- Opowiadanie: tsole - Demon Maxwella

Demon Maxwella

Opo­wia­da­nie opu­bli­ko­wa­ła Nowa Fan­ta­sty­ka w nu­me­rze 09/2013. Umiesz­czam je tutaj ku pa­mię­ci śp. Ma­cie­ja Pa­row­skie­go, który był jed­nym z pierw­szych jego czy­tel­ni­ków i do­ce­nił po­ten­cjał w nim tkwią­cy. Rów­no­cze­śnie pra­gnę pu­blicz­nie po­dzię­ko­wać p. Mi­cha­ło­wi Cet­na­row­skie­mu za współ­pra­cę i su­ge­stie, które zna­czą­co uatrak­cyj­ni­ły ten tekst.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Demon Maxwella

– Pan Tho­mas Alba?

– Tak.

Pa­trzył na mnie jak na in­tru­za, byłem jed­nak zde­ter­mi­no­wa­ny, bo sporo mnie kosz­to­wa­ło do­tar­cie tutaj. Naj­pierw pod­li­zy­wa­nie się pro­fe­so­ro­wi, żeby pod­pi­sał wnio­sek o udział w pre­sti­żo­wym sym­po­zjum, potem że­bra­nie o każdy cent na de­le­ga­cję, wresz­cie teraz, na ban­kie­cie, la­wi­ro­wa­nie w tłu­mie, żeby, niby to przy­pad­kiem, zna­leźć się obok no­bli­sty. Nie mia­łem jed­nak wy­bo­ru, bo nie zna­łem ni­ko­go, kto mógł­by mnie przed­sta­wić…

– Bar­dzo miło mi pana po­znać. Je­stem Bar­tosz Ce­liń­ski, fizyk z Kra­ko­wa.

Twarz no­bli­sty roz­ja­śni­ła się. Za­krzyk­nął po pol­sku:

– Ach, Kra­ków, moja mi­łość! Witam pana.

– Czy zna­la­zł­by pan chwi­lę czasu dla mnie? Jakiś kwa­dran­sik?

– Oba­wiam się, że nie bę­dzie to moż­li­we. – Uśmiech na­tych­miast znik­nął z jego twa­rzy. – Wy­ba­czy pan. – Zro­bił ma­newr cia­łem, chcąc mnie wy­mi­nąć.

– Fran­ci­szek Ku­de­la – po­wie­dzia­łem pół­gło­sem.

Znie­ru­cho­miał. Chwi­lę świ­dro­wał mnie wzro­kiem.

– Pan po­zwo­li za mną.

Opu­ści­li­śmy salę ban­kie­to­wą, la­wi­ru­jąc po ko­ry­ta­rzach. Szedł szyb­ko, nie in­te­re­su­jąc się, czy na­dą­żam. Skrę­cił w prawo, w lewo, znów w prawo, wresz­cie przy­sta­wił kartę zbli­że­nio­wą do czyt­ni­ka drzwi i ener­gicz­nym ge­stem za­pro­sił mnie do środ­ka. Pokój był skrom­ny, przy­ciem­nio­ny. Nie za­pa­la­jąc świa­tła, Alba pod­szedł do barku, wy­cią­gnął jakiś tru­nek, na­peł­nił dwie szkla­necz­ki i bez słowa po­sta­wił jedną przede mną. Skosz­to­wa­łem – whi­sky.

Pi­li­śmy w mil­cze­niu. Nieco za­sko­czo­ny prze­bie­giem wy­da­rzeń, nie mia­łem po­my­słu, jak ro­ze­grać tę par­tię, żeby nie zmar­no­wać oka­zji. Mil­cza­łem więc – ra­czej z po­wo­du tej roz­ter­ki niż z pre­me­dy­ta­cji. Alba ode­zwał się pierw­szy.

– Przy­słał pana?

– Nie wie nawet, że tu je­stem.

