- Opowiadanie: tsole - Bajki nasenne

Bajki nasenne

Tryp­tyk zło­żo­ny z bajek, które opo­wia­da­łem moim dzie­ciom (było tych bajek wię­cej, lecz tylko trzy do­cze­ka­ły się uwiecz­nie­nia w for­mie pi­sa­nej).

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

regulatorzy, katia72, ninedin

Oceny

Bajki nasenne

W pew­nym dużym bloku na wiel­ko­miej­skim osie­dlu żyła szczę­śli­wa ro­dzi­na. Tata i mama cie­szy­li się dwój­ką zdro­wych, wspa­nia­łych dzie­ci: có­recz­ką Jul­cią i star­szym od niej o dwa lata syn­kiem Pio­tru­siem. Ro­dzi­ce bar­dzo trosz­czy­li się o swoje dzie­ci, które były dla nich źró­dłem nie­usta­ją­cej ra­do­ści. Lecz prócz ra­do­ści w życiu po­ja­wia­ją się także smut­ki. Na szczę­ście drob­ne. Choć­by takie, jak kło­po­ty dzie­ci z za­sy­pia­niem. Zwłasz­cza do­ty­czy­ło to Julci, którą roz­pie­ra­ła ener­gia i cie­ka­wość świa­ta. Mama pró­bo­wa­ła wielu spo­so­bów: gła­ska­nie po brwiach, nu­ce­nie ko­ły­sa­nek, włą­cza­nie su­szar­ki… nic nie po­ma­ga­ło. Wresz­cie się­gnę­ła po bajki. W mie­ście po­ja­wi­ła się wła­śnie sieć baj­ko­ma­tów, lecz żadna z ofe­ro­wa­nych w nich bajek nie po­mo­gła. Ko­le­żan­ka po­ra­dzi­ła mamie, by udała się do po­ło­żo­nej w cen­trum mia­sta ap­te­ki o obie­cu­ją­cej na­zwie „Bajka”, która spe­cja­li­zu­je się wy­łącz­nie w le­kach dla dzie­ci. Mama sko­rzy­sta­ła z tej rady.

Za ladą w ap­te­ce krzą­ta­ła się star­sza pani w bia­łym kitlu o ła­god­nym, uspo­ka­ja­ją­cym spoj­rze­niu. Gdy mama zwie­rzy­ła się jej z kło­po­tu, po­wie­dzia­ła:

– To ty­po­wy pro­blem, ale po­ra­dzi­my sobie z nim. Mamy spory wybór bajek na­sen­nych dla dzie­ci w róż­nym wieku. Co có­recz­ka lubi naj­bar­dziej?

– Za­ba­wę w pia­skow­ni­cy. Uwiel­bia także zwie­rząt­ka.

– Wspa­nia­le. Mam tu bajkę jakby spe­cjal­nie dla niej wy­my­ślo­ną.

 

O kotku Sa­mot­ku

 

W pew­nym uro­czym mia­stecz­ku żył kotek Sa­mo­tek. Był bar­dzo ładny, za­wsze czy­sty i za­dba­ny.

Był też dumny i nie­za­leż­ny. Cha­dzał wy­łącz­nie wła­sny­mi ścież­ka­mi.

Pew­ne­go sło­necz­ne­go ranka kotek wy­szedł sobie na spa­cer. Minął sklep, za któ­rym był duży plac zabaw. Po­szedł na skró­ty w kie­run­ku parku. Prze­cho­dząc obok pia­skow­ni­cy, kątem oka do­strzegł Lilkę, córkę są­sia­dów. Lilka też go zo­ba­czy­ła i ma­cha­jąc drob­ną rącz­ką za­wo­ła­ła:

– Cześć kotku! Chodź po­ba­wi­my się razem!

„Też coś!” – po­my­ślał kotek Sa­mo­tek, a gło­śno po­wie­dział:

– Nie, dzię­ku­ję! – Był bo­wiem bar­dzo uprzej­my.

– Chodź! – za­chę­ca­ła nie­zra­żo­na Lilka. – Mam tu mnó­stwo za­ba­wek, ule­pię ci mysz­kę z pia­sku…

– Nie trze­ba – ro­ze­śmiał się kotek. – Baw się sama. Ja je­stem kotek Sa­mo­tek, cho­dzę wła­sny­mi ścież­ka­mi i uwiel­biam za­ba­wy sam ze sobą.

– Szko­da – za­smu­ci­ła się Lilka, ale kotek już tego nie sły­szał, bo od­da­lił się szyb­ko.

Idzie dróż­ką przed sie­bie, nie roz­glą­da­jąc się wokół. Nagle sły­szy czyjś gło­sik:

– Chodź się bawić!

Pa­trzy – a przy dróż­ce sie­dzi za­ją­czek Kic­ki­cuś. Mały i szary, cał­kiem jak przy­tu­lan­ka.

– Nie będę się z tobą bawił – po­wie­dział kotek Sa­mo­tek nie za­trzy­mu­jąc się.

– Dla­cze­go?

– Bo ja je­stem kotek Sa­mo­tek, cho­dzę wła­sny­mi ścież­ka­mi i bawię się tylko sam ze sobą!

I po­szedł dalej, a za­ją­czek pa­trzył za nim z za­wie­dzio­ną miną.

Idzie więc kotek dalej pięk­ną alej­ką. Nagle zza krza­ka wy­ska­ku­je coś ru­de­go.

– Chodź się bawić! – woła do kotka ta ogni­sta fu­trza­na kulka.

– A ty coś za jeden? – zdzi­wił się kotek, ale nawet nie zwol­nił tempa swo­je­go spa­ce­ru.

– Je­stem lisek Spry­ci­sek i bar­dzo lubię być oswa­ja­ny. No chodź, po­ba­wi­my się tu obok na łącz­ce!

– Wy­bacz, ale nie mam za­mia­ru się z tobą bawić ani cię oswa­jać – po­wie­dział kotek uprzej­mie, lecz sta­now­czo.

– A to dla­cze­go?

– Bo je­stem kotek Sa­mo­tek, cho­dzę wła­sny­mi ścież­ka­mi i bawię się tylko sam ze sobą. Ro­zu­miesz, lubię dobre to­wa­rzy­stwo – po­wie­dział kotek z wyż­szo­ścią i od­da­lił się. Lisek Spry­ci­sek pa­trzył za nim zdzi­wio­ny.

Kotek skrę­cił w bocz­ną alej­kę. Rosło tu wię­cej drzew, które rzu­ca­ły cień i szu­mia­ły nie­śmia­ło.

Wtem z jed­ne­go drze­wa ze­sko­czy­ła wie­wiór­ka. Po­ru­sza­jąc z gra­cją pu­szy­stym ogo­nem, za­gro­dzi­ła kot­ko­wi drogę. Nie miała jed­nak złych za­mia­rów.

– Hejka! – za­wo­ła­ła ra­do­śnie, ma­cha­jąc łapką kot­ko­wi przed nosem.

– Hejka – nie­chęt­nie od­po­wie­dział kotek Sa­mo­tek, który nie był za­do­wo­lo­ny z tego, że mu­siał się za­trzy­mać. – Kim je­steś i czego chcesz?

– Je­stem wie­wiór­ka Ru­da­ki­ta i chcę się z tobą po­ba­wić. Chodź, zo­ba­czy­my kto szyb­ciej wdra­pie się na to drze­wo!

– Nie mam ocho­ty – od­po­wie­dział kotek z god­no­ścią, usi­łu­jąc wy­mi­nąć wie­wiór­kę. – Je­stem kotek Sa­mo­tek i nie bawię się z byle kim. Poza tym to ła­że­nie po drze­wach… czy to przy­stoi tak sta­tecz­nym isto­tom jak ja?

– Nie to nie – za­pisz­cza­ła Ru­da­ki­ta. – Znaj­dę sobie in­ne­go to­wa­rzy­sza do za­ba­wy. O, już mam! – krzyk­nę­ła, wi­dząc drugą wie­wiór­kę ska­czą­cą z ga­łę­zi na gałąź. – Bywaj – mach­nę­ła kot­ko­wi kitą na po­że­gna­nie i po­tęż­nym susem wsko­czy­ła na drze­wo, zni­ka­jąc w gę­stwi­nie liści.

Kotek Sa­mo­tek po­szedł dalej. Alej­ka do­pro­wa­dzi­ła go do ulicy na skra­ju parku. Kotek bywał tu czę­sto, wie­dział, że ruch na ulicz­ce jest nie­wiel­ki, nie­mniej z uwagą ro­zej­rzał się na obie stro­ny, nim prze­szedł przez jezd­nię. Nagle usły­szał hałas. Spoj­rzał w tym kie­run­ku i zmar­twiał: za­wsze za­mknię­ta furt­ka willi teraz była uchy­lo­na, a przez szpa­rę ma­ja­czy­ła ko­sma­ta morda ogrom­ne­go psa. Był to Szcze­kun, po­strach wszyst­kich oko­licz­nych zwie­rząt. Uj­rzaw­szy kotka Sa­mot­ka ru­szył z im­pe­tem w jego kie­run­ku, szcze­ka­jąc gło­śno.

– Z nim nie ma żar­tów! – po­my­ślał kotek Sa­mo­tek. Bły­ska­wicz­nie od­wró­cił się i roz­po­czął uciecz­kę.

Prze­biegł przez jezd­nię, tym razem bez spraw­dza­nia, czy nie nad­jeż­dża jakiś po­jazd i skie­ro­wał się alej­ką w głąb parku. Aby utrzy­mać tempo, nie oglą­dał się, ale szcze­ka­nie sły­chać było coraz gło­śniej – pies zbli­żał się w za­stra­sza­ją­cym tem­pie. Cóż, psy są duże, po­ły­ka­ją prze­strzeń ogrom­ny­mi su­sa­mi.

Bie­gnie więc kotek, bie­gnie – i widzi wie­wiór­kę ba­rasz­ku­ją­cą z ko­le­żan­ką w tra­wie. Woła do niej z da­le­ka:

– Ru­da­ki­to, na pomoc! Scho­waj mnie, bo mnie pies goni!

– Cha, cha! – za­pisz­cza­ła wie­wiór­ka – prze­cież ty je­steś kotek Sa­mo­tek, praw­da? No to sam się scho­waj! – śmie­jąc się, po­bie­gła za ko­le­żan­ką w kie­run­ku drze­wa.

