- Opowiadanie: MarBac - ŚMIERĆ SPÓŁKA Z O.O.

ŚMIERĆ SPÓŁKA Z O.O.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

ŚMIERĆ SPÓŁKA Z O.O.

 

 

– Jest trzeci czerwca dwa tysiące dziewiętnastego roku, godzina siedemnasta trzydzieści. Rozpoczynam nadzwyczajne zebranie zarządu firmy usługowej Śmierć spółka z o.o. Siedmioro obecnych, jeden nieobecny.  Ale nie powinno nas to dziwić. Prawda?

Bijące z ekranu tabletu światło pogłębiło cienie w oczodołach Śmierci. Blada skóra upiornie naciągnęła się na kościach czaszki, gdy przewodnicząca zebrania uśmiechnęła się – Starość jak zwykle zasnęła tuż po zajęciu miejsca w wygodnym, skórzanym fotelu.

– Terminy nas gonią, mało tego, Góra przysłała ponaglenie. – Kościsty palec Śmierci wskazał na sufit pomieszczenia. – Mamy zbyt niską efektywność. Komórka Narodzin pracuje pełną parą…

– Ja sprzedałem ten pomysł Popędowi z Narodzeniówki – mruknęło pod nosem Licho, niby tylko do Głupoty, lecz usłyszeli wszyscy. – Cóż, w końcu pięćset ziko na ziemi nie leży. Sam bym brał. Głupi by nie brał…

– …za to nam spadł odsetek zgonów – ciągnęła przewodnicząca, ignorując chichotanie Głupoty.

– Ja robię, co mogę! – Choroba rozłożyła pokryte ropniami ręce. – Nie moja wina, że obecnie zdrowy tryb życia jest modny. Eko żarcie, popisy na siłowni w firmowych koszulkach, badania kontrolne… Ach tam, w średniowieczu miałam pole do popisu…

– No, dżuma to ci wyszła – pokiwała głową Kraksa.

– Ale syfilis nie bardzo… – szepnęło Samobójstwo.

– Panowie i panie! – Śmierć uderzyła w blat stołu, aż Starość poderwała głowę. – Pogaduszki zostawcie na przyszłotygodniowy wyjazd integracyjny na Powązki. Przejdźmy do meritum.

Śmierć postukała w tablet. Zgasły światła, projektor ożył, a na ścianie pojawiła się dokumentacja pierwszego omawianego na zebraniu przypadku.

– Marek Trzykalczyk, lat trzydzieści sześć, przedstawiciel handlowy niemieckiej firmy farmaceutycznej, obecnej na polskim rynku od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Żyje w nieformalnym związku, bezdzietny. Zarobki cztery dwieście brutto, wynajmuje apartament w centrum Wrocławia, dwa lata temu wziął na raty nowy samochód. Przeterminowany o dwadzieścia lat. Deadline na dziś.

– Ja odpadam – pierwsze odezwało się Licho. – Od kilku lat kuszę gościa, ale ani fajek, ani wódy, ani tym bardziej kurew nigdy mu się nie zachciało. A mamy w okolicy jedną wolną, zarażoną.

– Swietę? – ożywiła się Choroba. – Na nią też już pora.

Licho pokiwało głową.

– Dałem Mareczkowi dostęp do takich dragów, a on nic! Dlatego na mnie nie liczcie.

– W porządku – Śmierć wskazała datę urodzenia kandydata do zgonu. – Na Starość też nie mamy co liczyć.

– Co plosę? – wybełkotała Starość, majstrując przy aparacie słuchowym. – Co mam policyć? Nie zięłam okularów, mowe być ciężko.

Głupota palnęła się w czoło, aż jej blond grzywka podskoczyła. Śmierć natomiast nie raczyła oświecić Starości – i tak nikt jej nie lubił i marny był z niej pożytek. Nie wyszła ona Górze, ale z zarządu żadne siły by jej nie usunęły.

Przewodnicząca wczytała kolejny slajd.

– To wyniki ostatnich badań lekarskich przyszłego denata. Chorobo, może powiesz coś więcej.

Choroba smarknęła zielonym glutem w poplamioną krwią chusteczkę, wstała z trudem i kulejąc, podeszła do wyświetlanego na ścianie obrazu.

