- Opowiadanie: Przemek Hytroś - Epitafium Księżycowe

Epitafium Księżycowe

Tekst już kiedyś tu był. Ale taka rocznica... Nie mogłem się oprzeć.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Epitafium Księżycowe

 

„Do pierw­szej ob­ser­wa­cji do­szło wie­czo­rem trze­cie­go dnia, czyli pierw­sze­go dnia po­by­tu w LM, krót­ko po 21.00. Naj­wy­raź­niej Al­drin zo­ba­czył to jako pierw­szy: „Obo­jęt­nie spo­glą­da­łem przez ilu­mi­na­tor Co­lum­bii i do­strze­głem coś, co wy­glą­da­ło tro­chę nie­ty­po­wo. Był to obiekt ja­śniej­szy od wszyst­kich gwiazd i nie był punk­to­wym źró­dłem świa­tła jak gwiaz­dy. W do­dat­ku po­ru­szał się na tle gwiazd. Zwró­ci­łem na to uwagę Mike’a i Neila, i wszy­scy za­czę­li­śmy go śle­dzić.”

 

 „Pierw­szy czło­wiek. Hi­sto­ria Neila Arm­stron­ga”

James R.Hansen

Wy­daw­nic­two Wiel­ka Li­te­ra

 

 

 

 

 

 

Księ­życ przy­po­mi­nał lśnią­cy, biały owoc za­wie­szo­ny na nie­bo­skło­nie. Wy­da­wa­ło się, że wy­star­czy się­gnąć i scho­wać go do kie­sze­ni, albo opra­wić w ramkę, by upięk­szał puste miej­sce nad ko­min­kiem. Świa­tło od­bi­te od po­wierzch­ni sa­te­li­ty było tej nocy tak silne, że przy­ćmie­wa­ło nawet naj­ja­śniej­sze gwiaz­dy.

– Ale wiel­gach­ny – po­wie­dzia­ła Karen, od­su­nę­ła z czoła jasny ko­smyk wło­sów i po raz ko­lej­ny po­chy­li­ła się nad oku­la­rem te­le­sko­pu.

– Pięk­na peł­nia – po­wie­dział roz­par­ty na ławie Neil i upił łyk piwa. Taras, na któ­rym od­po­czy­wał wraz z córką, tonął w stru­gach srebr­ne­go bla­sku. – Dawno ta­kiej nie było. Chyba na­puchł od tej dumy.

Dziew­czyn­ka wy­pro­sto­wa­ła się i usia­dła obok ojca. Pod­ku­li­ła nogi, bose stopy scho­wa­ła pod koc, choć nie mu­sia­ła się oba­wiać prze­zię­bie­nia. Gru­dzień w tej czę­ści kraju za­wsze był ła­ska­wy dla noc­nych ob­ser­wa­to­rów.

– I oni na­praw­dę tam są?

– Na­praw­dę. Pew­nie wła­śnie skła­da­ją łazik.

– Super. To musi być fajne, tak sobie jeź­dzić po Księ­ży­cu.

– Na pewno.

– A dla­cze­go wam nie dali ła­zi­ka?

– Mię­li­śmy waż­niej­sze spra­wy na gło­wie. Li­czy­ło się samo lą­do­wa­nie i spa­cer.

– No tak – przy­po­mnia­ła sobie Karen. – Nie było pew­no­ści, czy w ogóle się uda…

Mil­cze­li przez chwi­lę. W końcu dziew­czyn­ka ziew­nę­ła i opar­ła głowę o ramię ojca.

– Idź spać. Późno już. Twoi bra­cia dawno chra­pią jak bobry.

– No co ty – oży­wi­ła się. – Prze­cież to ostat­nia misja. Nie prze­ga­pię tego. Poza tym, obie­ca­łam wuj­ko­wi Eu­ge­ne’owi, że o pół­no­cy mu po­ma­cham. A on zrobi to samo. Zo­sta­ła jesz­cze go­dzi­na.

– Do­sta­nę jutro burę od mamy, że nie po­zwa­lam ci się wy­spać. – Uśmiech­nął się i objął córkę, ręką. – Ale skoro obie­ca­łaś… Obiet­ni­c na­le­ży do­trzy­my­wać.

Sie­dzie­li jakiś czas, chło­nąc uspo­ka­ja­ją­cą ciszę, która szczel­nym ko­ko­nem okry­wa­ła mia­stecz­ko.

– Tato? – za­gad­nę­ła po ja­kimś cza­sie Karen.

– No?

– Po­wiem ci coś, ale… mu­sisz to za­cho­wać dla sie­bie.

– Prze­cież wiesz…

– Pa­mię­tasz jak ci mó­wi­łam, że Lydia od dłuż­sze­go czasu nie cho­dzi do szko­ły.

– Tak. Jakaś cho­ro­ba…

– No bo… Jutro jesz­cze idzie na ba­da­nia, ale po­dob­no… Jest duża szan­sa, że to nie­ule­czal­ne. Może nawet śmier­tel­ne. Ro­dzi­ce nic jej nie mówią, ale pod­słu­cha­ła roz­mo­wę le­ka­rzy. Ona jest za­ła­ma­na. A ja nie wiem jak ją po­cie­szyć. – Dziew­czyn­ka pod­ku­li­ła nogi, ra­mio­na i brodę opar­ła na ko­la­nach. – To moja naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka. Nie wiem co zro­bię gdy… To zna­czy… To wszyst­ko bez sensu.

Neil nic nie mówił przez kilka minut. Nigdy nie był zbyt wy­lew­ny. Nie lubił też wy­mą­drzać się, czy dawać rad w tak trud­nych spra­wach. Zwłasz­cza w ta­kich. Wie­dział jed­nak, że córka po­trze­bu­je jego wspar­cia.

– Słu­chaj…  – za­czął ostroż­nie. – Gdy byłem na woj­nie, miesz­kał u nas w bazie jeden stary Ko­re­ań­czyk. Ktoś w szta­bie po­peł­nił błąd, zbom­bar­do­wa­no bu­dyn­ki cy­wil­ne. On stra­cił wtedy całą ro­dzi­nę. Pew­ne­go dnia przy­szedł po pro­stu do nas, bo nie wi­dział co ma ze sobą zro­bić. Kie­dyś roz­ma­wia­łem z nim o tym co się stało. Wszy­scy mie­li­śmy wy­rzu­ty su­mie­nia. Za­py­ta­łem, jak radzi sobie po ta­kiej stra­cie? Wiesz… Oni tam mają rożne dziw­ne re­li­gie. Po­wie­dział mi, że jego ro­dzi­na żyje nadal, więc on też musi.

– Ale jak to?

– Nie wiem, czy do­brze go zro­zu­mia­łem, strasz­nie dukał, a ja z ko­re­ań­skie­go zna­łem le­d­wie kilka zdań… Ale wy­da­je mi się, że we­dług jego wiary, to co prze­rwa­ne tutaj, gdzieś in­dziej trwa, jakby nigdy się nie skoń­czy­ło.

– Czyli gdzie? W Nie­bie?

– Nie, ra­czej w innym cza­sie, albo pod innym Księ­ży­cem. Tam, gdzie bomby tra­fi­ły we wła­ści­wy cel. Tak jakoś to ujął. Nie wiem… Pew­nie coś po­krę­ci­łem.

– Cie­ka­we…

– Z Ellen na pewno bę­dzie do­brze. Ale nie myśl o tym za dużo. Wiem, że mając trzy­na­ście lat trud­no to zro­zu­mieć. Co jak gadam… Ja mam trzy razy wię­cej, a sam wielu rze­czy chyba nigdy nie pojmę. Po pro­stu… cza­sem coś się wy­da­rza i już. Czy tego chce­my, czy nie.

