- Opowiadanie: tsole - Gwiazda Wieczorna

Gwiazda Wieczorna

Opowiadanie to napisałem w hołdzie Matce, która odeszła z tego świata dokładnie ćwierć wieku temu. Jest dopełnieniem opublikowanego w miesięczniku „W drodze” opowiadania „Gwiazda Zaranna” napisanego w hołdzie Ojcu (nie publikuję go tutaj bo, w przeciwieństwie do niniejszego, brak w nim elementów fantastycznych; zainteresowani mogą zapoznać się z nim tutaj: https://www.salon24.pl/u/tsole/960141,gwiazda-zaranna . )

Dla mnie opowiadania te mają znaczenie sentymentalne, lecz w wymiarze uniwersalnym stanowią opozycję wobec pogardy okazywanej prostym ludziom.

Uwaga! Materiał zawiera wątki clerical fiction!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Gwiazda Wieczorna

Tramwaj sunął niespiesznie po torach wąskiej uliczki, turkocząc nieśmiało i rozsuwając na boki bladym światłem reflektorów kurtynę zmierzchu. Jakby za nic miał to, że już za kwadrans rozpocznie się mój dyżur w obserwatorium, na który nie chciałem się spóźnić, choć przecież do rozpoczęcia obserwacji i tak trzeba będzie czekać aż do chwili, gdy niebo nasyci się intensywnym granatem.

Miasto żyło jeszcze pełną piersią, lecz było już widoczne zwolnienie tempa po przedwieczornym zgiełku. Uliczne latarnie budziły się niemrawo, jakby wstydliwie unikając konfrontacji z majestatem rozciągającej się na zachodnim nieboskłonie wieczornej zorzy.

 

Zobaczyłem Ją z okna tramwaju. W tłumie przechodniów zamigotała Jej charakterystyczna, lekko zgarbiona sylwetka; ten chód rozpoznałbym nawet na krańcu świata, tak trwały odcisnął ślad w mojej pamięci. Zatem miałem wewnętrzną pewność, że to Ona – wbrew rozsądkowi wskazującemu na zerowe prawdopodobieństwo takiej możliwości.

Osłupienie nie sparaliżowało mnie – wyskoczyłem w biegu. To był odruch serca. Koniecznie musiałem Ją spotkać. Tak dawno się nie widzieliśmy. Przecież nie żyje od dwudziestu pięciu lat!

Odzyskując równowagę po twardym kontakcie z ulicznym brukiem, usiłowałem nie stracić z oczu pojawiającej się i znikającej w morzu głów tej jednej, jedynej okrytej wzorzystą, zawiązaną pod brodą chustką. Niestety, rozdzieliły nas czerwone światła na skrzyżowaniu. Z bezsilnością patrzyłem jak Ona znika w alejce parku. Gdy światła zmieniły się na zielone, ruszyłem pędem niczym sprinter. Biegnąc alejką, rozglądałem się na boki. Przecież nie mogła zajść daleko!

Nie zaszła. Dojrzałem Ją siedzącą na ławce opodal fontanny z posągiem anonimowego rzeźbiarza, który mało udolnie inspirował się obrazem „Narodziny Wenus” Botticellego. Najwyraźniej czekała na mnie, bo wstała i machając energicznie ręką, posłała mi ten swój unikatowy, ciepły, magiczny uśmiech! Podbiegłem rzucając się w Jej ramiona. Objęła mnie i przytuliła mocnym uściskiem, zupełnie nie przystającym do jej filigranowej postury.

– Mamo! – wysapałem zdyszany. – To niemożliwe! To nie możecie być Wy!

– A któż inny? Widzisz mnie, słyszysz, dotykasz… i poznajesz, prawda?

– Tak, ale to musi być halucynacja, złudzenie! Oszalałem, czy zmysły mnie oszukują?

– Zmysły oszukują? I kto to mówi? Astrofizyk! Kapłan świątyni nauki, w której Empiria jest Sędzią Najwyższym!

– Ale właśnie doświadczenie uczy, że takie zdarzenia nie mają miejsca w tym świecie!

– Synu poruszasz się po skromnych i wcale nie najistotniejszych dla Rzeczywistości rubieżach tego świata, jakimi są nauki przyrodnicze.

– Wiem, wiem – wiara i rozum są jak dwa skrzydła i tak dalej. Ale sceptycyzm jest potrzebny, a nawet uzasadniony, zwłaszcza w takich przypadkach jak ten – gdy wiara nagle wkracza w domenę rozumu, a na dodatek nie wszystko się zgadza…

– A co ci się nie zgadza, synu?

– Choćby to, dlaczego Wy, prosta i niewykształcona chłopka, nie mówicie gwarą, tylko nienaganną literacką polszczyzną? Skąd macie taką wiedzę i erudycję…

– Och, synu, skończ z tym pluralis maiestatis! Nie dość, że to dziś już niemodne i źle się kojarzy, to jeszcze użyte wobec istot „nie z tego świata” zupełnie nie pasuje.

– Dobrze mamo – odrzekłem z lekka zażenowany.

– Zaś co do języka… nie ma on Tam żadnego znaczenia. Mogę mówić gwarą polską, czeską czy baskijską, mogę po chińsku, tajsku – a nawet językami, których formalnie nie ma… Język jest tylko narzędziem do wymiany informacji. Do wymiany myśli. Ale sama Myśl nie potrzebuje języka.

– Ale my potrzebujemy.

– Dlatego używam go w spotkaniu z tobą.

– A co z tą wiedzą i erudycją?

– Cóż, trudno to objaśnić. Powiem tylko, że Tam są one… ogólnodostępne.

– Co to znaczy?

– Że nie zdobywa się ich w trudzie badań, odkryć, edukacji. Są jakby naszą częścią.

– To niepojęte.

– Owszem, lecz nie powinno to być dla ciebie nowiną. Św. Paweł pisał przecież, że ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują.

