę podnosił, co się z nią stało?

– Spadła ponownie.

– I cóż, twoim zdaniem, po tym jej przyszło?

– Nic, jak w pysk strzelił!

– Bzdury wierutne! Ruszże raz głową, miast paplać bez sensu! – warczy Mędrylion i siada na ziemi, bo nogi strasznie go już bolały, a nigdzie indziej miejsca nie znalazł. – Spójrz na tę książkę. Gdy spadnie – podniesiesz, mając ją w dłoni być może i zerkniesz, a gdybyś jeszcze zechciał przeczytać…

– Wtedy ponownie służyć mi będzie… – mówi monarcha, najszczerzej zdziwiony.

– A niechbyś nawet do niej nie zajrzał…

– Wkrótce znów spadnie i tak aż do skutku.

– Niegrzecznie przerywać! – Grozi mistrz palcem.

– A sweter? – pyta król z miną dzieciaka.

– Ta sama historia. Gdy spadnie – podniesiesz, on dłoń twą poczuje. I choć więcej ciała już ogrzać nie może, tej jednej części krztę ciepła przekaże.

– I tak niby służy?

– A czyś mnie nie słuchał, wałkoniu cholerny, kiedym ci sens ewolucji wykładał?! – grzmi wściekły mędrzec i tak się zasapał, że dysząc, podłogę całą odkurzył. – Mówię raz jeszcze: cóż bytu jest celem? Przetrwać! Nawet w najcięższych warunkach. Gdy nie mógł więc sweter służyć zwyczajnie, robił to tak, jak było możliwe. Wpasował się w panujące realia.

– Więc bajzel chce istnieć, by rzecz mogła służyć… – szepcze monarcha, jakby do siebie. – Lecz, żeby mógł on walczyć skutecznie, pierwej musiałby rozum posiadać.

– Rozum wymyślił. Mędrzec z Abdery. Żebyś swojego szukał tak chętnie. Nie ma bajzel rozumu żadnego i nie jest mu do niczego potrzebny. Podobnie sprawa ma się z rzeczami. Każdej pisana jest rola najprostsza. Książka ma spadać, sweter się zsuwać, butle pustawe chodzącym zawadzać…

– Lecz i do tego rozum potrzebny!

– Ten dalej swoje! A to ci cymbał! I jaki uparty! Jak osioł co najmniej – zrzędzi Mędrylion jak dziad bazarowy. – Cóż by to wyszło z takiej krzyżówki? Pewno oślimbał! Znasz ty roślinę, co muchy pożera? Czy jej może także rozum przypiszesz? Nie ma, powtarzam, bajzel rozumu, tak, jak i żadna z tworzących go rzeczy. Starcza mu Chlewyon nierozgarnięty i ślepo wierni monarsze Flejowie. Czemuż ci książka spada bez przerwy? Bo fragment jej znad stołu wystaje. Można przesunąć, myślisz zapewne. Mylisz się jednak, bo miejsca nie znajdziesz. Cały stół resztą ksiąg zawalony. A niechbyś je zechciał przesunąć gdzieś indziej i tego nie zrobisz, bo wszystko zajęte. Wspomnij no sobie bajzlu początki, gdyście beztrosko rzeczy rzucali. Z czasem zaczęło wam miejsca brakować. Pchaliście wtedy, co zbędne, w szczeliny, aż się narodził mechanizm bajzlowy, co dziś tak chętnie łupnia wam daje.

– A klęska wojenna?

– Ta sama historia. Gdyś posłał do boju maszyny potężne, z góry żeś, tłuku, na klęskę je skazał. Jasne jest przecież, że od ich działania zaraz kurzawa się wzniesie potężna. Jakże miał tedy Pracz wojskiem rządzić, gdy nic przez chmurę ciemną nie widział? Żadna maszyna, nawet największa, bez oczu flejowych bitwy nie wygra.

– I bajzel ich nie miał. – Broni się Chlewyon.

– Bo nie potrzebował! – Mistrz puka się w głowę. – Cóż robił bajzel? To samo, co zwykle! Tutaj się wkręci, tam znów coś zapcha. Do tego mu przecież oczu nie trzeba. Starczy zalegać.