– Jak widzicie, wyników panu Markowi pozazdrościć może współczesny, piętnastoletni donaldożerca – wycharczała. – Potas i magnez wartości podręcznikowe, krew idealna, więc zawał odpada. Dieta uboga w tłuszcze zwierzęce, żyły i tętnice czyste i przepustowe jak jelito po sraczce. Na udar nie liczcie. Historia genetyczna bez chorób dziedzicznych. Dziadek Marka miał raka płuc, ale sam go sobie wyhodował.

– Wiesiek palił jak komin – przyznało Licho. – Przy nim nie miałem dużo roboty…

Choroba skuliła się lekko, jakby coś zakłuło ją w prawym boku, Mimo to kontynuowała.

– Regularne wizyty u okulisty, dentysty, urologa. Krew kontrolowana co pół roku. Wróg antybiotyków i suplementów diety. Leczy się domowymi sposobami, zakręcony na punkcie superfood i biożywności.

– Bez przerwy wrzuca na fejsa zdjęcia jakichś sałatek i szejków protonowych – Głupota przewaliła oczami. Wsadziła sobie palec do gardła, stęknęła, pozorując wymioty.

– Chyba proteinowych…

– Choroba, streszczaj się – warknęło Licho, okręcając w palcach szklankę średnio gazowanej źródlanej wody, pięć złotych za butelkę. – Jest coś, czym mogłabyś powalić Mareczka?

Choroba wzruszyła ramionami.

– Zaszczepiłabym mu jakiegoś raka, ale żaden nie zabija w parę godzin. Gdybym wiedziała wcześniej, to może…

– Termin Marka minął dawno temu – westchnęła Śmierć. – Niestety, Górze nagle przypomniało się o zaległych denatach i zaczęła naciskać na zwiększenie liczby zgonów w społeczeństwie.

– Czemu nie wezwie Grupy Kataklizm? – syknęła Kraksa. – Albo Wojny? Ha! A Wojna ostatnio narzekała, że tak jej się nudzi, że z chęcią samowolnie pieprznęłaby jakąś atomówką. Najlepiej w Azję. Tamtejsza spółka Śmierć chyba wpierdziela kluski pałeczkami i gra na automatach, bo wskaźnik zaludnienia jest u nich wyższy, niż w Polsce wskaźnik niezadowolenia z zarobków.

– Samobójstwo, może ty? – zapytało Licho.

Zapytane, Samobójstwo podniosło załzawione oczy, odrywając spojrzenie od pociętych sznytami nadgarstków.

– Próbowałem już kiedyś – zaskomlało. – Gdy w ogólniaku chłopaki na WF-ie śmieli się z Marka, że ma cycki jak baba. A on tylko wziął się za siebie, zaczął ćwiczyć, zdrowo jeść… skończył studia z wyróżnieniem… potem zarabiał dobrze… jeździł na wycieczki zagraniczne, poznał Justynę… On jest szczęśliwy. Nic… nic nie mogę… nie mogę zrobić!

Samobójstwo rozryczało się na całego. Nawet Głupota nie zdołała go pocieszyć, robiąc te swoje durne miny.

– Cóż, zostają nam więc trzy opcje. Kraksa, może ty coś wymyślisz?

– Sama, Śmierci, powiedziałaś. Marek ma nowy, dwuletni samochód. Awaria odpada. A kierowcą nasz przyszły denat jest dobrym i ostrożnym. Tylko raz w mieście przekroczył pięćdziesiątkę. Było to w Dziadkowie. Myślał, że już minął tablicę oznaczającą koniec terenu zabudowanego… Mogę rzucić mu naprzeciw jakiegoś pijanego, albo śpiącego kierowcę, ale to wymaga zgrania terminów zgonu obu stron. Albo konsultacji z gościem od WBOŚ-u

– Czego? – spytało Licho.

– Wypadków Bez Ofiar Śmiertelnych. Może pójdzie nam na rękę i podeśle kogoś, kto uśmierci Marka, a sam przeży…

Zaświergotał telefon, przerywając Kraksie. Przewodnicząca podniosła słuchawkę, z której momentalnie popłynął potok słów okraszony przekleństwami. Basowy głos dudnił i dudnił, Śmierć tylko potakiwała, przełykając zimną jak stopiony lód ślinę. Wreszcie odłożyła słuchawkę.

