- Opowiadanie: jeroh - Kwestia smaku

Kwestia smaku

Było już w In­ter­ne­cie, więc do kon­kur­su Fin­kli się nie za­ła­pie. Poza tym nie wiem, czy to takie re­lak­su­ją­ce.

Tro­chę in­spi­ro­wa­ne pew­nym dra­blem Zal­tha.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Kwestia smaku

Na­sta­ła noc. Na nie­bie mło­dej pla­ne­ty, ponad ścię­ty­mi stoż­ka­mi wul­ka­nów, roz­mi­go­ta­ły się prze­pięk­ne, ko­lo­ro­we zorze. Sce­ne­ria była do­praw­dy na­stro­jo­wa, jed­nak­że Eno­bo­wi już dawno się ona znu­dziła.

Uzie­mio­ny, nie­mal od czte­rech oktaw tkwił razem z Ogo­to­nem na tym ko­smicz­nym za­du­piu. Na szczęście ro­bo­ty po­wo­li koń­czy­ły reperację gwiaz­do­lo­tu. Dziel­ne, małe ma­szy­ny. Jesz­cze tylko parę krót­kich miej­sco­wych dni i że­gnaj, ty głu­pia pla­ne­to.

To­wa­rzysz nie­do­li zbli­żał się wła­śnie do Enoba, sto­ją­ce­go koło prze­no­śnej la­tar­ni. Dźwi­gał ko­cio­łek.

– Szko­da, że nie­ba­wem wy­ru­sza­my, po­sie­dział­bym tutaj jesz­cze jakiś rok albo dwa – oznaj­mił Ogo­ton, mru­ga­jąc trze­cim okiem.

– Taa… A ja co naj­mniej dzie­sięć lat. Ga­lak­tycz­nych.

Roz­ba­wio­ny Ogo­ton cicho za­świ­stał.

– Przy­ja­cie­lu, z oka­zji na­sze­go ry­chłe­go od­lo­tu ugo­to­wa­łem zupę. Mówię ci, tym razem na­praw­dę mi się udała. Pysz­na, po pro­stu pysz­na zupa z chro­bat­ka­mi i żyn­gul­ką.

– O rety, z moją ulu­bio­ną żyn­gul­ką! – ucie­szył się Enob. – Ale chyba zjemy na stat­ku? Na spa­cer wy­sze­dłem bli­sko pół cyklu temu i nie­dłu­go będę mu­siał za­czerp­nąć tchu.

– E tam. Spe­cjal­nie dla cie­bie przy­tar­ga­łem tu pra­wie pełen ko­cio­łek. Trzy­maj.

Enob zła­pał na­czy­nie. Po­cią­gnął długi łyk.

O, na ko­smos… Przez chwi­lę stał jak za­mu­ro­wa­ny. Na­stęp­nie wy­pluł zupę sze­ro­ką stru­gą do po­bli­skie­go ba­jor­ka.

– Ty dra­niu!

Ogo­ton z ucie­chy aż ska­kał do­oko­ła, świsz­cząc przy tym i pisz­cząc ni­czym opę­ta­ny kwi­ko­zaur. Długo trwa­ło, zanim na­resz­cie skoń­czył. Osta­tecz­nie Enob prze­stał pa­trzeć na niego z ura­żo­ną miną i sam za­świ­stał także.

Mimo wszyst­ko mu­siał zwró­cić to­wa­rzy­szo­wi uwagę:

– Wiesz, ko­le­go, przez te twoje nie­od­po­wie­dzial­ne dow­ci­py sta­nie się kie­dyś komuś krzyw­da.

– Ee… To był zu­peł­nie nie­win­ny żart – od­parł, wciąż po­świ­stu­jąc, Ogo­ton. – Może je­dy­nie tro­chę… nie­smacz­ny?

 

***

 

Edeń­czy­cy im­po­no­wa­li roz­mia­rami. Ob­cy ad­mi­ra­ł robił wra­że­nie nawet w prze­stron­nej ka­bi­nie wład­ców wojny, w któ­rej Ma­li­cja­nie wy­glą­da­li jak ka­rzeł­ki. Praw­dzi­wy ol­brzym. Gdyby znaj­do­wał się tutaj na­praw­dę, mógł­by zmiaż­dżyć go­spo­da­rza naj­mniej­szą z tu­zi­na chwyt­nych macek.

