- Opowiadanie: kokoner - Koniec pewnego świata (poprawione)

Koniec pewnego świata (poprawione)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Koniec pewnego świata (poprawione)

 

Na razie robię sobie wolne od kosmicznych wojaży, czy to tych turystycznych, czy zarobkowych. Widziałem w całej swojej trzynastoletniej karierze już sporo, ale to, czego byłem świadkiem na tamtej planecie, było naprawdę przedziwne i niezwykłe nie tylko dla mnie, ale też dla wszystkich innych uczestników tamtych wydarzeń. Misja zakończyła się porażką, ale przeżyliśmy i zobaczyliśmy niemało.

Ponad rok temu szukałem z moimi ludźmi nowego źródła gotówki. Moja prawa ręka, Harris, zasugerował, żeby udać się na obrzeża ziemskich kolonii i tam poszukać jakiejś planety z zasobami, które potem można by sprzedać. Stary, sprawdzony, ale ryzykowny sposób. Niekiedy patrole graniczne mogły pojawić się w niewłaściwym miejscu i czasie, ale największy problem mogły sprawić inne „ekipy wydobywcze”; czy to ludzkie, czy te mniej ludzkie.

Pomysł koniec końców zatwierdziłem i na nasz cel wybrana została planeta Z-014. Przypominająca rozmiarem Ziemię i też z jednym, przeciętnej wielkości księżycem, ale bardzo pustynna i ze stosunkowo niewielką powierzchnią mórz i oceanów. Nasze sondy wykryły na niej spore złoża złota, które mogliśmy szybko wydobyć. Pospiesznie zatem się przygotowaliśmy i czwartego marca 2345 roku wyruszyliśmy z naszej kryjówki dwoma statkami wydobywczymi i dwoma transportowymi, by po ośmiu dniach dotrzeć do celu.

Od razu rozpoczęliśmy intensywną eksploatację. Mieliśmy spędzić na Z-014 najwyżej tydzień, jednak złoża nie tylko złota, ale i innych cennych surowców były tak obfite, że te siedem dni stało się tylko luźną granicą, która oczywiście została przekroczona i nikt się temu nie dziwił. Ładownie naszych dwóch statków były na tyle obszerne, że szkoda wręcz było ich nie zapełnić tak łatwo pozyskiwanymi dobrami. Co mogło pójść nie tak?

Znajdowaliśmy się na środku pustyni jakiegoś superkontynentu, u podnóży gołych, rdzawych gór. Życie tu istniało, ale mizerne i rzadkie; żałosne małe roślinki zbijające się desperacko w zielonkawe kępy lub inne, rosnące samotnie i wyczekujące chociaż kropli deszczu jak więzień czekający na złagodzenie kary. Fauna również nie była imponująca, tylko różne z rzadka spotykane owady i inne małe, pustynne bezkręgowce.

Wszystko przebiegało po naszej myśli, aż nadszedł dwudziesty drugi marca. Wtedy wszystko i jeszcze trochę trafił szlag, ale nie uprzedzajmy faktów. Nasze radary wykryły nadciągające z południowego wschodu obce i liczne jednostki powietrzne i lądowe. Pomyśleliśmy, że to jakaś tubylcza, mało zaawansowana rasa. Mieliśmy ze sobą trochę broni, więc jeżeli tamci byliby wrogo nastawieni, to my zgotowalibyśmy im gorące przywitanie. Nie chcieliśmy jednak być stroną, która zaczęłaby ewentualne starcie, czekaliśmy na ich konkretną reakcję. Tamci zbliżyli się do nas na odległość kilometra, w swoich dziwnych, fikuśnych pojazdach, znacznie mniejszych od naszych. Patrzyliśmy na nich z góry i arogancko się uśmiechaliśmy. Wszystkie nasze działa były gotowe w każdej chwili roznieść ich jak domki z kart.

Po krótkim czasie z każdego z około trzydziestu tych wehikułów wysiadły po dwie istoty i powoli zaczęły się do nas zbliżać. Zmrużyłem oczy i uważnie przypatrywałem się tym postaciom. Wyraźnie je widziałem stojąc na mostku z moimi załogantami. Przypominały połączenie krewetek i ślimaków, wyglądały dosyć groteskowo i tak samo się poruszały; nieco pokracznie i śmiesznie, przynajmniej w naszym mniemaniu. Każde z tych dziwadeł miało na sobie jakieś beżowo-czerwonawe szaty, a w dłoni, a raczej szczypcach, trzymało długi, biały kij z zatkniętym na nim zielonym kamieniem.

Zatrzymały się jakieś sto metrów od nas i podniosły te swoje rózgi. Zaczęły nimi kręcić w kółko, aż po chwili nad każdym z nich pojawił się jasny obłoczek. W tym samym momencie wszystkie silniki na wszystkich jednostkach przestały działać. Nie byłoby to tak wstrząsające, gdyby nasze statki były osadzone na ziemi, a nie unosiły się kilkanaście metrów nad nią. Spadliśmy z hukiem na skalistą powierzchnię. Szok był silny, nie wszystkie załogi szybko nad nim zapanowały; ci, którzy nie stracili przytomności rzucili się do dział pokładowych i karabinów. Wycelowaliśmy w nich, wściekli i obolali, by pokazać im, co znaczy zadrzeć z Ziemianami, pociągnęliśmy za spusty i… i nic! Broń nie zadziałała, jakby nie było w niej amunicji. Żadne działo, żaden karabin czy pistolet nie strzelał mimo usilnych prób i starań, by broń zaczęła spełniać swoją funkcję. Wszystkie roboty także wysiadły, a przecież niedługo przed przybyciem na planetę uzbrojenie, silniki i cała reszta wyposażenia została sprawdzona i działała bez zarzutu.

Gdy desperacko próbowaliśmy wystrzelić z czegokolwiek nawzajem się przekrzykując, ktoś mnie szturchnął i wskazał niemo na statki tubylców: wychodziły z nich kolejne istoty. Po chwili wszyscy to zobaczyli i zamarli. Zaczynała się panika. Część załogi, w tym ja, była gotowa spróbować nawiązać jakiś dialog z tymi skorupiakami, ale większość nadal chciała walczyć i nie dała się przekonać moim prośbom i groźbom. Chwycono za łomy, pręty, kastety, siekiery i po chwili ze wszystkich czterech statków wyszły grupy coraz bardziej przestraszonych i zdesperowanych ludzi. Zbili się w jedną bandę i ruszyli z krzykiem i wyzwiskami przeciwko istotom nieznanego gatunku, by po chwili zostać zdmuchniętymi jak liście na wietrze przez jegomościów w szatach, którzy swoimi osobliwymi kijami wyczyniali te wszystkie zadziwiające rzeczy. Zapał bojowy po naszej stronie szybko ostygł, a zniknął kompletnie, gdy jeden z obcych skierował swój kostur w stronę Millera, mojego pokładowego mechanika. Miller zaczął się wznosić i zawisnął jakieś pięć metrów nad ziemią. Biedak bełkotał coś wystraszony, a po chwili został złamany na pół jakąś niewidzialną ręką, która następnie rzuciła go na ziemię jak śmiecia do kosza.