– Zgoda, ale stąd też wynika, że Tamten Świat jest drastycznie odmienny od naszego. Mamo! Umarłaś, czyli opuściłaś ten świat ćwierć wieku temu. Wierzę że wraz ze śmiercią nie kończy się życie. Że jest Tamten Świat. Że Ty w nim żyjesz. Ale trudno mi uwierzyć, że nagle przyszłaś się tu ze mną spotkać. Przecież nikt stamtąd nie może się tu przedostać!

– Mylisz się synu. Wciąż tu jesteśmy.

– Ale się nikomu nie ukazujecie!

– Owszem ukazujemy, prowadzimy rozmowy, jak ja teraz z tobą.

– Gdyby tak było, świat pełny byłby relacji z takich spotkań!

– Takie relacje są, ale nie dajecie im wiary. Ty też wolisz mówić o sceptycyzmie niż w pełni otworzyć się na dar naszego spotkania. A odwiedzamy was bardzo często. Obcowanie Świętych nie jest jakimś wydumanym przez teologów dogmatem, tylko najprawdziwszą rzeczywistością. Ta przestrzeń jest gęsta od istnień!

– Być może, ale są one dla nas niewidzialne!

– Co to znaczy „widzialne”? Masz na myśli promieniowanie elektromagnetyczne? Zrozum, wasza technologia nie „obsługuje” całej Rzeczywistości. Jedziesz do obserwatorium, prawda?

– Tak.

– Od tysiącleci gapicie się w niebo, od stuleci fotografujecie. I co? Myślisz, że ono wygląda tak jak na tych zdjęciach?

– Wiem, że nie. Zwłaszcza ostatnio dostaliśmy w kość z tą czarną materią i energią. Ale to chyba niewiele ma wspólnego z duchami?

– Może tak, a może nie… – Matka uśmiechnęła się zagadkowo.

– Żebyśmy tylko się rozumieli, bo w naszym języku „niebo” to termin niejednoznaczny. Mam teraz na myśli kosmos, wszechświat. Nie zaświaty.

– Ten podział na „światy” i „zaświaty” jest, prawdę mówiąc, uproszczeniem. Powiedziałeś, że nikt stamtąd nie może się tu przedostać, całkiem jakby to były dwa państwa rozdzielone granicą z budka strażniczą, celnikami… Tymczasem ja ci powtarzam: ta przestrzeń jest gęsta od istnień. Istnień czyli bytów. Także niematerialnych. Rzeczywistość – ta przez duże „R” – jest jedna. Nie ma podziału. To nie jest tak, że na Rzeczywistość jest założony jakiś filtr, sito, które odsiewa byty materialne, pozostawiając je tutaj, podczas gdy te niematerialne buszują sobie po zaświatach.

– Ja wierzę, że mamy duszę, która po śmierci trafia… no właśnie, gdzie trafia skoro nie ma granicy, nie ma sita?

– Wciąż sprowadzasz rzecz do lokalizacji. Ona ma sens jedynie w tym świecie, gdzie funkcjonuje układ odniesienia.

– Czasoprzestrzeń?

– Tak. Rzeczywistość (ta przez duże R) ją obejmuje, ale nie wyczerpuje. Jest PONAD nią, ale nie w sensie lokalizacji, lecz hierarchii.

Zamilkłem na chwilę. Nie to, by brakło mi argumentów (zresztą nie w tym rzecz żeby się z Mamą, czy też może z Jej awatarem spierać), lecz ten styl intelektualistki swobodnie żonglującej argumentami z przestrzeni ratio był tak odległy od osobowości Matki jaką znałem i pamiętam… Choć z drugiej strony Mama miała w sobie spore zasoby ciekawości świata, pragnienia poznania, tylko los rzucił ją w czas i miejsce niesprzyjające temu, by one się rozwinęły. Pamięć podsunęła mi zdarzenie z czasów studiów, gdy przywiozłem do domu teleskop Maksutowa i zrobiłem rodzicom seans astronomiczny. Tata trochę zerkał, ale bez większego zainteresowania (zresztą chyba niewiele widział, bo już miał kiepski wzrok), ale Mama wykazywała spore zainteresowanie, zwłaszcza Księżycem, który był w pierwszej kwadrze i jego kratery wspaniale wynurzały się z ciemności na linii terminatora. Zachęcony tym zainteresowaniem, po seansie pokazałem Jej bogato ilustrowany numer specjalny miesięcznika „Ameryka” (z którego zdobycia w tamtych latach bardzo byłem dumny) poświęcony pierwszej wyprawie na Księżyc. Mama oglądała zdjęcia, dopytywała się o szczegóły, a gdy doszliśmy do końca, skwitowała to jednym zdaniem: bardzo to wszystko ciekawe, ale ja i tak w to nie wierzę.

– Myślisz sobie, że ta rozmowa nie pasuje do mnie, prawda? – Mama wyrwała mnie z zamyślenia.

Prawda. Jakby czytała w moich myślach. Może zresztą i czytała.

– Chyba się nie dziwisz, Mamo – odparłem. – Nie pamiętam Cię jako intelektualnego giganta, tylko jako – owszem, rezolutną i bystrą, lecz jednak prostą i poczciwą chłopkę. Ten styl naszej rozmowy bardziej pasuje mi do Pani Profesor, która prowadziła mnie przez skomplikowany świat astrofizyki teoretycznej.

– Właśnie prosi, aby ci przekazać pozdrowienia – powiedziała z uśmiechem Mama. – A co do stylu tej rozmowy – cóż, staram się używać języka, pojęć, które mnie za życia były co prawda obce, lecz tobie są bardzo bliskie. Ale, jak już mówiłam, język nie jest najważniejszy.

– Owszem, ale ważna jest osobowość. Ty, z tym sposobem rozmowy, argumentowania nie pasujesz do Tej, którą znałem i którą pamiętam. Czy w takim razie możemy mówić o ciągłości osobowości w przejściu z tego świata do Tamtego?