Znów za­pa­dło mil­cze­nie. Może on też wahał się, jaką tak­ty­kę przy­jąć.

– Jak się po­zna­li­ście? – spy­tał po dłuż­szej chwi­li.

Opo­wie­dzia­łem mu całą hi­sto­rię.

 

***

 

Fran­cisz­ka Ku­de­lę po­zna­łem przy­pad­ko­wo: są­czy­łem piwo w ogród­ku ulu­bio­nej pi­wiar­ni „Czar Bursz­ty­nu” i roz­glą­da­jąc się bez celu, zo­ba­czy­łem go, jak prze­szu­ku­je po­jem­ni­ki na śmie­ci. W znisz­czo­nym swe­trze i nar­ciar­ce na gło­wie spra­wiał wra­że­nie, jakby żar się go nie imał. Pa­trzy­łem na zgar­bio­ną po­stać w po­pla­mio­nych spodniach, sfa­ty­go­wa­nych adi­da­sach, i ogar­nę­ło mnie współ­czu­cie. Gdy więc wsu­nął do szma­cia­nej sakwy ja­kieś reszt­ki, przy­wo­ła­łem go dys­kret­nie i za­py­ta­łem, czego po­trze­bu­je. Spoj­rzał zmę­czo­nym wzro­kiem i po­krę­cił prze­czą­co głową.

– Może cho­ciaż da się pan na­mó­wić na piwo? Na taki skwar piwo jest w sam raz!

Przez mo­ment wahał się, lecz kiw­nął głową ocię­ża­le, jakby z re­zy­gna­cją. Przy­siadł na­prze­ciw mnie. Ski­ną­łem na kel­ne­ra – nie wy­glą­dał na za­do­wo­lo­ne­go, lecz przy­niósł dwa pełne kufle. Ocze­ki­wa­łem, że mój nowy zna­jo­my rzuci się z łap­czy­wo­ścią na orzeź­wia­ją­cy napój – nic z tego. Ob­ra­cał nie­uf­nie kufel w dło­niach, jakby żywił po­dej­rze­nie, że za­mie­rzam go otruć. Wresz­cie siorb­nął nie­wiel­ki ły­czek, wy­tarł pianę z oka­la­ją­ce­go wargi buj­ne­go za­ro­stu i znów zajął się lu­stra­cją płynu.

My­śla­łem o nie­spra­wie­dli­wo­ści losu: jed­nym ser­wu­je kasę, sławę, po­wo­dze­nie, in­nych do­świad­cza ubó­stwem. Na­tych­miast za­re­ago­wał we­wnętrz­ny ad­wer­sarz: „A skąd wiesz, czy nie jest to ubó­stwo z wy­bo­ru? W końcu klo­szar­dzi ponoć cza­sem tak mają”. Facet pił piwo ma­ły­mi łycz­ka­mi i nie wy­ka­zy­wał za­in­te­re­so­wa­nia moją osobą. Czu­łem się skrę­po­wa­ny.

– Za­pa­li pan? – Wy­cią­gną­łem pacz­kę ca­me­li. Spoj­rzał ła­ko­mie, lecz na­tych­miast na twarz po­wró­ci­ła re­zy­gna­cja.

– Dzię­ku­ję panu, ale mój limit fartu na dzi­siaj jest już wy­czer­pa­ny.

– Limit fartu? Kto go panu wy­zna­cza? – spy­ta­łem roz­ba­wio­ny.

– Demon Ma­xwel­la – mruk­nął.

Za­in­try­go­wa­ny po­sta­no­wi­łem nie ujaw­niać swej pro­fe­sji i grać igno­ran­ta w dzie­dzi­nie fi­zy­ki.

– Kto w tych cza­sach wie­rzy w de­mo­ny?

W jego oczach po­ja­wił się błysk.

– Ra­cjo­na­li­sta? – spy­tał, lecz nie było w tym iro­nii.