– Mamy dziesięć minut – wydusiła ostatkiem sił, przeczesują rzedniejące włosy. – Kraksa, ratuj! Może zdążymy spowodować wypadek drogowy?

– Odpalmy podgląd na żywo.

Aplikacja jak na złość ładowała się koszmarnie powoli. Prawdopodobnie Dział Grzechu znowu ściągał i oglądał pornole… to jest „testował” przed kuszeniem. Wreszcie na ścianie pojawił się obraz z kamery live. Marek Trzykalczyk, lat trzydzieści sześć, ubrany w najeczki i adaśki biegł przez las. Na ręku smartwatch, na pasie biodrowym bidon z nasyconą elektrolitami wodą, w uszach bezprzewodowe słuchawki, a w nich rytmiczne latino.

– To tak nowoczesne i modne, że aż mi niedobrze  – Choroba wyszczerzyła resztki przegniłych zębów. – Wrzucił już sweet focię pod tytułem „takie tam z joggingu na łonie natury”?

– Siedem minut – Śmierć zerwała się z miejsca, szeleszcząc czarną, powłóczystą suknią. – Sprężajmy się, kochani!

– Odpadam! – Kraksa również zerwała się z miejsca, aż z kieszeni jej kurtki motocyklowej posypały się mandaty. – Jesteśmy w środku lasu, tu jedynie z jeleniem Marek może czołowe zderzenie zaliczyć.

– Głupota? Głupota! Weź się ogarnij!!

Głupota przestała dłubać w nosie. Już miała zjeść wykopane znalezisko, kiedy siedzące obok niej Licho walnęło ją w pokryte wodnymi tatuażami ramię.

– O, o, o! Niedaleko tej ścieżki jest skarpa. – Pomalowany na różowo paznokieć wskazał jakiś punkt na filmie. – O tu. Jeśli Choroba przyciśnie nieco jelitko przyszłego denata, ten pójdzie za potrzebą w krzaki, a ja poszczuję go jakąś zabłąkaną, wściekłą wiewiórą. Marunia wystraszy się, runie w tył i zajebiście skręci sobie kark!

– Przykro mi, ale Marek srał tuż po pracy – burknęła Choroba. – Siku też odpada. Ten człowiek ma pęcherz ze stali.

– Scęściaz – Starość miała minę, jakby właśnie załatwiała się w pieluchę.

– To co teraz? Szybko, burza mózgów! Mamy w okolicy jakichś psychopatów, morderców, złodziei? Kogokolwiek?

– Na to pytanie tylko nasz wiecznie spóźniony przyjaciel mógłby odpowiedzieć. – Kraksa przejrzała swoje dokumenty. – Droga Marka jest zbieżna z trasą przelotu samolotu rosyjskiej produkcji relacji Rzym – Moskwa. Na pokładzie jest ośmiu przyszłych denatów z terminem na ten miesiąc… i następny. Może przyspieszymy…

– A gdyby jednak udar, ale krwotoczny?! – ryknęła Choroba. – Pęknięcie żyłki?

– Może przeżyć… Głupota? Jakiś inny pomysł poza szaloną wiewiórką?

– Małpa! Małpa z bananem. Klasyczny numer ze skórką od banana…

– Gdzie ty, kurwa, małpę w polskim lesie znajdziesz?! – Licho nie wytrzymało i zapaliło papierosa.

– Ucieknie z cyrku. Ha! Jutro ma występować cyrk.

– Nienawidzę cyrku… – jęknęło Samobójstwo, ocierając grzbietem dłoni łzy.

Śmierć chwyciła się za głowę. Za jakie przewiny musi pracować z takimi idiotami…

Stała pomiędzy rzutnikiem a ekranem, jej cień padał prosto na biegnącego człowieka, zupełnie nieświadomego losu, jaki Góra mu zgotowała. Pewnie uważał się za wiecznego. Zdrowy tryb życia, zadowolenie z pracy, zagraniczne wojaże, piękna kobieta… Żyć nie umierać.

– Szlag, musimy go uśmiercić! – wycedziła Śmierć przez zęby. – Góra rozwiąże z nami kontrakt, znowu będziemy musieli najmować się u prywaciarzy. Nie chcę już robić dla komuchów i bojówek…

Nikt jej nie słyszał. Członkowie zarządu przekrzykiwali się jak przekupki na targu. Nawet Starość dołączyła do dyskusji, choć pewnie już nie pamiętała, czego ona dotyczy.

