- Opowiadanie: Krupica - Królowa deszczu(poprawione)

Królowa deszczu(poprawione)

Sta­ra­łam się po­słu­chać wa­szych rad, jed­nak nie wiem czy coś z tego wy­szło ;)

Pierw­szy raz na­pi­sa­łam coś w tym klimacie.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Królowa deszczu(poprawione)

Powiadają, że karmi się słabością.

Uszyta kroplami deszczu. Mieszkanka rzecznych głębin.

Wiedziona pokusą zwycięstwa, losowo wybiera swe ofiary.

Nie ma schematów. Wystarczy, że cię dostrzeże.

I odtąd będziesz należał do niej.

 

 

Miałem coś w zębach.

Ta myśl wczepiła się w mój umysł niczym pijawka. Drażniła myśli, zatruwała organizm. Rzecz w ustach była zimna i wilgotna. Nie mogłem się jej pozbyć.

Zupełnie jakby mnie opętała.

Usilnie próbowałem wydostać "cosia" z moich zębów, jednak po wykorzystaniu paczki wykałaczek zwątpiłem w swoje umiejętności.

Spojrzałem na twarze pracowników biura, którzy zapatrzeni w prostokątne ekrany, zapomnieli o całym bożym świecie.

Jednym szarpnięciem otworzyłem szufladę i wygrzebałem spomiędzy rupieci pęsetę i lusterko. Ten jeden raz wdzięczny byłem, że zatopieni w rozmowach doradcy klientów mieli głęboko w dupie, co wyprawiał ich kolega z pracy.

Strąciłem wykałaczki z biurka, a na nim położyłem okrągłe lusterko. Zbliżyłem do niego twarz, drżącymi rękami wydzierając szpikulec.

Pęseta chwyciła cienką rzecz.

Z moich ust wyciągnąłem kawałek nitki, po czym zacząłem się jej przyglądać. Była cała w błocie.

Skąd u licha nitka w moich zębach? Skąd ona się tam wzięła?

Poczułem ostry ból w krtani. Złapałem się za szyję, uderzając głową w blat, po czym wstałem, wywracając przy tym krzesło.

– Wojtek? Ej, Wojtek, co się dzieje? – Kilku współpracowników zrzuciło słuchawki i ruszyło w moją stronę. – Wszystko w porządku?

Zacząłem machać rękami, próbując dać im do zrozumienia, że nie mogłem oddychać. niechcący uderzyłem jednego z nich płaską dłonią. Chwiejnym krokiem ruszyłem w stronę toalety.

Nie mogłem złapać powietrza.

Z mojego gardła próbowało się coś wydostać.

Padłem na kolana, zaczynając się dławić. Wsadziłem rękę do ust. Ktoś krzyknął, że dzwoni po karetkę.

Wyciągnąłem z przełyku ręcznie robiony naszyjnik z jesiennych liści.

Zwymiotowałem.

 

*

– …jtek. Wojtek!

Kobiecy głos wybudził mnie ze snu. Wrzasnąłem, podrywając się do góry. Uciąłem sobie drzemkę. To był sen. Tylko sen. Popatrzyłem na Darię, moją współpracownicę, która spoglądała na mnie z niepokojem. Wsadziła kosmyk jasnych włosów za ucho.

– Wszystko gra, Wojtek? – zapytała. Do piersi przyciskała teczkę z dokumentami.

Gdy szok minął rozglądnąłem się po biurze. Po prostu zasnąłem w pracy. Nic się nie wydarzyło.

Dla pewności wyciągnąłem z szuflady lusterko i zacząłem oglądać wnętrze mojej jamy ustnej. Daria przyglądała mi się z obrzydzeniem.

Wszystko było w porządku. Oparłem się o poręcz krzesła, starając się wyrównać oddech.

– Miałem koszmar. Przepraszam.

Cholernie realny koszmar!

– Nie powinieneś spać w pracy. Jak stary cię przyłapię to cię wyrzuci.

– Wiem, wiem, Daria – Długo szukałem słów – Idę na zewnątrz. Świeże powietrze dobrze mi zrobi – Powstałem – Jakby stary pytał to powiedz, że źle się poczułem.

Przeszedłem przez całe biuro, które dudniło głosami rozmów pracowników.

