- Opowiadanie: katia72 - Byle do przodu!

Byle do przodu!

 Nie usuwam :) Grafiki mojego autorstwa.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Byle do przodu!

I. Mechy na skrzyżowaniu

 

Moja twarz. Przesadnie duże oczy, pełne usta, wysokie czoło, szpiczasty podbródek, kasztanowe włosy, chamois, skrzywienie i wymiętoszenie. Elementy odbite w łazienkowym lustrze. Chuchnęłam na szklanopodobną powierzchnię. Przez ułamek sekundy wargi – te po drugiej stronie – pokryła delikatna mgła. Mój oddech. Przyjemnie jest oddychać. Dotknęłam palcem skóry. Miękka, gruba, trochę jak plastelina, nie, jednak twarda jak kauczuk, nie, jak linoleum. Dzisiaj od samego rana świat śmierdział czymś sztucznym, czymś podobnym do zapachu taniego, truskawkowego płynu pod prysznic.

– Bartek, czujesz to? – Zmarszczyłam nos.

Kolega popatrzył na mnie pytająco.

– Co? Smród oleju? Czy protoplastiku? Czy… czuję ten sam syf, co wczoraj i co tydzień temu i… Chodź, bo się spóźnimy.

– Już. Tylko…

– Co?

– Masz gumę do żucia?

– Trzymaj. – Wyjął z kieszeni seledynowe pudełko. – I chodź.

Włożyłam do ust dwie pastylki. Na moment mięta zabiła sztuczne truskawki.

– Dzięki – powiedziałam i żwawym krokiem ruszyłam z Bartkiem w stronę hali produkcyjnej. Białoniebieskie ściany i podłoga w kolorze stali. Spojrzałam na sufit. Oślepiło mnie zbyt jaskrawe światło halogenów. Ponownie skierowałam wzrok w dół. Wolałam patrzeć na czuby swoich zamszowych trzewików i na rzucane przez proszkowe gaśnice cienie. Na ułamek sekundy zamknęłam powieki i oczami wyobraźni zobaczyłam potężną eksplozję, ogień zżerający maszyny, roboty i ludzi. Na szczęście w fabryce nie było gazu.

Dotarliśmy do przebieralni, gdzie przy szafkach kręciło się już parę osób z naszej zmiany. Pospiesznie naciągnęłam czepek, fartuch i ochraniacze na buty. Jeszcze tylko rękawiczki. Szkoda, że nie miałam brody, mogłabym założyć maskę i może przestałabym czuć te obrzydliwe truskawki.

– Ela… – Bartek złapał mnie za rękaw. – Wszystko z tobą dobrze?

– Tak. A dlaczego pytasz?

– Bardzo blada jesteś.

Przejrzałam się w lustrze, po czym przeniosłam wzrok na kolegę.

– Ty też. Nawet nie tyle blady, ile zielony.

– Może zrobili coś z oświetleniem. – Bartek rozejrzał się wokół siebie i wyszeptał: – Wszyscy są jacyś bladzi.

Wzruszyłam ramionami, zatkałam dłonią nos i weszłam na halę. Moja linia pracowała. Lampki na każdej stacji świeciły na limonkowo. Posłuszne roboty wyjmowały tacki, wywoziły puste kontenery, sprawdzały poziom protoplastiku. Malutki niczym kilkuletnie dziecko humanoid, którego w głowie traktowałam jak dziewczynkę i pieszczotliwe nazywałam Bilotka, ładował, a raczej ładowała do pieca zestawy foremek wypełnionych płynnym monomerem. Jeden za drugim. W tym samym tempie, z tą samą precyzją, z tą samą gracją. Piękno idealnej powtarzalności. Zajęłam miejsce przed monitorem i wzięłam głęboki oddech. Truskawkowy fetor był tu znacznie słabszy. Alkohol industrialny, środki dezynfekcyjne, przypalona guma. Zapachy, do których już dawno przywykłam.

– Nuda. – Bartek siedział obok mnie i stukał palcem w metalowy blat. Jego linia też dzisiaj nie sprawiała żadnych problemów. Wszystko szło jak po maśle, aż do…

Alarm. Na ekranie mojego monitora pojawił się czerwony komunikat: „Awaria. Moduł numer dwa. Formiarka. Zablokowana winda główna. Odblokuj windę". Kliknęłam ikonkę formiarki, zrobiłam zbliżenie na popsutą stację. Jedna z palet transportowych utknęła pod pasem pomocniczym. Konieczne było zatrzymanie maszyny, usunięcie przeszkody i zresetowanie windy. Otworzyłam okno, w którym naraz widziałam wszystkie moje roboty. Który był najmniej zajęty? Bilotka.

Wystukałam na klawiaturze komunikat do robota BIL101 – „M2, STN1, DWO. A:UO”. Wysłałam i przełączyłam się na tryb śledzenia poleconego zadania. Umieszczona na głowie humanoida lampka rozbłysła na pomarańczowo, sygnalizując, że robot wykonuje zadanie naprawcze. Bilotka płynnie niczym baletnica obróciła się w stronę formiarki. Z jej plastikowych stopek wysunęły się błękitne kółka. Po dwustu pięćdziesięciu trzech milisekundach moja ulubienica znalazła się przy ekranie popsutej maszyny. Drobnymi palcami zatrzymała moduł, otworzyła drzwi przy windzie i manualnie podniosła pas pomocniczy. Zerknęłam na stację. Tak, pas przesunął się w pozycję środkową, ale paleta wciąż jednym z rogów zahaczała o metalową ramę.

Bilotka podjechała do stacji, nachyliła się, wyciągnęła do przodu obie patykowate ręce i… Biiip. Kolejny alarm. Tym razem na jaskrawożółto. Problem z robotem. „BIL101 – awaria przewodu BRP157643, robot zatrzymany”.

– Cholera – przeklęłam.

– Co się stało? – Bartek gwałtownie odwrócił się w moim kierunku, po czym spojrzał na monitor, gdzie teraz naprzemiennie wyświetlały się dwa komunikaty. Czerwonożółte szaleństwo.

– Bilotka, to znaczy humanoid się zepsuł – odpowiedziałam, drżącą ręką potwierdzając wysłanie do Bilotki robota ratunkowego. – Cholera, czemu wszystko się pieprzy godzinę przed końcem zmiany?

Bartek poklepał mnie po ramieniu.

– Takie życie, słoneczko.

Życie. Naleśnik z dżemem truskawkowym. Przeklęte truskawki. To pewnie przez nie popsuła się moja ukochana dziewczynka. Butelka w kształcie truskawki, w której znajduje się truskawkowy płyn o konsystencji truskawkowego sosu do lodów.

Otrząsnęłam się, pociemniało mi przed oczyma, przez chwilę odnosiłam wrażenie, że opuszczam swoje ciało, a kiedy już wróciłam na ziemię… Na ekranie cyborg mechanik wyciągał Bilotkę z maszyny. Paskudne, buraczkowe światło mrugało nad jej łysą główką, nadając plastikowemu czołu lekko fioletowy odcień. Nieruchome, pozbawione powiek oczy upodobniły ją do tandetnej lalki, takiej dołączanej do chrupek… – o, nie – do chrupek o smaku truskawki. Zaburczało mi w brzuchu. Uświadomiłam sobie, że przez ten wywołujący mdłości, chemiczny smród od rana poza gumą do żucia nie miałam nic w ustach.

– Ela?

– Tak? – Bartek wyciągnął dłoń w moim kierunku. – Patrz. – Dotknął palcem skóry.

Była bardzo sucha, miejscami popękana.

– Ty też… – Nie dokończył, tylko złapał mnie za rękę. Żółć, papier, pomarszczona wiatrem pustynia.

– Dlaczego? Może zrypało się też coś z klimatyzacją? – zapytałam drżącym głosem.

Bartek wycisnął na dłoń parę kropel fifoplastu. Przez chwilę siedziałam w milczeniu, wyobrażając sobie płonący las, dym, wzbijające się w powietrze przerażone ptactwo, po czym też sięgnęłam po krem. Zimna, przyjemna substancja o konsystencji galaretki. Poczułam ulgę, zarówno fizyczną, jak i psychiczną. I… mimo iż był to bardzo nieodpowiedni moment, zachciało mi się spać. Zamknęłam oczy. Śmigłowce ugasiły pożar. Potwór o szkarłatnym jęzorze zdychał wśród zgliszczy i popiołu. A ja? Ja pływałam w zimnym morzu. Nie, ja unosiłam się na falach. Coraz dalej i dalej od brzegu.

Biiiiip. Alarm. Formiarka! Przecież musiałam tam wysłać innego robota, a potem znaleźć zastępstwo dla Bilotki. Pot spływał mi po czole, po plecach i między piersiami.

– Bartek… Zastąpisz mnie na chwilę? Muszę iść napić się wody… – wymamrotałam. – Minuta i będę z powrotem.

Chwiejnym krokiem wyszłam z hali. Nalałam sobie pełny kubek mineralnej i haustem wypiłam całą zawartość. Spojrzałam na dłonie. Zmieniły kolor z żółtego na lekko pomarańczowy. Przełknęłam ślinę i wróciłam na stanowisko pracy. Bartek w tym czasie zdążył już wysłać do formiarki niewiele większego od Bilotki humanoida o śmiesznych, kaczkowatych nogach. I z tego, co widziałam na monitorze, „kaczorek” usunął paletę i właśnie resetował maszynę. Start. Ogromne, zakończone ośmiopalczastą łapą ramię robota ładującego sięgnęło po foremki… Odchyliłam się do tyłu, ciężko westchnęłam i wyszeptałam:

– Dziękuję.

– Co? – Bartek podjechał krzesłem do mojego biurka.

– Dziękuję – powtórzyłam odrobinę głośniej.

– Nie ma sprawy. A tak w ogóle, chciałem zapytać, czy nie podrzuciłabyś mnie dzisiaj na Rondo Makowieckie?

– Nie przyjechałeś swoim autem? – Spojrzałam na ekran. Na linii pojawił się okrągły humanoid w kolorze wyblakłego szafranu. Brzydki zastępca pięknej Bilotki.

– Nie, bo chciałem z Sylwkiem wyskoczyć na piwo albo dwa, ale… źle się czuję. I… muszę jechać do domu, wziąć prysznic, położyć się spać… Tylko on nie odbiera. Dzwoniłem już do niego siedem razy i nic.

– Może wyślij mu wiadomość?

– Wysłałem. Nawet trzy.

– I? – Szafranowy robot obrócił się wokół własnej osi i zabrał do sprzątania podłogi. Gdyby nie kolor, z tą swoją elektroniczną zmiotką wyglądałby niczym bałwan, tylko taki, któremu ktoś ukradł marchewkowy nos.

– I nic. – Bartek zacisnął palce na kolanach, pochylił się do przodu i wbił wzrok w ochraniacze.

– Pewnie, że cię podrzucę – odparłam, siląc się na w miarę sympatyczny ton.

 

***

Pięć minut przed końcem zmiany na ekranie pojawił się raport dotyczący Bilotki. Wynikało z niego, że humanoid jest poważnie uszkodzony i istnieje ryzyko, że nie wróci na linię, tylko zostanie rozebrany i większość z niego trafi na złomowisko. Poczułam napływające do oczu łzy. Zakryłam dłonią usta i zaczęłam liczyć. Jeden, dwa, trzy, cztery… Próbowałam za wszelką cenę się uspokoić, niestety, bezskutecznie. Słone krople kapały na ortalionowy fartuch.

– Co się stało tym razem? – Bartek wstał i zajrzał mi przez ramię. – Ryczysz przez tego robota? Przecież to jedynie kupa plastiku. Dadzą ci nowego, lepszego i jak poprosisz to ładniejszego, jakiegoś różowego albo kremowego z lampkami w kształcie kokardek. – Kolega zachichotał.

Spojrzałam na niego z wyrzutem.

– Oki, doki. Piąta za dwie. Pora na nas. – Poklepał mnie po ramieniu.

Obydwoje człapaliśmy do wyjścia ze zwieszonymi głowami, jakbyśmy cały dzień spędzili, nie siedząc na tyłkach i gadając o pierdołach, lecz tak, jak roboty zasuwając przy maszynach.

Gdy już dotarliśmy do przebieralni i przebiegłam wzrokiem po znajdujących się wokół mnie osobach, uświadomiłam sobie, że nie tylko nas dopadło nieoczekiwane zmęczenie. Wszyscy sprawiali wrażenie, jakby mieli się za chwilę przewrócić. Pomarańczowe, zastygłe w grymasie zwątpienia twarze, oczy pozbawione blasku, wargi wykrzywione w podkówki. Smutek, cisza, otępienie, truskawkowa zawiesina.

Zebrało mi się na wymioty. Szybko zdjęłam czepek i fartuch, wyrzuciłam ochraniacze i nic nie mówiąc Bartkowi, popędziłam do toalety. Zamknęłam się w jednej z kabin i zwróciłam do muszli klozetowej żółtą, śmierdzącą tymi ohydnymi truskawkami wydzielinę. O, tak… Paskudztwo zniknęło w rurze kanalizacyjnej, a ja od razu poczułam się lepiej. Wzięłam głęboki oddech i przez moment wydawało mi się, że chemiczny smród zniknął. Do mojego nosa dotarł zapach toaletowego odświeżacza powietrza. Sosna, lawenda i mandarynki? Nie, cholera, znowu truskawki. Umyłam się i zaciśniętymi zębami wyszłam na korytarz.

– Czemu uciekłaś tak bez słowa? Myślałem, że o mnie zapomniałaś. Dopiero Gośka mi powiedziała, że poszłaś do kibla. – Bartek sprawiał wrażenie mocno podenerwowanego. – I, kurwa, nie mogę…

– Co? – krzyknęłam, czując, że ja też z niewiadomej przyczyny, tracę nad sobą panowanie. – Czego nie możesz? Chciało mi się rzygać.

– Czemu tak wulgarnie się odzywasz? – Bartek szturchnął mnie w ramię.

– A twoje “kurwa” to… – Nie dokończyłam. Musiałam się uspokoić. Jeden wdech, drugi, trzeci. – Bartek, dzieje się coś niedobrego. Czymś się zatruliśmy albo to jakaś epidemia. Myślę, że powinniśmy jechać do szpitala. 

– Kurwa, do jakiego szpitala?! O czym ty bredzisz? Przecież ja… ja… ja…

– Bartek, oddychaj i chodź. Powoli.