Kotek przy­spie­szył, ale pies zbli­żał się nie­uchron­nie. Był tuż, tuż. Kotek wy­biegł na głów­ną alej­kę i zo­ba­czył liska wy­grze­wa­ją­ce­go się w słoń­cu. Krzy­czy więc do niego z da­le­ka:

– Lisku Spry­ci­sku, scho­waj mnie do swo­jej norki! Zo­bacz, jaki wstręt­ny, ogrom­ny pies mnie goni, na pewno chce mnie zjeść!

– Nie chcia­łeś mnie oswo­ić, to jak mam cię wpu­ścić do mojej norki? – od­po­wie­dział lisek. – Nic z tego. Skoro lu­bisz to­wa­rzy­stwo sa­me­go sie­bie, pomóż sobie sam! – od­wró­cił się i po­biegł do nory, bo też tro­chę oba­wiał się groź­ne­go psa.

A kotek, coraz bar­dziej prze­ra­żo­ny i zmę­czo­ny, ucie­kał co sił w ła­pach. Gdy do­biegł do za­krę­tu, na któ­rym sie­dział za­ją­czek, le­d­wie dy­szał. Za to pies jakby zy­ski­wał nowe siły. Szcze­kał coraz groź­niej.

– Uff, uff – wy­sa­pał kotek. – Kic­ki­cu­siu, bła­gam cię, ratuj! Pies mnie goni! Ogrom­ny i zły! Już nie mam sił biec dalej!

– Pies? – prze­stra­szył się za­ją­czek. – Nie mogę ci pomóc, je­stem za słaby, poza tym nie chcia­łeś się ze mną bawić, to dla­cze­go miał­bym ci po­ma­gać? – Po czym od­da­lił się po­śpiesz­nie, ki­ca­jąc du­ży­mi su­sa­mi.

Kotek ostat­kiem sił do­tarł na brzeg parku i skrę­cił, prze­ci­na­jąc plac zabaw. Ostat­ni ra­tu­nek w Lilce – my­ślał. – A może pies się wy­stra­szy i zre­zy­gnu­je?

Nie­ste­ty pies nie zre­zy­gno­wał. Gonił jesz­cze bar­dziej za­wzię­cie niż dotąd. Sły­sząc za­ja­dłe szcze­ka­nie, Lilka pod­nio­sła głowę. Zo­ba­czy­ła sła­nia­ją­ce­go się ze zmę­cze­nia kotka Sa­mot­ka, któ­re­go już nie­mal do­się­gał swo­imi pa­zu­ra­mi jakiś ku­dła­ty pies.

– Lilko… ja… ratuj… – Kotek nie mógł już mówić, tak był zdy­sza­ny. Wsko­czył do pia­skow­ni­cy. Lilka na­tych­miast przy­kry­ła go wia­der­kiem, któ­rym ro­bi­ła babki z pia­sku.

– Po­szedł! – krzyk­nę­ła na psa. O dziwo, ten pod­ku­lił ogon i na­tych­miast po­biegł z po­wro­tem. Lilka zdję­ła wia­der­ko, od­sła­nia­jąc cięż­ko dy­szą­ce­go kota, któ­re­go na­stro­szo­ny ogon drgał ner­wo­wo.

– Dzię­ki!… dzię­ku­ję ci Lilko, oca­li­łaś mi życie… wy­szep­tał kotek Sa­mo­tek.

– Wi­dzisz? A taki byłeś dumny i nie­za­leż­ny! My­śla­łeś, że za­wsze dasz sobie radę sam?

– Tak – Kotek spu­ścił głowę ze wsty­dem. – Teraz do­sta­łem na­ucz­kę.

– Więc po­ba­wisz się ze mną?

– Oczy­wi­ście. Tylko po­zwól, że nieco od­sap­nę.

Po chwi­li Lilka z kot­kiem zgod­nie ba­wi­li się w pia­skow­ni­cy. A gdy zmę­cze­nie kot­ka ustą­pi­ło, bie­ga­li razem po placu zabaw. Bry­ka­li tak ra­do­śnie, że ich gwar usły­sza­ły zwie­rząt­ka z parku i za­cie­ka­wio­ne przy­bie­gły na plac. Zo­ba­czyw­szy je, kotek po­biegł na spo­tka­nie.

– Chodź­cie, po­ba­wi­my się wszy­scy razem!

– Mar­twi­łam się o cie­bie – za­wo­ła­ła Ru­da­ki­ta.

– Prze­pra­szam, że ci nie po­mo­głem – po­wie­dział Kic­ki­cuś – ale bar­dzo się wy­stra­szy­łem! Ten pies był taki ogrom­ny i zły!

– To cud, że ży­jesz – po­wie­dział lisek.

– Dzię­ki Lilce. Ona mnie oca­li­ła. Dzię­ki niej zro­zu­mia­łem, że nie warto być sa­mot­kiem w życiu.

– To jak teraz bę­dziesz się na­zy­wał?

– Bo ja wiem? Wy­my­śl­cie coś!

– Może kotek Wspól­no­tek? – za­pro­po­no­wa­ła Lilka. Za­chwy­co­ne zwie­rzę­ta przy­ję­ły nowe imię kotka okla­ska­mi.

Odtąd wszy­scy wspól­nie ba­wi­li się i wszę­dzie cho­dzi­li razem. A na widok tak zgra­nej grupy przy­ja­ciół nawet Szcze­kun ustę­po­wał z drogi.

 

Rze­czy­wi­ście, bajka ta bar­dzo spodo­ba­ła się Julci. Chcia­ła jej słu­chać każ­de­go wie­czo­ru i, mimo że znała ją już na pa­mięć, za­wsze żywo i z prze­ję­ciem re­ago­wa­ła na przy­go­dy kotka. A szczę­śli­wy finał tej hi­sto­rii tak mocno ją uspo­ka­jał, że w mig za­sy­pia­ła.

Nie­ste­ty, bajka nie spraw­dza­ła się w przy­pad­ku Pio­tru­sia. Mama po­szła więc do ap­te­ki z baj­ka­mi na­sen­ny­mi, aby po­szu­kać cze­goś sku­tecz­ne­go. Star­sza pani w bia­łym kitlu o ła­god­nym, uspo­ka­ja­ją­cym spoj­rze­niu uśmiech­nę­ła się, gdy mama wy­ja­wi­ła jej swój pro­blem.

– O, tak, chłop­cy mają za­zwy­czaj inne za­in­te­re­so­wa­nia. Za­ło­żę się, że pani synek pa­sjo­nu­je się tech­ni­ką, mo­to­ry­za­cją…

– Z ust mi pani to wy­ję­ła – ro­ze­śmia­ła się mama.

– Zatem je­stem pewna, że ta hi­sto­ria speł­ni swoje za­da­nia – po­wie­dzia­ła star­sza pani, się­ga­jąc na półkę z baj­ka­mi na­sen­ny­mi.

 

O Ga­ra­żu

 

Ta hi­sto­ria zda­rzy­ła się wcale nie za sied­mio­ma la­sa­mi, sied­mio­ma gó­ra­mi. Zda­rzy­ła się tu, w tym mie­ście, które jed­nak ma coś wspól­ne­go z sió­dem­ką – skła­da się mia­no­wi­cie z sied­miu dziel­nic. Sama hi­sto­ria miała miej­sce w dziel­ni­cy cen­tral­nej, zwa­nej, jak w wielu in­nych mia­stach, Śród­mie­ściem.

Nasze Śród­mie­ście jest po­dob­ne do tych w in­nych mia­stach. Stoi tam wiele bu­dyn­ków róż­ne­go kształ­tu, wieku i prze­zna­cze­nia. Mimo tych róż­nic bu­dyn­ki pro­wa­dzą wzo­ro­wo zgod­ne życie, choć nie­rzad­ko róż­nią się w swo­ich po­glą­dach, opi­niach i oce­nach.

Dzi­wi­cie się? My­śli­cie, że bu­dyn­ki to takie duże, mar­twe i nie­czu­łe przed­mio­ty? Jeśli tak uwa­ża­cie, to je­ste­ście w błę­dzie. Bu­dyn­ki są bar­dzo to­wa­rzy­skie, wraż­li­we i mądre, co wy­ni­ka z ich ży­cio­we­go do­świad­cze­nia, bo na ogół mają swój wiek i wiele w życiu wi­dzia­ły, będąc świad­ka­mi ra­do­ści i smut­ków użyt­ku­ją­cych je miesz­kań­ców.

Lecz bu­dyn­ki też nie żyją wiecz­nie. Bywa, że nie­któ­re po­pa­da­ją w ruinę, bądź to ze wzglę­du na nisz­czą­ce dzia­ła­nie czasu, bądź wsku­tek nie­wła­ści­we­go postępowania ludzi, któ­rzy nie za­wsze się o nie trosz­czą. Ow­szem, ota­cza­ją opie­ką bu­dow­le szcze­gól­nie cenne i wie­ko­we – na­zy­wa­ją je za­byt­ka­mi i po­ka­zu­ją z dumą przy­jezd­nym wy­ciecz­kom. Jeśli jed­nak bu­dy­nek jest nie­zbyt pięk­ny i nie­szcze­gól­nie uży­tecz­ny, wtedy po­dej­mu­ją de­cy­zję o jego wy­bu­rze­niu i wzniesieniu w tym miej­scu in­ne­go obiektu.

Hi­sto­ria, którą wam chcę opo­wie­dzieć, za­czę­ła się wła­śnie od wy­bu­rze­nia ta­kiej sta­rej ru­de­ry, która nie była już do ni­cze­go przy­dat­na, a tylko szpe­ci­ła Śród­mie­ście. Oko­licz­ne bu­dyn­ki w mil­cze­niu przy­glą­da­ły się pra­com bry­ga­dy wy­bu­rze­nio­wej. Mil­cze­nie to nie ozna­cza­ło jed­nak braku re­ak­cji, bo bu­dyn­ki po­ro­zu­mie­wa­ją się ze sobą bez słów.

– Każ­de­go czeka ten sam los – wes­tchnę­ło fi­lo­zo­ficz­nie Mu­zeum.

– Chyba nie my­ślisz o sobie – ode­zwa­ła się Szko­ła. – Lu­dzie cię ho­łu­bią i ota­cza­ją tro­ską.

