- Opowiadanie: Sonata - Zmartwienie smoczycy

Zmartwienie smoczycy

Opowiadanie napisane rok temu, teraz poprawione i odświeżone.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Zmartwienie smoczycy

Po całym dniu poza domem spędzonym z ludźmi, których nie miałam ochoty widzieć, wróciłam wreszcie do bezpiecznego azylu, czyli mojego mieszkania. Moment przekroczenia progu od zawsze stanowił dla mnie najszczęśliwszy punkt dnia. Dziś cieszyłam się jeszcze bardziej, ponieważ miałam ze sobą pizzę serową zdobytą niemałym wysiłkiem. Dla takiego smaku warto jednak było się przemóc, wejść do pizzerii, złożyć zamówienie i o pół godziny dłużej niż normalnie przebywać z ludźmi w oczekiwaniu na posiłek.

Od razu po wejściu usiadłam na kanapie i zaczęłam jeść to cudowne danie, szczęśliwa i dumna, że zdołałam je zdobyć. Każde wejście do jakiegoś miejsca, w którym znajdowali się obcy ludzie, napawało mnie przerażeniem, więc zamówienie pizzy było dla mnie dużym wyzwaniem. 

Z moją nieśmiałością najgorzej czułam się w pracy. Byłam kasjerką w supermarkecie, więc musiałam rozmawiać z klientami. Trochę już do tego przywykłam, ale i tak każdy dzień spędzony na kasowaniu produktów powodował u mnie wręcz nieludzki stres. W dodatku współpracownicy i kierownik nie zachowywali się miło i przyjaźnie. Mogłam oczywiście pójść pracować do innego sklepu, ale nie łudziłam się – byłoby tam dokładnie tak samo, a nie miałam szans na lepsze zatrudnienie, bo nawet nie zdałam matury. Tuż po skończeniu osiemnastu lat wyprowadziłam się z domu od toksycznej rodziny. Musiałam natychmiast zacząć na siebie zarabiać, toteż nie miałam czasu podejść do egzaminu dojrzałości. 

Po całym dniu stresującej pracy chciałam odreagować. Kiedy skończyłam jeść pizzę, nie posprzątałam, tylko od razu zasiadłam przy komputerze. Włączyłam moją ulubioną grę i zanurzyłam się w niej całkowicie. 

The War with the Frosty Dragons była niezwykle wciągającym MMORPG, w którym gracze wcielali się w rolę potężnych łowców smoków. Fantastyczna otoczka, ciekawa fabuła, miła dla oka grafika i niebanalna mechanika sprawiały, że prawie cały swój wolny czas poświęcałam tej grze. 

Gdy wchodziłam do wirtualnego świata mroźnych smoków, nie byłam już Sandrą – nieśmiałą kasjerką z nadwagą, krótkimi, nieustannie przetłuszczającymi się włosami i ohydnymi pryszczami na całej twarzy – byłam Delią – piękną, szczupłą, utalentowaną łuczniczką o długich, lśniących, czarnych włosach; postrachem najgroźniejszych smoków.

Jako mój avatar ustrzeliłam kilka orków, zeskoczyłam ze stromego zbocza i znalazłam się na ścieżce, ruszyłam w stronę miasta, przebiegłam przez most, podeszłam do kupca, by uzupełnić strzały. Wtedy Xilver, członek klanu, do którego należałam, powiadomił mnie, że niedługo pojawi się boss. Podbiegłam do najbliższego teleportu i znalazłam się u stóp Góry Białej Smoczycy. Czekała mnie teraz wspinaczka. Gdy byłam w połowie drogi, spotkałam młodego białowłosego maga trzymającego w dłoni laskę z zielonym kryształem. 

[November]: Cześć, Delia!

[Delia]: Hej. 

[November]: Jak minął dzień? 

[Delia]: Beznadziejnie, jak zwykle. A Twój? 

[November]: Znośnie.

November był moim najlepszym przyjacielem. Co prawda kontaktowaliśmy się tylko w grze i nie znałam nawet jego prawdziwego imienia, ale cóż, bardziej realnych przyjaciół nie miałam. Nasza znajomość trwała prawie od czterech lat, ale nigdy się nie spotkaliśmy, za to wiele nocy przegadaliśmy na czacie. Prawie nie mieliśmy przed sobą tajemnic, oprócz trzech: imienia, wyglądu i miejsca zamieszkania. Jeśli chodzi o ostatnie, to rok temu November domyślił się, w którym mieście mieszkam. To było trudne do ukrycia, bo skoro pisaliśmy o wszystkim, musiałam bardzo uważać, żeby nie zdradzić jakiejś charakterystycznej informacji. Nie udało się. Pewnego dnia, zanim pomyślałam, napisałam, że market, w którym pracowałam, był niedaleko „stajni dla jednorożców” – Nov skojarzył to z moim miastem i po tajemnicy. Niestety nawet wtedy nie chciał zdradzić, gdzie mieszka. Też jednak miałam pewne domysły. 

Inicjatywa ukrywania swojego wyglądu wyszła oczywiście ode mnie, ale November nigdy nie naciskał, bym wysłała mu swoje zdjęcie, co było dość nietypowe, ponieważ pozostali członkowie klanu robili to nieustannie, a nie przyjaźniłam się z nimi tak bardzo. Ich namowom oczywiście nie ulegałam. Wiele razy zastanawiałam się, co by było, gdyby Nov wiedział, jaka jestem brzydka. Pewnie nie rozmawiałby ze mną tak chętnie. Z drugiej strony ja też nie miałam pojęcia, jak wyglądał. Nie przeszkadzało mi to jednak. Wystarczyło, że widziałam jego przystojnego avatara. Przez to November jawił mi się jako nie do końca realna postać. Nieznajomość prawdziwego imienia dodatkowo potęgowała wrażenie. Było mi to na rękę. Bałam się ludzi, ale Nov jakby nie był dla mnie człowiekiem, tylko postacią z gry, więc z nim nie wstydziłam się pisać. 

Dotarliśmy oboje na szczyt góry. Inni członkowie naszego klanu noszącego dumną nazwę „Mroczni Pogromcy Smoków” już tam czekali. Biała Smoczyca była najsilniejszym smokiem w całej grze. Tylko osoby z wysokim poziomem doświadczenia dawały radę ją pokonać i to w przynajmniej kilkuosobowej grupie. „Pogromcy” zrzeszali przeważnie ludzi z najwyższymi levelami właśnie po to, by móc zabijać Smoczycę. Ponieważ takich graczy było niewielu, a ci z nich, którzy nie należeli do naszego klanu, nie palili się do bicia jej, mieliśmy tego bossa na wyłączność, a zabijając go zdobywało się cenne przedmioty. 

Byliśmy teraz w szóstkę i zastanawialiśmy się, czy w takim składzie damy radę. Reszta członków naszego klanu miała albo za niski level, albo w tej chwili nie grała. 

[Xilver]: Trzech wojowników, mag, łucznik i uzdrowiciel. Może być słabo… 

[Nachos18]: Przydałby się jeszcze jeden uzdrowiciel.

[Damianosxd]: Może poczekajmy na Marcina, przyjdzie za pół godziny. 

[November]: Ja myślę, że damy radę. 

[Xilver]: Dobra, na nikogo nie czekamy. Smoczyca zaraz będzie. Damian, trzymaj się jak najbardziej z tyłu i nie pozwól, żeby cię dziabnęła. Jak padniesz ty, to wszyscy umrzemy, bo nie będzie miał kto nas leczyć. 

[Damianosxd]: Wiem, spoko. 

Rozległ się ryk, a na ziemi przed nami pojawił się cień, który rósł i nabierał kształtów. Biała Smoczyca wylądowała. Natychmiast przystąpiliśmy do ataku. Wojownicy podbiegli do bossa i go otoczyli, robiąc zręczne uniki przed ogniem z jego paszczy. November zatrzymał się trochę dalej i z dystansu traktował smoka swoimi błyskawicami. Damian krążył wokół nich w bezpiecznej odległości. Ja próbowałam wycelować w oko Smoczycy. Udany strzał spowodowałby jej oślepienie – wtedy łatwiej by było ją pokonać. 

Gdy odebraliśmy Białej Smoczycy połowę życia, ta uleczyła się do trzech czwartych. Jeden z naszych wojowników już padł, pozostała dwójka ledwo się trzymała. Uzdrowiciel spróbował ich uleczyć, ale podszedł za blisko i boss powalił go jednym ciosem. Od tego momentu wiadomo było, że na pewno przegramy. Nie poddaliśmy się jednak. 

Smok szybko dobił ledwie żywych wojowników. Zostałam tylko ja i November. Wiedziałam, że zaraz padnę. Mimo to ostatni raz spróbowałam trafić w oko bestii. Nie udało się, ale o dziwo Smoczyca nas nie zabiła. 

Chwyciła łapą Novembera, potem zgarnęła też moją postać i wzleciała w powietrze. Otworzyłam usta ze zdumienia. Taka sytuacja nigdy wcześniej się w tej grze nie zdarzyła. Smoczyca zawsze albo zabijała swoich przeciwników, albo sama ginęła, by pojawić się znowu za około sześć godzin. Gracze, którzy umarli, musieli odczekać kilkanaście minut, po czym „zmartwychwstawali” w losowym szpitalu, skąd mogli kontynuować rozgrywkę. Smoczyca albo jakikolwiek inny potwór z gry nigdy nie porywali avatarów podczas walki. Pomyślałam, że to jakaś aktualizacja i z zaciekawieniem patrzyłam, co się wydarzy.