Wzięłam go pod rękę i podreptaliśmy na parking. Na szczęście moja niebieskofioletowa honda czekała na nas tuż przy wejściu. Usadziłam Bartka na siedzeniu niczym dziecko, zapięłam mu pasy i zajęłam miejsce przed panelem sterowniczym. Jako punkt docelowy wprowadziłam „szpital”. Ruszyliśmy. Na zewnątrz było wyjątkowo jasno, jakby nie zbliżał się wieczór, lecz był środek dnia i słońce zamarzło w najwyższej pozycji na niebie. Zmrużyłam powieki, po czym włączyłam opcję przyciemniania szyb. Bartek zapiszczał, jego głowa bezwolnie opadła na pierś, a z ust potoczyła się bursztynowa piana. Już miałam dzwonić po pogotowie, kiedy spojrzałam na panel. Powinniśmy być w szpitalu za cztery minuty i trzydzieści pięć sekund.

Dotknęłam palcami szyi kolegi. Ciągle oddychał. Patrzyłam to na niego, to na ulicę i z chwili na chwilę, czułam narastający we mnie strach. Tak, cholernie się bałam i to nie tego, że Bartek za moment wykituje w moim samochodzie, lecz że ja… ja umrę zaraz po nim.

„Szybciej, szybciej, szybciej” – powtarzałam w myślach, nerwowo zaciskając dłonie na gałkach sterowniczych. Moja skóra w międzyczasie zdążyła się już upodobnić do skóry mandarynki i weszła w fazę pękania. Chemiczny, truskawkowy odór coraz intensywniej wdzierał się do auta. Zaczęłam się krztusić. Widziałam jak przez mgłę. Panel… Co??? Dwadzieścia siedem minut, piętnaście sekund? I do tego informacja, że czas może ulec wydłużeniu. Parę razy zamrugałam, bezskutecznie starając się odzyskać ostrość widzenia, po czym przeniosłam wzrok na ulicę. Skręciliśmy w prawo, w Maślaną. To przecież tutaj za skrzyżowaniem mieścił się szpital, tylko… Korek, masakryczny korek! Nie, nie, nie.

Honda zatrzymała się za seledynowym BMW.

– Hrr, hrr, hmrm… – bełkotał Bartek, trzęsąc się przy tym niczym osika.

Wybrałam numer na pogotowie. Wświdrowujący się w moją głowę sygnał oczekiwania na połączenie. Nic. Nikt nie odbierał. Rozłączyłam się, nie mogąc dłużej znieść zbyt wysokiego, zbyt drażliwego, zbyt syczącego dźwięku. Otworzyłam drzwi i jedną nogą stanęłam na ulicy, próbując dostrzec, co zastopowało samochody przede mną. I… na skrzyżowaniu stały dwa mechy. Olbrzymie, metalowe potwory z ogromnymi karabinami w błyszczących w słońcu łapskach.

Na ułamek sekundy zamarłam, wstrzymałam oddech i zacisnęłam zęby tak mocno, że aż rozbolały mnie szczęki. A gdy już zdołałam się odrobinę uspokoić, podbiegłam do BMW i zaczęłam uderzać dłonią w szybę. Nic. Brak reakcji. Zajrzałam do środka samochodu. Krzyknęłam. Kierowca i jego pasażerka leżeli jedno na drugim. Martwi. Popękani. Ubrudzeni krwią.

Uciekłam do swojej hondy. Zatrzasnęłam za sobą drzwi i z podkurczonymi nogami usiadłam obok Bartka, który wciąż wydawał z siebie obrzydliwe, bulgoczące odgłosy. Przycisnęłam czoło do kolan. Truskawki. Dojrzewające w słońcu truskawki.

– Gaaa… Guuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu…

Cisza.

– Bartek! – wrzasnęłam.

Skóra mojego kolegi wyglądała, jakby ktoś pociął ją ostrym nożem. Z ran sączyła się rdzawa posoka. Bartek przestał charczeć. Nie musiałam dotykać jego szyi, wiedziałam, że umarł. Z moich oczu płynęły łzy rozpaczy, lęku i złości. Ja za wszelką cenę chciałam żyć! Byłam młoda, pełna energii, planowałam zmienić pracę na bardziej ambitną, gdzieś w laboratorium albo przy projektowaniu nowych modeli humanoidów fabrycznych lub chociaż robotów przemysłowych. Może kiedyś, za parę lat zdecydowałabym się nawet na zapłodnienie in vitro. Ale teraz…

Postanowiłam, że muszę jak najszybciej opuścić auto i niezauważona dotrzeć na piechotę do szpitala. Już miałam nacisnąć guzik otwierający drzwi po stronie kierowcy, kiedy coś strasznie huknęło i w samochodzie nastała ciemność. Znieruchomiałam. Zgrzyt, pisk, szum. I ponownie zrobiło się jasno, po czym usłyszałam dźwięk, który kojarzył mi się z pracującą na szybkich obrotach piłą elektryczną. Niestety, to nie było jedynie skojarzenie. Po paru sekundach metalowe ostrze rozcięło na pół dach i przednią szybę hondy. Moim oczom ukazał się jeden z robotów ze skrzyżowania. Stalowy, zakończony czymś w rodzaju rogu hełm, metaliczna, purpurowa zbroja i świecące na błękitno, wystające z pękatej piersi jajo.

Monstrum wyciągnęło przerażające łapsko i wyjęło mnie z samochodu niczym bezbronną muszkę. W sumie to nie miałam pojęcia, jakim cudem te olbrzymie paluchy były w stanie unieść moje ciało w powietrze bez łamania mi kręgosłupa i wszystkich kończyn.

Znajdowałam się na wysokości drugiego piętra przylegającego do ulicy apartamentowca, starając się nie wykonywać żadnych ruchów, by jeszcze bardziej nie rozzłościć metalowego potwora. Kręciło mi się głowie i modliłam się, żeby znowu nie zwymiotować.

Mech zbliżył do mojego czoła coś przypominającego czytnik etykiet. Urządzenie rozbłysło na purpurowo i wydało z siebie trzy głośnie piski. Kątem oka spostrzegłam drugiego robota. Zmierzał w naszym kierunku z czymś podobnym do olbrzymiej probówki. Poczułam gulę w gardle i… nie wytrzymałam. Chlusnęłam na oprawcę złotoorzechową wydzieliną, ale on wbrew moim obawom w ogóle na to nie zareagował. Odłożył jedynie czytnik na dach zgniecionego BMW i obrócił głowę w stronę swojego kolegi, po czym dwukrotnie nią pokiwał.

Byłam pewna, że zaraz mnie rozgniecie albo rzuci o chodnik, albo utnie głowę tą okropną piłą, którą zniszczył hondę, ale znowu się pomyliłam. Mech wyciągnął łapsko, w którym trzymał moje wątłe ciało, w kierunku kompana, a tamten… 

– Nieeeee! – krzyknęłam, zanurzając się w galarecie, którą wypełniona była probówka. Nastała cisza i ciemność. Zniknął smród truskawek, a ułamek sekundy po nim zniknął świat.

 

II. Zatopiona nadzieja

 

Muzyka. Jakiś klasyk. Chyba Beethoven. Tańczyłam w ogrodzie przy pełni księżyca. Ja i drzewa, wśród których pląsałam, trawa, moje białe, skórzane sandały, wszystko tonęło w bladoniebieskiej poświacie. Byłam częścią uniwersum, byłam energią, byłam światłem. Moje usta wypełniał słodki płyn, który docierał do wnętrza, modyfikował tkanki, zmieniał krew w miód, czynił ciało plastycznym i łatwo przekształcalnym. Dostosowywałam się do nowej formy życia. Przestawałam być człowiekiem, integrowałam się z gęstą, niemożliwą do pokonania masą, która mnie otaczała.

– Elżbieto…

Kto to? Czy to drzewa? Czy szum liści? Czy wiatr?

– Elżbieto…

Nie. To pożar. Ból. Ja płonęłam. Moja skóra. Nie, nie, nie. Czy ja umarłam i trafiłam do piekła? Gdzie ja jestem? Przeraźliwy ból. Przestań, proszę.

– Elżbieto… Spróbuj się uspokoić. Powiedz mi, co widzisz?

Skąd dociera ten głos? Taki zachrypnięty, nieprzyjemny, kąsający mózg niczym rozzłoszczona, jadowita żmija. On… Jego źródło jest gdzieś na zewnątrz, nie we mnie i nie w masie.

– Elżbieto, patrz. Uświadom sobie, że jesteś w stanie widzieć. Nie ma ogrodu ani pożaru. Patrz!

Dlaczego on krzyczy? Kto to jest? Mój profesor od robotyki? On zawsze podnosił głos, gdy nie byliśmy w stanie zrozumieć – jego zdaniem – banalnych, cybernetyczno-informatycznych zależności.

– Ela, kochanie… proszę, naucz się patrzeć. 

Mama? Mama… jak dobrze, że do mnie przyszłaś. Wiesz, bardzo się bałam. Co? Co się dzieje? Gdzie ja jestem? Co to za miejsce? Kim jest ten mężczyzna w masce?

– Spokojnie. Zostałaś uratowana. Wiem, że odczuwasz ból i nie masz pojęcia, gdzie się znajdujesz, ale… Może najpierw się przedstawię. Doktor Jerzy Pudlicki.

Mamo? Ja w czymś pływam. W czymś bardzo gęstym. A raczej nie pływam, tylko jestem w czymś zawieszona. Pomóż mi. Moja głowa. Nie mogę nią ruszać. Mamo, ja zostałam unieruchomiona. Czy… Czy ja się jeszcze nie urodziłam i ciągle tkwię w twoim brzuchu? Mamo, ja chcę już wyjść i zaczerpnąć powietrza.

– Elżbieto, to nie wody płodowe, lecz przytrzymująca cię przy życiu, elektrolityczna galareta. A głową nie możesz ruszać, bo została umieszczona w specjalnym kasku, który dostarcza ci tlen, glukozę i inne potrzebne do fizjologicznej egzystencji biologiczne substancje, a poza tym umożliwia widzenie, słyszenie i… – Intruz na chwilę zamilkł. Znowu znalazłam się w ogrodzie. Gwiazdy mrugały na szafirowym niebie, a ja tańczyłam, tańczyłam, tańczyłam. W rytm magicznej muzyki. To rajskie drzewa wygrywały na zbudowanych z własnych gałęzi harfach Dziewiątą Symfonię. Radość. Iskra Bogów.

– I kontrolę procesów zachodzących w twoim mózgu. A ja jestem tu po to, by zabawiać cię rozmową podczas jego fazy czuwania.

Roztrzaskane piękno. Ból. DLACZEGO?

– Co „dlaczego”? Dlaczego świat jest taki okrutny? To w sumie bardzo dobre pytanie, ale podobnie jak pytanie o Absolut, prawdopodobnie na zawsze zostanie bez odpowiedzi.

Czy on przy pomocy tego kasku czyta moje myśli? To było nieprzyjemne, ale czułam, że wraca mi świadomość.

– Twoje myśli wyświetlają się na monitorze.

Tak, rzeczywiście, ten pieprznięty doktorek nie patrzył na mnie, tylko w swoje metalowe pudło. Cholerny psychopata. Wypuść mnie, ty, ty, zasrańcu!

– Złość. Bardzo naturalna reakcja na zaistniałą sytuację. Tak czy inaczej, wybacz, Elżbieto, ale nie uważam się za psychopatę. I myślę, że wystarczy, jak na pierwszą sesję. Kończymy. Pa, pa, kochanie.

 

***

Zabawka umieszczona najpierw w maleńkiej torebce foliowej, a następnie wciśnięta do plastikowego jajka niespodzianki w kolorze siarki. Zdechła ryba bez głowy tonąca w oleju, zamknięta w metalowej puszce. Zakonserwowany w formalinie tasiemiec, pływający w słoiku o aluminiowej nakrętce. Elżbieta Strudzik zanurzona w elektrolitycznej galarecie, w pseudoszklanej, olbrzymiej probówce. Organizmy nieżywe i ja. Ich i moje więzienie.

Nie miałam pojęcia, ile czasu spędzałam, śniąc historie z przeszłości zniekształcone własną niepamięcią, drzemiącym w każdym ludzkim mózgu szaleństwie i celowymi działaniami doktorka, a ile biorąc udział w tak zwanych sesjach poznawczych. Przestałam odróżniać dzień od nocy, poranek od wieczora, weekend od tygodnia pracującego. Tęskniłam za swoim łóżkiem, za prysznicem, za tostami z szynką, za parkiem, za widokiem nieba, za słońcem i za deszczem, nawet za fabryką, za uszkodzoną Bilotką, a najbardziej za świeżym powietrzem i za możliwością ruchu.

– Wypuść mnie stąd! Wypuść! Proszę! – krzyczałam niemo do lekarza eksperymentatora, a on patrzył w monitor, drapał po ukrytej pod kombinezonem szyi, poprawiał maskę i głosem, w którym czasem nawet słyszałam nutę współczucia, odpowiadał:

– Elżbieto, to niemożliwe. Nie jesteś w stanie przetrwać poza cylindrem. Galareta i kask utrzymują cię przy życiu. Bez nich… Twoja skóra. Przecież widziałaś, co się stało z Bartkiem. Niektóre rzeczy są nieodwracalne. Tak było, jest i będzie. Eksperymenty. Ludzie potrzebują eksperymentów, by iść naprzód.

– To powiedz mi chociaż, dlaczego? Dlaczego zostałam uwięziona w próbówce, a Bartek… Powiedz mi! Powiedz mi, co to za eksperyment!

Doktorek początkowo opierał się, by wyjawić tajemnicę swoich zwierzchników, ale w końcu stwierdził, że to, ile wiem i tak nie ma znaczenia, i zaczął mówić, a ja z przerażeniem go słuchałam:

– Moja droga Elżbieto, pech sprawił, iż feralnego dnia znalazłaś się w feralnym miejscu, chociaż w sumie trudno, żebyś się tam nie znalazła, bo w obszarze objętym eksperymentem, mieściły się zarówno twój dom, jak i fabryka, w której pracowałaś przez ostatnie dwa lata, więc… – Mój psychopatyczny rozmówca na moment zamilkł, bezskutecznie starając się wepchać grube paluchy pod maskę od strony lewego ucha. – Cholera, w tym gumowym dziadostwie nawet nie można się podrapać.