– A syn mój?

– Taki sam bałwan jak ojciec. Grzebał gdzie pewno, popychał, przenosił i tak naprzesuwał, że wyjść potem nie mógł.

– Więc co teraz będzie? – pyta monarcha.

– I tego też nie wiesz?! – Tupie mistrz nogą. – Czyś może dekretem i myśleć zakazał?

– Mistrzu…

– Co jest rozwoju napędem? Twarda selekcja! To jasne jak słońce! Będzie więc bajzel zalegał tu dalej, aż wyprze tych, co życie mu dali.

– Jak może wypchnąć?!

– Jak słabsze ogniwo.

– Ta góra bezmyślna? – Dziwi się Chlewyon.

– Swój trafił na swego – mruczy Mędrylion.

– A gdyby nie śmiecić? – Król brzytwy się chwyta.

– Nic już to nie da. – Przesądza mistrz sprawę. – Zniszczą się buty, spodnie, fotele, zechcesz wymienić.

– A co ze starymi?

– Zwiększą bałagan, co sprzątnąć się nie da.

– Więc co ze mną będzie?! – Król trzęsie portkami.

– Stracisz królestwo. – Wydaje mistrz wyrok. – Nie już i nie jutro, lecz wyprze cię w końcu, twór dłoni twych i umysłu ciężkiego.

– Trzeba więc walczyć!

– Walczyłeś już przecież, ze skutkiem, jak mniemam, powszechnie wiadomym.

– Musi być sposób! – Upiera się Chlewyon. – Kto widział, by martwe myślących wyparło?

– Właśnie dlatego, żeś ponoć myślący, szanse twe żadne. Ty masz sentyment, lenistwo, wspomnienia…

– A one?! – Wierci się król niecierpliwie.

– A one, tłumoku, niczego nie mają – mówi Mędrylion z takim spokojem, jakby relację z pielgrzymki był zdawał. – Na litość nie weźmiesz, bólu nie zadasz.

– Wiem, że jest rada! Musi być przecież! – Krąży monarcha, mamrocząc do siebie. – Wymyśl coś, mistrzu! Na wszystko się zgodzę!

– Na wszystko?

– Zapewniam! Co tylko mi powiesz!

– Dobrze. Niech będzie. Ocalę lud Flejów, a przy okazji i twój zad niegodny, ty zaś, po wszystkim, korony się zrzekniesz.

– Korony?! – Wytrzeszcza król oczy w przestrachu, aż mu do szczętu gałki przewiało. Chętniej i własną babkę by oddał.

– Korony! – mówi Mędrylion ozięble. – A spróbuj no tylko targować się jeszcze!

– Niech i tak będzie.

Słów więcej nie tracąc, król pałac opuścił i patrzy zdumiony, jak z krain odległych, schodzą się chmary gości przedziwnych. Z przodu mknie grupa Zmarzluchów Bezswetrych, za nią w ślad idą Majstrowie Bezmłotcy. Dalej dwa rzędy Bóstw Szafopustych, garstka Przydasiów, tłum Szmelcowskrzeszaczy. Z boku król widzi Sąsiadów Bezcukrych, na końcu zaś grono Zbieraczy-Hobbystów. Każdy z przybyłych rzecz jedną wziął w dłonie, po czym królestwo opuszcza niespiesznie, gdy zaś ostatni lud Flejów pożegnał, po bajzlu śladu już nawet nie było. Wkrótce wychodzi z pałacu Mędrylion, za nim zaś wolno Roz Gardziasz się toczy. Zaraz mu Chlewyon wyrusza naprzeciw, ściska serdecznie i łzy męskie roni, mędrca zaś pyta głosem łamliwym:

– Jak to zrobiłeś?

– Sposobem najprostszym. – Rozkłada mistrz ręce, z uśmiechem pokątnym. – Każdy wszak brał, co potrzebne mu było.

– Czemuż się jednak bajzel nie bronił?

– Bo nie mógł – mówi mędrzec spokojnie. – Kto podniósł sweter, weń zaraz się stroił. Kto w dłoń wziął księgę, ten czytać poczynał. Po cóż się miały przedmioty te bronić, gdy dane im było znów służyć, jak dawniej?