Wyszedłem na taras, biorąc głęboki wdech. Wygrzebałem z kieszeni paczkę papierosów i zapaliłem jednego z nich.

Szary dym rozpierzchnął się w atmosferze.

Dotknąłem gardła.

Nadal czułem ucisk.

Jakby coś w nim było.

 

*

Przeczekałem ostatnie kilka sekund w bezruchu, nim wskazówki wskazały osiemnastą.

Dzwonek kończący zmianę rozległ się w całej sali.

Szuranie krzeseł, pakowanie rzeczy, seria szybkich uprzejmości i każdy rozpływał się jak duch. Wszyscy zmierzali do domów. Mieli dość tej roboty.

Zupełnie jak ja.

Spojrzałem na swojego młodszego kolegę, rudowłosego Eryka, który nie mógł uporać się z natarczywym klientem.

On nie mógł się pierwszy rozłączyć. Straciłby wtedy premię.

Wzruszyłem ramionami.

Poczekam na niego. I tak nie miałem nic do roboty.

 

*

– I wiesz, co mi ta stara baba powiedziała?! – Chwycił kufel piwa i opróżnił do dna. Był wściekły. Szklanica wylądowała z powrotem na stoliku – Że jak ona nie będzie spała, bo ona nie zaśnie bez telewizji to ja też nie będę spał! Rozumiesz?! Co ja starej kurwie poradzę że burza była, korki wyjebało, a baba nawet nie wie gdzie ma skrzynkę, bo nie ona, a szwagier jej dom budował.

Uśmiechnąłem się, wznosząc toast.

– Nie pierwsza i nie ostatnia. Zdrowie starszych pań!

Eryk pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Weź mnie chłopie nie wkurzaj bardziej. Kelner!

Młoda dziewczyna stanęła przy naszym stoliku. Zapewne uczennica liceum. To musiała być jej pierwsza praca. Wyglądała na przerażoną.

– Co podać? – zapytała niskim głosem.

– Szesnaście shotów. Tych niebieskich.

Dziewczyna potaknęła, znikając w sąsiedniej sali.

– Ciekawe, czego się tak bała – powiedziałem pod nosem. Eryk to usłyszał.

– Czego miała się bać? Jest kelnerką w barze. Tam stoi typ, co wpierdoli każdemu, który ją dotknie. Masz jakieś schizy, stary. Za dużo pijesz, a za mało śpisz.

Machnąłem ręką.

– Nieważne.

Eryk wydął usta po czym uśmiechnął się zawadiacko.

– Idziemy na dziwki?

 

*

Nie miałem pojęcia, jakim sposobem wylądowałem we własnym mieszkaniu.

Nie chciałem wiedzieć.

Film urwał mi się w momencie wejścia do klubu nocnego. Czwartego z kolei. Potem pustka. Dzień zlał się z nocą, noc z dniem.

Może odwrotnie?

Spojrzałem na zegarek.

Siódma.

Musiałem wstawać, a ja czułem jakbym nie spał tydzień.

Zwlokłem się z łóżka, a drogę do łazienki przemierzyłem chyba w stanie hibernacji, bo kompletnie jej nie pamiętam. Świadomość odzyskałem, dopiero w momencie, gdy oparłem czoło o zimne lustro.

– Wojtek, ogarnij się. Do roboty idziesz! – wrzasnąłem sam do siebie.

Szczoteczka. Pasta. Poranna toaleta.

Wyplułem miętową papkę raz i drugi za każdym razem mierząc spojrzeniem odbicie gościa bladego jak ściana z podkrążonymi oczami i zapadniętymi policzkami.

Wyglądałem tragicznie.

Chwyciłem się umywalki, gdy ostry ból niemal rozerwał mi gałki oczne, a w gardle pojawił się ucisk.

Zaczynałem tracić oddech.

Wojtek, to sen.

To tyko sen.

Nie. To nie był sen.

Charcząc i kaszląc wyplułem do zlewu wilgotny liść. Liść wiśni. Wziąłem liść do rąk, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.

Ponownie skierowałem wzrok na lustro.

Za mną stała trupia, kobieca postać. Pozbawiona oczodołów, a jej twarz wydawała się być twarzą lalki. Suknia podarta. Wyglądała jakby wyszła z wody.