Za­pa­dła cisza, prze­ry­wa­na je­dy­nie ci­chym kon­cer­tem cykad, do­bie­ga­ją­cym z po­bli­skiej łąki. Neil wie­dział, że Karen ob­ra­ca teraz w gło­wie każde jego słowa. Może ukła­da­ła z nich mapę, może cho­wa­ła do tylko sobie zna­nych szu­fla­dek, by kie­dyś wy­do­być i wy­ko­rzy­stać. Nie chciał psuć tej chwi­li ja­ki­miś na­pu­szo­ny­mi mą­dro­ścia­mi. Przy­tu­lił ją tylko i po­wie­dział:

– Prze­śpij się chwi­lę. Obu­dzę cię o pół­no­cy.

– Tato?

– Tak?

– Opo­wiesz mi jutro znowu, jak le­cia­łeś na Księ­życ?

– Opo­wiem ci.

 

*

 

Neil Arm­strong po raz ko­lej­ny spoj­rzał przez ilu­mi­na­tor mo­du­łu księ­ży­co­we­go Eagle, chcąc jesz­cze raz przyj­rzeć się mi­go­czą­ce­mu świa­teł­ku, od­da­lo­ne­mu od po­jaz­du o ja­kieś dwie­ście me­trów. Z wnę­trza stat­ku nie można było stwier­dzić, czym jest nie­spo­dzie­wa­ny gość, który tak bar­dzo za­sko­czył swoją obec­no­ścią za­rów­no ekipę misji księ­ży­co­wej, jak i sztab ludzi w Cen­trum Kon­tro­li Misji.

W klau­stro­fo­bicz­nym, peł­nym elek­tro­ni­ki po­miesz­cze­niu po­ja­wił się Buzz Al­drin.

– Coś się zmie­ni­ło?

– Nic. Nadal tylko pul­su­je. Gdy wyjdę, mo­że­cie na­gry­wać, ale wąt­pię, czy zła­pie­cie coś wię­cej.

– Je­steś go­to­wy? – Buzz za­czął spraw­dzać, czy klam­ry i łą­cze­nia kom­bi­ne­zo­nu trzy­ma­ją.

– Tak, cho­ciaż pocę się jak mysz.

– Po­wi­nie­neś już przy­wyk­nąć.

– Do tych maj­tek nigdy się nie przy­zwy­cza­ję. Strasz­nie piją w kroku.

Męż­czyź­ni za­czę­li się śmiać. Żarty były ty­po­wym spo­so­bem na za­ma­sko­wa­nie na­pię­cia.

– Dobra, wy­glą­da to nie­źle – oznaj­mił Buzz i klep­nął ko­le­gę w ramię. – Mo­żesz pa­ko­wać się do CM. Mike już czeka.

– W końcu będę mógł roz­pro­sto­wać kości. Ho­ust­on… – rzu­cił do mi­kro­fo­nu przy ustach. –  Prze­cho­dzę do mo­du­łu do­wo­dze­nia.

Masz zie­lo­ne świa­tło na spa­cer – po­twier­dził kon­tro­ler dy­żur­ny gło­sem przy­pró­szo­nym przez trza­ski i dwie­ście dzie­sięć ty­się­cy ki­lo­me­trów lo­do­wa­tej pust­ki. – Wszyst­kie zgody za­twier­dzo­ne przez „Górę”. Po­wo­dze­nia.

Neil ode­pchnął się od ścia­ny w kie­run­ku nie­wiel­kie­go włazu sta­no­wią­ce­go przej­ście mie­dzy po­łą­czo­ny­mi po­jaz­da­mi. Wnę­trze po­dłuż­ne­go walca, no­szą­ce szum­ne miano mo­du­łu do­wo­dze­nia, przy­po­mi­na­ło trze­wia wiel­kie­go stwo­ra, któ­re­go or­ga­ny wy­mie­nio­no na elek­trycz­ne prze­wo­dy, ela­stycz­ne węże i mi­go­czą­ce prze­łącz­ni­ki. Mike Col­lins le­wi­to­wał we wnęce pod ścia­ną i maj­stro­wał coś przy ple­ca­ko­wym sys­te­mie pod­trzy­my­wa­nia życia.

– Jak tam, Mike? – po­wie­dział Arm­strong i za­czął prze­ci­skać się w kie­run­ki ko­le­gi.

Col­lins wy­cią­gnął mały śru­bo­krę­cik z ust i scho­wał go do kie­sze­ni.

– Był prze­ciek na złą­czu od­pro­wa­dza­ją­cym. Nic wiel­kie­go. Pew­nie próż­nia za­ła­twi­ła­by pro­blem, ale wo­la­łem wy­mie­nić uszczel­kę. Tak na wszel­ki wy­pa­dek.

Neil uniósł kciuk do góry.

– Jasne. Przyj­rzę się jesz­cze temu po lą­do­wa­niu. Teraz mu­si­my jakoś wpa­ko­wać ten kla­mot na moje plecy.

Pół go­dzi­ny póź­niej Mike Col­lins, zmę­czo­ny i spo­co­ny po walce z PLSS, znik­nął w ciem­nym tu­ne­li­ku. Po chwi­li gar­dziel od­dzie­la­ją­ca stat­ki zo­sta­ła za­czo­po­wa­na kil­ko­ma ca­la­mi me­ta­lu. Od tego mo­men­tu do­wód­ca misji Apol­lo 11 mógł li­czyć tylko na sie­bie.

W ska­fan­drze ci­śnie­nio­wym czuł się jak ogrom­na, na­pom­po­wa­na ma­skot­ka, wrzu­co­na do za­gra­co­ne­go ma­ga­zyn­ku. Na gło­wie miał już hełm, więc sły­szał tylko wła­sny od­dech. Chciał od­ru­cho­wo otrzeć kro­ple z czoła, ale po­wstrzy­mał się w ostat­niej chwi­li. Od­wró­cił się w kie­run­ku kon­so­li ste­ru­ją­cej. Uru­cho­mił zawór roz­dziel­czy, blo­ku­ją­cy do­pływ tlenu, i wdu­sił kilka prze­łącz­ni­ków na pa­ne­lu, roz­po­czy­na­jąc pro­ce­du­rę de­her­me­ty­za­cji ka­bi­ny. Na­stą­pił gło­śny syk, który cichł w miarę jak po­wie­trze opusz­cza­ło moduł do­wo­dze­nia. Kiedy ci­śnie­nie zo­sta­ło wy­rów­na­ne, po­fru­nął w górę i szarp­nął waj­chę włazu. Nie chcia­ła ru­szyć więc po­mógł sobie drugą ręką. Pod­da­ła się. Pchnął ją lekko, tak by opar­ła się na za­wia­sach o ka­dłub, i wci­snął sko­bel za­bez­pie­cza­ją­cy przed przy­pad­ko­wym za­mknię­ciem. Na­stęp­nie cof­nął się do ka­bi­ny, po czym wy­cią­gnął z jed­nej z sza­fek gruby zwój liny, zwień­czo­ny na obu koń­cach ka­ra­bin­ka­mi. Jeden za­mo­co­wał do klam­ry przy ple­ca­ku, drugi do uchwy­tu tuż pod otwar­tym wła­zem.

Był go­to­wy.

– Ho­uston… Wy­cho­dzę poza moduł do­wo­dze­nia – za­mel­do­wał.

 Wziął kilka głę­bo­kich wde­chów. Już miał ode­pchnąć się ku górze i sta­nąć na trzy­stop­nio­wej we­wnętrz­nej dra­bin­ce, gdy nagle gło­śnik hełmu wy­pluł serię trza­sków.

Neil?… Tu Deke Slay­ton.

– Witaj, Deke. Co masz dla mnie?

Tylko jedną proś­bę: bądź ostroż­ny.

– Nie martw się, ko­le­go. Chło­pa­ki z „dzie­wiąt­ki” po­ra­dzi­li sobie bez­błęd­nie. Bę­dzie­my mieli to prze­ćwi­czo­ne, gdyby bli­żej Księ­ży­ca po­ja­wi­ły się ja­kieś kło­po­ty.

Pa­mię­taj, że prio­ry­te­tem jest lą­do­wa­nie i wasz bez­piecz­ny po­wrót. Masz pół go­dzi­ny. Zbliż się na tyle, ile bę­dzie moż­li­we, do­ko­naj ob­ser­wa­cji, i pakuj się z po­wro­tem do Co­lum­bii.