– Po­wiedz­my – od­par­łem. – Li­zną­łem tro­chę de­mo­no­lo­gii, lecz o tym de­mo­nie… Ma­xwel­la nie sły­sza­łem.

– Bo on jest z fi­zy­ki, nie de­mo­no­lo­gii. Wie pan, kto to był Ma­xwell?

– Pa­mię­tam z li­ceum… facet od elek­tro­ma­gne­ty­zmu? Ja­kieś słyn­ne rów­na­nia…

– Ow­szem, ale zaj­mo­wał się także ter­mo­dy­na­mi­ką. I tu za­sły­nął jako twór­ca de­mo­na Ma­xwel­la.

– Twór­ca? Jak można stwo­rzyć de­mo­na?

– W eks­pe­ry­men­cie my­ślo­wym.

– Fi­zy­cy robią takie rze­czy?

– Tak, jeśli prze­pro­wa­dze­nie nor­mal­ne­go eks­pe­ry­men­tu jest moż­li­we tylko teo­re­tycz­nie.

– Aha, takie gdy­ba­nia? Jakoś kłóci mi się ze zdro­wym roz­sąd­kiem wpro­wa­dza­nie de­mo­na do eks­pe­ry­men­tów fi­zycz­nych, nawet tylko my­ślo­wych… – pod­pusz­cza­łem roz­mów­cę coraz śmie­lej, wi­dząc, że słab­nie jego skrę­po­wa­nie i nie­uf­ność.

– Ma­xwell wy­my­ślił de­mo­na ma­ją­ce­go una­ocz­nić sens fi­zycz­ny dru­giej za­sa­dy ter­mo­dy­na­mi­ki – roz­po­czął z ma­nie­rą wy­kła­dow­cy. – Za­sa­da ta głosi, że w do­wol­nym pro­ce­sie za­cho­dzą­cym w ukła­dzie ter­mo­dy­na­micz­nie izo­lo­wa­nym en­tro­pia nigdy nie ma­le­je.

– En­tro­pia?

– En­tro­pia to mier­nik upo­rząd­ko­wa­nia ukła­du. Im jest więk­sza, tym po­rzą­dek mniej­szy – tłu­ma­czył cier­pli­wie. Za­cie­ka­wiał mnie coraz bar­dziej. „Kim on jest, u dia­bła?”. – Niech pan sobie wy­obra­zi na­czy­nie, do któ­re­go ktoś wsy­pał kulki, naj­pierw białe, potem czar­ne – kon­ty­nu­ował. – W takim upo­rząd­ko­wa­nym ukła­dzie en­tro­pia jest mała. Gdy pan po­trzą­śnie na­czy­niem i kulki się wy­mie­sza­ją, en­tro­pia wzro­śnie.

– Ro­zu­miem, ale co to ma do…

– Cier­pli­wo­ści. Po­wiedz­my, że wlewa pan do na­czy­nia wodę – naj­pierw zimną potem go­rą­cą. Co się sta­nie po pew­nym cza­sie?

– Woda bę­dzie let­nia.

– Słusz­nie. A teraz pro­szę sobie wy­obra­zić, że wlewa pan do na­czy­nia wodę let­nią. Czy jest moż­li­we, że po pew­nym cza­sie jej czą­stecz­ki sa­mo­rzut­nie się upo­rząd­ku­ją – zimne na dole, go­rą­ce na górze?

– Ależ to ab­surd!