Podrapać… Kiedy tylko to powiedział, poczułam, że okropnie swędzi mnie pod prawą łopatką, i ostatkiem mentalnych sił powstrzymałam się, by nie krzyknąć, co z pewnością by przerwało jego zwierzenia, że chcę zostać wypuszczona.

– „Strawberry shot". Ładna nazwa, prawda? 

Jaki eksperyment? Czyj? Kto mógł się dopuścić czegoś takiego… przecież… a co z prawami człowieka…

– Miasto zostało zamknięte pod pretekstem kwarantanny. Groźny wirus. Dżuma naszych czasów. Nikt poza wojskiem nie ma tu wstępu.

To niemożliwe. O czym on bredzi? Przecież rząd… organizacje międzynarodowe…

– Elusia, ja nie wiem, jak do tego doszło. Też byłem zaszokowany, kiedy się dowiedziałem. Ja… ja niby pracowałem nad projektem tej truskawkowej substancji, ale nie miałem pojęcia, do czego zostanie wykorzystana. A potem było już za późno. Nie mogłem się wycofać. Ja… za bardzo zostałem w to wciągnięty. – Doktor przestał się dobierać do maski, po czym założył nogę na nogę i przechylił się do przodu. – Elusia, ja też się boję. Może nawet bardziej niż ty. I nie mam pojęcia, dlaczego wybrano akurat nasze miasto do przeprowadzenia truskawkowego ataku. Dlaczego truskawkowy? Chyba wiesz dlaczego. Bo substancja, którą zastosowano, pachniała truskawkami.

Pachniała? Przypomniałam sobie ohydny, chemiczny odór i poczułam silne mdłości, ale… Cholera, ja przecież w tym kasku, nie mogłam… nie mogłam jeść ani rzygać.

– Tak czy inaczej, nie przedłużając, wpadłaś jak śliwka w truskawkowy kompot. I w dodatku miałaś tyle szczęścia albo nieszczęścia – zależy, jak na to spojrzeć – by ocaleć. Jedna z dwunastu! Jedna z dwunastu! Ba, nawet na tle pozostałych herosów ty wyglądasz na najsilniejszą jednostkę. I oni teraz chcą ustalić dlaczego. 

Jedna z… W wieku siedmiu lat jako jedna z pięciorga dzieciaków z naszego osiedla zapadłam na tajemniczą chorobę, która przywiązała mnie do szpitalnego łóżka na prawie trzy tygodnie. Wysoka temperatura, momentami dochodząca nawet do czterdziestu jeden stopni Celsjusza, paskudna wysypka pokrywająca łydki i dolną część pleców, suchy kaszel. Matka myślała, że umrę. Siedziała przy mnie od rana do wieczora i płakała. Lekarze wykonywali jeden test za drugim, wzruszali ramionami, kręcili głowami w prawo i lewo, po czym szprycowali kolejną porcją leków. A Ja? Ja tak samo nieoczekiwanie, jak zachorowałam, nagle ku zaskoczeniu medyków i ku ogromnej radości matki, odzyskałam siły witalne, podniosłam się z łóżka, przestałam kaszleć i jedyną oznaką mojej choroby były ślady po krostach, które już jako nastolatce usunięto mi laserem w gabinecie kosmetycznym.

Na szczęście dzięki gorączce i lekom przeciwbólowym, niewiele z tego okresu pamiętam. Nieświadomość. Niepamięć. Wyłączenie. Piękno utraty kontaktu. Doktor chyba coś jeszcze mówił, ale nie rozumiałam jego słów, brzmiały niczym pijacki bełkot albo raczej pisk zamkniętego w klatce bonobo… Odlatywałam. Byłam fruwającą małpą doświadczalną, a potwory w maskach po prostu chciały się dowiedzieć, jakim cudem nauczyłam się latać. 

 

***

Słoneczne promienie wdzierające się przez szpary między srebrnymi lamelami. Skąpana w bursztynowopiaskowej poświacie sypialnia. Siedziałam na dywanie, bosymi stopami dotykając szorstkich włosów i wsłuchując się w dobiegające zza okna odgłosy – brzdęk ładowanych do śmieciarki kubłów, pokrzykiwania zmierzających do przedszkola berbeci, pogwizdywanie robiącego poranny obchód dozorcy. Wciągałam powietrze głęboko w płuca i czułam zapach świeżej kawy, wanilii, piołunu i mirtu. Napój szczęścia i magia indyjskiego kadzidełka. Radość zmysłów.

Podniosłam wzrok i uśmiechnęłam się do stojącej naprzeciwko Bilotki. Moja dziewczynka. Miała na sobie sukienkę w groszki i słomiany kapelusz. Błękitne oczy patrzyły na mnie z miłością, z tęsknotą, z dziecięcym przywiązaniem. Wstałam i przytuliłam ją do siebie. Mocno. Odpowiedziała mi tym samym. Zamknęłam na chwilę powieki, a gdy je otworzyłam, w pokoju było ciemno. Trzymałam w rękach zardzewiałego robota w podartych łachmanach, w dziurawym kapeluszu, z którego wystawała migocząca na buraczkowo lampka.

– Elżbieto…

Idź sobie! Ja chcę śnić! Zaczęłam zachłannie całować plastikową głowę humanoida.

– Elżbieto… Co ja tu widzę? Do czego tu doszło? Ludzie kochają roboty bardziej niż innych ludzi. Ta… W sumie to wcale mnie to nie dziwi. Mój dziadek pałał nieopisaną miłością do swojego złotego ferrari, a babcię, mimo iż codziennie na śniadanie smażyła mu przepyszną jajecznicę z pieczarkami, wyzywał od dziwek i szmat. Masz rację, skarbie, nie opłaca się inwestować uczuć w człowieka.

Bilotka z chwili na chwilę stawała się coraz bardziej przezroczysta, a sypialnia ulegała przekształceniu w oświetloną jarzeniówkami salę. Szklane gabloty wypełnione kolbami, rurkami, zlewkami, krówkami destylacyjnymi, palnikami… metalowe pudło… à la skórzane krzesło obrotowe i doktor Jerzy Pudlicki. Doktor Jerzy Pudlicki bez maski i bez kombinezonu. Stary, pomarszczony, łysy i gruby. Brzydki.

– Brzydki? Ładnie to tak myśleć o drugim człowieku? Brzydki… Ty też obecnie ładnie nie wyglądasz. Larwa.

Dlaczego on nie ma kombinezonu? Może szkodliwe warunki już minęły? I… może ja też będę zdolna przetrwać na zewnątrz bez tej galarety? Wypuść mnie, psycholu! Natychmiast mnie wypuść!

– Ela, Elunia, Elżbietunia. – Ten skurwiel śpiewał. I musiałam przyznać, że nawet miał nie najgorszy głos. – Elusia, malusia, słodziusia, larwusia…

On… Czy on był pijany?

– Pijaaaaaaaaaaaaaany… – Doktor uniósł krzaczaste brwi, po czym wyjął zza pazuchy jakąś butelkę. Pociągnął potężny łyk i roześmiał się rubasznie.

Wypuść mnie! Wypuść! Wypuść!

– Histeria. Czy wszystkie kobiety to histeryczki? – Podjechał krzesłem bliżej metalowego pudła i zaczął intensywnie drapać się za lewym uchem. Wyglądał niczym spasiona krzyżówka mopsa z buldogiem angielskim. – Tak, masz rację, w powietrzu nie ma już truskawek. Tak czy inaczej, twoja skóra została nieodwracalnie zmodyfikowana i powtarzam ci, po raz który? Po raz setny? Nie jesteś w stanie przetrwać poza cylindrem. I… wiesz, Elunia…

Doktor zmarszczył czoło, założył nogę na nogę i zachrypniętym głosem kontynuował:

– Wiesz, Elunia, ja naprawdę nie rozumiem, po co ty chcesz wydostać się na zewnątrz. Galaretka utrzymuje twój organizm na wyjątkowo stabilnym poziomie fizjologiczno-biochemicznym, a dzięki temu cudeńku, które masz na głowie, większość czasu śpisz i dodatkowo śnią ci praktycznie same przyjemne rzeczy. To taki bonusik od Jerzego…

Bonusik?! Bonusik?! Tak bardzo chciałam z całej siły kopnąć ścianę probówki, otrząsnąć się z tego elektrolitycznego gówna, podbiec do doktorka, zacisnąć dłonie na tłustej szyi i… Pragnęłam, żeby zdechł.

– I kto tu jest psychopatą? Am… ale nie martw się, kochanie, ja i tak niedługo, jak to określiłaś, niedługo zdechnę. E, ty… Zdajesz sobie sprawę, że siedzisz w cylindrze już ponad osiem miesięcy? Trzy dni temu były twoje dwudzieste pierwsze urodziny. Wszystkiego najlepszego! – Ponownie sięgnął po butelkę. Wypił, a ja poczułam silny ból w lewej skroni. Jakby coś próbowało wwiercić mi się w czaszkę. Głos doktora… Niech on przestanie mówić. Dźwięki potęgowały ból.

– "Strawberry Shot". Oni ciągle nie wiedzą, ale moim zdaniem to oczywiste, że za wszystko odpowiadają geny. Podejrzewali tę chorobę, którą przeszłaś w dzieciństwie, że dzięki niej uzyskałaś super odporność, ale z jakiegoś powodu na nią zachorowałaś…

Krosty. Moje całe ciało pokrywały ropiejące wrzody, z których sączyła się cuchnąca, ochrowa wydzielina. Kleista ciecz wnikająca w galaretę, a potem przedostająca się przez dziurki nosowe, otwór gębowy i oczodoły prosto do mózgu. Trucizna. Byłam organizmem samo-się-zatruwającym. Ból. Uśpij mnie, proszę.

– Już nie chcesz uciekać? Wolisz spać? Ta… kobieta zmienną jest. Oni i tak wkrótce przestaną cię potrzebować.

Dlaczego? Nie, nie mogę myśleć. Za bardzo mnie bolało. Znalazłam się w pokoju bez okien i bez drzwi, z falującym sufitem i podłogą. Robot medyk wbijał mi w czoło rozgrzane szpile. Jedna za drugą. Równe rządki. Głęboko, aż do kości. Zaczęłam wymiotować. Tlen. Potrzebowałam tlenu. I koniecznie musiałam się wyłączyć. Ból i upragniony niebyt.

 

***

Czas przestał istnieć. Przeszłość stawała się przyszłością, a teraźniejszość upodobniła się do ślimaka o głowie barana. Mięczak wysuwał do przodu długie, kręcone rogi. Badał teren. Wyczuwał pistolety ubojowe. Przeraźliwe beczał i chował się do muszli. Baranie rogi wyglądały jak muszla winniczka. Od tej sesji, której Jerzy nie zakończył w odpowiednim momencie i kiedy prawdopodobnie to ból przerwał mój kontakt ze światem, przestałam go prosić, żeby mnie wypuścił. Teraz błagałam go o śmierć. Strach przed bólem zabił potrzebę istnienia. Tortury fizyczne. Słabość ciała. Zniszczenie umysłu. Koniec.

Ale doktor nie chciał. Nie chciał mnie ani wypuścić, ani zabić. Powiedział za to, że oni kradną moje komórki jajowe, że je zapładniają i będą na wyhodowanych z nich dzieciach prowadzić dalsze badania.

– Elżbieto, jesteś matką przyszłości! – wykrzykiwał, po czym klaskał w dłonie i śmiał się głośno, stukając palcem w monitor, na którym wyświetlały się wszystkie moje myśli, sny, lęki i pragnienia. Potwór z pistoletem. No, tak, ale zmutowanych baranów się tak po prostu nie zabija. Najpierw trzeba je przebadać, wniknąć w nietypowe geny, dotrzeć do wnętrza każdej komórki, ustalić przyczynę i wyciągnąć wnioski.

– Elunia, twoje piękno leży w zachwycającej niezwykłości genotypu. W pewien sposób powinnaś być wdzięczna, że zostanie on utrwalony na kartach historii, że to właśnie ty przyczynisz się do rozwoju ludzkości. – Doktor z sesji na sesję wyglądał coraz gorzej. Chudł, ale wcale mu to nie pomagało. Obwisła, matowa skóra, cynamonowospiżowe sińce pod oczami, blade wargi i to trupie spojrzenie.

Na jednym ze spotkań, nie patrząc w ogóle na ekran metalowego pudła, lecz kontemplując strukturę własnych paznokci, nieoczekiwanie oznajmił, że jestem najbliższą jego sercu osobą, że z nikim nie był w tak intymnym kontakcie, że uzależnił się od naszych rozmów. Wyzywałam go od świrów, od socjopatycznych dziwaków, od niespełnionych pseudonaukowców, ale on tego nie widział. Siedział na krześle z głową wspartą o zagłówek i… i płakał.

Łzy staruszka. Nie, nie mogłam mu współczuć. Nie mogłam go usprawiedliwiać. Dlaczego świat był tak ekstremalnie popieprzony? Próbowałam wykorzystać moment słabości doktorka i wymóc na nim zniszczenie cylindra. Tylko on wciąż nie patrzył na monitor. Podszedł za to do probówki i objął ją niczym drzewo, bełkocząc:

– Moja kochana Elunia… słodkie maleństwo…

 

***

Pewnego dnia, bo to pewnie był dzień – nie zakładałam, że doktorek odwiedza mnie w nocy – Jerzy przyszedł wystrojony w grafitowy garnitur, błękitną koszulę, krawat i lakierki. Na jego twarzy gościł szeroki uśmiech. Byłam niemalże pewna, że chce mi zakomunikować, że awansował albo że dostał kilkutygodniowy urlop i wybiera się na Karaiby, albo na Jamajkę.

– Witaj, Elżbieto. Awans, Karaiby… Nie, ale masz rację. Chciałbym się pożegnać.

Czy doktorek stracił pracę?

– Można to tak określić. Wiesz, wyniknęły nieoczekiwane problemy… Nasi sąsiedzi… te twoje organizacje broniące praw człowieka… Nieważne. Oni jak najszybciej muszą zniszczyć dowody. I…

I oni mnie zabiją? Las. Ciemność. Błoto. Strach, mimo iż na pewnym poziomie pragnęłam śmierci.

– I ciebie i mnie. – Jerzy przetarł chusteczką pot ściekający mu z pomarszczonego czoła.

Jego też? Dlaczego?

– Słyszysz? Już po nas idą.

Do moich uszu dobiegał szum klimatyzacji i jakieś piski.

– Łup, łup, łup. Nie słyszysz ich kroków?

Mechy?