Zemdliło nas. Byliśmy przerażeni. Ludzie na zewnątrz podnosili ręce mając nadzieję, że tamci zrozumieją co oznacza ten gest. Albo go rozumieli, albo i tak chcieli nas pojmać. Reszta załogantów pozostających na statkach, w tym ja, wyszła nieuzbrojona z rękami w górze i wkrótce dołączyliśmy do naszych kolegów. Tuż przed wyjściem zdołałem wysłać sygnał ratunkowy na bezpiecznej częstotliwości.

Załadowali nas do swoich pojazdów i rozpoczęła się długa, mimowolna podróż trwająca prawie dwa tygodnie. Stu dwudziestu więźniów stłoczonych w czterech dziwacznych statkach, w owalnych pomieszczeniach z niewielkimi oknami, przez które widać było monotonny, pustynny krajobraz, który prawie wcale nie zmieniał się przez siedem dni. Tamci dwa razy dziennie karmili nas jakąś mdłą papką i nieco kwaśnym, zielonym napojem. Było to dość odżywcze i jakoś się trzymaliśmy, ale przez niewiedzę jak długo jeszcze będzie trwała nasza podróż i co się z nami stanie u jej celu, byliśmy zupełnie zdołowani i przestraszeni. Jedyną nadzieją był sygnał z prośbą o pomoc, jaki w ostatniej chwili zdołałem nadać. Nie dotarłby on do żadnego rządu czy agencji, ale do naszych partnerów w interesach i innych znajomych. Modliłem się, żeby ktokolwiek z nich wzniósł się na wyżyny empatii lub pomyślał o nagrodzie za ratunek i wyruszył na pomoc. Nie było dla nas innej nadziei.

Ósmego dnia niewoli okolica wyraźnie się zmieniła. Monotonne, żółte wydmy ustępowały miejsca bujnie porośniętym wzgórzom, a pustynny piasek zniknął na rzecz zieleni i jezior. To nowe środowisko nieco podniosło nas na duchu. Następnego dnia rano dostrzegliśmy wystające z horyzontu stożkowe kształty: były to oczywiście góry, do podnóży których dotarliśmy wieczorem. Był to naprawdę wielki i imponujący masyw, który podziwialiśmy trwożnie od środka, gdy nasi „gospodarze” ostrożnie pokonywali przełęcz. Zbocza gór były niesamowicie strome, a z ich rozlicznych urwisk wzbijały się chmary jakichś osobliwych, skrzydlatych stworzeń. W zasadzie wszystko to przypominało ziemskie krajobrazy, ale formy roślinne i zwierzęce były tak bardzo inne od tego, co mamy u siebie, chyba że zajrzelibyśmy do naszych morskich głębin. Lecz w takim razie, jak musi wyglądać życie podwodne na Z-014?

O świcie dziesiątego dnia dotarliśmy do celu. Wysiedliśmy z obcych statków, obolali rozciągaliśmy się na wszystkie strony, chcąc pozbyć się drętwoty. Otaczający nas strażnicy o czymś ze sobą rozmawiali. Słychać było tylko krótkie, szybko urywane dźwięki, jakby porozumiewali się wyłącznie sylabami. Najczęściej słyszeliśmy z ich otworów gębowych coś, co dało się fonetycznie zapisać jako „tloko” , nazywaliśmy ich więc Tlokami. Wkrótce zabrano nas utwardzaną drogą na szczyt łagodnego zbocza i na nim oniemieliśmy.

Znajdowaliśmy się w ogromnej dolinie, w której leżało wielkie miasto Tloków. Tysiące mniejszych i większych, okrągłych, kopulastych budowli kremowej barwy. Między nimi wystawały wysoko liczne, strzeliste wieże takiej samej tekstury, połączone ze sobą wąskimi pomostami. Metropolia wypełniała całą dolinę, zajmując także do pewnej wysokości górskie zbocza. Gdyby do basenu nasypać po brzegi popcornu – wtedy otrzymano by widok, który trochę przypominałby to, co wtedy widzieliśmy.

Były jednak pewne obiekty, które wyraźnie kontrastowały z tą aglomeracją: cyklopowe, szare, zwaliste budynki, które na pierwszy rzut oka mogły być wzięte za niewielkie góry. Było ich łącznie siedem, położonych w różnych częściach miasta. Oddalone były od siebie nawzajem od dwóch do czterech kilometrów. Przy każdym z nich stała duża budowla z kilkoma kopułami i wieżą. Standardowy kremowy kolor był wzbogacany najwyraźniej jakimiś złoceniami, bo owe budynki lśniły wśród całego morza tlokockich zabudowań.

Umieszczono nas w kompleksie połączonych ze sobą gmachów leżących w głębi miasta. Tam dla odmiany mieliśmy dla siebie mnóstwo przestrzeni. Obszerne sypialnie, jadalnia, a nawet wielki, bujny ogród. Było też coś na kształt muzeum, dość skromnie wyposażonego, ale i tak stanowiącego bardzo interesujące miejsce. Krzesła i inne meble były dla nas niepraktyczne, nie byliśmy odpowiednio zbudowani, by z nich należycie korzystać. Z naczyniami było podobnie – wśród nich były tylko chochle, garnki i patelnie z nieporęcznymi uchwytami. Sztućce nie istniały. Tlokowie cały czas bacznie nas obserwowali.

Zupełnie nie mogliśmy zrozumieć ich języka, a oni naszego. Dlatego też nie dowiedzieliśmy się od nich gdzie i po co zabrali czworo moich ludzi: Garvella Watersa, Marthę Gilian, Lenę Wemhsort i Martina Kreigera. Nigdy więcej już ich nie zobaczyliśmy. Pewnie zamienili ich w szczury laboratoryjne, by poznać nas jak najdogłębniej. Mieliśmy pełną swobodę poruszania się po naszym całym, nowym „domu”. Dobrze nas karmiono i nie niepokojono. Mimo, że byliśmy więźniami, straciliśmy kilku ludzi i czuliśmy się nieswojo mimo nie najgorszego traktowania, powoli godziliśmy się z naszą obecną sytuacją. Ale nie na stałe. Póki co nie mogliśmy nic zrobić, nasze statki znajdowały się tysiące kilometrów stąd, byliśmy bezbronni. Karabiny umieszczono w jakimś magazynie w pobliżu ośrodka, w którym się znajdowaliśmy. Nie mogliśmy się tam dostać.

W każdym razie było co poczytać, a raczej próbować tłumaczyć i zrozumieć. Mieliśmy dostęp do czegoś w stylu muzeum, gdzie wśród różnych tajemniczych i niezwykłych eksponatów było sporo dużych, kamiennych płaskorzeźb, przedstawiających jak się szybko okazało, historię tlokowej cywilizacji. Przedziwnego pisma nawet nie próbowaliśmy tłumaczyć, bo i tak nikt z nas nie miał pojęcia o lingwistyce, ale za to rzeźbione scenki były całkiem zrozumiałe, chociaż też wyglądały fantazyjnie. Wraz z trzema moimi równie ciekawskimi znajomymi w kilka godzin uporaliśmy się z nimi i poznaliśmy historię inteligentnej rasy ślimakokrewetek.