Baron Xor­go­nos, wład­ca wojny, nie czuł się jed­nak przy­tło­czo­ny. Ma­li­cja­nin roz­cią­gnął się swo­bod­nie w fo­te­lu, a ręce trzy­mał skrzy­żo­wa­ne na pier­si. Nie się­gnął do kon­so­li, aby po­mniej­szyć ho­lo­obraz ad­mi­ra­ła. Po­zo­stał przy skali jeden do jed­ne­go.

Tak, ci obcy im­po­no­wa­li roz­mia­ra­mi – i nie tylko. Eko­sys­te­my, któ­ry­mi się opie­ko­wa­li, cha­rak­te­ry­zo­wa­ły się nad­zwy­czaj­ną har­mo­nią. Kon­stru­owa­ne przez Edeń­czy­ków bu­dyn­ki oraz sa­te­li­ty miały w sobie trud­ną do za­prze­cze­nia ele­gan­cję. Nawet ich bo­jo­we ko­smo­lo­ty osza­ła­mia­ły pięk­nem. Były jed­nak nie­licz­ne, a w do­dat­ku dys­po­no­wa­ły nie­wiel­ką siłą ognia. Wspa­nia­li Edeń­czy­cy oka­za­li się w isto­cie słabi, co cał­ko­wi­cie uspra­wie­dli­wia­ło eks­ter­mi­na­cję tego ga­tun­ku.

Na­tu­ral­nie, ol­brzy­mi ad­mi­rał uwa­żał ina­czej.

– Po co mie­li­by­ście nas nisz­czyć? – za­py­tał. – Do za­ofe­ro­wa­nia mamy tak wiele. Nasze za­so­by, wie­dza, umie­jęt­no­ści…

– Nic nie po­ra­dzisz, gło­wo­no­gu – uciął Xor­go­nos. – To wasz ko­niec.

– Tylko po­słu­chaj, wiel­ki wład­co…

Baron słu­chał za­rów­no pro­szą­cych ob­cych dźwię­ków, jak i trans­la­to­ra. Kiedy zaś na­sta­wa­ła cisza, nie­ustę­pli­wie wy­po­wia­dał jedno słowo. „Ko­niec”. Potem słu­chał dalej – i wpa­try­wał się w ho­lo­obraz. Spo­glą­dał na pro­jek­cję z sa­tys­fak­cją. Pa­trzył, jak do­wód­ca floty obron­nej Edenu wy­ma­chu­je bez­rad­nie mac­ka­mi, jak coraz do­bit­niej sobie uzmy­sła­wia, że do żad­nych ne­go­cja­cji nie doj­dzie.

Ma­li­cja­nie nie ne­go­cjo­wa­li.

– Ko­niec – po­wtó­rzył Xor­go­nos i uśmiech­nął się ja­do­wi­cie. – Nie mamy o czym roz­ma­wiać.

Na­pa­wał się prze­ra­że­niem ob­ce­go.

Ten chyba wresz­cie po­go­dził się z losem. Trans­la­tor prze­stał wy­plu­wać ko­lej­ne ofer­ty, proś­by i bła­ga­nia.

Lecz wtedy, nie­spo­dzie­wa­nie, oczy ad­mi­ra­ła za­pło­nę­ły nowym bla­skiem, a w jego po­kor­nym wcze­śniej gło­sie po­ja­wił się jakiś hardy ton.

– Nie zna­cie li­to­ści! – za­wo­łał Edeń­czyk. – Zanim za­mie­ni­cie naszą kwit­ną­cą pla­ne­tę w pył, od­po­wiedz mi na jedno, ostat­nie py­ta­nie. DLA­CZE­GO!? Czemu, pod­czas gdy wszyst­kie inne my­ślą­ce ga­tun­ki współ­pra­cu­ją i bu­du­ją, wy hoł­du­je­cie de­struk­cji? Dla­cze­go uni­ce­stwia­cie wszel­kie życie, na które się na­tknie­cie? Od­po­wiedz!