Król głową kiwa i nic już nie mówi, zdając koronę, jak wcześniej poprzysiągł. Tak i ład nastał w krainie flejowej, lecz spytać zasadnie, czy aby na długo? Czym innym jest w końcu dla świata porządek, jeśli nie bajzlu zwiastunem niewinnym?

Koniec

Komentarze

Cholera, będę musiała porzucić na trochę pisanie mojego opka, bo mi się, psiakostka, wszystko rymuje. ;) Ale że Ci, Anonimie, Tarnina na te rymy pozwoliła, to mi się w głowie nie mieści. ;)

Fajnie wyszło, rzeczywiście zabawnie, choć odrobinkę przydługawo. Flejowie – pierwsza klasa, imiona, szczególnie króla, świetnie dobrane. Rozwiązanie problemu, niby oczywiste, ale i tak się uśmiechnęła, podobnie, jak przy zakończeniu. Entropia rządzi. :)

Trochę świeżością w konkursie powiało.

Klik. :D

Ale że Ci, Anonimie, Tarnina na te rymy pozwoliła, to mi się w głowie nie mieści. ;)

Iruś, tutaj rymy wpisują się w ogólny styl i mają sens. Ja nie krzyczę za rymy jako takie, krzyczę, kiedy one leżą nie tam, gdzie trzeba i człowiek się o nie potyka.

heart

Tarnino, no przecież wiem. wink

Aż się zalogowałem aby skomentować choć ostatnio rzadko wpadam przez brak czasu.

Dla mnie bomba! :D

Coś innego, jak wspomniała Irka, świeżego, oryginalnego i zabawnego.

Sposób, w jaki napisałeś/napisałaś ten tekst, również jest dobrym pomysłem i fajnie grającym z całością. No ja czytałem z uśmiechem od początku do końca, podobało się cholibka!

I takie zdania, jak choćby to:

Jaka różnica swetrowi i księdze, w szafie, na stole czy w pudle zalegać? 

wywołały u mnie nie mały banan na twarzy i wprowadziły w głębsze filozoficzne rozmyślania :D

Pozdrawiam! ;)

Co za urocza opowiastka! Czytało się cudownie, ktoś mógłby mi to opowiadać na dobranoc. Jak wpadłam w rytm, to już z niego nie wyszłam do końca – no lepiej niż w samej “Lokomotywie”. I jaki walor edukacyjny :) Język jest szalenie plastyczny i sobie tak naturalnie równiutko stukocze, dialogi niewymuszone – nie widać żadnego naginania treści na rzecz zachowania rytmu czy stworzenia rymu.

Uśmiechnęłam się parę razy również – ale to nie jest opowiadanie do rżenia i klepania się po udach. Jest cudowne dokładnie takie, jakie jest. 

Bajka! Całkiem dosłownie. Do tego z morałem. Przyjemna w lekturze, mądra, wesoła, pięknie napisana. Styl doskonale dobrany do treści, humor nienachalny, ale bezsprzecznie obecny i to wysokiej jakości. Finał może ździebko przeciągnięty, ale i tak na chwilę obecna mój faworyt.

 

Rzucił się na oko jeden babolek:

– Ja może wypchnąć?!

Fajny pomysł, dobre wykonanie, czyta się lekko i przyjemnie ale całość mnie troszkę znużyła (choć może to wina późnej pory), tak o jakieś 5k znaków, bo przy całej baśniowej konstrukcji mam wrażenie pewnego – zwłaszcza dialogowego – przegadania, w którym trochę gubi się koncept. No i ponieważ dość od początku wiadomo, o co będzie chodzić, to zabawne jest samo uzasadnienie, czemu tak, a nie inaczej, a ono mi lekko się gubi w nawale gadaniny. Ogólnie lektura zdecydowanie satysfakcjonująca, ale teksty oparte wyłącznie na koncepcie (bo fabuły tu pretekstowa) wolę nieco krótsze.

Świetne! Czyta się płynnie i w dodatku tekst ma taki rytm, że aż mi się w głowie zakręciło! :D

Historia bardzo udana, dość powoli się rozkręca, ale warto było przeczytać całość, bo jest super.