– Na pewno wchodzimy Tam w nową jakość, zupełnie niewyobrażalną i nie dającą się wyrazić za pomocą żadnego języka, żadnego z możliwych tu systemów pojęciowych, ale mimo że każdy z nas jako byt niejako „rozpuszcza się” w Bycie, ma niezachwianą pewność co do swojej tożsamości.

– I odrębności?

– Odrębności też, choć dzieje się to jednocześnie w pełnej Jedności z Bytem. Wiem, to nie jest strawne dla ludzkiej logiki, dla logiki tego świata.

– A co powiesz o ciągłości osobowości u martwo urodzonych, albo zmarłych w podeszłym wieku, z zaawansowaną sklerozą, alzheimerem, czy po wylewie, którzy umierają już jako warzywa, bez świadomości? Jak to się ma wobec tych umierających w pełni życia, w pełnej przytomności i świadomości?

– Upraszczając, powiedziałabym, że świadomość nie jest duszą, lecz jej mieszkaniem za życia. Natomiast bagaż wiedzy który zdobywamy (lub nie) na tym świecie nie ma żadnego znaczenia wobec tego, co jest Istotą Bytu.

– Wiesz Mamo, ja często myślę o tych sprawach i zawsze kończy się to bolesnym zderzeniem z murem niepojętości. Ale to mnie nie zniechęca. Wręcz przeciwnie.

– Nic dziwnego, masz mentalność naukowca.

– Zgadza się. Pamiętasz, Ojciec powtarzał mi „od małego ciągnęło ci ten łeb ku górze”. I rzeczywiście – jako przyrodnika fascynowało mnie, i wciąż fascynuje, odkrywanie mechanizmów rządzących tym światem. Rozumiem, że ty jako żyjąca w pełnej jedności z Bytem, znasz teraz te mechanizmy jak własną kieszeń?

– Przede wszystkim nie „teraz” bo Tam nie ma czasu i nie „własną kieszeń”, bo ani kieszeni, ani żadnej „własności” Tam nie mamy. A teraz poważnie: co do mechanizmów – mogę tylko powiedzieć, że są prostsze niż ktokolwiek na tym świecie mógł i może przypuszczać – także wielcy geniusze. Intuicyjnie czuł to św. Paweł, gdy pisał: Mądrość tego świata jest głupstwem u Boga . Dlatego Tam Einstein śmieje się ze swoich, tutaj stworzonych teorii. Oczywiście używam tu przenośni, bo pojęcia śmiechu, płaczu, czy innych uczuć mają Tam inny wymiar.

– Jaki?

– Najcelniej wyraził to św. Augustyn mówiąc: Niespokojne jest serce ludzkie, dopóki nie spocznie w Bogu .

Mama wstała i odruchowo wygładziła spódnicę.

– Odchodzisz już? – spytałem zaniepokojony.

– Nie, ale przejdźmy się troszkę. Skoro już tu jestem, chciałabym objąć wzrokiem przestrzeń…

– To ciekawe. Właśnie, cytując Augustyna, sugerowałaś, że Tam nie ma już żadnych pragnień, żądz, oczekiwań… Że Tam po prostu jest się spełnionym, trwa się w Bycie… A teraz jednak masz jakieś pragnienie, czegoś chcesz…

– Ale ja teraz jestem troszkę tu, troszkę Tam – roześmiała się Mama.

 

Ruszyliśmy powoli przed siebie. Alejka prowadziła na wzgórze, gdzie znajdował się taras widokowy. Spojrzałem w górę – na mocno już granatowym niebie wykwitły gwiazdozbiory. Pomyślałem o tym, że właśnie powinienem wprowadzać współrzędne do komputera sterującego teleskopem i w myśli uśmiechnąłem się – tak zdawało mi się to odległe i nieistotne.

Nieco niżej, zanurzona w wieczornej zorzy jaśniała Wenus. Tyle razy już widziałem ten obraz, a wciąż doznawałem zachwytu.

– Zobacz Mamo, Wenus – szepnąłem.

– Jako Wenus – żachnęła się – Gwiozda Wieczorno!

Spojrzałem na Nią zdumiony.

– Skończyłaś już z tą intelektualną manierą?

– Gdy popatrzyłam w niebo poczułam się jakoś… bardziej tu niż Tam.

– Dla mnie stałaś się teraz bardziej Mamą niż nadprzyrodzonym mędrcem.

Przytuliła się do mnie mocno.

 

Milczeliśmy aż do tarasu widokowego. Szpaler drzew ciągnący się wzdłuż alejki układał się w formę katedralnej nawy. Cały ten czas walczyłem z niezrozumiałym wstydem przed zadaniem Mamie pytania, które mnie nurtowało. Wreszcie go przełamałem.

– Mamo, powiesz mi dlaczego przyszłaś?

– Pamiętasz „gorejący krzak”? – odpowiedziała szybko jakby się tego pytania spodziewała.

– Ten z Mojżeszem?

– Nie. Ten ze mną – odrzekła i rozpoczęła recytację. Słowa wypowiadane niemal szeptem spadały jak jesienne liście i wsiąkały w żwir alejki:

 

cmentarną ciszę okrył

muślinowy szum drzew

haftowany szczebiotem złotym

 

przez ruchliwy szelest znicza

usłyszałem Twój śpiew

płynął smugą światła

tęsknoty

 

przez kurtynę

zastygłego powietrza

poczułem Twój dotyk

który wszystko wie…

 

czy Stamtąd wciąż

chronią mnie

ramiona Twe?

 

Ty już wiesz

jak Tam jest

spokojna w Domu Pana

 

a ja tu

sam

na kolanach

drżę

przed gorejącym krzakiem

Miłości Twej

Mamo

 

Słuchając, rozpamiętywałem tę moją modlitwę przy grobie Matki na cmentarzu, podczas której poczułem Jej obecność i wzruszyłem się do głębi. Odwróciłem głowę, jakbym wstydził się przed Matką zaszklonych oczu. Tymczasem Ona mówiła wciąż niemal szeptem, tak że z trudem wyławiałem słowa z szumu drzew.

