- Opowiadanie: Sonata - W jej rękach

W jej rękach

Początek mojej powieści przygodowej.

Oceny

W jej rękach

Prolog

Starzec Orm czuł, że zbliża się jego koniec. Z każdym dniem miał coraz mniej sił, a ból w chorej nodze stawał się coraz większy. Był emerytowanym żołnierzem, w latach młodości służył w królewskiej armii, uraz kończyny zarobił na jednej z wojen. Mieszkał w górach na dość dużej wysokości, na zupełnym odludziu, jednak nie przeszkadzało mu to. Przynajmniej miał spokój. 

Tego dnia po przebudzeniu czuł się wyjątkowo źle. 

 -Być może to mój ostatni poranek – powiedział sam do siebie. 

Postanowił, że skoro jego życie może dzisiaj dobiec końca, pójdzie zobaczyć góry. Uwielbiał je, w młodości całymi dniami po nich wędrował, teraz ograniczał się tylko do krótkich spacerów, ponieważ chora noga nie pozwalała mu na więcej. Przypomniał sobie piękne miejsce, wysoko wśród skał, obok strumienia, usiane morzem kwiatów, z którego roztaczał się widok na niemal cały świat. Kiedyś często się tam zapuszczał. 

 -Umrzeć tam, to by było coś – szepnął z rozmarzoną miną. 

Miejsce znajdowało się dość daleko, w dodatku nie był pewien, czy pamięta jeszcze drogę do niego. Mimo to Orm dźwignął się z łóżka z gorącym postanowieniem, że dzisiaj je odnajdzie. Umył się, ubrał i po szybkim śniadaniu zabrał swoją laskę i wyszedł. 

Minęło południe, a on nie znalazł się nawet w pobliżu swojego celu. Poruszał się bardzo wolno, utykając, w dodatku miał wrażenie, że zabłądził. Wydawało mu się, że dobrze idzie, ale okazało się, że pamięć go zawiodła, nie był w stanie przypomnieć sobie drogi i znalazł się w zupełnie innym miejscu, niż chciał. Dotarł do skrzyżowania ścieżek i oparł się ciężko na lasce. 

 -Wydaje mi się, że teraz muszę iść tędy… – mruknął do siebie i poszedł w lewo. 

Godziny mijały, a starzec dalej błądził po lesie, próbując odnaleźć piękne miejsce pośród skał. Czuł się coraz gorzej, było mu zimno, burczało w brzuchu z głodu, a ból w nodze stał się nie do zniesienia. Tym razem miał jednak przeczucie, że wreszcie idzie dobrze i zaraz, dosłownie za kilka minut, tuż za tym zakrętem, odnajdzie swój cel. 

To moja ostatnia szansa, jeśli tam tego nie będzie, to będę musiał umrzeć w lesie, bo nie dam rady już dalej iść, pomyślał. Las wcale nie był takim najgorszym miejscem na śmierć. 

Ostatkiem sił dowlókł się za zakręt i jęknął z rozczarowaniem. Zamiast strumyka i pięknych kwiatów ujrzał nagie skały. Pod jedną z nich połyskiwał mały stawik. Był tak maleńki, że przypominał bardziej kałużę. 

 -Trudno, umrę tutaj – westchnął Orm. 

Okropnie chciało mu się pić, więc podszedł do stawiku i zanurzył w nim ręce, żeby nabrać wody. Drgnął zaskoczony. Woda była gorąca. 

 -Czyżbym znalazł gorące źródło? – zdziwił się. 

Takie źródła miały właściwości lecznicze, chociaż Orm wątpił, żeby w jego stanie mu to pomogło. Nie zaszkodzi jednak, jeśli uczyni sobie ostatnią przyjemność i zanurzy się w gorącej wodzie, zdjął więc ubranie i wszedł nago do stawiku. 

Ogarnęła go błogość. Po całym dniu wędrówki taka kąpiel była czymś cudownym. Leżał jakiś czas w kałuży, rozkoszując się ciepłem. Postanowił zanurzyć na chwilę głowę. Nabrał powietrza, zamknął oczy i zanurkował. 

 -Witaj, dobry człowieku – usłyszał bardzo wyraźnie kobiecy głos. 

Zamarł, przerażony. 

 -Jesteś bardzo dzielny, mimo chorej nogi udało ci się dotrzeć aż tu do mnie… Wynagrodzę ci to. Uleczę twoją nogę i wszelkie inne choroby. 

Orm poczuł mrowienie na całym ciele. Zaczął się miotać w wodzie, szukając skalnego brzegu, którego mógłby się złapać, w końcu wynurzył się, kaszląc. Natychmiast wyskoczył z wody. 

Czuł się dziwnie. Nic go nie bolało, nawet noga. Spojrzał w dół i ujrzał, że wielka blizna, którą miał od czasu wypadku, zniknęła. Zafascynowany, ostrożnie postąpił krok do przodu. Mógł normalnie chodzić. Noga była całkowicie zdrowa! Zaczął skakać na niej, krzycząc z radością. 

To źródełko musiało go uzdrowić. Najwyraźniej miało magiczne właściwości. Jednak kto do niego mówił? Uklęknął przy stawiku, nikogo jednak tam nie było. Niepewnym głosem zawołał: 

 -Halo? Jest tam kto? 

Nikt nie odpowiedział. Orm zanurzył głowę pod wodę i chwilę zaczekał, jednak głos już się nie odezwał. Gdy leżał w źródełku, słyszał słowa całkiem wyraźnie, zupełnie, jakby to woda w stawiku do niego przemawiała.

-Dziwne – mruknął. 

Stał jeszcze chwilę przy źródełku, po czym wzruszył ramionami i się ubrał. Pomyliłem się, pomyślał z radością, to jeszcze nie jest ten dzień, w którym umrę. Dawno nie czuł się tak zdrowo i rześko. Miał ochotę robić wiele rzeczy, przeżywać przygody, zdobywać świat. Wrócił do domu, pogwizdując wesoło i planując sobie najbliższe miesiące. 

1.

Gościniec biegnący przez las nie był już tak zaludniony, jak przy bramie miejskiej. Chwilę przed leśnym gąszczem rozwidlał się na cztery strony świata. Drogę prowadzącą przez las wybierano najrzadziej. Mimo to co jakiś czas pod drzewami przewijali się wędrowcy bądź wozy kupieckie.

Zewsząd dochodziło ćwierkanie ptaków, a leśny cień przyjemnie pachniał mchem i wilgotną ziemią. Lovi lekko trzymała się pnia, gotowa do skoku, na jednej z grubych gałęzi liściastego drzewa. Jej naelektryzowane, różowe włosy czepiały się kory. Była dokładnie ukryta. Za każdym razem, gdy usłyszała z daleka stukot końskich kopyt, serce zaczynało jej bić z zawrotną szybkością. Gdy jednak okazywało się, że to nie to, na co czekała, zaraz zwalniało. 