– Przy­ją­łem.

Trzy mi­nu­ty póź­niej, po krót­kiej gim­na­sty­ce spo­wo­do­wa­nej prze­ci­ska­niem się przez wąski otwór, stał na ostat­nim szcze­blu dra­bin­ki i pa­trzył w otwar­tą prze­strzeń ko­smo­su. Gwiaz­dy przy­ćmie­wał za­gad­ko­wy gość, który z tej per­spek­ty­wy nie był le­piej wi­docz­ny niż zza ilu­mi­na­to­rów. Arm­strong za­uwa­żył jed­nak, że nie po­tra­fi oce­nić dy­stan­su do świetl­ne­go fe­no­me­nu, ani jego rze­czy­wi­stej wiel­ko­ści. Raz wy­da­wał mu się tuż na wy­cią­gnię­cie ręki, a po ko­lej­nym mru­gnię­ciu, od­da­lo­ny o całe ki­lo­me­try.

Spoj­rzał w kie­run­ku LM. Za trój­kąt­ny­mi szkla­ny­mi ta­fla­mi do­strzegł twa­rze ko­le­gów – na­pię­te i sku­pio­ne.

– No dobra – mruk­nął cicho do sie­bie. –Trze­ba się zbie­rać.

Wy­pły­nął mięk­ko z ciem­ne­go wnę­trza i chwy­cił się ze­wnętrz­ne­go uchwy­tu. Choć pę­dzi­li z re­la­tyw­nie ogrom­ną pręd­ko­ścią, nie od­czu­wał żad­nej siły dzia­ła­ją­cej na jego ciało. Po pro­stu mknął przez rzekę czer­ni razem z gwiezd­nym tan­de­mem, ni­czym jego za­trzy­ma­ny w trak­cie obie­gu sa­te­li­ta.

Pu­ścił uchwyt i le­ciut­ko ode­pchnął się od ka­dłu­ba w kie­run­ku pul­su­ją­ce­go mia­ro­wo świa­tła.

– Ho­uston… Za­czy­nam próbę roz­po­zna­nia.

To było jak skok w nie­skoń­cze­nie głę­bo­ką stud­nię, na któ­rej końcu ja­śniał przy­bysz. Gdyby zmru­żyć oczy, można by uznać, że owo świa­teł­ko to drzwi pro­wa­dzą­ce z ciem­no­ści w jasny dzień.

– Obiekt nie jest re­gu­lar­ną kulą – za­czął re­la­cję, wie­dząc, że każde jego słowo zo­sta­nie uwiecz­nio­ne na ta­śmie. – To ra­czej elip­sa. Nie jest też jed­no­li­ty. Skła­da się jakby… z warstw świa­tła. Ze­wnętrz­na po­wierzch­nia wy­da­ję się być bar­dzo cien­ka, jakby… roz­rze­dzo­na. To ona tak pul­su­je. A ra­czej puch­nie i kur­czy się. W samym cen­trum widać nie­prze­nik­nio­ny jasny punkt. Na razie nie widzę wię­cej szcze­gó­łów.

Gdy był mniej wię­cej w po­ło­wie dłu­go­ści liny, coś się zmie­ni­ło. Ze­wnętrz­ny bąbel świa­tła za­czął pęcz­nieć. Rósł gwał­tow­nie, ni­czym bańka my­dla­na na­dmu­chi­wa­na nie­wi­dzial­ny­mi usta­mi.

Neil, za­cho­waj ostroż­ność – Arm­strong usły­szał w słu­chaw­ce głoś Col­lin­sa. Ko­le­dzy przy­kle­je­ni do ilu­mi­na­to­ra mu­sie­li do­strzec zmia­nę.

– Ho­uston, za­szła jakaś re­ak­cja w ob­rę­bie fe­no­me­nu. Jego, część… otocz­ka, zbli­ża się do mnie z dużą pręd­ko­ścią.

Przy­ją­łem. Ra­dzi­my wra­cać do po­jaz­du.

– W tym mo­men­cie i tak nie­wie­le mogę zro­bić. Gdy lina się skoń­czy po­sta­ram się szyb­ko wy­co­fać.

Ku jego zdzi­wie­niu, gdy cien­ka pę­po­wi­na łą­czą­ca go z we­hi­ku­ła­mi roz­cią­gnę­ła się na pełną dłu­gość, nie po­czuł szarp­nię­cia, które po­win­no po­cią­gnąć astro­nau­tę w tył. Po pro­stu za­wisł w miej­scu, zu­peł­nie jak wspi­nacz, który od­padł od ścia­ny i dynda na końcu liny.

– Chło­pa­ki… nie wiem jak to po­wie­dzieć… W oko­li­cy obiek­tu dzia­ła jakaś siła. Po­wie­dział­bym, że to cią­że­nie, ale pew­nie mi nie uwie­rzy­cie.

Cisza trwa­ła dobre pięć se­kund.

Ro­zu­miem. Czy od­czu­wasz ja­kieś ne­ga­tyw­ne skut­ki tego stanu?

– Nie. – Ob­ró­cił się, chwy­cił linę, pod­cią­gnął się lekko, by po paru ru­chach rę­ka­mi zwol­nić uchwyt. Nie­mal na­tych­miast sa­mo­czyn­nie wró­cił do po­przed­niej po­zy­cji. – Mogę się cof­nąć, ale ewi­dent­nie to mnie przy­cią­ga.

– Spraw­dza­my wła­śnie tra­jek­to­rię lotu stat­ków. Nie widać od­chy­leń od kursu.

Po­twier­dzam – ode­zwał się Al­drin – żad­nych ano­ma­lii.

Ledwo astro­nau­ta skoń­czył mówić, na­stą­pi­ła ko­lej­na zmia­na.

– Cze­kaj­cie, to zwal­nia – za­mel­do­wał Neil.

Świe­tli­sta po­wło­ka za­trzy­ma­ła się kil­ka­na­ście me­trów przed Arm­stron­giem. Wi­dział teraz, że skła­da się z drob­niut­kich, mi­go­czą­cych iskier, jakby po jej we­wnętrz­nej stro­nie znaj­do­wa­ły się mi­liar­dy ru­chli­wych świe­tli­ków. In­tu­icyj­nie wy­cią­gnął obie dło­nie do przo­du. Czuł się tak, jakby leżał na kra­wę­dzi ta­ra­su, pod któ­rym roz­po­ście­ra się prze­paść. Wy­raź­nie czuł cię­żar rąk. Jakby w od­po­wie­dzi mi­go­czą­ce punk­ci­ki przedar­ły się przez pół­prze­źro­czy­stą błonę i po­pły­nę­ły ku niemu. Roz­iskrzo­ne po­to­ki czą­stek oto­czy­ły jego palce, przed­ra­mio­na, hełm. Po chwi­li uno­sił się we­wnątrz ko­ko­nu utka­ne­go z czy­ste­go świa­tła.

– Pięk­ne… – po­wie­dział, przy­glą­da­jąc się dło­niom.

To co na­stą­pi­ło potem, przy­po­mi­na­ło mięk­ki lot w wy­jąt­ko­wo re­al­ny sen.

W gło­wie Neila po­ja­wi­ły się roz­ma­za­ne ob­ra­zy, po­wo­li na­bie­ra­ją­ce kon­kret­nych kształ­tów i ko­lo­rów. Zo­ba­czył ciem­ne niebo, a na nim Księ­życ, jak wiel­ki biały owoc. Usły­szał tupot drob­nych, bo­sych stóp na drew­nia­nym ta­ra­sie. Chciał coś po­wie­dzieć, ale potem wpadł w spi­ra­lę barw i dźwię­ków, by wy­pły­nąć wprost w cie­płe po­po­łu­dnie. Przez szybę dziw­ne­go po­jaz­du, ob­ser­wo­wał z góry ja­kieś mia­stecz­ko, za­le­wa­ne przez płyn­ny kar­ma­zyn. Za­mknął po­wie­ki. Po­czuł za­pach je­sien­nych liści. Gdy po­now­nie otwo­rzył oczy uj­rzał jakąś smu­kłą bu­dow­lę z nie­wy­raź­nym zna­kiem na szczy­cie. Po­śród ludzi zgro­ma­dzo­nych pod bu­dyn­kiem od­zna­cza­ła się ko­bie­ca syl­wet­ka ob­le­czo­na w biel. Usły­szał w gło­śni­kach hełmu swoje imię. Ktoś go wołał. Z ca­łych sił pró­bo­wał od­po­wie­dzieć, ale słowa nie chcia­ły wy­do­być się z jego ust. Jakby stru­ny gło­so­we prze­sta­ły współ­pra­co­wać z ośrod­kiem mowy.