– Mu­zeum ma rację, ale co zro­bić, taka kolej rze­czy – po­wie­dział Biu­ro­wiec. – Praw­dę mó­wiąc, je­stem za­do­wo­lo­ny. Moi lo­ka­to­rzy – a mam ich naj­wię­cej z was – wciąż uty­ski­wa­li na tę ru­de­rę. Cie­ka­we, co lu­dzie po­sta­wią w tym miej­scu…

– Aku­rat to nie jest dla mnie ta­jem­ni­cą – po­wie­dział Ra­tusz, w któ­rym urzę­do­wa­li go­spo­da­rze mia­sta. – Bur­mistrz pod­pi­sał dziś umowę na zbu­do­wa­nie tu ga­ra­żu.

– Ga­ra­żu? A co to ta­kie­go? – spy­ta­ła Ka­te­dra.

– Nie wiesz? Praw­da, ty je­steś taka sta­ro­świec­ka – za­śmiał się Su­per­mar­ket. – Garaż to miesz­ka­nie dla sa­mo­cho­dów.

– Sa­mo­cho­dy nie po­trze­bu­ją miesz­kań. Wiem o tym, bo każ­dej nie­dzie­li lu­dzie przy­jeż­dża­ją do mnie na na­bo­żeń­stwa i par­ku­ją sa­mo­cho­dy na ka­te­dral­nym placu – sprze­ci­wi­ła się Ka­te­dra.

– Nie masz racji – wtrą­cił się Au­to­Ser­wis. – Sa­mo­cho­dy prze­cho­wy­wa­ne w po­miesz­cze­niach za­mknię­tych mniej się psują i dłu­żej żyją.

– To praw­da, ale ten plac po ru­de­rze jest ogrom­ny! – za­uwa­ży­ła Przy­chod­nia. – Po co lu­dziom taki duży garaż?

– Bo aut wciąż przy­by­wa – od­parł Au­to­Ser­wis. – Kto jak kto, ale ja czuję to na wła­snej skó­rze.

– Ra­czej „na wła­snej ścia­nie”, skórę to mają lu­dzie – mruk­nął Biu­ro­wiec. – Ale masz rację. Dziś już wszy­scy pra­cow­ni­cy biur, które miesz­czą się u mnie, mają sa­mo­chody. Nie­któ­rzy nawet po kilka!

– Do­dat­ko­wo do Śród­mie­ścia każ­de­go dnia przy­jeż­dża mnó­stwo ludzi z in­nych dziel­nic, a także z in­nych miast. Na za­ku­py, w celu za­ła­twie­nia ja­kichś spraw w urzę­dach, w od­wie­dzi­ny i tak dalej. Dla­te­go ten garaż nie tylko zaj­mie całą po­wierzch­nię po ru­de­rze, ale bę­dzie miał osiem pię­ter. Trzy pod zie­mią i pięć na po­wierzch­ni – ob­ja­śnił Ra­tusz.

– Oj, to bę­dzie wyż­szy ode mnie – zmar­twił się Su­per­mar­ket.

– Ale mnie nie do­ści­gnie – ro­ze­śmia­ła się Ka­te­dra.

 

Po ośmiu mie­sią­cach Garaż był go­to­wy. Oko­licz­ne bu­dyn­ki ode­tchnę­ły z ulgą, bo okres ten był dla nich pa­smem udręk. Cią­gły ruch, hałas, wszę­do­byl­ski kurz… praw­dę mó­wiąc, miały już tego dosyć. Mimo to nie oka­zy­wa­ły pre­ten­sji do no­we­go bu­dyn­ku. Jak już mó­wi­łem, żyły ze sobą w zgo­dzie i chcia­ły także Garaż przy­jąć do grona przy­ja­ciół.

Mu­sia­ły się jed­nak uzbro­ić w cier­pli­wość, bo dziś w Śród­mie­ściu od­by­ła się wiel­ka uro­czy­stość otwar­cia no­we­go Ga­ra­żu. Przy­je­cha­ło mnó­stwo ludzi, nawet de­le­ga­cja z samym mi­ni­strem, który wraz z bur­mi­strzem uro­czy­ście do­ko­nał prze­cię­cia wstę­gi.

Le­d­wie go­ście od­je­cha­li, do Ga­ra­żu za­czę­ły wjeż­dżać auta. Bu­dyn­ki ze zdu­mie­niem i re­spek­tem przy­glą­da­ły się temu barw­ne­mu, dłu­gie­mu na kilka ki­lo­me­trów ko­ro­wo­do­wi.

 

Na czele dumny Mer­ce­des-Benz,

za nim Kia, Hy­un­dai i Da­ewoo też.

Na­stęp­nie Rolls-Roy­ce – cichy jak duch,

za to ha­ła­su robił za dwóch

Mo­skwicz, za któ­rym je­cha­ła Łada,

potem ja­poń­ska licz­na gro­ma­da:

Sub­a­ru, Nis­san, Honda i Mazda

To­yo­ta – znana au­to­strad gwiaz­da,

wy­twor­ny Lexus, zgrab­ne Sub­a­ru,

Dat­sun, Su­zu­ki – też pełne czaru,

do­stoj­ny May­bach, BMW czar­ne

i te­re­no­we Jeepy mo­car­ne

i luk­su­so­we wręcz Lam­bor­ghi­ni,

Alfa Romeo o pięk­nej linii,

Ca­dil­lac, Pon­tiac, Ford i Mer­cu­ry,

Lan­cia, Fer­ra­ri znane z bra­wu­ry,

hisz­pań­ski Seat i cze­ska Skoda,

Lotus, co w wielu wy­grał za­wo­dach,

Re­nault, Ci­tro­en i Peu­ge­ot z Fran­cji,

Volvo, co sły­nie wciąż z ele­gan­cji,

i bez kom­plek­sów Fiat, cho­ciaż mały,

i te, co kie­dyś tu kró­lo­wa­ły:

cięż­ki Po­lo­nez, obła Sy­re­na,

nie bra­kło tutaj też Volks­wa­ge­na,

Wart­burg i Tra­bant – auta nie­no­we,

Audi i Opel, wózki wi­dło­we,

dla któ­rych miej­sca już nie star­czy­ło.

Za­pa­dła cisza. Cicho. Jak miło…

 

– Drogi Ga­ra­żu, wi­ta­my cię w na­szym gro­nie! – ode­zwał się uro­czy­ście Ra­tusz, uzna­jąc że to dobry mo­ment na po­wi­ta­nie.

– A wy co za jedni? – spy­tał z roz­tar­gnie­niem Garaż, bo wciąż był pod wra­że­niem ta­siem­co­we­go ko­ro­wo­du aut, które za­wi­ta­ły pod jego dach, a także po­prze­dza­ją­cej go uro­czy­sto­ści otwar­cia, kiedy znaj­do­wał się w cen­trum uwagi do­stoj­nych gości.

– Je­ste­śmy bu­dyn­ka­mi Śród­mie­ścia – od­parł Ra­tusz, któ­re­go trud­no było wybić z pan­ta­ły­ku. – Ja je­stem Ra­tusz i re­zy­du­ję tu ponad sześćset lat, ale naj­star­sza jest Ka­te­dra – stoi tu nie­wzru­sze­nie od ośmiuset lat, prze­trwa­ła wszyst­kie ka­ta­kli­zmy i za­wie­ru­chy wo­jen­ne…

– A ile ma aut? – prze­rwał bez­względ­nie Garaż.

– Nie sa­my­mi au­ta­mi bu­dy­nek żyje – za­uwa­ży­ła re­zo­lut­nie Szko­ła.

– Bzdu­ra! – krzyk­nął Garaż. – Liczy się tylko bo­gac­two! Ka­te­dra stoi osiem­set lat i czego się do­ro­bi­ła? Tych paru wi­tra­ży i zło­co­nych świecz­ni­ków? A ja, le­d­wie zo­sta­łem po­sta­wio­ny i uru­cho­mio­ny, mam już ponad ty­siąc aut! Nikt z was tylu nie ma!

– W moich sej­fach są mi­lio­ny bank­no­tów i setki szta­bek złota, ale się tym tak nie chwa­lę – wtrą­cił Bank.

– Ale czy tu tylko o ilość cho­dzi? – za­py­tał Au­to­Ser­wis.

– Nie tylko, oczy­wi­ście – od­parł Garaż. – Także o ja­kość! A u cie­bie stoją tylko auta ze­psu­te i uszko­dzo­ne, pod­czas gdy u mnie nówki z ca­łe­go świa­ta! Je­stem bo­ga­ty! A wy mi do pięt nie do­ra­sta­cie!

I tak się chwa­lił aż do rana.

A ran­kiem auta po­czę­ły wy­jeż­dżać z Ga­ra­żu. Wy­jeż­dża­ły w po­rząd­ku do­kład­nie od­wrot­nym do tego, w jakim wie­czo­rem wjeż­dża­ły. Nie będę po­wta­rzał tej wy­li­czan­ki, lecz Ty, Drogi Mały Czy­tel­ni­ku mo­żesz spró­bo­wać to zro­bić. Zo­ba­czy­my, ile za­pa­mię­ta­łeś… :)

Garaż, po­cząt­ko­wo za­sko­czo­ny, jął się coraz bar­dziej nie­po­ko­ić. „Co tu się wy­ra­bia z moim bo­gac­twem?” – my­ślał go­rącz­ko­wo. Bu­dyn­ki przy­glą­da­ły się temu, wy­mie­nia­jąc mię­dzy sobą dys­kret­ne uśmie­chy.

A gdy ostat­nie auto opu­ści­ło Garaż, za­czę­ły się grom­ko śmiać.

– No i co Ga­ra­żu? Gdzie są te rze­ko­mo twoje auta? Co się stało z tym całym po­dob­no twoim bo­gac­twem?

Ogar­nię­ty wsty­dem Garaż za­czer­wie­nił się od fun­da­men­tów po dach. Do­brze, że z tego wsty­du nie spło­nął.

Nie ma jed­nak tego złego, co by na dobro nie wy­szło. Garaż zro­zu­miał, że nie warto być sa­mo­chwa­łą. Że warto za­cho­wać skrom­ność i sza­cu­nek dla star­szych i mą­drzej­szych.

Z bie­giem czasu stał się ak­tyw­nym i lu­bia­nym człon­kiem tego wy­twor­ne­go to­wa­rzy­stwa bu­dyn­ków Śród­mie­ścia, które wspa­nia­ło­myśl­nie za­po­mnia­ło mu nie­for­tun­ny in­cy­dent z prze­chwał­ka­mi.