Siedzący nieco niżej na jeszcze grubszym konarze Drak nerwowo zaciskał palce na rękojeści miecza. Z jego czoła spływał pot. Po drugiej stronie pnia Sheila uważnie obserwowała drogę. Na innych drzewach po obu stronach gościńca siedział jeszcze mały tłumek Opozycjonistów, Lovi ich jednak nie widziała, bo dobrze się schowali. Pod nimi przechodzili niczego nie świadomi wędrowcy. 

Z oddali znowu dobiegł stukot, tym razem wielu kopyt. Słychać było także koła wozów toczących się po błocie. Zza zakrętu wyłonił się jeden, potem drugi, za nim jeszcze trzeci, a za nimi jeszcze pięć następnych. Lovi wstrzymała oddech. 

 -To oni – syknęła Sheila. 

Karawana kupiecka zbliżała się niespiesznie. Na każdym z wozów siedzieli ludzie, wokół nich jechali konno żołnierze. Nie było w tym nic dziwnego, jeśli kupcy przewozili cenny ładunek, wynajmowali niekiedy ludzi do jego ochrony. 

 -Dużo ich – stwierdził Drak. – Przygotujcie się! 

Kilka osób jadących na wozach skrywało się w szerokich płaszczach z kapturami. To również mogło od biedy ujść za normalne, dzień był dość chłodny, może im zimno. 

 -Czekamy na sygnał… – mruknął mężczyzna, przesuwając palcami po ostrzu miecza. 

Lecz tego, że niemal wszyscy na wozach byli uzbrojeni i niezbyt skutecznie usiłowali to ukryć, już na pewno nikt nie uznałby za normalne. Nic jednak dziwnego, że “kupcy” powzięli tak duże środki ostrożności. Na jednym z wozów jechał sam król. Lovi przyjrzała się każdej zakapturzonej postaci z osobna, nie mogła go jednak rozpoznać. 

W miarę, gdy karawana się zbliżała, serce biło jej coraz szybciej. Kiedy wozy znalazły się na wysokości drzew, na których siedzieli, Drak dał sygnał. W trójkę zeskoczyli. W tej samej chwili na ziemię skoczyli także inni Opozycjoniści i od razu zaatakowali. Żołnierze przez chwilę zamarli w osłupieniu, potem odpowiedzieli na atak.

Lovi wraz z Sheilą rzuciły się na najbliższego. Na wozach zapanowało poruszenie. Dwie z zakapturzonych postaci odrzuciły kaptury, ukazując bujne włosy. Spod płaszczy wychyliły się granatowe szaty. 

 -Czarownice… – warknął Drak. 

Kobiety zaczęły strzelać zaklęciami w Opozycjonistów po drugiej stronie drogi, lecz wtedy zza ich pleców wyszła Valencia, która odpowiedziała własnymi magicznymi atakami. Żołnierz, z którym walczyła Lovi, prawie ją trafił, zrobiła jednak szybki unik, po czym cięła go w kolano. Wrzasnął wściekle i się za nie złapał, wtedy Sheila zrzuciła go z konia. Przez hałaśliwy rozgardiasz przebił się czyjś głos: 

 -Tam jest król!

Istotnie, na jednym ze środkowych wozów Lovi rozpoznała króla Leopolda. Był to starszawy, wątły mężczyzna, który lata świetności fizycznej miał już za sobą. Gdy go odkryto, dobył jednak miecza, choć ręka mu się trzęsła. 

 -Na niego! Teraz cię dostanę! – ryknął gromko Flat, przywódca Opozycjonistów i wyciągając miecz z brzucha jednego z żołnierzy, ruszył w kierunku przerażonego monarchy. 

Wtedy trzy zakapturzone postacie otaczające króla odrzuciły kaptury. Drak zaklął ze złością. 

 -Zabrał ze sobą całą obstawę! – jęknął. 

Rzeczywiście, okazało się, że pod płaszczami kryły się jeszcze dwie czarownice i jeden czarownik. Czyli razem pięć osób z magicznymi zdolnościami – wszystkie, które służyły królowi. Nie zostawił nikogo do ochrony zamku. Opozycjoniści natomiast mieli tylko Valencię. 

Niektórzy pokonali już strażników i podążali w kierunku Leopolda, w tym Flat. Jedna z czarownic, z burzą rudych kręconych włosów, posłała w jego kierunku błyskawicę, osłonił się więc tarczą, która pękła na pół. Odrzucił ją, niewzruszony i szedł dalej. 

Młody, jasnowłosy czarownik wysłał niewidzialną falę uderzeniową, która sprawiła, że cała grupa zbliżających się od tyłu Opozycjonistów się powywracała. Potem otwartą dłoń wycelował w kierunku Flata. Zaklęcie poruszyło rękawem jego granatowej szaty. Flat się wywrócił, ale natychmiast wstał, rycząc z wściekłości. 

Tymczasem Lovi i Sheila nadal walczyły z żołnierzem, którego zwaliły z konia. W końcu Lovi wytrąciła mu miecz z ręki i wykonując wdzięczny piruet, kopniakiem powaliła go na ziemię. Stanęła nad nim z mieczem w ręku, niepewna, co ma teraz zrobić. 

 -Na co czekasz, zabij go! – krzyknęła Sheila. 

Lovi chwilę się wahała, po czym postąpiła krok do tyłu, kręcąc głową. Sheila bez słowa podeszła i podcięła żołnierzowi gardło. Zaczął charczeć i się dusić, po chwili błysnął białkami oczu i znieruchomiał. Krew szybko utworzyła dość sporą kałużę. Lovi miała ochotę zwymiotować, jednak przełknęła mocno ślinę i skoczyła pomóc Drakowi w walce z innymi żołnierzami. 

Do Flata dołączyła Valencia, osłaniając go magiczną tarczą przed zaklęciami czarownic i czarownika. Te dwie, z którymi walczyła na początku, leżały teraz nieprzytomne na drodze. Nadal jednak przewaga liczebna ich przeciwników była ogromna. Valencia musiała co chwilę odnawiać swą tarczę, bombardowaną zaklęciami trzech osób.

Jasnowłosy czarownik spojrzał do tyłu, tam, gdzie walczyła Lovi. Ich oczy się na chwilę spotkały. Dziewczyna odwróciła jednak wzrok, wracając do walki. Gdy spojrzała ponownie, czarownik już na nią nie patrzył.

Ruda czarownica przestała walczyć i wyciągnęła spod jednego z pakunków znajdujących się na wozie drewnianą miotłę. Wsiadła na nią, za nią usiadł król Leopold, trzymając się mocno płaszcza kobiety. Wzbili się w powietrze i z niewiarygodną prędkością odlecieli. 

 -Nie! – krzyknął Flat.