Przewodnicząca usiadła na ziemi, nie odrywając spojrzenia czarnych oczu od ekranu.

– Rowerzysta jedzie z naprzeciwka! Będzie kraksa, ale za kwadrans…

– Wyrostek! Perforacja wyrostka!

– Cy ktoś widział moje okulary? Nic nie widzę…

– Trzy minuty! Zostały nam trzy minuty…

–  Może myśliwy? Weźmie Marka za jelenia i…

– Jelenia w dresie?! Myśliwy w parku miejskim? No, weź, Głupota, przebijasz samą siebie…

– Już po nas – lamentowało Samobójstwo. – Już po nas… przegraliśmy… Jesteśmy do niczego. Do niczego… Do…

I nagle stało się.

Kamera nie przekazywała dźwięku, członkowie zarządu Spółki Śmierć musieli polegać tylko na wizji, lecz nawet Głupota nie domagała się – jak to miała w zwyczaju – objaśnień.

Marek Trzykalczyk, lat trzydzieści sześć, zatrzymał się jak wryty. Chwycił się za gardło, pot wystąpił obficiej na czoło. Kaszląc, zgiął się w pół.

– Choroba, to ty?! – krzyknęła Śmierć. Zapytana tylko pokręciła głową.

Przyszły denat padł na kolana, szarpnął zapięcie pasa z bidonem. Butla wypadła jednak z roztrzęsionych rąk i stoczyła się ze skarpy.

– Głupota?

– Nie… to nie ja…

Zgromadzeni w wyciemnionym pokoiku patrzyli w milczeniu, jak już wcale nie tak bardzo przyszły denat zwala się na piasek ścieżki. Obrzęknięta twarz przybrała barwę purpury, przekrwione oczy wytrzeszczały się na telefon, który jakimś cudem pochwycił Marek Trzykalczyk

– Pyknie sobie ostatnią focię? – spytała Głupota, lecz zaraz telefon wysunął się z bezwładnej dłoni denata.

Na ekranie pojawił się wygenerowany automatycznie komunikat: „pozew o zgon rozpatrzony pozytywnie”.

– Udało się – westchnęła Choroba.

Śmierć postukała w ekran tabletu, odpalając zaktualizowaną kartotekę denata Marka Trzykalczyka.

– Zgon spowodowany niewydolnością krążeniowo-oddechową – przeczytała zdumiona przewodnicząca. – Nastąpił na skutek ukąszenia przez pszczołę, którą przedmiot umowy numer 3-6-19/181289/PL połknął podczas popołudniowego treningu w lesie. Opuchlizna języka u nasady zablokowała gardło przedmiotu umowy 3-6-19/181289/PL, odcinając dopływ powietrza do płuc.

– Pszczoła? – jęknęła niedowierzająco Kraksa. – Tak po prostu?

– Owszem. I powtórzę, nie powinno nas to dziwić – mruknęła Śmierć. Wstała, spojrzała na drzwi gabinetu. – Dzień dobry, przyjacielu! Miło z twojej strony, że raczyłeś do nas dołączyć.

W progu gabinetu stał ostatni członek zarządu. Jak zwykle rozczochrany, w pomiętym ubraniu, w dwóch różnych butach i siniakiem, tym razem pod lewym okiem. Z rudych włosów sterczały połamane gałązki – nowoprzybyły pewnie znowu w drodze do siedziby spółki Śmierć potknął się i wpadł w jakieś krzaki.

Obwiązaną bandażem dłonią sprawca śmierci Marka Trzykalczyka poprawił okulary o jednym pękniętym szkle.

– Przepraszam za spóźnienie – burknął Przypadek i zajął swoje miejsce przy stole.

Koniec

Komentarze

Od chwili gdy przeczytałam, że nie wszyscy przybyli na zebranie, miałam nieodparte wrażenie, że rola nieobecnego będzie znacząca. Nie pojmuję jednak, dlaczego akurat Marek został wytypowany do zejścia – czy nie było nikogo kogo można byłoby łatwiej wyprawić na tamten świat?

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

– Jest 3 czerw­ca 2019 roku, go­dzi­na sie­dem­na­sta trzy­dzie­ści. –> – Jest trzeci czerw­ca dwa tysiące dziewiętnastego roku, go­dzi­na sie­dem­na­sta trzy­dzie­ści.