– Napisałeś to po mojej pierwszej wizycie.

– Wizycie?

– Tak. Tam, na cmentarzu, przecież o niej teraz myślisz. Więc postanowiłam spotkać się z tobą raz jeszcze. Tym razem bardziej hmm… fizycznie, niż mistycznie.

– Bardziej ratio niż fides?

– Tak. I co? Która wizyta ciekawsza?

– Trudno zdecydować. Myślę, że rzeczywiście potrzebne są oba skrzydła.

– Cieszę się, że to powiedziałeś – ucałowała mnie w czoło. – Nie zapomnij przypominać tego swoim kolegom po fachu.

– A ja cieszę się, z tego spotkania. Z tego, że tym razem porozmawialiśmy.

– Pierwszym razem też rozmawialiśmy. Tylko bez języka – roześmiała się spontanicznie.

 

Rozstaliśmy się na tarasie widokowym. Pogodnie, bez szlochów, wielkich wzruszeń i dramatycznych gestów. Mama objęła dłońmi moją głowę i uczyniła kciukiem na czole znak krzyża, całkiem jak w dzieciństwie. Potem odeszła bezszelestnie, bez cudownych artefaktów w rodzaju anielskich skrzydeł, czy zstępujących obłoków. Po prostu rozpuściła się w amarancie nieba.

Wolnym krokiem schodziłem alejką w kierunku miasta nie zważając na to, że smartfon przywoływał mnie do rzeczywistości niecierpliwymi esemesami zaniepokojonych kolegów z obserwatorium.

Przez sennie tańczące na nieboskłonie gałęzie topoli migotała srebrna iskra Gwiazdy Wieczornej.

Koniec

Komentarze

Reg, wzięłaś w kolejkę, więc rozumiem, że będzie łapanka :) Czekam na nią jak zawsze z utęsknieniem, lecz jedno pragnę zawczasu zaznaczyć: użycie dużych liter rozpoczynających wyraz jest tu starannie przemyślane :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole, nie wiem czy będzie łapanka, bo jeszcze nie przeczytałam opowiadania – być może jest napisane tak świetnie, że nie będę musiała niczego wyłapywać. ;)

No i jest dla mnie całkiem zrozumiałe użycie wielkich liter – wszak kierowała Tobą zrozumiała estyma. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dużo przemyśleń w tym opowiadaniu. Napisane solidnie, czytało się płynnie. Niestety, nic się nie działo. Przypuszczam, że Twoim zamiarem było skłonić czytelników do namysłu, do spojrzenia w niebo i zastanowienia się. Myślę, że każdy przynajmniej raz w życiu to zrobił.

Tekst wprawiający w nastrój. Postać Matki tajemnicza, jej syn taki sobie, przynajmniej w moim odbiorze. 

Podobały się wstawki naukowe i nawiązania do Einsteina śmiejącego się ze swoich teorii. 

Jako całość opowiadanie mnie na kolana nie powaliło, ale jest ok. 

Ładny wiersz.

 

Pozdrawiam!

 

Piękne, głęboko ludzkie. I niesłychanie osobiste. Trochę za dużo może tej rozmowy, wyjaśniania Tajemnicy, przez co lekko siada tu i ówdzie nastrój całości, ale i tak gratulacje.

Ode mnie klik

Reg: Nie licz na fuksa, u mnie nie znajdziesz świetnych tekstów pod kątem łapanki :)

Sara: Dziękuję za komentarz, dobrze przypuszczasz, autor nie miał zamiaru epatować tu wartką akcją, tylko zachęcić do refleksji w wymiarze egzystencjalnym (w zasadzie powinienem to puścić w okresie zaduszkowym, ale pozwoliłem sobie na “prywatę”).

Rybak: Dziękuję, chyba masz rację, tekst nie jest zbytnio zbalansowany (znacznie lepiej pod tym względem chyba wypada “Gwiazda Zaranna), lecz nie umiałem zdyscyplinować się pisząc, a gadulstwo to moja specjalność :)

Dzięki też za klika!

 

Szczerze mówiąc, raczej spodziewałem się tu linczu, więc Wasze komentarze mile mnie zaskoczyły. Ale wszystko jeszcze może się zdarzyć :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Przeczytałam jednym tchem.

Co prawda nieco dłużył mi się dialog, jednak moja ciekawość okazała się silniejsza.

Dużo refleksji zawarłeś w tym opowiadaniu. Refleksji, które pobudzają wyobraźnię.

Mi się bardzo podobało. ;)

Bardzo dziękuję, cieszę się, zwłaszcza że pobudza wyobraźnię!

Pozdrawiam serdecznie mojego krajana (pochodzę z małej wioski pod Rzeszowem, a w Rzeszowie kończyłem Technikum Mechaniczno-Elektryczne!)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Szalenie osobiste to opowiadanie i trudno mi się do niego odnieść, bo nie zwykłam oceniać uczuć, które łączą/ łączyły bliźnich. W dodatku poruszasz tu sprawy, które widzę zgoła inaczej.

Jednakowoż, jak by na to nie patrzeć, muszę powiedzieć, że ładnie to napisałeś.

 

Prze­cież nie żyje od 25 lat! –> Raczej: Prze­cież nie żyje od dwudziestu pięciu lat! Lub: Prze­cież nie żyje od ćwierć wieku!

 

Bie­gnąc wzdłuż alej­ki roz­glą­da­łem się na boki. –> Może wystarczy: Bie­gnąc alejką, roz­glą­da­łem się na boki.

Czy istniała możliwość, by bohater biegł w poprzek alejki?

 

In­tu­icyj­nie czuł to św. Paweł, gdy pisał: mą­drość tego świa­ta jest głup­stwem u Boga . –> In­tu­icyj­nie czuł to św. Paweł, gdy pisał: Mą­drość tego świa­ta jest głup­stwem u Boga.