Czarownik i pozostała czarownica nie przestawali atakować. Valencia wyglądała na mocno osłabioną. Powaleni zaklęciem Opozycjoniści powoli dźwigali się na nogi. Przy życiu pozostało jeszcze całkiem sporo żołnierzy, którzy zaczęli zbliżać się w ich stronę. 

 -Odwrót! Nie mamy już po co tu być! Odwrót! – zarządził głośno Flat.

Wszyscy Opozycjoniści cofnęli się i dali nura w las. Lovi, gdy znalazła się w gąszczu drzew, od razu poczuła się pewniej. Zaczęła biec co sił po nierównym terenie. Znała tę drogę jak własną kieszeń, wiedziała, gdzie się schylić, gdzie skoczyć, gdzie coś ominąć. Mogłaby ją pokonać z zamkniętymi oczami. 

Długo uciekała. Gdy w końcu zyskała całkowitą pewność, że nie jest ścigana, okrężną drogą wróciła do siedziby Opozycjonistów. 

2.

 -Teraz już na pewno król nigdzie się nie ruszy – powiedział ze złością Flat.

Miał rację. Przybyli tu pięć lat temu, a przez ostatnie trzy, za każdym razem, gdy Leopold próbował opuścić swój zamek i dokądś pojechać, napadali go. Nigdy jednak nie udało im się go dostać – był za dobrze chroniony. Mimo to nie zrażali się i napadali na niego regularnie. Król niestety zaczął przez to coraz rzadziej wyjeżdżać z Arkalii. 

Flat nienawidził Leopolda, czyli swojego brata, bo po śmierci poprzedniego króla, ich ojca, bezprawnie objął tron, który należał się tak naprawdę Flatowi, ponieważ był starszy. Niestety, gdy jego ojciec umarł, Flat przebywał akurat na wyprawie wojennej. Podczas jego nieobecności Leopold rozpuścił pogłoski, że jego brat zginął w bitwie, wobec czego może bez przeszkód objąć tron. Gdy Flat powrócił, zastał koronowanego Leopolda, który natychmiast wygnał go z zamku. Nikt nie chciał uwierzyć, że jest księciem, bo na owej wyprawie wojennej przebywał bardzo długo i jego wygląd diametralnie się zmienił przez ten czas, musiał więc opuścić Arkalię, stolicę.

Postanowił jednak walczyć o sprawiedliwość. Zebrał odpowiednią ilość ludzi i wrócił. Jego sprzymierzeńcy nazywali siebie Opozycjonistami. Flat chciał z ich pomocą zabić króla Leopolda i wtedy wkroczyć na scenę, by odebrać należną sobie koronę. 

 -Potrzebujemy więcej czarownic – odrzekł Drak. 

 -Ależ to oczywiste. Tylko tych jest niezmiernie mało i spotkać taką to cud – Flat głośno odstawił kielich na stół. 

 -Potwierdzam – zgodziła się Valencia. – Szukam moich koleżanek po fachu już od wielu lat i do tej pory nie poszczęściło mi się. Oprócz tych czarownic, które zgromadził król i mnie, w całym naszym kraju, z tego co wiem, jest jeszcze tylko jedna – niestety, jest już stara i schorowana, nie mogłaby nam pomóc. 

 -Można by poszukać w innych krajach… Tyle, że taka podróż zajęłaby mnóstwo czasu, a mi tutaj cały czas potrzebni są wszyscy – zastanawiał się Flat. – Z każdym dniem wydaje mi się, że jestem coraz dalszy od zabicia Leopolda… 

 -Nie mów tak – Rebeka, jego żona, pogłaskała go po ramieniu. – Musimy wierzyć, że będzie dobrze. 

Wszyscy zajęli się jedzeniem. Wszyscy, oprócz Lovi, która siedziała tylko, wpatrując się tępo w kawałek mięsa na jej talerzu. Nie mogła jeść. Ciągle miała przed oczami rzekę krwi wylewającą się z gardła żołnierza. 

 -Powinnaś już przywyknąć - Sheila rzuciła jej karcące spojrzenie. – Tyle razy widziałaś już, jak ktoś umiera, a nadal nie możesz po tym jeść przez kilka godzin. 

 -Nie wiem, czy kiedykolwiek przywyknę - Lovi wzdrygnęła się. 

Sheila wzruszyła ramionami i zajęła się rozrywaniem swojego mięsa. 

 -Wiesz, podczas walki, ten ich czarownik… Patrzył na mnie – wyznała po chwili Lovi. 

 -A co w tym dziwnego? Pewnie cię kojarzy, masz różowe włosy, wyróżniasz się – odparła jej koleżanka. 

Lovi skubnęła palcami koniuszek swojego warkocza, który zawsze zaczesywała na bok. Od wielu lat farbowała włosy na różowo, był to jej znak charakterystyczny. Inni mieli blizny, tatuaże, ona kolorowe włosy. 

 -A co do przywyknięcia… Jest na to prosty sposób. Po prostu to zrób. Zabij. Pierwsza ofiara jest zawsze najtrudniejsza. Za to potem jest coraz łatwiej – powiedziała Sheila, nakładając sobie ziemniaki. 

 -Pójdę się położyć – rzuciła Lovi, wstając od stołu.

Poszła do pokoju sypialnego i nie rozbierając się, opadła na swoje łóżko. Patrząc w ścianę, rozmyślała o tym, co przed chwilą powiedziała Sheila. 

***

Następne dwa tygodnie upłynęły pod znakiem nudy. Szpiedzy Flata nie przynieśli ze sobą żadnych wieści na temat tego, by król wybierał się gdzieś w najbliższym czasie. Lovi wykonywała swoje obowiązki, a następnie włóczyła się bezsensownie po lasach. Tylko raz zdarzyło się coś niecodziennego. Podczas kolacji Valencia stwierdziła: 

 -Dzisiaj mam wenę na opowieści.

Kilka osób się ucieszyło, reszta jednak wzruszyła ramionami. Valencia miała talent do opowiadania różnych historii, ale nie wszyscy lubili taką formę rozrywki, Lovi jednak zdecydowanie do tej grupy nie należała. Uwielbiała słuchać opowieści. 

 -Opowiem wam pewną interesującą legendę… Otóż, jak wiecie, czarownic jest na świecie bardzo mało, czarowników jeszcze mniej. Dlaczego tak jest? Ponieważ magia jest kobietą. I to bardzo wybredną. Wybiera sobie osobę, która jej pasuje i jeszcze zanim się urodzi, obdarza ją talentem magicznym. Jak jednak powstała magia? Wszystko na świecie ma swój początek, magia też. Ta legenda będzie właśnie jej początku dotyczyła. 

Większość osób wstała od stołu, znudzona, pozostała tylko mała grupka, w tym Lovi, która z ciekawością nadstawiła uszu.