 

Mi­nę­ło kilka lat. Pro­ble­my Julki i Piotr­ka z za­sy­pia­niem się skoń­czy­ły, lecz nawyk słu­cha­nia bajek po­zo­stał. Mimo od­mien­nych za­in­te­re­so­wań dzie­ci lu­bi­ły razem się bawić i ze sobą prze­by­wać. Do tego stop­nia, że za­ży­czy­ły sobie wspól­nie słu­chać bajki na do­bra­noc.

– Tylko musi w niej być o przy­jaź­ni – za­strze­gła się Julka.

– A także o tech­ni­ce – dodał Pio­trek. – No i żeby trzy­ma­ła w na­pię­ciu!

„Spory pro­blem” – po­my­śla­ła mama. – „Bez po­mo­cy pani z ap­te­ki się nie obę­dzie”.

Star­sza pani w bia­łym kitlu o ła­god­nym, uspo­ka­ja­ją­cym spoj­rze­niu wy­słu­cha­ła jej uważ­nie i ki­wa­jąc głową po­wie­dzia­ła:

– Dzie­ci do­ra­sta­ją, więc i bajki muszą do­ra­stać z nimi. Mam tu coś spe­cjal­ne­go: nie­sa­mo­wi­tą hi­sto­rię, która po­win­na wzru­szyć pani có­recz­kę i za­in­te­re­so­wać syna.

 

O drze­wie, które chcia­ło latać

 

W lesie rosło drze­wo. Nic szcze­gól­ne­go. Po pro­stu – zwy­czaj­ne, szare drze­wo. No, nie­zu­peł­nie szare. Już ra­czej zie­lo­ne.

Pewno my­śli­cie, że drze­wa wiodą bez­tro­ski żywot? Ja też tak kie­dyś my­śla­łem, lecz od czasu, gdy usły­sza­łem hi­sto­rię, którą chcę Wam teraz opo­wie­dzieć, wiem, że drze­wa mają też swoje smut­ki.

Choć­by to nasze nie­po­zor­ne drze­wo. Po­nie­waż jest ono na­szym bo­ha­te­rem, bę­dzie go na­zy­wać Drze­wo. Na pierw­szy rzut oka takie szczę­śli­we, w rze­czy­wi­sto­ści miało nie lada zmar­twie­nie: było nie­wy­so­kie.

Oho, już widzę, że wielu z Was ro­zu­mie to do­sko­na­le! Lecz Wy nie macie po­wo­du do zmar­twie­nia. Je­ste­ście jesz­cze mło­dzi, wy­ro­śnie­cie. Co in­ne­go nasze Drze­wo. Było już do­ro­słe, lecz po­zo­sta­ło małe. Inne, wyż­sze drze­wa, które wy­gra­ły z nim wy­ścig ku słoń­cu, bru­tal­nie za­sła­nia­ły mu do­stęp do ożyw­czych, cie­płych pro­mie­ni. A kiedy nad­cho­dził deszcz, za­kry­wa­ły je cał­kiem, chci­wie dzie­ląc mię­dzy sie­bie ży­cio­daj­ne kro­ple. Nasze Drze­wo mu­sia­ło za­do­wo­lić się reszt­ka­mi, jakie ście­ka­ły po li­ściach jego po­grom­ców. Rów­nież wiatr rzad­ko go­ścił na niż­szych po­zio­mach lasu. A prze­cież wiemy, jak lubią drze­wa, gdy wiatr muska ich ga­łąz­ki! Szu­mią wtedy ra­do­śnie swo­imi list­ka­mi.

– Wszy­scy o mnie za­po­mnie­li – wzdy­cha­ło Drze­wo, tę­sk­niąc za cie­płym pro­mycz­kiem, za krysz­ta­ło­wy­mi kro­pla­mi desz­czu, za let­nim ze­fir­kiem. – Ni­ko­go nie ob­cho­dzi, że jest mi tak cięż­ko. Ach, jak by­ło­by wspa­nia­le, gdy­bym uro­sło duże! – z za­zdro­ścią pa­trzy­ło w górę na ko­ro­ny swych po­tęż­niej­szych ko­le­gów, które prze­sła­nia­ły mu błę­kit nieba.

 

Pew­ne­go dnia na ga­łę­zi Drze­wa usiadł pta­szek. Drze­wo, które aku­rat spało, obu­dzi­ło się, wy­czuw­szy in­tru­za.

„Kto mnie śmiał obu­dzić” – po­my­śla­ło gniew­nie, jako że drze­wa, po­dob­nie jak my, lu­dzie, nie lubią, by je wy­ry­wać z drzem­ki.

Pta­szek jed­nak nic sobie z tego nie robił. Sie­dział i czy­ścił piór­ka z taką ener­gią, że roz­bu­jał wszyst­kie oko­licz­ne ga­łąz­ki.

„Jesz­cze spad­nie!” – po­my­śla­ło Drze­wo.

Ale pta­szek nie spadł. Od­fru­nął po pro­stu. Drze­wo pa­trzy­ło za nim z za­zdro­ścią.

„Ten ma do­brze” – my­śla­ło. – „Nie prze­szka­dza mu, że jest taki mały. Wszę­dzie do­le­ci. Wszyst­ko zo­ba­czy. Nawet w po­chmur­ny dzień może wy­grze­wać się w słoń­cu, wzle­ciaw­szy ponad chmu­ry”.

Znów za­czę­ło uża­lać się nad sobą.

Tym­cza­sem pta­szek wró­cił. Trzy­mał w dziob­ku czar­ną, uschnię­tą ga­łąz­kę. Sta­ran­nie umo­co­wał ją w roz­wi­dle­niu ko­na­ra.

„Też coś!” – ob­ru­szy­ło się Drze­wo w my­ślach. – „Nie dość mam ład­nych, zie­lo­nych ga­łą­zek?”

Po chwi­li pta­szek przy­niósł drugą ga­łąz­kę i ulo­ko­wał obok pierw­szej. Potem trze­cią, czwar­tą… Pra­co­wał aż do wie­czo­ra. A wie­czo­rem oka­za­ło się, że uwił ślicz­ne gniazd­ko! Wy­mo­ścił je mchem i sia­nem, po czym ulo­ko­wał się w nim wy­god­nie.

– Słu­chaj, ptasz­ku – nie wy­trzy­ma­ło Drze­wo. – Po co wła­ści­wie zro­bi­łeś to… to…

– Gniazd­ko? Aby w nim wy­po­czy­wać!

– Wy­po­czy­wać?! – zdzi­wi­ło się Drze­wo – Gdy­bym umia­ło latać jak ty, to nic in­ne­go w życiu nie chcia­ło­bym robić. Tyle cie­ka­wych rze­czy jest do obej­rze­nia!

– Tak ci się tylko zdaje – ro­ze­śmiał się ptak. – La­ta­nie jest bar­dzo przy­jem­ne, ale też nie­zmier­nie mę­czą­ce. Trze­ba czę­sto od­po­czy­wać. Po­nad­to muszę prze­cież gdzieś spać.

– Mógł­byś spać na ga­łąz­ce – Drze­wo nie da­wa­ło za wy­gra­ną. – Warto było mę­czyć się cały dzień?

– Spadł­bym z ga­łąz­ki we śnie – znów ro­ze­śmiał się ptak. – A w gniazd­ku jest za­cisz­nie i bez­piecz­nie.

„To dziw­ne” – po­my­śla­ło Drze­wo. – „Pta­szek ma do­stęp do wia­tru, kiedy tylko chce i szuka schro­nie­nia w za­ci­szu. A ja tę­sk­nię za byle po­wie­wem. Nie po­wiem, żeby to było spra­wie­dli­we.”

Mi­ja­ły dni. Drze­wo za­przy­jaź­ni­ło się z pta­kiem, który wra­cał wie­czo­ra­mi do swego ma­leń­kie­go domku i, mimo że był zmę­czo­ny, opo­wia­dał o sze­ro­kim świe­cie. O przy­go­dach, które go spo­tka­ły. O ra­do­snych i sza­lo­nych har­cach wśród ob­ło­ków.

Drze­wo lu­bi­ło te opo­wie­ści, lecz smut­nia­ło coraz bar­dziej. Coraz czę­ściej tę­sk­ni­ło do sło­necz­ne­go świa­ta, o któ­rym tak pięk­nie opo­wia­dał ptak. Kie­dyś, póź­nym wie­czo­rem, gdy skoń­czył on już swą opo­wieść, po­sta­no­wi­ło zwie­rzyć się ze swych zmar­twień. Ptak słu­chał z uwagą.

– Może jesz­cze wy­ro­śniesz – po­cie­szał jak umiał.

– Wąt­pli­we – z żalem po­wie­dzia­ło Drze­wo. – Już tyle lat mi­nę­ło… Po­patrz na moich ró­wie­śni­ków – wska­za­ło ga­łę­zia­mi w górę. Ptak spoj­rzał w tym kie­run­ku, ale było już ciem­no.

– Jeśli nie mogę uro­snąć, to może na­uczysz mnie latać? – spy­ta­ło Drze­wo nie­śmia­ło po chwi­li mil­cze­nia.

– Nigdy nie sły­sza­łem, by drze­wa fru­wa­ły – po­wie­dział ptak z po­wąt­pie­wa­niem. Nagle zro­bi­ło mu się żal Drze­wa. Za­czął je po­cie­szać.

– Nie martw się. Jutro coś wy­my­śli­my. Mam mnó­stwo mą­drych przy­ja­ciół. A teraz śpij­my już. Do­bra­noc.

Po raz pierw­szy od wielu, wielu dni Drze­wo za­snę­ło z na­dzie­ją na od­mia­nę swego nie­we­so­łe­go losu.

Ran­kiem pta­szek po­le­ciał szu­kać swo­ich przy­ja­ciół. Na­po­tkał Szpa­ka, który miesz­kał na skra­ju lasu. Szpak był stary i bar­dzo do­świad­czo­ny. Wy­słu­chał hi­sto­rii Drze­wa z za­in­te­re­so­wa­niem, po czym po­ki­wał smęt­nie głową.

– Cóż… Jeśli Drze­wo dotąd nie uro­sło, to już nie uro­śnie – po­wie­dział. – Na­to­miast co do la­ta­nia… Wiele lat żyję na tym świe­cie. Wiele wi­dzia­łem, ale la­ta­ją­ce­go drze­wa nie wi­dzia­łem. Nic ci nie mogę pomóc.

