- Opowiadanie: Maszkytny - Tennessee honey

Tennessee honey

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Tennessee honey

– To… – Uniósł butelkę w górę, tak, by wszyscy widzieli. – …jest najlepszy alkohol, jaki kiedykolwiek dane wam było wypić! Macie na to moje słowo!

Jego znajomi dzielili się na dwa obozy: pierwszy – męski, który nieszczególnie interesował się jakością czy smakiem alkoholu, ale samym faktem, że alkohol jest w istocie rzeczy alkoholem i działa tak, jak powinien działać; drugi – damski, który z niedowierzaniem kręcił głowami, nauczony doświadczeniem, że alkohol – szczególnie jego mocniejsze wersje – niczym smacznym nie jest i nigdy nie był.

Gospodarz jednak był – był przekonany co do słuszności swojego stwierdzenia i zamierzał to niezwłocznie zebranym udowodnić.

Podsunął sobie bliżej szklanki, każdemu nalewając odpowiednio jedną trzecią ich pojemności. Siebie zostawił na koniec, jak na kulturalnego gospodarza przystało. Goście, za równie kulturalnych się uważający, czekali cierpliwie, aż chwyci uzupełnioną szklanicę, by wznieść toast. Zrobił to w końcu, ale wpierw odstawił mieniącą się złotem zawartego w niej trunku butelkę na centralną część stołu.

– Polecam nie robić drinków, bo tylko zepsujecie smak – ostrzegł.

Ponownie mężczyźni byli za, a kobiety raczej przeciw. Jednak nawet one wreszcie dały się przekonać zapewnieniom, mając na uwadze, że jeden łyk nie zabarwiony żadną formą osładzacza alkoholowych trudów, to jeszcze nie tragedia.

Wznieśli toast, napili się.

Zebrani znawcy, bo każdy – przynajmniej częściowo – za takiego się uważał, zaraz zaczęli potwierdzać pierwotne zapewnienie gospodarza o jakości spożywanego trunku. Kobieca część degustatorów kiwała potwierdzająco głowami na słowa wypowiadających się mężczyzn, w międzyczasie dolewając do swoich szklanek coli. Przyłapane na tym procederze tłumaczyły się tym, że pyszne, ale „jednak wolą drinki”, co w żadnym wypadku nie miało na celu urazić gospodarza.

On, jako człowiek wielkiego serca, wielkiej wyrozumiałości, taktu i szczodrości, nie wziął tego faux pas za bezpośredni atak na jego osobę, ani za sugestię, jakoby mylił się w swoim pierwotnym założeniu. Uznał je za zwyczajną, wynikającą z biologicznych pobudek słabość żeńskiej części populacji; słabość jako cechę konstytutywną, ale też słabość do słodyczy, którą obserwatorzy od wieków w większej mierze przypisują damom.

Tym sposobem znajomi podzielili się na jeszcze dwa obozy. Poza oczywistym: męsko-żeńskim podziałem, pojawił się drugi: złoto-czarny.

Mężczyźni, twardzi w swoich słowach i postanowieniach, kiedy raz uchwalili, że alkohol jest dobry – ba, najlepszy, jaki kiedykolwiek pili – związali się przyrzeczeniem, czyli honorem, na pozostanie przy trunku właściwym, to jest złocistego koloru.

U kobiet sytuacja rysowała się odmiennie. Sceptyczne od początku i nie znające pojęcia honoru poza takim, jakie zostało im przedstawione słowami mężczyzn, zostawiły sobie furtkę, z której teraz masowo korzystały. Zalewały złoto w szklankach czernią osładzacza, która – z łatwością dominując nad szlachetnością pierwotną – zamieniała ją w czarną breję. Mężczyźni obserwowali ten proces z politowaniem, ale, jak na dżentelmenów przystało, mieli duże rezerwy empatii, a tym samym zrozumienia dla słabszej płci, której wcale tak dobrze nie rozumieli.

Gospodarz, widząc tworzący się wśród jego gości dualizm, bał się, coby nie doszło do jakichś kłótni, albo kolejnych podziałów, w trakcie ich towarzyskiego spotkania. W końcu zebrali się tutaj w duchu kultury i – a może przede wszystkim – równości. Tę równość zmyślnie podkreślił, zaopatrując się w okrągły stół – specjalnie na tę okazję. Dlatego też nie mógł sobie pozwolić na wpuszczenie do tak cudnie wykreowanego świata czegoś tak okropnego, jak podziały. Ogólnie przecież wiadomo, że jeśli podziały, to różnice, a jeśli różnice, to prawdopodobnie kłótnie, a jeśli kłótnie, to zaraz wybuchnie jakiś konflikt… Można tą ścieżką dojść aż do regularnej wojny, co wcale nie jest takim nadużyciem, jakim na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać.

Na wojnie trudno o kulturę, więc obawy gospodarza wydawały się w pełni uzasadnione. Jako nadzorujący, trochę odsunięty, można by powiedzieć: absolutny wobec reszty byt, musiał trzymać rękę na pulsie i pilnować, by okropna ścieżka, na którą mogli wkroczyć (a dowody potwierdzają, że ludzkość nieraz wkraczała), nie zamanifestowała się w miejscu, które pozostawało pod jego pieczą. Jego opinia, jako gospodarza, mogłaby na tym wielce ucierpieć.

Przeto w momencie, w którym ostatni z gości odstawił pustą szklankę na stół, gospodarz od razu podjął działania prewencyjne. Tak jak nakazywała jego rola wziął do rąk butelkę i tak jak nakazywała jego rola rozlał kolejną porcję trunku do szklanek. Różnica pojawiła się dopiero, gdy odstawił alkohol, bo jeszcze zanim którykolwiek z gości zdążył zaproponować, albo – trochę bardziej samolubnie – bez proponowania sięgnąć po szklankę, gospodarz z własnej nieprzymuszonej woli wyszedł z postulatem do wszystkich.

– Alkohol co prawda jest najlepszym, jaki kiedykolwiek piłem i nie przepadam za czynieniem sobie z niego drinków – uderzył w stronę żeńską – ale, jeśli już miałbym takowe zaproponować, to nie użyłbym coli, tylko lemoniady. – Wysunął ideę, która miała zarówno odzyskać mu przychylność kobiet, jak i wyrównać szale na okrągłym stole.

Jeszcze nim którykolwiek z gości zdążył wyrazić opinię na temat nowej formy spożywania alkoholu, gospodarz już sięgał po lemoniadę i – zapewniając o szczególnych walorach smakowych tejże mieszanki – namawiał zebranych do pójścia za jego radą. Jeszcze w trakcie owego przekonywania odkręcał butelkę osładzacza i podsuwał kolejno pod szklanki gości. Wiedział, że podobnym zachowaniem trochę nagina zasady, które wyższej klasy towarzystwo – takie jak oni – uznawało za kulturalne, ale tłumaczył się sam przed sobą tym, że robi to w szczytnym celu. Nie chodziło przecież o wymuszenie swojej woli na zebranych, a o przywrócenie równości za stołem. Była gwarantem pokoju podczas podobnych zjazdów.