 -Dawno, dawno temu, gdy na świecie nie istniały jeszcze czarownice, żyła sobie pewna księżniczka – zaczęła Valencia. – Miała na imię Magia. Mieszkała w pięknym zamku otoczonym wieloma ogrodami i od urodzenia prowadziła królewskie, dostatnie życie. 

Pewnego dnia wybrała się do jednego z licznych zamkowych ogrodów i tam spotkała mężczyznę, w którym zakochała się od pierwszego wejrzenia. Długo ze sobą rozmawiali, a on coraz bardziej podobał się księżniczce. Na koniec rozmowy, zapytała go, z jakiego rodu pochodzi. On się zaśmiał i powiedział, że z żadnego. Okazało się, że jest ogrodnikiem. 

Księżniczka była w szoku, nie mogła przecież wyjść za ogrodnika, ojciec by na to nie pozwolił. Jego zawód nie zmniejszył jednak jej miłości. Zaczęli spotykać się potajemnie. Ogrodnik nie mógł jednak dłużej znieść tych podchodów. Pewnego dnia poszedł do króla, żeby prosić go o błogosławieństwo, chociaż księżniczka usilnie go namawiała, żeby tego nie robił. Król oczywiście wpadł we wściekłość i kazał go ściąć.

Na ceremonię pozbawienia ogrodnika głowy zaproszono mieszkańców wszystkich okolicznych miast i wsi, żeby wszyscy dowiedzieli się, co grozi osobom niższego stanu za zakochanie się w księżniczce. Ogrodnik miał być ukarany dla przykładu, a Magia nic nie mogła na to poradzić. W chwili, gdy topór kata właśnie opadał, by odciąć mu głowę, stało się coś nieprawdopodobnego. Jakaś niewidzialna siła wyrwała katowi topór z rąk i odrzuciła go dalej.

Był to pierwszy akt magiczny w dziejach. Zrodził się z wielkiej miłości. Magia tak bardzo kochała ogrodnika, że dokonała czegoś paranormalnego, przeczącego prawom fizyki, żeby tylko jej ukochany nie umarł. Król jednak, widząc, co się stało, podbiegł do leżącego topora i go chwycił, po czym sam, własnoręcznie, odciął głowę ogrodnikowi. Krew zabrudziła mu ręce.

Magia, widząc martwe ciało ukochanego i swojego ojca z zakrwawionymi rękami, zawyła z rozpaczy, po czym uciekła gdzieś w las. Podobno wędrowała po nim przez wiele dni, smutna, nie jedząc i nie śpiąc, nie umarła jednak z wycieńczenia. Zamieniła się w coś w rodzaju mgły i odleciała gdzieś w góry.

Od tej pory nikt jej nie widział, zaczęły za to się dziać dziwne rzeczy. Mianowicie niektóre dziewczynki rodziły się z magiczną mocą. Nieco później, w o wiele mniejszej ilości, zaczęli się rodzić również magiczni chłopcy. Niektórzy twierdzą, że to właśnie księżniczka Magia zamieniła się w magię i zaczęła wybierać sobie osoby, które obdarzała talentem magicznym. Od jej imienia to zjawisko, kiedy ktoś może kształtować rzeczywistość w sposób przeczący prawom fizyki, nazywa się magią. 

Grupka, która słuchała Valencii, zaczęła klaskać, niektórzy namawiali ją na kolejną opowieść, ona jednak się nie zgodziła, bo już nie miała ochoty na opowieści. Lovi była pod wrażeniem i żałowała, że czarownica nie poopowiada jeszcze. 

***

Pewnego dnia, gdy Lovi odebrała już zapasy warzyw od zaufanego sprzedawcy i dostarczyła je do siedziby, postanowiła iść na ulubioną polanę i poćwiczyć walkę, ponieważ Flat zawsze powtarza, żeby nigdy nie zaniedbywać treningu, bo straci się sprawność. 

Polana mieściła się dość daleko od ich siedziby, ale Lovi dość szybko tam dotarła. Wyciągnęła miecz i zaczęła walkę z cieniem. Gdy się zmęczyła, usiadła na pieńku, by odpocząć. 

Po nabraniu sił, trenowała szybkie wchodzenie na drzewo i schodzenie z niego, a także przeskakiwanie z jednego na drugie. Jak wiewiórka przemykała z gałęzi na gałąź. Na dół zeskakiwała lekko jak kot.

Po wysiłku, zdyszana, padła na trawię i zaczęła wpatrywać się w niebo. Szybko jej się to znudziło. Wstała i wyciągając nóż z pochwy na pasku opasającym jej udo, rzuciła nim w drzewo. Wbił się w sam środek pnia. Z nieprawdopodobną szybkością wyciągnęła nóż umieszczony na jej drugim udzie i również nim cisnęła. Wbił się dokładnie tam, gdzie chciała. Kolejny wyciągnęła z paska na biodrach, potem z lewego buta. Oba przecięły ze świstem powietrze i okaleczyły następne drzewa. Ostatni, wyciągnięty z prawego buta, przebił na wylot młodą, cienką brzózkę. 

 -Brawo! Zabójcza precyzja – powiedział ktoś za jej plecami. 

Błyskawicznie się odwróciła, odruchowo wyciągając miecz. Na skraju polany, między drzewami, stał jasnowłosy czarownik w granatowej szacie, ten sam, który dwa tygodnie temu brał udział w przewozie króla Leopolda. Uśmiechał się przyjaźnie, Lovi się jednak cofnęła, wiedząc, że jest to wróg. 

Znała go tylko z widzenia, nigdy wcześniej ze sobą nie rozmawiali. Spotykali się przeważnie podczas napadów na króla Leopolda, nigdy jednak nie natrafili na siebie w walce, ponieważ Lovi zwykle trzymała się na obrzeżach bitwy, czarownik zaś przebywał najczęściej w samym jej centrum, obok króla. Podsłuchiwała go także parę razy podczas szpiegowskich wypraw do zamku i spotkała go raz w mieście, na samym początku, kiedy jeszcze nie była rozpoznana jako Opozycjonistka i nie musiała się kryć. Wiedziała o nim bardzo niewiele, nie miała nawet pojęcia, jak ma na imię. 

Teraz strach chwycił ją zimną ręką za gardło. Była w pułapce. Czarownik swoimi mocami magicznymi może skutecznie uniemożliwić jej ucieczkę. Musiała coś wymyślić. 

 -Widzę, że często tu przychodzisz – powiedział, patrząc na stare dziury po nożach w innych drzewach. – To twoje ulubione miejsce? 

 -Nie – skłamała Lovi. 

Czarownik zaczął spacerować skrajem polany. 

 -Ładnie tu – stwierdził. 