Baron, od­le­gły po­to­mek mi­kro­bów wy­ro­słych na Ogo­to­no­wej brei, tylko pa­trzył roz­ba­wio­ny.

– Od­po­wiedz, ty podły…! Ty po­mio­cie naj­nik­czem­niej­szej rasy! Za­kli­nam cię! Dla­cze­go?!

– Bo zupa była za słona – od­rzekł w końcu Xor­go­nos.

A potem wdu­sił przy­cisk ak­ty­wu­ją­cy Nisz­czy­cie­la Świa­tów.

Koniec

Komentarze

Jerohu… to jest suche chyba już od dekady xD

 

Napisane sprawie, ale to jedynie przeciągnięty żart. Uśmiechnął, choć nie powinien :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Całkiem smaczny szort, gustownie przyprawiony hasłem, które wszystko tłumaczy. ;)

 

od­po­wiedz mi na jedno, osta­tat­nie py­ta­nie. –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mytryksie, nie wszyscy znają moje komentarze spod prastarych drabli :) Poza tym niektórzy lubią "suche" historie. Istnieją nawet wielbiciele suchych żartów ;)

O, zobacz, Regulatorzy nie miała nic przeciwko temu daniu (jak miło) :)

 

Dzięki Wam.

 

I już po litrówce (dz, Reg). Na zdrowie!

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jeśli coś jest zbyt suche, to zawsze może zostać podlane… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Trochę mam jak Mytrix, ale niech Ci będzie. Uznaję żart. Szkoda, że go spaliłeś w internetach, mam nadzieję, że wystartujesz z czymś innym.

Babska logika rządzi!

Z innym żartem? Tylko przygotuj sobie coś do popicia ;)

Dzięki :)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Spoko wodza, niektórzy lubią lać wodę, bez problemu znajdę jakieś źródełko. ;-)

Babska logika rządzi!

Do przeczytania, krótkiego uśmiechnięcia po sucharku i to w sumie tyle :)

Dziękuję za komentarz :)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Może nie super odkrywcze, ale dobrze się czytało i nawet uśmiechnęło. I kliknęło :)

Jerohu, Jerohu! Co Was wszystkich opętało, żeby pisać takie niby zabawne historyjki? Czy to klątwa Finklowego konkursu? Ani jedna nie była naprawdę zabawna.

Powiedzmy, że jest lekko, napisane nawet sprawnie/poprawnie, ale historyjka z taką nikczemną puentą wydaje się naciągana. Gdyby to był tysiąc znaków potraktowałbym tę historyjkę jako słaby żarcik/wprawkę. Ale rozbudowanie do 4,5 tysiąca starego jak świat grypsu trawestującego hasło ze społecznych komunikatów… Moim zdaniem niewarte to tych 4,5 tysięcy.

Gdyby się uprzeć, to zauważymy tutaj dalekie echa "Pikniku na skraju drogi" Strugackich. Czyli zacnie. Ale bliżej do kilku podobnych do Twojej, znanych mi opowiastek o cywilizacji powstałej z jakichś odpadków innej, starszej cywilizacji. Plus słona zupa.

Przyznam, że nie od razu skojarzyłem, dlaczego w pierwszej części tekstu bohater zrobił "bleee!" i wypluł ową zupę. Jakoś to umknęło. Może to zbieg celowy, mający ukryć finałową "niespodziankę", ale w sumie jak ktoś skojarzy, to ma zepsuty finał, a jak nie skojarzy to dlatego, że to jakoś umyka w gąszczu słów i nie całkiem sprawnie opisanej sceny z "bleee!".

Takie "humorystyczne", fantastyczne szorciki z obcymi o wymyślnych imionach, groźnymi kosmicznymi najeźdźcami, walczącymi przy pomocy słabych puent, kojarzą mi się z fanzinami z lat 80-tych. Zajechało więc old skulem, ale czy to umyślna stylizacja, czy po prostu przypadkiem wstrzeliłeś się w tę stylistykę i tematykę ze swoim poczuciem humoru, tego nie wiem. Przyznam za to z bólem, że takie opowiastki nie śmieszyły mnie ani w latach 80-tych, ani w 90-tych, ani tym bardziej w 2019 roku.