Biała Smoczyca przemierzała przestworza z zawrotną szybkością. Mogłam widzieć znajome lokacje, nad którymi przelatywaliśmy. W pewnym momencie… wylecieliśmy poza granice mapy. To już naprawdę mnie zdziwiło. Na ten obszar nie dało się wejść, po prostu gra nie była nieskończona – gracz, który doszedł do granicy, napotykał niewidzialną barierę. My natomiast lecieliśmy dalej. Moim oczom na początku ukazywały się tylko góry i lasy, ale w pewnym momencie zobaczyłam pod nami ruiny jakiegoś zamku, które widziałam pierwszy raz w życiu.

Smoczyca wylądowała na szczycie wieży. W samym środku znajdował się niski okrągły podest. Bestia umieściła na nim mnie i Novembera. Spróbowałam się ruszyć, ale moja postać nie reagowała. Smok zaryczał przeraźliwie, a podest nagle zajaśniał błękitnym światłem, które zaczęło robić się coraz jaśniejsze. Po chwili pochłoneło nasze avatary i wypełniło cały ekran. Tak mnie oślepiało, że zmrużyłam oczy. Miałam wrażenie, że wychodzi poza granice monitora. Coraz bardziej promieniowało. Wokół siebie widziałam tylko jasność i nic innego. Zamknęłam oczy. Wtedy jakaś rzecz zaczęła na mnie napierać, jakbym była w wąskiej rurze, która jeszcze bardziej się zwężała, zgniatając moje ciało. Serce podeszło mi do gardła ze strachu. Działo się coś niedobrego. Chciałam krzyknąć, ale miałam ściśnięte gardło. Miażdżono mnie, a ja nie mogłam nic zrobić. Czułam tylko potworny ból. Straciłam przytomność. 

*** 

Od razu poczułam, że coś jest nie tak. Smagał mnie wiatr i leżałam na zimnym podłożu. Jakoś dziwnie czułam swoje ciało. Otworzyłam oczy i wrzasnęłam. 

Przed chwilą byłam w swoim mieszkaniu, teraz znajdowałam się na szczycie jakiejś zrujnowanej wieży. Ktoś leżał obok mnie. Szybko wstałam i zeszłam z okrągłego podestu. Miałam na sobie nie swoje ciuchy. Jeszcze kilka minut temu byłam ubrana w długą, granatową spódnicę i niebieską koszulę, teraz zostało to zamienione na brązowe szorty i krótką bluzkę bez rękawów. Moje ciało też było jakieś inne. Chciałam od razu zdjąć z siebie ten obcy strój, ale zaraz całkowicie pochłonęło mnie oglądanie nowych nóg, szczupłych i zgrabnych. Przesunęłam dłonią po pozbawionej trądziku twarzy, zanurzyłam palce w pięknych, gęstych, czarnych włosach. 

Usłyszałam cichy jęk i szybko spojrzałam w stronę okrągłego podestu. Leżał na nim młody chłopak. Wyglądał dziwacznie. Miał włosy białe jak śnieg i był ubrany w długą fioletową szatę ze srebrnymi zdobieniami oraz szarą pelerynę z kapturem. Na palcach miał kilka pierścieni. Obok niego leżała laska z zielonym kryształem. Zupełnie jakby zrobił dokładny cosplay postaci Novembera. 

Ja z kolei dziwnym trafem bardzo przypominałam Delię. Coś ciężkiego wisiało na moich plecach. Sięgnęłam do tyłu i wyczułam kołczan ze strzałami. Pod podestem leżał długi łuk. Z pewnością też należał do mnie. 

Czyżbyśmy zamienili się w swoje avatary? To przecież niemożliwe… 

Byłam w takim szoku, że tylko stałam jak wryta i patrzyłam szeroko otwartymi oczami na chłopaka. Zamrugał, po czym powoli wstał i zszedł z podestu. Gdy ocenił sytuację, ogarnęło go zdumienie. Przez dobrych parę minut gapiliśmy się na siebie w milczeniu. W końcu przemówił. 

 – Eee… Delia? 

 – Tak – odpowiedziałam, zdziwiona nowym brzmieniem swojego głosu. – A ty to… November? 

 – Tak. 

 – Czy my jesteśmy w grze? – zapytałam. 

 – Na to wygląda. 

 – Przecież to niemożliwe… To pewnie sen. 

 – Nie sądzę, żeby to był sen. 

Jako swój avatar był bardzo przystojny. W ciemnych, prawie czarnych oczach błyszczała inteligencja. Jego szata falowała majestatycznie na wietrze. Poczułam lekkie mrowienie w żołądku. November podszedł do krawędzi wieży.

– Spójrz, tam jest Góra Białej Smoczycy – powiedział. 

 – Wydaje się bardzo daleko – stwierdziłam. 

 – Bo jest daleko. Dotarcie tam zajęłoby nam około trzy dni drogi. 

 – Po co mielibyśmy tam iść? 

 – Nie wiem. – Zamyślił się. 

Podeszłam blisko krawędzi wieży i ogarnęłam wzrokiem krajobraz. Zielone dziewicze lasy przykrywały doliny, a górskie szczyty bieliły się od śniegu. Gdzieś w oddali widniała Góra Białej Smoczycy. Na zachód od niej można było dostrzec Jaśminową Wioskę. 

 – Nie podchodź tak blisko, bo spadniesz – powiedział November. 

 – Przecież nic mi się nie stanie, bo to sen – mruknęłam. 

 – To nie jest sen. 

 – Czyli sugerujesz, że naprawdę przenieśliśmy się do gry? 

 – Tak. 

 – Przecież to niemożliwe! – zaprotestowałam. 

 – Możliwe czy nie, to się stało i musimy coś z tym zrobić. 

 – Ale co? 

 – Nie wiem, może… – November podszedł do podestu. – To jest portal. Za jego pomocą tu wylądowaliśmy. Może uda nam się wrócić tą samą drogą. Tylko jak go aktywować? 

Zaczął naciskać w różne miejsca na podeście. Nic się nie wydarzyło. 

 – Może spróbuj tym? – zaproponowałam, wskazując laskę. 

 – Hmm… dobry pomysł. – November ją chwycił. 

Natychmiast wystrzeliła błyskawica i trafiła w ścianę wieży. Mur rozsypał się w drobny mak, a chłopak został odrzucony do tyłu. Upadł niebezpiecznie blisko krawędzi. 

 – Nic ci nie jest? – zapytałam, podbiegając do niego. 

 – Nie… To był jednak zły pomysł… Widziałaś, co się stało z murem? Ta błyskawica była niesamowicie silna. 

 – Pewnie dlatego, że masz wysoki level. 

Zawahałam się, ale w końcu wyciągnęłam do niego rękę i pomogłam mu wstać. 

 – Dziękuję. – November uśmiechnął się do mnie. 

Znowu poczułam mrowienie w żołądku, tym razem silniejsze. Zaczerwieniłam się. Chyba tego nie zauważył. 

 – Musimy aktywować ten portal. I to jak najszybciej – powiedział. 

 – Dlaczego jak najszybciej? – zapytałam. 

 – A chcesz zobaczyć, jak na żywo wygląda Biała Smoczyca? Bo ja nie mam ochoty. Może się tu zjawić w każdej chwili. 

 – Jakoś w to nie wierzę. Smoki nie istnieją. 

 – Też myślałem, że nie istnieją. Ale teraz już nic mnie nie zdziwi. Lepiej nie ryzykować. 

 – Jak niby zamierzasz aktywować ten portal? 

 – Nie mam pojęcia. Musimy chyba zwrócić się do kogoś o pomoc. 

 – Masz na myśli jakiegoś NPC-a? 

 – Tak. 

 – Naprawdę? 

 – No pewnie. 

Zaczęłam śmiać się jak głupia. 

 – To nie jest śmieszne – mruknął November, ale ja nie mogłam przestać. – Który z NPC-ów mógłby nam pomóc? 

 – Nie wiem, zajrzyj do dziennika questów. 

Chichotałam jeszcze przez dłuższą chwilę. November poczekał, aż mi przejdzie. Gdy się wreszcie opanowałam, powiedziałam: 

 – Przepraszam… Ale to jest takie absurdalne… 

 – Wiem, rozumiem cię. 

 – Chyba mam pomysł, kto może nam pomóc – powiedziałam. 

 – Kto? 

 – Druid Fist.

Druid ten opowiadał w grze historię Białej Smoczycy. O portalu co prawda nie wspominał, ale możliwe, że te informacje ukryte były poza linią dialogową. Czułam, że to jest właściwa osoba. 

 – Tak! – ucieszył się November. – On rzeczywiście mógłby nam pomóc. W dodatku mieszka w Jaśminowej Wiosce, która jest najbliżej nas. 

 – Rzeczywiście najbliżej, to tylko trzy dni drogi stąd.

 – No tak… – Chłopak zamyślił się. – Trzeba by było przejść przez te lasy, które są pewnie pełne potworów… W dodatku musielibyśmy coś jeść. No i czymś się bronić. 

 – Czym? Lepiej by było, gdybyś nie ruszał laski, ja z kolei nigdy w życiu nie strzelałam z łuku, nawet takiego zabawkowego. Nie przeżyjemy w tych lasach. 

 – Tutaj też na pewno nie przeżyjemy. W dzieciństwie trochę strzelałem. Pożyczysz? Spróbuję. 

Zdjęłam z siebie kołczan i podałam mu. November ostrożnie wyjął jedną strzałę, po czym wziął mój łuk leżący obok podestu. 