– Nie. Przecież one by się tu nie zmieściły. Ludzie. Tacy jak ja i ty. Wiesz, Elżbieto, bardzo miło było cię poznać. Nie dość, że masz super geny, to jesteś bardzo interesującą kobietą. – Doktor chrząknął, przez chwilę milczał, po czym dodał: – W sumie żałuję, że nie spotkałem cię w innych okolicznościach. I… i… chcia… chciałbym cię przeprosić. Chociaż… ja… przecież to nie ja wymyśliłem ten okropny eksperyment. Przecież to nie ja przemieniłem cię w larwę. Ja… ja tylko jak każdy inny człowiek chciałem żyć… ja uległem ułudzie ocalenia…

Łup, łup, łup. Odgłosy z korytarza. Tym razem je usłyszałam. Strach. Bum. Drzwi gwałtownie się otworzyły i do środka wkroczyli trzej mężczyźni w czarnych kombinezonach. W rękach trzymali karabiny. Jerzy podbiegł do cylindra, złożył na nim szybki pocałunek i odwrócił się w stronę intruzów. Zasalutował. Żołnierze wybuchnęli śmiechem, po czym jeden z nich bez słowa wycelował lufę w doktora i… bum. Karmazynowa krew zachlapała probówkę.

Noc. Burza z piorunami. Patrzyłam przez okno, cała się trzęsąc. Byłam sama. Raz po raz pokój rozświetlały upiorne błyskawice. Schowałam się pod łóżko, ale wciąż słyszałam grzmoty. Bałam się, że zaraz jeden z piorunów trafi w dach i mój dom spłonie. Byłam pewna, że umrę. Nieoczekiwanie nastała cisza. Wypełzłam ze swojej kryjówki i ponownie ujrzałam krew, a za krwią salę laboratoryjną, martwego doktora i żołnierzy.

– A co z nim?! – Krzyknął ten, który stał bliżej probówki, po czym wskazał na mnie palcem.

Jego kolega zmarszczył brwi i powiedział:

– Rozwal cylinder, a obiekt pewnie i tak jest już martwy, a jeśli nie – bez galarety wkrótce zdechnie. Godzina, maksimum dwie i będzie po nim.

Kolejne wielkie „BUM”. Eksplozja.

 

III. Wędrówka przez puste korytarze

 

Mój dom nie spłonął, lecz wybuchnął. A ja wraz z nim… Rozpadałam się na miliony kawałków, które dryfowały ku pustce. Przestawałam być. Migoczące barwy. Żółć, czerwień, cyjan i purpura. Niemo błagałam o pomoc. Wyciągałam nieistniejące dłonie w kierunku matki, Bartka, Jerzego… Tylko przecież oni wszyscy już nie żyli. Nie było nikogo, kto mógłby mnie uratować.

Nie. Ja nie mogłam umrzeć. Nie teraz. To nie był mój czas na umieranie. Beethoven. Iskra Bogów. Muzyka. Ja wciąż czułam w sobie muzykę, ja wciąż patrzyłam na roześmiane słońce, ja wciąż biegłam po zielonej trawie i mimo iż inni pogrążyli się w mroku, ja musiałam się ponownie zintegrować, uciec od masy, odzyskać wolność i ułożyć migoczące kropki w obraz. Tak… tak… tak… Wewnętrzna siła i walka o przetrwanie. Zwycięstwo. Wygrałam.

Ocknęłam się na zimnej posadzce, oblepiona galaretą, z kaskiem na głowie. Wokół leżały błyszczące odłamki, fragmenty zniszczonego cylindra. Niektóre z nich wyglądały na bardzo ostre i pewnie tylko dzięki galarecie nie pocięły mi ciała. Czułam pulsujący ból w obu skroniach i przeraźliwie piekła mnie skóra.

Spróbowałam ruszyć prawą ręką – nie mogłam. Spróbowałam zgiąć lewe kolano – nie mogłam. Palce u rąk – nie. Palce u stóp – nie. Powieki. Tak! Udało mi się mrugnąć! Poczułam napływające do oczu łzy radości. Czyż to nie cudowne? Byłam w stanie mrugać, a nawet płakać. Bajka. Jeszcze jedno mrugnięcie i drugie, i trzecie. Auć. Policzki zaczęły nieprzyjemnie szczypać. Ten cholerny kask. Spojrzałam na podłączone do niego rurki i… zamarłam – jakimś cudem nie zostały rozerwane i wciąż pobierały tlen z ogromnej maszyny stojącej w rogu sali, z której istnienia, wcześniej, kiedy jeszcze znajdowałam się w probówce, nawet nie zdawałam sobie sprawy.

Zdaniem doktora przetrwałam truskawkowy atak dzięki genom, ale może to był zwykły łut szczęścia i o wszystkim tak naprawdę w dużej mierze decydował przypadek?

Kolejna próba poruszenia palcami rąk. Chyba odrobinę drgnęły. Zaczęłam sobie wyobrażać stromą górę i siebie wspinającą się na jej szczyt. Ośmiotysięcznik. K2. Śnieg, huraganowy wiatr, strach przed upadkiem, ślepota. Nie. Tak. Złapałam linę. Wbiłam hak w lód. Teraz stopy. Prawa, lewa… Elżbieta, musisz!!! Poczułam przeszywający ból w kostkach, a potem w kolanach. Moje mięśnie, moje kości, moje ścięgna… One ciągle żyły. Galareta nie zdołała ich zabić. Tylko ja potrzebowałam znaleźć w sobie tyle psychicznej siły, by pokonać przerażającą górę śmierci.

I… I stanęłam wśród chmur, przez chwilę czując się niczym królowa Wszechświata, po czym zakręciło mi się w głowie i ponownie wpadłam w objęcia ciemności.

Nie miałam pojęcia, ile czasu byłam nieprzytomna, ale gdy odzyskałam świadomość, mogłam ruszać zarówno rękoma, jak i nogami, ba, ja byłam nawet w stanie obrócić się z pleców na bok. Jeszcze tylko, gdyby udało mi się pozbyć tego okropnego kasku. Bardzo powoli zbliżyłam do niego palce, ale zawahałam się, zanim zaczęłam cokolwiek majstrować. A co jeśli, pozbawię się dopływu tlenu? Co, jeśli się uduszę? Ale… ale w tym cholerstwie nie dawałam rady wyprostować karku. To było za ciężkie i… próbowałam przesunąć się do tyłu, lecz coś mnie blokowało.

„Kurwa” – krzyknęłam do siebie w myślach, po czym szarpnęłam za kask.

Oślepiające światło, zaciskająca się na czaszce obręcz… Nie… nie… mogłam teraz zemdleć. Tlen. Przede wszystkim musiałam zaczerpnąć powietrza. Gorzkie, słone, słodkie… Zwymiotowałam, a potem zaczęłam się przeraźliwie krztusić. Krew. Krwią kaszlałam i krew ciekła mi po policzkach, szyi i dekolcie. Krew pokrywała ściany, podłogę, Jerzego, domy, fabryki i ulice, ale ja byłam silna. Ja potrafiłam samodzielnie oddychać i ja wspierając się na rękach i zgiętych w kolanach nogach uniosłam swoje ciało.

 

***

Niczym pies, kundel, taki trochę podobny do boksera, na czworaka, ze zwieszoną głową, krok po kroku kierowałam się ku wyjściu z sali laboratoryjnej. Ostrożnie, starając się nie nadepnąć na ostre kawałki cylindra, wyminęłam zwłoki doktora i ciężko dysząc, dotarłam do – na szczęście – otwartych na rozcież drzwi. Galareta kapała mi z brzucha, ramion, ud i szyi. Była śliska. Bałam się, że stracę równowagę i przywalę twarzą w podłogę.

Tak czy inaczej, jakimś cudem ocalałam, a kiedy wreszcie udało mi się wydostać na korytarz, zdałam sobie sprawę, że znajduję się w szpitalu, w tym, do którego chciałam zabrać Bartka, w tym, w którym leżałam będąc dzieckiem i w tym, w którym umarła trzy lata temu moja matka. Charakterystyczne srebrno-akwamarynowe paski tuż przy suficie z cytatami o potędze medycyny. Nie dało się ich nie pamiętać.

Otrząsnęłam się z resztek galarety, odetchnęłam, po czym ponownie ruszyłam do przodu. Kolejna sala. W sumie dwie – jedna na prawo, a druga na lewo. W każdej zniszczone cylindry, krew i nieruchome “obiekty”. Z gulą w gardle poczłapałam do pokoju po lewej. Pod zakratowanym oknem leżał nagi mężczyzna o pomarańczowej skórze, częściowo pokryty zabarwioną na karmazynowo galaretą. Na głowie miał roztrzaskany kask. Wyglądał na martwego. Ostrożnie dotknęłam palcami jego szyi. Nic. Brak ruchu. Zrobiło mi się niedobrze i jak najszybciej potrafiłam, uciekłam z powrotem na korytarz. Potwory. Przestałam się bać, czułam jedynie nienawiść i rezygnację. Zdecydowałam się nie sprawdzać ciała w sali naprzeciwko. Chciałam opuścić szpital.

Schody czy winda? Nie, winda była zbyt ryzykowna. I mimo iż kosztowało mnie bardzo dużo wysiłku i bólu, zabrałam się do pokonywania gumowoszklanych stopni. Jedną ręką trzymając się barierki, a drugą wspierając o schody, zjeżdżałam na tyłku, co chwilę zatrzymując się, by odpocząć i przetrzeć dłonią oczy, do których wciąż napływały łzy wymieszane z elektrolitycznym syfem.

Nie wiedziałam, po jakim czasie wreszcie dotarłam do holu na parterze. Te same paski na ścianach, tylko inne napisy… „By leczyć ciało ludzkie, konieczna jest wiedza o całości zjawisk”, „Ze wszystkich sztuk medycyna jest najszlachetniejsza”, „Po pierwsze, nie szkodzić”. To chyba wszystko Hipokrates. Popatrzyłam na swoją popękaną, jakąś taką jakby luźną skórę w kolorze mandarynki. Kaszlnęłam krwią. Przypomniałam sobie martwe “obiekty” i Jerzego, i Bartka, a potem truskawki… Nie szkodzić. Światem rządziła ironia.

Na parterze panował straszny bałagan. Turlające się po podłodze butelki, strzykawki, gruszki medyczne, poprzewracane stojaki z kroplówkami i pomięte papierzyska. Minęłam recepcję z potłuczonymi monitorami i ujrzałam upragnione drzwi na zewnątrz. Podobnie jak te prowadzące do szpitalnych pokoi też nie były zamknięte. Wolność.

Pchnęłam dłonią plastikowo-szklane skrzydło i wyjrzałam. Przez moment widziałam tylko czerń, jakby ktoś ukradł ulicę i zastąpił ją hebanową tekturą. Zaczęłam mrugać. Przecież niemożliwe, że było tam tak ciemno… To przez moje źrenice. Przez ten kask. Zacisnęłam mocno powieki. Strużki łez popłynęły mi po policzkach i kiedy po paru sekundach ponownie otworzyłam oczy, ujrzałam tonącą w półmroku drogę. Czerń i szarość. Żadnych innych barw. Spojrzałam w górę. Spojrzałam na księżyc w pełni. Przeniosłam wzrok na otulone grafitowym niebem budynki o antracytowych oknach – osamotnione wdowy, które na znak zjednoczenia w żałobie zszyły ze sobą swoje welony i złożyły przysięgę wiecznego milczenia. Do moich uszu nie dobiegały żadne dźwięki. Na zewnątrz panowała mrożąca krew w żyłach cisza.

Mimo wszystko, nie mogłam zostać w szpitalu. Żołnierze mogli wrócić po ciała, albo by po prostu zniszczyć dowody zbrodni. Z pewnością nie było to bezpieczne miejsce. Musiałam znaleźć jakąś lepszą kryjówkę. Mój dom. Tylko apartamentowiec, w którym mieszkałam, mieścił się po drugiej stronie fabryki. Daleko. I niby w jaki sposób miałam tam dotrzeć na czworaka? Zacisnęłam zęby, złapałam dłońmi poręcz, podciągnęłam się odrobinę i wrzasnęłam z bólu. Kręgosłup albo mięśnie, albo nerki…

Przez chwilę trwałam w odrętwieniu, po czym znowu zaczęłam wyobrażać sobie pokryte lodowcem K2 i siebie wspinającą się na upiorną górę. Coraz dalej i dalej, mimo wiatru, mimo oślepiającego słońca, mimo przeraźliwego lęku, że spadnę w otchłań. I kolejny raz mi się udało. Ja stałam!

I co chyba zdumiało mnie jeszcze bardziej, odczuwałam teraz dużo mniejszy ból niż w pozycji na kolanach. Ja… w ogóle miałam wrażenie przypływu jakiejś niesamowitej energii i siły. Oddychałam bez większych problemów i przestałam się krztusić.

Czyżby doktorek, jego zwierzchnicy i żołnierze byli w błędzie i ja wcale nie wybierałam się w najbliższym czasie w zaświaty? Czyżbym wbrew ich opinii nie potrzebowała do funkcjonowania tej przeklętej galarety? Dotknęłam palcem skóry. Nawet nie zauważyłam, że podczas wędrówki po szpitalu zmieniła strukturę, przeistaczając się z czegoś, co przypominało pomarszczoną torebkę foliową, w grubą i twardą, zaledwie odrobinę popękaną oponę od roweru. Wciągnęłam powietrze głęboko w płuca i wyszłam.

Dopiero gdy ostry kamyk leżący na chodniku zranił mi stopę, uświadomiłam sobie, że jestem naga. Odruchowo zakryłam rękoma piersi i skrzyżowałam nogi. Rozejrzałam się wokoło. Ciemne budynki i wyłączone lampy. I puste auta. Większość z nich zmiażdżona, a niektóre niemalże wgniecione w jezdnię. Czy byłam ostatnią żywą w tym mieście istotą? Czy wszyscy inni uciekli albo umarli? „Strawberry shot”. Jak zauważył doktorek wyjątkowo ładna nazwa dla wyjątkowo ohydnej operacji. Ponownie wybuchnęłam płaczem, po czym zasmarkana i z kapiącymi z podbródka łzami ruszyłam w stronę skrzyżowania, na którym tego dnia, kiedy rozpoczęła się apokalipsa, ujrzałam skąpane w słońcu mechy.