Liczebniki zapisujemy słowni, zwłaszcza w dialogach.

 

Sied­miu obec­nych, jeden nie­obec­ny. –> Siedmioro obec­nych, jeden nie­obec­ny.

Z tekstu wynika, że to towarzystwo różnopłciowe. 

 

– Ter­mi­ny nas gonią, mało tego Góra przy­sła­ła po­na­gle­nie – ko­ści­sty palec Śmier­ci wska­zał sufit po­miesz­cze­nia. –> – Ter­mi­ny nas gonią, mało tego Góra przy­sła­ła po­na­gle­nie.Ko­ści­sty palec Śmier­ci wska­zał sufit po­miesz­cze­nia.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

za to nam spadł od­se­tek zgo­nów… –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

Cho­ro­ba, może po­wiesz coś wię­cej. –> Cho­ro­bo, może po­wiesz coś wię­cej.

Imiona odmieniają się.

 

współ­cze­sny, pięt­na­sto­let­ni do­nal­do-żer­ca… –> …współ­cze­sny, pięt­na­sto­let­ni do­nal­dożer­ca

 

za­krę­co­ny na punk­cie su­per­fo­od i bio żyw­no­ści. –> …za­krę­co­ny na punk­cie superfoofi biożyw­no­ści.

 

– Bez prze­rwy wrzu­ca na „fejsa" zdję­cia ja­kichś sa­ła­tek… –> Zbędny cudzysłów.

 

chło­pa­ki na wu-efie śmie­li się z Marka… –> …chło­pa­ki na WF-ie śmie­li się z Marka

 

Albo kon­sul­ta­cji z go­ściem od W-BO­Siu –> Albo kon­sul­ta­cji z go­ściem od WBO­S-u.

 

Za­świer­go­tał te­le­fon, prze­ry­wa­jąc Krak­sie. Prze­wod­ni­czą­ca pod­nio­sła słu­chaw­kę, z któ­rej mo­men­tal­nie po­pły­nął potok słów prze­ry­wa­nych prze­kleń­stwa­mi. –> Powtórzenie.

 

Na ręku samr­twatch… –> Na ręku smar­twatch

 

– Wrzu­cił już Sweet focię pod ty­tu­łem… –> – Wrzu­cił już sweet focię pod ty­tu­łem

 

z trasą prze­lo­tu sa­mo­lo­tu ro­syj­skiej pro­duk­cji re­la­cji Rzym-Mo­skwa. –> …trasą prze­lo­tu sa­mo­lo­tu ro­syj­skiej pro­duk­cji re­la­cji Rzym – Mo­skwa.

W tego typu połączeniach używamy półpauzy ze spacjami, nie dywizu.

 

w po­mię­tym ubra­niu, z dwoma róż­ny­mi bu­ta­mi… –> Zakładam, że miał rzeczone buty na stopach, więc: …w po­mię­tym ubra­niu, w dwóch różnych butach

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wskazanie błędów – dopiero się uczę i tego typu "reprymendy" są jak najbardziej pożądane. Co do wyboru "kandydata do zgonu" – w przedstawieniu postaci zaznaczyłam, że pan Marek jest… "przeterminowany o dwadzieścia lat". Sprawa pilna, nie cierpiąca… zwłoki. Pozdrawiam serdecznie

MarBac, ciesze się, że uwagi okazały się przydatne. ;)

W dalszym ciągu nie rozumiem, dlaczego Marek miałby umrzeć mając szesnaście lat? :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Najpierw do głowy wpadło mi hasło “Śmierć sp. z o.o.”. Tak ni stąd ni zowąd – dlaczego, wolę nie dociekać (rola mojego psychiatry…). Później starałam się wymyślić fabułę. Skoro Śmierć założyła firmę, musi borykać się z problemami znanymi każdemu przedsiębiorcy – zaległościami, terminami, niewypłacalnością… to jest, nieuśmiercalnością? Niezgonowatością? 

Góra zlecenie na zgon Marka wystawiła dawno temu, a że Samobójstwo niegdyś nie dopełniło obowiązków, pan Marek wywinął się Śmierci. Ot, bałagan w papierach, nawał zleceń… I tak przez dwadzieścia lat nikt o Mareczku nie pamiętał. Niestety, Góra upomniała się o swoją duszyczkę, a że to, czego ludzie zazwyczaj starają się unikać – choroby, kraksy, wiodącego na pokuszenie licha – nic nie mogło wskórać, do akcji wkroczył… spóźniony członek zarządu.