 – Spróbuję trafić w tę jaśniejszą cegiełkę – powiedział, po czym naciągnął łuk. 

Strzała świsnęła w powietrzu i przeszła na wylot przez cegłę, która po chwili całkiem się rozsypała, a w raz z nią kilkanaście innych. W murze powstał spory wyłom. 

 – O cholera – zdziwiłam się. – Z czego zrobione są te cegły? 

Podeszłam i wzięłam jedną z nich. Normalna cegła – twarda i ciężka.

 – Widocznie nasze bronie są niezwykle silne ze względu na ich wysokie levele – powiedział November. – I niezwykle niebezpieczne. Chyba nie powinniśmy ich używać. To nie była ta cegła, w którą celowałem. Tamta znajdowała się dużo dalej. Jednak nie umiem strzelać z łuku. 

 – No co ty? Poćwiczysz trochę i będzie lepiej. 

 – A co, jeśli podczas tych ćwiczeń niechcący trafiłbym w ciebie? Nie będę ryzykować. 

 – To jaki masz pomysł? Zapuścimy się w las bez broni? 

 – Musimy się zastanowić… Spróbuję jeszcze raz zbadać ten portal.

November podszedł do podestu. Nie mogłam się napatrzeć na ruchy jego szaty, gdy chodził. Tym razem wyraźnie poczułam motylki w brzuchu. Wciągnęłam z sykiem powietrze i odwróciłam się szybko. Znowu spojrzałam na krajobraz. Powoli zapadał zmrok. 

 – Delio! – zawołał radośnie November. 

 – Co się stało? 

 – Znalazłem nasze torby! 

Podeszłam bliżej. November wskazał mi dziurę w podłodze, która znajdowała się tuż obok podestu. Leżały w niej dwie torby podróżne. Musiały tam wpaść, gdy lądowaliśmy. Zabraliśmy je. 

W mojej znajdowały się mikstury uzdrawiające, zwoje teleportacji, strzały, elementy uzbrojenia i stroje, czyli wszystko to, co Delia posiadała w grze, a także kilka dodatkowych rzeczy. Nie mogłam uwierzyć, jak to wszystko mogło się tam zmieścić. Zainteresowała mnie długa, czerwona suknia i zaczęłam wydobywać ją z torby. 

 – Delio, możemy użyć zwoju teleportacji i przenieść się do Jaśminowej Wioski, do Druida Fista. Nie musimy iść pieszo! – powiedział November. 

 – A no tak! – Przerwałam wyciąganie sukni i zaczęłam szukać odpowiedniego zwoju. 

Teleporty do Jaśminowej Wioski obwiązane były fioletowymi wstążkami, bez trudu je znalazłam. 

 – Ale jak tego użyć? – zastanowiłam się na głos. 

 – Może po prostu trzeba rozwinąć? – November ostrożnie wyprostował zwój teleportacji. 

Nic się nie wydarzyło. 

 – Ech… To chyba na nas nie zadziała. To niemożliwe… Mielibyśmy się teleportować? – Zaśmiałam się. 

 – Przecież jeszcze niedawno to zrobiliśmy. Musi być jakiś sposób. 

 – W grze postacie po prostu zjadały te zwoje – powiedziałam. 

 – Tak! Musimy je zjeść – stwierdził November. 

 – A jak się nic nie wydarzy? 

 – To trudno, najwyżej zjemy trochę papieru. Nic nam od tego nie będzie.

 – W takim razie ty pierwszy… 

Nov długo przeżuwał papier. Patrzyłam na niego z wyczekiwaniem. Gdy wreszcie przełknął, przez chwilę myślałam, że się nie udało, nagle jednak otoczyło go błękitne światło. Raziło mnie, więc zamknęłam oczy. Gdy je otworzyłam, Novembera już nie było.

Teraz moja kolej. Ogarnęłam wzrokiem wieżę. W oczy rzuciła mi się laska Novembera, której nie zabrał w obawie, że jak ją dotknie, znowu wystrzeli piorun. Stwierdziłam jednak, że szkoda by było zostawić tu tak niezwykłą rzecz. Podeszłam do niej i przygotowana na najgorsze, delikatnie ją podniosłam. Nic się nie stało. Najwyraźniej nie reagowała na mój dotyk, bo nie byłam magiem. Schowałam ją do torby. Zmieściła się bez trudu. Mój wzrok padł na czerwoną suknię. W Jaśminowej Wiosce pewnie będzie pełno ludzi… 

Nagle usłyszałam daleki, mrożący krew w żyłach ryk. Nie chciałam sprawdzać, co go wydało, więc szybko połknęłam zwój teleportacji. Zanim błękitne światło mnie zabrało, ujrzałam w oddali wielki, rozmazany, biały kształt. 

*** 

Tym razem teleportacja trwała o wiele krócej, nie miałam też wrażenia, jakbym była ściskana w rurze. Gdy niebieskie światło przestało mnie razić, spadłam twardo na bruk. November stał tuż obok. Pomógł mi się podnieść. 

 – Nie spieszyłaś się zbytnio – stwierdził. – Przejdź szybko w inne miejsce, żeby nie blokować kolejki. 

Posłusznie odeszłam parę metrów. W miejscu, w którym przed chwilą wylądowałam, pojawiło się niebieskie światło. Po chwili wyłoniła się z niego postać jakiegoś mężczyzny. Miał na sobie elementy zbroi, u jego boku wisiał miecz i torba podróżna. Widocznie punkt pojawiania się w danej wiosce był jeden, a żeby kilku podróżujących nie lądowało naraz w tym samym miejscu, system teleportacji działał tu podobnie, jak połączenia telefoniczne do jakiejś centrali, podczas których trzeba było czekać na swoją kolej słuchając wkurzającej muzyczki – tylko wszystko odbywało się szybciej. Gdy rycerz zszedł z tego miejsca, zaraz pojawiła się tam jakaś kobieta.

– Musimy jak najszybciej znaleźć druida – przypomniał mi November. 

 – Jest późno, nie sądzisz, że Fist już śpi? – zapytałam. 

 – Chciałbym jeszcze dzisiaj wrócić do domu – odrzekł z determinacją. 

Przyjrzałam mu się. November miał rodzinę, przyjaciół, studia i swoje życie. Nie dziwiło mnie, że chciał szybko wrócić. Pewnie jego bliscy już zaczęli martwić się o niego. Ja natomiast nie miałam do kogo wracać. Oczywiście moja nieobecność w pracy pociągnęłaby za sobą nieprzyjemne konsekwencje, ale jakoś nie motywowało mnie to do szybkiego powrotu. Rozumiałam jednak Novembera. 

 – Dobrze. Więc go znajdźmy – zgodziłam się. 

November posłał mi przelotny uśmiech, po czym poszliśmy znaleźć chatkę druida. Mijaliśmy sklepy i domy dobrze nam znane z gry. Nagle przystanęłam. Na jednej z wystaw ktoś umieścił duże lustro. Nie mogąc się powstrzymać, podeszłam. Kobieta w lustrze była taka piękna. Nie to, co prawdziwa ja. Dłuższą chwilę podziwiałam jej regularne rysy twarzy. 

 – Delio! – zawołał za mną November. 

Podszedł i też spojrzał na swoje odbicie, ale zaraz się zreflektował i powiedział: 

 – Chodźmy już, nie mamy czasu. 

Lekko mnie popchnął. Oprzytomniałam, widząc nas razem w lustrze. 

 – No chodź. 

Szybko odeszłam sprzed zwierciadła. Kontynuowaliśmy poszukiwania chatki druida. Nie trwały one zbyt długo, bo mniej więcej kojarzyliśmy, gdzie się znajdowała. Stanęliśmy przed drzwiami. Nov zapukał. Po chwili otworzył nam druid Fist. Ubrany był w długą, ciemnozieloną szatę, a siwa broda sięgała mu do pasa. Wyglądał bardzo staro. 

 – Witajcie. Z czym do mnie przychodzicie, dzieciaczki? – zapytał zmęczonym, ale miłym głosem. 

 – Szanowny panie druidzie, proszę wybaczyć, że odwiedzamy was o tak późnej porze – November grzecznościowo użył liczby mnogiej – ale mamy bardzo ważną sprawę. 

 – Ważną sprawę, powiadasz? – zdziwił się druid. – Dobrze więc, wejdźcie, zapraszam. 

Weszliśmy do skromnie urządzonej chatki druida, która składała się z jednej izby. Gdy usiedliśmy, Fist zapytał: 

 – W czym mogę pomóc? 

 – Wiem, że może to brzmieć nieprawdopodobnie, ale… – zaczął November. 

Wyjaśniliśmy Fistowi całą sprawę. Czasami dopytywał o różne rzeczy, nie mógł zrozumieć, co to jest komputer, ale w końcu udało nam się wszystko mu wytłumaczyć. Po naszej opowieści druid zamyślił się. 

 – Rzeczywiście nieprawdopodobna historia – przyznał. – Ale wierzę wam. Jest legenda mówiąca o tym, że istnieje tysiąc światów. Wy pochodzicie z innego niż ja, co dowodzi, że nie wszystko jest w niej zmyślone. Muszę was jednak zmartwić. Portalu, który opisaliście, nie uda wam się aktywować. 

 – Dlaczego? – zapytałam. 

 – Bo to jeden ze Smoczych Portali, które aktywować może tylko smok. Prawie nikt nie ma pojęcia, dokąd prowadzą. Legendy głoszą, że są połączone właśnie z innymi światami. Pokazaliście, że jest w tym jest ziarno prawdy.