Kobiety, wiedzione swoją samiczą empatią i niechęcią do stwarzania sytuacji nieprzyjemnych (a może po prostu przez to, że picie drinków im pasowało), z pokorą godziły się na wypróbowanie nowej mieszanki. Znowu mężczyźni, co gospodarza tak samo zdziwiło, jak i napełniło ulgą, również nie wnieśli sprzeciwu wobec takiego pomysłu. Czy powodem ich reakcji było stronienie przed urażeniem gospodarza, czy odezwała się w nich łagodniejsza, żeńska natura i chcieli zaoszczędzić gardło, czy może jakiś inny, ukryty powód wpłynął na ich decyzję – nie wiadomo. Jednak fakt pozostawał faktem i żaden z dżentelmenów nie zdradził się niechęcią do uczynienia czegoś tak okropnego dla wytrawnych smakoszy, jak zalanie alkoholu osładzaczem. Gospodarz z jednej strony radował się, że jego propozycja przeszła tak gładko, z drugiej nachodziły go obawy, czy dobrze robi, wyznaczając ścieżkę do osiągnięcia pokoju za cenę obniżenia kultury picia trunku.

Ale już chwilę później uradowane serce przekonało go co do słuszności podjętego wyboru – a to dzięki obrazowi, którego uświadczył przy stole. Nie było już podziału, nie było złota i czerni. Teraz w każdej szklance, u każdego z gości, widniał kolor bladożółty – zjednoczony kolor wszystkich obecnych. Może nie był tak piękny, jak złocisty odblask oryginalnego trunku, ani tak potężny, jak pierwsze, czarne drinki kobiet, ale niósł ze sobą ideę. Ideę równości. Chociażby dlatego przebijał swoim jestestwem poprzedników i również dlatego cieszył wzruszone oko gospodarza.

Ów pozwolił sobie na minimum niedyskrecji, dopuszczając do pojawienia się w oczach pojedynczych łez, tylko przez to, że widok, którego doświadczył – że zamiar, który osiągnął – radował duszę swoim majestatem.

Kolejny toast wznieśli w duchu egalitaryzmu. Goście, chyba poniesieni tym duchem, jednogłośnie zaproponowali, by obecnego drinka wypić za zdrowie i pomyślność gospodarza. Kokietował swoje towarzystwo, bardziej udając, niż czując speszenie – uznał, że takowego zachowania wymaga obecny wśród nich duch i kultura, którą reprezentowali. Może powinien czuć prawdziwe speszenie i wtedy nie musiałby zmuszać się do nieprzyjemnej dwoistości istnienia, ale jak tu czuć speszenie, kiedy przyłożyło się rękę do stworzenia tak pięknego obrazu.

Po chwili bladożółte zawartości szklanek spłynęły do gardeł gości.

Odstawili naczynia na stół z wielkim uznaniem, a już chwilę później prześcigali się w opiniowaniu wypróbowanej mieszanki. Recenzje sypały się jak z rękawa, uzupełniane co sekundę przez następnych degustatorów, a wśród zebranych ocen ze świecą trzeba by szukać negatywnej. Goście byli pod wrażeniem delikatnego smaku i łatwości, z jaką mieszanka nawiązywała kontakt z przełykiem, a potem gardłem. Zadowoleniu nie było końca. By nie być gołosłownym: potwierdzała je szybkość, z jaką drinki zniknęły ze szklanek.

Zaiste, nie było pod słońcem nic, co radowałoby ducha równości, ducha kultury oraz samego gospodarza bardziej, niż widok zebranych, bawiących się pod jednym szyldem, pijących tę samą mieszankę i – co rozumiało się samo przez się – traktujących siebie wzajem na tych samych prawach, na jakich, nota bene, każdy z osobna traktował swoją osobę. Nie było lepszych, nie było gorszych – i gospodarz widział, że to jest dobre, bo nie szczędził alkoholu. Grzechem byłoby szczędzić, gdy tak zacna zabawa przyciągnęła do siebie siły wyższe równie ważnej instancji, co równość i kultura.

W niezmąconej harmonii spotkania nikt nie śmiał zagrać nieczysto, nikt nie odważał się wprowadzić jakiejś brudnej, niepasującej nuty, ani nikt nie próbował bezwstydnie zwrócić na siebie uwagi nagłym, niespodziewanym akordem spoza skali. Nikt nie ośmieliłby się obrazić obecnych wśród nich duchów podobnymi zachowaniami dopóty, dopóki w powietrzu nie pojawił się trzeci byt niewidoczny, równie silny, co pozostałe dwa. To za jego przewodem, niemal jak opętany, jeden z gości wstał, wyrywając samego siebie z melodii spotkania, a tym samym – co jeszcze gorsze – wyrywając z niej kolejne, ciągnące za nim osobistości.

– Czas zapalić – zaproponował stojący śmiałek, sięgając do kieszeni po paczkę papierosów.

Wyjął jednego z tych swoistych braci dysharmonii, umieścił w ustach, po czym wzrokiem szukał wśród pozostałych gości nie tylko poparcia dla propozycji, ale również kolejnych śmiałków, którzy zechcą mu towarzyszyć w straceńczej wyprawie.

Wielce gospodarza zasmucił fakt, że wśród gości niemal połowa znalazła akceptację dla zachowania niesfornego prowodyra rozdziału, tym samym okazując brak szacunku dla nawiedzających ich duchów.

Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nie może winić za powstałe faux pas ani pierwszego, który się go dopuścił, ani gości, którzy za nim poszli. Winą za powstały podział należało obarczyć trzeciego z duchów – ducha nałogu. Trudno było uskutecznić spotkanie towarzyskie, nawet na tak ważkim poziomie, bez pojawienia się na nim tego nieprzyjaznego bytu.

Towarzyszył, chociażby w potencji, każdemu przedsięwzięciu o podobnym charakterze, bo sygnałem zapalnym do jego przywołania był każdy gość, który nosił ze sobą cechę, czy – bardziej dosadnie – skazę nałogowca. Nieważne, jak wielkie jednostki na jak majestatyczne wydarzenie kulturalne chciałoby się zaprosić, to nie dało się uciec od potencjału przywołania na nie tego właśnie ducha.

Nawet tak idealny prowodyr i organizator spotkań wysokiego szczebla, jak obecny gospodarz, nie mógł obejść braku perfekcji życia ludzkiego i – właśnie przez ten brak – musiał godzić się na ustępstwa wynikające z samego faktu cechującego jestestwo gości. Mianowicie: łączącej ich wszystkich specjalizacji bycia człowiekiem.

Niemniej jednak, godzenie się na potencjalne wystąpienie skazy, a doświadczenie jej manifestacji tuż przed własnym nosem – co gorsza – na własnej imprezie, okazywało się być dwoma zupełnie innymi doświadczeniami. Na to drugie gospodarz nie był przygotowany, naiwnie zakładając przed spotkaniem, że dostąpi szczęścia ominięcia podobnych ekscesów na czas zabawy. Jak się okazuje: nie dostąpił i teraz musiał poradzić sobie z efektem własnego zaniechania. Efektem o tyle przykrym, że czuł słabnącą obecność dwóch poprzednich, tak mile widzianych u siebie duchów.

Obserwował bezradnie, jak melodia spotkania, za które odpowiedzialność leżała na jego barkach, z pełnej harmonii rozrywa się na dwie równoległe melodie, tworząc nowy podział. Podział na palących i niepalących. Podział o tyle nieprzyjemny, że nie tak łatwo się go pozbyć, jak podziału na dwa kolory drinków, ale na pewno łatwiej niż niezmiennego podziału na dwie płcie obecne na spotkaniu. Z tym ostatnim niewiele mógł zrobić, z poprzednim sobie poradził, a z nowym, można powiedzieć: „palącym” problemem dopiero stawał w szranki. Wyjście z nich zwycięską rękę wymagało od gospodarza subtelności godnej zawodowego dyplomaty.