Ptak po­smut­niał. Tak bar­dzo li­czył na Szpa­ka.

– Cóż, widać tak musi być – wy­mam­ro­tał. – Że­gnaj, Szpa­ku!

– Za­cze­kaj! Co praw­da, nie umiem ci pomóc, lecz znam kogoś, kto mógł­by to zro­bić.

– Kto?!

– To mądry ptak. Naj­mą­drzej­szy pod słoń­cem. A ra­czej pod księ­ży­cem, bo lata tylko w nocy, za to w dzień śpi. Na­zy­wa się Sowa.

– Sowa? Nie wi­dzia­łem ta­kie­go ptaka!!

– Bo miesz­ka hen, w głębi lasu. Z rzad­ka fruwa gdzieś dalej. Po­znasz go łatwo po ol­brzy­mich oczach.

– Dzię­ku­ję ci – ura­do­wał się ptak i po­fru­nął co sił w skrzy­dłach do swo­je­go Drze­wa. Drze­wo też się ura­do­wa­ło, uj­rzaw­szy go.

– Przy­le­cia­łeś! No i co? I co? – do­py­ty­wa­ło się nie­cier­pli­wie.

– Mu­sisz jesz­cze tro­chę po­cze­kać. Wy­bie­ram się w nocy do głę­bin lasu – po­wie­dział ptak. – Miesz­ka tam bar­dzo mądra Sowa. Ona jedna może nam pomóc. A teraz po­zwól mi się zdrzem­nąć. Obudź mnie, kiedy się ściem­ni.

Drze­wo otu­li­ło gniazd­ko ga­łąz­ka­mi, by naj­mniej­szy po­dmuch nie za­kłó­cił snu ptaka.

O zmro­ku ptak po­le­ciał do lasu. Drze­wo cze­ka­ło z lę­kiem i nie­cier­pli­wo­ścią. Bało się o swego ma­łe­go przy­ja­cie­la.

Było już do­brze po pół­no­cy, gdy ptak wró­cił do gniaz­da. Był bar­dzo zmę­czo­ny.

– No i co? I co? – znów do­py­ty­wa­ło się Drze­wo.

– Teraz idę spać – oznaj­mił ptak. – Rano wszyst­ko ci opo­wiem.

– Po­wiedz cho­ciaż, czy Sowa zna­la­zła jakąś radę – pro­si­ło Drze­wo. Jed­nak ptak już spał. Za to Drze­wo nie za­snę­ło aż do rana. Dy­go­ta­ło z zimna i nie­cier­pli­wo­ści.

O świ­cie ptak się obu­dził.

– Cóż – po­wie­dział. – Sowa twier­dzi, że już wię­cej nie uro­śniesz.

– Nie uro­snę? – spy­ta­ło za­wie­dzio­ne Drze­wo. – To już nie ma dla mnie ra­tun­ku?

– Tego nie po­wie­dzia­łem. Sowa zna­la­zła spo­sób na to, byś mogło latać. Mu­sisz uschnąć.

– Uschnąć?! – prze­ra­zi­ło się Drze­wo. – Jak to uschnąć? Nie mogę! Nie chcę usy­chać! Uschnię­te drze­wa są takie brzyd­kie!

– Tak radzi Sowa. Mó­wi­ła jesz­cze sporo mą­drych rze­czy o tym, jak uschnię­te drze­wa la­ta­ją, ale nie­wie­le z tego zro­zu­mia­łem. Wiem jedno: jeśli chcesz latać, mu­sisz uschnąć. Coś za coś. – po­wie­dział ptak sta­now­czo. Zrzę­dze­nie Drze­wa tro­chę go już za­czy­na­ło nużyć. – A teraz mu­si­my się po­że­gnać.

– Od­la­tu­jesz?! – wy­krzyk­nę­ło Drze­wo z ję­kiem za­wo­du. – Zo­sta­wiasz mnie? Co ja po­cznę bez cie­bie?

– Robi się zimno. Muszę od­le­cieć do cie­płych kra­jów – cier­pli­wie tłu­ma­czył ptak. – Co rok tak robię. W zimie zgi­nął­bym z głodu i chło­du. Ale nie roz­pa­czaj, bo na pewno jesz­cze się spo­tka­my. Jeśli zde­cy­du­jesz się uschnąć, bę­dziesz latać jak ja. A jeśli nie – przy­le­cę wio­sną do cie­bie. I będę ci opo­wia­dał o przy­go­dach, które spo­tka­ły mnie w cie­płych kra­jach – mó­wiąc to, po­ma­chał Drze­wu skrzy­deł­ka­mi na po­że­gna­nie i od­le­ciał.

Drze­wo zo­sta­ło samo. Było w roz­ter­ce. Usłu­chać rady Sowy, czy nie?

Je­sień, która wła­śnie na­de­szła po­mo­gła mu w pod­ję­ciu de­cy­zji. Po pierw­szym przy­mroz­ku li­ście po­czer­wie­nia­ły, po­skrę­ca­ły się i ze­schły. Wtedy w las wpadł wi­cher. Tak silny, że do­le­ciał nawet do na­sze­go Drze­wa. Tar­gnął ga­łąz­ka­mi, strą­ca­jąc wszyst­kie suche li­ście.

– No! – po­my­śla­ło Drze­wo. – Strach ma wiel­kie oczy. Je­sień po­mo­gła mi uschnąć.

Lecz wszyst­kie oko­licz­ne drze­wa także stra­ci­ły li­ście.

– Czy one też chcą latać? – dzi­wi­ło się Drze­wo.

 

Przy­szła zima. Drze­wa za­pa­dły w głę­bo­ki sen. Nawet sza­le­ją­ce za­mie­cie śnież­ne nie były w sta­nie ich obu­dzić. Ga­łę­zie biły wście­kle w na­pa­da­ją­cy na nie wi­cher, sta­ra­jąc się go od­pę­dzić i zło­wro­go szu­mia­ły przez sen.

Po­wo­li dni sta­wa­ły się coraz dłuż­sze i cie­plej­sze. Drze­wa jęły bu­dzić się z zi­mo­we­go snu. Ożyw­cze soki krą­ży­ły coraz szyb­ciej w ich ga­łąz­kach, two­rząc na koń­cach małe zie­lo­no-brą­zo­we pąki.

Czu­jąc wę­drów­kę soków w ko­na­rach, Drze­wo zro­zu­mia­ło nagle, że wcale nie uschło. Po pro­stu po­szło spać jak co roku w zimę. Od­kry­ło, że aby uschnąć, trze­ba teraz, na wio­snę nie wy­pusz­czać liści.

„Raz kozie śmierć!” – po­my­śla­ło. Po­wstrzy­ma­ło sza­lo­ny ta­niec soków w ko­na­rach. Pąki po­sza­rza­ły i skur­czy­ły się.

Oko­licz­ne drze­wa pa­trzy­ły ze zdu­mie­niem i nie­po­ko­jem. Wresz­cie nie wy­trzy­ma­ły.

– Obudź się! – wo­ła­ły jedno przez dru­gie. – Czemu nie wy­pusz­czasz liści?!

– Ja wcale nie śpię! – od­rze­kło Drze­wo. – Po pro­stu chcę uschnąć.

– Chcesz uschnąć?! – prze­stra­szy­ły się drze­wa. – Ależ za­sta­nów się! Uschnię­te drze­wa są brzyd­kie!

– Może i brzyd­kie, ale uschnię­te drze­wa fru­wa­ją! A ja chcę fru­wać!

– Cha, cha, cha! Cha, cha! – roz­brzmie­wał las. Wszyst­kie drze­wa aż sła­nia­ły się ze śmie­chu i trzę­sły swymi ma­lut­ki­mi list­ka­mi. – Fru­wa­ją! Cha, cha! Czy wi­dzia­ły­ście fru­wa­ją­ce drze­wa? Cha, cha, cha!

– Wy wie­cie swoje a ja swoje – upie­ra­ło się Drze­wo.

– Zo­ba­czysz, to się źle skoń­czy – ode­zwał się sę­dzi­wy dąb, który ze wzglę­du na wiek sza­no­wa­ny był przez wszyst­kie drze­wa w oko­li­cy. – Wi­dzia­łem już wiele usy­cha­ją­cych drzew. Wszyst­kie spo­tkał ten sam los.

– Jaki? – spy­ta­ło Drze­wo z obawą.

– Przyj­dzie le­śni­czy i każe cię wy­rą­bać – od­rzekł dąb.

– Wy­rą­bać, wy­rą­bać – po­szep­ty­wa­ły drze­wa ze zgro­zą. Zro­bi­ło się cicho.

– Ja jed­nak za­ufam Sowie – po­wie­dzia­ło Drze­wo z upo­rem, choć z lęku chłód prze­nik­nął je aż po ko­rze­nie.

– Rób jak chcesz – od­po­wie­dział dąb. – Ale pa­mię­taj: ostrze­ga­łem cię.

Stało się tak, jak dąb prze­wi­dy­wał. Pew­ne­go ranka do lasu we­szła trój­ka ludzi. Dwóch z nich trzy­ma­ło sie­kie­ry po­ły­sku­ją­ce ostrza­mi w słoń­cu. Trze­ci, w zie­lo­nym mun­du­rze, po­ka­zy­wał coś po­zo­sta­łym. Po­de­szli wprost do na­sze­go Drze­wa. Cały las za­marł w mil­cze­niu.

– Stuk – puk – roz­le­gło się po oko­li­cy. Sie­kie­ry za­głę­bi­ły się w pień uschnię­te­go Drze­wa.

– Oj, boli!! – wrza­snę­ło, ale nikt go nie słu­chał. Po chwi­li ru­nę­ło jak dłu­gie na po­la­nę. Trzej męż­czyź­ni ode­szli dalej. Chwi­lę trwa­ła cisza. Drze­wa przy­glą­da­ły się, po czym naj­od­waż­niej­sze ode­zwa­ło się z iro­nią:

– No? Na co cze­kasz? Fru­waj!

Roz­le­gły się śmie­chy, lecz na­sze­mu Drze­wu wcale nie było do śmie­chu.

– Cze­kaj­cie! To jesz­cze nie ko­niec – bro­ni­ło się jak umia­ło.

– Ostrze­ga­łem cię – ode­zwał się dąb. – Nadal jesz­cze ufasz Sowie?