Według tych płaskorzeźb w odległych eonach planetę zamieszkiwali bogowie, wyglądający jak wielkie głowonogi. Jeżeli porównać ich wygląd do jakichś ziemskich stworzeń, to najbliżej było im do rozgwiazd, ale tylko połowicznie. Bogowie ci władali całym światem przez całe ery i „stworzyli” rasę mniejszych stworzeń, aby te im służyły. Jak można się domyślić, tą rasą byli nasi Tlokowie, wydźwignięci dzięki inżynierii genetycznej do góry po drabinie ewolucyjnej z rangi zwierząt do na wpół świadomych istot.

Pewnego razu świat napadła rasa spoza jego granic. Wojna trwała długo, obrońcy w końcu wygrali, ale zniszczenia nie tylko miast, ale i wielu ekosystemów planety były ogromne. Zginęło też bardzo wielu bogów. Ocalali opuścili planetę porzucając swoje sługi i nigdy już nie wrócili. Tlokowie stoczyli się w otchłań zwierzęcości. Upłynęły niezliczone milenia, zanim stali się inteligentnym gatunkiem. Wtedy to zaczęli poznawać prastare ruiny swoich nieobecnych od dawna bogów i odkryli, co przytrafiło się im, ich światu i ich własnej rasie. Jedynymi funkcjonalnymi pozostałościami po przedwiecznych istotach było owych siedem cyklopowych budowli. Wszystkie były zamienione w miejsca najwyższego kultu, przy których wzniesiono okazałe świątynie. Religijną czcią otoczono również księżyc Z-014. Tlokowie wierzyli, że bogowie przenieśli się tam i założyli swoje siedziby, z których obserwowali swój pierwotny świat i wspierali rasę, jaka na nim pozostała. Nie porzucili ich, ale uczynili silnymi. W regularnych odstępach czasu wysyłali wielkie ilości wspaniałej energii prosto do siedmiu budowli, gdzie najzdolniejsi kapłani ujarzmiali ją, wykorzystując na użytek całego rodzaju tlokockiego.

Cywilizacją rządziła kasta kapłanów-magów, będących dystrybutorami mocy, dzięki której owa cywilizacja szybko rozwijała się do pewnego momentu, stając się całkowicie uzależniona od boskiej energii zsyłanej z księżyca. Wielkie miasto, w którym nas więziono było jedynym takim na całej planecie, bowiem ze wszystkich jego zakątków ściągały całe masy Tloków, by dzięki łasce bogów żyć na o wiele wyższym poziomie. Moc superrozgwiazd, jak kpiąco nazwaliśmy tych bogów, mogła być gromadzona tylko w tych siedmiu wielkich obiektach. Widocznie ta dolina podczas zamierzchłej wojny nie doznała wielkich zniszczeń. Tlokowie nie znali pojęcia nauki, nie starali się dociec prawdziwej natury energii, którą czerpali. Traktowali ją jako magię, magię która była obecna niemal w każdej dziedzinie ich życia: w transporcie, uzbrojeniu, rolnictwie. Potrafili nawet dzięki niej kontrolować pogodę. Za pomocą odpowiednich gestów, dźwięków, a może też nawet myśli, zdolni byli do tworzenia, przemieszczania się i walki.

Jednak zasięg oddziaływania czarów był ograniczony do obszaru doliny. Poza nią trzeba było mieć gromadzące energię specjalne kryształy, dzięki czemu można było przemierzać wielkie przestrzenie, jednak prawdopodobnie te „baterie” wyczerpywały się po dość krótkim czasie. W wielu miejscach planety Tlokowie mieli swoje punkty obserwacyjne. W ten sposób szybko wykryli naszą obecność. Od razu potraktowali nas brutalnie, być może dlatego, że skojarzyli nasze przybycie z pradawną inwazją obcej, złowrogiej rasy?

Mijały tygodnie, a my nadal tkwiliśmy w tym dziwnym świecie. Nie mieliśmy nic do roboty i nudziliśmy się niemiłosiernie. Z czasem przyszła frustracja i strach o przyszłość. Chcieliśmy się wydostać, powrócić do cywilizacji, naszej cywilizacji, ale na to się nie zanosiło. Pewnego dnia pozwolono nam w małych grupkach spacerować po ulicach miasta. Nie mogąc się z nami porozumieć, Tlokowie po prostu wypchnęli kilku z nas za próg więzienia i śmiesznym gestem kończyn dali do zrozumienia, że możemy sobie chodzić swobodnie. Była to bardzo ciekawa odmiana, mogliśmy przyjrzeć się tym osobliwym istotom jak sobie żyją na co dzień. Wychodziliśmy w trzech pięcioosobowych grupkach w kierunku różnych części miasta, by je zwiedzać przez parę godzin, a potem wrócić, żeby na spacer wyszli następni więźniowie. Oczywiście kilku tajniaków zawsze szło za nami, ale najwyraźniej uznano nas za zupełnie nieszkodliwych. Nie mogliśmy uciec, bo nie mieliśmy dokąd, a w razie aktu przemocy spotkałaby nas natychmiastowa kara. Tlokowie-cywile patrzyli się na nas małymi oczkami z zaciekawieniem, wielu podchodziło, by nas dotknąć, czasami obwąchać. Było to dość niepokojące, ale po kilku dniach przestaliśmy być sensacją i mieszkańcy traktowali nas obojętnie. Obserwowanie, jak te dziwne istoty, które dla nas wyglądały jak zwierzęta i równie zwierzęco brzmiały, wykonywały codzienne, prozaiczne czynności takie jak przygotowywanie posiłków, pranie czy pogaduszki na ulicy, było dla nas mocno niedorzeczne i śmieszne, chociaż sami wiedzieliśmy, że nie ma w tym nic zabawnego i głupiego. Z czasem również i to się znormalizowało.

Nad naszymi głowami latały okrągłe platformy wypełnione pasażerami, a po drogach jeździły ich wersje samochodów. Wszystkie te wehikuły były od dołu otulone nikłą, niebieskawą mgiełką. Prawie nie wydawały odgłosów, nie miały silników, a jednak działały. Nie wierzyliśmy, że Tlokowie posługują się magią, ale ich energia bardzo magię przypominała. Odnieśliśmy takie silne wrażenie, kiedy przypomnieliśmy sobie o tym, w jaki sposób rozprawiono się z nami na pustyni. Wyłączenie silników, unieszkodliwienie broni, unoszenie nas w powietrzu i odrzucanie niewidzialną siłą – to wszystko było zasługą tak niesamowitej technologii, która mogła wydawać się magią. Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nierozróżnialna od magii – tak chyba brzmi ten cytat. Nie pamiętam, czyjego jest autorstwa, ale tu pasuje idealnie. A kto wie, może rzeczywiście to była magia nawet dla nas, bo może nigdy nie będziemy w stanie osiągnąć takiego poziomu zaawansowania?