Każdy z jego znajomych, każdy z gości, przybył pod jego dach w przekonaniu o pełnej kulturze przeprowadzanego spotkania i gospodarz nie mógł im tej kultury odmówić. Nie mógł również, jako strażnik owej kultury, odmówić pewnej dozy wolności, jako fundamentalnego prawa zaproszonych, wynikającego z bycia samoświadomą, samoistną jednostką.

Dlatego rozwiązanie sprawy nie mogło być tak proste, jak zabronienie opętanym palenia, gdyż byłoby to równoznaczne z odmówieniem im podstawowych zasad wspólnego pożycia i spożycia, a tym samym przeciwstawieniem się nie tylko kulturze, ale też równości, której gospodarz przysiągł bronić dla dobra wszystkich obecnych. Z kolei zmuszanie niepalącej reszty do popadania w podobne opętanie ducha nałogu byłoby pomysłem głupim.

Gospodarz niemało się namęczył wzmożonym wysiłkiem intelektualnym, trochę już nadwątlonym spożytym alkoholem, by znaleźć rozwiązanie zastanego problemu. Musiał tym bardziej dokładać starań w tej kwestii, gdyż palący już mieli wychodzić – a jeśli to by się stało, to odbudowa pierwotnej równości wszystkich gości stanęłaby pod wielkim znakiem zapytania. Nie jest przecież tajemnicą, że dużo trudniej połączyć coś, co już pękło, niż zadziałać prewencyjnie i ewentualne pęknięcie uniemożliwić.

W końcu, gdy wszyscy już myśleli, że klamka zapadła i do tej pory jednorodna grupa zebranych miała podzielić się na dwa obozy, gospodarz wymyślił. Nie omieszkał czym prędzej o tym powiedzieć:

– Zaczekajcie, moi mili. Tak zacny alkohol, który wszyscy wspólnie zgodziliśmy się pić wedle mojego pomysłu, nie powinien być obrażany, a nawet powiedziałbym: deklasowany, przez zwyczajnego papierosa – ukłuł wychodzących gości. – Chyba wszyscy tu obecni, których od dawien dawna traktuję jako wysoce obeznanych z kulturą, inteligentnych ludzi, zgodzą się ze mną w tej kwestii?

Nie czekał na odpowiedź, gdyż – wierząc w wysoką kulturę zebranych – mógł się jej z łatwością domyślić.

– Pozwólcie, że w tak szczodrym towarzystwie tego wieczora zaproponuję, byśmy uczcili zarówno zacny alkohol, jak i własną, wspólną obecność, czymś dużo śmielszym i pełniejszym w klasę, niż zwykły papieros.

– Co proponujesz, gospodarzu? – zapytał jeden z gości. Duch nałogu kazał zadać mu to pytanie tonem niebezpiecznie zakrawającym o brak ogłady.

Gospodarz, wiedziony nowo narodzoną ideą, sięgnął do szafy, gdzie trzymał fajkę wodną najwyższego sortu. Pięknie ukształtowane szkło, zbrojone w newralgicznych miejscach metalem, przypominało swoim wyglądem elegancką, orientalną wazę z aż czterema wypustkami, z których rozwijały się niczym węże rurki służące do inhalacji. Gospodarz wyjął fajkę i zaraz zademonstrował obecnym, początkowo trochę onieśmielonym jakością kolejnego pomysłu goszczącego ich człowieka.

Nikt nie śmiał zaprzeczyć, że zaprezentowana im fajka wodna, majestatem bardzo zbliżająca się do miana dzieła sztuki, była zaiste idealnym uzupełnieniem zacnego alkoholu, który towarzyszył im od początku imprezy. Opętani duchem podziału od razu poczęli wracać do pokoju, siadali na swoich miejscach i z niecierpliwością oczekiwali honoru, jakim bez dwóch zdań było inhalowanie się z tego typu urządzenia. Podział – ku uciesze i uldze gospodarza – jeszcze raz został powstrzymany; towarzyszące im duchy równości i kultury znów mogły w pełni objąć pieczą ich wyjątkowe spotkanie.

Gospodarz przygotował fajkę i postawił ją pośrodku stołu, po czym odezwał się tymi słowy:

– Pozwólcie, że jeszcze raz zasłonię się prawem gospodarza i zaproponuję wam tytoń, który, moim skromnym zdaniem, najbardziej odpowiada naszemu dzisiejszemu trunkowi.

To powiedziawszy, sięgnął po odpowiednią paczkę. Tę, którą wyjął i chwilę później zademonstrował, zdobił czerwony owoc grzechu pierworodnego.

– Dojrzałe jabłko powinno idealnie podkreślić smak miodowej słodyczy naszego dzisiejszego – zaryzykuję to stwierdzenie – olimpijskiego trunku. W końcu nie od dziś wiadomo, że jabłko z odrobiną dodatkowej słodkości uwalnia walory smakowe, po które nie sposób sięgnąć w żaden inny, nieponiżający sposób.

Goście jeszcze raz wykazali się wielką dozą kultury i wyrozumiałości, bo – zupełnie nie zważając, albo nie pozwalając kuszącemu duchowi podziału zważać – na szeroki asortyment smaków tytoniu, który był w posiadaniu gospodarza, znów przystali zgodnie na jego propozycję. Zaszczycony ilością zaufania, którą został obdarzony jednego zaledwie wieczora, z wielkim patosem, zakrawającym niemal o sakralność, nabił fajkę wodną owocem grzechu pierworodnego. Następnie odpalił, proponując gościom, by czynili honory związane z dostąpieniem – jako pierwsze osoby – smaku spalanego tytoniu. Dawni opętani duchem nałogu, już z nieco mniejszą gracją, dobrali się do „sprzętu-dzieła sztuki” jako pierwsi.

I dym zaczął ulatniać się z fajki, i objął ich ten dym – a zaraz po nich cały pokój – swoim gęstym, dusznym ramieniem, i już kilka minut później wszyscy, bez wyjątku, poczuli i zostali zaczarowani zapachem palonego owocu. Ów owoc wytrwale podlewali bladożółtą mieszanką alkoholu z lemoniadą i nie było nikogo, kto nie zachwycałby się takim połączeniem smaków. Nikomu nawet się nie śniło, by opuszczać pomieszczenie, a co dopiero dać się skusić duchowi nałogu. W końcu mieli dymu – i to dymu najlepszego sortu – pod dostatkiem wszędzie wokół siebie.

I radował się gospodarz, a powód do radości miał wielki. Przecież znowu udało mu się uchronić harmonię. Wszyscy, jak jeden mąż, siedzieli za stołem, mając w szklankach ten sam kolor drinków i paląc z jednej fajki wodnej ten sam rodzaj tytoniu, zapewniając tym samym sobie i każdemu obok siebie przytulną ochronę goszczących wśród nich bytów nadrzędnych.

Duch równości tak radośnie i swobodnie brylował wśród zebranych, że co bardziej oczarowani alkoholem mogli usłyszeć jego śpiew, a znowu duch kultury, poważniejszy z natury od swojego towarzysza, sprawował pieczę nad tematami rozmów toczonych przy stole. Najbardziej gadatliwi z gości – ci, których postronny obserwator uznałby za pijanych, a którzy tak naprawdę byli natchnieni darem ducha kultury – potrafili rozpoczynać, prowadzić i kończyć puentą rozprawy największego kalibru, zwykle nie poruszane w innych miejscach.