 

Specjalnie dla dociekliwych ;) mogę wstawić to wytłumaczenie w tekst opowiadania – co o tym Pani myśli?

 

I tak post scriptum – pomijając nawałnicę błędów, jak czyta się tę opowiastkę? 

 

 

Przede wszystkim, MarBac, tutaj nie ani pań, ani panów – wszyscy jesteśmy na ty, niezależnie od wieku, dorobku i stażu na portalu.

Dziękuję za wyjaśnienia. Pewnie rozproszyła mnie łapanka i szczegóły przeszłość Marka umknęły. Przeczytałam stosowny fragment ponownie i teraz wszystko jest jasne.

A opowiadanie czytało się całkiem fajnie i muszę powiedzieć, że Twój pomysł tak na spółkę z o.o., jak panujący w niej bałagan i wszystkich “spółkowiczów” spodobał mi się, bo mimo błędów i usterek tekst jest napisany dość wartko, powiedziałabym nawet że “z jajem” i jestem pewna, że jeśli zdołasz poprawić warsztat, a Twoja Pani Wena ześle dobre pomysły, będziesz pisać naprawdę niezłe opowiadania. 

Powodzenia, MarBac! ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jejku, dziękuję za tak ciepłe i zachęcające słowa :) cieszę się bardzo, że ktoś jeszcze bawił się choć trochę tak, jak ja przy pisaniu. Czyli teraz… praca, praca, praca ;) dzięki jeszcze raz i pozdrawiam!

Mnie jakoś szczególnie nie porwało, może dlatego, że mam wrażenie, że humoresek – czy wręcz skeczy – w podobnym stylu na temat śmierci czytałam już kilka, jeśli nie kilkanaście, w tym coś na tym portalu. To temat dość eksploatowany. Tekst ratuje głównie zakończenie, bo Przypadek nie jest całkiem oczywistym brakującym w zespole i trochę zaskakuje – jak i powinien.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo proszę, MarBac. :)

Cieszę się, że poczułaś się zmobilizowana. I tak, dobrze kombinujesz – przed Tobą sporo pracy, ale i niezłe widoki na przyszłość. A skoro poprawiłaś usterki, klikam Bibliotekę i życzę sukcesów w dalszej pracy twórczej. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

PS. Czy na pewno jesteś kobietą, jak głosi opis na górze? Twoja wizytówka wskazuje na mężczyznę, a portal defaultowo daje kobietę, więc jeśli jednak jesteś mężczyzną, możesz to wyedytować :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, w postach MarBac pisze jak kobieta. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

OK, zmyliło mnie to: “jako absolwent pedagogiki”, bo o ile powiedziałabym o sobie historyk, a nie historyczka (czy, gdybym akurat była: pedagog, a nie pedagożka), to jednak “absolwentka” ;) Wydało mi się to tak mocno męską formą, że wolałam zapytać :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki Bogu za Przypadek – uratował i spółkę Śmierć i moje opowiadanie ;)

Podobało mi się. Charakterystyczne postaci, dobra narracja, gładko się czyta i pasuje ten Przypadek. Dla mnie też piękne wpisanie się w nurt kapitalizmu ze spółką – metafora:)

Do kliknięcia.

pzd srd, a

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – dziękuję:)

O, doprecyzuję, bo mi się przypomniało, że większość tych humoresek była konkretnie o piekle, ale klimaty podobne i wszystko też wokół umarlaków ;) A lata temu tłumaczyłam nawet powieść w podobnych klimatach, “666 stopni Fahrenheita” się to nazywało, całkiem nawet udana humoreska, ale autor kariery w Polsce nie zrobił i chyba tylko dwie rzeczy się ukazały. Pratchett w jego najlepszym wydaniu to nie był, ale już słabszy Pratchett spokojnie, więc może trochę szkoda.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Fajne. :)

Lekkie, momentami naprawdę zabawne. Co ważne, ten humor tutaj nie jest ani ciężki, ani szczególnie wymuszony (czyli taki, który opierałby się na wulgaryzmach, albo najprostszych, czy wręcz prymitywnych żartach albo schematach). Trochę nawet żałowałem, czytając to opowiadanie, że nie wystartowałaś z nim jako Anonim w konkursie Finkli, bo porównując je z innymi tekstami, dla mnie spokojnie się broni. Może nawet byłoby na tę chwilę w trójce najlepszych opowiadań.