Położyła dłoń na moim ramieniu. Gdy zimny prąd rozszedł się po moim ciele, odwróciłem się z zamiarem uderzenia upiora.

Zniknęła. Liść z mojej dłoni również zniknął.

Spojrzałem w lustro. Moje odbicie nie powiedziało mi niczego.

Czy mi się faktycznie to wszystko wydaję?

 

*

Spóźniłem się. Wiedziałem, że się spóźnię.

Pół godziny przeszukiwałem mieszkanie. Chciałem znaleźć cokolwiek. Naprawdę, cokolwiek, co wytłumaczyłoby halucynacje.

Nawet liścik z klątwą.

A tu nic.

Twarz kobiety prześladowała mnie na każdym kroku. Widziałem ją w szybach, oknach, nawet twarze przechodniów, zdawały się przyjmować jej rysy.

Czy ja traciłem zmysły?

Wszedłem do biura. Moja blada, zmęczona twarz nie umknęła uwadze kolegów. Zwłaszcza, że przyszedłem do pracy grubo po rozpoczęciu zmiany. Nawet Eryk prezentował się lepiej ode mnie.

Usiadłem przy swoim biurku, próbując zebrać myśli. Rudzielec podszedł do mnie.

– Stary… wyglądasz strasznie – powiedział – Chcesz jakieś witaminy, czy coś?

Pokręciłem głową. Słowa uwięzły mi w gardle. Eryk widząc, w jak kiepskim stanie jestem, odpuścił.

– Grubas coś mówił o twoim spóźnieniu. Masz się do niego zgłosić na przerwie obiadowej – Wrócił na swoje stanowisko pracy.

Wziąłem głęboki wdech, gdy rozdzwonił się pierwszy telefon.

Dam radę. Musiałem.

Odebrałem.

Na długiej przerwie poszedłem do biura starego. Nie wydawał się być zadowolony. Tłumaczył mi coś o sumienności, punktualności i etyce pracy. Nie słuchałem go. Wpatrywałem się tępo w obraz przedstawiający kobietę wpatrującą się w lustro. Musiał go namalować jakiś początkujący artysta.

– Wojtek – Dopiero na dźwięk swojego imienia oderwałem wzrok od malowidła – Rozumiemy się? Ostatni raz, ci daruję.

– Dobrze, szefie. Dziękuję.

Wyszedłem z jego biura.

Gula w moim gardle narastała coraz bardziej. Zaczynała piec i szczypać.

Resztę długiej przerwy spędziłem w toalecie, próbując wydrzeć z mojego przełyku zalegający tam syf.

Moje palce natknęły się na znajomy mi kształt. Krztusząc się i powstrzymując odruch wymiotny wyciągnąłem z gardła naszyjnik spleciony z liści. Identyczny jak we śnie. Tyle, że na tym widniała moja krew. Zamarłem, czując jak paraliżujący strach wędruje wzdłuż mojego kręgosłupa.

Do toalety wszedł Eryk. Widząc mnie pochylonego nad zlewem zmarszczył brwi i cofnął się o krok. Widziałem jego minę w odbiciu lustra.

– Co się z tobą dzieję, Wojtas? – Podszedł do mnie i oparł się o ścianę – Owszem, porządziliśmy trochę wczoraj, ale żeby, aż tak…

– Cicho – uciąłem, po czym pokazałem mu rzecz, którą przed chwilą wydobyłem z gardła – Widzisz to? Ja to w swoim gardle miałem!

Eryk dłuższy moment wpatrywał się w naszyjnik z liści. Parsknął śmiechem, a mnie zamurowało.

– Wiedziałem, że za dużo pijesz. Haluny masz? Białe myszki te sprawy? Zwolnij się do domu. Odpocznij.

Gdy to powiedział kolejna gula wyrosła w moim gardle. Gula bezradności i strachu. Patrzyłem tępo to na niego, to na wilgotne liście, nie mogąc znaleźć słów.

– Nie… nie widzisz tego? Przecież…

Eryk nie pozwolił mi dokończyć. Nie był typem gościa, który rozczulałby się nad losem drugiego. Położył mi dłoń na plecach.

– Prześpij się, chłopie. To minie. Sen dobrze ci zrobi.