 

Milczy Mędrylion w trzynastu językach

Jeden z lepszych żartów w tekście, jak dla mnie :)

 

Bardzo mi się podobało :)

Pozdrawiam!

Anonim dziękuje wszystkim za odwiedziny. Dziękuje również za każde dobre słowo. Komentarze z gatunku tych “robiących dzień”. Anonim przyznaje, że tekst jest nieco przeciągnięty. Teraz widzi to już dobrze. Niestety, jest to jedna z tych zupełnie wyraźnych i niewątpliwych rzeczy… które autor jest w stanie dostrzec dopiero po publikacji i kilku pierwszych komentarzach. smiley

Paskudny babol zwalczony.

Anonimie, Flejowie – pierwsza klasa i te rymy, aż prosiłoby się o więcej w niektórych fragmentach!

Zgodziłabym się z przedpiśćcami i Autorem :), że opko sprawia wrażenie ciut przeciągniętego i moim zdaniem, nie chodzi o jego długość, lecz czasami wydłużanie pewnych kwestii (czy to w dialogu, czy opisie).

A “Rukwa ćma” – zabawne:) Imiona też i stylizacja.

Klikam i pzd, a

Zaczęłam czytać i co widzę – jeden wielki bałagan! I jeszcze królowi synek zaginął! ;)

Niezły pomysł i wykonanie niezgorsze, choć mogło być lepsze i wszystko byłoby OK, bo widać Anonimie, że się starałeś, tyle że niespecjalnie gustuję w prozie rymowanej, więc cóż – miejscami te rymy mnie irytowały, a i długość opowiadania, moim zdaniem, nie okazała się jego zaletą.

 

I karać ją trze­ba bez żad­nej li­to­ści!”. –> To zdanie kończy wykrzyknik. Kropka jest zbędna.

 

leży Cym­ba­liusz bez ruchu, ster­tą prze­past­nych ksiąg przy­wa­lo­ny. –> Na czym polega przepastność ksiąg?

 

lecz ujął w dłoń księ­gę, na stole odło­żył… –> …lecz ujął w dłoń księ­gę, na stole poło­żył… Lub: …lecz ujął w dłoń księgę, na stół odłożył

 

grzmi dalej mę­drzec, wa­chlu­jąc rę­ka­mi . –> Zbędna spacja przed kropką.

 

Syf i ma­la­ria, rzecz wcale nie nowa. –> Syf i ma­la­ria, rzecz wcale nienowa.

 

Nie dosyć – myśli – że besz­ta mnie strasz­nie, to jesz­cze w eg­za­min swój wy­kład za­mie­nił. –> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

– Rzecz winna słu­żyć.Strze­la król w ciem­no… –> – Rzecz winna słu­żyć – strze­la król w ciem­no

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Brzy­twy król chwy­ta. –> Brzy­twy król się chwy­ta.

Chyba że król chwycił wiele brzytw.

Asylum,

Anonim dziękuje za odwiedziny, dobre słowo i klika. Rymów nie ma więcej, bo Anonim nie chciał przesadzić. Uznał, że lepsze uczucie niedosytu niż przesyt. Chociaż biorąc pod uwagę fakt przeciągnięcia tekstu można było sobie tę uwagę darować. smiley

Reg

Anonim również dziękuje za odwiedziny oraz łapankę. Błędy, w miarę możliwości, Anonim poprawił już wczoraj. Anonim ma nadzieję, że kolejne teksty bardziej przypadną Ci do gustu. Anonim nie jest poetą, więc prawdopodobieństwo rymów w następnych opowiadaniach jest stosunkowo niewielkie. smiley

 

Fajnie się złożyło, że te dwa wasze komentarze pojawiły się bezpośrednio po sobie, bo to też świetnie pokazuje, jak czasem trudno trafić w gust czytelnika. Jednej z was trochę tych rymów brakowało, druga się na nich potykała. Ale to dobrze, bo tekst z góry zakładający zachwycenie każdego… prawdopodobnie nie trafi do nikogo.