– Oczy­wi­ście! To je­dy­ne, co mi zo­sta­ło.

Po kilku dniach przy­je­chał sa­mo­chód i za­brał Drze­wo.

– No, na­resz­cie coś się dzie­je – wes­tchnę­ło z ulgą. – Jadę. A to już jest coś. Od jeż­dże­nia do la­ta­nia droga nie­da­le­ka.

 

Sa­mo­chód za­wiózł Drze­wo do tar­ta­ku. Tam wiel­ka piła po­cię­ła je swymi sta­lo­wy­mi zę­ba­mi na ka­wał­ki. W ten spo­sób Drze­wo stało się Drew­nem. Lu­dzie znów za­ła­do­wa­li je na sa­mo­chód i po­wieź­li. Po­dróż była długa. Wresz­cie zna­leź­li się w fa­bry­ce. Drew­no, które przed­tem było Drze­wem zo­ba­czy­ło duży plac wy­ła­do­wa­ny po­dob­ny­mi do niego klo­ca­mi.

„Oho!” – po­my­śla­ło. – „Widać nie je­stem je­dy­nym drze­wem, które ma­rzy­ło o la­ta­niu!”

Wiele dni cze­ka­ło cier­pli­wie na swoją ko­lej­kę. Pa­trzy­ło jak pod­jeż­dża dźwig i za­bie­ra jedne ka­wał­ki do jed­nej hali, inne do dru­giej. Był coraz bli­żej. Wresz­cie zła­pał je swymi mo­car­ny­mi cę­ga­mi. Chwi­la – i zna­la­zło się w hali.

„Ależ tu hałas!” – po­my­śla­ło. – „Cie­ka­we co też ze mną zro­bią?”

Tym­cza­sem ma­szy­ny za­czę­ły swoją pracę. Po­sy­pa­ły się wióry i tro­ci­ny. Drew­no za­mie­ni­ło się w deski.

Inny ka­wa­łek na­sze­go Drze­wa tra­fił do dru­giej hali. Tam zo­stał zmie­lo­ny w po­tęż­nych mły­nach i wy­lą­do­wał w ko­tłach. Po­la­ła się woda. Po chwi­li za­czę­ło robić się cie­pło.

„Pod­grze­wa­ją mnie” – po­my­śla­ło. – „Mam już coś ze swych ma­rzeń: wodę i cie­pło!”

Z mie­sza­ni­ny Drze­wa i wody zro­bi­ła się maź. Dzia­ły się jesz­cze potem różne dziw­ne rze­czy, aż Drze­wo cał­kiem stra­ci­ło orien­ta­cję. W końcu po­wstał zeń pięk­ny, śnież­no­bia­ły Pa­pier. Lu­dzie zło­ży­li duże bele w ma­ga­zy­nie. Było tam chłod­no, ciem­no i bar­dzo nie­cie­ka­wie. Pa­pier bę­dą­cy kie­dyś Drze­wem nu­dził się, lecz nie tra­cił na­dziei. Nadal z upo­rem ma­rzył o la­ta­niu.

Tym­cza­sem klo­co­wi, który pierw­szy zo­stał za­bra­ny z placu bar­dziej się po­szczę­ści­ło. Po­cię­ty na deski tra­fił do fa­bry­ki, gdzie skła­da­no szy­bow­ce. I w cza­sie gdy pa­pier nu­dził się, za­le­ga­jąc w ma­ga­zy­nie, szy­bow­ce la­ta­ły, nu­rza­jąc się w ob­ło­kach.

– Na­resz­cie je­stem szczę­śli­we – skrzy­pia­ło z za­do­wo­le­niem Drze­wo, które było teraz skrzy­dłem szy­bow­ca. – Speł­ni­ło się moje ma­rze­nie. Latam! Sowa nie za­wio­dła.

Nagle koło skrzy­dła za­trze­po­ta­ło coś czar­ne­go. Pa­trzy drze­wo i oczom nie wie­rzy.

„Prze­cież to mój ptak!” – myśli. – „Ten sam, który spał w gniazd­ku uwi­tym w moich ga­łąz­kach!”

– Ptaku! Ptasz­ku mój ko­cha­ny! – krzy­czy, wi­dząc, że tam­ten od­da­la się coraz bar­dziej.

Ptak od­wró­cił się.

„Ktoś mnie woła” – po­my­ślał. – „Prze­cież sły­sza­łem.”

– To ty szy­bow­cu? – za­py­tał.

– To ja, twoje Drze­wo! – ode­zwał się głos z głębi.

– Drze­wo? – zdzi­wił się ptak. – Nie widzę! Gdzie je­steś?

– Tutaj, we wnę­trzu szy­bow­ca! Latam, ptaku, latam! Jakże je­stem teraz szczę­śli­we!

Ptak usiadł na skrzy­dle i drze­wo opo­wie­dzia­ło mu całą swoją hi­sto­rię.

Odtąd znowu byli razem. Ptak uwił sobie gniaz­do na dachu han­ga­ru, gdzie szy­bo­wiec wra­cał na noc. W po­god­ne dni la­ta­li razem, bu­ja­jąc w ob­ło­kach.

 

To nie ko­niec hi­sto­rii. Z pew­no­ścią za­sta­na­wia­cie się nad losem Pa­pie­ru, który także po­wstał z na­sze­go Drze­wa. Chcę was uspo­ko­ić. I jemu się po­szczę­ści­ło, choć mu­siał na to tro­chę po­cze­kać. Pew­ne­go dnia jedną belę za­bra­no do dru­kar­ni. Po­nie­waż Pa­pier był bar­dzo pięk­ny, prze­zna­czo­no go na wi­do­ków­ki, karty świą­tecz­ne, znacz­ki, ozdob­ne ko­per­ty… Lu­dzie ku­po­wa­li je i wy­sy­ła­li we wszyst­kie stro­ny świa­ta. Oczy­wi­ście, pocz­tą lot­ni­czą, żeby prze­sył­ki zdą­ży­ły na czas. Wi­dzi­cie więc, że i w tym wy­pad­ku speł­ni­ło się ma­rze­nie Drze­wa.

Jesz­cze bar­dziej po­szczę­ści­ło się dru­giej beli Pa­pie­ru. Tra­fi­ła ona do za­kła­du, który pro­du­ko­wał za­baw­ki. Wkrót­ce po­wsta­ły z niej pięk­ne la­taw­ce i lam­pio­ny!

W pe­wien pięk­ny letni dzień bur­mistrz mia­sta zor­ga­ni­zo­wał Świę­to La­taw­ca. Zgro­ma­dzi­ło ono nie­mal wszyst­kich miesz­kań­ców z za­chwy­tem ob­ser­wu­ją­cych za­wo­dy, w któ­rych uczest­ni­czy­ły roz­ra­do­wa­ne dzie­ci. Ich la­taw­ce pła­wi­ły się w prze­stwo­rzach, kon­ku­ru­jąc ze sobą w ści­ga­niu się ku słoń­cu. A wie­czo­rem wszy­scy z za­par­tym tchem obej­rze­li pokaz la­ta­ją­cych lam­pio­nów, które pod wpły­wem roz­grza­ne­go przez świecz­ki po­wie­trza wzbi­ja­ły się ma­je­sta­tycz­nie ku wi­docz­nym już pierw­szym gwiaz­dom na gra­na­to­wie­ją­cym nie­bie.

Lam­pio­ny wzle­cia­ły tak wy­so­ko, że ob­ser­wu­ją­cy lu­dzie prze­sta­li je od­róż­niać od srebr­nych punk­ci­ków gwiazd.

Pa­trząc z góry na bez­kre­sną zie­mię, Drze­wo za­mie­nio­ne w Pa­pier, z któ­re­go zro­bio­no lam­pio­ny, po­my­śla­ło o tych wyż­szych drze­wach z lasu, które wy­gra­ły z nim wy­ścig ku słoń­cu i za­sła­nia­ły mu do­stęp do ożyw­czych, cie­płych pro­mie­ni.

„One nadal tkwią wro­śnię­te ko­rze­nia­mi w zie­mię, gdy ja, dzię­ki swoim ma­rze­niom, wzla­tu­ję ku gwiaz­dom” – po­my­śla­ło z dumą i ra­do­ścią.

 

Dziś Julka jest już Julią, a Pio­trek Pio­trem. Oboje mają swoje ro­dzi­ny, pełne ra­do­sne­go szcze­bio­tu dzie­ci. Ich po­cie­chy nie mają jed­nak pro­ble­mu z za­sy­pia­niem, bo ro­dzi­ce z przy­jem­no­ścią kar­mią je baj­ka­mi na­sen­ny­mi, które ko­ja­rzą się im z wła­snym bez­tro­skim, szczę­śli­wym dzie­ciń­stwem.

Koniec

Komentarze

Rewelacja! Czuję, że gdybym kupił dziecku książkę z takimi bajkami i je przeczytał, to uznałbym, że był to świetny wybór i jeszcze podziękowałbym pani z księgarni. Brakuje mi jeszcze tylko odpowiednich ilustracji i coś czuję, że dzieciaki chciałyby często wracać do tych bajek. :)

Bardzo podoba mi się połączenie wszystkich historii pomysłem z apteką dla dzieci i tytułową “nasennością”. Genialny pomysł!

 

W pierwszej z bajek kotek Samotek chyba się trochę pomylił albo to jednak literówka, ponieważ nazwał Kickicusia "Kickusiem". Być może jednak był po prostu takim ignorantem, że nawet nie zapamiętał poprawnie imienia przyjaznego zajączka. Wtedy wszystko się zgadza. :)

 

Druga bajka mogłaby mieć jednak więcej ulic w mieście. W końcu to "miasto", do tego z podziałem na dzielnice. Czy więc nie miałoby więcej sensu zwiększyć liczby ulic do siedemdziesięciu siedmiu? Ale poza tym, to perspektywa budynków, które wiele widziały i wiele pamiętają jest fantastyczna. Bardzo podoba mi się spojrzenie na otoczenie w ten sposób, a nauczenie tego dzieci w formie bajki może być czymś bardzo wartościowym.

 

Co do trzeciej bajki, poza tym, że trzyma wysoki poziom, powiem tylko tyle, że chyba jestem pesymistą i nie nadawałbym się do tworzenia dla dzieci. W mojej wizji, w trakcie czytania, drzewo tuż po wycięciu trafiało na opał i rzeczywiście nauczyło się fruwać, jednak dopiero po tym, jak spłonęło i nie mogło już tego docenić. Dobrze, że Twoja wersja jest znacznie bardziej optymistyczna.