Lovi zaczęła się powoli cofać. Chłopak to jednak zauważył i przemówił: 

 -Dobrze, koniec żartów. Przedstawię sprawę jasno – jego twarz spoważniała. – Pokażesz mi, gdzie jest kryjówka twoich skocznych znajomych. Wtedy wstawię się za tobą w sądzie i będziesz mogła liczyć na łagodniejszy wyrok. 

Lovi uśmiechnęła się blado. 

 -Kusząca propozycja, muszę jednak odmówić – powiedziała drżącym głosem. 

Cofnęła się jeszcze bardziej, starając zbliżyć się do linii drzew. 

 -W takim razie… – zaczął chłopak, wyciągając przed siebie ręce, nagle jednak usłyszeli świst powietrza. 

Lovi spojrzała w górę. Zza koron drzew jak pocisk wyfrunęła Valencia na miotle. Jej fioletowa szata łopotała wściekle. Ostro zahamowała i zawisła nad polaną. 

 -A co tutaj się dzieje? – zapytała. 

Spiralnym lotem zniżyła się ku ziemi i wylądowała. Zsiadła z miotły i poprawiła kapelusz. 

 -On mi grozi! – poskarżyła się Lovi cienkim głosem. 

 -Ach tak? – Valencia spojrzała groźnie na czarownika. 

Jej zielone oczy zamigotały. Naelektryzowane brązowe włosy uniosły się lekko. Lovi schowała się za nią. 

 -Tylko rozmawialiśmy – czarownik uśmiechnął się niewinnie. 

Opuścił już ręce. 

 -Może ze mną chcesz porozmawiać? – zaproponowała Valencia. 

 -Myślę, że w tej sytuacji najlepiej będzie, jeśli się rozstaniemy i każdy pójdzie w swoją stronę – odpowiedział chłopak. 

 -Dobry pomysł – fuknęła Valencia.

Czarownik zniknął w lesie. 

 -Chodź, polecimy – powiedziała czarownica. 

 -Poczekaj, tylko wezmę noże. 

Lovi zebrała broń, po czym wsiadła z nią na miotłę. 

 -Chyba będziesz musiała pożegnać się z tą polaną – rzekła Valencia. 

 -Chyba tak… - Lovi spojrzała smutno na znikającą w oddali polanę. 

 -Całe szczęście, że jest dość daleko od naszej kryjówki. Zacierałaś ślady za sobą, gdy tam chodziłaś? 

 -Oczywiście. 

 -No to nie ma obaw, że nas namierzą. 

Lovi siedziała przez chwilę w milczeniu. 

 -Valencio… Dlaczego ten czarownik nie zaryzykował walki z tobą? – zaciekawiła się. – Byliście przecież jeden na jeden. 

Valencia zaśmiała się. 

 -Wystraszył się. Nie ukończył jeszcze kursu. Mam nad nim przewagę, bo ja jestem pełnoprawną czarownicą.

 -Nie ukończył? Skąd wiesz? 

 -Można to wyczuć.

 -Ile trwa kurs czarownicy? 

 -Oj bardzo długo. Całymi latami. Rozpoczyna się go, będąc małym dzieckiem, a kończy w wieku dwudziestu czterech lat. Chłopak jest już pewnie na ostatnim bądź przedostatnim roku, więc może miałby jakieś tam szanse, ale dodając jeszcze ciebie, bardzo się zmniejszyły. 

 -Naprawdę byłabym w stanie mu zagrozić? 

 -Oj Lovi, trochę wiary w siebie. 

Leciały dalej, w stronę zachodzącego słońca.

***

Flat trochę się pozłościł, że ktoś od króla odkrył polanę Lovi, ale szybko mu przeszło. Ostatecznie nic się nie stało, nikt nie odnalazł przez to ich siedziby, bo Lovi zawsze starannie zacierała za sobą ślady.

Tydzień po tym zdarzeniu wróciła z długiego treningu. Znalazła sobie inne miejsce do ćwiczeń, nie było tak dobre, jak tamto, ale musiała się nim zadowolić. Gdy weszła do siedziby Opozycjonistów, zastała wielką imprezę. Wszyscy ucztowali wesoło wokół stołu, na którym leżał wielki, pieczony prosiak z jabłkiem w pysku. Alkohol lał się strumieniami, zewsząd słychać było podniecony gwar. 

 -Co się stało? – zapytała ze zdziwieniem przechodzącego obok Draka. 

 -Król jest chory – powiadomił ją z uśmiechem. – Śmiertelnie.

3.

Lovi ledwo widziała w tych ciemnościach. Korytarz, którym się skradała, był cichy, zimny i podmokły, wiedziała jednak, że może dzięki niemu niezauważona przemierzyć całe miasto i dotrzeć aż pod zamek.

Nie lubiła szpiegować i podsłuchiwać, dzisiaj jednak wypadała jej kolej i musiała wywiązać się ze swojego obowiązku. Flat był bardzo zadowolony, że król jest śmiertelnie chory, więc jego problem rozwiąże się sam w przeciągu kilku tygodni, lecz nie odjął przez to pracy Opozycjonistom. Nadal kazał im szpiegować, bo chciał wiedzieć, co się dzieje w zamku. Nie stracił czujności. 

Lovi szła powoli, przesuwając dłonią po ścianie. Zatrzymała się pod studzienką. Wspięła się do góry, aby być bliżej podłogi i przysiadła na wystającej cegle, po czym zamarła bez ruchu. 

Znajdowała się pod zamkową kuchnią. Usłyszała typowe dla niej dźwięki – stukanie talerzy, bulgotanie zupy, brzęk sztućców. Przez chwilę nikt nic nie mówił. Potem usłyszała głuche łupnięcie, jakby ktoś uderzył czymś drewnianym w coś miękkiego i odezwał się gruby, groźny głos: 

 -Derek! Nie podjadaj, bo po łapach! 

 -Przepraszam, szefie… – odpowiedział mu z nutą skruchy w głosie jakiś młody chłopak. 

Przez kilka minut było cicho, słychać było tylko ciężkie, powolne kroki dudniące o podłogę. 

 -Kaczka ma być gotowa za dwadzieścia minut – oznajmił szef kuchni. 

 -Nie zdążymy w dwadzieścia minut – odrzekła mu piskliwie jakaś dziewczyna. 

 -Jak to nie? – rozległo się głośne łupanie, jakby tym razem uderzał o coś metalowego. – Ile razy mam wam powtarzać?! Pracujemy w królewskiej kuchni! W kró-lew-skiej! – każdą sylabę zaakcentował metalicznym łupnięciem. – Wszystko ma być gotowe na teraz, na już, na wczoraj! 

Nagle ktoś z hukiem otworzył drzwi. Lovi usłyszała gdakanie. 

 -A po coś przyniósł tu tę kurę? – warknął szef. 

 -No bo Nikki powiedział… 

 -Kto tu jest szefem? Ja czy Nikki?! 