Oczarowanie tak zacnymi bytami z planu metaistnienia powoduje, że to tylko kwestia czasu, zanim do dwójki nadrzędnych bytów dołączy trzeci. I tak się stało, co gospodarz zauważył niemal od razu. Niepomierna radość gości otoczonych pieczą duchów, naturalnie udzielająca się również jemu, musiała w końcu przywołać do ich spotkania byt kolejny – ducha radości.

Ten duch, wzbogacając swoją obecnością i tak już obfitującą w atrakcje zabawę, powodował, że wszyscy obecni radowali się, śmiali, dzielili najzabawniejszymi częściami swojego życia i życia innych i – co może nieco mniej pożądane – rzadziej zważali na dobry smak zarówno w zachowaniu swoim, jak i innych.

Gospodarz nie miał nic przeciwko temu. Zdawał sobie sprawę z ludzkich słabości i sam, do czego z trudem przyznałby się na chłodno, popełnił kilka faux pas w momentach największego rozradowania. Poza tym spotkali się przecież po to, by miło spędzić ze sobą czas – co prawda na najwyższym poziomie – ale wciąż miło. Duch radości zapewniał to „miło” i trudno uważać jego wyśmienitą rolę za coś złego, póki swoimi swawolami nie zaczynał obrażać starszego brata – ducha kultury.

Tak się stało, kiedy jeden z gości, należący do pierwotnej grupy męskiej, zbyt pochłonięty szerzącą się radością, próbował tę radość przenieść na innego gościa, należącego do pierwotnej grupy żeńskiej. Obyłoby się to bez wielkiego echa, gdyby transfer wspomnianej radości był udany, po czemu były wielkie nadzieje: zarówno gość – mężczyzna, jak i gość – kobieta, należeli do grupy ludzi pięknych, kulturalnych i cechujących się doskonałą opinią wśród zebranych. Niestety, transfer ów się nie udał. Może z powodu głupawki, jaką nadmiar radości zwykł powodować w ludzkiej psychice, przez co mężczyzna nie wykorzystał wszystkich swoich atutów w trakcie dokonywania owej próby. Tego nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że nieudana próba poskutkowała fizycznym, niespodziewanym odzewem.

Moment ten był katastrofalny w swoich skutkach. Kiedy nastąpił, wyrwał wszystkich z objęć dobrej zabawy, kultury i równości. Nie było nikogo, kto nie zwróciłby uwagi na dłoń kulturalnej kobiety, lądującą na policzku kulturalnego mężczyzny. Nie było nikogo, kto nie usłyszałby charakterystycznego dźwięku, który podobnej czynności towarzyszył. Nie było nikogo, kto pozostałby neutralny po tak skrajnym przekroczeniu granicy dobrego smaku.

I znów krach pojawił się wśród zebranych, bo mężczyźni – oburzeni takim, tak wielce sprzeciwiającym się wysokiej kulturze, zachowaniem kobiety – od razu stanęli po stronie zaatakowanego towarzysza i poczęli go bronić. Kobiety natomiast, idące dalej w swoich przypuszczeniach i od razu zakładające pozbawioną kultury niedyskrecję sprowadzonego do porządku mężczyzny, bez ociągania obrały stronę towarzyszki i – dla kontrastu – zaczęły bronić jej. Nad stołem wywiązała się wielka awantura.

Gdyby wrócić do dawnej metafory: doszło do pęknięcia – a to z automatu wykluczało działania prewencyjne. Jeśli gospodarz, wciąż pozostający w wielkim szoku, chciał rozwiązać ten problem, to tym razem potrzebował kleju, a nie stabilniejszego podłoża, jak dotychczas.

Nie miał łatwego zadania: zarówno wojna panująca przy stole, jak i rozpoczęta jakiś czas temu wojna jego rozumu z zacnym alkoholem, skutecznie utrudniały, a co za tym idzie: spowalniały, umiejętność znalezienia rozwiązania. Umiejętność, którą każdy gospodarz wysoce kulturalnych imprez zawsze powinien mieć pod ręką – zadbaną, ostrą, gotową do użycia w każdych warunkach, nigdy nie zawodzącą.

A on co?

Sam się jej pozbawił, popełniając błąd zbyt głębokiego wejścia w aktualnie toczące się spotkanie. Jako gospodarz nie mógł być „w”, a przynajmniej nie powinien. Jego rolą było nadzorowanie, jedynie częściowe bycie „w”, powiedzmy: trochę wyrachowane, ale wyrachowane w dobrej wierze. W wierze, o którą walczył przez cały wieczór – wierze w równość i kulturę całego przedsięwzięcia. To właśnie dlatego, jako gospodarz, powinien trochę lewitować nad resztą; być czymś w rodzaju „bytu absolutnego” spotkania. Zależało od tego jego dobre imię i właśnie teraz, kiedy wojny słowne za stołem nabierały na sile, stopniowo to dobre imię tracił. Gdyby tylko któryś z obecnych tu coraz słabiej duchów wsparł go swoją metafizyczną dłonią i zasugerował, co powinien w takim momencie zrobić…

Zrządzeniem losu niemal w tej samej chwili, w której prosił o rozwiązanie, pojawiło się ono. Nie wiedział, czy idea powstała w jego głowie jest zasługą wyłącznie własną, czy faktycznie zesłał mu ją jakiś nadrzędny byt. Ba, nie wiedział nawet, czy narodzona świeżo idea była dobra; czy miała rację bytu w tak dystyngowanym towarzystwie; czy nie zbłaźni się, proponując swoim gościom coś tego pokroju.

Jednak z drugiej strony napierająca potrzeba znalezienia rozwiązania nie dawała wiele szans na szukanie innych sposobów. Musiał postawić na to wysoce ryzykowne i nieprzystające podejście. Nie było wyjścia. Lekarstwo nie zawsze musi być słodkie, gdy jest niezbędne. Koniec końców działał w imię wyższych idei i wierzył, że to one będą prowadziły jego rękę, a to dawało mu moralną wyższość nad gośćmi, pogrążającymi się w coraz większym chaosie podziału.

Wstał z miejsca.

Ruch jego okazał się trochę chwiejny, co również nie przystawało osobie gospodarza. Skarcił się za to w myślach i obiecał sam sobie, że każdy następny będzie uważnie kontrolował. Nie chciał dopuścić do sytuacji, w której znajomi mogli odnieść wrażenie, że jest pijany. Osoba wysoce kulturalna nie mogła sobie na to pozwolić, tym bardziej pod własnym dachem. Nie, jeśli chciała zachować moc swoich postanowień i propozycji, a takowe gospodarz za chwilę miał wysunąć.

Najpierw jednak musiał zdobyć uwagę zebranych.

– Moi drodzy! Moi mili! Moi najdrożsi przyjaciele! – wołał.

Dopiero za trzecim razem udało mu się przebić przed słowne utarczki, czym zdobył sobie chwilę uwagi gości, podzielonych przez pierwotną kategorię płci.

– Serce mi się kraje, widząc was w stanie kłótni, kiedy zebraliśmy się tu, żeby świętować nie tylko radość ze wspólnej obecności, ale również naszą kulturę. Wysoką kulturę! I równość wszystkich zebranych wobec wszystkich zebranych, która jest równie ważna dla ludzi naszego pokroju. Ludzi dzielących się za stołem ideami wielkimi, które – w co szczerze wierzę – mają moc zmieniania świata tam, poza tym pokojem, kiedy ostatecznie z niego wyjdziemy!