 

– Naj­cel­niej wy­ra­ził to św. Au­gu­styn mó­wiąc nie­spo­koj­ne jest serce ludz­kie, do­pó­ki nie spo­cznie w Bogu . –> – Naj­cel­niej wy­ra­ził to św. Au­gu­styn mó­wiąc: Nie­spo­koj­ne jest serce ludz­kie, do­pó­ki nie spo­cznie w Bogu.

 

jak­bym wsty­dził się przed Matką ze­szklo­nych oczu. –> …jak­bym wsty­dził się przed Matką za­szklo­nych oczu.

Zeszklić można np. cebulkę na patelni.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki Reg (ciekawe czy można zeszklić oczy na patelni?) :)

sprawy, które widzę zgoła inaczej.

Jednakowoż, jak by na to nie patrzeć, muszę powiedzieć, że ładnie to napisałeś.

Tym cenniejsza jest dla mnie Twoja opinia, skoro sprawy widzisz inaczej.

Pozdrówka!

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Bardzo proszę, Tsole. ;)

 

(ciekawe czy można zeszklić oczy na patelni?) :)

Nawet jeśli się nie zeszklą, to zawsze można je zrumienić, uważając przy tym, aby nie przypalić. Do smażenia użyłabym sklarowanego masła. ;)

 

I ode mnie pozdrowaśki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj, Tsole. ;)

Niewiele się działo, ale tan klimat… coś pięknego. Momentami psuły go trochę zbyt długie wypowiedzi, jednak w większości nadawały opku osobisty i emocjonalny wyraz. Bardzo ładnie to napisałeś. Zapewne tekst ma nakłonić do przemyśleń, udało się. Nie mam ochoty teraz wyjść na spacer i poważnie zastanowić się nad życiem, ale nakłonił. 

Działa na wyobraźnie, choć osobiście bym wolał, jakby trochę więcej rzeczy było niedopowiedzianych, jeszcze bardziej podrażniłoby imaginację. 

Pozdrawiam! 

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Dzięki Maskrol za wizytę i komentarz, którym trafiasz w sedno: najbardziej zależało mi na wykreowaniu klimatu prowokującego do przemyśleń. Skoro nakłonił, to cieszę się.

I pozdrawiam wzajemnie!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Trochę mi to przypomina nastrojem film "Nasze miasto"…Widziałeś? Jest w ytb.

Nie widziałem. Chodzi Ci zapewne o sztukę Thorntona Wildera? Muszę obejrzeć. Dzięki za cynk!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Film na podst bodajże brazylijskiej powieści spirytystycznej…

Trochę z rozpędu, a głównie dlatego, by mieć obraz całości, przeczytałam też Gwiazdę Zaranną, i muszę powiedzieć, że oba teksty, choć bardzo różne, znakomicie się uzupełniają i dają jasne pojęcie o obojgu Rodzicach.

W Gwieździe Wieczornej wspomniałeś Ojca, ale dopiero tutaj mogłam Go zobaczyć i posłuchać, no i zrozumiałam, że niezmiernie trudno byłoby Ci napisać o Nim opowiadanie fantastyczne i bardzo dobrze, że poprzestałeś na prozaicznej czynności odwiezienia syna furką na stację kolejową. Prozaicznej, ale jak wiele mogłam się z niej dowiedzieć!

Oba opowiadania są bardzo osobiste i w oba wplotłeś wątki spraw mówiących o wierze i życiu, ale Gwiazda Zaranna zdaje mi się bliższa – może dlatego, że pozbawiona fantastyki, fantastycznie opowiada o Twoim Ojcu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki Reg, wzruszyłaś mnie zarówno tym, że chciało Ci się sięgać po tamto opko, jak też niniejszą opinią. Ja też uważam, że Gwiazda Zaranna jest warsztatowo (i chyba w ogóle literacko) lepsza. Ciekawe, że dzieli je dystans ponad trzydziestu lat! Najwyraźniej kiedyś byłem w lepszej formie niż obecnie :) Pisząc Gwiazdę Wieczorną stałem się zakładnikiem pomysłu, żeby napisać opowiadanie komplementarne do tamtego. Tytuły spinają je klamrą dnia (od świtu do zmierzchu), co ma symbolizować życie (od narodzin do śmierci). Także początek GW jest aluzją do początku GZ (tam furka, tu tramwaj, tam pejzaż wiejski, tu miasto). I chyba mnie te więzy zbyt skrępowały przy pisaniu GW, żeby mogło z tego wyjść coś choćby na tyle dobrego jak GZ.

Bardzo Ci dziękuje za tę opinię. Pozdrawiam!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole, jestem przekonana, że napisałeś wiele opowiadań i masz w swoim dorobku takie, które szczególnie lubisz i takie, które dzisiaj być może napisałbyś inaczej. Z pewnością teraz tworzysz nie gorzej niż kiedyś i nie możesz mówić, że dawniej byłeś w lepszej formie. W formie, śmiem twierdzić, byłeś i jesteś całkiem niezłej, tyle że w kolejnych okresach życia chyba różnej.

Mam nadzieję, że ktoś jeszcze przeczyta oba opowiadania i zechce podzielić się wrażeniami.

Ludziska, niniejszym gorąco zachęcam do lektury Gwiazdy Zarannej!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za reklamę, jesteś nieoceniona, Reg! heart

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Miło, że tak myślisz, Tsole, ale wprawiasz mnie w zakłopotanie…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oj tam, oj tam :)

Jeszcze taka ciekawostka. Nie wiem, czy zwróciłaś uwagę na grę czasu w GZ? Zaczyna się przeszłym, potem przechodzi w teraźniejszy by skończyć na przyszłym. Ten zabieg ma także symbolizować życie wędrujące przez czas :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Nie, nie zauważyłam. :(

Ponieważ nie miałam zamiaru robić łapanki, skupiłam się na treści, i różne czasy jakoś mi umknęły.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tsole, także przeczytałem Gwiazdę Zaranną (namówiła mnie Reg) i muszę powiedzieć… że ten tekst także jest świetny. Naprawdę dobrze się uzupełniają są mocno nacechowane emocjonalnie i osobiście. Trudno mi to wyjaśnić, ale momentami bardziej czułem ten tekst niż go słuchałem, byłem w tej furce i słuchałem, a to wcale nie jest łatwe. 