Zdecydowanie wolę Twoje opowiadanie pisane na poważnie. Na przykład taki "Kres nieskończoności" intrygował.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Katio, miło, że uśmiech i że kliknięcie :)

 

Marasie, tak, Finkla i jej konkurs mają tu coś do rzeczy.

Może i ciut za długo ciągnąłem tę zabawę.

Słusznie, Strugackich w to nie mieszajmy – bez przesady.

Jeżeli ktoś przewidzi puentę, trudno.

Rzeczywiście; nie będę ukrywał, że trochę w ów długobrody skul celowałem.

Dziękuję za dobre słowo o "Kresie". 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Całkiem mi się miło przeczytało, uśmiechnęło, powiało mnóstwem skojarzeń – być może niezamierzonych, ale jednak. Oraz przypomniało jak na jakieś tam lecie mojego liceum przyszłam tuż po upadku z konia, kiedy pół twarzy miałam w paskudnym krwiaku, i kolega zapytał “co, zupa była za słona?”. Klikam. W zalewie fragmentów fantasy wszystko, co się wyróżnia, trzeba wyróżnić.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

i kolega zapytał “co, zupa była za słona?”

;-) Trzeba było odpowiedzieć: “nie karmiłam go zupą, a marchew wyraźnie mu smakowała”.

 

A wyróżnienie w zalewie cieszy mnie ogromnie :> Tak samo jak by cieszyło w innych miejscach i okolicznościach. Dzięki.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

O, niedopatrzenie! Przecież podobało mi się, a nie kliknęłam… No to nadrabiam. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Yeah! ;)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W tym tekście jest trochę tak, jakbyś używał akceleratora cząstek do wbicia gwoździa. Tyle znaków i to tak ładnie napisanych, żeby rzucić w eter niemiłosiernie przechodzone hasło. Ogólnie tekst zyskałby, gdyby wywalić z niego pierwszą część. “Zupa zasłona” śmieszy wtedy, gdy obie strony wiedzą, że żadnej zupy nie było (jak np. w przykładzie podanym przez drakainę), a ty jedziesz w dosłowność, choć trzeba przyznać, że historia Twojej zupy jest niecodzienna:)

Reasumując: pomysł straszny, ale wykonanie bardzo fajne. Z przyjemnością wpuszczam historię zupy w czeluści biblioteki;)

No cóż, rozśmieszać jest piekielnie trudno. To, co bawi jednych, niekoniecznie musi rozbawić drugich. Na dodatek przypuszczam, że każdy ma jakieś tematy, które uważa generalnie za mało zabawne.

Zdarzyło ci się kiedyś, że ktoś opowiadał jakąś historyjkę, która wzbudziła powszechne rozbawienie i tylko Tobie szczęki się niespodziewanie zacisnęły, bo uważałeś, że to akurat jest mało zabawny temat? Bo ja dokładnie tak zareagowałam na finale Twojego opka.

Szczerze mówiąc szlag mnie jasny trafia na myśl, że z całej dużej i kosztownej kampanii, która miała uświadomić ludziom realny i poważny problem, w głowach większości została tylko ta za słona zupa, z której wszyscy robią sobie jaja. A ja mam przed oczami pobitą znajomą, której pan i władca spuścił wpierdol właśnie z powodu za słonej – jego zdaniem – zupy.

Wydaje mi się, że sięganie przez kogoś po tę frazę, czy to w kontekście bardziej, czy mniej poważnym, niekoniecznie oznacza, że ów ktoś lekceważy tamtą kampanię i problem przemocy w rodzinie. Nie oznacza, że ktoś żartuje z bicia kobiet.

To "uzasadnienie" upowszechniło się w języku. Jest to przede wszystkim prosty i dobitny sposób powiedzenia, że robi się coś "bo tak" (i byle pretekst będzie dobry). Zazwyczaj coś złego, nie do przyjęcia. I ludzie pamiętają, że rzeczone hasło nie wzięło się znikąd. Co – skądinąd – świadczy o jego sile i o tym, że kampania odniosła jednak jakiś sukces.