Nagle wszyst­ko zni­kło za­stą­pio­ne przez wy­buch se­kwen­cji ko­lo­rów: zie­lo­ny, nie­bie­ski, fio­le­to­wy, fio­le­to­wy, żółty, biały… biały, biały, biały… A póź­niej wszyst­ko od nowa, i jesz­cze raz. Gdy pro­jek­cja po­wtó­rzy­ła się znowu, oczy astro­nau­ty prze­sta­ły prze­ka­zy­wać obraz do mózgu. Wie­dział, że ma otwar­te po­wie­ki, ale wi­dział tylko do­sko­na­łą czerń. Potem uświa­do­mił sobie, że nie czuje ciała. W jed­nej chwi­li jego świa­do­mość zga­sła, ni­czym zdmuch­nię­ta świe­ca.

 

*

 

– Na­gra­li­ście te fa­jer­wer­ki? – za­py­tał Neil z tru­dem ścią­ga­jąc z sie­bie kom­bi­ne­zon.

– Tak – po­twier­dził Buzz. – Mamy wszyst­ko.

– Na­praw­dę nie pa­mię­tasz jak wró­ci­łeś do stat­ku? – wtrą­cił się Col­lins.

– Nie bar­dzo. Był ze mną kon­takt?

– No tak – stwier­dził Mike, po­da­jąc Arm­stron­go­wi uni­form. – Jak to coś znik­nę­ło, po­wie­dzia­łeś, że wra­casz. I po pro­stu wró­ci­łeś.

 – A te dwie mi­nu­ty? – za­py­tał Al­drin.

– Jakie dwie mi­nu­ty? – zdzi­wił się Neil.

– Tuż zanim za­czę­ła się heca z tymi ko­lo­ra­mi, za­mil­kłeś na nie­mal sto dwa­dzie­ścia se­kund. My­śle­li­śmy, że coś ci się stało.

Do­wód­ca ubie­rał się w mil­cze­niu. Było cia­sno, więc trwa­ło to dobre dzie­sięć minut. W końcu do­piął suwak kom­bi­ne­zo­nu i spoj­rzał na ko­le­gę.

– Nie wiem, co się wy­da­rzy­ło. Chyba od­pły­ną­łem.

Al­drin przy­glą­dał się jakiś czas ko­le­dze.

– Co dalej? – za­py­tał w końcu.

– Nic – skwi­to­wał Neil. – Mamy na­gra­nie. Resz­ta to już nie nasze zmar­twie­nie. Cze­ka­my na de­cy­zję Cen­trum Kon­tro­li, ale ja nie widzę prze­ciw­wska­zań, by kon­ty­nu­ować misję. Nic mi nie jest. Tra­jek­to­ria lotu bez za­strze­żeń. Żad­nych po­wo­dów do nie­po­ko­ju.

 Buzz i Mike spoj­rze­li po sobie.

– Ho­us­ton… – rzu­cił do słu­chaw­ki przy ustach Mike Col­lins. – Jakie są dal­sze wy­tycz­ne?

 

*

 

Sze­ro­ki taras wy­cho­dził da­le­ko poza smu­kłą szkla­ną wie­rzę Trice Tower, dzię­ki czemu prze­by­wa­ją­cy na nim lu­dzie mieli przy­jem­ne wra­że­nie za­wie­sze­nia po­mię­dzy od­le­głą o trzy­dzie­ści pię­ter zie­mią, a bez­wstyd­nie błę­kit­nym nie­bem. Z tej per­spek­ty­wy bu­dy­nek Bia­łe­go Domu oraz strze­li­sty Po­mnik Wa­szyng­to­na przy­po­mi­na­ły bu­dow­le z kloc­ków lego, po­sta­wio­ne na zie­lo­nym dy­wa­nie w dzie­cię­cym po­ko­ju. Licz­ne oso­bo­we i do­staw­cze gra­wi­lo­ty śmi­ga­ły zwin­nie nad sto­łecz­ny­mi bu­dyn­ka­mi po nie­wi­dzial­nych, nie­mal ide­al­nie sy­me­trycz­nych szla­kach.

Przy jed­nym z ta­ra­so­wych sto­li­ków, wci­śnię­tym mię­dzy mi­nia­tu­ro­we palmy, a prze­źro­czy­stą taflę ścia­ny osło­no­wej, sie­dzia­ło dwóch sta­rusz­ków i po­pi­ja­ło nie­śpiesz­nie kawę. Ubra­ni byli ele­ganc­ko, choć tro­chę sta­ro­mod­nie: białe ko­szu­le, kra­wa­ty, ide­al­nie wy­pra­so­wa­ne spodnie.

Męż­czyź­ni co jakiś czas zer­ka­li do do­ku­men­tów i no­te­sów le­żą­cych na drew­nia­nym bla­cie. Mimo iż ko­lej­ny panel kon­fe­ren­cji za­czy­nał się do­pie­ro za go­dzi­nę, mu­sie­li przy­go­to­wać się do wy­kła­du i jesz­cze raz prze­śle­dzić py­ta­nia, za­pro­po­no­wa­ne wcze­śniej przez or­ga­ni­za­to­rów.

W końcu jeden z nich odło­żył no­tat­ki i od­chy­lił się na wi­kli­no­we opar­cie krze­sła.

– No dobra – po­wie­dział i ski­nął na prze­cho­dzą­cą obok kel­ner­kę. – Muszę tro­chę od­sap­nąć. Masz ocho­tę na szkla­necz­kę szkoc­kiej? Jedna na pewno nie za­szko­dzi. Zresz­tą, mów­ni­ca jest dosyć da­le­ko od pierw­szych rzę­dów.

Jego kom­pan za­śmiał się, ścią­gnął oku­la­ry i po­tarł skro­nie dłoń­mi.

– Dzię­ki, Buzz. Zo­sta­nę przy kawie. Tylko to udało mi się wy­ne­go­cjo­wać z moim le­ka­rzem.

– No tak, za­po­mnia­łem. Rana po ope­ra­cji do­skwie­ra?

– Nie bar­dzo. Ta dzi­siej­sza me­dy­cy­na…

– Sły­sza­łem, że przez chwi­lę było groź­nie.

– Tak, ale dali radę. Teraz mam serce jak trzy­dzie­sto­la­tek.

Kel­ner­ka przy­nio­sła szkoc­ką. Al­drin upił łyk i za­pa­trzył się w zło­ci­sty płyn w szklan­ce.

– Wi­dzia­łem pro­jek­ty ko­lo­nii – po­wie­dział po chwi­li. – Cał­kiem do­brze to wy­glą­da. Za dwa lata wy­sy­ła­ją pierw­szy moduł.

– Wy­bie­rasz się na Marsa? – za­py­tał Arm­strong.

– Ja? Czemu nie? Jeśli tylko NASA zbu­du­je tam odział ge­ria­trycz­ny.

– Wtedy to może i ja się wy­bio­rę.

– Ha! Chciał­bym zo­ba­czyć te na­głów­ki gazet: „Dzia­dek Arm­strong wraca w gwiaz­dy”.

Były astro­nau­ta uśmiech­nął się i upił łyk kawy.

Potem męż­czyź­ni mil­cze­li przez jakiś czas ob­ser­wu­jąc kra­jo­braz w dole.