Wiele więcej nie napiszę, bo dla mnie to taki rodzaj tekstu, które ja nazywam zadaniowymi. Cała jego rola polega na rozbawieniu czytelnika, ze mną Ci się udało, więc w sumie więcej pisać nie trzeba.

W tagach dorzuciłbym humor. Niektórzy (w tym czasem ja) wyszukują opowiadania właśnie po tagach i szkoda, żeby Twoje ktoś z tego powodu pominął.

O, doprecyzuję, bo mi się przypomniało, że większość tych humoresek była konkretnie o piekle, ale klimaty podobne i wszystko też wokół umarlaków ;)

Drakaino, zapewne ucieszy Cię fakt, że kolejne takie opowiadanie pojawiło się dzisiaj w poczekalni. :)

Fajne, zabawne, ciekawy pomysł. Domyśliłam się, że spóźniający się członek zarządu może uratować sytuację, ale nie umiałam wykombinować, kto to może być. Czyli jest element zaskoczenia. :)

Podobnie, jak CM, żałuję, że nie wstawiłaś opka do konkursu Finkli, bo zasługuje.

Klik. :D

 

Edit: W kwesti i technicznej, nie musisz wstawiać tytułu w tekście. Jeśli wpisałaś go do odpowiedniej rubryczki, system zrobi to za ciebie. W tej chwili masz tytuł podwójnie. :)

Cm, irka – dziękuję:) to mój pierwszy tekst na nf, nie do końca ogarniałam jak działa ten portal i dopiero później zobaczyłam konkurs fun-tastyka (trochę żałuję). Ale ja już i tak wygrałam – udało mi się ubawić kilka osób :))) a to był mój cel. Wieszcza narodowego raczej ze mnie nie będzie, wystarczy mi tytuł literackiego kabareciarza ;)

Znakomite! Uwielbiam takie historyjki! Gratuluję wybujałej wyobraźni, poczucia humoru, celnych skojarzeń, magnesu, którym przykuwasz czytelnika do tekstu! KLIK!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Bardzo udane opowiadanie, wciągające od początku do końca. Postaci są dobrze przedstawione. Ubawiłam się.

Troszkę to niepokojące, że trzydziestolatek zostaje odgórnie “skazany” na śmierć (chociaż, u mnie też podobnie). Tak, nawet jeśli ktoś prowadzi idealne życie, przeznaczenia nie oszuka. O ile ktoś wierzy w przeznaczenie. ;) Rozwiązanie sprawy przez Przypadek – strzał w dziesiątkę!

Gdybyś faktycznie wzięła udział w konkursie Finkli, to opowiadanie osobiście wrzuciłabym na podium. Jest jeszcze trochę czasu, może coś tam wrzucisz? :)

 

SaraWinter, ciężko będzie odpalić taką drugą petardę ;) Po napisaniu odłożyłam “Śmierć” na kwarantannę, by trochę odparowała przed poprawkami i ułożyła się. Kiedy ponownie ją przeczytałam, pomyślałam: “Chryste, ja to jednak normalna nie jestem”…

Pracuję nad opowiadaniem czerpiącym z rodzinnych anegdotek o moim jakże legendarnym już pradziadku, ale nie gwarantuję aż takiego poziomu szaleństwa, jak podczas podglądania zebrania Spółki Śmierć. Wszak dziad Franc może mieć mi za złe podkolorowanie jego przygód. Jeszcze przyjdzie w nocy jako duch i stłucze mnie parasolem… 

 

Fajny tekst. Dobrze się czyta, udane zakończenie, porządnie nakreślone postacie, sprawnie napisane opowiadanie oparte na ciekawym pomyśle. Na pewno warte kliczka :)

Taki to miesiąc, że humoresek tu pełno, i w zasadzie mogłyby się przejeść, ale wciąż trafiają mi się te smaczne :-) 

Okej, żadne to dzieło, artystycznego uniesienia nie doświadczę, refleksji też nie, ani pomysłem się nie zachwycę, ale jako luźna rozrywka, opierająca się na fajnych postaciach, dobrych dialogach i niewymuszonym, nieprzesadnym humorze, tekst sprawdza się znakomicie. 