Odlał się do pisuaru, po czym wyszedł z toalety zostawiając mnie samego sobie. Wpatrywałem się tępo w naszyjnik, widoczny tylko dla mnie.

Bez namysłu spuściłem go w kiblu, jednak on zamiast zniknąć wypłynął na powietrze. Moim ciałem wstrząsnął spazm. Zwymiotowałem litry deszczówki zmieszanej z błotem. Czułem jak rozrywało mi trzewia. Gardło piekło niemiłosiernie.

Do toalety wbiegli moi koledzy. Zaczęli mną potrząsać i bić po twarzy.

 

*

Otworzyłem oczy.

– Chłopie… – Eryk stał nade mną ze skrzyżowanymi rękami i kręcił głową. Obok niego stary, a za nim sekretarka. Za sekretarką wszyscy współpracownicy.

Wszyscy wpatrzeni we mnie.

– Panie Zawada… – Zaczął z wyczuwalną groźbą w głosie. – Teraz to żeś się pan doigrał.

Nie rozumiałem o czym mówił, dopóki nie spostrzegłem, że umywalka była oderwana od ściany, a toaleta zasikana. Po całej toalecie walał się papier. Przełknąłem ślinę. To nie mogłem być ja… przecież… przecież…

– Będziesz pan za to miał potrącone z pensji. A teraz żegnam pana. Jest pan zwolniony.

– Co? Dlaczego?– Powstałem, idąc za nim jak zbity pies. Wizja stracenia pracy była gorsza od naszyjniku w gardle. – Szefie ja…

– Dość – Uciął krótko, zatrzymując się. – Przychodzisz pan do roboty spóźniony, czuć od pana alkohol. Na dodatek ćpasz pan jakieś gówna i demolujesz służbową łazienkę. Ma pan coś na swoją obronę? Co? Nie słyszę. Dokładnie, panie Zawada. Za dwadzieścia minut ma tu pana nie być.

Stałem osłupiały nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszałem.

Zrobiłem, co kazał, jednak wychodząc nadal to czułem.

Smak błota i wody w gardle.

Zapach deszczu.

Spojrzałem po raz ostatni na gmach biura.

Co tu się wyprawiało do cholery?

*

Przysiadłem na ławce w parku, kładąc obok mnie walizkę z dokumentami. Wpierw spadła na mnie kropla. Po chwili lunął deszcz.

Westchnąłem ciężko, jednak nie ruszyłem się ani o cal. To, co się wydarzyło odcisnęło trwałe piętno w umyśle.

Nagle w twarz uderzył mnie liść. Spojrzałem w stronę, z której nadleciał, a pomiędzy drzewami dostrzegłem dziewczynę, ubraną w żółty płaszcz. Pomimo deszczu nie wydawała się być zmoknięta.

Nie miałem pojęcia kim była. Postąpiła do mnie kilka kroków, po czym cofnęła się i zaczęła uciekać.

Ruszyłem jej śladem. Może coś się stało? Może potrzebowała pomocy?

– Ej!- krzyknąłem, ale ta nie zatrzymała się – Poczekaj!

Zupełnie jakby się czegoś przestraszyła.

W końcu zatrzymaliśmy się nad rzeką. Dziewczyna odwróciła się do mnie twarzą, a ja zesztywniałem. To była ona. Zmora z moich snów. Jej twarz zionęła pustką.

– Pada deszcz – powiedziała – Dawno nie padało.

– C… co?

Zjawa wskoczyła do wody. Na powierzchnię wypłynął tylko żółty płaszcz

Jestem zaszczycona twoją obecnością, chłopcze – Usłyszałem głos w głowie. Coś sparaliżowało moje ciało. Spojrzałem na rzekę. Wychyliła się z niej ona. Puste oczodoły skierowane były na mnie, usta wykrzywione w grymasie smutku. Z wody zaczęły wypełzać setki rąk, które chwytając mnie za nogi, ciągnęły w stronę rzeki.

– Nie! – Wrzeszczałem, jednak krzyk mój nikł w odgłosie uderzających o podłoże kropel – Zostawcie mnie!

Królowa zebrała swe jesienne żniwo.

 

*

Otworzyłem oczy. Białe ściany, biały sufit.

Nie było okna.