 

Ja nie krzyczę za rymy jako takie, krzyczę, kiedy one leżą nie tam, gdzie trzeba i człowiek się o nie potyka.

Anonim potwierdza. Tarnina posiada jakiś detektor wykrywający przypadkowe rymy. Nawet w tym opowiadaniu, wystarczyło zostawić jeden nieplanowy, przypadkowy rym i Anonim zaraz dostał po łapach. Za planowe nie oberwał ani razu. I to pomimo faktu, że tylko Anonim wiedział, które są planowe. smiley

Przeczytawszy.

Finkla

Pięknie Lemem zaleciało.

Bajzel chce istnieć, by rzecz mogła służyć.

Hegel to czy Kant?

Nie wiem, wydrukować tylko, czy sobie wytatuować?

 

Gratki – powinno wygrać.

 

Hegel to czy Kant?

Bardziej Arystoteles. Celowość wszystkiego i takie tam.

Gratuluję znakomitej, bajkowo-gawędzarskiej stylizacji. Dzięki niej tekst czyta się fantastycznie, zarówno jako wesoła opowiastka, jak i lekka przypowieść z elementami filozofii. Wszystko tu ładnie gra: z zabawnej i niezobowiązującej treści można wydobyć kilka ciekawych i pomysłowych spostrzeżeń, całkiem zresztą na serio, a kapitalny styl pozwala cieszyć się samym czytaniem, nawet w nieco przydługiej partii Mędryliońskiego wykładu (która to dłużyła się przede wszystkim ze względu na namiarowe profesorskie dygresja na temat królewskiej głupoty).

Bardzo dobry tekst. Lekki, zabawny, pomysłowy, ale najważniejsze, że świetnie napisany. Jeszcze raz gratuluję panowania nad piórem. 

Ruszyli zaraz do króla Flejowie, zagładę wieszcząc i plagi wszelakie, ten zaś, wyszedłszy, załkał żałośnie i woła: „bajzel dziedzica mi wchłonął!”.

Z jakichś powodów natychmiast skojarzyłem "bajzel" z "burdelem", przez co cały tekst nabrał dla mnie, że się tak wyrażę, podwójnie metaforycznego wymiaru :-) 

Finklo, powitawszy.

Powodzenia w dalszej walce z zalewem konkursowych opowiadań. 

 

Fizyku111, Anonim dziękuje za odwiedziny i dobre słowo.

Gratki – powinno wygrać.

Anonim nie miałby nic przeciwko. smiley

 

Tarnino, Tobie Anonim na wszelki wypadek też jeszcze raz podziękuje, żebyś nie czuła się w tym gronie wykluczona. smiley

 

Thargone, podziękowania za klika, opinię i każde dobre słowo.

Z jakichś powodów natychmiast skojarzyłem "bajzel" z "burdelem", przez co cały tekst nabrał dla mnie, że się tak wyrażę, podwójnie metaforycznego wymiaru :-) 

xD 

 

Doskonałe. Klimat z Cyberiady jako żywy!:). Gdyby to byli Cyberflejowie, wziąć by można za zaginione opko z owego cyklu Mistrza Lema. Gratki:)

Oj tak, potwierdzam, miałem te same odczucia. yes

Anonim nie będzie, niestety, zbyt oryginalny i pesząc się lekko, tradycyjnie podziękuje za każde miłe słowo i tak pozytywny odbiór. blush

Ładna bajka z morałem. Dobry pomysł, faktycznie morska bryza ;)

Ale te rymy wybijały mnie z rytmu, bo są i zaraz nie są, a ja już tupię w rytm nogą, że są, a tu dupa, nie ma. surprise

Sam świat dobrze przedstawiony, oryginalne, trafne nazwy i imiona. Mędrylion ciut mnie irytował. Jak się pojawił, był zabawny, ale później za dużo jęczał.

Ale jako całość – fajne.

Saro, Anonim dziękuje za odwiedziny. 

Z rymami, jak Anonim pisał już powyżej, nie chciał przesadzić. Być może można było nawet w ogóle je sobie odpuścić, ale spodobała mu się taka forma i chciał jej spróbować. 