Któryś z gości, wciąż wielce wzburzony zaszłą niedawno sytuacją, zamierzał zabrać głos. Już się unosił, już miał wtrącić swoje zdanie, łamiąc tym samym z powodu gniewu świętą kulturę wypowiedzi, ale gospodarz, uskrzydlony swoją przemową, uprzedził go w tym zamiarze:

– Wiem! – odezwał się. – Wiem że to, do czego przed chwilą doszło, mogło was wzburzyć, a nawet wywołać skrajne emocje. To sytuacja, do której jako gospodarz spotkania na takim poziomie nie powinienem dopuścić i za to was głęboko przepraszam. Ale nie szukajmy winnych! Nie łammy świętości naszego zjazdu! Zamiast tego zróbmy wszystko, byśmy mogli na powrót się pojednać. Ku uczynieniu czego, jeśli pozwolicie, mam pewną propozycję.

Wystawiając – i tak już nadwątlona zaistniałym sporem – cierpliwość gości na kolejną próbę, gospodarz opuścił pomieszczenie. Czynił to z wielką trwogą, jego dusza drżała z zimna na ramieniu, bo nie sposób było wyjść z pokoju pełnego podzielonych gości bez obawy, że już nie będzie do czego wracać. Jednak musiał podjąć to ryzyko, gdyż idea goszcząca w jego głowie wymagała rekwizytu, którego nie przechowywał w tym samym miejscu, w którym odbywało się spotkanie kulturalne. Ów przedmiot trzymał w ukryciu, w tajemnicy przed postronnymi, w najgłębszych odmętach szuflady biurka, przy którym zwykł pracować – i właśnie stamtąd go teraz wydobył, po czym jak najszybciej wrócił do gości.

Miał nadzieję, że dobrze robi, że powołany do życia pomysł pozostawał w zgodzie z majestatem ducha kultury, a może nawet przez ten majestat zaproponowany cudownym darem ideowego natchnienia, którego dostąpił. Miał taką nadzieję, bo w innym wypadku jego propozycja mogła wywołać efekt odwrotny do zamierzonego, nie wspominając już o niewdzięcznej roli, jaką będzie musiał na siebie przyjąć, wysuwając taką opcję przed śmietankę towarzyską, którą do siebie zaprosił.

Idea owa, zamanifestowana w przedmiocie teraz kurczowo ściskanym w jego dłoni, co prawda miała w sobie moc przywracania równości, odnawiania jej ducha i rekonstruowania jego stabilnej pozycji w towarzystwie, ale jednocześnie czyniła to w oderwaniu od ducha kultury, a to już bywało niebezpieczne. Nie od dziś wiadomo, że nieważne jak piękna byłaby równość, bez kultury jest jeno zbieraniną motłochu bez ładu i składu. Właśnie sprowadzenia spotkania pod swoim dachem do takiego poziomu obawiał się gospodarz. Ale, jak już zostało wspominane: sytuacja była krytyczna, więc środki zaradcze też musiały cechować się podobną siłą.

Wierzył, że duch kultury go prowadzi, a jeśli nie – że mu wybaczy.

Wrócił do pomieszczenia zabaw, gdzie z ulgą zauważył, że znajomi – mimo wyczuwalnego w powietrzu napięcia gotowego przerodzić się w dalszy spór – czekają na niego, testując swoją cierpliwość do granic możliwości. Tak potrafili uczynić tylko ludzie wielkiego ducha, którymi to ludźmi bez dwóch zdań goście byli. Nie obniżyło to jednak obawy gospodarza przed podzieleniem się swoją propozycją, co poskutkowało tym, że zauważalnie drżącą ręką wysunął przed siebie przedmiot – ostatnią deskę ratunku i pojednania – pokazując go wszem i wobec wszystkim zebranym.

Na jego widok emocje na twarzach gości zmieniały się jak w kalejdoskopie. Raz byli zdziwieni, raz wystraszeni, raz zdezorientowani, jakby nie wiedzieli z czym mają do czynienia, raz oburzeni śmiałością propozycji, raz uradowani, że taka propozycja została wysunięta. Ogólnie: byli zmieszani i mieli do swojego zmieszania święte prawo. Gospodarz nie śmiałby nawet marzyć o innej, bardziej pozytywnej reakcji – już prędzej wyobrażałby sobie dominujące wśród zebranych oburzenie, więc to, co zastał, było aż nadto szczodre wobec jego oczekiwań.

– Moi mili – przemówił, gdy po pierwszej ocenie przedmiotu odzyskał wiarę w swoją przodującą rolę gospodarza. – Wiem, że jest to propozycja śmiała, że niektórzy mogli jeszcze się z podobną ofertą nie spotkać i nie dziwi mnie to wśród ludzi takiej klasy, jak – z czego jestem wielce rad – zebrani tutaj. Wiem również, że sugerując takie rozwiązanie naszych sporów mogę narażać się na oburzenie i zniesmaczenie niektórych tu obecnych, ale świadomie podejmuję to ryzyko; świadomie wystawiam moje dobre imię na szwank, byle tylko załagodzić gorszącą dobrego ducha tego spotkania kłótnię. Pozwólcie, że uzasadnię swoją nadmierną śmiałość tym, że w sytuacjach kryzysowych środek do załagodzenia takowych sporów również musi być kryzysowy. Czy zgodzicie się ze mną, drodzy goście?

Choć początkowo kręcili głowami i potrzebowali dużo czasu na podjęcie decyzji (co było pięknym aktorstwem, mającym uczynić zadość nadchodzącemu nadszarpnięciu kultury), to finalnie większość zebranych okazała się głosować za pomysłem gospodarza, a tych kilku, którzy wciąż pozostawali niezdecydowani, albo potrzebowali więcej czasu na wyjście z twarzą z sugerowanego braku subtelności, po prostu zdało się na osąd reszty, będącej za. Koniec końców wszyscy reprezentowali ten sam, najwyższy poziom kultury, więc wzorowanie się na współtowarzyszach nie było niczym nagannym, a nawet mogło zostać nazwane wskazanym w sytuacji braku własnego zdania.

Tak też, wiedzeni nowymi, trudnymi narodzinami ducha równości, przyjęli propozycję gospodarza. Ten ostatni, niezmiernie uradowany tym, że zachował twarz, że jego propozycja została przyjęta i że cudowny duch na nowo zagościł wśród nich, od razu zapalił pokaźnego, zwijanego papierosa z magicznym tytoniem. Zaciągnął się kilka razy, po czym podał „fajkę pokoju” dalej. Tym sposobem zaczęła krążyć pośród zebranych, a ci palili ją kolejno, dając wyraz nie tylko egalitaryzmowi, ale też akceptacji dla wszystkich pozostałych, czyniących to samo.

I duch równości znów zaczął tańczyć wśród nich, i śpiewać swoją miłą pieśń, którą – od dwóch tur dzielenia się jednoczącą fajką – słyszeli najwyraźniej od początku tego wieczora. I zaraz dołączył do pierwszego ducha duch drugi – duch radości. Obdarzając swoimi łaskami zebranych, czynił z nich naczynia, przez które przelewało się błogie szczęście. I bawili się, znów zjednoczeni i weseli, chyba po raz pierwszy z takim natężeniem. I gospodarz był zadowolony, bo udało mu się po raz trzeci zniweczyć nikczemne plany ducha podziału, ratując swoich gości, swój dom i swoje dobre imię przed jego zgubnym, tragicznym w skutki działaniem. I w ferworze tej szampańskiej zabawy nikt nie zauważył braku wyższej kultury; braku jej nadrzędnego zwierzchnika.