Leżałem na łóżku. Nie byłem w stanie się ruszyć. Zupełnie jakby coś odebrało mi wszelkie siły życiowe.

Spojrzałem na tułów. Byłem w kaftanie.

Zacząłem wierzgać i wrzeszczeć.

Do sali wbiegli pielęgniarze.

– Zawada znowu ma atak! – Krzyczeli, wciskając mnie w materac – Dajcie mu risperidonum!

Poczułem ukłucie w prawe udo.

– Jaki atak?– Wydusiłem – Przecież nic mi… nie… jest.

Odpłynąłem.

*

Rudy koleś siedział przy barze popijając już kolejne z rzędu piwo. Wydawał się być zamyślony.

Szkoda Wojtasa, myślał. Spoko z niego gość był.

Rudy sam wezwał pogotowie.

Wojtek omal nie utopił się w pobliskiej rzece.

Eryk usłyszał krzyki, wyszedł z pracy niedługo po nim.

Wojtek zanurzał się w wodzie i wrzeszczał:

– Pomocy! Na Boga, niech mi ktoś pomoże!

Eryk wyciągnął go z wody. Oczy Wojtka wywróciły się białkami do góry, zaczął się telepać.

Eryk wezwał pogotowie.

Próbował go uspokoić, jednak nadaremno. Gdy Wojtek nieco ochłonął, chwycił Eryka za ramiona mówiąc coś o Królowej, ofierze i takich tam.

– Pacjent cierpi na schizofrenię – Powiedzieli pielęgniarze, gdy ładowali go do karetki. – Oni już tak mają, że widzą rzeczy, których nie ma. Może koledze da się pomóc.

I odjechali. Eryk nie zapytał ich nawet o adres szpitala, w którym będzie przebywał Wojtek. Nie był w stanie.

Eryka zastanawiał tylko ten żółty płaszcz, który niedługo później został porwany przez nurt rzeki.

I jeszcze to …

Wojtek coś wcisnął mu do ręki.

Jakiś naszyjnik.

Z wilgotnych liści.

 

Koniec

Komentarze

No cóż, nie bardzo wiem, czego miałam się przestraszyć – czy snu Wojtka, czy może omamów, spowodowanych alkoholem, niewyspaniem i diabli wiedzą czym jeszcze. Nie wiem, kim jest tytułowa Królowa Deszczu i dlaczego była głodna. Nie wiem też, dlaczego ukazywała się Wojtkowi i, jak się potem okazało, także kelnerce. Same niewiadome i żadnych wyjaśnień. Szkoda. :(

Wykonanie, co stwierdzam ze smutkiem, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

Ta myśl wcze­pi­ła się w mój umysł ni­czym pi­jaw­ka. Draż­ni­ła moje myśli, za­tru­wa­ła or­ga­nizm. Rzecz w moich ustach była zimna i wil­got­na. Jama ustna swę­dzia­ła mnie nie­mi­ło­sier­nie.

Zu­peł­nie jakby mnie opę­ta­ła.

Usil­nie pró­bo­wa­łem wy­do­stać "cosia" z moich zębów, jed­nak po wy­ko­rzy­sta­niu pacz­ki wy­ka­ła­czek zwąt­pi­łem w swoje moż­li­wo­ści. –> Zaimkoza. Bardzo często nadużywasz zaimków.

Powtórzenia.

 

za­po­mnie­li o całym Bożym świe­cie. –> …za­po­mnie­li o całym bożym świe­cie.

 

Z moich ust wy­cią­gną­łem ka­wa­łek nitki, po czym za­czą­łem się mu przy­glą­dać. –> Piszesz o nitce, a ta jest rodzaju żeńskiego, więc: Z ust wy­cią­gną­łem ka­wa­łek nitki, po czym za­czą­łem się jej przy­glą­dać.

 

ude­rza­jąc głową w blat. Po tym po­wsta­łem i wy­wró­ci­łem tym spo­so­bem krze­sło. –> …ude­rza­jąc głową w blat, po czym wsta­łem, wywracając przy tym krze­sło.

 

– Woj­tek? Ej, Woj­tek, co się dzie­ję? – Kilku moich ko­le­gów zrzu­ci­ło słu­chaw­ki i ru­szy­ło w moją stro­nę – Wszyst­ko w po­rząd­ku? –> Brak kropki po didaskaliach. Czy oba zaimki są konieczne?