Nagle rozległo się donośne gdaknięcie, a po nim głośne uderzenie i jakaś ciecz z pluskiem lunęła na ziemię. Lovi odsunęła się profilaktycznie od studzienki, z której po chwili zaczęła kapać gęsta zupa pachnąca grzybami. 

 -Coś ty zrobił?! Nogi ci z dupy powyrywam! 

Nad Lovi rozgorzała okropna awantura. Wśród głośnego gdakania kury, krzyku ganianego po całej kuchni chłopaka, który ją przyniósł, metalicznych uderzeń, szlochu jednej z kucharek i śmiechu innych członków załogi przebijały się wrzaski szefa kuchni. Lovi uznała, że szybko się to nie skończy i siedząc tu, niczego się nie dowie, postanowiła więc przenieść się do innej studzienki, mieszczącej się pod kwaterami służby. 

Tam jednak również, poza plotkami na temat tego, ile kochanek ma hrabia Linde, niczego się nie dowiedziała. Nie była jednak tym zawiedziona, bo pozostała jeszcze jedna studzienka, najważniejsza. Mieściła się ona pod zamkowym dziedzińcem. Tam, jeśli dopisało szczęście, dowiadywała się ważnych rzeczy z pierwszej ręki. 

Pół godziny czekała pod dziedzińcem, w końcu jej cierpliwość została nagrodzona. Usłyszała, jak ktoś nadchodzi. 

 -…trzeba sprawdzić te pogłoski – mówił kobiecy głos. 

Lovi poznała, że mówi rudowłosa czarownica, bo już wcześniej ją słyszała. Wiedziała, że ma na imię Rewia. 

 -Jechać tak daleko z powodu pogłosek? Nie jestem przekonany – odpowiedział jej jakiś męski głos, którego nie kojarzyła. 

 – Król jest śmiertelnie chory na nieuleczalną chorobę. Te pogłoski to nasza jedyna nadzieja. W tej sytuacji potrzebna jest każda deska ratunku, nawet taka niepewna. – Lovi, nie wiedzieć czemu, wzdrygnęła się lekko, słysząc głos jasnowłosego czarownika, którego ostatnio spotkała na swojej polanie. 

 -Cosimo ma rację – poparła go Rewia. 

Ach, więc to tak ma na imię, pomyślała przelotnie Lovi. 

 -Ale źródełko, które uzdrawia wszelkie choroby? No sami pomyślcie. To brzmi absurdalnie. 

 -Nie tak absurdalnie, jak ci się wydaje. Od wieków znane są legendy o uzdrawiających źródełkach, lecz nigdy nie było wiadomo, jak je odnaleźć. Jeśli kryje się w nich ziarno prawdy, to król potrzebuje tej wody – powiedziała czarownica. 

 -Nie możemy czekać, trzeba jak najszybciej wyruszyć – dodał Cosimo. 

 -Więc działajmy. Trzeba poinformować dowódcę, a potem… – głos czarownicy oddalił się, najwyraźniej cała trójka odeszła dalej. 

Lovi poczekała jeszcze jakiś czas, lecz nic więcej nie usłyszała. Światło wpadające do kanału przez otwory w studzience zaczęło blednąć, więc ruszyła z powrotem. Chciała wrócić do siedziby przed zmrokiem. 

***

 -Oczywiste jest, że musimy im przeszkodzić… Leopold nie może wyzdrowieć… ale to źródełko… – zastanawiał się głośno Flat, gdy Lovi opowiedziała mu, czego się dowiedziała. – Co, jeśli to prawda? Jeśli rzeczywiście uzdrawia? – spojrzał pytająco na Rebekę, a ona z niewiadomych przyczyn zarumieniła się. 

 -To byłoby… cudownie – wyjąkała. 

 -Tak, przydałaby się woda z tego źródełka. Lecz nie wiemy, gdzie ono jest. Musimy ich śledzić, aż doprowadzą nas do niego. Wtedy dopiero ich zaatakujemy – postanowił Flat. - Lovi, zbierz wszystkich w sali jadalnej. 

Po jakimś czasie cała grupa Opozycjonistów zebrała się w sali jadalnej, oprócz osób, które akurat przebywały poza siedzibą. Flat wyjaśnił całą sprawę, po czym dodał: 

 -Oddział, który utworzą ludzie Leopolda, by odnaleźć źródełko, z pewnością będzie mały i łatwo będzie go rozbić, bo najsilniejszych zostawią w zamku, by chronić chorego króla. Nas jednak też nie może być dużo, abyśmy nie rzucali się w oczy i żeby nie wykryli, że ich śledzimy. 

Spojrzał po ludziach siedzących w sali. 

 -Pojedzie ze mną Valencia, Drak, Sheila, Ben i Lovi – zadecydował. 

Lovi drgnęła zaskoczona. Była ciekawa, dlaczego wybrał ją do takiego ważnego zadania. Niczym nigdy nie zabłysnęła, a jej umiejętności były dopiero w trakcie rozwijania. Być może na jego decyzję miało wpływ to, że przyniosła mu te istotne wieści.

 -Pakujcie się, przygotujcie konie i bądźcie gotowi do drogi. Mogą wyruszyć w każdej chwili. Wysłałem już zwiadowców. Gdy tylko poinformują nas, że wyruszyli, my ruszamy za nimi – Flat wziął szybki oddech, po czym kontynuował: – Co do reszty, która tu pozostanie. Nie rzucajcie się w oczy, siedźcie cicho i czekajcie na mój powrót. Nikt nie może odnaleźć naszej siedziby. Gdy mnie nie będzie, władzę przejmuje tu Rebeka. Macie się jej słuchać we wszystkim. 

Lovi odeszła po swoje rzeczy. Wyglądało na to, że czekała ją długa podróż. Najbliższe miesiące miała spędzić w drodze. Starała się jak najlepiej do tego przygotować.

Gdy wszyscy, którzy mieli wyruszyć w podróż, się spakowali, Flat nakazał im iść spać, bo prawdopodobne było, że oddział wyruszy dopiero o świcie. 

 -Kiedy tylko zwiadowcy poinformują nas o ich wymarszu, obudzę was – powiedział. 

Lovi zamknęła oczy z myślą, że wreszcie nastąpi jakaś odmiana w codziennej rutynie. 

Koniec

Komentarze

Przeczytałam prolog i część oznaczoną jedynką, i cóż, nie jest dobrze. :(

Przede wszystkim nie wiem ani o kim, ani o czym czytam. Przebolałabym jeszcze prolog, bo domyślam się, że to, co w nim opisałaś, będzie mieć chyba znaczenie w dalszym ciągu opowieści, jednak kolejny fragment mocno zniechęcił mnie do lektury. Głównie dlatego, że nie lubię czytać i nie mieć pojęcia o czym czytam – nie wiem gdzie i kiedy rzecz się dzieje, nie wiem kim są Opozycjoniści ani dlaczego zasadzili się na króla. Postaci wymienione z imion też nic dla mnie nie znaczą. Potyczka Opozycjonistów z żołnierzami i czarownicami również nie wywarła żadnego wrażenia.