W każdym razie zapewniam Cię, że ja problemu przemocy w rodzinie wcale nie uważam za błahy.

 

No i OK. Irko_Luz, Michale Pe, różnych ludzi różne rzeczy śmieszą i różnie im się kojarzą. Jednym coś się podoba, innym nie. Truizmy.

Ten tekst budzi sporo wątpliwości. Choć podobnych moralnych – muszę przyznać – się nie spodziewałem.

Co do długości tekstu – pierwowzór był króciutki, postanowiłem go rozbudować. Rozumiem, Michale, Twoje zastrzeżenia.

Co ta biblioteka musi znosić :)  

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jerohu, ten ostatni akapit mojego komentarza nie był skierowany bezpośrednio do Ciebie. Był wyrazem mojej frustracji, bo ludzi bagatelizujących problem przemocy w rodzinie wciąż jest zbyt dużo.

Myślę, że większość z nas ma swoje narowy, jakiś temat, który sprawia, że nagle unoszą się oburzeniem. Akurat pechowo udało Ci się trafić na coś, co w ten sposób działa na mnie.

OK, wszystko jasne.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Sceneria była doprawdy nastrojowa, jednakże Enobowi już dawno się ona znudziła.

Łooj, "jednakże"? Jednak! I "ona" niepotrzebna, bo widać, o co chodzi.

Uziemiony, niemal od czterech oktaw tkwił

To wtrącenie? Jeśli nie, skasuj przecinek.

Szczęśliwie roboty powoli kończyły

Oj, chyba lepiej: na szczęście.

Dzielne, małe maszyny.

Jakieś to angielskie. Może: Dzielne maszynki?

E tam

E, tam.

niczym opętany kwikozaur

… XD

Ostatecznie

No, nie wiem.

sam zaświstał także

Może ciutkę nienaturalne, ale z drugiej strony, to kosmici. Może u nich tak się mówi?

trudną do zaprzeczenia elegancję

Nieładne to. Elegancję, której trudno byłoby zaprzeczyć, tak. Albo niekwestionowaną elegancję.

Do zaoferowania mamy tak wiele

Przestawiłabym: Mamy tak wiele do zaoferowania.

słuchał zarówno proszących obcych dźwięków

Nie dźwięki go proszą. Może tak: słuchał błagań jednocześnie na żywo i przepuszczonych przez translator? (Nie, to też nie gra…)

nieustępliwie wypowiadał jedno słowo

Hmm.

projekcję z satysfakcją

Rym.

Bo zupa była za słona

wdusił

Argh, wcisnął. Argh.

 

Tekst, jak dla mnie, zaskoczeniem stoi – klasyczna konstrukcja japońska: wstęp-wolta-wyjaśnienie. A czy warto pisać takie sucharki? Toż i Asimov je pisywał. Dla ćwiczenia i rozrywki, jeśli nie cudzej, to własnej.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Sceneria była doprawdy nastrojowa, jednakże Enobowi już dawno się ona znudziła.

Łooj, "jednakże"? Jednak! I "ona" niepotrzebna, bo widać, o co chodzi.

 

Z czysto logicznego punktu widzenia masz rację. Ale kwestia emfaz i rytmów. Samo “jednakże” imo tylko leciutko nacechowane, tutaj w sam raz.

 

Uziemiony, niemal od czterech oktaw tkwił

To wtrącenie? Jeśli nie, skasuj przecinek.

 

Ściślej biorąc, to jest to, co ja od zawsze na własny użytek nazywam “przedpowiedzeniem” (przez analogię do dopowiedzenia), a np. dr Wolański w jednej z internetowych porad opatruje mianem “określenia predykatywnego”. Przecinek postawiony świadomie.

 

Szczęśliwie roboty powoli kończyły

 

Oj, chyba lepiej: na szczęście.

 

OK.

Dzielne, małe maszyny.

Jakieś to angielskie. Może: Dzielne maszynki?

 

Nie szkodzi, tak lepiej wybrzmiewa.