 

***

Niemożliwe. Moja rozcięta, niebieskofioletowa honda ciągle stała za seledynowym BMW. Tylko Bartek zniknął. Zostały po nim jedynie zaschnięte ślady krwi i czegoś przypominającego zagęszczony sok pomarańczowy. Zatrzymałam się przy masce i przejechałam opuszką palca wskazującego po połamanej błonce do czyszczenia przedniej szyby. Technologia. Człowiek był wielki i podporządkował sobie Ziemię. Człowiek miał zadziwiający mózg. Człowiek tworzył. Człowiek świrował. Człowiek marząc o coraz większej wielkości, malał. Zacisnęłam pięść i uderzyłam nią z całej siły w lusterko. Urwało się i upadło tuż obok mojej lewej stopy. Kreacja poprzez, a może raczej, dzięki zniszczeniu.

Z zamyślenia wyrwało mnie głośne „BUM”. Gwałtownie obróciłam się w stronę nieoczekiwanego dźwięku i w oddali ujrzałam trzy olbrzymie, świecące na błękitno postacie. Mechy… Bum. Bum. Bum. Teraz gdy poza ich krokami do moich uszu nie dobiegało nic więcej, odgłosy marszu robotów bojowych brzmiały jeszcze bardziej przerażająco. Niewiele się zastanawiając, z bijącym jak oszalałe sercem, ostrożnie wślizgnęłam się do hondy, po czym ukryłam pod prawą połową rozkrojonego dachu. Mysz chowająca się przed kotem.

Były coraz bliżej. Czułam to, słyszałam i widziałam oczyma wyobraźni. Wyciosane w sztucznym kamieniu nogi – uda, łydki i stopy złożone z kliku połączonych prostopadłościanów. Metal zderzający się z betonem chodnika. Szły i świeciły umieszczonymi w piersiach jajami. Czy istniało zagrożenie, że mnie zobaczą? Czy mechy wyczuwają ludzkie życie? Wbiłam paznokcie w ramiona. Mamo, jak niezwykle twarda była moja skóra…

– Drii… Musimy to wszystko spalić. Zgodnie z rozkazem. Drii… – Elektroniczny głos przedzierający się zza odgłosów tupotu słoni. – Drii… Wyświetl plan… Drii…

– Brak zasięgu… Drii…

Roboty coś jeszcze mówiły, ale ja już nie byłam w stanie zrozumieć ich słów. Na szczęście mnie nie znalazły.

 

***

Futurystyczne, owalne budynki fabryki majaczyły na tle nieba, które przybrało barwę fiołków z delikatną domieszką écru. Świtało, a ja wciąż byłam żywa. Szłam z podniesioną głową, pewnym siebie krokiem, waleczna i mentalnie duża. Większa od bojowych mechów. Ogromna.

Drzwi prowadzące na teren industrialny, których wcześniej nie byłabym w stanie otworzyć bez karty pracowniczej, niemalże same rozwarły się na rozcież. Poczułam intensywny zapach alkoholu. Jeden z zewnętrznych kontenerów straszył wypaloną pośrodku dziurą, z której sączyła się rubinowa ciecz. Obeszłam połyskującą w blasku wschodzącego słońca kałużę i ruszyłam ku wejściu na hale produkcyjne. Korytarz, kiedyś zbyt mocno oświetlony halogenami, teraz tonął w półmroku. Umieszczone w podłogowych szczelinach tuż przy ścianach maleńkie diody LED wyglądały niczym przerażone ślepia czekających na śmierć, elektronicznych szczurów. Okropnie chciało mi się pić. Skręciłam do łazienki.

Dopadłam do kurka, odkręciłam wodę i przytknęłam spierzchnięte wargi do kranu. Gorzki, wstrętny płyn. Zakrztusiłam się, po czym zaczęłam pluć. Fuj. Ohydztwo. Przetarłam dłonią twarz i spojrzałam w popękane lustro.

Moja pomarańczowa twarz. Przesadnie duże, zakrwawione oczy, zaślinione usta, szpiczasty podbródek i… Ja nie miałam włosów, tylko cztery bordowe dziury wywiercone w łysej głowie. Dwie zlokalizowane tuż nad brwiami, a kolejne parę centymetrów nad nimi. To ciągle chyba była kość czołowa. Zbadałam palcami tył czaszki – o, jeszcze jeden otwór – w potylicy. Czyli razem pięć. Nabrałam powietrza w płuca i dmuchnęłam na lustro. Przyjemnie jest oddychać, nawet jeśli wygląda się jak monstrum.

Oddychać i poruszać kończynami. Pewnym siebie krokiem opuściłam łazienkę, przeszłam przez przebieralnię i wkroczyłam na halę, do moich robotów i maszyn. Czułam wewnętrzną potrzebę, by chociaż przez chwilę, jeszcze raz, prawdopodobnie ostatni w życiu, spojrzeć na przemysłową maszynerię. Poza tym gdzieś w głębi serca żywiłam nadzieję, że odnajdę Bilotkę.

Hala podobnie jak korytarz była oświetlona jedynie przez podłogowe diody. Mimo iż przez ostatnie dwa lata przed truskawkowym atakiem, spędzałam tu prawie połowę swojego "nieśpiącego" życia, teraz odnosiłam wrażenie, jakbym nigdy wcześniej tego miejsca nie widziała. Po pierwsze otulone szarosrebrzystym półmrokiem maszyny, kontenery, rury doprowadzające sprężone powietrze i wodę, ścianki działowe, tablice kontrolne, wszystko wyglądało inaczej. Zdecydowanie bardziej ponuro. Smutno, depresyjnie, martwo. A po drugie… to nie tylko brak intensywnego, białego światła sprawiał, że hala się zmieniła. Ona…

Maszyny były zniszczone, kontenery potłuczone, rury porozłączane, ścianki i tablice – niektóre z nich poprzewracane, a inne wydawało mi się, jakby za moment miały ulec "wewnętrznemu" roztrzaskaniu. No i, co chyba najgorsze – zniknęły roboty. Pustka szkodziła hali jeszcze bardziej niż ulicy. Być może dlatego, że czasem w środku nocy zdarzało mi się spacerować po osamotnionych miejskich ścieżkach, a tutaj zawsze panował gwar.

Podeszłam do formiarki. Otworzyłam drzwi przy stacji z windą. Dotknęłam dłonią spalonego protoplastiku, który oblepiał ramię zbierające. Czy moduł numer dwa wyzionął ducha tego samego dnia, w którym wpakowano mnie do probówki? Czy dopiero później? Kiedy przyszli po roboty… Bo przecież ktoś musiał je stąd zabrać. Nacisnęłam palcem zaschnięty plastik i… usłyszałam przeraźliwy huk. Tupot słoni, a raczej armii mechów.

Drii… Drii… Drii… DRII! Przeraźliwy huk wstrząsnął halą, szyby maszyn zadrżały, niektóre od samego wstrząśnięcia rozpadając się brzęczącym dźwiękiem na setki ostrych kawałków, kurzawa przesłoniła mi oczy. Przez moment nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, a potem… potem poczułam zapach ognia. Pożar. Mechy podpaliły fabrykę! Musiałam uciekać. Odwróciłam się w stronę wyjścia do przebieralni i ujrzałam wdzierające się przez drzwi ceglastoczerwone płomienie. W hali znowu zrobiło się jasno.

Tutaj, gdzieś za formiarką było przejście do działu przygotowującego protoplastik i monomer. Kiedyś tam byłam. Tak, to chyba tutaj. Kopnęłam pseudoszklane drzwi i wbiegłam do podłużnego pomieszczenia. Pajęcza sieć przemysłowych rur, metalowe baniaki, ociekające gęstą, błękitną substancją cylindry i ja – muszka, która za wszelką cenę próbowała czmychnąć przed krwiożerczym pająkiem. Szybciej! Szybciej! Szybciej!

Wąski korytarz i magentowe ślepia wciąż żywych, elektronicznych szczurów. I… O, nie – ściana ognia. Zaczęłam biec. Przeskoczyłam przez płomienie. Było mi gorąco, ale nie czułam bólu. Ten ogień mnie nie parzył, a jedynie zmieniał kolor skóry – z pomarańczowego na brunatny. Kaszlałam, ale wciąż pędziłam do przodu.

Skręciłam w trochę szerszy hol na prawo. Co to? Uszkodzone roboty? Szafranowy bałwan pozbawiony lampki kontrolnej i lewej nogi. A dalej… Czy ja śnię? Bilotka. Moja ukochana dziewczynka. Nie. Nie mogłam jej zostawić. Z maleńkich stopek ciągle wysunięte były kółka. Złapałam ją za rękę i pociągnęłam. Jechała. Z trudem łapiąc powietrze, z łzawiącymi od dymu oczyma pokonałam korytarz i dotarłyśmy na parking. Zniszczone auta, połamane barierki i znaki ostrzegawcze. Za wąsko. Wzięłam humanoida na ręce i ciężko dysząc, przecisnęłam się między samochodami.

Opuściłam teren fabryki, postawiłam Bilotkę z powrotem na ziemi i zaczęłam, ciągnąc ją za sobą, wdrapywać się na pokryte gumą wzgórze. Gdy już znalazłam się na szczycie, na chwilę się odwróciłam. Południowa część miasta płonęła, ale ja kierowałam się na północ. Chciałam dotrzeć do swojego mieszkania. Byłam strasznie głodna i spragniona.

Pawilony handlowe. Moje i Bilotki odbicie w potłuczonych wystawowych szybach. Ona – popsuty humanoid, a ja? Kim ja byłam? Naga, chuda, wysoka, twarda. L’Homme qui marche I. Bo szłam… Ja stanowiłam uosobienie ludzkiego pragnienia życia i nie tylko życia, lecz ciągłego posuwania się naprzód. Mimo karykaturalnego zniekształcenia, fizycznej i mentalnej brzydoty i wszechogarniającego, egzystencjalnego bólu. Iść, iść, iść. Uformowane rękoma Boga nogi z brązu zachwycały siłą i wzbudzały strach boską niezniszczalnością.

Przyspieszyłam kroku. Kółka Bilotki wydały z siebie piszczący, przeciągły dźwięk, ale dzielny robot nie dawał za wygraną. Do przodu! Byle do przodu! Jeszcze jedynie park, ulica Miodowa i będziemy na moim osiedlu. Radość i wzruszenie. Powinnam chyba czuć radość i wzruszenie. Asfaltowy chodnik. Miałam wrażenie, że nie biegnę, lecz frunę, a moje plastikowe dziecko wraz ze mną niczym balon unosi się w powietrzu.

Apartament mieścił się na drugim piętrze. Winda nie działała. Tak czy inaczej, pokonałam szklanoplastikowe stopnie niczym zawodowy olimpijczyk w biegach po schodach. Cholera, przecież nie miałam klucza, a drzwi do mieszkania, w odróżnieniu od tych w szpitalu i fabryce, wciąż były zamknięte. Nikt chyba niczego tu nie szukał. Odłożyłam Bilotkę na bok i kopnęłam. Trzask i przeszkoda zniknęła. Zakryłam dłońmi w twarz, wręcz nie mogąc uwierzyć we własną siłę.

– Bilotka, chodź… Biedne maleństwo. Nie potrafisz sama chodzić, ale ja ci pomogę. Patrz, to mój dom. Zapraszam.

Zostawiłam robota w sypialni i pobiegłam do kuchni. Puszki z zakonserwowanym żarciem i butelki z sokiem pomarańczowym. Jadłam i piłam, piłam i jadłam i znowu jadłam. Jak prosię. A gdy skończyłam, poszłam do garderoby, wyjęłam z szafy bieliznę, dżinsy i różowy podkoszulek w turkusowe kwiatki. Założyłam to wszystko na siebie i wróciłam do Bilotki.

Słoneczne promienie wdzierały się do pokoju przez szpary między srebrnymi lamelami. Bosymi stopami dotykałam szorstkich włosów dywanu. Do moich uszu dobiegało nieprzyjemne chrobotanie… które… którego źródło znajdowało się gdzieś w mojej czaszce. Przez chwilę wydawało mi się, że ciągle mam sobie ten okropny kask, ale nie… Nic tam nie było. Jedynie dziury.

– Bilotka… – Położyłam dłoń na głowie robota. – Cieszę się, że jesteś tutaj ze mną. Wiem, że nie żyjesz i nic nie czujesz, ale… – Podrapałam główkę humanoida za lampką kontrolną. – Zdaję sobie sprawę, że nie masz emocji, ale ja też zostałam ich pozbawiona. Ja też w pewnym sensie nie żyję.

Wstałam, podniosłam żaluzje, po czym spojrzałam przez okno na płonące w oddali budynki i krzyknęłam:

– Ja się zemszczę!

 

Tylko… Tylko na kim?

Koniec

Komentarze

Podziwiam Twoją wyobraźnię, której towarzyszy zdolność odmalowania tak niesamowitych obrazów słowami (przy okazji podziwiam też Twoje uzdolnienia plastyczne). Świat kreowany tą wyobraźnią nie jest sielankowy, kojący. Jest mroczny, okrutny, chwilami przerażający. Jak rozumiem, jest to świat przyszłości; jeśli ona tak miałaby wyglądać, to niech nas ręka Boska broni!

Istotnym elementem tego opowiadania jest jednak człowiek i jego zderzenie z własnym produktem – technologią. Świetnie ilustruje to zdanie:

Technologia. Człowiek był wielki i podporządkował sobie Ziemię. Człowiek miał zadziwiający mózg. Człowiek tworzył. Człowiek świrował. Człowiek marząc o coraz większej wielkości, malał.

Znakomita i celna myśl! Jednak mimo że człowiek malał, nie utracił swojej natury przynależnej mu jako gatunku który osiągnął szczyt na drabinie ewolucyjnej. Natury, której imperatywem jest żyć. Żyć za wszelką cenę i wbrew wszystkim przeszkodom. Oznajmia to tytuł, lecz także i to zdanie:

 

Ja stanowiłam uosobienie ludzkiego pragnienia życia i nie tylko życia, lecz ciągłego posuwania się naprzód. Mimo karykaturalnego zniekształcenia, fizycznej i mentalnej brzydoty i wszechogarniającego, egzystencjalnego bólu.

Świetna, zaskakująca końcówka.