 

Dzięki za podzielenie się tymi bajkami. Czytałem je z prawdziwą przyjemnością.

Bardzo dziękuję za wizytę i przychylną opinię. Cieszę się, że się podobało. Też uważam, że z ilustracjami bajki byłyby bardziej atrakcyjne. szczególnie dla dzieci. Może tu zajrzy Katia i się da skusić? :)

W stosunku do zajączka Samotek używa skrótu. Ludzie też tak robią (Stanisław – Stach, Antoni – Antek etc.) :)

Druga bajka mogłaby mieć jednak więcej ulic w mieście

Nie rozumiem. Nie ma w tekście wzmianki ile miasto liczy ulic…

 Co do trzeciej bajki – rzeczywiście największe kontrowersje budzi wycięcie drzewa. Muszę wyznać że w końcówce bajki miałem wątek gałęzi palonych w ognisku, lecz pod wpływem tych kontrowersji dokonałem autocenzury – choć nie do końca zgadzam sie w tezą iz po tym, jak spłonęło i nie mogło już tego docenić. Ale to temat na dłuższą dyskusję :)

Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Rzeczywiście, siedem było dzielnic, a nie ulic, mój błąd! Czytałem dość późno, a być może i na mnie bajki zadziałały nasennie. ;) W takim razie wszystko jest w jak najlepszym porządku. Czekam na więcej.

Więcej już było :)

Przy okazji melduję, że zdyscyplinowałem Samotka, by nie chodził na skróty z imionami przyjaciół :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole, trudno mi odnieść się to tego typu twórczości, bo z bajek wyrosłam dziesiątki lat temu, a ponieważ nie mam potomstwa, nie miałam też prawie żadnej styczności z literaturą dla dzieci.

 

Przyjrzałabym się dialogom w bajce O kotku Samotku.

 

W bajce O Garażu przeszkadzały mi liczne powtórzenia, ale przyjmuję do wiadomości, że być może są zamierzone, oraz:

 

– Nie masz racji – wtrą­cił się Au­to­Ser­wis. –> – Nie masz racji – wtrą­cił się Au­to­ser­wis. Ten błąd pojawia się jeszcze dwukrotnie.

 

Cięż­ki pro­blem” – po­my­śla­ła mama. –> „Trudny pro­blem” – po­my­śla­ła mama.

Choć ciężki/ trudny problem to, moim zdaniem, masło maślane, albowiem problem jest taki z definicji

 

 

Zastanawiam się, jak Drzewo z trzeciej bajki – pisałabym o nim wielką literą, bo to w końcu główna jej postać – zdołało przetrwać tak długo, nie mając dostępu do światła.

Rozumiem, że Drzewo, dopóki było w lesie, myślało i marzyło. Nie wiem natomiast, jak to się odbywało później, kiedy zostało pocięte i przetworzone – czy każdy kawałek stał się oddzielnym bytem i myślał oddzielnie, czy wszystkie myślały to samo… Wiem, że to tylko bajka, ale tak mi przyszło do głowy, czy aby to biedne Drzewo nie mogło w końcu nabawić się jakiejś schizofrenii czy innego rozwarstwienia jaźni… ;)

 

Uwagi do bajki „O Drzewie, które chciało latać”

 

A kiedy nad­cho­dził deszcz, za­kry­wa­ły go cał­kiem… –> Drzewo jest rodzaju nijakiego, więc: A kiedy nad­cho­dził deszcz, za­kry­wa­ły je cał­kiem

 

Nasze drze­wo mu­sia­ło za­do­wo­lić się reszt­ka­mi, jakie ście­ka­ły po li­ściach jego po­grom­ców, gdy ci opili się do syta. –> To nie tak, Drzewo z pewnością miało co pić, bo drzewa czerpią wodę przez korzenie, nie liśćmi. Podczas deszczu liście mogą co najwyżej zażyć kąpieli.

 

wzle­ciaw­szy ponad chmu­ry.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

– Po co wła­ści­wie zro­bi­łeś to…to… –> Brak spacji po pierwszym wielokropku.

 

Na­po­tkał na Szpa­ka, który miesz­kał na skra­ju lasu. –> Na­po­tkał Szpa­ka, który miesz­kał na skra­ju lasu. Lub: Natknął się na Szpa­ka, który miesz­kał na skra­ju lasu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki Reg. Tylko tyle? Moja interpunkcja jest lepsza, czy Ty mniej skoncentrowana? :)

 

Przyjrzałabym się dialogom w bajce O kotku Samotku.

Skoro piszesz “przyjrzałabym” tzn. że się nie przyjrzałaś? W czym problem?

 

W bajce o garażu miałem rozterkę w kwestii nazw samochodów. Dużą czy mała literą? Przepisy w tej materii są tak zagmatwane, wręcz absurdalne. Zostawiłem z dużymi licząc że mnie napomnisz. Nie napomniałaś czyli jest OK?

 

I jeszcze to:

To nie tak, Drzewo z pewnością miało co pić, bo drzewa czerpią wodę przez korzenie, nie liśćmi. Podczas deszczu liście mogą co najwyżej zażyć kąpieli.

Zostawiłem tak:

A kiedy nadchodził deszcz, zakrywały je całkiem, chciwie dzieląc między siebie życiodajne krople. Nasze drzewo musiało zadowolić się resztkami, jakie ściekały po liściach jego pogromców.

Czytam teraz książkę “Sekretne życie drzew” Petera Wohllebena, którą zarekomendowała mi Asylum i pisze on tam o tym, że drzewa potrzebują deszczu i cieszą się nim, ale nie mogę teraz znaleźć szczegółów. Myślę, że jak na bajkę, tak może zostać.

Wiem, że to tylko bajka, ale tak mi przyszło do głowy, czy aby to biedne Drzewo nie mogło w końcu nabawić się jakiejś schizofrenii czy innego rozwarstwienia jaźni…

Wydaje mi się, ze czytałaś tę bajkę “po dorosłemu”. Żadne dziecko na których była ona testowana (a było ich trochę) takich wątpliwości nie zdradzało. Dorośli zresztą też nie, więc jesteś pierwsza :) A muszę powiedzieć, że wokół tej bajki toczyły się ożywione, czasem wręcz zajadłe dyskusje. Dotykały one jednak problemu związanego ze śmiercią drzewa (podobne obiekcje zresztą zgłaszał tu Gromick). Zdania były podzielone i to wcale nie podług linii światopoglądowej :)

Zaś co do Twojej obiekcji: nie wiem, czy drzewa mogą cierpieć na schizofrenię. Wohlleben przedstawia je jako wręcz świadome i myślące, więc może i taka hipoteza nie jest pozbawiona podstaw :) Ja jednak wolę tu pozostać przy tłumaczeniu metafizycznym: drzewo po uschnięciu jest raczej ideą platońską :) W chrześcijaństwie jest podobny problem z Trójcą Świętą: jedna w trzech osobach.

 

PS Poprawki wprowadzone! Kupiłem też pomysł z Drzewem :)

 

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Moja in­ter­punk­cja jest lep­sza, czy Ty mniej skon­cen­tro­wa­na? :)

Tsole, interpunkcji to ja w zasadzie w ogóle nie poprawiam. Podczas jednokrotnego czytania tekstu, nie sposób skupić się na wszystkim.

 

Skoro pi­szesz “przyj­rza­ła­bym” tzn. że się nie przyj­rza­łaś?

Powinnam napisać: Na Twoim miejscu przyjrzałabym się dialogom.

Kilka uwag, w tym do zapisu dialogów:

 

– Nie, dzię­ku­ję! – był bo­wiem bar­dzo uprzej­my. –> – Nie, dzię­ku­ję! – Był bo­wiem bar­dzo uprzej­my.

 

to dla­cze­go miał­bym ci po­ma­gać? – po czym od­da­lił się po­śpiesz­nie, ki­ca­jąc du­ży­mi su­sa­mi. –> …to dla­cze­go miał­bym ci po­ma­gać? – Po czym od­da­lił się po­śpiesz­nie, ki­ca­jąc du­ży­mi su­sa­mi.

Wcześniej napisałeś, że kotek był bardzo uprzejmy, ale ta jego wypowiedź wcale o uprzejmości nie świadczy. :(

 

– Lilko… ja… ratuj… – kotek nie mógł już mówić, tak był zdy­sza­ny. –> – Lilko… ja… ratuj… – Kotek nie mógł już mówić, tak był zdy­sza­ny.

 

– Tak – kotek spu­ścił głowę ze wsty­dem. –> – Tak.Kotek spu­ścił głowę ze wsty­dem.

 

A gdy kot­ko­wi ustą­pi­ło zmę­cze­nie, bie­ga­li razem po placu zabaw. –> Zmęczenie chyba nie ustępuje komuś.

Proponuję: A gdy zmę­cze­nie kotka ustąpiło, bie­ga­li razem po placu zabaw. Lub: A gdy kot­ek odpoczął, bie­ga­li razem po placu zabaw.

 

Zo­sta­wi­łem z du­ży­mi li­cząc że mnie na­po­mnisz. Nie na­po­mnia­łaś czyli jest OK?

Nie napomniałam, bo uznałam tym razem, że nazwy są jednocześnie imionami aut. Skoro wielkimi literami napisałeś nazwy budynków, to niech i auta mają swoje imiona. ;)

Skoro jednak domagasz się uwag, proszę:

 

w tym mie­ście, które jed­nak ma coś wspól­ne­go z sió­dem­ką skła­da się mia­no­wi­cie z sied­miu dziel­nic. Sama hi­sto­ria miała miej­sce w dziel­ni­cy cen­tral­nej, zwa­nej, jak w wielu in­nych mia­stach, Śród­mie­ściem.

Nasze Śród­mie­ście jest po­dob­ne do tych w in­nych mia­stach. –> Czy to celowe nagromadzenie powtórzeń?

 

ze wzglę­du na nisz­czą­ce dzia­ła­nie czasu, bądź wsku­tek nie­wła­ści­we­go dzia­ła­nia ludzi… –> Powtórzenie.