Duch kultury bowiem, zmęczony alkoholem, oślepiony dymem fajki wodnej i otępiony działaniem magicznego tytoniu, nie wspominając już o znudzeniu nieustającym powstawaniem i załagadzaniem sporów, ustąpił miejsca swoim bardziej rozrywkowym braciom, wycofał się w cień, a potem, ostatni raz zerkając pobłażliwym okiem w kierunku bawiących się coraz mniej świadomie gości, odszedł, zostawiając ich bez opieki. Nie odszedł sam jeden, jak mogłoby się wydawać, bo towarzyszył mu jego brat – duch podziału, który miał już dość hamowania swoich prób udowodnienia, że jest równie ważny, jak pozostali.

 

*

 

Gospodarz odzyskał świadomość nad ranem. Przekręcił się w łóżku na drugi bok, chcąc jeszcze, choćby na chwilę, pozbawić tę świadomość władzy nad wschodzącym dniem. Ale nie potrafił. Objawy po wczoraj były zbyt silne, by je zignorować, nieważne jak bardzo by się starał.

Przesadzili. Mocno przesadzili. Cisnący się do gardła refluks kazał mu wyskoczyć z łóżka.

Pognał do łazienki. Nawet nie zamykał za sobą drzwi, tylko od razu dopadł ustępu, dźwignął muszlę i padł na klęczki. W tej pozycji spędził kolejnych kilka minut. Pokornie przyjmował cierpienia, pozbywając się całej trucizny, której jego organizm nie potrafił strawić. Bolał go łeb, piekło gardło, szarpał żołądek.

– Pierdolony tennessee honey – mruknął, nim pojawił się kolejny refluks. Zwymiotował. – Nigdy, kurwa, więcej…

Koniec

Komentarze

Coś pięknego, prawdziwe porozumienie ponad podziałami! Czytało się to świetnie, a napięcie rosło razem z ciekawością względem tego, co gospodarz raz po raz wyczaruje, żeby załagodzić rozłamy. Może tylko spodziewałem się na końcu czegoś innego, niż “magicznego tytoniu”, czegoś bardziej zaskakującego. Ale z drugiej strony, czego tu spodziewać się po tak mocno “ukulturalnionym” umyśle. Niemniej dzięki za ten tekst, miałem dzięki niemu całkiem wesoły poranek. Poza tym, od teraz chyba długo jeszcze, wprawiając się w wiadomy stan, będę przypominał sobie, że jestem tak naprawdę "natchniony darem ducha kultury".

 

Kilka drobnostek, które gdzieś po drodze mi nie pasowały:

 

“niczym smacznym nie jest i nigdy nie był. Gospodarz jednak był był przekonany” -> Zdublowane "był" przy gospodarzu. Chyba, że to jest nawiązanie do poprzedniego zdania i to on był smaczny. ;)

 

“osładzacz” – mimo, że celowe powtórzenia są przyjemne, to w pewnym momencie to słowo padało chyba lekko zbyt często. Takie moje osobiste odczucie.

 

“cechę/skazę” -> wszystko jest tu tak ładnie, wręcz kwieciście opisane, że nie pasuje mi taki zabieg stylistyczny, z ukośnikiem. Bardziej naturalne byłoby "cechę lub może nawet skazę".

 

Aha – jeszcze jedna kwestia – wiesz, że to w oryginale jest Tennessee Honey? Tennessy czytałoby się raczej chyba jako “tenesaj”, natomiast oryginalna pisownia wymawiana jest mniej-więcej jako “tenesi” (a dokładniej /ˌtɛn.əˈsi/).

Cieszę się, że żart się udał ;]. Oczywiście, że każdy z nas w tym stanie jest natchniony! Dzięki wielkie za komentarz i uwagi. 

Zdublowane "był" przy gospodarzu. Chyba, że to jest nawiązanie do poprzedniego zdania i to on był smaczny. ;)

Wiem, że może dziwnie wygląda, ale to celowy zabieg – właśnie odnoszący się do poprzedniego zdania ;].

 

Bardziej naturalne byłoby "cechę lub może nawet skazę".

Prawda, ukośnik średnio pasuje do całego tekstu. Chyba dodałem o jeden “kwiat” za dużo ;].

 

wiesz, że to w oryginale jest Tennessee Honey?

Spojrzałem na butelkę – true! ;]

 

Co do osładzacza – muszę jeszcze raz przeczytać, żeby się odnieść.

To eksperyment i żart.

No cóż, eksperyment jakoś nieszczególnie przypadł mi do gustu, a jako żart to już zupełnie się nie sprawdził i niczym nie rozbawił. :(

Rzecz zdała mi się straszliwie rozwleczona i okrutnie przegadana, a przedstawienie całego zajścia – choć mniemam, że to zabieg celowy – w sposób tak karykaturalnie podniosły, pełen ustawicznych wzmianek i podkreśleń, z jak wysoka kulturą mam do czynienia, że kilkakrotnie miałam ochotę przerwać lekturę. Jednak doczytałam do końca, a finał, co tu dużo mówić, bardzo mnie rozczarował, tak bardzo okazał się błahy i oczywisty.

Szkoda, że przyjęcie nie skończyło się wielce kulturalną i szalenie estetyczną orgietką… ;)

 

– To – uniósł bu­tel­kę w górę, tak, by wszy­scy wi­dzie­li – jest naj­lep­szy al­ko­hol… –> – ToUniósł bu­tel­kę w górę, tak, by wszy­scy wi­dzie­li.jest naj­lep­szy al­ko­hol

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

wy­szedł z po­stu­la­tem dla wszyst­kich. –> …wy­szedł z po­stu­la­tem do wszyst­kich.

 

a to dzię­ki ob­ra­zo­wi, któ­re­go uświad­czył przy stole. –> W jaki sposób można uświadczyć obraz przy stole?

Proponuję: …a to dzię­ki ob­ra­zo­wi, któ­ry ujrzał przy stole.

 

widok, któ­re­go uświad­czył… –> …widok, któ­re­go doświad­czył

Poznaj znaczenie słów uświadczyćdoświadczyć.

 

Odło­ży­li na­czy­nia na stół… –> Odstawili na­czy­nia na stół

Z odłożonych szklanek mogłyby wyciec bladożółte niedopitki.

 

Za­do­wo­le­niom nie było końca. –> Za­do­wo­le­niu nie było końca.

Zadowolenie nie występuje w liczbie mnogiej.

 

co wy­ni­ka­ło samo przez się… –>…co rozumiało się samo przez się… Lub: …co wy­ni­ka­ło samo z siebie

 

Trud­no było usku­tecz­nić spo­tka­nie to­wa­rzy­skie, nawet na tak gór­no­lot­nym po­zio­mie… –> Nie powiedziałabym o poziomie spotkania, że jest górnolotne.

Za SJP PWN: górnolotny «o stylu wypowiedzi: przesadnie wzniosły»

 

Nie ważne, jak wiel­kie jed­nost­ki… –> Nieważne, jak wiel­kie jed­nost­ki

 

z sa­me­go faktu ce­chu­ją­ce­go je­ste­stwa gości. –> …z sa­me­go faktu ce­chu­ją­ce­go je­ste­stwo gości.

Jestestwo nie występuje w liczbie mnogiej.