Jestem pod wrażeniem całości, naprawdę znakomicie napisane, żywiołowo, wartko i, jak to już zaznaczyłem, niezwykle plastycznie. Gratulacje! Klika nie będzie, bom jeszcze nie zdobył uprawnień, a szkoda :(

Kilka uwag warsztatowo-formalnych:

którego w głowie taktowałam jak dziewczynkę

literówka

 

Na hali dużo mniej śmierdziało truskawkami

Jakoś niezgrabnie. może “Truskawkowy fetor był tu znacznie mniejszy”

 

ośmiu-palczastą

Chyba “ośmiopalczastą”?

 

biologiczny syf

Syf mi w tym miejscu nie pasuje, jest jakoś kolokwialny

 

w pseudo szklanej probówce olbrzymie

myląca składnia; odniosłem wrażenie, że zdanie niedokończone, nim się zorientowałem, że chodzi o olbrzymią probówkę. Może “w pseudo szklanej olbrzymiej probówce”?

Na koniec uwaga formalna. Dlaczego kwalifikujesz to jako fantasy? Wg mnie to czysta fantastyka naukowa.

Gratulacje Katiu! Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

 

Tsole, bardzo dziękuję za tak szybkie przeczytanie i komentarz, i to w dodatku pozytywny :) Bardzo dziękuję też za korektę błędów – wszystkie niezręczności poprawiłam. A gatunek… Zmieniłam na sci-fi, tylko przyzna Ci się szczerze, że tego sci-fi się boję… Bo w sumie w tym opowiadaniu to duży nacisk na to “fi” niż “sci”… 

I cieszę się, że lubisz moje obrazki, zarówno te wizualne jak i słowne…

 

Pozdrawiam ciepło i życzę udanego wieczoru.

 

Ps. Mam nadzieję, że niedługo dostaniesz zasłużone piórko i będziesz mógł do woli klikać :):):)

 

Na razie przeczytałem tylko pierwszą część, ale zaczyna się nieźle. Pełny komentarz na dniach, na razie garstka baboli.

 

Bartek wycisnął na dłoń parę kropel cicaplastu.

Kryptoreklama?

śmierdzącą tych ohydnymi truskawkami

Tymi.

Mecha zbliżył

Mech.

Zgadzam się z Tsole, że masz wyobraźnię godną pozazdroszczenia, ale cóż, obawiam się, że nie wszystko zrozumiałam. Być może coś mi umknęło, ale nie wiem, na czym polegał eksperyment i dlaczego Elżbieta przetrwała. Owszem, była wzmianka o jej chorobie w dzieciństwie, ale jakoś nie dopatrzyłam się związku z późniejszymi wydarzeniami. Zastanawiam się też, dlaczego przez kilka miesięcy wszystko wszędzie pozostawało takie jak w dniu, kiedy zaczął się eksperyment, a potem nagle zaczęto wzniecać pożary? No i nie ukrywam, że zastanawia mnie zdanie z przedmowy: Takie nieszczególnie ambitne opowiadanko rozrywkowe. – bo za nic w świecie nie mogę pojąć, co rozrywkowego było w opowiadaniu…

 

Tym razem na ja­skra­wo żółto. –> Tym razem na ja­skra­wożółto.

 

a kiedy już wró­ci­łam na Zie­mię… –> …a kiedy już wró­ci­łam na zie­mię

 

Sza­fra­no­wy robot ob­ró­cił się wokół wła­snej osi i za­brał za sprzą­ta­nie pod­ło­gi. –> Sza­fra­no­wy robot wykonał obrót wokół wła­snej osi i za­brał się do sprzątania pod­ło­gi.

 

był śro­dek dnia i Słoń­ce za­mro­zi­ło się… –> …był śro­dek dnia i słoń­ce za­mro­zi­ło się

 

jakby ktoś po­ciął ją gru­bym nożem. –> Jak wygląda gruby nóż?

 

Mecha zbli­żył do mo­je­go czoła coś… –> Literówka.

 

Mecha wy­cią­gnął łap­sko… –> Literowka.

 

pseu­do szkla­nej pro­bów­ce ol­brzy­mie. –> …pseu­doszkla­nej pro­bów­ce-ol­brzy­mie.

 

Pro­jekt, no zgad­nij kogo? –> Pro­jekt, no zgad­nij czyj?

 

me­ta­lo­we pudło… a’ la skó­rza­ne krze­sło ob­ro­to­we… –> …me­ta­lo­we pudło… à la

skó­rza­ne krze­sło ob­ro­to­we

 

Po­twór z pi­sto­lem. –> Chyba miało być: Po­twór z pi­sto­letem.

 

od nie­speł­nio­nych pseu­do na­ukow­ców… –> …od nie­speł­nio­nych pseu­dona­ukow­ców

 

zło­żył na nim szyb­ki po­ca­łu­nek i od­wró­cił w stro­nę in­tru­zów. –> …zło­żył na nim szyb­ki po­ca­łu­nek i od­wró­cił się w stro­nę in­tru­zów.

 

Pchnę­łam dło­nią pla­sti­ko­wosz­kla­ne skrzy­dło i wyj­rza­łam. –> Pchnę­łam dło­nią pla­sti­ko­wo-sz­kla­ne skrzy­dło i wyj­rza­łam.

 

za­czę­łam wy­obra­żać sobie po­kry­te lo­dow­cem K2… –> Literówka.

 

Kop­nę­łam pseu­do szkla­ne drzwi… –> Kop­nę­łam pseu­doszkla­ne drzwi

 

po­ko­na­łam szkla­no­pla­sti­ko­we stop­nie… –> …po­ko­na­łam szkla­no­-pla­sti­ko­we stop­nie

 

Do moich do­bie­ga­ło nie­przy­jem­ne chro­bo­ta­nie… –> Pewnie miało być: Do moich uszu do­bie­ga­ło nie­przy­jem­ne chro­bo­ta­nie

 

Zdaję sobie, że nie masz emo­cji… –> A tutaj chyba: Zdaję sobie sprawę, że nie masz emo­cji

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, ja też nie mogę pojąć

 co rozrywkowego było w opowiadaniu…

ale sądzę, że mamy tu do czynienia z przesadną skromnością Katii… :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Hmmm. Absurd mnie trochę przerósł.

Czyta się przyjemnie, ale całość nie chciała mi się złożyć w jeden obrazek.

Dlaczego Amerykanie mogą sobie tak po prostu wylosować kilka państw i przeprowadzać w nich śmiertelne eksperymenty? Raz, że nikomu to nie wydaje się przeszkadzać (władze Europy, dziennikarze, kontrahenci?), dwa, że tajemnicze doświadczenia i badania lepiej przeprowadzać u siebie, żeby nikt nie podpatrzył rezultatów.

Dlaczego właściwie bohaterka przeżyła? Wygląda, że jest nie do zdarcia, ale nie mam pojęcia, z czego to wynika.

Dlaczego “mecha”, a nie “mech”?

Ulicę oświetlał jedynie księżyc w nowiu.

Księżyc w nowiu z definicji nie świeci, więc słabo się nadaje do oświetlania. A do tego jest w okolicy słońca, więc i bez niego jest jasno.

Babska logika rządzi!

Bardzo dobre opowiadanie, Katiu. Misię! chociaż przerażające taką bliską bliskością. 

Przytulamy do serca plastik i wszelkie tworzywa sztuczne. Potrzeba nam ich coraz więcej. 

Czy człowiek będzie potrafił żyć pośród  syntetyków lepszych od ich pierwowzorów? Czy będzie możliwe dostosowanie go do warunków nienaturalnych, ale w końcu mamy antropocentryzm, więc czemu nie.

Metamorfoza, zrzucenie skóry. Nowy człowiek z tym samym silnym instynktem przetrwania. Lekarstwo, które daje moc  przemieniania Ziemi w piekło.

Ela jest młodą dziewczyną, oseskiem zaledwie, trybikiem w maszynie Postępu, maszynie, która wyżera słodką drzewną tkankę i musi przeć naprzód, bezmyślnie jak ślepy robak ku światłu, które zdaje się uwolnieniem. Za sobą pozostawia dziurę. Dziur jest coraz więcej. Czy można mówić o dziurze, kiedy tylko ona już istnieje?

 

Jednak muszę uzasadnić, co niniejszym czynię. Dla mnie Twoja opowieść jest alegorią, wysyconą zmysłami i barwami:) i ruchem, dramatycznym krzykiem z truskawkowej galaretki, zapychającej nam gardło, aby nie przedostał się na zewnątrz. Smutne i humanistyczne. 

 

Z drobiazgów:

* z nowiem Finkla ma rację;) ale aż musiałam to sprawdzić, czy aby jakiejś poświaty być nie może, z godzinę wertowałam net

* zatrzymało mnie jeszcze jedno i rozbierałam

,Przeszłość stawała się przyszłością, przyszłość przeszłością, a teraźniejszość upodobniła się do ślimaka o głowie barana

Zdanie piękne, czy dwa pierwsze wyrażenia nie są tym samym?

 

Pzd srd i życzę słonecznego weekendu, a

Ps. A ilustracje piękne, złoto, złoto, złoto… symboliczna waluta.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

None – cicaplast usunięty, błąd poprawiony :) I czekam na pełny komentarz.

 

Reg – dziękuję bardzo za łapankę. Zdanie o rozrywkowym charakterze tekstu wyrzucone z przedmowy. 

 

Finkla – dzięki za przeczytanie i komentarz. Księżyc i mechy poprawione.

 

Reg, Finkla – Przykro mi, że znowu wyszło niezrozumiale i nielogicznie :( 

 

Tsole – “charakter rozrywkowy” usunięty z przedmowy :) i dziękuję bardzo za nominację

 

Asylum – dziękuję bardzo za komentarz, kilka i nominację. A poza tym bardzo się cieszę, że odebrałaś tekst jako alegorię, bo taki w dużej mierze był mój zamysł. Zaraz zmieniam zdanie z przyszłością…

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie.

To nie jest tak, że niezrozumiale. Czytam i kumam, co się dzieje. Tylko nie mogę pojąć zasad, według których działa Twój świat. No, dlaczego tym Amerykanom nikt nie przeszkadzał, a doktor nawet bardzo aktywnie pomagał?

Babska logika rządzi!

To miały być takie czasy, że Amerykanie kontrolowali świat, a przynajmniej Europę, a doktor był wciągnięty do całej operacji, a później się z niej wyłamał… Tylko ja świadomie się na tych kwestiach nie koncentrowałam i chciałam też uniknąć infodumpu… Tak czy inaczej, znowu wyszło źle :( Coś ja się chyba lepiej sprawdzam w obyczajówkach…

Wracam z pełnym komentarzem.

 

Alegoria… Nie jestem mocny w alegoriach. Asylum jest i coś w tym tekście widzi, więc pewnie jest to alegoria udana. Ale jak mówiłem, to nie moja miska kaszy, więc pominę całą głębię, która może się w tym tekście kryć, omówię go tylko technicznie.

 

Mi niestety nie do końca podeszło.

Początek, jak wspominałem, był obiecujący. Brudny świat, mechy, tajemnicze “coś” trujące ludzi… Zastanawiałem się, w jakim kierunku pójdziesz. Post-apo? Cyberpunk? Sensacja w szafarzu sci-fi? Tak czy inaczej zapowiadało się ciekawie, szczególnie, że miało być “rozrywkowo”. 

Niestety część druga ostudziła mój zapał, a trzecia nie całkiem odrobiła straty.

Najbardziej w tym tekście dokuczała mi niekonsekwencja. Każda z trzech części wydaje się być od strony technicznej jakby z innej bajki – inne tempo, inne akcenty, inne elementy kluczowe. Pierwsza jest w dużej mierze skupiona na świecie, na relacji bohaterki z otoczeniem. W drugiej bohaterka nagle staje się dekoracją, a pierwsze skrzypce zaczyna grać szalony naukowiec i jego przemiana. Trzecia – znowu Ela na pierwszym planie, tym razem jednak skupiamy się na jej życiu wewnętrznym i woli przeżycia. 

Żeby była jasność – założenie nie jest z gruntu złe. Ale ja wolę bardziej spójne, zwarte opowieści. Nie pomaga też fakt, że nastawiłem się na szybkie, lekkie czytadełko, a zostałem walnięty czymś zdecydowanie cięższym, mroczniejszym i raczej powolnym. 

 

Druga rzecz, która mnie uwierała, to pewna naiwność tej opowieści. Bohaterka, która cudem, wbrew wszelkim znakom na ziemi i niebie przeżywa i to nie raz, a kilka razy. Zbrodniczy rząd USA prowadzący testy broni chemicznej w Europie (i to w losowo wybranych rejonach). Sama super-broń. Mechy. Szalony naukowiec (Jeden! I to na oko niezbyt kompetentny). Sprzątające po eksperymencie szwadrony śmierci. Przełknąłbym jeden z tych elementów. Ale wszystkie razem pasowałyby raczej do szybkiego, widowiskowego czytadełka bez większych aspiracji. W poważniejszej konwencji… Cóż, budzą raczej uśmiech politowania. Jeżeli chciałaś pisać o tym, jak mroczny i paskudny może być świat, to niechby ten świat wydawał się prawdopodobny, bo to, co opisałaś, pasuje raczej do sensacji klasy B.

 

Pozostaje jeszcze kwestia doktorka. Nawet, jeżeli pominąć dziwaczność całej tej sytuacji (wielki projekt, jeden naukowiec, który robi w zasadzie nie wiadomo co – z rozmów wynika, że są tej jacyś inni pracownicy, ale nie mamy na to żadnych dowodów), to jego kreacja wypada… nieodpowiednio. Rozumiem zamysł – człowiek, który dla nauki jest gotów na wszystko, nieoczekiwanie odkrywa w sobie uczucia. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce to głównie człowiek-ekspozycja. Nie czuję w nim tego konfliktu. W zasadzie nic w nim nie czuję – ani inteligencji, ani fanatyzmu, ani niczego, co mogłoby go motywować. Nie czuję do niego ani niechęci, ani litości, ani niczego. Wydaje się płaski, bezosobowy. Niemal karykaturalny, by nie powiedzieć kreskówkowy. Ponownie – świetnie wpisywałby się w bardziej sensacyjny, mniej poważny świat.

 

Jeżeli chodzi o plusy dodatnie.

 

Język. Może nie doskonały, ale dobry. Czytało się płynnie, przyjemnie. Opisy odmalowałaś obrazowo, może momentami zbyt potoczyście na mój gust, ale i tak jest ok. 