Kolejne tygodnie upływały, a odsiecz nie nadchodziła. Mieliśmy po dziurki w nosie tego świata. Chcieliśmy znowu obejrzeć film, wypić piwo, zapalić coś, a nie jeść tę samą mdłą breję i chodzić po tym mieście zbudowanym z wapna i chityny.

Spektakl nudy i apatii przerwały nam przygotowania do wielkiego rytuału. Tlokowie uwijali się w pobliżu monumentalnych budynków wzniesionych przez bogów, przyozdabiając świątynie kwiatami. Po kilku dniach krzątaniny wszystko było gotowe i wieczorem, gdy na niebie pojawił się księżyc, rozpoczęły się pierwsze obrzędy. Główna ceremonia odbywała się u stóp kolosalnej budowli położonej całkiem blisko naszego więzienia, skąd przez lornetkę miałem całkiem dobry widok na uroczystość. Przed wejściem do świątyni wzniesiono wielki ołtarz, na którym składano ofiary w postaci plonów i figurek zrobionych z metali szlachetnych.

Wierni trzymali lampiony i śpiewali swoje dziwaczne hymny, a kilku kapłanów weszło na szczyt ołtarza, by przy pomocy różdżek unieść ofiarowane rzeczy w stronę gwiazd. Rzeczy, które mogli tak łatwo i w wielkich ilościach pozyskiwać i produkować dzięki swoim twórcom, były składane im w symbolicznej ofierze jako znak podziękowania i wierności. Skąd my to znamy. Plony i figurki lewitowały kilka minut, po czym znów spoczęły na ołtarzu. Kapłani odwrócili się do tłumów świętujących i jeden z nich wygłosił mowę, a raczej kazanie. Gdy skończył, nastała pełna oczekiwania cisza, która przerywana była odgłosem szybkiego i krótkiego bicia w bębny, w każdej kolejnej serii uderzeń coraz donośniejszego.

W końcu z niebios na wszystkie siedem boskich konstrukcji spłynęły wielkie i jasne snopy niebieskiej energii. Zaparło nam dech w piersiach. To się działo naprawdę i wyglądało niewiarygodnie. Coś takiego widziałem pierwszy raz w życiu i niczego tak pięknego i mistycznego w swojej aurze raczej już nie ujrzę. Moi ludzi też byli zachwyceni, patrząc na zsyłaną energię z rozdziawionymi ustami i wydając stęknięcia z podziwy i niedowierzania.

Gdy cudowna moc spływała z przestworzy zasilając budynki liczące eony lat, tysiące wiernych zaniosło się radosnymi okrzykami i rozpoczęła się huczna część święta. Świętującym przygrywała radosna, skoczna muzyka, a ci jedli, śpiewali i tańczyli. Przede wszystkim tańczyli, by wielbić bogów na księżycu. Zabawa Tloków trwała wiele godzin, gdy mrok nocy powolutku zaczął ustępować brzaskowi. Wtedy błękitne strumienie magii zniknęły, a kapłani udali się do kolosalnych budowli, by zapewne dokonać przeglądu nowych zasobów energii.

Tlokowie rozchodzili się do swoich domów, gdy nieoczekiwanie snopy znów się pojawiły, ale w innej, zielonej barwie. Tłumy były tym zupełnie zdumione – przecież bogowie obdarzyli ich energią, czemu zatem znowu ją zsyłali, ale teraz w innym kolorze? Wśród mieszkańców zapanowała totalna konsternacja. Przyglądali się temu zaskakującemu zjawisku, a magowie wybiegli zobaczyć na własne oczy, jakie to zielone wodospady magii leją się z księżyca. Po krótkim czasie z głębi ziemi zaczęły dobiegać stłumione dźwięki trzeszczenia i zgrzytania, jakby wielkie metalowe części gigantycznych mechanizmów wyginały się pod wpływem jakiejś wielkiej siły lub temperatury. Z każdą chwilą niepokojące odgłosy narastały. Czuliśmy, że to może nie skończyć się dobrze, więc krzyknąłem aby wyjść z pomieszczeń na piętrze i schronić się na dole naszego ośrodka. Czekała nas długa bieganina w dół, zwłaszcza po tych cholernych schodach, do których oczywiście ludzkie nogi nie były zbyt przystosowane.

W połowie drogi zatrzęsła się ziemia, wielu z nas się przewróciło, ale każdy szybko się podrywał i biegł czym prędzej na dół. Ledwo dotarliśmy do spiżarni, gdy nastąpił oszałamiający huk, jakby w pobliżu nas wybuchły wszystkie bomby ziemskiej floty. Huk zwalił z nóg i ogłuszył nas wszystkich. Ciemne niebo na chwilę rozjarzyło się jaskrawą, pomarańczową łuną, która szybko zasłoniła swoim oślepiającym blaskiem cały firmament. Po krótkim czasie niebo znów pociemniało, ale znad więziennego muru widzieliśmy blask wielkich płomieni.

Jakaś ogromna skała zrobiła wyrwę w ścianie, przez którą się przecisnęliśmy, by zobaczyć iście apokaliptyczny widok: Tlokowie biegali po ulicach jak poparzeni i wrzeszczeli wniebogłosy. Wydawało nam się, że oszaleli, że eksplozje odebrały im rozum. Weszliśmy na pobliskie wzgórze, z którego dostrzegliśmy siedem ogromnych pożarów, każdy w miejscu gdzie stały tytaniczne budowle Tlokowych bogów. Teraz były tam opętane wściekłym ogniem ruiny, wokół których wszelkie zabudowania przestały istnieć. Zewsząd było słychać wrzaski i lamenty. Nie musieliśmy znać języka Tloków, żeby rozumieć, co przeżywali. Spotkała ich katastrofa, boży gniew, który odebrał im to, od czego byli uzależnieni od tysiącleci. Teraz spokojne ulice ich wielkiej metropolii wypełniały obłąkańcze krzyki.

Staliśmy tak na wzgórzu i chłonęliśmy ten przykry obraz zniszczenia i chaosu, gdy czerwone promienie słońca przebiły się przez odległe chmury, a jego szkarłatna tarcza wynurzyła się znad horyzontu. Promienie nowego dnia zalały zdruzgotane i przerażone miasto rasy skazanej na upadek. Wkrótce coś na szarobłękitnym niebie przykuło naszą uwagę: ciemny, z każdą sekundą powiększający się punkcik. Nie mieliśmy pojęcia, co to może być, obawialiśmy się kolejnej katastrofy. Szybko jednak rozpoznaliśmy, że to statek kosmiczny, gdy ten już wystarczająco się zbliżył. Co więcej, był to statek, który znaliśmy! „Czarny Jaszczur” kapitana Northstone'a był naszym wybawianiem. Nie wierzyłem własnym oczom, bo już dawno straciłem nadzieję na ratunek, a przybycia akurat tego statku tego dowódcy spodziewałem się najmniej. Już nigdy nie nazwę Northstone'a aspołecznym psychopatą, za jakiego go uważa wielu, tylko częściowo słusznie.