– My­ślisz, że znaj­dą tam ślady Życz­li­wych? – prze­rwał w końcu ciszę Al­drin. – Mówi się, że mogli mieć bazę w ja­ski­niach w Do­li­nie Ma­ri­ne­ra.

– Nie sądzę – od­parł Arm­strong i za­my­ślił się.

Bez trudu przy­po­mniał sobie wszech­ogar­nia­ją­ce wra­że­nie ob­co­ści pod­czas swo­je­go wyj­ścia poza moduł do­wo­dze­nia i spo­tka­nia z Po­słań­cem (jak teraz po la­tach na­zy­wa­no nie­zwy­kły obiekt, który na­wie­dził misję Apol­lo 11). Długi czas spe­ku­lo­wa­no, z któ­re­go za­kąt­ka ko­smo­su przy­był. Jed­nak eme­ry­to­wa­ny do­wód­ca wy­pra­wy księ­ży­co­wej nie był w ogóle pewny, czy po­cho­dził z na­sze­go ko­smo­su. Nigdy i z nikim nie po­dzie­lił się tymi prze­my­śle­nia­mi. Uznał, że ta spra­wa po­win­na być roz­wi­kła­na przez ludzi na co dzień zaj­mu­ją­cych się ta­ki­mi za­gad­nie­nia­mi. On był tylko zwy­kłym in­ży­nie­rem i ob­la­ty­wa­czem pro­to­ty­pów sa­mo­lo­tów, stat­ków ko­smicz­nych, a póź­niej gra­wi­lo­tów.

Nagle coś pod ster­tą kar­tek na stole za­czę­ło na­chal­nie brzę­czeć.

Al­drin po­grze­bał tam chwi­lę, po czym wy­cią­gnął te­le­fon. Urzą­dze­nie było nowe, ale sty­li­zo­wa­ne na star­sze mo­de­le – z nu­me­rycz­ną kla­wia­tu­rą i małym wy­świe­tla­czem.

– Córka – po­wie­dział pa­trząc w ekra­nik. – Roz­wo­dzi się. Nie chcę cię w to wcią­gać. Jeśli nie masz nic prze­ciw­ko, pójdę na chwi­lę do hallu.

– Jasne. Nie ma pro­ble­mu.

Buzz wstał i po kilku se­kun­dach znik­nął w trze­wiach szkla­ne­go gi­gan­ta.

Życz­li­wi… Tak ich ochrzczo­no. Neil ob­ró­cił w gło­wie kilka razy to słowo, i ko­rzy­sta­jąc z chwi­li sa­mot­no­ści, za­to­nął we wspo­mnie­niach.

Misję księ­ży­co­wą do­pro­wa­dzo­no do końca. Pod­czas kwa­ran­tan­ny szcze­gó­ło­wo prze­ba­da­no astro­nau­tów – wy­jąt­ko­wo do­kład­nie Neila. Nie wy­kry­to ni­cze­go nie­zwy­kłe­go. Jego „spa­cer” po­sta­no­wio­no za­ta­ić. Sam Arm­strong szcze­gól­nie na to na­le­gał. Uzna­no, że astro­nau­ci będą mieć wy­star­cza­ją­co dużo na gło­wie, gdy kwa­ran­tan­na się za­koń­czy. W ra­por­tach po­ja­wi­ły się je­dy­nie suche wzmian­ki o dziw­nym obiek­cie, za­ob­ser­wo­wa­nym pod­czas lotu.

Potem za­bra­no się za na­gra­nie. De­szy­fra­cja trwa­ła ponad pół roku. Po za­mia­nie se­kwen­cji ko­lo­rów na licz­by, oka­za­ło się, że prze­kaz wska­zu­je kon­kret­ną datę, oraz współ­rzęd­ne geo­gra­ficz­ne na Ziemi. Czas: 13 Paź­dzier­ni­ka, 1972 roku. Miej­sce: śro­dek  Pa­cy­fi­ku.

Stany Zjed­no­czo­ne nie mogły wy­słać tam swo­ich lot­ni­skow­ców bez po­wia­do­mie­nia Rosji i Chin. Trwa­ła Zimna Wojna. Ruchy floty zo­sta­ły­by uzna­ny przez inne mo­car­stwa za ma­new­ry wo­jen­ne. John­son mu­siał więc do­ga­dać się z kon­ku­ren­ta­mi. Przy oka­zji oka­za­ło się, że So­wie­ci wie­dzą już co nieco o go­ściach, gdyż pod­czas star­tów swo­ich ra­kiet, rów­nież mieli z nimi do czy­nie­nia.

Osta­tecz­nie, po trzech mie­sią­cach per­trak­ta­cji w wy­zna­czo­nym miej­scu po­ja­wi­ły się po­łą­czo­ne siły mor­skie USA, Rosji i Chin. Na stat­kach, prócz woj­sko­wych, znaj­do­wa­li się za­pro­sze­ni do pro­gra­mu na­ukow­cy z wielu kra­jów. We­dług hi­sto­ry­ków, był to pierw­szy suk­ces Życz­li­wych. Skłó­co­ne na­ro­dy współ­dzia­ła­ją­ce we wspól­nym przed­się­wzię­ciu… Miej­scu spo­tka­nia rów­nież przy­pi­sy­wa­no spe­cjal­ną sym­bo­li­kę. Ponoć w ten spo­sób obcy chcie­li dać lu­dziom do zro­zu­mie­nia, że dary, które przy­no­szą, na­le­żą się wszyst­kim miesz­kań­com Ziemi. Arm­strong, z cha­rak­te­ry­stycz­nym dla sie­bie sto­icy­zmem, pa­trzył na te teo­rie z przy­mru­że­niem oka. Nie li­czył zbyt­nio, że świat sta­nie się od tej pory oazą spo­ko­ju.

Przy­bysz po­ja­wił się do­kład­nie tam, gdzie za­po­wie­dział, punk­tu­al­nie co do se­kun­dy. Z tym, że teraz ob­ser­wo­wa­ły go dzie­siąt­ki szkla­nych źre­nic apa­ra­tów i kamer. Spek­takl świetl­ny przy­po­mi­nał ten pod­czas pierw­sze­go kon­tak­tu, lecz trwał ponad trzy go­dzi­ny. A potem zo­stał po­wtó­rzo­ny, tak jak gdyby jego twór­cy chcie­li się upew­nić, że zo­sta­nie pra­wi­dło­wo za­re­je­stro­wa­ny. Na­gra­nia udo­stęp­nio­no opi­nii pu­blicz­nej. Uzna­no, że wy­da­rze­nie ta­kie­go ka­li­bru nie może stać się ta­jem­ni­cą. Poza tym, brało w nim udział tyle ludzi, że wy­ciek in­for­ma­cji o spo­tka­niu stał­by się kwe­stią czasu.

Po wy­ko­na­niu swo­je­go za­da­nia Po­sła­niec na­tych­miast od­le­ciał i nigdy już nie po­wró­cił. Wszyst­kie ob­ser­wo­wa­ne wcze­śniej zja­wi­ska, z nim (albo z nimi) zwią­za­ne, usta­ły. Dane, jakie lu­dzie otrzy­ma­li w po­sta­ci świetl­nych kodów, na­tych­miast za­czę­to ana­li­zo­wać i prze­twa­rzać, aby jak naj­szyb­ciej do­wie­dzieć się kim są obcy i co mają do po­wie­dze­nia. Prócz naj­tęż­szych ma­te­ma­tycz­nych umy­słów, do pracy za­przę­gnię­to pierw­sze su­per­kom­pu­te­ry. Mimo to cały pro­ces de­szy­fra­cji trwał ponad dwa lata.

Koń­co­wy wynik za­sko­czył jed­nak wszyst­kich. Cyfry nie zdra­dza­ły po­cho­dze­niu Po­słań­ca ani jego na­tu­ry. Wska­zy­wa­ły na­to­miast zu­peł­nie nową cząst­kę ele­men­tar­ną (na­zwa­ną potem bo­zo­nem Hig­g­sa). Jej hi­po­te­tycz­ne ist­nie­nie zo­sta­ło za­pro­po­no­wa­ne przez kilku na­ukow­ców ledwo de­ka­dę wcze­śniej. Tym cza­sem, we­dług wzo­rów prze­ka­za­nych przez świetl­ne­go go­ścia, bozon fak­tycz­nie ist­niał. Co wię­cej, lu­dzie zo­sta­li ob­da­rze­ni kom­plet­nym „prze­pi­sem” na jego wy­od­ręb­nie­nie.