Ela i jej życie wewnętrzne. Momentami trochę mi się to emocjonalne wytrzebianie dłużyło, ale napisane zostało sprawnie. Przywiązanie dziewczyny do robota mogłoby zostać kapkę lepiej umotywowane, bo na ten moment jest dla niej ważną siłą napędową, ale wydaje się trochę sztuczne. Znaczy – w pierwszej części da się znieść, w trzeciej zaczyna dziwić i przypominać raczej zaburzenia psychiczne. Niemniej na tle kulawo wykreowanego doktorka i ołowianych żołnierzyków, protagonistka wypada zaskakująco wiarygodnie. 

 

Podsumowując – nie porwała mnie ta historia. Dobrze napisana bohaterka i ładny język to rzeczy miłe, ale nie dość, by zrekompensować mi dysonans między poważnymi rzeczami jakie mówisz, a przerysowanym tłem, jakie kreujesz. Nie pomaga też wolne tempo i pewien brak spójności. Absolutnie nie jest źle. Ale to nie to, co lubię.

None – dziękuję bardzo za komentarz. Oczywiście rozumiem powody, dla których opowiadanie Ci się nie spodobało. Chciałabym napisać, że następnym razem postaram się stworzyć cos lepszego, ale obawiam, że nie za bardzo jestem w stanie pisać inaczej. Pozdrawiam serdecznie.

Katiu, przepraszam, wstępuję tylko na kilka zdań, aby sprostować.

 

None, uż;) Asylum nie zna się na alegoriach, a wiem, z dużym stopniem prawdopodobieństwa z powodu bliskiego przestawania i częstych spotkań z tą osobą. Rzeczywistość nie jest dla niej linearna, niekiedy wprost przeciwnie, jak w śpiączce;)

Uż, ale bym wdała się w polemikę, ale poskromię jęzor. Tyle miałabym pytań “jak, dlaczego, co jest kanonem, z jakiego względu. "Dlaczego" skreśliłam, bo niewiele wyjaśnia, prowadząc do "de gustibus non est disputandum”. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nic mi nie obiecuj, pisz jak lubisz i umiesz, niekoniecznie trafisz w mój gust, ale przecież nie taki jest cel ćwiczenia. A komentarze? Jak się przydadzą, fajnie, jak nie , to trudno, też będziemy żyli. ;)

 

Asylum

Polemizuj, jeśli masz ochotę, po to jestem na tej stronie, żeby dyskutować. Zaś co do twojej znajomości alegorii – nawet zwykłe twoje posty są czasami nieco “przenośne” więc chyba już się trochę w ciebie “wtarły”. ;)

Mi się podobało bardzo, bardzo :)

 

Uważam, że opowiadania, gdzie wszystko dokładnie wiadomo, są zbyt oczywiste i nawet trochę płytkie. Irytuje mnie ta tendencja w świecie dookoła (np uniwersum Marvela czy liczne Netflixowe produkcje). Życie tak nie wygląda, że wszystko rozumiemy i ludzie nie zawsze działają w sposób sensowny lub logiczny.

Stąd uważam, że doktorek w naturalny sposób dominuje drugą część opowiadania, fabuła to świetnie tłumaczy. Szwadrony Śmierci idealnie łączą się z destrukcyjnymi Mechami, są elementem procesu zacierania śladów. Dlaczego nagle pojawiły się po 8-miu miesiącach? No nie wiem, może zmienił się rząd w USA i jego polityka? Główna bohaterka raczej nie miała możliwości się dowiedzieć tych rzeczy, więc czytelnik również nie.

 

Jakieś drobne błędy techniczne widziałem. Narracja bogata i ryzykownie skomplikowana, ale to takie dobre ryzyko :) Trochę ćwiczenia i będzie miodzio!

No nie, najpierw Asylum bierze na celownik biedronki, a teraz ty atakujesz truskawki, czy nie ma już niec świętego na tym świecie? Ok, oczywiście żartuję. Silę się na humor, ponieważ twoje opko jest potwornie pesymistyczne w swoim przesłaniu. Myślę, że odczytuję je nawet bardziej pesymistycznie niż Asylum.

Ela nie zrzuca skóry, ona zostaje z niej obdarta. A to w skórze znajdują się receptory dotyku, bez nich zostaje pozbawiona jednego ze zmysłów, a tym samym możliwości poprawnego odbioru rzeczywistości. Dla mnie to historia o zwykłym człowieku, który jest przedmiotem manipulacji wielkich tego świata. Właściwie jej życie niczym nie różni się od życia robotów z hali produkcyjnej, którymi steruje. Nawet stosunek, jaki ma do niej profesor, przypomina jej odczucia względem Bilotki, bo Ela staje się obiektem, czymś odczłowieczonym. Mam skojarzenia, nie wiem, czy poprawne, z natłokiem informacji i reklamy, z całym tym chłamem, który media codziennie pakują nam do głów.

Udaje jej się przeżyć, ale za ogromną cenę. Staje się gruboskórna, zarówno dosłownie jak i w przenośni. Ma skórę, której nie ranią nawet płomienie. Przerażające. Czy we współczesnym świecie faktycznie może funkcjonować jedynie człowiek, który pozbędzie się całej swojej wrażliwości, wszystkich uczuć?

Stosunki międzyludzkie też nie prezentują się najlepiej. Czy Bartek nie usłyszał słowa dziękuję, wypowiedzianego przez Elę, czy też tak go ono zaskoczyło, że zapytał “co?”. Mam wrażenie, że Ela nie jest zachwycona prośbą o podwózkę. Wreszcie, dziewczyna po przebudzeniu w galarecie woła matkę, ale mam wrażenie, że później więcej rozmyśla o Bilotce niż o rodzinie. Krótko mówiąc, więzi międzyludzkie wydają mi się w tym świecie mocno poprzerywane. I jeszcze do tego samotność, tak wielka, że Ela trzyma się popsutego robota.

Reasumując, przygnębiająca to wizja.

 

Najlepsze cytaty wyciągnął już z twojego opowiadania Tsole, więc nie będę powtarzać. Chociaż nie, bo to:

Człowiek marząc o coraz większej wielkości, malał.

jest naprawdę cholernie dobre.

 

Powoli zaczynam ci zazdrościć umiejętności tworzenia plastycznych opisów. ;) Nie będę cytować, bo musiałabym zmieścić w komentarzu połowę twojego tekstu, ale naprawdę, kłaniam się w pas.

 

Chętnie bym dała klika na Bibliotekę, ale zazgrzytało mi. Co prawda tylko w jednym momencie, ale był to zgrzyt potężny, jak hamujący pociąg towarowy, na zardzewiałych szynach na dodatek. Chodzi mi o wyjaśnienie, co się właściwie stało, czyli: Amerykanie. Katiu, kurcze, ci wstrętni Amerykanie, którzy eksperymentują na ludziach, a potem zabijają wszystkich, z personelem włócznie, to podstawa większości teorii spiskowych. Motyw tak ograny, zużyty, wyświechtany i co tam jeszcze, że bardziej się nie da. I tego potworka umieściłaś obok tych piękności:

Przeniosłam wzrok na otulone grafitowym niebem budynki o antracytowych oknach – osamotnione wdowy, które na znak zjednoczenia w żałobie zszyły ze sobą swoje welony i złożyły przysięgę wiecznego milczenia.

albo:

Chuchnęłam na szklanopodobną powierzchnię. Przez ułamek sekundy wargi – te po drugiej stronie – pokryła delikatna mgła. Mój oddech. Przyjemnie jest oddychać.

Toż to zbrodnia. Wszystko byłoby lepsze; własny rząd, jakaś firma, albo nawet brak wyjaśnienia.

No właśnie, gdyby to własny rząd eksperymentował na swoich ludziach z jakiegoś małego miasteczka – nie kaprysiłabym aż tak. Ale tu mamy obce mocarstwo, które robi za granicą, co mu się podoba. A umowy międzynarodowe, a konwencje zabraniające broni chemicznej? Co się z nimi stało? Tego nie wyjaśniasz i ten brak mnie uwierał. Ale to nie znaczy, że cały tekst jest zły. Tylko tyle, że czegoś mi w nim brakuje.

Do tego lekarz jest zdrajcą własnego narodu. Nigdy nie próbowałam, ale chyba znacznie łatwiej jest przekabacić swojego obywatela do nieetycznych działań na rzecz ojczyzny (choćby szantażem) niż skłonić kogoś obcego do takiej współpracy.

Babska logika rządzi!

Ja tam tych Amerykanów potraktowałam jak symbol. Moim zdaniem to już globalny świat i może są tam jakieś państwa, unie, lecz  wielkiego znaczenia to już nie ma. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

A ja jestem cienka w alegorie i wszystko traktuję dosłownie. :-)

Babska logika rządzi!

Podpisuję się pod uwagami Asylum i Irki. Co do Amerykanów, mnie też to nie przeszkadzało (ściślej uważam to za drugorzędne), ale Irka ma rację z tym wyświechtaniem. Może by tak zwalić winę na komputery? :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Asylum, wszystko w tym opku jest z takim pietyzmem dobrane, że ci stereotypowi Amerykanie po prostu rażą.

Finklo, mi z kolei wszystko łączy się ze wszystkim :-), ale tak sobie myślę, że może gdyby podmienić tych "Amerykanów", to oderwałoby bezpośrednie skojarzenia od ichnich służb specjalnych, zwłaszcza że tak naprawdę to powoli już nie wiadomo, kto silniejszy.

Tsole, wydaje mi się, że komputery, chyba by tu nie pasowały, robią to ludzie ludziom, a jeśli nie, to za bardzo rozszerzyłoby tę opowieść.

Co to mogłoby być? Nie wiem, bo dla mnie są to mechanizmy obecne w naszym zwyczajnym życiu i do niego przenikające niepostrzeżenie. Wpływające na niego. Na przykład – żyjemy, aby pracować. Uch, fajny artykuł przeczytałam z izraelską socjolożką  (w Przekroju). Nie do końca w temacie, ale trochę tak w nurcie, który mnie zastanawia. Miłość jest produktem kapitalizmu.

Uch, a ja znowu na poważnie. Finklo, Twój konkurs przyprawi mnie o depresję;) Szukając "zabawy" idę w tragedię, co wymyślę to gorsze opresje:(

Katiu, off-topuję pod Twoim opowiadaniem i się gryzę, czy do-zwalasz?

Ps. Przepraszam, że z kreskami, ale próbuję, aby literki się nie wykoślawiały. Niestety, nie wiem, dlaczego tak się dzieje i edytor nie przyjmuje tych słów jako poprawne.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No masz ci los! Konkurs miał być lekki, zabawny, a tu depresja…

Babska logika rządzi!

I to endogenna, czyli nadziei brak:D – żartuję, coś tam wysmaruję i spłonię się, że nie nieśmieszne. Popatrz, podwyższasz poprzeczkę i to fajne, nie wiedziałam, że humor jest taki trudny. Zdaje mi się, że potrzeba dystansu. Trudno opisać sytuacyjne, a to one najbardziej mnie śmieszą, bo z nimi mam kontakt. 

Katiu, wybacz, proszę, już kończę dywagacje nt. konkursu i będę się wywnętrzać w stosownym finklowym wątku.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, jak sobie już tak offtopujesz, to ja się przyłączę. :)

Finklo, a gdzie ten obiecamy wątek, w którym można typować autorów konkursowych opowiadań?

Paczpan, edytor nie lubi słowa offtopowanie i to w każdej jego odmianie. Ciekawe dlaczego?  Złożenie liter, chyba nie, więc co? 

Katiu, to już ostatni raz:( 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Irko, a już przeczytałaś wszystkie teksty konkursowe? Założę w okolicach terminu, na razie jeszcze nie wiadomo, który tekst najlepszy.

Katiu, ja też przepraszam za offtop.

BTW, Asylum, edytor podkreśla te słowa, których nie ma w słowniku. Offtop jest niepolski, więc się tam nie pojawia.

Babska logika rządzi!

Mruss – dziękuję bardzo za komentarz i cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu :)

 

Irka – dziękuję bardzo za tak rozbudowany komentarz i…

 

Irka, Tsole, Finkla, Asylum – wprowadziłam trochę zmian. Po pierwsze – Amerykanie zniknęli i w sumie za nich przepraszam, po prostu uznałam, że to nie ma znaczenia dla treści i niewiele się nad tym zastanawiałam, ale macie rację. Po drugie, położyłam odrobinę większy nacisk na wyjątkowość Elżbiety. Po trzecie spróbowałam wyjaśnić, dlaczego miasto zaczęło być tak nagle niszczone… 

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłej niedzieli.

 

Ps. Asylum, Finkla, nie macie za co przepraszać :) “Offtopujcie” ile macie ochotę :) 

No to klik. :)

Jak znajdę chwilę, przeczytam jeszcze raz, ale tak po pobieżnym przejrzeniu – jest lepiej. Nawet doktorek jakiś taki bardziej ludzki od razu.

Szczerze powiem, że siedzę nad klawiaturą i nie mam pojęcia co mogę napisać, aby się nie powtarzać. Przemawiasz do wyobraźni, masz świetny, bardzo obrazowy i trafny opis, a dodatkowo rewelacyjnie manipulujesz interpunkcją, budując napięcie. Uwielbiam te krótkie, urywane zdania, zawierające tylko jedną informację. One zdawały się po części myślami bohaterki, jakbym czytał spostrzeżenia idące prosto z jej głowy, dodatkowo naszpikowane uczuciami.

Tekst jest długi, lecz wcale tej długości nie czułem… w sensie nie przeszkadzała mi, ponieważ dałem się wciągnąć. Najpierw tajemnica i dziwna epidemia, później fascynujący doktor (jego psychika), a końcówka… trochę rozmyta, dobrze się ją czytało, jednak nie zostawiła piętna. Chyba jej nie zrozumiałem. 

Nad wymową tego wszystkiego, spróbuję zastanowić się później. W ciszy. Nie potrafię ułożyć myśli pisząc komentarz na świeże po tekście. Te badania bardzo przypominają mi akcję pewnego wydziału zwanego D.R.E.S.Z.C.Z. Czytałaś może “Więźnia Labiryntu”?

Podsumowując w skrócie – podoba mi się jak budujesz napięcie i oddajesz emocje. Bohaterowie są dobrze zbudowani, choć Elżbieta bardziej przypomina zwykła pracowniczkę z wahaniami nastrojów, która zostaje wrzuca w wir strasznych wydarzeń. Warsztatowo bez zarzutów, pozazdrościć wyobraźni! 