A niezależnie: małe dziecko czy dzieciaczek, dzieciątko? ;)

 

E tam

E, tam

 

E, nie. Zdecydowanie nie.

 

 

wdusił

Argh, wcisnął. Argh.

 

Albo nacisnął.

Co złego we “wdusił”? Owszem, nacechowane, ale właśnie tak… książkowo. W instrukcji obsługi telewizora byłoby osobliwe. Natomiast w tekście literackim nie powinno dziwić, pasuje do niego.

Sformułowanie “nacisnął przycisk” brzmi naturalnie i dobrze. Co prawda, dwukrotnie występuje w nim ten sam rdzeń wyrazowy i ktoś mógłby uczynić z tego zarzut. Niesłusznie. W pewnych sytuacjach powtórzenia są uświęcone, usprawiedliwione, najwłaściwsze.

Tutaj “nacisnął” byłoby imo równie OK co “wdusił”. Ostatecznie zdecydowałem się na drugą opcję, żeby uniknąć wspomnianego zarzutu. Oraz dodatkowej dyskusji. No to się nadziałem ;)

 

Dziękuję. Doceniam Twój korektorski wysiłek i spostrzegawczość, poza tym zawsze warto skonfrontować własne wyczucie z cudzym. Tym razem jednak zmienię tylko “szczęśliwie” na “na szczęście”.

 

Cieszę się, Tarnino, że akceptujesz sucharek. Dzięki raz jeszcze :)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Ściślej biorąc, to jest to, co ja od zawsze na własny użytek nazywam “przedpowiedzeniem” (przez analogię do dopowiedzenia), a np. dr Wolański w jednej z internetowych porad opatruje mianem “określenia predykatywnego”. Przecinek postawiony świadomie.

Hmm. Teraz widzę, o co chodzi, ale ja jednak bym tego przecinka nie dawała, bo parsuję to tak, że niemal od czterech oktaw był uziemiony.

A niezależnie: małe dziecko czy dzieciaczek, dzieciątko? ;)

A, to zależy. "Małe dziecko" bardziej neutralne, opisowe. "Dzieciaczek" i "dzieciątko" bardziej puci-puci :)

E, nie. Zdecydowanie nie.

Nie?

Co złego we “wdusił”?

Mam na nie alergię. Naprawdę, dostaję wysypki, i swędzi, argh! To słowo wydaje mi się takie bezsensowne. Można dusić Desdemonę, albo sztukę mięsa, ale przycisk?

Sformułowanie “nacisnął przycisk” brzmi naturalnie i dobrze.

Pełna zgoda.

W pewnych sytuacjach powtórzenia są uświęcone, usprawiedliwione, najwłaściwsze.

Takoż. Ale podkreślmy "niektórych".

heart

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

> ja jednak bym tego przecinka nie dawała, bo parsuję to tak, że niemal od czterech oktaw był uziemiony

Parsujesz więc wbrew intencji autora :P Intencji zakomunikowanej przecinkiem.

 

> to zależy

O, widzisz. A z maszynami jest trochę jak z dziećmi. Akurat roboty z mojego szorta, kiedy się je spieszcza, obrażają się.

 

> Nie?

E, tam mogłoby od biedy oznaczać leniwe ej, spójrz tam albo ej, cicho tam. E tam (gdzie tam, daj spokój) jest tak sfrazeologizowane, że aż chciałoby się je pisać jako jeden wyraz ;) Gdzie tu miejsce na przecinek?

https://sjp.pwn.pl/doroszewski/e;5425141.html (pod rombem)

 

> podkreślmy "niektórych"

Niech Ci będzie ;P 

 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Parsujesz więc wbrew intencji autora

Skonsultuj się z moimi programistami XD

Akurat roboty z mojego szorta, kiedy się je spieszcza, obrażają się.

E tam (gdzie tam, daj spokój) jest tak sfrazeologizowane, że aż chciałoby się je pisać jako jeden wyraz ;) Gdzie tu miejsce na przecinek?

Hmm. Zaczynam podejrzewać, że mam jakieś zboczenie przecinkowe.

Niech Ci będzie ;P 

heart

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nowa Fantastyka