Może w drugim przypadku: …bądź wsku­tek nie­wła­ści­we­go postępowania ludzi

 

Jeśli jed­nak bu­dy­nek jest nie­zbyt pięk­ny i nie­szcze­gól­ne uży­tecz­ny, wtedy po­dej­mu­ją de­cy­zję o jego wy­bu­rze­niu i zbu­do­wa­niu w tym miej­scu in­ne­go bu­dyn­ku. –> Może: Jeśli jed­nak bu­dy­nek jest nie­zbyt pięk­ny i nie­szcze­gól­ne uży­tecz­ny, wtedy po­dej­mu­ją de­cy­zję o jego wy­bu­rze­niu i wzniesieniu w tym miej­scu in­ne­go. Lub: …innego gmachu/ obiektu.

 

Dziś już wszy­scy pra­cow­ni­cy biur, które miesz­czą się u mnie, mają sa­mo­chód. –> Dziś już wszy­scy pra­cow­ni­cy biur, które miesz­czą się u mnie, mają sa­mo­chody. Lub: Dziś już każdy pracownik biur, które miesz­czą się u mnie, ma sa­mo­chód.

 

a także po­prze­dza­ją­cej go uro­czy­sto­ści otwar­cia, gdzie znaj­do­wał się w cen­trum uwagi do­stoj­nych gości. –> Ceremonia nie jest miejscem, więc: …a także po­prze­dza­ją­cej go uro­czy­sto­ści otwar­cia, kiedy znaj­do­wał się w cen­trum uwagi do­stoj­nych gości.

 

– Ja je­stem Ra­tusz i re­zy­du­ję tu ponad 600 lat, ale naj­star­sza jest Ka­te­dra – stoi tu nie­wzru­sze­nie od 800 lat… –> Liczebniki powinny być zapisane słownie, zwłaszcza że to wypowiedź.

 

Ach! Jeszcze jedno – zupełnie nie znam się na budownictwie, więc może się mylę, ale najbardziej fantastycznym elementem we wszystkich trzech bajkach, zdało mi się wybudowanie w trzy miesiące ośmiopoziomowego garażu, z trzema podziemnymi kondygnacjami. ;)

 

 

…drze­wa po­trze­bu­ją desz­czu i cie­szą się nim…

Oczywiście, że potrzebują, bo nikt nie chodzi do lasu aby podlewać drzewa i inne rośliny – im musi wystarczy deszcz, który nie tylko spłucze pył z liści, ale przede wszystkim wsiąknie w ziemię, dotrze do korzeni i napoi drzewa, i całą leśną florę do syta.

 

Wy­da­je mi się, ze czy­ta­łaś tę bajkę “po do­ro­słe­mu”.

No przecież napisałam o tym w pierwszym zdaniu komentarza. ;)

A śmierć drzewa nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia, no bo przecież całkiem bajkowo, choć uschło, nadal myślało, marzyło, a na koniec spełniło marzenia. I tylko będzie mnie męczyć pytanie – ile w końcu było drzewnych bytów…?

 

Zastanawiam się jeszcze, czy Ptak, który zaprzyjaźnił się z Drzewem, też nie powinien być pisany wielką literą.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, jesteś wielka! Poprawki wprowadzone! Co do Ptaka nie mam przekonania, gdyby występował w otoczeniu innych bezimiennych ptaków widziałbym taką potrzebę. Zresztą jak czytać dziecku te duże litery? Z drzewem problem rozwiązałem tak, że tam gdzie trzeba jest mowa o “naszym Drzewie”, ale tu?

 

Wcześniej napisałeś, że kotek był bardzo uprzejmy, ale ta jego wypowiedź wcale o uprzejmości nie świadczy. :(

Ależ Reg! Przecież tę kwestię wypowiada zajączek!

 

Pragnąc urealnić czas budowy garażu (w warunkach polskich, choć to nie jest nigdzie określone) zwiększyłem go do 8 miesięcy. :) Nie jest to bynajmniej wyssane z palca http://www.przetargi.egospodarka.pl/18345_Budowa-garazu-wielopoziomowego-naziemnego-z-infrastruktura-towarzyszaca-w-Legionowie_2016_2.html

I tylko będzie mnie męczyć pytanie – ile w końcu było drzewnych bytów…?

Nie będę budował infodumpa specjalnie po to, by Cię wyzwolić z męczarni, więc tylko zaproponuję szkic hipotezy: drzewa są mentalnymi fraktalami. Fraktal to obiekt samopodobny (tzn. taki, którego części są podobne do całości). Zatem jeśli drzewo jest dzielone na kawałki, to każdy z nich ma taką mentalność jak całe drzewo :)

Buziaczki! :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

O, bajeczki, lubię bajeczki, mimo że już duża jestem. ;)

Najbardziej podobała mi się bajeczka o garażu, ale dlaczego ona dla chłopca jest? Dla dziewczynki się nie nadaje? Ale mnie się podobała, najfajniejsza była.

Ta o kotku… No nie wiem, ja też jestem taki kotek – samotek i nie bawię się z ludźmi, których ledwie znam. ;) I to był kotek – głupotek, bo przecież mógł na drzewo uciec. Prawda?

Drzewo też było ładne, choć – tu włącza się dorosła Irka – jakoś mi się to usychanie z samobójstwem skojarzyło. I tak mi wyszło, że dopiero po śmierci marzenia się spełniają. ;) Domyślam się jednak, że dzieciaki takiego problemu nie mają. ;)

 

A tak w ogóle uważam bajki wymyślane przez rodziców za świetny pomysł. :D

Dzięki Irko! Oczywiście, że w dobie równouprawnienia dziewczynki mają prawo interesować się techniką i samochodami – u mnie jednak zainteresowania dzieci rozłożyły się klasycznie: syn zdecydowanie za techniką, córy za lalkami i pluszakami :) Ciekawe, że teraz obie mają dzieci, których zainteresowania też rozkładają się klasycznie.

I to był kotek – głupotek, bo przecież mógł na drzewo uciec. Prawda?

Prawda. Ale czemu zaraz głupotek? Może miał lęk wysokości? W końcu odmówił wiewiórce stanowczo… :)

jakoś mi się to usychanie z samobójstwem skojarzyło. I tak mi wyszło, że dopiero po śmierci marzenia się spełniają. ;) Domyślam się jednak, że dzieciaki takiego problemu nie mają. ;)

Tu masz rację, dla mnie to najbardziej “śliski” element tej bajki. I największe kontrowersje budził wśród dorosłych odbiorców. Bo dzieci w rzeczy samej takiego problemu nie mają.

Serdeczności!

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Po­praw­ki wpro­wa­dzo­ne!

Bardzo się cieszę, Tsole, ale nie przesadzaj z tą wielkością.

 

Co do Ptaka nie mam prze­ko­na­nia, gdyby wy­stę­po­wał w oto­cze­niu in­nych bez­i­mien­nych pta­ków wi­dział­bym taką po­trze­bę.

OK. Skoro nie masz przekonania do ptaka, zostaw go w spokoju. ;)

 

Ależ Reg! Prze­cież tę kwe­stię wy­po­wia­da za­ją­czek!

No tak! Ślepota, starcza ślepota, ot co! Albo i jakaś pomroczność jasna cholera! :(

 

…drze­wa są men­tal­ny­mi frak­ta­la­mi.

OK. Rozumiem. Drzewo przypominające kalafior. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo piękne bajki. Nie wiem czemu przypominają mi “poczytaj mi Mamo”, które rodzice czytali mi jako dziecku, a potem ja czytałem swoim dzieciom, zanim zostały wyszczekanymi nastolatkami :)

Snori, dziękuję za wizytę i komentarz . Miło, że bajki się podobały :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Reg: Owszem, jak kalafior tylko w wymiarze mentalnym :)

Dzięki za klika!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Lubię kalafiory. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja też. Są podobne do mózgu, więc się czuję mądrzejszy po spożyciu laugh

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Kalafiory nie, ale mózgi przypominają mi obrane ze skorupek orzechy włoskie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Owszem, bardziej podobne, ale takie malutkie jakoś… sad

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Rzec można – ptasie móżdżki. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja też nie za bardzo bajkowa jestem :( I nigdy nie byłam… A mój synek… osiem i cztery miesiące… też coraz trudniej – gry i filmy prawie że dla dorosłych. Tak czy inaczej wygrywa garaż :) I ode mnie kliczek. Dobrze się je wszystkie czytało, miło i nasennie :) Jeśli chodzi o obrazki to masakra czasowa. Jestem do tyłu z dwoma zleceniami :( Wakacje i próbuję synka od komputera odciągać. Pozdrawiam serdecznie.

Dzięki Katia za komentarz i kliczka! Jak to nie jesteś bajkowa? Piszesz bajeczne (i bajkowe) teksty, choć może bardziej w stylu braci Grimm niż Andersena, ale zawsze :)

Co do obrazków to było to tylko skryte (i odkryte w chwil słabości) marzenie, gdzieżbym śmiał Ci głowę zawracać :)

Pozdrawiam wzajemnie!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

smileyheart

Sympatyczne te bajki. Ta o kotku bardziej przewidywalna i zdecydowanie IMHO dla młodszego dziecka (nie mam dzieci, ale mam czwórkę małych bratanic/ siostrzeńców i uwielbiam literaturę dla dzieci, nawet tych małych), ta o garażu chyba najfajniejsza, najbardziej pomysłowa. Historia o drzewie z kolei najbardziej refleksyjna i “dorosła”. Ładnie wykorzystane schematy gatunkowe baśni, językowo teksty bardzo przyjemne. Klik ode mnie.

Dziękuję Ninedin za wizytę i klika. Szczerze mówiąc nie liczyłem na to, że ktoś tu jeszcze zajrzy, więc to miła niespodzianka.

Rzeczywiście tak jest, że moje bajki “dorastały” wraz z dziećmi, które dziś opowiadają je swoim dzieciom :)

Pozdrawiam! :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Nie znasz dnia ani godziny… ;-)

Bardzo sympatyczne bajki, wszystkie. Faktycznie, ta o garażu chyba jest najbardziej oryginalna, bo o zwierzątkach to już było bajek jak mrówków. Drzewo to krok w interesującym kierunku, a budynki to już w ogóle odlot. :-)

Babska logika rządzi!

Finkla, jakoś przegapiłem ten Twój komentarz tutaj, przepraszam, ale to nie złe maniery tylko roztargnienie (ciesz się, że Ci 50 zł nie zwinąłem laugh). Dziękuje więc za wizytę, komentarz i dobre słowo!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Nowa Fantastyka