Zachęcam do skorzystania z wątku, w którym znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Jak Stary cię przy­ła­pię to cię wy­rzu­ci. –> Dlaczego wielka litera?

 

Prze­sze­dłem przez całe biuro, które dud­ni­ło w gło­sach pro­wa­dzą­cych roz­mo­wy pra­cow­ni­ków. –> Biuro mogło dudnić głosami pracowników, nie w ich głosach.

 

Wy­grze­ba­łem z kie­sze­ni pacz­kę pa­pie­ro­sów i od­pa­li­łem jed­ne­go z nich. –> …za­pa­li­łem jed­ne­go z nich.

 

Szary dym roz­pierzch­nął się w at­mos­fe­rze. –> Szary dym rozpłynął się w powietrzu.

 

nim wska­zów­ki wy­bi­ły osiem­na­stą. –> Wskazówki nie wybijają godzin, one je tylko wskazują.

 

– Co podać?– za­py­ta­ła ni­skim gło­sem. –Brak spacji po pytajniku.

 

Nie ważne. –> Nieważne.

 

W szcze­gól­no­ści, że przy­sze­dłem do pracy… –> Szczególnie/ Zwłaszcza, że przy­sze­dłem do pracy

 

Pa­trzy­łem się tępo to na niego… –> Pa­trzy­łem tępo to na niego

 

Wyj­rza­łem za okno. –> Wyj­rza­łem przez okno.

By wyjrzeć za okno, trzeba je otworzyć i wychylić się zeń.

 

Za­czął padać deszcz. Oczy­wi­ście nie wzią­łem, ani kurt­ki, ani pa­ra­so­la. Cze­kał mnie cie­ka­wy spa­cer. Spa­cer w desz­czu Wy­sze­dłem jako ostat­ni. Kro­ple desz­czu dud­ni­ły… –> Powtórzenia.

 

Ła­pa­li tak­sów­ki, wsia­da­li w au­to­bu­sy… –> Ła­pa­li tak­sów­ki, wsia­da­li do autobusów

 

– Ej!- krzyk­ną­łem… –> Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Wy­cią­gną­łem te­le­fon wy­krę­ca­jąc 911. –> Wy­cią­gną­łem te­le­fon wybierając 911.

 

– Nie!- wrzesz­cza­łem… –> Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Woj­ciech był pra­cow­ni­kiem in­fo­li­nii " Rak"… –> Zbędna spacja po otwarciu cudzysłowu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To pierwszy Twój tekst jaki czytam. Fajnie, że piszesz, ciekawie, że są uwzględnione motywy natury (znajdowane liście), ale ciężko jest niestety w tej dość krótkiej formie uzasadnić całą fabułę. Poza tym, co napisano w komentarzu wyżej, brakuje mi nieco wyjaśnienia dlaczego pierwsza scena rozgrywała się we śnie. Zrozumiałbym, gdyby sny były cykliczne. Zrozumiałbym też, gdyby wszystkie straszne rzeczy działy się właśnie w złudzeniach, a dopiero końcowa scena odbyła się na jawie. Wtedy bohater mógłby być względnie spokojny, że "to tylko sen”, aż do kluczowego momentu. Oczywiście, są to powielane schematy, ale nikt nie mówił, że trzeba silić się na oryginalność – większość horrorów opiera się na klasycznych ścieżkach, dodając jakiś pojedynczy, nowy element. 

 

Generalnie polecam przespać się z tekstem jeden, czy dwa dni, a później przeczytać go na głos. Wierzę, że wtedy sporą ilość błędów udałoby się wyłapać. Pomijam rzeczy wymienione w komentarzu powyżej i dodaję coś od siebie.

 

Strąciłem wykałaczki z biurka, a na nim położyłem okrągłe lusterko. -> Językowo wszystko jest w porządku, ale wśród tego zalewu wydarzeń brakuje mi wyjaśnienia motywów postaci. Nie wiem czy jest ona przerażona i rzeczywiście wykałaczki strąca niedbale na ziemię w miejscu pracy (nie wiem czy jest to biuro schludne, czy wieje grozą, niczym "jama administratora sieci"). Generalnie przez całą pierwszą scenę tempo akcji jest zbyt duże i brakuje mi “rozeznania” w realiach czy samym pomieszczeniu.