Mi też bardziej podobał się ten tekst, ale moim zdaniem, różnicą nie jest styl ani moment, kiedy go napisałeś, tylko proporcja pomiędzy klimatem, a dialogami. Tutaj wszystko dobrałeś idealnie, nic nie zaburzyło czytania, a od tekstu nie oderwałem się ani razu (co rzadko mi się zdarza). 

Gwiazda Zaranna, również przymusza do refleksji, tyle że na równocześnie tej samej i nieco innej płaszczyźnie, to właśnie jest piękne… 

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Gwiazdę Zaranną bardziej czuję, bliższa jest mi też przez literackość, silniejszą. Oba intymne. Do opowiadania o matce trudno mi się odnieść, ponieważ wspominam swoją.

Chwyta za serce. I wiersz, i reszta, choć trochę idealizujące, za dużo Ciebie, ale może tak musi być. U mnie inaczej, a może tak samo i tylko myślę, że jest odmiennie.

Czytałam komentarze i przejścia czasów nie zarejestrowałam, moim zdaniem za słabo zaznaczone, być może przez silne osadzenie w kontekście.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Piękny tekst. Niezmiernie wzruszający i… pozytywny? O miłości, o szczęściu, o tęsknocie i o czymś poza… Czymś, czego ja wciąż nie mogę znaleźć. Tak czy inaczej, Twoje opowiadanie “zmusiło” mnie do chwili refleksji… Kliczek :)

Reg, Rybak, Sara, MaSkrol, Asylum, Katia

Kochani, naprawdę nie spodziewałem się tak ciepłego przyjęcia! Wyznam, że zamieściłem to opowiadanie po długiej rozterce – że nie ten czas i nie to miejsce, lecz teraz jestem bardzo kontent, że jednak się zdecydowałem, bo pozwoliło mi to odkryć w Waszych sercach wielki potencjał dobroci i wrażliwości.

Przyjmijcie moje podziękowanie i wielki szacunek.

 

I jeszcze kilka refleksji indywidualnie:

MaSkrol: masz rację, różnice w jakości literackiej tych opowiadań wyznacza właśnie 

proporcja pomiędzy klimatem, a dialogami.

Asylum: i Ty masz rację pisząc

“za dużo Ciebie, ale może tak musi być” :)

Katia:

Czymś, czego ja wciąż nie mogę znaleźć

Jestem przekonany, że znajdziesz. Przecież masz w sobie to, co Mały Książę uważał za najważniejsze: “dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Zagubiłem się, szukając nowych tekstów i jakimś sposobem znów tu trafiłem. Okazuje się, że zapomniałem nominować, już poprawiam swój błąd… ;)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Miło mi, dzięki serdeczne! Pozdrawiam!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Piękny, bardzo osobisty tekst, wzruszający hołd oddany matce. Właśnie ten mocno osobisty rys daje mu siłę. Można się zgadzać z przedstawioną przez ciebie wizją albo nie, ale ta intymność zmusza przynajmniej do zastanowienia się.

 

Jest też to opowiadanie trochę przewrotne. Zderzasz sceptycyzm naukowca

często myślę o tych sprawach i zawsze kończy się to bolesnym zderzeniem z murem niepojętości

ze sceptycyzmem prostej kobiety:

a gdy doszliśmy do końca, skwitowała to jednym zdaniem: bardzo to wszystko ciekawe, ale ja i tak w to nie wierzę

i udaje ci się przy tym powiedzieć, a przynajmniej ja to tak odczytuję, że w obliczu śmierci wszyscy jesteśmy równi, a nasze przekonania i to, w co wierzymy traci znaczenie.

 

Klikanie nie ma sensu, po akceptacji nominacji MaSkrola opko jest w Bibliotece, więc tylko smiley.

 

A możesz wytłumaczyć co to jest clerical fiction, bo to ostrzeżenie w przedmowie brzmi jak antyreklama twojego tekstu.

Och Irka, nawet nie masz pojęcia jak się bałem Twojego komentarza! Tym bardziej radosne jest moje rozczarowanie.

Rzeczywiście, dobrze to odczytujesz. Mimo, że jestem głęboko wierzący, mam przekonanie, że wszyscy zostaniemy potraktowani stosownie do tego jak żyliśmy, a nie w co wierzyliśmy.

Zaś clerical fiction to nazwa (niektórzy uważają, że złośliwa) fantastyki podejmującej tematy religijne. W Polsce ten podgatunek uprawia np. Wojciech Szyda czy Marek S. Huberath.

A w przedmowie użyłem go jako ostrzeżenie tych, którzy maja alergię na takie tematy :)

Pozdrowienia i heart

PS Clerical fiction jest także na liście tagów na tym portalu.

 

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Och Irka, nawet nie masz pojęcia jak się bałem Twojego komentarza!

No co ty?! Aż taka wredna jestem? ;)

No dobra, faktycznie nie wierzę w Boga (żadnego) i nie lubię religii (każdej), ale nie jestem wojującą ateistką. Czasem nawet zazdroszczę osobom wierzącym, wydaje mi się, że jakoś tak łatwiej macie. :)

Zaś clerical fiction to nazwa (niektórzy uważają, że złośliwa) fantastyki podejmującej tematy religijne.

Nie wiedziałam, ale faktycznie brzmi jakoś tak nie najlepiej.