 

ale też rów­no­ści, którą go­spo­darz przy­siągł bro­nić… –> …ale też rów­no­ści, której go­spo­darz przy­siągł bro­nić

 

Go­spo­darz nie­ma­ło się na­mę­czył wzmo­żo­nym wy­sił­kiem in­te­lek­tu­al­nym, tro­chę już nad­wą­tlo­nym spo­ży­tym al­ko­ho­lem, by zna­leźć roz­wią­za­nie za­sta­ne­go pro­ble­mu. –> Ze zdania wynika, że to wysiłek gospodarza był nadwątlony.

Proponuję: Go­spo­darz dość się już zmęczył wysilając intelekt, tro­chę już nad­wą­tlo­ny spo­ży­tym al­ko­ho­lem, by zna­leźć roz­wią­za­nie zaistniałego pro­ble­mu.

 

Nie jest prze­cież ta­jem­ni­cą, że dużo cię­żej po­łą­czyć coś, co już pękło, niż za­dzia­łać pre­wen­cyj­nie i nad­cho­dzą­ce pęk­nię­cie unie­moż­li­wić. –> Nie jest prze­cież ta­jem­ni­cą, że dużo trudniej po­łą­czyć coś, co już pękło, niż za­dzia­łać pre­wen­cyj­nie i ewentualne pęk­nię­cie unie­moż­li­wić.

Pęknięcia nie nadchodzą.

 

– Po­zwól­cie, że w tak szczo­drym to­wa­rzy­stwie tego wie­czo­ra… –> Na czym polegała szczodrość towarzystwa?

 

Nikt nie śmiał za­prze­czyć, że przed­sta­wio­na im fajka wodna… –> Raczej: Nikt nie śmiał za­prze­czyć, że zaprezentowana im fajka wodna… Lub: Nikt nie śmiał za­prze­czyć, że postawiona przed nimi fajka wodna

 

po czym ode­zwał się w tymi słowy: –> …po czym ode­zwał się tymi słowy: Albo: …po czym ode­zwał się w te słowa:

 

– Po­zwól­cie, że jesz­cze raz za­sło­nię się pra­wem go­spo­da­rza i za­pro­po­nu­ję wam… –> Raczej: – Po­zwól­cie, że jesz­cze raz, korzystając z prawa go­spo­da­rza, za­pro­po­nu­ję wam

 

ce­chu­ją­cych się wy­so­ką opi­nią wśród ze­bra­nych. –> Opinia nie bywa wysoka.

Proponuję: …ce­chu­ją­cych się znakomitą/ świetną/ doskonałą opi­nią wśród ze­bra­nych.

 

Nie było ni­ko­go, kto nie usły­szał­by cha­rak­te­ry­stycz­ne­go dźwię­ku, który po­dob­nej czyn­no­ści to­wa­rzy­szył. –> Czynności podobnej do czego?

 

od razu za­kła­da­ją­ce po­zba­wio­ną kul­tu­ry nie­dy­skre­cję spro­wa­dzo­ne­go do po­rząd­ku męż­czy­zny… –> Na czym polegała niedyskrecja mężczyzny?

 

że nie ważne jak pięk­na by­ła­by rów­ność… –> …że nieważne jak pięk­na by­ła­by rów­ność

 

Choć po­cząt­ko­wo krę­ci­li gło­wa­mi i za­bie­ra­li dla sie­bie dużo czasu na pod­ję­cie de­cy­zji… –> Choć po­cząt­ko­wo krę­ci­li gło­wa­mi i potrzebowali dużo czasu na pod­ję­cie de­cy­zji

 

od razu od­pa­lił po­kaź­ne­go, zwi­ja­ne­go pa­pie­ro­sa… –> …od razu zapa­lił po­kaź­ne­go, zwi­ja­ne­go pa­pie­ro­sa

 

a ci pa­li­li z niej ko­lej­no… –> …a ci pa­li­li ko­lej­no

 

nie ważne jak bar­dzo by się sta­rał. –> …nieważne jak bar­dzo by się sta­rał.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

jako żart to już zupełnie się nie sprawdził i niczym nie rozbawił. :(

Widać wszystkich nie zadowolę ;/. Jak to mówił Halama: “poczucie humoru jest wybiórcze”. Ja tam za każdym razem uśmiechałem się pod nosem, kiedy robiłem redakcję – a mówię tu o własnym tekście! To nie zdarza się często ;].

 

Rzecz zdała mi się straszliwie rozwleczona i okrutnie przegadana, a przedstawienie całego zajścia – choć mniemam, że to zabieg celowy – w sposób tak karykaturalnie podniosły, pełen ustawicznych wzmianek i podkreśleń

Taki był zamysł tego tekstu (co miało być jedną z części składowych jego humorystyki – i głupio mi, że muszę to pisać ;(), więc jestem w stanie zrozumieć, że jeśli język nie przypadł Ci do gustu od początku, to dalej nie mogło być lepiej.

 

finał, co tu dużo mówić, bardzo mnie rozczarował, tak bardzo okazał się błahy i oczywisty.

Szkoda, że przyjęcie nie skończyło się wielce kulturalną i szalenie estetyczną orgietką… ;)

Finał może nie porywa, ale pasuje. Dla mnie jest najlepszym z wszystkich możliwych finałów, bo – idąc za Kingiem – jest słuszny.

Co do orgietki (nawet ruszyłem słownik, żeby się upewnić czy dobrze podejrzewam, bo nigdy nie słyszałem zdrobnienia ;)) – my chyba chodzimy na różne przyjęcia ;D. Ale, jakby na którymś z twoich zrobił się wakat, to count me in! ;]

 

Jestem zbyt zmęczony, żeby odnosić się do znalezionych usterek, więc tylko jedno:

 

Poznaj znaczenie słów uświadczyć i doświadczyć.

Nie uwierzysz, ale specjalnie to sprawdzałem przed wrzuceniem tekstu. Wedle słownika “napotkać kogoś lub znaleźć coś” – w przypadku obrazu mi to pasuje. W drugim już trochę mniej (nie zauważyłem, że jest drugi ;))

Ale, jakby na którymś z twoich zrobił się wakat, to count me in! ;]

Nie omieszkam. ;)

 

Wedle słownika “napotkać kogoś lub znaleźć coś” – w przypadku obrazu mi to pasuje.

Maszkytny, to Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jasne, że tak, ale uwagi – jak zawsze – mile widziane. ;)

Tak myślałam, dlatego Ci ich nie skąpię. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Amen! Jak kiedyś zacznę na swoim stukaniu w klawiaturę zarabiać, będzie to w dużej mierze Twoja zasługa ;D

Pomysł bytów (Równości, Podziału, Kultury, Nałogu) i ich możliwości ich oddziaływania – dobry! Sytuacja, w której ingerują – bezpośrednio – zsyłając natchnienie na bohatera też niczego sobie, lecz opko za mało zabawne. Nie wiem dlaczego? Może przez brak dystansu, który sprawia, że przeciągasz patos i wzniosłość, niekiedy ponad miarę, tam, gdzie przydałby się skrót i rodzaj powściągliwości – czas na śmiech i reklamę.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jak kiedyś zacznę na swoim stukaniu w klawiaturę zarabiać, będzie to w dużej mierze Twoja zasługa ;D

Nie przesadzaj, Maszkytny, cieszę się, że mogę pomóc, ale Twoje sukcesy będą wyłącznie Twoimi sukcesami. Ja za Ciebie niczego nie napiszę, więc i zasługi będziesz mógł przypisać wyłącznie sobie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Asylym

Dzięki za poświęcenie chwili. Cieszę się, że pomysł przypadł do gustu, ale znowu szkoda, że nie rozbawił. Język może jest aż nadto kwiecisty, ale o to tu chodzi. Chociaż chciałbym, to nie będę bardziej bronił żartu, próbując go tłumaczyć, bo to najlepsza droga do zabójstwa tekstu (i samego żartu) ;].