Irytację Mędrylionem Anonim rozumie. Miał to być taki przerysowany lekko zrzęda, co to musi w każdym zdaniu rzucić jakąś złośliwość, ale Anonimowi brakło chyba trochę pomysłu, jak to przedstawić w zabawny dla czytelnika sposób.

Anonim bardzo się cieszy, że jako całość oceniasz tę bajkę jako fajną.

Jeżeli rzeczywiście nie bierzesz udziału w konkursie, to wypada tylko ukłonić się nisko, że tak chętnie wspierasz wszystkich startujących komentarzami.yes

Jest coś urzekającego w tych rymach, i dobrze, że są, wielu się podobają. Dodają tekstowi świeżości i są zabawne, a że mnie wybijały z rytmu, to już takie moje skrzywienie ;)

 

Jeżeli rzeczywiście nie bierzesz udziału w konkursie, to wypada tylko ukłonić się nisko, że tak chętnie wspierasz wszystkich startujących komentarzami.yes

O jej… Dziękuję, kłaniać się nie trzeba. Czytanie i komentowanie konkursowych tekstów to czysta przyjemność. :)

Przyjemnie się czytało, tą lekką opowiastkę. Dzięki rymom jest to coś innego od większości tekstów konkursowych. Fajne wyjaśnienie działania bałaganu oraz rozwiązanie problemu. Jedyny minus to przegadane dialogi władcy z mędrcem, przez co rozmywał się przekaz.

 

Powodzenia w konkursie smiley

Monique, Anonim pięknie dziękuje za odwiedziny i każde dobre słowo.

Anonim przeprasza za przesadne gadulstwo Mędryliona. Poniosło go przy pisaniu. smiley

Daję 5, z komentarzem wrócę ;-)

 

edit:

No to wracam.

Podobało się. Rękawice zostały rzucone konkretnej stylizacji i cały tekst jest w niej utrzymany. Jakieś tam naprawdę drobne zgrzyty się może i pojawiły, ale nie na tyle, żeby je punktować. Całkiem fajne, ba, trafne, celne i śmieszne okazały się rozważania pseufofilozoficzne. Pierwsza część tekstu wydała mi się opisowa, druga zaś dialogowa, ale nie przeszkodziło to w czytaniu. Dynamika została w miarę zachowana. Myślałem, że znudzi mnie dysputa, a raczej nauki Mistrza udzielane Królowi, ale nie, jednak nie. Choć wyobrażam sobie, że dla nie których czytających ta scena i wałkowanie po wielokroć glupoty króla, może okazać się męczące.

Na szczęście trafiają się celne wnioski i perełki, które podtrzymują zainteresowanie. Choć taka rymowana konwencja nie jest moją ulubioną, to krzywdy tu nie uświadczyłem, kilkukrotnie się uśmiechałem, i niektóre rozważania o celu bytu okazały się ciekawie zaserwowane.

 

Także, o ile podchodziłem sceptycznie, o tyle odchodzę zadowolony.

 

Pozdrawiam!

Mytrixie, powitawszy.

Anonim z zadowoleniem przyjmuje informację, że się podobało, zwłaszcza, jeśli podchodziłeś do opowiadania z pewnym sceptycyzmem. Odbiór tego opowiadania był dla Anonima sporą niewiadomą, bo też powstawało w dużej mierze dla własnej frajdy, chęci zabawienia się pomysłem, stylizacją, a przecież powszechnie wiadomo, że frajda autora nie musi się przekładać na frajdę czytających.

Za gadatliwość Mistrza Anonim miał już okazję się kajać. Chciał stworzyć takiego zrzędliwego do bólu erudytę i nawet to mu się udało… niekoniecznie z korzyścią dla opowiadania. Jeśli więc przebrnąłeś przez ten fragment bez większej krzywdy, pozostaje się tylko cieszyć.

Anonim dziękuje za odwiedziny i rozbudowany komentarz.

Anonim również pozdrawia.

Anonim… zdecydowanie nadużywa słowa “Anonim”.

Dziękuję, Tarnino. Zwłaszcza “autor niewiadomego pochodzenia” wyjątkowo przypadł mi do gustu. smiley

Tajemniczy Don Pedro XD

Nowa Fantastyka