Szybko nas zauważono i zabrano z doliny. Polecieliśmy do miejsca, gdzie stały nasze statki, prawie zupełnie przysypane piachem. Po paru godzinach roboty udało nam się je oczyścić i uruchomić. Opuściliśmy tę nieszczęsną planetę, na której spędziliśmy za dużo czasu i z której odlecieliśmy bardziej z ochłapami niż ze skarbami.

Na pokładzie Czarnego Jaszczura z paląca ciekawością zapytałem Northstone'a, co takiego zrobili, że wywołali taką katastrofę. Kapitan odparł, że kiedy znaleźli źródło naszego sygnału i w końcu dolecieli do planety, nie mogli stwierdzić, w którym jej miejscu dokładnie się znajdujemy. Przyjęli, że byliśmy przetrzymywani, jeżeli jeszcze w ogóle żywi, w tym wielkim mieście. Nie chcieli tam po prostu wlatywać, bo nas Tlokowie rozegrali jak chcieli i pewnie to samo zrobiliby z nimi. Krążyli tak z dobę, myśląc co robić, gdy odkryli, że na księżycu znajduje się jakaś wielka, nienaturalna konstrukcja. Zbadali ją. Była niewiarygodnie stara, ta technologia była kompletnie niepodobna do naszej czy jakiejkolwiek innej z jaką się zetknęliśmy. W pewnym momencie coś się uruchomiło i z kilku wielkich jakby nadajników wystrzeliły niebieskie promienie. Northstone i jego ludzie nie wiedzieli, co to było, więc na razie tylko obserwowali. W końcu emisja się skończyła, ale Jamesowi, jednemu z podkomendnych kapitana, wpadła genialna myśl, by nacisnąć kilka guzikopodobnych rzeczy. Zanim dowódca go powstrzymał było już za późno. Księżycowy gmach zaczął wysyłać zielone strumienie energii. Dalsza historia jest już znana.

Co mogło zajść, co doprowadziło do takich zniszczeń. Najprawdopodobniej inny rodzaj energii napierającej na tę już zgromadzoną na powierzchni planety spowodował przeciążenie i w rezultacie ogromne eksplozje. Tlokowie utracili swoją magię i przywódców, stali się bezbronni. Ten matoł James, przez którego mogliśmy zginąć, rozpowiedział po pijaku w jakiejś spelunie o swojej ostatniej podróży. Teraz na i wokół Z-014 krążą pirackie, przemytnicze i górnicze sępy. Niebawem w końcu również i rząd oraz korporacje dowiedzą się o tej planecie, przepędzą aktualnie tam będących nielegalnych „przedsiębiorców” i sami zaczną eksploatację tego świata.

Najbardziej jednak mnie ciekawi, co stanie się z tym budynkiem na księżycu. Ktokolwiek go przejął lub przejmie, na pewno będzie chciał poznać i zrozumieć tę prastarą technologię. Może to być wielkie odkrycie, ale jest wiele różnych, niebezpiecznych organizacji, przez które boję się o przyszłość, jeżeli któraś z nich położy na tym swoje łapy. Nie sądzę jednak, żeby to nastąpiło zbyt szybko. Co do Tloków, to teraz mają nowych, licznych bogów, którzy traktują ich z obojętnością i nie dzielą się swoją potęgą. Starzy też w sumie tego nie robili.

Siedzę teraz w swojej kajucie, zupełnie spłukany i nic chcę się nigdzie ruszać. Muszę jednak coś zrobić, by nie wypaść z interesu ani nie być niczyim popychadłem. W ramach zapłaty za ratunek oddałem dwa statki Northstone'owi. Nie wierzę w to! Ten typ jest już wyżej ode mnie, co za klęska… Przynajmniej to jeszcze nie koniec świata, nie taki, jaki widziałem na własne oczy jako więzień na planecie inteligentnych ślimakokrewetek.  

Koniec

Komentarze

Ot, takie sobie wyobrażenie życia na odległej planecie, zasiedlonej przez osobliwe istoty, korzystające z dziwnej energii. Wielka szkoda, Kokonerze, że dość szczegółowo opisałeś przeszłość Tloków, a tak niewiele raczyłeś powiedzieć o pobycie Ziemian w niewoli. Wzmianka o spacerach po mieście to zdecydowanie za mało. Czy Ziemianie nie rozmawiali ze sobą, czy nie snuli żadnych planów, nie mieli żadnych pomysłów, co dalej? Tak sobie siedzieli, jedli mdłą breję i czasem spacerowali. Szkoda, że nie pozwoliłeś mi spacerować razem z nimi, bo może lepiej poznałabym miasto i zwyczaje Tloków.

Wykonanie, co stwierdzam z prawdziwą przykrością, pozostawia wiele do życzenia. Chwilami miałam wrażenie, że opublikowałeś opowiadanie, nie przeczytawszy go przedtem.

 

Ponad rok temu temu szu­ka­łem… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Ła­dow­nie na­szych dwóch stat­ków były bar­dzo ob­szer­ne, że szko­da wręcz było ich nie za­peł­nić… –> Raczej: Ła­dow­nie na­szych dwóch stat­ków były na tyle ob­szer­ne/ pojemne, że szko­da wręcz było ich nie za­peł­nić

 

z każ­de­go z okołu trzy­dzie­stu… –> …z każ­de­go z około trzy­dzie­stu

 

…a w swo­jej dłoni, a ra­czej szczyp­cach, trzy­ma­ło długi, biały kij… –> Zbędny zaimek. Czy dziwadła mogły trzymać kije w cudzych dłoniach/ szczypcach?

 

Za­trzy­ma­li się ja­kieś sto me­trów od nas pod­nie­śli do góry te swoje rózgi. Za­czę­li nimi… –> Masło maślane; czy można podnieść coś do dołu? Piszesz o dziwadłach, a te są rodzaju nijakiego, więc: Za­trzy­ma­ły się ja­kieś sto me­trów od nas podniosły te swoje rózgi. Zaczęły nimi

 

gdyby nasze stat­ki były osa­dzo­ne na na ziemi… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

by pokazać im co zna­czy za­drzeć z zie­mia­na­mi… –> …by po­ka­zać im, co zna­czy za­drzeć z Zie­mia­na­mi

 

ustę­po­wa­ły miej­sca buj­nie ob­ro­śnię­tym pa­gór­kom i wzgó­rzom… –> Pagórki i wzgórza to synonimy; znaczą to samo.

Proponuję: …ustę­po­wa­ły miej­sca buj­nie porośniętym wzgó­rzom

 

Były to na­praw­dę wiel­ki i im­po­nu­ją­cy masyw… –> Literówka.

 

Me­tro­po­lia wy­peł­nia­ła całą do­li­nę, ob­ra­sta­jąc także do pew­nej wy­so­ko­ści także gór­skie zbo­cza. –> Dwa grzybki w barszczyku.