 

No dobra, to ja z kroplą dziegciu się zamelduję. Gdyby nie przedmowa, z której wynika, że to dla Ciebie bardzo osobisty tekst, to pewnie bym się nie gryzła w język (palce;)) – niemniej, dla mnie, jako zwykłego czytelnika, dialog (bo głównie z niego składa się ten tekst) był nudny (no, wstawka z Einsteinem jeszcze mi się spodobała). Wbrew pozorom, mało emocji poczułam, bardziej – nawał informacji z gatunku, jak to ująłeś ‘clerical fiction’. Bardziej niż rozmowę matki z synem przypominało to wykład profesorki (jak to sam bohater zauważył;)). Nie poruszyło mnie w warstwie emocjonalnej, za to zjeżyło w warstwie “science”: kto buduje obserwatorium astronomiczne w środku miasta (bohater jechał do pracy wieczornym tramwajem)?! W takowych nie da się prowadzić profesjonalnych obserwacji. Astronomowie albo ściągają dane z teleskopów przez internet, albo jeżdżą do obserwatoriów zbudowanych na odludziach. I jeszcze “koledzy z pracy” – to ile tych teleskopów było, że na raz prowadziło obserwacje kilku? No, widać, że ta warstwa “science” to tylko pretekst, żeby bohater był z kategorii “sceptyków”.

Bellatrix, dzięki za wizytę i komentarz. Nie spodobało się, trudno, ale takie reakcje także brałem pod uwagę i z tego powodu zamieściłem ostrzeżenie w przedmowie, że to clerical fiction. Jednych te sprawy rajcują innych nudzą, jeszcze innych wkurzają.

Zaś co do obserwatorium astronomicznego, to nie do końca masz rację. We Wrocławiu znajduje się w centrum miasta przy ul. Kopernika (urocze miejsce, miałem tam praktyki po trzecim roku studiów). W Krakowie obserwatorium jest zlokalizowane na ul. Orlej, w parku zwierzynieckim ok. 10 km od centrum. Oczywiście, nie prowadzi się tam jakichś znaczących obserwacji, ale się prowadzi. I to nie jest tak, że dyżury ma tylu ludzi ile jest teleskopów. Astronomowie to w dużej mierze ludzie z pasją i nie pracują w normatywnych godzinach. Coś na ten temat wiem, bo choć nie pracowałem w wyuczonym zawodzie, to utrzymuję ciągły kontakt z koleżeństwem ze studiów.

Pozdrawiam :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Czasem nawet zazdroszczę osobom wierzącym, wydaje mi się, że jakoś tak łatwiej macie.

Oczywiście, że mamy łatwiej, przecież religia to opium dla ludu :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Za stroną wrocław.pl :

“Teraz w obserwatorium przy parku nie prowadzi się już obserwacji naukowych. Swoje oczy na wszechświat Uniwersytet Wrocławski ma w Białkowie. To mała wieś 70 kilometrów za Wrocławiem, gdzie są dużo lepsze warunki do oglądania nieba. Na ul. Kopernika prowadzone są jedynie okazjonalne obserwacje dla miłośników i studentów.” (+ planetarium, gdzie są zajęcia dla dzieci i młodzieży).

Odpowiedziałem Ci na pytanie

kto buduje obserwatorium astronomiczne w środku miasta

pokazując, że takie obserwatoria są. Moje opowiadanie jest fikcją literacką, a nie reportażem o charakterze dokumentacyjnym. Ergo także to obserwatorium jest fikcyjne, aczkolwiek możliwe do zaistnienia, a wątek ten jest marginalny, bez znaczenia dla sedna i przesłania opowiadania. Ale rozumiem, że jak się chce do czegoś przyczepić, to w każdym tekście takie miejsce się znajdzie :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Hmmm. Za bardzo osobisty i emocjonalny tekst, żebym ośmieliła się go analizować.

No dobra, od jednego nie mogę się powstrzymać:

Po prostu rozpuściła się w amarancie nieba.

A wcześniej niebo było granatowe. Już świta czy cuda ogłaszają? ;-)

Babska logika rządzi!

Finkla, fajnie że wpadłaś! Już tłumaczę. Chodzi o ten fragment tekstu:

Spojrzałem w górę – na mocno już granatowym niebie wykwitły gwiazdozbiory. Pomyślałem o tym, że właśnie powinienem wprowadzać współrzędne do komputera sterującego teleskopem i w myśli uśmiechnąłem się – tak zdawało mi się to odległe i nieistotne.

Nieco niżej, zanurzona w wieczornej zorzy jaśniała Wenus.

W górze (czyli w zenicie) niebo było już “mocno granatowe”. Na zachodzie, gdzie jaśniała Wenus, były zorze wieczorne – zwykle są one pomarańczowe u dołu, im wyżej – różowo-czerwone, przechodzące w fiolet (czyli amarantowe) i przechodzące w granat.

http://obrazki.4ever.eu/przyroda/niebo/zorza-wieczorna-130611

http://obrazki.4ever.eu/przyroda/krajobrazy/zorza-wieczorna-148612

I w tych właśnie zorzach rozpuściła się Mamusia :)

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Aha. Niech Ci będzie.

Babska logika rządzi!

Bardzo poruszające i osobiste opowiadanie. Czytało się płynnie, bo narracja poprowadzona sprawnie, z głową, obrazowo. Dużo ciekawych przemyśleń zawarłeś w tym tekście i na pewno jest on wzruszający. Mnie się podobało. 

Dziękuję rosebelle, bardzo mi miło, że się podobało. Skoro tak, to pozwolę sobie zwrócić Twoją uwagę na link w przedmowie do “bliźniaczego” opowiadania “Gwiazda Zaranna” poświęconego mojemu Ojcu. Wg powszechnej opinii jest ono lepsze literacko od “Gwiazdy Wieczornej”.

Gościsz u mnie pierwszy raz, więc zapraszam do moich innych tekstów! Zauważyłem, że specjalizujesz się w fantasy, więc może Ci nie służyć moje hard SF, ale takie np. “Bajki nasenne” powinny :)

Serdeczności!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Dziękuję za rekomendację! W wolnej chwili na pewno zerknę na Twoje opowiadania, w szczególności na “Gwiazdę Zaranną”, bo bardzo zaciekawiły mnie Twoje przemyślenia i podejrzewam, że lektura i tego tekstu sprawi mi przyjemność. :)

Rzeczywiście, tak osobiste, że aż trudno mi ocenić. Pierwsza część opowiadania może trochę przeintelektualizowana, ale później jest już bardzo ładnie, a zakończenie poruszające.