Przez na­stęp­ne lata w kilku kra­jach za­czę­to bu­do­wać tak zwane „Zder­za­cze ha­dro­nów”. Rów­no­cze­śnie pra­co­wa­no nad wy­ko­rzy­sta­niem po­zy­ska­nej wie­dzy w prak­ty­ce. Miało to wpływ na wiele dzie­dzin życia. Przy­śpie­szył roz­wój ta­kich nauk jak che­mia, in­ży­nie­ria ma­te­ria­ło­wa, bio­tech­no­lo­gia, czy me­dy­cy­na. Rów­no­cze­śnie po­ja­wi­ło się też wiele gło­sów kry­ty­ki. No bo skąd wia­do­mo, że in­ten­cje ob­cych były fak­tycz­nie po­ko­jo­we? Co jeśli od­kry­cia do­pro­wa­dzą ludz­kość do ka­ta­stro­fy?

Arm­strong sta­rał się przyj­mo­wać te wszyst­kie re­we­la­cje z dy­stan­sem. Nie są­dził, by Przy­bysz był na­rzę­dziem za­gła­dy. Kto­kol­wiek go wy­słał, na pewno mógł za­gro­zić Ziemi na wiele dużo prost­szych spo­so­bów. Z dru­giej stro­ny ist­nia­ły obawy, czy nowe tech­no­lo­gie zo­sta­ną wy­ko­rzy­sta­ne we wła­ści­wy spo­sób. Neil przez pe­wien czas tylko się przy­glą­dał, ale gdy ru­szy­ły prace nad pęd­ni­ka­mi gra­wi­ta­cyj­ny­mi – po­zor­nie ubocz­nym skut­kiem odzia­ły­wań czą­stek ele­men­tar­nych, za­an­ga­żo­wał się w pro­jekt bez resz­ty.

 

*

 

Słoń­ce wi­sia­ło nad ho­ry­zon­tem, po­ma­rań­czo­we i cięż­kie. Wy­da­wa­ło się, że lada chwi­la pęk­nie, za­le­wa­jąc mia­stecz­ka i wsie w dole stru­ga­mi płyn­ne­go złota. Neil stał na pod­jeź­dzie domu, obok za­par­ko­wa­ne­go gra­wi­lo­tu, i uzbro­jo­ny w oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, pa­trzył wprost na spuch­nię­tą gwiaz­dę. W końcu oczy za­czę­ło go piec, więc wy­cią­gnął z ba­gaż­ni­ka po­jaz­du tecz­kę i wszedł do domu.

Gdy tylko prze­kro­czył próg sa­lo­nu, jego wzrok padł na kilka du­żych wa­li­zek pod ścia­ną.

Janet po­ja­wi­ła się w drzwiach kuch­ni. Stała przez chwi­lę w mil­cze­niu ze zło­żo­ny­mi rę­ka­mi na pier­siach. Neil po­sta­wił tecz­kę na ziemi.

– Jest na górze? – za­py­tał żonę.

– Tak. Tylko nie rób jej wy­kła­du. Pro­szę.

Neil nic nie od­po­wie­dział. Zdjął kurt­kę i po­wie­sił na krze­śle. Na­stęp­nie po­szedł do dru­gie­go po­ko­ju. Przy stole sie­dział Rick. Cały blat przed nim zaj­mo­wa­ły no­tat­ki i książ­ki.

– Cześć, tato – po­wie­dział chło­pak.

– Hej. A ty dalej nad tym sie­dzisz?

– Mhm. We wto­rek eg­za­min, a ja nadal nie mogę zro­zu­mieć teo­rii pól. Po­mo­żesz mi?

– Pew­nie. Ale wie­czo­rem. Teraz muszę po­roz­ma­wiać z twoją sio­strą.

Rick spoj­rzał na ojca.

– Trud­na spra­wa.

– Zo­ba­czy­my. Mark się od­zy­wał?

– Rano. Mówił, że może utknąć na kilka dni pod Uluru. Prze­ka­zał, że mamy się nie mar­twić.

Neil wes­tchnął. Nie mar­twić się – po­my­ślał. Dobre sobie.

– Idę – po­wie­dział i ru­szył w kie­run­ku scho­dów pro­wa­dzą­cych na pię­tro. – Jeśli nie zejdę za pół go­dzi­ny, dzwoń po Gwar­dię Na­ro­do­wą.

Po chwi­li sta­nął przed nie­bie­ski­mi drzwia­mi. Za­pu­kał de­li­kat­nie w chłod­ne drew­no.

Jakiś czas nic się nie dzia­ło. A potem usły­szał ciche:

– Pro­szę.

Wszedł do po­ko­ju. Karen le­ża­ła na łóżku wtu­lo­na w po­dusz­kę. Unio­sła głowę. Po­wie­ki miała odpuch­nię­te od pła­czu. Gdy zo­ba­czy­ła ojca, prze­wró­ci­ła ocza­mi i przy­kry­ła głowę jaś­kiem.

– Odejdź – do­bie­gło spod wełny i pie­rza.

– Karen… – po­wie­dział po­jed­naw­czym gło­sem Neil i usiadł na skra­ju łóżka.

– Przy­sze­dłeś się pa­stwić?

– Nie. Przy­sze­dłem za­brać cię na prze­jażdż­kę. Chcę ci coś po­ka­zać.

– Nie chcę. Idź sobie.

Neil zdjął po­dusz­kę z głowy córki.

– Daję ci pięć minut. Jak nie zej­dziesz, po­le­cę sam.

Dwie mi­nu­ty póź­niej Arm­strong sie­dział za ste­ra­mi gra­wi­lo­tu i na zmia­nę zer­kał to na drzwi wej­ścio­we domu, to na nad­gar­stek. Gdy wska­zów­ki ze­gar­ka wska­za­ły do­kład­nie dzie­więt­na­stą, po­wie­dział:

– Trzy… Dwa… Jeden…

Drzwi skrzyp­nę­ły. Na ta­ra­sie po­ja­wiła się Karen. Neil uśmiech­nął się chy­trze i otwo­rzył po­kry­wę wej­ścio­wą pa­sa­że­ra. Córka wsia­dła nie pa­trząc na niego i przy­kle­iła nos do szyby.

– Oby to było coś war­te­go uwagi – mruk­nę­ła.

Po­jazd ode­rwał się od ziemi i za­czął wzno­sić się pio­no­wo.

– No po­wiedz to – wy­du­ka­ła po ja­kimś cza­sie Karen, ob­ser­wu­jąc ma­le­ją­ce domy i drze­wa.

– Co? – za­py­tał Neil, uda­jąc, że nie wie o co cho­dzi.

– To co za­wsze po­wta­rza­łeś: że Robbi to nie jest od­po­wied­ni chło­pak dla mnie. Że w końcu mnie rzuci.

Były astro­nau­ta otwo­rzył usta ale zaraz je za­mknął. Za­miast po­wie­dzieć jakiś fra­zes, do­ci­snął moc­niej stery. Gra­wi­lot za­czął wzno­sić się szyb­ciej.

Karen ode­rwa­ła czoło od wi­zje­ra i spoj­rza­ła na ojca ze zdzi­wie­niem w oczach.

– Co ro­bisz? Mó­wi­łeś, że gra­wi­lo­ty mają ogra­ni­cze­nie do pię­ciu­set me­trów.

– Te ko­mer­cyj­ne tak. Nie za­po­mi­naj, że pra­cu­ję w cen­trum kon­struk­cyj­nym.

Gdy ma­szy­na osią­gnę­ła pułap pię­ciu ki­lo­me­trów, Arm­strong pu­ścił drą­żek. Ma­szy­na za­ko­ły­sa­ła się lekko i znie­ru­cho­mia­ła.