 – Nie ma żadnego innego sposobu, żeby aktywować ten portal? – zapytał November. 

 – Z tego co mi wiadomo, to nie. Musielibyście nakłonić jakiegoś smoka, żeby go dla was otworzył. 

November zasmucił się. 

 – Biała Smoczyca jednak z pewnością miała ważny powód, dla którego przeniosła was tutaj.

 – Jaki to mógłby być powód? – Nov miał przygaszony głos. 

 – Nie mam pojęcia – westchnął druid. – Nikt nie wie, co siedzi w głowie takiej bestii. No ale na pewno jesteście głodni? Zaraz coś na to poradzę. 

Druid Fist poczęstował nas zupą borowikową. November jadł niechętnie, był myślami gdzieś daleko. Nagle z zewnątrz dobiegł nas straszny odgłos. Ten sam, który słyszałam, gdy zostałam sama na wieży – ryk Białej Smoczycy; a potem liczne wrzaski ludzi przebywających w wiosce. Druid zerwał się na równe nogi. 

 – To niemożliwe! Biała Smoczyca nie ma wstępu do naszej wioski! Przecież zawarliśmy z nią pakt! 

 – Ona przyszła po nas – powiedziałam cicho. – Nov, zaraz po tym, jak się teleportowałeś, zobaczyłam ją. Leciała w stronę wieży.

 – Co takiego? – zdziwił się November. 

 – Ona chce nas zabić! – wrzasnęłam. 

 – Słuchajcie, dzieciaczki. Biała Smoczyca nie aktywowałaby portalu tylko po to, by was zabić. Ona musi mieć w tym jakiś cel. Wyjdźcie i jej wysłuchajcie. Zaręczam, że będziecie bezpieczni – powiedział szybko druid. 

 – Nie wierzę! Ona chce się zemścić za to, że wielokrotnie ją zabijaliśmy w grze! – krzyknęłam. 

 – Delio, to na pewno nieprawda. To tak nie działa. Nie zabiliśmy prawdziwej Smoczycy ani razu, a tego, co jej robiliśmy w grze, na pewno w żaden sposób nie odczuła, skoro nadal żyje – zauważył rozsądnie November. 

 – No wie wiem… 

 – Nie mamy czasu! – zawołał Fist. – Przyrzekam, nic wam nie zrobi. Wyjdę z wami. 

Druid poszedł przodem, my ruszyliśmy za nim, ja niechętnie. Od razu ją zauważyliśmy. Siedziała na placu w centrum wioski spowita obłokiem dymu wydobywającego się z jej nozdrzy. Srebrzystobiałe łuski chwytały i odbijały każdy najmniejszy refleks światła. Była ogromna. Uliczki zdążyły już opustoszeć, bo większość mieszkańców pozamykała się w domach. Tylko gdzieniegdzie można było jeszcze zauważyć uciekających ludzi. Na szczęście nic nie płonęło. Pobiegliśmy na plac i stanęliśmy przed smokiem. 

 – Biała Smoczyco! – zawołał druid. – Dlaczego nawiedzasz Jaśminową Wioskę? Przecież mieliśmy umowę! 

Bestia zwróciła ku nam swoje straszne ślepia. Otworzyła paszczę i przekonałam się, że gra przekłamała długość jej kłów. W rzeczywistości były o wiele, wiele dłuższe. Cofnęłam się odruchowo. Smoczyca jednak nie zionęła ogniem. Przemówiła. 

 – Druidzie, w umowie było wyraźnie zaznaczone, że w szczególnych przypadkach mogę przekroczyć granice Jaśminowej Wioski.

 – Jaki to szczególny przypadek masz na myśli? – zapytał Fist. 

 – Muszę zabrać ze sobą tych dwoje ludzi, a skoro przebywają akurat w tej wiosce, nie miałam wyjścia. 

 – O nie… – westchnęłam. 

 – Z jakiego powodu musisz ich zabrać, Smoczyco? 

 – To ważna sprawa. Możesz być jednak spokojny, druidzie. Nie zrobię im krzywdy. 

Fist spojrzał na nas znacząco. Na twarzy Novembera nie było nawet cienia strachu. 

 – Delio, ja pójdę. Jeśli się boisz, zostań – powiedział. 

 – Dobrze, ja też pójdę – westchnęłam. 

Podeszliśmy do Smoczycy. Byłam gotowa na to, że czeka mnie nieprzyjemna podróż w jej łapach. Bestia zgarnęła nas, ale nim wzbiła się w powietrze, zostaliśmy usadzeni na grzbiecie. 

 – Trzymajcie się mocno! – ryknęła. 

Nie za bardzo było się czego złapać. Grzbiet Smoczycy pokrywały twarde, białe łuski. 

 – Delio, złap się mnie – zaproponował November. 

Objęłam go w pasie. Byłam zbyt wystraszona, żeby jakoś zareagować na to, że teraz jego peleryna mnie dotykała. Nie lecieliśmy długo. Smoczyca wysadziła nas w pobliżu jakiegoś budynku wyglądającego na świątynię, gdzie była duża okrągła arena. 

 – Co to za miejsce i czego od nas chcesz? – zapytał November. 

 – Nadchodzi zagłada – powiedziała Smoczyca. – Przebudził się Smok Zniszczenia, który może obrócić w proch cały świat. 

Wymieniliśmy z Novemberem spojrzenia. Ta nazwa nie była nam obca. Robiliśmy questy ze Smokiem Zniszczenia w roli głównej. Smok ten w wyniku nieudanego eksperymentu zyskał nieprawdopodobną siłę i potężne moce magiczne, które uniemożliwiały zabicie go. Pierwsza misja polegała na uśpieniu potwora. W drugiej stworzyliśmy włócznię z jego zęba, jedyną broń na świecie, która mogłaby pokonać tego smoka. W trzecim queście okazało się jednak, że śpiące ciało bestii gdzieś zniknęło i nikt nie umiał go odnaleźć, więc włócznię trzeba było ukryć i zapieczętować potężnymi zaklęciami ochronnymi, żeby nikt niepowołany jej nie ukradł. Miała czekać, aż ktoś odnajdzie Smoka Zniszczenia.

 – W tej świątyni ukryta jest Smocza Włócznia zdolna pokonać tego smoka – mówiła dalej Smoczyca. – Mamy jednak problem, ponieważ nie możemy złamać zaklęć ochronnych. Zabezpieczał ją pewien podróżnik, poszukiwacz przygód, ale krótko po tym zginął w walce z orkami, a przedtem nie wyznał nikomu, jak odpieczętować włócznię. Powiedział tylko, że potrzebne są do tego dwie osoby. Dowiedziałam się jednak, że w grze, w którą tak namiętnie gracie, robiliście misję polegającą na zabezpieczaniu tej włóczni. Czy pamiętacie ją może? 

 – No… – Chciałam skłamać, ale November był szybszy. 

 – Pamiętamy – powiedział zgodnie z prawdą. – Jeśli ją odpieczętujemy, przeniesiesz nas z powrotem do domu? 

 – Jest coś jeszcze – Smoczyca westchnęła. – Nie znalazłam żadnego śmiałka, który podjąłby się zabicia Smoka Zniszczenia. Ja sama nie mogę użyć włóczni, nie pozwala mi na to budowa moich łap. To musi zrobić człowiek. 

November uniósł brwi. 

 – O nie, nie zrobimy tego! – zawołałam wściekłym głosem. 

 – Obawiam się, że nie macie wyjścia. Ktoś musi zabić Smoka Zniszczenia, inaczej wszyscy na tym świecie zginą. Jeśli nie zrobi tego żadne z was, nie wrócicie do domu. 

 – Jesteśmy szantażowani, Delio, więc… Ale nie martw się, ja to zrobię – zdecydował November. 

 – A może tu zostaniemy? Ja tak naprawdę wcale nie chcę wracać – wyznałam.

 – Nie chcesz? Dlaczego? – zdziwił się Nov. 

 – No bo…

Nawinęłam na palec pasmo moich pięknych, gęstych włosów. Nie, to głupie. Nie powiem mu. 

 – W tym świecie jest lepiej – odrzekłam wymijająco. 

 – Zwłaszcza, że niedługo zostanie zniszczony przez oszalałego smoka – zauważył November. – Delio, nie wygłupiaj się, na pewno też chcesz wrócić do domu. Zabiję Smoka Zniszczenia. 

 – Ale to niebezpieczne! – zaprotestowałam. 

 – Nieprawda, posiadając włócznię, mam nad nim przewagę. Nic mi nie będzie. 

November odwrócił się do Białej Smoczycy.

 – Zgadzamy się pomóc, ale pod warunkiem, że po wszystkim natychmiast odeślesz nas z powrotem do naszego świata – ogłosił. 

 – To oczywiste. Teraz już idźcie do świątyni. Gdy tam wejdziecie, wiecie, co robić. Jak już będziecie mieli włócznię, zwabię tu Smoka Zniszczenia – powiedziała Smoczyca. 

Ruszyliśmy do budynku. Świątynia była bardzo stara. Drzwi wejściowe ledwo się trzymały. Gdy weszliśmy do środka, naszym oczom ukazało się ponure, zrujnowane wnętrze. Wszędzie leżały sterty gruzu, a resztki mebli pokrywał kurz i pajęczyny. W centralnym punkcie stał prostokątny podest, na nim leżała jarząca się niebieskawym światłem włócznia. Nie pasowała do tego miejsca, nie było na niej ani śladu kurzu. 