Świetne opko, biegnę nominować. ;)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Irka – dziękuję :) A i zapomniałam napisać, że bardzo mi się podoba Twoja interpretacja mojego tekstu… Dzięki. Tak jakbyś troszeczkę weszła do mojej głowy :)

 

None – myślę, że nie masz, co tracić czasu na kolejne czytanie. Aż tak dużo się nie zmieniło :) Ale dobrze, że jest lepiej… :)

 

MaSkrol – miło mi, że wpadłeś i jeszcze bardziej miło, że mój tekst Ci się spodobał. Jeśli chodzi o końcówkę, chyba rzeczywiście wyszła za bardzo rozmyta, wolna i zbyt metaforyczna… “Więźnia labiryntu” nie czytałam, ale w wolnej chwili zerknę… Dziękuję bardzo za klika :)

 

 

Podobało mi się, w szczególności przesłanie, że roboty zdawały się być bardziej ludzkie od ludzi (wszak to ludzie zaplanowali ten eksperyment, ludzie go wykonali i ludzie się nad ludźmi znęcali). Zgrabnie przedstawiony, choć ponury świat. Rysunki – klasa sama w sobie, zwłaszcza te nienaturalnie lśniące truskawki z początku :)

Dzięki Bella :) I za przeczytanie, i za komentarz, i za to, że się podobało, i za kliczka :) Pozdrawiam ciepło :)

Dobre. Jedno z lepszych Twoich opowiadań. Ale prawda, że z tymi Stanami coś, jakoś… no nie do końca pasuje. Ale można to dość łatwo zmienić , wystarczy odrobinę przemodelować geopolitykę… :)

Ode mnie zasłużony klik

Stany już zostały usunięte… :)

 

Klik od Rybaka za to opowiadanko. Wow :) Naprawdę się nie spodziewałam :) Bardzo miłe zaskoczenie. Dziękuję bardzo i życzę wszystkiego dobrego :)

Jakiś czas temu przeczytałem, to nie zauważyłem :). Pozdr.

Tak też sobie pomyślałam :)

Coś czego potrzebowałem na przebudzenie. Może w wolnej chwili wymyślą jakiś transfer umiejętności bo chętnie wziąłbym kawałek Twojej wspaniałej wyobraźni, aby mi pomogła w życiu i pracy :) 

Za chwilę zabieram się za resztę.

 

 

Viper, dziękuję bardzo za miłe słowa :) Tylko z wyobraźnią różnie bywa… Ja niestety czasem odnoszę wrażenie, że bardziej mi w życiu przeszkadza niż pomaga, ale zawsze to jakaś furtka do “lepszego” świata, kiedy ten tutaj za bardzo daje w kość :) 

Miłego dnia :)

Katiu, droga, katiu. Nie zdążyłam przeczytać wszystkich komentarzy, więc może się powtórzę. 

Łał! Naprawdę ŁAŁ!

Z tajemniczego świata śmierdzącego truskawkowym aromatem, powoli wprowadzasz czytelnika w coraz mroczniejszy świat. Obrazowo, pięknie skonstruowanymi opisami przedstawiasz ten świat, który może nastać w niedalekiej przyszłości. W niemalże pojedynczych zdaniach zawierasz wiele informacji o tym świecie – zapłodnienia in vitro, traktowanie robotów jak ludzi, eksperymenty…

Pierwszoosobowa narracja sprawiła, że weszłam w skórę Eli, widziałam wszystko jej oczami, a nawet odczuwałam to, co ona. Naprawdę, łał!

Podobnie jak Tsole, rzucił mi się w oczy ten fragment:

 

“Technologia. Człowiek był wielki i podporządkował sobie Ziemię. Człowiek miał zadziwiający mózg. Człowiek tworzył. Człowiek świrował. Człowiek marząc o coraz większej wielkości, malał.”

 

To jest naprawdę dobre. 

Świetnie wykreowałaś postać profesora, jest tak popieprzony i nierealny, ale mi się to podoba.

Ogólnie, jestem przekonana, że pisałaś to natchniona, bowiem nie potrafię sobie wyobrazić, jak można w tak genialny sposób napisać coś tak absurdalnego. Czytałam i sama poddałam się takiemu dziwnemu upojeniu.

To opowiadanie jest jak sen, bardzo niepokojący sen. 

Świetne!

Sara… – jest mi niezmiernie miło, że opowiadanie tak bardzo Ci się spodobało :) Nie spodziewałam się od nikogo tak pozytywnego komentarza :)

 

“Ogólnie, jestem przekonana, że pisałaś to natchniona…”

 

Hm… chyba rzeczywiście pisałam ten tekst w “dziwnym” stanie umysłu – tak czy inaczej, nie biorę żadnych “dragów” ;)

 

Dziękuję bardzo za nominację, a przede wszystkim za miłe słowa :) Trzymaj się ciepło :)

O dragi nie podejrzewam. Ja ten stan nazywam “uduchowieniem”. ;)

“Uduchowienie” – podoba mi się :):):)

To prawie jak “opętanie przez ducha”. Ja bym się zastanowiła, czy mi się podoba… ;-)

Babska logika rządzi!

 

Przez takiego dobrego duszka może być… :):):)

 

 

 

No, nie wiem… Nie każdemu duchowi Kacper. ;-)

Babska logika rządzi!

No, tak, pewnie mnie, po treści moich tekstów wnioskując, nawiedzają trochę mniej sympatyczne stwory ;)

Mnie z kolei najbardziej ujęło to zdanie:

Przeszłość stawała się przyszłością, a teraźniejszość upodobniła się do ślimaka o głowie barana.

 

Bardzo niepokojące opowiadanie, z pewnością zapadające w pamięć. Świetnie działa na wyobraźnię różnymi wrażeniami zmysłowymi – przede wszystkim ciekawym doborem barw, ale i dźwiękami, zapachami, fakturami. Ten tekst naprawdę się czuje. Takie “przeciążenie bodźcami” ciekawie też kontrastuje (a czasami współgra) z opisaną przez Ciebie rzeczywistością, nieprzyjazną i sterylną.

To taki typ opowiadania, które raczej sygnalizuje niż wyjaśnia, co z fabularnego punktu widzenia może pozostawiać pewien niedosyt. Tekst dużo zyskuje natomiast, kiedy czyta się go jako pewną wizję świata czy człowieka. Albo kiedy po prostu się go przeżywa.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Black_cape – dziękuję bardzo za wizytę i komentarz. Bardzo mi miło, że oceniasz na plus warstwę – hm, nie wiem, jak ją określić – emocjonalną?, estetyczną?, obrazową?, a odnośnie fabuły, hm, chyba niestety z tym u mnie coraz gorzej, ale może kiedyś uda mi się te dwa elementy z sukcesem połączyć :)

Pozdrawiam serdecznie.

Wpadam tak mocno po czasie, ale zawsze z komentarzem.

Zawsze w Twoich tekstach podziwiam odmalowanie uczuć przez opisy, przymiotniki, proste zdania bohatera. To niemal znak rozpoznawczy Twoi tekstów. Nie inaczej jest tym razem – okraszasz sytuację bohaterki klimatem i emocjami, ukazujesz mroczną stronę kontaktu z technologią, podkreślając raz to brud, raz sterylność.

Sama wizja niczego sobie, raczej to wymówka do ukazywania emocji. A te wychodzą Ci jak zawsze dobrze :) Tak więc koniec końców jestem kontent z koncertu fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan – dziękuję bardzo za wizytę i komentarz, i miło mi, że opowiadanie Ci się spodobało :) Pozdrawiam serdecznie.

Ciekawe opowiadanie i niezłe technicznie. Ale nie zdobyłem się na nominację.

Najbardziej brakuje mi jakiegoś wiodącego motywu – jest ich kilka, jedne pokazane bezpośrednio, inne alegoryczne, ale nie wiem co jest clue tej opowieści: zbrodniczy eksperyment, rozkład więzi społecznych, robotyzacja ludzi i humanizacja robotów, czy symbolika zmiany/twardnienia skóry. Te ostatnie pomysły są ciekawsze, ale ich wychwycenie wymaga dobrej woli czytelnika, a na tę autor nie powinien z góry liczyć ;) Sprawę gmatwa zakończenie, retoryczne pytanie dotyczące zemsty, które nie domyka, ani nie uwypukla żadnego z ukrytych wątków i, prawdę mówiąc, osłabia wymowę opowiadania, bo przecież wiadomo, kto jest odpowiedzialny za eksperyment. Postawiłbym na zakończenie bardziej statyczne – odjazd kamery i pokazanie siedzących na przeciw siebie, teraz tak podobnych, Eli i Bilotki.

Zwróciłem jeszcze uwagę na zmiany dynamiki, w moim odczuciu nie do końca naturalne (np. Wszystko szło jak po maśle, aż do…). Podobnie we fragmencie, gdy Bartek zaczyna się dusić w aucie – brakuje mi emocji bohaterki (a to przecież jedna z Twoich najmocniejszych broni) – wprowadzenie zamiast nich chłodnej kalkulacji dotyczącej drogi do szpitala niepotrzebnie studzi narrację. Czepiał się też będę “doktorka” – to słowo, które infantylizuje przeciwnika, łamie klimat.

Szacunek za motyw z zapachem truskawek. Dobrze, że już po sezonie, może zdołam zapomnieć do przyszłego roku ;) I w ogóle za piękne fragmenty introspekcji. Nauczyłem się przy tym nowego słowa “chamois”.

Cobold – dziękuję bardzo za przeczytanie i cóż, chyba ze wszystkimi Twoimi uwagami muszę się zgodzić. W moim odczuciu opowiadanie wyszło trochę chaotyczne i to zarówno w warstwie emocjonalnej, merytorycznej, logicznej, strukturalnej… chyba w każdej :)

Tak czy inaczej dziękuję za komentarz i życzę miłego dnia :)

i cóż, chyba ze wszystkimi Twoimi uwagami muszę się zgodzić.

 

Ejże, zrobiłaś pierwszy krok, nie usuwając opowiadania. Czas na krok drugi – przestać zgadzać się ze wszystkimi komentarzami ;)

O, to juz bardzo powazne wyzwanie :):):) Ale zobaczymy… ;)

Udanego wieczoru :)

 zastosować maskę

Trochę mnie to zbiło z tropu, bo stosuje się raczej maseczkę kosmetyczną. Chciałaś uniknąć powtórzenia?

 Lampki na każdej stacji świeciły się na limonkowo.

"Się"? A sio :)

 fetor był tu znacznie mniejszy

Może jednak słabszy?

okno, na którym

Okno w komputerze, więc widziała w nim.

lekko eozynowy odcień

Hmm. Nie wiem, czy to dla każdego będzie zrozumiałe, ja musiałam się zastanowić.

 wyciągnął w moim kierunku swoją dłoń

Zbędny zaimek.

 z tą swoją elektroniczną zmiotką, wyglądałby

Tu bym nie dawała przecinka.

tak jak

Tak, jak.

brzmiał na mocno podenerwowanego

"Brzmiał" nie należy do tej samej kategorii semantycznej, co “wyglądał”, niestety – zamienianie ich robi dziwne wrażenie.

 zamroziło się

Gdybyś dała "zamarzło", nie powtórzyłoby się "się".

 wydał z siebie piszczący dźwięk

To Bartek zapiszczał, nie dźwięk :)

 z pewnością niewróżące nic dobrego,

Za dużo, rozmywasz mocny obraz.

 muszę, jak najszybciej

Bez przecinka.

 Znajdowałam się na wysokości drugiego piętra przylegającego do ulicy apartamentowca, starając się nie wykonywać żadnych ruchów,

Hmm.

 potrzebne do fizjologicznej egzystencji, biologiczne substancje

Bez przecinka, to wszystko określa "substancje".

 pseudoszklanej. olbrzymiej probówce

Przecinek zmutował w kropkę :)

 rozróżniać dzień od nocy

Odróżniać.

 powiedz mi chociaż dlaczego

Powiedz mi chociaż, dlaczego.

 opierał się, by wyjawić tajemnicę

Hmm.

 że to ile wiem

Że to, ile wiem.

 upasiona krzyżówka mopsa

Spasiona.

 Zaczęły nieprzyjemnie szczypać mnie policzki.

Szyk: Policzki zaczęły nieprzyjemnie szczypać.

 Zaczęłam wyobrażać sobie stromą górę

Sobie wyobrażać.

Jedynie ja

Dałabym tu raczej "tylko", niż "jedynie".

 Światem rządziła ironia.

A kiedy przestała?

 wrócić po ciała albo, by po prostu zniszczyć dowody

Wrócić po ciała, albo po prostu, by zniszczyć dowody.

po drugiej stronie fabryki

Hmm. Sama nie wiem.

 a inne wydawało mi się

Tu potrzeba jakiegoś łącznika, choćby myślnika.

 No i co, chyba najgorsze

No i, co chyba najgorsze.

 oblepiającego ramię zbierające

Dwa ące obok siebie.

ja muszka

Tu też brak łącznika, np.: ja – muszka.

 ale ja też zostałam ich pozbawiona.

Ale – skąd nagle taki wniosek? I za chwilę go podważasz.

 

Kurczę, to już koniec? Argh, co było dalej! I jak Ty to robisz, że koniec sprowadzony na świat przez ludzką głupotę i samowolę wyszedł Ci taki… ładny. No, ładny, kurczę, nie tyle w warstwie fabularnej, co w tym szkiełku, przez które ją pokazujesz. Uch, zazdrość. Szkoda tylko, że stawiasz pytania, a nie dajesz ani jednej odpowiedzi. Brakuje spójnego systemu – ale to już Ci wytknięto.

(Wiedziałam, że truskawki są złe :D)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnina, dziękuję bardzo za przeczytanie i wyłapanie różnego rodzaju błędów i niezgodności. W wolnej chwili spróbuję je skorygować. I tak, oczywiście się zgadzam, że warstwa fabularna… No cóż, trochę się rozjechała. Na razie robię sobie przerwę w pisaniu opowiadań, no chyba, że wpadnę na jakiś dobry i spójny pomysł, bo takie tworzenie “ładnych opisów” mi samej już się odrobinę znudziło :)

Pozdrawiam serdecznie. 

 

Ps. Większość usterek poprawiona :) Jeszcze raz bardzo dziękuję za korektę :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

smileyheartsmiley

 

 

Znalezione obrazy dla zapytania virtual hug

 

:)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Słodkie :):):)

To jest słodkie:

:D

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

I truskawkowe… Mhm :)

O, nie, truskawki zła przejęły Internet XD

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nowa Fantastyka