Dzięki Zyg, miło ze wpadłeś!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Zgadzam się z zygfrydem, że momentami opowieść jest nieco przeintelektualizowana.

 

I to chyba tyle, jeśli chodzi o zarzuty ;)

Piękna opowieść o tęsknocie i o miłości, o stracie, ale jednocześnie o bliskości, poczuciu, że Ci, którzy odeszli, tak naprawdę są tu… Fragment, który mocno zapada w pamięć, przez swoją prostotę, prawdziwość i naładowanie emocjami:

– Zobacz Mamo, Wenus – szepnąłem.

– Jako Wenus – żachnęła się – Gwiozda Wieczorno!

Spojrzałem na Nią zdumiony.

– Skończyłaś już z tą intelektualną manierą?

– Gdy popatrzyłam w niebo poczułam się jakoś… bardziej tu niż Tam.

– Dla mnie stałaś się teraz bardziej Mamą niż nadprzyrodzonym mędrcem.

Przytuliła się do mnie mocno.

Łzy kapią same.

I ten przepiękny wiersz…

 

Nie jestem osobą wierzącą. 

Ale nie trzeba być, żeby dostrzec miłość, którą tak pięknie przedstawiłeś.

Wystarczy wiedzieć i czuć, że Ci, którzy odeszli, na zawsze pozostaną w naszych sercach i naszej pamięci.

Dziękuję.

To ja dziękuję Iluzjo! Twój komentarz, tak piękny i wzruszający, jest tym cenniejszy, że deklarujesz się jako osoba niewierząca. Choć dla mnie i tak jesteś, mimo tej deklaracji. Bo tak naprawdę w świecie po jednej stronie jest miłość (Dobro) po drugiej nienawiść (Zło). I mam dziwną pewność, że wybierasz tę pierwszą stronę – czyli wierzysz w miłość, w jej moc. Zatem chcesz czy nie chcesz – jesteś wierzącą :)

I to wcale nie jest iluzja! laugh

Serdeczności!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Hmmm. Nie podoba mi się szufladkowanie, że wierzący to ci dobrzy, a ateiści – ci źli. IMO, to są dwa zestawy niezależnych cech.

Babska logika rządzi!

A kto tu szufladkuje???? Chyba nie do końca zrozumiałaś moją wypowiedź. Jeszcze raz:

I mam dziwną pewność, że wybierasz tę pierwszą stronę – czyli wierzysz w miłość, w jej moc. Zatem chcesz czy nie chcesz – jesteś wierzącą :)

Skoro wierzy w miłość to chyba jest wierzącą?

Chyba się zgodzisz, że każdy, kto wierzy w cokolwiek jest wierzący?

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

No, coś w tym jest… Ale tak po prawdzie – nigdy nie prześledziłam dowodu twierdzenia Pitagorasa. Czyli tak naprawdę w nie wierzę, nie mam pewności. Czy to już czyni mnie osobą wierzącą? Uch, trudno być ateistą w takim układzie. Ja nawet dnia własnych urodzin nie pamiętam, musiałam uwierzyć na słowo dorosłym. ;-)

Babska logika rządzi!

Słownik języka polskiego PWN definiuje: wierzący II «osoba wyznająca jakąś religię» wierzący I «wyznający jakąś religię»

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finkla – hahahaha, mam nadzieję, że Cię nie okłamali ;) Chociaż kto ich tam wie ;)

 

Ja nie odebrałam słów tsole jako szufladkowania, team love! Hasztag, czy jakoś tak, nie wiem, nie znam się :P Według mnie każdy dobry człowiek jest no… dobrym człowiekiem :P Wierzący czy niewierzący (i tu następuje litania innych wymienianek). I podejrzewam, że mniej więcej o to chodziło ;)

 

No ale dość tych dygresji. 

tsole – w wolnej chwili postaram się przeczytać Gwiazdę Zaranną – jest już otwarta w przeglądarce, ale najpierw dyżur ;)

 

A może lepiej wierzyć, że z dniem urodzin mnie okłamali i naprawdę mam mniej lat, niż głosi PESEL? Ponętna opcja… ;-)

Babska logika rządzi!

devil masz tyle lat, na ile się czujesz, ot, cała prawda :)

Reg: Wierzący to także przymiotnik stosowany w odniesieniu do kogoś będącego czegoś pewnym. Synonimy: pewny, przekonany, przeświadczony, ufny, utwierdzony. I w tym sensie użyłem tego słowa w komentarzu do Idylli – zresztą z przymrużeniem oka, o czym świadczy emotikon.

 

Finkla:

Uch, trudno być ateistą w takim układzie. Ja nawet dnia własnych urodzin nie pamiętam, musiałam uwierzyć na słowo dorosłym. ;-)

Widzisz, nie tylko co do dnia urodzin musisz wierzyć innym ludziom. Także w to, że oni rzeczywiście istnieją. Każdy solipsysta wykaże Ci, że Ciebie nie ma. Ba, nie tylko Ciebie, w ogóle nikogo! Mało tego – świat także nie istnieje. Prawdziwy solipsysta w nic nie wierzy. Uważa, że istnieje tylko on, reszta jest wymysłem jego umysłu! https://pl.wikipedia.org/wiki/Solipsyzm

 

Iluzja: Cieszę się, że mnie dobrze zrozumiałaś, chyba znalazłem bratnią duszę, bo jakoś nikt mnie nie rozumie :)

Cieszę sie także że skusiłaś sie na lekturę Gwiazdy Zarannej, tym bardziej że jest to opko literacko lepsze, no i światopoglądowo bardziej neutralne :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Nowa Fantastyka