 – Z tego co pamiętam, trzeba stanąć po obu stronach podestu i powsuwać te patyczki? – zapytałam szeptem, który i tak był zbyt głośny. Naruszał odwieczną ciszę tej świątyni. 

 – Ale w odpowiedniej kolejności – powiedział cicho November. – Ty wciśniesz najpierw drugi, potem czwarty, pierwszy i trzeci. Ja odwrotnie – trzeci, pierwszy, czwarty i drugi. Musimy to zrobić jednocześnie.

Ustawiliśmy się po obu stronach podestu.

 – A jeśli się pomylimy? – zapytałam ze strachem. – Wtedy przecież włócznia nas zabije! 

 – To jest łatwe, na pewno się nie pomylimy. Ty wciskasz drugi, czwarty, pierwszy, trzeci. Ja odwrotnie. Jesteś gotowa? 

Spojrzałam na patyczki wystające z podestu i jeszcze raz powtórzyłam w myślach sekwencję. 

 – Chyba tak – powiedziałam. 

 – To zaczynamy… Teraz! 

Powsuwałam drewienka w odpowiedniej kolejności, November zrobił to samo. Smocza Włócznia nagle uniosła się i przekręciła, jakby chwycił ją ktoś niewidzialny. Ostrze zostało wycelowane prosto we mnie. Przeraziłam się. Nagle jednak opadła na swoje miejsce, a niebieskawe światło zgasło. 

 – Udało się – szepnął November i zabrał włócznię. 

Odetchnęłam z ulgą. 

 – Chodźmy już stąd – powiedziałam. 

Opuściliśmy świątynię, po czym wróciliśmy do Białej Smoczycy. Gdy nas zobaczyła, zapytała: 

 – Wszystko przebiegło bez problemów? 

 – Bez najmniejszych – odpowiedział November. 

 – Dobrze. Czy jesteście gotowi? Wybraliście, kto z was ma użyć Smoczej Włóczni? Mam wzywać Smoka Zniszczenia? 

 – Jeszcze nie! – powiedziałam szybko, bo nagle coś mi przyszło do głowy. – November, daj mi włócznię. Ja go zabiję. 

 – Jak to? – zdziwił się Nov. 

 – Zawsze marzyłam o tym, żeby zrobić coś wielkiego… A tymczasem przez całe życie byłam nikim. Teraz jest okazja to zmienić. Chcę zabić Smoka Zniszczenia. 

 – Delio, wcale nie byłaś nikim – zaprotestował November. – Jesteś wartościową osobą, tylko masz o sobie bardzo złe zdanie. Musisz w siebie uwierzyć. Ale zabijanie smoka jest najgorszym sposobem na podniesienie samooceny, o jakim słyszałem. To bardzo niebezpieczne, możesz zginąć! 

 – Przed chwilą twierdziłeś co innego. Przecież posiadając włócznię z łatwością zabiję smoka! 

 – Ale… 

 – Po prostu mi pozwól. To moje marzenie. 

 – Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? 

 – Tak. 

November westchnął. 

 – No dobrze – zgodził się i podał mi włócznię. 

 – Ale tak na wszelki wypadek… Zabrałam z wieży twoją laskę. – Wyjęłam z torby broń Novembera. – Na razie jej nie dotykaj, a w razie czego… 

 – Będę w pogotowiu – powiedział. 

 – Jestem gotowa – zwróciłam się do Białej Smoczycy. 

 – A więc zaraz zwabię Smoka Zniszczenia. Gdy tu przybędzie, od razu użyj włóczni. Celuj w serce, jest po lewej stronie, w tym samym miejscu, co u człowieka – powiedziała Smoczyca. 

 – Dobrze – odpowiedziałam. 

Nie czułam lęku, tylko podekscytowanie. Smoczyca zaryczała ogłuszająco. Jej ryk jak wybuch rozszedł się dalekimi falami. Potem nastąpiła cisza. Wpatrywałam się w rozgwieżdżone niebo, czekając. Nagle gdzieś z daleka usłyszeliśmy kolejny ryk. Smok Zniszczenia odpowiedział. 

Po chwili coś przysłoniło gwiazdy. Mroczny kształt przybliżał się bardzo szybko. Wreszcie wylądował na arenie. Strach powrócił. Potwór, trzy razy większy od Smoczycy, był niewyobrażalnie brzydki. W niczym nie przypominał zwykłego smoka. Nie miał łusek, jego zielonkawobrązową skórę pokrywały za to olbrzymie brodawki. Z wysuniętej dolnej szczęki wystawały ostre, szare kły. Trójkątne oczy jarzyły się czerwienią.

 – A więc macie włócznię – przemówił Smok. – Myślicie, że się jej boję? 

 – Powinieneś – odpowiedziała Smoczyca. – Delio, teraz! 

Wzięłam zamach. Smok Zniszczenia spojrzał na mnie okropnymi ślepiami. Sparaliżowana strachem, nie mogłam się ruszyć. Potwór zbliżał się niespiesznie. Nagle zaatakowała go Biała Smoczyca, ale natychmiast została powalona jednym ciosem. Chwycił mnie wielkim łapskiem. Wypuściłam z rąk włócznię. 

 – Delio! – krzyknął November. 

Moje serce biło jak oszalałe. Zobaczyłam nad sobą długie zębiska. Nagle gdzieś z boku ujrzałam błysk. Smok Zniszczenia zaryczał wściekle. Spadłam na ziemię. 

Nov trzymał laskę. Najwyraźniej udało mu się trafić smoka błyskawicą. Potwór spróbował zgarnąć go łapą, ale chłopak uskoczył. Potem stuknął o ziemię laską. Zajaśniała oślepiającym światłem. 

Zerwał się wiatr falujący szatą i włosami Novembera, a z zielonego kryształu wystrzeliła potężna błyskawica, godząca rozwścieczonego smoka prosto w brzuch. Patrzyłam na to z podziwem. 

Błyskawice jednak nie zrobiły smokowi dużej krzywdy. Otworzył paszczę i zionął ogniem, próbując spalić Novembera, który na szczęście zdążył uciec. Nagle znikąd pojawiła się Biała Smoczyca i skoczyła na potwora. Przez chwilę kotłowali się, jednak szybko sobie z nią poradził. Smoczyca padła na ziemię. 

Smok Zniszczenia pozbawiony był teraz jednego oka, z którego obficie kapała krew. Jego spojrzenie nie było już takie straszne. Rozejrzałam się. Włócznia leżała kilka metrów ode mnie. Wstałam i jej dopadłam. Smok zaryczał i zaatakował mnie. Wycelowałam.

Trafiłam go prosto w serce. Smok Zniszczenia zatrzymał się nagle i wydał przeraźliwy ryk, a potem padł na ziemię. 

Z niedowierzaniem patrzyłam na potężne cielsko leżące przede mną. Byłam kompletnie skołowana. 

 – Delio!

November podbiegł do mnie. 

 – Nic ci nie jest? – zapytał. 

 – Nie… – powiedziałam.

Padliśmy sobie w ramiona. Powiał wiatr. Jego szata zafalowała wokół mnie. Poczułam silne ukłucie w żołądku. To mnie otrzeźwiło. Szybko odskoczyłam. 

 – Delio, byłaś niesamowita – stwierdził November. 

 – Nieprawda – powiedziałam skromnie. – To dzięki tobie mi się udało. Gdyby nie ty, pożarłby mnie. Dziękuję. 

 – Nie umniejszaj swoich zasług. Zabiłaś smoka. I to jakiego! 

Zerknęłam na ciało Smoka Zniszczenia. Nie poruszał się, ale nadal wyglądał potwornie. 

 – Ocaliłaś nas od zagłady. Cały świat jest ci wdzięczny – przemówiła Biała Smoczyca, podchodząc do nas. 

 – Czy on na pewno nie żyje? – zapytałam. 

 – Na pewno – odpowiedziała. 

Obróciła wielkie cielsko. W miejscu, które trafiłam, ziała wielka dziura. 

 – Widzisz? Włócznia zniknęła. To znak, że nie jest już potrzebna. Smok Zniszczenia został zgładzony na zawsze. 

 – Czyli możemy już wracać do domu? – zapytał November. 

 – Tak. Możecie. Zaraz was zabiorę do portalu. 

 – Co, Delio? Naprawdę nie chcesz wracać? 

 – No nie wiem… Tutaj jestem kimś ważnym, a w naszym świecie… Szkoda gadać. 

 – Zapewniam cię, Delio, że w naszym świecie jesteś równie ważna. W dodatku tam jest twój dom – powiedział November. 

 – Dom, w którym nikt na mnie nie czeka – odparłam. 

 – Nie martw się. To z pewnością się zmieni. Ja… chciałbym, żebyś wróciła. 

 – Naprawdę? 

 – Tak. 

 – To miło, że przynajmniej jedna osoba tego chce. No dobrze. Wracajmy. 

*** 

Wszystko wróciło do normy. Znowu nudna rutyna kasjerki Sandry. Kolejka klientów. Przywitać się. Skasować zakupy. Zapytać, czy zbiera punkty. Przyjąć zapłatę. Powiedzieć „do widzenia”. I tak w kółko. 

Tego dnia wyglądałam wyjątkowo źle. Rano okazało się, że wszystkie normalne ubrania są brudne albo w praniu, wobec czego musiałam założyć do pracy stary dres. Przez noc na twarzy wyskoczyło mi kilkanaście pryszczy. Moje włosy rozpaczliwie domagały się mycia, o którym od dawna zapominałam. Wstydziłam się przed ludźmi i przed sobą. 