Proponuję: Me­tro­po­lia wy­peł­nia­ła całą do­li­nę, pokrywając/ zajmując do pew­nej wy­so­ko­ści także gór­skie zbo­cza.

 

widok, któ­rzy tro­chę przy­po­mi­nał­by… –> Literówka.

 

nawet wiel­ki, bujny ogród. Było też nawet coś… –> Powtórzenie.

 

coś na kształt mu­zeum, dość skrom­nie upo­sa­żo­ne­go… –> Skromnie uposażone muzeum pewnie ledwo wiązało koniec z końcem. ;)

Poznaj znaczenie słów uposażeniewyposażenie.

 

Ze sztuć­ca­mi było po­dob­nie – wśród nich były tylko cho­chle, garn­ki i pa­tel­nie z nie­po­ręcz­ny­mi uchwy­ta­mi. –> Ani garnki, ani patelnie nie są sztućcami.

 

nasze stat­ki znaj­do­wa­ły się ty­sią­ce ki­lo­me­trów stąd, by­li­śmy bez­bron­ni. Nasze ka­ra­bi­ny umiesz­czo­no w ja­kimś ma­ga­zy­nie w po­bli­żu na­sze­go ośrod­ka. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Wiel­kie mia­sto, w jakim nas wię­zio­no… –> Wiel­kie mia­sto, w którym nas wię­zio­no

 

nie sta­ra­li się do­ciec praw­dzi­wej na­tu­ry ener­gii, jaką czer­pa­li. –> …którą czer­pa­li.

 

W wielu miej­scach pla­ne­ty tlo­ko­wie mieli… –> W wielu miej­scach pla­ne­ty Tlo­ko­wie mieli

 

W ten spo­sób szyb­ko wy­kry­li nasza obec­ność. –> Literówka.

 

tkwi­li­śmy na tym dziw­nym świe­cie. –> …tkwi­li­śmy w tym dziw­nym świe­cie.

 

Nie mogąc się po­ro­zu­mieć tlo­ko­wie po pro­stu… –> Nie mogąc się po­ro­zu­mieć, Tlo­ko­wie po pro­stu

 

pa­trzy­li się na nas swo­imi ma­ły­mi oczka­mi… –> Zbędny zaimek. Czy mogli patrzeć czyimiś oczkami?

 

Nie wie­rzy­li­śmy, że tu­klo­wie po­słu­gu­ją się magią… –> Kim są tuklowie?

 

Bar­dzo mocno od­nie­śli­śmy takie wra­że­nie, kiedy przy­po­mnie­li­śmy… –> Raczej: Odnieśliśmy takie silne wrażenie, kiedy przy­po­mnie­li­śmy

 

Każda wy­star­cza­ją­co za­awan­so­wa­na tech­no­lo­gia jest nie­roz­róż­nial­na od magii” –> Cytując, używamy albo kursywy, albo cudzysłowu. Zbędne jest też wytłuszczenie cytatu.

 

ce­re­mo­nia od­by­wa­ła się u stóp gar­gan­tu­icz­nej bu­dow­li… –> Budowla może być wielka/ monstrualna/ olbrzymia/ gigantyczna, ale nie może być gargantuiczna.

 

Rze­czy, które mogli tak łatwo i wiel­kich ilo­ściach po­zy­ski­wać… –> Rze­czy, które mogli tak łatwo i w wiel­kich ilo­ściach po­zy­ski­wać

 

jeden z nich dał długą mowę, a ra­czej ka­za­nie. Po jego wy­gło­sze­niu na­sta­ła pełna ocze­ki­wa­nia cisza… –> Mowy ani kazania nie daje się.

Proponuję: …jeden z nich wygłosił długą mowę, a ra­czej ka­za­nie. Gdy skończył, na­sta­ła pełna ocze­ki­wa­nia cisza

 

szyb­kie­go i krót­kie­go bicia bęb­nów… –> …szyb­kie­go i krót­kie­go bicia w bębny

 

Za­ba­wa tlo­ków trwa­ła… –> Za­ba­wa Tlo­ków trwa­ła

 

roz­ja­rzy­ło się ja­skra­wą, po­ma­rań­czo­wą luną… –> Literówka.

 

tlo­ko­wie bie­ga­li po uli­cach… –> …Tlo­ko­wie bie­ga­li po uli­cach

 

Nie mu­sie­li­śmy znać ję­zy­ka tlo­ków… –> Nie mu­sie­li­śmy znać ję­zy­ka Tlo­ków

 

Wkrót­ce coś na sza­ro-błę­kit­nym nie­bie… –> Wkrót­ce coś na sza­robłę­kit­nym nie­bie

 

Opu­ści­li­śmy tę nie­szczę­sną pla­ne­tę, na któ­rej spę­dzi­li­śmy za dużo czasu i z któ­rej od­le­cie­li­śmy z pu­sty­mi rę­ka­mi. –> Dlaczego z pustymi rękami, skoro wcześniej pakowali urobek do wielkich ładowni?

 

kiedy zna­leź­li źró­dło na­sze­go sy­gna­łu, nie mogli zlo­ka­li­zo­wać na­sze­go do­kład­ne­go po­ło­że­nia. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

nas tlo­ko­wie ro­ze­gra­li jak chcie­li… –> …nas Tlo­ko­wie ro­ze­gra­li jak chcie­li

 

coś się uru­cho­mi­ło i kilku wiel­kich… –> …coś się uru­cho­mi­ło i z kilku wiel­kich

 

nie wie­dzie­li, co to bylo… –> Literówka.

 

Co do tlo­ków… –> Co do Tlo­ków

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rzeczywiście, wrzuciłem to bez przeczytania w całości. Muszę pozbyć się tego nawyku i zacząć dopracowywać tekst przed wypuszczeniem.

Słuszne postanowienie, Kokonerze. Jak najszybciej pozbądź się tego niedobrego nawyku i dbaj o jakość tekstu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fabularyzowana historia pewnej rasy. W szczegółach ciekawa, ale zawodzi forma – to sucha opowieść, pozbawiona raczej emocji (lub nie mogąca ich wzbudzić). W efekcie przeleciałem przez tekst i tyle. Trochę szkoda, bo wydarzenia, opisane w momencie, kiedy się działy, mogłyby być bardzo interesujące.

Chwytaj też przydatne linki z informacjami:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za te linki, z pewnością je przejżę.

wolne od kosmicznych wojaży

To nie brzmi za dobrze.

w całej swojej trzynastoletniej karierze

Skróciłabym: w swojej trzynastoletniej karierze.

Misja zakończyła się porażką, ale przeżyliśmy i zobaczyliśmy niemało.

Cały ten akapit trochę przegadany. Nie widzę sensu zapewniania, że coś się stało – skoro o tym piszesz, coś musiało się stać.

Moja prawa ręka, Harris, zasugerował

Jakoś dziwnie tak przeskakiwać między rodzajami w środku zdania.

na obrzeża ziemskich kolonii

Gdzie kolonie (jako kolektyw?) mają obrzeża?

Niekiedy

Co to wnosi?

czy to ludzkie, czy te mniej ludzkie.