Może spróbowałabym się przemóc i doczytać tekst do końca, ale cóż, fatalne wykonanie mocno zniechęca do brnięcia przez kolejne zdania. Lekturę utrudniają źle zapisane dialogi, nie zawsze poprawnie zbudowane zdania, nadmiar zaimków, powtórzenia i błędy, że o nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę.

Byłoby lepiej, Sonato, gdybyś zamiast niewiele mówiącego fragmentu powieści, zamieściła krótkie, skończone opowiadanie. Taki tekst łatwiej ocenić i łatwiej wskazać w nim usterki.

 

słu­żył w kró­lew­skiej armii, uraz koń­czy­ny za­ro­bił na jed­nej z wojen. –> Urazów się nie zarabia.

Proponuję: …słu­żył w kró­lew­skiej armii, a urazu nabawił się na jed­nej z wojen.

 

Miesz­kał w gó­rach na dość dużej wy­so­ko­ści, na zu­peł­nym od­lu­dziu… –> Może: Miesz­kał w gó­rach, dość wy­so­ko­, na zu­peł­nym od­lu­dziu

 

 -Być może to mój ostat­ni po­ra­nek – po­wie­dział sam do sie­bie. –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Ten błąd popełniasz w całym opowiadaniu.

Zbędny zaimek. 

Być może to mój ostat­ni po­ra­nek – po­wie­dział do sie­bie.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

z któ­re­go roz­ta­czał się widok na nie­mal cały świat. Kie­dyś czę­sto się tam za­pusz­czał. 

 -Umrzeć tam, to by było coś – szep­nął z roz­ma­rzo­ną miną. 

Miej­sce znaj­do­wa­ło się dość da­le­ko, w do­dat­ku nie był pe­wien, czy pa­mię­ta jesz­cze drogę do niego. Mimo to Orm dźwi­gnął się z łóżka z go­rą­cym po­sta­no­wie­niem, że dzi­siaj je od­naj­dzie. Umył się, ubrał i po szyb­kim śnia­da­niu za­brał swoją laskę i wy­szedł. Mi­nę­ło po­łu­dnie, a on nie zna­lazł się nawet w po­bli­żu swo­je­go celu. Po­ru­szał się bar­dzo wolno, uty­ka­jąc, w do­dat­ku miał wra­że­nie, że za­błą­dził. Wy­da­wa­ło mu się, że do­brze idzie, ale oka­za­ło się, że pa­mięć go za­wio­dła, nie był w sta­nie przy­po­mnieć sobie drogi i zna­lazł się w zu­peł­nie innym miej­scu, niż chciał. Do­tarł do skrzy­żo­wa­nia ście­żek i oparł się cięż­ko na lasce.

-Wy­da­je mi się, że teraz muszę iść tędy… –> Siękoza. Proponuję:

z któ­re­go widać było nie­mal cały świat. Kie­dyś czę­sto się tam za­pusz­czał. 

Umrzeć tam, to by było coś – szep­nął z roz­ma­rzo­ną miną. 

Miej­sce znaj­do­wa­ło się dość da­le­ko, w do­dat­ku nie był pe­wien, czy pa­mię­ta jesz­cze drogę do niego. Mimo to Orm wstał z łóżka z go­rą­cym po­sta­no­wie­niem, że dzi­siaj je od­naj­dzie. Umył się, ubrał i po szyb­kim śnia­da­niu za­brał laskę i wy­szedł. Mi­nę­ło po­łu­dnie, a on nie dotarł nawet w po­bli­że celu. Szedł bar­dzo wolno, uty­ka­jąc, w do­dat­ku miał wra­że­nie, że za­błą­dził. Wy­da­wa­ło mu się, że do­brze idzie, ale uznał, że pa­mięć go za­wio­dła, nie był w sta­nie przy­po­mnieć sobie drogi i trafił w zu­peł­nie inne miej­sce, niż chciał. Do­tarł do skrzy­żo­wa­nia ście­żek i oparł się cięż­ko na lasce.

Teraz chyba muszę iść tędy

 

To moja ostat­nia szan­sa, jeśli tam tego nie bę­dzie, to będę mu­siał umrzeć w lesie, bo nie dam rady już dalej iść, po­my­ślał. –> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Ostat­kiem sił do­wlókł się za za­kręt i jęk­nął z roz­cza­ro­wa­niem. –> Raczej: Ostat­kiem sił do­wlókł się za za­kręt i jęk­nął roz­cza­ro­wa­ny.

 

Okrop­nie chcia­ło mu się pić… –> Raczej: Bardzo chcia­ło mu się pić

 

Nie za­szko­dzi jed­nak, jeśli uczy­ni sobie ostat­nią przy­jem­ność i za­nu­rzy się w go­rą­cej wo­dzie, zdjął więc ubra­nie i wszedł nago do sta­wi­ku. –Zrobiłabym z tego dwa zdania. Kilkakrotnie używasz określenia stawik, więc może gdzieś użyć określenia sadzawka/ jeziorko?

Nie za­szko­dzi jed­nak, jeśli uczy­ni sobie ostat­nią przy­jem­ność i za­nu­rzy się w go­rą­cej wo­dzie. Zdjął więc ubra­nie i wszedł nago do sadzawki.

 

-Halo? Jest tam kto? –> Raczej: – Hej! Jest tam kto?

 

wzru­szył ra­mio­na­mi i się ubrał. Po­my­li­łem się… –> Może: …wzru­szył ra­mio­na­mi i przywdział ubranie. Po­my­li­łem się

 

Chwi­lę przed le­śnym gąsz­czem roz­wi­dlał się na czte­ry stro­ny świa­ta. –> Gościniec nie rozwidla się w czasie.

Proponuję: Tuż przed le­śnym gąsz­czem roz­wi­dlał się na czte­ry stro­ny świa­ta.

 

Jej na­elek­try­zo­wa­ne, ró­żo­we włosy cze­pia­ły się kory. –> Obawiam się, że to słowo nie ma racji bytu w tym opowiadaniu.

 

Pod nimi prze­cho­dzi­li ni­cze­go nie świa­do­mi wę­drow­cy. –> Pod nimi prze­cho­dzi­li ni­cze­go nieświa­do­mi wę­drow­cy.

 

Z od­da­li znowu do­biegł stu­kot, tym razem wielu kopyt. Sły­chać było także koła wozów to­czą­cych się po bło­cie. –> Skoro na drodze było błoto, to końskie kopyta chyba nie stukały…

 

Zza za­krę­tu wy­ło­nił się jeden, potem drugi, za nim jesz­cze trze­ci, a za nimi jesz­cze pięć na­stęp­nych. –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Zza za­krę­tu wy­ło­nił się wóz, potem drugi i trze­ci, a za nimi jesz­cze pięć na­stęp­nych.