Kolejny klient. Chłopak. Przystojny. W moim wieku. O nie. Niezwykle rzadko spotykałam takie osoby i musiało się to zdarzyć akurat dzisiaj, kiedy wyglądałam tak okropnie. 

Uśmiechnął się do mnie. Po prostu, bezinteresownie. To było niespotykane. To się nie zdarzało. Tak mnie zatkało, że zapomniałam powiedzieć „dzień dobry”. Chłopak mnie ubiegł. Odpowiedziałam mu zawstydzona i przeszłam do kasowania zakupów. 

Kilka bułek, serek wiejski, mleko, cukier, ziemniaki. 

 – Czy zbiera pan punkty? – zapytałam. 

Chłopak zaprzeczył, nadal nie przestając się uśmiechać. To mnie niesamowicie rozpraszało. Podałam mu cenę, zapłacił gotówką. Wydałam resztę. 

 – Do widzenia i zapraszam ponownie – powiedziałam. 

 – Z pewnością jeszcze tu wrócę. Do widzenia… Delio. 

Poszedł. Miał dokładnie takie same oczy, jak November. 

Siedziałam z wyrazem osłupienia na twarzy jeszcze długi czas. 

Koniec

Komentarze

Przeczytałem, bo kocham smoki.

 

Historia bardzo prosta, aczkolwiek poprawnie skonstruowana. Finałowa walka moim zdaniem jest zdecydowanie za krótka.

 

Nic mnie tutaj w jakiś szczególny sposób nie zraziło, ale na błędy nie zwróciłem większej uwagi.

 

Dziękuję za przeczytanie i komentarz! 

Przyznam szczerze, że nie jestem targetem takich opowiadań. Pytanie tylko, kto jest targetem? Zarówno tematyka, styl, język, ogólnie warsztat oraz wiek bohaterów – wszystko to wyraźnie wskazuje na młodego lub bardzo młodego odbiorcę. A także na młodego, nastoletniego Autora, co mi się gryzie z wiekiem, jaki Autorka podaje.

Jednak także (a może zwłaszcza?) młodzież trzeba czymś zainteresować: barwną akcją i niezwykłymi przygodami, ciekawymi bohaterami, zaskakującym finałem, interesującym i nowym światem. Czymkolwiek!

A co mamy tutaj? Fabuła jest sztampowa do bólu, punkt wyjścia, "zwroty" akcji i nawet finał nie oferują niczego nowego i ciekawego. Dobrych opowieści o przeniesieniu bohaterów do światów fantasy jest mnóstwo. Kay i "Fionavarski gobelin", Anderson i "Trzy serca i trzy lewy", Donaldson i cykl o Thomasie Covenancie, a dla młodszych czytelników, chociażby "Niekończąca się historia" Ende. O przeniesieniu w świat jakiejś gry powstało również wiele powieści i opowiadań, a zwłaszcza filmów. Powyższa historia niczym nie zaskakuje, nikogo za serce ani wątrobę nie chwyta, nie wzbudza żadnych zachwytów, emocji i nie zapewnia mocnych wrażeń.

Bohaterka oklepana do bólu – brzydkie kaczątko, Kopciuszek, brzydula, która zyskuje nowe ciało i pewność siebie, odmieniona po przekroczeniu bram nowego świata.

Podobnie wtórna jest sama, bardzo prosta i naiwna, historia oraz jej składowe. Młodzieńca miłość, smoki, pomocny mędrzec, potężny artefakt, zło zagrażające magicznej krainie, finałowa odmiana w realnym życiu. Żadne element nie jest oryginalny, oryginalny nie jest również sposób, w jaki te elementy poskładałaś, a przecież czasem nawet w najbardziej wyświechtane motywy można tchnąć nowe życie poprzez umiejętne i zaskakujące zestawienie lub prezentację.

Kolejną słabizną warsztatową jest dodawanie nowych elementów świata przedstawionego i jego zasad w trakcie opisywania wydarzeń. Pojawiają się one jakby na zamówienie, wynikają z potrzeby chwili, a wprowadzane są bardzo sztucznie, niczym wymyślane na poczekaniu. Tak, żeby autorowi poszło łatwiej i pisało się z górki. Niektóre wyskakują jak deux ex machina, inne prezentowane są jako męczące infodumpy. Tak wprowadzasz do opowieści bohaterów, lokacje, reguły świata (gry), przeciwników i postronne postacie, a nawet torby z zestawem magicznych sprzętów (w tym m.in. skracającym drogę i akcję czarem teleportacji) itd. A wszystko to na zawołanie, na zamówienie, idąc skrótem na łatwiznę.

Również sama fabuła wygląda, jakby powstawała na bieżąco, bez wcześniejszego planu. Miałaś w głowie rys nieskomplikowanej historii i dwójkę papierowych, szablonowych bohaterów. A potem dałaś się poprowadzić wydeptanymi i łatwymi ścieżkami. Wszystko w tej opowieści jest naiwne i nawet nie młodzieżowe, tylko raczej dziecinne i jakby wycięte z BRAVO dla 12-letnich dziewczynek.

Szwankuje kompozycja (przyspieszona i krótka walka finałowa wobec długiego i nadmiernie rozwiniętego wprowadzenia), język opisów i styl narracji, dialogi bohaterów są drętwe, sztuczne i do tego pompatyczne. A najgorzej gadają chyba smoki.

Być może jestem zbyt okrutny, ale sugeruję się poniekąd Twoim wiekiem. To wszystko nie wygląda jak napisane przez dorosłą, 22-letnią osobę. Powiem więcej, Twoje opowiadanie, to "fantasy" jakiego się od dawna nie pisze. Mniej więcej od 13 roku życia… A jeśli pisało, to jako młodzieńcze wprawki do szuflady.

Podobnie jak nikt już nie gra w tak proste, sztampowe i naiwne gry.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję za komentarz i poświęcenie mi chwili czasu, Twoje wskazówki na pewno przydadzą mi się na przyszłość. Być może pisząc to opowiadanie za bardzo koncentrowałam się na nieistotnych dla czytelnika szczegółach, a za mało na fabule i oryginalności.

Tak naprawdę, to mógłbym po prostu skopiować komentarz Marasa i się pod nim podpisać. Chyba muszę zacząć wcześniej komentować opowiadania, bo gdzie nie przyjdę ostatnio, to Maras napisał już praktycznie wszystko, co miałem do powiedzenia. 

Zacznijmy od plusów: nie ma za wiele błędów. To znaczy takich błędów, które by w rażący sposób przeszkadzały czytać, bo jakichś literówek czy błędów interpunkcyjnych na pewno trochę tu jest. Niestety to chyba wszystko, co mogę pochwalić. Sam pomysł na opowiadanie jest wyeksploatowany i niczym nowym nie porywa. Bohaterowie są do bólu stereotypowi, fabuła cienka, nieprzemyślana i pretekstowa, a narracja sprawiała, że kilka razy musiałem zrobić sobie krótką przerwę od czytania, żeby odetchnąć. Całość jest infantylna, naiwna i niestety po prostu nudna. A kwintesencją tego jest sam finał po wyjściu z gry. 

Komentarz może wyszedł mi trochę oschły, ale po prostu nie chciałem rozpisywać się na temat tego, co już napisano. Pozostaje mi mieć nadzieję, że wyciągniesz lekcję z uwag, które otrzymujesz i twoje kolejne opowiadania będą tylko coraz lepsze :) 

Szczerze mówiąc nie wiedziałam, że temat z grami komputerowymi jest aż tak wyeksploatowany, postaram się poszukać innych pomysłów, dziękuję za komentarz.

W literaturze generalnie mocno popularny był motyw z bohaterem przenoszącym się z realnego świata do świata fantastycznego, kilka przykładów podał ci Maras, ale jest tego o wiele więcej, zwłaszcza w czasach, gdy fantasy dopiero się na poważnie rozkręcało (taki motyw masz przecież nawet w “Opowieściach z Narnii”). Gdy na popularności zaczęły zyskiwać gry komputerowe, to stały się naturalnym źródłem kierunkiem przeniesienia. Tak jak już pisał Maras, dotyczy to literatury, jeszcze bardziej filmów (jeden z pierwszych był chyba “Tron” z 1982), ale najbardziej powszechnie wykorzystywany ten motyw jest w mandze i anime, tam jest tego na pęczki. 

Motyw przenoszenia się do innych światów jest mi dobrze znany, ale temat gier komputerowych w literaturze i filmach widocznie mnie omijał. Podczas pisania zdawałam sobie oczywiście sprawę, że na pewno istnieją utwory, w których to wykorzystano – w końcu ciężko wymyślić coś, czego jeszcze nie było – ale nie sądziłam, że to będzie taki problem dla czytelników. No cóż, i tak miałam już nie ruszać tego motywu, wychodząc z założenia, że jeśli chodzi o gry, większość pewnie woli sobie w nie pograć, niż o nich czytać.

Mr.maras i Arnubis powiedzieli wszystko, więc od siebie dodam prośbę na przyszłość – Sonato, rzuć Ty swoim bohaterom, przynajmniej od czasu do czasu, mniejsze i większe kłody pod nogi. Niech im nie będzie tak łatwo, niech się trochę pomęczą nim dobrną do końca opowiadania.

Wykonanie mogłoby być lepsze. Najbardziej przeszkadzał mi nadmiar zaimków; sugeruję, abyś używała ich oszczędniej.

 

bar­dziej re­al­nych przy­ja­ciół nie po­sia­da­łam. –> …bar­dziej re­al­nych przy­ja­ciół nie miałam.