Anglicyzm.

z jednym, przeciętnej wielkości księżycem

Coś tu jest nie tak (dodatkowa uwaga merytoryczna – Księżyc Ziemi jest stosunkowo duży).

niewielką powierzchnią mórz i oceanów

Hmm.

wyruszyliśmy z naszej kryjówki

A przed czym się tam kryli?

złoża nie tylko złota, ale i innych cennych surowców były tak obfite

Wtrącenie: złoża, nie tylko złota, ale i innych cennych surowców, były tak obfite.

siedem dni stało się tylko luźną granicą

Bardzo kolokwialne.

wręcz

Co to wnosi?

tak łatwo pozyskiwanymi dobrami

Sztuczne.

małe, pustynne bezkręgowce

Obejdzie się bez przecinka (grupa nominalna).

ale nie uprzedzajmy faktów

… właśnie. Ja osobiście nie lubię, kiedy autor zapowiada, że zaraz, za chwileczkę! Coś się wydarzy. Gdybym nie przypuszczała, że coś się wydarzy, nie czytałabym.

Nasze radary wykryły nadciągające z południowego wschodu obce i liczne jednostki powietrzne i lądowe.

Tak, ot?

że to jakaś tubylcza, mało zaawansowana rasa

Na jakiej podstawie?

przypatrywałem się tym postaciom

Argh. Zaimek nie jest Twoim wrogiem. Przyglądałem im się uważnie, po prostu.

Wyraźnie je widziałem stojąc na mostku z moimi załogantami.

Skracalne: Wyraźnie je widziałem z mojego stanowiska na mostku. W ogóle dobrze by temu tekstowi zrobiło przejrzenie pod kątem dłużyzn.

połączenie krewetek i ślimaków

Eee… krewetek (dziesięcionogów) i ślimaków? Jak to ma działać?

wyglądały dosyć groteskowo i tak samo się poruszały; nieco pokracznie i śmiesznie

Skracalne.

kij z zatkniętym na nim zielonym kamieniem

Jak zatknąć kamień na kiju?

statki były osadzone na ziemi

Statek nie jest osadzony, tylko stoi na ziemi.

Szok był silny, nie wszystkie załogi szybko nad nim zapanowały;

To nie jest całkiem poprawne, ale możesz to wyciąć.

by broń zaczęła spełniać swoją funkcję

Jak wyżej.

wystrzelić z czegokolwiek nawzajem się przekrzykując

Pokazuj, nie zapewniaj. Przecinek przed "nawzajem".

wskazał niemo

Dziwne sformułowanie. Zwykle mówi się "bez słowa".

Zemdliło nas.

Mmm, nie. To znaczy, pewnie zemdliło, ale narrator pierwszoosobowy nie powinien opowiadać o cudzych odczuciach, bo ich nie zna.

zrozumieją co oznacza

Zrozumieją, co oznacza.

mimowolna podróż

"Mimowolna" nie jest właściwym słowem w tym kontekście. To nie narrator z kolegami wykonują czynność podróżowania.

Było to dość odżywcze

Skąd on to może wiedzieć? W ciągu tygodnia nie umiera się z głodu. (Ponadto – bariery biochemiczne!)

ale przez niewiedzę jak długo jeszcze będzie trwała nasza podróż i co się z nami stanie u jej celu, byliśmy

Nienaturalne. Mam wrażenie, jakby narrator składał zeznanie na kosmicznej policji i silił się na język urzędowy…

byliśmy zupełnie zdołowani

… ale nie do końca mu wychodziło, bo czasem wtrąca takie kolokwializmy.

sygnał z prośbą o pomoc, jaki

Który.

Nie dotarłby on

Anglicyzm, chyba. Nie miałby (on) szans dotrzeć…

wzniósł się na wyżyny empatii

Tak patetyczne, że śmieszne.

Nie było dla nas innej nadziei.

Już powiedziałeś, że sygnał był jedyną nadzieją.

pustynny piasek zniknął na rzecz

Znowu – niezręczna urzędowość stylu.

To nowe środowisko nieco podniosło nas na duchu.

Sztuczne.

Był to naprawdę wielki i imponujący masyw, który podziwialiśmy trwożnie od środka

Znaczy, byliście w środku gór? I – zapewniasz.

formy roślinne i zwierzęce były tak bardzo inne od tego

Bardzo różne. I skoro to wie, musiał mieć okazję to wszystko obejrzeć. Postój?

obolali rozciągaliśmy się na wszystkie strony, chcąc pozbyć się drętwoty

Chyba "odrętwienia"? Ale i tak warto by skrócić i skondensować.

szybko urywane dźwięki

Urywane z definicji są szybko.

porozumiewali się wyłącznie sylabami

Monosylabami, jak już. Są takie języki (izolujące).

takiej samej tekstury

Tekstura i barwa to zupełnie różne rzeczy.

Gdyby do basenu nasypać po brzegi popcornu

Nigdy nie widziałam iglic w misce popcornu.

otrzymano by widok

Nienaturalne.

Były jednak pewne obiekty, które wyraźnie kontrastowały z tą aglomeracją

J.w.

cyklopowe, szare, zwaliste budynki

Cyklopowe? Jednookie budynki? Hem? Zupełnie nie wiem, jak wygląda to miasto. Organizując opis, trzeba zacząć od tego, co pierwsze rzuca się w oczy.

Oddalone były od siebie nawzajem od dwóch do czterech kilometrów

Oddalone o dwa do czterech kilometrów.

wzbogacany najwyraźniej jakimiś złoceniami

Coś tu jest nie tak.

Było też coś na kształt muzeum

Ale skąd on to wie?

nie dowiedzieliśmy się od nich gdzie i po co zabrali

Nie dowiedzieliśmy się, dokąd i po co zabrali.

po naszym całym, nowym „domu”.

Po całym naszym nowym „domu”.

czuliśmy się nieswojo

Im bardziej zapewniasz, tym bardziej czytelnik ma ochotę stanąć okoniem.

Mieliśmy dostęp do czegoś w stylu muzeum,

To już powiedziałeś.

dużych, kamiennych płaskorzeźb

Płaskorzeźb wyrytych w kamieniu.

przedstawiających jak się szybko okazało, historię

Wtrącenie: przedstawiających, jak się wkrótce okazało, historię.

wyglądały fantazyjnie

Czyli?

w kilka godzin uporaliśmy się z nimi

Wybacz, ale to nie jest realistyczne (nie musi być, tylko zaznaczam) – bez kontekstu rysunek nie da się odczytać.

Według tych płaskorzeźb w odległych eonach planetę zamieszkiwali bogowie

Ot, choćby – skąd wiadomo, że to bogowie?

wydźwignięci dzięki inżynierii genetycznej do góry po drabinie ewolucyjnej z rangi zwierząt do na wpół świadomych istot.

Ancient Aliens! Ale serio, przyjmujesz te same założenia.