 

Kiedy wozy zna­la­zły się na wy­so­ko­ści drzew, na któ­rych sie­dzie­li… –> Raczej: Kiedy wozy zna­la­zły się między drzewami, na któ­rych sie­dzie­li

 

W trój­kę ze­sko­czy­li. W tej samej chwi­li na zie­mię sko­czy­li także inni Opo­zy­cjo­ni­ści… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Ze­sko­czy­li w trójkę, a chwilę po nich na zie­mi znaleźli się także inni Opo­zy­cjo­ni­ści

 

Dwie z za­kap­tu­rzo­nych po­sta­ci od­rzu­ci­ły kap­tu­ry, uka­zu­jąc bujne włosy. –> Nie brzmi to najlepiej, zwłaszcza że wcześniej już napisałaś, że uczestnicy tej kawalkady byli zakapturzeni.

A może wystarczy: Dwie po­sta­ci od­rzu­ci­ły kap­tu­ry, uka­zu­jąc bujne włosy.

 

Wrza­snął wście­kle i się za nie zła­pał… –> Wrza­snął wście­kle i zła­pał się za nie

 

Wtedy trzy za­kap­tu­rzo­ne po­sta­cie ota­cza­ją­ce króla od­rzu­ci­ły kap­tu­ry. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

grupa zbli­ża­ją­cych się od tyłu Opo­zy­cjo­ni­stów się po­wyw­ra­ca­ła. – A może: …grupa Opozycjonistów nadchodzących od tyłu, po­wyw­ra­ca­ła się.

 

któ­re­go zwa­li­ły z konia. W końcu Lovi wy­trą­ci­ła mu miecz z ręki i wy­ko­nu­jąc wdzięcz­ny pi­ru­et, kop­nia­kiem po­wa­li­ła go na zie­mię. Sta­nę­ła nad nimmie­czem w ręku… –> Powtórzenia. Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Czym objawia się wdzięczność piruetu?

 

jed­nak prze­łknę­ła mocno ślinę… –> Na czym polega moc przełykania?

 

wie­dzia­ła, gdzie się schy­lić, gdzie sko­czyć, gdzie coś omi­nąć. –> A może: …wie­dzia­ła kiedy się schy­lić, gdzie sko­czyć, jak coś omi­nąć.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za analizę mojego fragmentu. Nie zwróciłam nigdy uwagi, że nadużywam zaimków i “się”. Szkoda, że nie przeczytałaś do końca, jest tam wyjaśnione, kto jest kim.

Sonato, wybacz szczerość – nie lubię czytać fragmentów. Po prostu szkoda mi czasu na niedokończone teksty, podczas gdy tyle jest dzieł skończonych i porządnie napisanych.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Postaram się tu wstawić jakieś swoje dokończone opowiadanie, ale jak tak porównuję z tymi tutaj, to moje teksty są kolosalnie długie. Chyba muszę napisać coś krótszego.

A przynajmniej spróbuj. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zajrzałam z ciekawości, ale niestety, podobnie jak Reg, nie poczułam się zachęcona. Poza usterkami wytkniętymi przez Reg, zwróciłabym uwagę ogólnie na styl, któremu zdarza się rozmijać z poprawną polszczyzną. Ot, choćby taki kawałek:

 

Gościniec biegnący przez las nie był już tak zaludniony, jak przy bramie miejskiej. Chwilę przed leśnym gąszczem rozwidlał się na cztery strony świata. Drogę prowadzącą przez las wybierano najrzadziej. Mimo to co jakiś czas pod drzewami przewijali się wędrowcy bądź wozy kupieckie.

Tu właściwie bardzo trudno wskazać, co jest źle, bo w zasadzie każde zdanie zgrzyta. Gościniec nie może być zaludniony, bo zaludnianie oznacza osadzanie ludzi na jakimś terenie, a nie podróżników. Na gościńcu nie było takich tłumów jak… O chwili i rozwidlaniu już Reg napisała. Wybieranie drogi oznaczałoby, że podróżnicy dojeżdżali do rozstajów, po czym zastanawiali się, gdzie by tu pojechać. A tymczasem większość ludzi podróżuje w jakimś konkretnym celu, więc nie wybierają drogi ot tak, tylko jadą tą, która prowadzi do celu. Droga przez las była najmniej uczęszczana. Przewijanie się pod drzewami też nie brzmi dobrze. Przemykali skoro była to niebezpieczna droga?

 

Rada na przyszłość: staraj się pisać zwyczajnie, bez ozdobników. Bo mam wrażenie, że silisz się na skomplikowany styl i to nie wychodzi.

 

Oraz przychylam się do rady, żebyś zamieściła skończone opowiadanie. Fragmenty nie cieszą się powodzeniem, a na dodatek nie są w grafiku dyżurnych, więc mało kto je czyta.

 

Polecam też zapoznanie się z tym poradnikiem:

 

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

 

PS. Kolosalnie długie opowiadania czyli jakie? Powyżej 100k znaków to już mikropowieści. Też małe szanse, że ktoś przeczyta.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję za komentarz. Rzeczywiście są takie momenty w moim pisaniu, kiedy staram się używać ozdobnego stylu, ale dopiero się z tym oswajam, więc pewnie dlatego kulawo to wychodzi. Zamieściłam fragment, żeby się dowiedzieć, czy pomysł zaciekawi i czy pisać to dalej, ale skoro mało kto czyta fragmenty, to pewnie nie za bardzo się dowiem, a szkoda.

 

Kolosalnie długie, czyli średnio z 10-15 stron a4. Ale postaram się napisać coś krótszego (już zaczęłam).

10-15 stron czyli ile znaków? Strona stronie nierówna…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wyszło mi, że średnio 20 tys. znaków (bez spacji). Jest też takie, co ma 30 tys. i ono jest chyba najlepsze, więc jeśli miałabym wstawić tu jakieś, to najbardziej to…

20-30 tys znaków to nie są długie opowiadania. Ten fragment, który tu wrzuciłaś, ma ok. 30k (na górze masz licznik). Czyli wrzucaj, bo to są rozmiary, które mają spore szanse na przeczytanie. Oraz zachęcam do aktywności poza swoim tekstem, bo altruizm wzajemny jest podstawą działania tego portalu. No i z komentarzy pod tekstami innych można się bardzo dużo nauczyć.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ok, no to wrzucę, ale tym razem zanim to zrobię, to przeczytam i poprawię. Komentarze pod innymi tekstami czytam, może niedługo też coś skomentuję.

yes

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mnie wciągnęło. Niby nic, ale wyobraźnia zaczęła pracować…

NusZ

Dzięki nusz za pozytywny komentarz!

Nowa Fantastyka