Na razie wychodzi na to, że mężczyzn śmieszy, kobiety nie (chociaż cztery osoby – w tym ja – to chyba za mało, żeby wyciągać takie wnioski;)).

 

@regulatorzy

Ja za Ciebie niczego nie napiszę, więc i zasługi będziesz mógł przypisać wyłącznie sobie. ;)

I tak, i nie, mógłbym całe życie pisać i samemu być ślepym na jakieś błędy. Tu w sukurs przychodzi feedback; trzepnięcie w łeb to czasem najlepsze lekarstwo ;].

W takim razie cieszę się jeszcze bardziej, że uważasz uwagi za potrzebne i przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Duch Równości wspierany przez kompana Podział szepce mi na uszko, że nie chodzi o Tę sprawę:)

Nałóg też piska z kąta, gdzie został ciśnięty:

– Nie łgaj, lubisz kapeczkę whisky.

– Ale fajki to już nie – protestuję.

– Stara się być kulturalna. Ha, ha. I w dodatku myśli, że to przejdzie. No way – chichotał się wniebogłosy duch Kultury.

Oddalić należy się z godnością, a duchy na wojenkę wysłać, w końcu niematerialne i szkody nijakiej  sobiej nie zrobią, pomyślałam.

 

dobranocka :), a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

@regulatorzy

 

Takie będą, dopóki nie osiągnę perfekcji (o ile się da;)).

 

@asylum

 

Ładna scenka.

Chociaż z duchem Nałogu od lat żyję w separacji, to towarzystwo pozostałych jeszcze zbyt często utrudnia moment oddalania się z godnością ;].

Ja niestety, bez nijakiego dostojeństwa nurzam się w dekadencji i prokrastynacji wobec pisania humorzastych opowieści. Z każdej przeziera dramat i… nie powiem co, ciemne myśli, nijak nie zabawne;)

Perfekcja to pomnik, chyba bym nie chciała być statuą;) 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Najpierw rzecz najważniejsza. Gdzie tu fantastyka? Przeczytałem ponad 30 tys. znaków raczej z poczucia obowiązku i niestety nie doczekałem się żadnych elementów fantastycznych (personifikacyjne wspominki o duchach kultury i podziału na pewno nimi nie są). Czyli pierwsze rozczarowanie.

A drugie… No niestety, nie porwało. Żart ogólnie wydał mi się wtórny, z całkiem podobnym spotkałem się gdzieś już wcześniej. Ale zanim przypomniałem sobie, że już to znam, i tak domyśliłem się puenty. Gdzieś w jednej trzeciej tekstu. Pozostałe dwie trzecie lektury przebrnąłem z nadzieją na jakiś twist lub super gag w finale, który wynagrodziłby moje poświęcenie. Nadaremnie.

Dlatego zapytam wprost: naprawdę warto było ciągnąć tę ciężką, pełną powtórzeń, a po kilku akapitach zwyczajnie męczącą stylem narrację (na plus, że konsekwentną) na tak długim dystansie, dla tak cienkiej puenty? I jak rozumiem, Twoim zdaniem, ten finałowy paw był konieczny dla podkreślenia kontrastu, na którym opierasz dowcip? Bo ja uważam, że można to było rozegrać z większą finezją.

Gdyby to był szort, pewnie wywołałby letni uśmiech, a tak pozostało tylko lekkie zakłopotanie. Moim zdaniem efekt i puenta okazały się po prostu niewarte trudu, jaki zadał sobie czytelnik. Być może to kwestia poczucia humoru, każdy ma przecież własne, a Ty jak rozumiem bawiłeś się bardzo dobrze zarówno podczas procesu twórczego, jak i ponownej lektury. Cóż, dobre i to.

Dla mnie Twoje opowiadanie przypomina niestety tekst napisany dla żartu, w celu zaimponowania kolegom z akademika. Ot, nużący, długaśny i "stylizowany" opis imprezki, w którym cały myk polega na tym, że nieprzystający język, jakim jest opisana, "ukrywa" prawdziwe jej oblicze. Szału nie ma. Sam popełniłem za młodu nieszczęsną "Interwencję" i jedyny jej plus, jaki dziś dostrzegam, to fakt, że jest dosyć krótka.

Moja opinia będzie więc surowa. Dosyć biegle posługujesz się językiem, warsztat też pewnie masz wystarczający, dlatego szkoda, że nie użyłeś tych umiejętności do zaprezentowania ciekawej historii, napisanej bardziej przystępnym stylem, zamiast przeciągniętego niemiłosiernie, wtórnego i mało zabawnego "dowcipu alkoholowego", który nijak pasuje do strony fantastyka.pl

Trzymam kciuki i czekam na dobrze napisane, świeże i interesujące fabuły. Najlepiej z gatunku, jaki uprawiamy na tym portalu. Powodzenia, bo możliwości na pewno masz. Pozostaje tylko znaleźć i dostosować do nich jakiś pomysł.

Po przeczytaniu spalić monitor.

@Asylum

Moje lata dekadencji mam na szczęście za sobą (podobno dla mężczyzn potrafią być skrajnie destruktywne; jeśli nie doprowadzą swojego życia do porządku do późnych lat dwudziestych, to często kończą samobójstwem – zupełnie jak młodzi poeci ;)). Ale wciąż nużam się w pisaniu – na trzeźwo i z większą determinacją ;].

Perfekcja to pomnik, chyba bym nie chciała być statuą;) 

Być może nie, albo jakby nam kiedyś jakiś postawili… ;]

 

@mr.maras

Co do fantastyki – jestem przekonany, że już dużo mniejsze zabiegi literackie można uznać za fantastyczne.

Co do opowiadania – wysoki kontrast pisania i tego, co opisane, był założeniem całości, więc trudno byłoby się go pozbyć. W tym końcówki, finalnie sprowadzającej bohatera do rzeczywistości. Jeśli nie porwało – rozumiem, to w dużej mierze zabawa językowa.

Dlatego mogę się zgodzić, że tekst przypomina poniekąd popisówę literacką, ale już niestety nie z akademika. Te lata mam za sobą ;].

No i dzięki za dostrzeżenie warsztatu. Na razie kręcę nim na wszystkie strony, próbując sprawdzić, gdzie najlepiej pasuje.

 

Przepraszam, że tak późno odpisuję, ale w ostatnich dniach nazbierało mi się trochę zajęć i wyjazdów.

To eksperyment i żart. Mam nadzieję, że strawny ;]

Nie. Nie jest strawny. Nie dałem rady tego przeczytać, gdzieś w 1/3 rzuciłem to, bo widać było, że ten tekst (bo ciężko go opowiadaniem nazwać, jak fabuły żadnej nie ma) nigdzie nie zmierza i tylko męczy paskudnym manieryzmem. Potem zerknąłem w komentarze, które utwierdziły mnie w moim przekonaniu. Po komentarzach zerknąłem na ostatni akapit gdzie masz puentę swojego żartu. No i cóż, powiem tylko tyle, że cieszę się bardzo, że nie czytałem całości, trochę życia zaoszczędziłem, bo dla tego finału zdecydowanie nie było warto się męczyć. 

Nowa Fantastyka