– I co teraz? – za­py­ta­ła dziew­czy­na.

– Patrz.

Przed przed­nią szybą roz­po­ście­rał się widok na całe mia­stecz­ko. Czer­wo­ne słoń­ce wła­śnie zni­ka­ło za wy­raź­nie za­krzy­wio­ną linią ho­ry­zon­tu. Ostat­nie pro­mie­nie wy­strze­li­ły nagle na wszyst­kie stro­ny. Płyn­ny kar­ma­zyn zalał bu­dyn­ki i ko­ro­ny drzew. Ma­leń­kie z tej per­spek­ty­wy dachy za­mi­go­ta­ły róż­ny­mi od­cie­nia­mi szkar­ła­tu i fio­le­tu. Od­le­głe o kilka ki­lo­me­trów je­zio­ro roz­iskrzy­ło się ko­lo­ra­mi, któ­rych Karen nawet nie umia­ła na­zwać.

Dziew­czy­na pa­trzy­ła na ten nie­sa­mo­wi­ty spek­takl sze­ro­ko roz­war­ty­mi ocza­mi. W pur­pu­ro­wej po­świa­cie uto­nę­ła czer­wień na jej po­wie­kach i po­licz­kach.

Po­ło­ży­ła dłoń na ręce Neila.

– Dzię­ku­ję, tato.

 

*

 

Tak. Gra­wi­lo­ty zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wa­ły trans­port na­ziem­ny i ko­smicz­ny. Nie wy­ma­ga­ły sta­łe­go pa­li­wa, siła cią­że­nia nie sta­no­wi­ła dla nich żad­nej prze­szko­dy. Dzię­ki nim nie­wie­le ponad pięt­na­ście lat po pierw­szej wi­zy­cie czło­wie­ka na Księ­ży­cu, za­czę­to tam bu­do­wać bazę. Dziś był to cał­kiem spory kom­pleks, w któ­rym rów­no­cze­śnie mogło prze­by­wać nawet ty­siąc osób. Ale to miał być tylko przy­sta­nek w dro­dze do dal­szej eks­plo­ra­cji. W ko­lej­ce cze­kał już Mars, a potem… Kto wie. Po­dró­że mię­dzy­gwiezd­ne nadal po­zo­sta­wa­ły w sfe­rze spe­ku­la­cji, ale wy­da­wa­ło się, że wrota do Ukła­du Sło­necz­ne­go zo­sta­ły otwar­te.

Mimo ogrom­ne­go tech­no­lo­gicz­ne­go prze­sko­ku, za­gad­ki Życz­li­wych, nigdy nie udało się roz­wią­zać. Kim byli? Dla­cze­go prze­ka­za­li lu­dziom tak cenny dar? Teo­rie rosły jak grzy­by po desz­czu. Jedna szcze­gól­nie mocno wro­sła w kul­tu­rę. We­dług niej obcy prze­wi­dzie­li, że Zie­mię czeka w nie­da­le­kiej przy­szło­ści jakiś ka­ta­klizm, więc po­sta­no­wi­li dać młod­szym ko­le­gom szan­sę na uciecz­kę i ura­to­wa­nie ga­tun­ku. Jed­nak były astro­nau­ta jakoś nie po­tra­fił się do niej prze­ko­nać. „Ko­smicz­ne przed­szko­le” – tak to na­zy­wał. Osta­tecz­nie, po pro­stu przy­jął, że kie­dyś lu­dzie się do­wie­dzą. Albo nie.

– Neil?! – głos Buzza Al­dri­na wy­rwał Arm­stron­ga z za­my­śle­nia.

– Wró­ci­łeś…

– Pięć minut temu. Nie­źle od­pły­ną­łeś.

– Ze­bra­ło mi się na wspo­min­ki. Ponoć sta­rzy lu­dzie tak mają.

– Słu­chaj… Chcia­łem z tobą jesz­cze o czymś po­ga­dać zanim wró­ci­my na wy­kład. Wcze­śniej, przez ten cały cyrk po lą­do­wa­niu, nie było oka­zji. Potem od­sze­dłeś z NASA… A nie wiem kiedy spo­tka­my się znowu.

Neil spoj­rzał na kom­pa­na. Wy­da­wał się za­wsty­dzo­ny… Buzz Al­drin rzad­ko się wsty­dził.

– Mów śmia­ło.

– Cho­dzi o te dwie mi­nu­ty, gdy nie było z tobą kon­tak­tu.

– Tak?

– Zo­ba­czy­łeś coś wtedy. To zna­czy… Coś wię­cej niż te świetl­ne fa­jer­wer­ki. Je­stem pe­wien. Wi­dzia­łem to w two­ich oczach. Po­wiedz, co to było?

Neil uśmiech­nął się le­d­wie za­uwa­żal­nie, sa­my­mi ką­ci­ka­mi ust.

– Fak­tycz­nie, nie wia­do­mo kiedy znowu bę­dzie oka­zja – po­wie­dział po chwi­li. – Nie mó­wi­łem ni­ko­mu, nawet Janet, bo do dziś nie je­stem pe­wien, czy to był prze­kaz od Po­słań­ca, czy ja­kieś moje uro­je­nia, ale… Nie wiem jak ci to po­wie­dzieć. Długo nad tym roz­my­śla­łem i po la­tach do­sze­dłem do wnio­sku, że… Ode­bra­łem chyba coś w ro­dza­ju aktu do­brej woli. Jakby chcie­li dać mi pre­zent na po­wi­ta­nie.

– Ale co to było? – do­py­ty­wał Al­drin.

Neil wziął głę­bo­ki wdech.

– Różne frag­men­ty z mo­je­go życia. Takie, które nie miały miej­sca. To zna­czy… mo­gły­by się wy­da­rzyć, gdy­by­śmy wcze­śniej mieli tę całą wie­dzę. – Arm­strong ścią­gnął oku­la­ry i ści­snął ką­ci­ki oczu. Potem spoj­rzał w bok, na ru­chli­we mia­sto. – A może to wszyst­ko się wy­da­rzy­ło, ale w innym cza­sie, pod innym Księ­ży­cem.

Buzz pa­trzył na ko­le­gę przez długi czas. Nie było pewne, czy czeka na dal­szy ciąg wy­zna­nia, czy usi­łu­je zro­zu­mieć, co wła­ści­we stary kum­pel miał na myśli. Neil za­wsze był dla niego enig­mą. Cza­sem nie chciał mówić wprost. Cza­sem nie po­tra­fił.

– Na­praw­dę nie wiem, jakim cudem wy­trzy­ma­li­śmy osiem dni, za­mknię­ci z tobą w tym me­ta­lo­wym pudle – sko­men­to­wał w końcu, po czym dopił whi­sky i wstał. – Idę po­de­rwać jakąś dzien­ni­kar­kę. Ponoć te ostre nadal lubią ro­man­so­wać z astro­nau­ta­mi.

Al­drin za­ło­żył ma­ry­nar­kę, po­zbie­rał swoje no­tat­ki do skó­rza­nej tecz­ki, i ru­szył do wyj­ścia. Kiedy mijał Arm­stron­ga, za­trzy­mał się i po­ło­żył rękę na jego ra­mie­niu.

– Cie­szę się, że byłem tam wła­śnie z tobą.

Neil skie­ro­wał ku niemu twarz. Mimo sta­ro­ści, cię­ża­ru lat i kło­po­tów, nadal ema­no­wał z niej chło­pię­cy urok, mocny ni­czym blask świa­tła prze­bi­ja­ją­cy się przez per­ga­min.

– Z wza­jem­no­ścią, ko­le­go. Z wza­jem­no­ścią…

 

 

*

 

Ko­śció­łek na skra­ju lata. To było pierw­sze sko­ja­rze­nie, gdy Neil zo­ba­czył nie­wiel­ki, drew­nia­ny bu­dy­nek, zwień­czo­ny krót­ką wieżą z krzy­żem na szczy­cie. Świą­ty­nię ota­cza­ły drze­wa, któ­rych li­ście pa­mię­ta­ły jesz­cze go­rą­cy dotyk słoń­ca, ale zdą­ży­ły już prze­siąk­nąć pa­ste­lo­wy­mi bar­wa­mi je­sie­ni.