Ocalali opuścili

To źle brzmi.

opuścili planetę porzucając

Opuścili planetę, porzucając.

stoczyli się w otchłań zwierzęcości

Primo – dlaczego? Secundo – jak to przekazali rysunkiem? I tertio – skąd to wiedzą na pewno? (Jeżeli to właśnie chcieli przekazać…) Może to tylko mit?

ruiny swoich nieobecnych od dawna bogów

Zrujnowani bogowie? Hę?

Wszystkie były zamienione w miejsca najwyższego kultu

Zostały zamienione.

będących dystrybutorami mocy

Dziwnie to brzmi.

Wielkie miasto, w którym nas więziono było

Wtrącenie: miasto, w którym nas więziono, było.

Wielkie miasto, (…) było jedynym takim na całej planecie, bowiem ze wszystkich jego zakątków

Czyli zjeżdżali się do miasta – ze wszystkich zakątków miasta?

Tlokowie nie znali pojęcia nauki

Jakim cudem wyczytał to z ich kosmogonicznych obrazków?

energii, którą czerpali

Skąd?

magię która

Magię, która.

Za pomocą odpowiednich gestów, dźwięków, a może też nawet myśli, zdolni byli do tworzenia, przemieszczania się i walki.

No, patrz, ja też. Ruszam nogą i się przemieszczam. Wyzłośliwiam się tu trochę, ale to ważne, żeby wyławiać fragmenty, przy których czytelnik tak zareaguje. Jeżeli jesteś już na etapie, na którym tego nie potrafisz (to naturalne, każdy tak ma), pora na betę.

gromadzące energię specjalne kryształy

Nienaturalny szyk: specjalne kryształy, gromadzące energię.

Od razu potraktowali nas brutalnie

Bez przesady.

istotom jak sobie żyją

Istotom, jak sobie żyją. Kolokwialne.

Wychodziliśmy w trzech pięcioosobowych grupkach

Skąd oni wiedzą, że tak mają robić? Pokaż to. Pokaż, jak kosmici wypuszczają po pięciu naraz, na przykład.

w razie aktu przemocy spotkałaby nas natychmiastowa kara

Nienaturalne (i – skąd on to wie? Czy zgaduje? W takim razie – pokaż to.)

równie zwierzęco brzmiały,

Brzmią dźwięki, nie istoty, zresztą nie widzę powodu, żeby o tym zapewniać.

było dla nas mocno niedorzeczne i śmieszne

Czemu?

znormalizowało

?

Odnieśliśmy takie silne wrażenie

Nie po polsku. Trudno to nawet poprawić.

była magia nawet dla nas, bo może nigdy nie będziemy w stanie osiągnąć takiego poziomu zaawansowania?

Błąd definicji – magia to pójście na skróty, obejście praw fizyki.

Spektakl nudy

Oksymoron. Nie widzę dla niego uzasadnienia.

przyozdabiając świątynie kwiatami

Czyli wśród tej obcej flory (której nie pokazałeś) są kwiaty? Dość nowe ewolucyjnie nawet na Ziemi?

Skąd my to znamy.

Z Ziemi. Nie widzę sensu tej ironii.

w każdej kolejnej serii uderzeń coraz donośniejszego

"Coraz" zbędne.

wyglądało niewiarygodnie

Tak, i dlatego trudno mi to przyjąć, kiedy opowiadasz o tym w ten sposób. Rozumiesz problem?

stęknięcia z podziwy

Ekhm.

eony lat

Eon to też miara czasu. To tak, jakbyś powiedział "dni godzin".

trwała wiele godzin, gdy mrok nocy powolutku zaczął ustępować brzaskowi.

Trwała wiele godzin, aż. Reszta purpurowa.

ale w innej, zielonej barwie.

Innej, zielonej barwy.

dźwięki trzeszczenia i zgrzytania

Trzaski i zgrzyty to dźwięki – dźwięki dźwięków? Hmm?

Czuliśmy, że to może nie skończyć się dobrze,

Serio?

krzyknąłem aby

Krzyknąłem, aby. Mmm.

długa bieganina w dół,

Bieg. Bieganina to ganianie w tę i wewtę.

nogi nie były zbyt przystosowane

Nie mogły być "zbyt" przystosowane, najwyżej "za dobrze przystosowane".

Huk zwalił z nóg

Rym.

zrobiła wyrwę w ścianie, przez którą

Przecisnęli się przez wyrwę, nie przez ścianę: zrobiła w ścianie wyrwę, przez którą.

w miejscu gdzie stały

W miejscu, gdzie stała budowla.

opętane wściekłym ogniem ruiny,

Dear God. Purpura.

spokojne ulice ich wielkiej metropolii wypełniały obłąkańcze krzyki.

Nienaturalne.

ten przykry obraz zniszczenia i chaosu

"Przykry" to niedopowiedzenie tak duże, że aż śmieszne. Akapit mocno purpurowy.

Szybko jednak rozpoznaliśmy, że to statek kosmiczny,

A) w atmosferze? B) jeśli to nie Northstone zniszczył budynki, to zbieg okoliczności uznam za niewiarygodny. Bo skąd miał wiedzieć, gdzie są więźniowie, chociażby?

wybawianiem

Wybawieniem.

Już nigdy nie nazwę Northstone'a aspołecznym psychopatą, za jakiego go uważa wielu, tylko częściowo słusznie.

Powtórzony dźwięk i nienaturalny szyk: za jakiego wielu go uważa.

oczyścić i uruchomić

Ragnarok-proof, guaranteed.

bardziej z ochłapami

Przecież ładownie były pełne?

paląca ciekawością

Dziwne sformułowanie.

rozegrali jak chcieli

Nie rozegrali, tylko wzięli. I przecinek przed "jak".

myśląc co robić

Myśląc, co robić.

nienaturalna konstrukcja

Konstrukcje z definicji są nienaturalne.

kompletnie niepodobna

Zupełnie.

naszej czy jakiejkolwiek innej z jaką się zetknęliśmy

Naszej, czy jakiejkolwiek innej, z jaką się zetknęliśmy.

jakby nadajników

To czym dokładnie przypominały nadajniki?

nie wiedzieli, co to było

C.t.: nie wiedzieli, co to jest.

wpadła genialna myśl

Do czego?

Zanim dowódca go powstrzymał było

Zanim dowódca go powstrzymał, było.

Co mogło zajść, co doprowadziło do takich zniszczeń.

Pytajnik.

rozpowiedział po pijaku w jakiejś spelunie o swojej ostatniej podróży.

Potem już nie latał?

traktują ich z obojętnością

Traktują ich obojętnie.

Nie wierzę w to!

Jak nie wierzy, skoro to zrobił. Anglicyzm.

 

Przegadane – i niedogadane. Zapewniasz bardzo szczegółowo i usilnie, ale niczego nie pokazujesz, to główna wada tego tekstu. Poza tym – za dużo "być", miejscami nienaturalny szyk i składnia. Sama historia trzyma się kupy, ale nie widzę, co chcesz przez nią powiedzieć, a na przygodówkę jest zbyt senna, właśnie dlatego, że została w całości opowiedziana bez pokazywania.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nowa Fantastyka