Tak trzymać! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone – cieszę się, że smakowało ;) pozdrawiam

Cudne :) Mnie przypadło do gustu i poprawiło humor. Szybko się czytało i łatwo było można sobie wyobrazić wszystkie postacie. Czytając Twoje opowiadanie, przypomniała mi się bajka “W głowie się nie mieści” :)

Ha, byłam na tej bajce. Może coś mi tam w głowie zostało ???? niezbadane są ścieżki Pani Weny… Pozdrawiam, cieszę się, że dobrze się bawiłaś!

“że aż mi niedobrze  – Choroba wyszczerzyła resztki”

 

Podwójna spacja po “niedobrze”. Niektórym to się rzuca w oczy ;-)

 

Tytuł: nie pisz całego kapitalikami :-)

 

Samo opowiadanie fajne, lekkie, z humorem. Czegoś mi we nim brakło, może fajnie by było wyostrzyć humor (choć wtedy stałby się humorem czarnym, co nie wszystkich czytelników by porwało – ale tych, których by porwało, porwałoby mocniej). Na plus umiejetność zamknięcia tego w krótkim tekście. Osobiście wolałbym to w jeszcze odrobinę bardziej skondensowanej formie, ale tak też jest dobre i nadal mieści się w długości odpowiedniej dla zawartej treści (gdyby ktoś to rozpisał na 20 tysięcy znaków, a tak jest akurat ciekawa i zabawna scenka).

Na plus :-)

 

Podobało mi się. Zabawny, lekki tekst w którym jest i akcja i ciekawe postaci z dobrze skrojonymi cechami. Mam tylko małą wątpliwość co do “Wiesiek palił jak komin” – czy jest taki zwrot? Bardziej logiczne wydaje mi się “palił jak w piecu”

Blacken– cieszę się, że się podobało i dziękuję za uwagę. Faktycznie, może lepsze będzie "dymił" lub "kopcił".

przewodnicząca zebrania uśmiechnęła się – Starość jak zwykle zasnęła

Mmm, coś mylące to. Interpunkcyjnie, znaczy – przez chwilę wyglądało na nową wypowiedź.

 mało tego Góra przysłała

Mało tego, Góra przysłała.

 wskazał sufit pomieszczenia.

Dałabym raczej: wskazał na sufit. I kropka.

 odezwało się Licho. – Od kilku lat kuszę gościa

Cute, ale to raczej ludzie licho kuszą.

 Nie wyszła ona Górze

Dziwnie to brzmi.

w prawym boku, mimo to

Rozdzieliłabym.

 Leczy się domowymi sposobami, zakręcony na punkcie superfood i biożywności.

A wystarczyłby taki malutki gronkowiec…

 przewaliła oczami

Kolokwialne.

 okręcając w palcach szklankę średnio gazowanej źródlanej wody,

No, nie wiem.

przerywając Kraksie.

Jasne z kontekstu, wywaliłabym.

 szeleszcząc swoją czarną, powłóczystą suknią.

A czyją miała szeleścić?

 No weź

No, weź.

 pozew o zgon

… WTF? Za jakie, przepraszam, grzechy? Poza grzechem pierworodnym, oczywiście.

 burknął Przypadek i zajął swoje miejsce przy stole

Mhm.

 

Śmierć jest udziałem ludzkiego pogłowia. Może i ktoś musi ją sprowadzać, ale ta urocza gromadka nie wydaje mi się po temu odpowiednia. Innymi słowy – o co tu, do jasnej ciasnej, chodzi? Zdecydowanie nie jest to mój typ humoru. Ja lubię dowcipy, w których mogę chociaż zgadywać pointę – tu nie mogłam. Ontologia bez sensu. Hufflepuff nie dostanie punktów :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnina – dziękuję za wskazanie błędów. Żałuję, że nie trafiłam w Twój gust, lecz cieszy mnie pozostała gromada czytelników, którzy dobrze się bawili i których udało mi się zaskoczyć. Sama nie lubię oczywistości i przewidywalności – według mnie to psuje całą… zabawę wyobraźnią ;)

Pozdrawiam serdecznie!

 

Ależ proszę – jestem jak najdalsza od palenia wszystkiego, co mnie osobiście nie podchodzi.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nowa Fantastyka