 

Zbliżyłem do niego twarz zaczynając wydzierać upierdliwego gościa. -> Wiem niby, że jest to "gość" w znaczeniu przedmiotu w przełyku, ale to słowo trochę jakby sugerowało, że to jakiś robak. Mam wrażenie, że jest to synonim umieszczony albo w celu urozmaicenia, albo dla uniknięcia powtórzenia, ale jakoś mi tu on nie pasuje.

 

Szarpnąłem całym ciałem, gdy poczułem ostry ból w krtani. Złapałem się za szyję, uderzając głową w blat. Po tym powstałem i wywróciłem tym sposobem krzesło. -> Niestety nie rozumiem ciągu przyczynowo-skutkowego. "Moim ciałem szarpnął ostry ból…" pasowałoby chyba bardziej. Bo niby czemu ktoś szarpnął własnym ciałem? Dlaczego też uderzył w blat, łapiąc się za szyję? Przecież siedział przy biurku, tak? I czy powstając zawsze wywraca się krzesło? Bo to ze zdania wynika, brakuje mi tu usprawiedliwienia w stylu "Wstałem na tyle gwałtownie, że pchnięte do tyłu krzesło upadło na podłogę."

 

Wojtek? Ej, Wojtek, co się dzieję? -> dzieje

 

Walnąłem jednego z nich płaską dłonią – przez przypadek, oczywiście -> Oczywiście? Nic tu nie jest oczywiste. Znów brakuje jakiegoś usprawiedliwienia, w stylu "Zacząłem machać rękami, chcąc gestem dać do zrozumienia, że nie mogę oddychać. Szaleńcze próby skończyły się na tym, że uderzyłem jednego z kolegów otwartą dłonią."

 

Wyciągnąłem z przełyku ręcznie robiony naszyjnik z jesiennym liści. -> jesiennych

 

Dzwonek kończący zmianę rozległ się w całej sali. -> To taka uwaga nie do tekstu, tylko do realiów. Naprawdę istnieją miejsca pracy biurowej, w których koniec zmiany jest sygnalizowany dzwonkiem? Kurczę, ale "kołchoz", współczuję. ;)

 

Chwycił kufel piwa i opróżnił go jednym haustem. -> Haustem to w zasadzie niemożliwe, bo to taki duży łyk. Mógł go wypić do dna, przy pojedynczym podniesieniu do ust, ale przełknąc na raz pół litra? Chciałbym go poznać i powiedzieć "mistrzu, ucz mnie!" ;)

 

odwróciłem się za zamiarem uderzenia upiora. -> z zamiarem

 

Co… co się dzieję? -> dzieje

 

paraliżujący strach wędruję wzdłuż -> wędruje

 

Poza tym, miejscami brakuje spacji, przecinków – takie pomniejsze problemy, o których nie wspominam, bo było kilka istotniejszych uwag.

 

Witam.

Bardzo dziękuję za pomoc.

Miałam sporą przerwę w pisaniu, więc wasze wskazówki są dla mnie niezwykle istotne.

W wolnej chwili zajmę się za poprawę.

 

Pozdrawiam

W przeciwieństwie do Twojego tekstu o lustrach, gdzie krytykowałem prostotę i przewidywalność, tutaj rzeczy mają się inaczej – coś się dzieje, raz we śnie potem na jawie, ale na szczęście nie robi się nazbyt onirycznie. Co prawda nie wiadomo kto, po co i dlaczego dręczy Wojtka, ale to nie tragedia, bo umiejętnie rozegrane niewiadome mogą zbudować niezły horror – straszne jest to, co nieznane, co wymyka się logice i zrozumieniu. 

Więc zasadniczo sama koncepcja na plus, choć omal nie zamordowana "schizofrenicznym" wyjaśnieniem. Nie ma nic gorszego dla horroru (i nie tylko horroru) niż wytłumaczenie dziwnych zjawisk snem lub obłędem. Na szczęście jest Eryk i naszyjnik z liści ;-) 

Językowo sporo do roboty, ale widzę, że głównie chodzi o pewien brak doświadczenia. Z każdym kolejnym tekstem będzie lepiej. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Nowa Fantastyka