Można posiadać majątek, ale nie przyjaciół.

 

Nasza zna­jo­mość trwa­ła od pra­wie od czte­rech lat… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Udany strzał spo­wo­do­wał­by u niej ośle­pie­nie… –> Udany strzał spo­wo­do­wał­by jej ośle­pie­nie

 

zo­ba­czy­łam pod nami stare ruiny ja­kie­goś zamku, które wi­dzia­łam pierw­szy raz w życiu. –> Skoro widziała je pierwszy raz w życiu, to skąd wiedziała, że są stare?

 

Po chwi­li znik­nę­ły w nim nasze ava­ta­ry, a ono wy­peł­ni­ło cały ekran. Tak mnie ośle­pia­ło, że zmru­ży­łam oczy. Wy­da­wa­ło mi się… –> Nadmiar zaimków.

Może: Po chwi­li pochłonęło nasze ava­ta­ry i wy­peł­ni­ło cały ekran. Tak mnie ośle­pia­ło, że zmru­ży­łam oczy. Miałam wrażenie

 

po czym wziął mój łuk le­żą­cy na ziemi obok po­de­stu. –>Czy na podeście znajdującym się na bardzo wysokiej wieży była ziemia?

 

– Spró­bu­ję tra­fić w  ja­śniej­szą ce­gieł­kę… –> – Spró­bu­ję tra­fić w  ja­śniej­szą ce­gieł­kę

 

Na jed­nej w wy­staw ktoś usta­wił duże lu­stro. –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Na jed­nej w wy­staw ktoś umieścił duże lu­stro.

 

Szyb­ko ode­szłam z za­się­gu zwier­cia­dła. –> Czy zwierciadło ma zasięg?

 

Kon­ty­nu­owa­li­śmy po­szu­ki­wa­nia chat­ki dru­ida. Nie trwa­ły one zbyt długo, bo do­sko­na­le wie­dzie­li­śmy, gdzie się znaj­do­wa­ła. –> Czy można szukać czegoś, o czym doskonale wiadomo, gdzie się znajduje?

 

Bo to Smo­czy Por­tal. Ak­ty­wo­wać go może tylko smok. Pra­wie nikt nie ma po­ję­cia, dokąd pro­wa­dzą. Le­gen­dy gło­szą, że są po­łą­czo­ne wła­śnie z in­ny­mi świa­ta­mi.–> Piszesz o jednym Smoczym Portalu. Dlaczego trzecie i czwarte zdanie sugerują, że jest ich wiele?

 

Spoj­rza­łam na drew­nia­ne pa­tycz­ki… –> Masło maślane. Patyczki są drewniane z definicji.

 

Smok Zniszczenia spojrzał na mnie swoimi okropnymi ślepiami. Sparaliżował mnie strach, nie mogłam się ruszyć. Potwór szedł niespiesznie w moją stronę. Drogę zagrodziła mu Biała Smoczyca. Zaatakowała go, ale natychmiast powalił jednym ciosem. Znalazł się przy mnie i chwycił swoim wielkim łapskiem. Włócznia wypadła mi z rąk. –> Nadmiar zaimków.

 

Zo­ba­czy­łam nad sobą zę­bi­ska dłuż­sze ode mnie. –> A jak długa była bohaterka?

 

Nov trzy­mał swoją laskę. –> Zbędny zaimek. Czy mógł trzymać cudzą laskę?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za rady, na pewno skorzystam!

 Po całym dniu poza domem spędzonym z ludźmi, których

Hmm. Nie dałabym głowy za ten szyk.

 Moment przekroczenia progu od zawsze stanowił dla mnie najszczęśliwszy punkt dnia.

To też trochę przegadane i zapewniające, zamiast pokazywać.

dłużej niż normalnie przebywać z ludźmi w oczekiwaniu na posiłek

Znowu – szyk może być niejednoznaczny (czy ona normalnie przebywa w oczekiwaniu na posiłek, czy oczekiwanie jest jednorazowe?)

 wejście do jakiegoś miejsca, w którym znajdowali się obcy ludzie

Skróciłabym: wejście dokądś, gdzie znajdowali się obcy ludzie.

 zasiadłam przy komputerze

Troszeczkę za wysoko.

 zanurzyłam się w niej całkowicie.

Hmm.

 The War with the Frosty Dragons

W zasadzie nie jest to niepoprawne, ale wydaje mi się nienaturalne. Dałabym raczej "war against" – może to kwestia gustu.

Fantastyczna otoczka, ciekawa fabuła, miła dla oka grafika i niebanalna mechanika sprawiały, że prawie cały swój wolny czas poświęcałam tej grze.

Wiesz, to brzmi jak reklama, żeby nie powiedzieć product placement.

 mój avatar

Zdaje mi się, że można już pisać "awatar".

 kilka orków

Kilku – orkowie są jednak istotami rozumnymi, choć może ledwo.

 Gdy byłam

Możesz skasować to i przecinek przed "spotkałam" – jest jasne z kontekstu.

 bardziej realnych przyjaciół nie posiadałam

Przyjaciół się ma, nie posiada – posiadanie dotyczy rzeczy materialnych.

 trwała od prawie od czterech lat

Podwoiło się "od".

 Niestety nawet wtedy

Dałabym przecinek: Niestety, nawet wtedy.

 Z drugiej strony ja

J.w.: Z drugiej strony, ja.

 Przez to November jawił mi się jako nie do końca realna postać. Nieznajomość prawdziwego imienia dodatkowo potęgowała wrażenie. Było mi to na rękę. Bałam się ludzi, ale Nov jakby nie był dla mnie człowiekiem, tylko postacią z gry, więc z nim nie wstydziłam się pisać.

Kurczę, to jest dobre – tylko zbyt rozwleczone. Gdybyś to skondensowała, myślę, że wrażenie byłoby mocniejsze.

 Inni członkowie naszego klanu noszącego dumną nazwę „Mroczni Pogromcy Smoków”

Tę informację dałabym wcześniej – tutaj wygląda na dorzuconą w pośpiechu, w ostatniej chwili.

 „Pogromcy” zrzeszali przeważnie ludzi z najwyższymi levelami

Hmm, coś mi tu nie działa. Może raczej" większość grupy stanowili ludzie…. ? Bo "przeważnie" wskazuje raczej na coś czasowego, powtarzalnego.

 nie palili się do bicia jej,

Hmm.

zabijając go zdobywało się

Zabijając go, zdobywało się.

 spowodowałby u niej oślepienie

Oślepiłby ją – nie kopiuj aż tak wiernie języka gry, jego miejsce jest, no, w grze. Cały akapit przypomina opis gry właśnie – nie wiem, czy o to Ci szło, bo lepiej czyta się bardziej realistyczne opisy. Ten jest szczegółowy, ale mało dynamiczny.

 ale o dziwo Smoczyca

Ale, o dziwo, Smoczyca.

 około sześć godzin

Około sześciu godzin. Ja dałabym: około sześciu godzin później.

 Smoczyca albo jakikolwiek inny potwór z gry nigdy nie porywali avatarów podczas walki.

Angielskawe. Moja propozycja: Żaden potwór w grze nie porywał awatarów podczas walki. (I – te potwory, nie ci potworowie).

 Mogłam widzieć

Anglicyzm (I could see) – po polsku pisze się po prostu "widziałam".

gra nie była nieskończona

Dziwnie to brzmi. Świat gry nie był nieskończony (albo nieograniczony, w tym kontekście może być tak i tak).

 Moim oczom na początku ukazywały się tylko góry i lasy

Hmm. Dziwnie wysoki ton.

 Po chwili zniknęły w nim nasze avatary, a ono wypełniło cały ekran.

Jesteś pewna tej chronologii? Spróbuj to zobaczyć.

 jakaś rzecz zaczęła na mnie napierać, jakbym była w wąskiej rurze,

To mnie zdezorientowało, połapałam się, o co chodzi, dopiero przy drugiej części zdania. Reszta akapitu jest cokolwiek zdawkowa – relacjonujesz ze szczegółami, ale nie pokazujesz.

 Smagał mnie wiatr i leżałam na zimnym podłożu.

To wnioski. Pokaż przesłanki i pozwól nam samym do tego dojść.

niebieską koszulę, teraz zostało to zamienione na brązowe szorty

Nienaturalne. Uprościłabym: …niebieską koszulę, teraz – brązowe szorty…

 Chciałam od razu zdjąć z siebie ten obcy strój

Dlaczego? Po raz pierwszy nie rozumiem motywacji Twojej bohaterki.

 Zupełnie jakby zrobił dokładny cosplay

Zupełnie, jakby. Kostium to jeszcze nie cosplay (cosplay wymaga jeszcze kogoś, kto w tym kostiumie będzie odgrywał rolę) – wiem, czepiam się.

 Ja z kolei dziwnym trafem bardzo przypominałam Delię.

Już to pokazałaś – nie musisz zapewniać. Szczególnie nie zapewniaj o czymś, co pokazałaś, to wygląda tak, jakbyś nie wierzyła w inteligencję czytelnika.

 wisiało na moich plecach

Anglicyzm. Wisiało mi na plecach.

 Gdy ocenił sytuację, ogarnęło go zdumienie.

Pokaż mi to. Nie czytaj mu w myślach, tylko pokaż, jak reaguje.

 Jako swój avatar był bardzo przystojny

Myślę, że to zdanie jest zbędne.

 Dotarcie tam zajęłoby nam około trzy dni drogi

Masło maślane, rym, gramatyka: Dotarcie tam zajęłoby około trzech dni.

 ogarnęłam wzrokiem krajobraz

Jakieś to nienaturalne.