Na ka­mien­nym ta­ra­sie przed wej­ściem stała grup­ka ludzi. Roz­po­znał Janet, Ricka i Marka. Bra­cia uśmie­cha­li się i roz­ma­wia­li o czymś żywo. Ucie­szył się na ten widok. Odkąd star­szy syn za­an­ga­żo­wał się w ba­da­nia na uni­wer­sy­te­cie, a młod­szy za­czął re­gu­lar­nie jeź­dzić na wy­pra­wy, rzad­ko mógł zo­ba­czyć ich razem.

I oczy­wi­ście doj­rzał Karen. Wy­glą­da­ła prze­pięk­nie. Jej długa, biała suk­nia się­ga­ła ziemi. W ja­snych wło­sach miała wple­cio­ne kwia­ty. Tam w środ­ku cze­kał na nią Ste­ven. Dobry chło­pak.

Córka za­uwa­ży­ła go i po­ma­cha­ła na przy­wi­ta­nie. Od­wza­jem­nił gest, a potem za­mknął oczy. Na po­licz­kach czuł cie­pło słoń­ca, noz­drza wy­peł­niał mu głę­bo­ki za­pach je­sie­ni. Czy można ocze­ki­wać od życia cze­goś wię­cej? – po­my­ślał i ru­szył ku swo­jej ro­dzi­nie.

 

Koniec

Komentarze

Mam dziwne wrażenie, że już to cczytałam. I obrazek też pamiętam.

Podobało mi się tak, jak poprzednio. :)

Przemku, czym to Epitafium Księżycowe różni się od tego, które czytałam na początku kwietnia tego roku?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie. Ale w dzisiejszą rocznicę nie mogłem się oprzeć.

Rozumiem, okazja to zaiste wyjątkowa i Twoje Epitafium Księżycowe jest bardzo dobrym sposobem na jej upamiętnienie.

Ponieważ doskonale pamiętam opowiadanie przeczytane w kwietniu, powtórzę, że z przyjemnością poznałam Twoją wersję doniosłego wydarzenia sprzed półwiecza, wzbogaconą opisami wypadków, choć fikcyjnych, to znakomicie komponujących się z tym, co miało miejsce naprawdę. No i w bardzo wiarygodny sposób przybliżyłeś postaci uczestników pierwszej wyprawy na Księżyc.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja wcześniej nie czytałam. Ale też i miałam rok z okładem przerwy „użytkowniczej”.  

Tekst w nastroju bardzo przyjemnie spokojny, taki Życzliwy właśnie? I bardzo dobry, ze starannie odmierzoną kroplą fantastyki. Trochę nostalgiczny, refleksyjny, pięknie wykorzystujący niedopowiedzenia i tajemnice, jakie od lat towarzyszą skąpo dawkowanym informacjom o lotach Apollo. Nader zgrabnie wpleciony wątek osobisty bohatera. Podoba mi się. Tak!

 

W ramach standardowej łapanki: odnotowałam braki interpunkcyjne. Co prawda nie należą one do tych, które znacząco wpływałaby na klarowność przekazu, tym niemniej dla tak pieczołowicie opracowanego opowiadania byłoby lepiej, gdyby je uzupełnić. I jeszcze parę innych takich tam:

 

Jest duża szansa, że to nieuleczalne.

Przyznam, że nagminne używanie, szczególnie w mediach, rzeczownika „szansa”, gdy mowa o potencjalnych zagrożeniach, wyprowadza mnie z równowagi. (Dużo bardziej niż „bynajmniej”, bo to cudo już dawno obłaskawił Młynarski, ale na poziomie “owy” – w zwrotach typu “owy dzień”) Jak nie „szansa wystąpienia powodzi” czy „szansa na uderzenie tornado” wtryniana do komunikatów pogodowych, to „szansa na atak terrorystów” i „szansa na złapanie ptasiej grypy” ogłaszana na portalach informacyjnych. Rany julek, przecież to stare, zasiedziałe w naszym języku słowo – «możliwość powodzenia w jakiejś sprawie lub zaistnienia jakichś pożądanych okoliczności»! Niekontrolowana szczerość dziennikarzy, codzienne budzących się z nadzieją na szansę zdobycia świeżutkiego trupa to jedno, a kontrolowany tekst literacki to drugie. A więc NIE!

 

– Nie wiem, czy dobrze go zrozumiałem, strasznie dukał, a ja z koreańskiego znałem ledwie kilka zdań…

Pomimo, że w dialogu czyli de facto języku mówionym, to i owo jest dopuszczalne a nawet pożądane, coś mnie w tym zdaniu niemiło łaskocze. Zwykle nie pozwalam sobie na ingerencje w koncepcje autorskie, ale tym razem zaryzykuję. Tak bym podrasowała: – Nie wiem, czy dobrze go zrozumiałem, bo on po angielsku strasznie dukał, a ja z koreańskiego znałem ledwie kilka zwrotów

Chciał odruchowo otrzeć krople z czoła, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Odwrócił się w kierunku konsoli sterującej.

Z lekka zgrzytliwego powtórzenia „się” można byłoby uniknąć, łącząc zdanie ostatnie z poprzedzającym przy pomocy spójnika „i”.

 

Trzy minuty później, po krótkiej gimnastyce spowodowanej przeciskaniem się przez wąski otwór (…)

Nie przemyślałbyś podmianki „spowodowanej” na „wymuszonej”? Tak tylko proponuję, bo treści w tym alternatywnym słowie jest więcej.

 

Tym czasem, według wzorów przekazanych przez świetlnego gościa, bozon faktycznie istniał.

Tymczasem według wzorów(…)

Tym czasem, szczęśliwie już minionym, nie ma co sobie teraz głowy zaprzątać.

 

Co więcej, ludzie zostali obdarzeni kompletnym „przepisem” na jego wyodrębnienie.

„obdarowani” – różnica subtelna a istotna.

Piękny tekst. Bardzo zgrabnie udało Ci się połączyć fakty z fantastyką. Spokojnie, refleksyjnie, magicznie… Wyjątkowo przyjemna w odbiorze lektura. Ode mnie biblioteczny kliczek :)

Opinia właściwie taka sama jak poprzednio :) Tekst fajny, ładnie łączysz wątki rzeczywiste z fantastycznymi. Postacie wyraźne. Dobry pokaz fajerwerków na rocznicę :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo fajna, realistyczna SF. Dla mnie, w młodości pasjonata astronautyką, szczególnie podziałało na wyobraźnię. Sylwetka Neila zarysowana dokładnie według moich wyobrażeń. Akcja toczy się niespiesznie, jakby z godnością, co generuje dodatkowy nostalgiczny klimat. W sumie jestem kontent. Brawa i klik.

 

Dwie literówki:

przejście miedzy połączonymi pojazdami.

 

półprzeźroczystą

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Czytałam wersję na becie i nadal tak samo podoba mi się plastyczność opisów, emocje i drugie życie Karen w świecie, w którym coś się nie skończyło i trwa pod innym księżycem. “Widzę” ten tekst, może też za sprawą filmu, który odświeżyłam sobie na rocznicę. Doklikuję zatem do biblioteki :)

Bardzo dziękuję za komentarze i kliki. Chwilowo mam ograniczone możliwości poprawek ale obiecuję usunięcie wszystkie błędów w najbliższych dniach.

Jeden z tekstów, które czytałam na samym początku moich wizyt na tym portalu. Byłam i wciąż pozostaję pod ogromnym wrażeniem w zasadzie wszystkiego – języka i stylu, nieśpiesznej fabuły i kreacji bohaterów, świetnie wplecionego w powszechnie znaną historię wątku fantastycznego. Ja w to wszystko po prostu wierzę i to jest magia, której szukam w literaturze.

 

Nowa Fantastyka