 Zielone dziewicze lasy przykrywały doliny

Jak wyżej.

Czyli sugerujesz, że naprawdę przenieśliśmy się do gry?

Nie bardzo potrafię uwierzyć, żeby ktoś tak rozmawiał.

naciskać w różne miejsca

Naciskać na różne miejsca – ale w sumie równie dobrze może być: naciskać różne miejsca.

 Druid ten

Nie ma potrzeby zaznaczać, który druid, skoro była o nim mowa dopiero co.

 informacje ukryte były poza linią dialogową

Czyli gdzie, w kodzie?

 po czym wziął mój łuk (…) powiedział, po czym naciągnął łuk.

Powtarza się schemat zdania.

 O cholera

O, cholera.

 nasze bronie są niezwykle silne

Rozumiem, że to slang graczy, ale: nasza broń jest niezwykle skuteczna.

 No co ty?

No, co ty?

 A no tak!

A, no tak!

 Stwierdziłam jednak, że szkoda by było zostawić tu tak niezwykłą rzecz.

Uznałam albo zdecydowałam (stwierdza się fakt). Fonetycznie zdanie trochę dzwoni.

 delikatnie ją podniosłam

Błagam – "ostrożnie". "Delikatnie" jest słowem tak nadużywanym, że nic już nie znaczy. Zawsze staraj się wybierać słowo o najbogatszej konotacji, czyli najbardziej szczegółowe.

daleki, mrożący krew w żyłach ryk.

Czy odległość jest cechą ryku?

 Widocznie punkt pojawiania się w danej wiosce był jeden

Jak ona może o tym nie wiedzieć, skoro zna świat gry? I "dana wioska" nie brzmi dobrze, jest jak wzięte z podręcznika. Wyjaśnienie skróciłabym.

 Pewnie jego bliscy już zaczęli martwić się o niego.

Nienaturalne. Jego bliscy pewnie już się zaczęli martwić.

 Nie mogąc się powstrzymać, podeszłam.

Nienaturalne.

No chodź.

No, chodź.

odeszłam z zasięgu zwierciadła.

A to już całkiem nienaturalne. Czy ktoś myśli o lustrach w kategoriach "zasięgu"?

 Kontynuowaliśmy poszukiwania chatki druida. Nie trwały one zbyt długo, bo doskonale wiedzieliśmy, gdzie się znajdowała.

… to czemu jej szukali? Nie rozumiem.

 siwa broda sięgała mu do pasa. Wyglądał bardzo staro.

Z taką brodą nie mógł wyglądać młodo, nie?

 skromnie urządzonej chatki druida, która składała się z jednej izby.

Jakieś to nienaturalne, stawiać tutaj tę informację.

 Rzeczywiście nieprawdopodobna historia

Rzeczywiście, nieprawdopodobna historia.

 że nie wszystko jest w niej zmyślone

Hmm.

nie uda wam się aktywować.

Nie uda się wam… Hmm. "aktywować" jest takie mało fantastyczne.

 Prawie nikt nie ma pojęcia

A kto ma?

 Z tego co mi wiadomo

Z tego, co mi wiadomo.

 November zasmucił się.

Pokaż to.

 miał przygaszony głos.

Krok w dobrym kierunku, ale głos nie może być przygaszony. Spotykałam się z określeniem "matowy".

 No ale na pewno

No, ale na pewno.

 będziecie bezpieczni

Trochę to jednak anglicyzm. Może "nic wam się nie stanie"?

 No wie wiem…

No, nie wiem…

 bo większość mieszkańców pozamykała się w domach

Skąd ona może to wiedzieć?

 O nie…

O, nie… I po co smoczyca ich zostawiła wcześniej?

żeby jakoś zareagować na to, że teraz jego peleryna mnie dotykała

C.t. (dotyka). Ale w ogóle coś to nienaturalne.

 wyglądającego na świątynię

W jaki sposób?

stworzyliśmy włócznię z jego zęba

Zrobiliśmy. Stwarza się z niczego.

 W tej świątyni ukryta jest Smocza Włócznia zdolna pokonać tego smoka

Dwie zmienne metasyntaktyczne w jednym zdaniu? :P

 robiliście misję

Erm… moje zawieszenie niewiary poszło na grzybki. Sama metatekstualność smoka mi nie przeszkadza, ale to, że smok przemawia slangiem, najwyraźniej tak. Dziwne.

 wściekłym głosem

To nie głos jest wściekły.

 No bo

No, bo.

 Nieprawda, posiadając włócznię, mam nad nim przewagę.

Nienaturalne.

 Gdy tam wejdziecie, wiecie, co robić.

Anglicyzm. Albo: będziecie wiedzieli, co robić, albo: Wiecie, co robić, gdy tam wejdziecie.

 Jesteś wartościową osobą, tylko masz o sobie bardzo złe zdanie. Musisz w siebie uwierzyć.

Ojeju, musiałaś? To najbardziej kliszowate, co można w tej sytuacji powiedzieć. Uwierz mi, że jeden ogólnik tego rodzaju (albo nawet sto) nie poprawi nikomu samooceny (inna sprawa, że zawyżona samoocena jest gorsza od zaniżonej – zaniżona wcale nie zawsze paraliżuje). Oczekuję jakiegoś zakrętu później :)

 Przecież posiadając włócznię

Znaczy, na własność? To chyba też anglicyzm.

 No dobrze

No, dobrze. Tak, ot, się zgodził? On nie chciał ubić smoka?

użyj włóczni

Anglicyzm.

 Jej ryk jak wybuch rozszedł się dalekimi falami

Nie dałabym głowy za tę metaforę.

 Wpatrywałam się w rozgwieżdżone niebo, czekając.

Zaraz, kiedy zapadła noc?

 Wzięłam zamach.

Włócznią się nie macha, tylko dźga, ale niech tam. Bohaterka może o tym nie pomyśleć.

 Zaatakowała go, ale natychmiast powalił ją

Nienaturalny szyk.

 wiatr falujący szatą

Wiatr niczym nie faluje – to szata faluje albo łopocze. Wiatr nią porusza, szarpie.

 błyskawica, godząca rozwścieczonego smoka prosto w brzuch

To nie cecha błyskawicy, tylko to, co błyskawica robi.

Przez chwilę kotłowali się, jednak szybko sobie z nią poradził.

Pokaż to.

 pozbawiony był teraz jednego oka, z którego obficie kapała krew.

Jak mogła kapać z oka, skoro go nie miał? Kapała z oczodołu.

 Byłam kompletnie skołowana.

Zbędne – widać z kontekstu.

 powiedziałam skromnie.

Nie musisz mnie o tym zapewniać, widzę.

 Nie umniejszaj swoich zasług.

To nie jest naturalny dialog.

No nie wiem

No, nie wiem.

 W dodatku

Hmm. Anglicyzm.

 Siedziałam z wyrazem osłupienia na twarzy jeszcze długi czas.

A co z pracą, hmm?

 

O ile Twoja bohaterka, jak to mówią Amerykanie, rezonuje, o tyle tekst jest wręcz rozkosznie młodzieńczy i psychologicznie naiwny – to wyraźnie nastoletnia fantazja.

Ale! Fantazja spójna. Wydarzenia wynikają jedne z drugich (z jednym wyjątkiem – czemu smoczyca odleciała, zostawiwszy ich na wieży?). Prawda, że wiele rzeczy mogłabyś zapowiedzieć wcześniej, że zacytuję:

 dodawanie nowych elementów świata przedstawionego i jego zasad w trakcie opisywania wydarzeń. Pojawiają się one jakby na zamówienie, wynikają z potrzeby chwili, a wprowadzane są bardzo sztucznie, niczym wymyślane na poczekaniu.

ale to jest do wyćwiczenia (musisz dokładniej planować, albo naszkicować, ze szkicu zrobić plan i potem napisać właściwy tekst – niektórzy wolą tak).

Język sztywny. Nadużywasz np. "który", a wszystkie zdania mają podobną formę. Dialogi i przemyślenia zbyt okrągłe i przedłużone na siłę – nie musisz dokładnie relacjonować rozmowy tak, jak by przebiegła w rzeczywistości. Skup się na tym, co najważniejsze, resztę możesz pominąć albo streścić w narracji. Tekst w ogóle jest przegadany – spokojnie mógłby być o, lekko licząc, jedną czwartą krótszy. Przegadanie utrudniło mi ocenę kompozycji, ale (że znów zacytuję klasyka)

 rzuć Ty swoim bohaterom, przynajmniej od czasu do czasu, mniejsze i większe kłody pod nogi. Niech im nie będzie tak łatwo, niech się trochę pomęczą nim dobrną do końca opowiadania.

Bo tutaj nie mieli za wiele do roboty, a do bohaterów, który niewiele robią, nie idzie się przywiązać. No, i na zakończenie, jeszcze jeden pingwinek:

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnino, dziękuję za tak dokładne wgłębienie się w mój tekst i wskazanie błędów. Poprawię je w najbliższym czasie, a w następnych tekstach z pewnością skorzystam z rad, jakie zaproponowałaś. Co ciekawe, akurat naniosłam na mój tekst poprawki błędów, które wskazała Regulatorzy (wiem, że trochę późno) i kliknęłam “gotowe”, zadowolona, że skończyłam, a tu patrzę, pojawił się Twój komentarz i no… do skończenia jeszcze daleko :o

Takie jest życie, nie? heart

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Takie życie. I absolutnie nie narzekam.

Nowa Fantastyka