– No wła­śnie. Żaden układ ter­mo­dy­na­micz­nie izo­lo­wa­ny nie może zmniej­szać swo­jej en­tro­pii. Ale fi­zy­cy są do­cie­kli­wi i ba­da­ją, czy to, co ab­sur­dal­ne, na­praw­dę jest nie­moż­li­we. Przy­kła­do­wo Ol­bers był cie­kaw, czy ob­li­cze­nia po­twier­dzą fakt, że niebo jest ciem­ne. Po­ra­cho­wał i wy­szło mu, że nie po­twier­dza­ją! Zgod­nie z ów­cze­sną wie­dzą ko­smo­lo­gicz­ną, wedle któ­rej Wszech­świat był nie­skoń­czo­ny i jed­no­rod­ny, niebo po­win­no świe­cić nie­skoń­czo­nym bla­skiem! Na­zy­wa się to pa­ra­dok­sem Ol­ber­sa. Ale mniej­sza z tym – dodał, wi­dząc mój uśmie­szek, który błęd­nie zin­ter­pre­to­wał jako wyraz za­gu­bie­nia. – Po­dob­nie Ma­xwell za­sta­na­wiał się, czy takie upo­rząd­ko­wa­nie czą­stek na „zimne” i „go­rą­ce”, ści­ślej: po­ru­sza­ją­ce się wol­niej i szyb­ciej, bo tem­pe­ra­tu­ra za­le­ży od ener­gii ki­ne­tycz­nej czą­stek – jest ab­sur­dal­ne. Wy­my­ślił więc eks­pe­ry­ment my­ślo­wy z isto­tą po­tra­fią­cą po­dą­żać za każdą mo­le­ku­łą z osob­na, która sor­to­wa­ła­by te czą­stecz­ki.

– Aha, i to jest ten demon? A jak on to robi?

– Niech sobie pan wy­obra­zi, że nasze na­czy­nie jest po­dzie­lo­ne na dwie czę­ści – na­zwij­my je A i B – prze­gro­dą, w któ­rej znaj­du­je się mały otwór. Nasz demon, zdol­ny wi­dzieć po­je­dyn­cze czą­stecz­ki, otwie­ra i za­my­ka ten otwór tak, aby prze­pusz­czać tylko szyb­sze czą­stecz­ki z A do B i tylko wol­niej­sze z B do A. Bę­dzie on zatem, bez wy­dat­ko­wa­nia pracy, zwięk­szał tem­pe­ra­tu­rę w czę­ści B i zmniej­szał w czę­ści A, a to stoi w sprzecz­no­ści z dru­gim pra­wem ter­mo­dy­na­mi­ki!

Po­sta­no­wi­łem prze­rwać ma­ska­ra­dę.

– Nie­zu­peł­nie. Szilárd i Bril­lo­uin wy­ka­za­li, że demon Ma­xwel­la mu­siał­by wy­dat­ko­wać ener­gię na do­ko­ny­wa­nie po­mia­ru pręd­ko­ści czą­ste­czek. Źró­dło tej ener­gii by­ło­by rów­nież czę­ścią tego ukła­du. Demon zmniej­szył­by en­tro­pię w zbior­ni­ku, ale od­by­ło­by się to kosz­tem wzro­stu en­tro­pii jego źró­dła ener­gii i bi­lans en­tro­pii ca­łe­go ukła­du nadal po­zo­sta­wał­by do­dat­ni.

Za­po­wie­trzył się. Wi­docz­ne w oczach za­sko­cze­nie prze­cho­dzi­ło we wście­kłość. Od­sta­wił kufel i ru­szył ku wyj­ściu.

– Ależ pro­szę pana! – za­wo­ła­łem. – Pro­szę nie od­cho­dzić! Cze­kam na wy­ja­śnie­nie, jaki zwią­zek ma demon Ma­xwel­la z pań­skim far­tem!

Nie słu­chał mnie. Szyb­ko wmie­szał się w tłum.

Nie po­bie­głem za nim, świa­dom, że i tak nic wię­cej teraz od niego nie usły­szę. Li­cząc na to, że jesz­cze kie­dyś za­wę­dru­je w tę oko­li­cę, od­wie­dza­łem „Czar Bursz­ty­nu” czę­ściej. Ode­zwa­ła się we mnie żyłka na­ukow­ca – nie po­wiem, mój roz­mów­ca mnie za­cie­ka­wił. Lecz minął ty­dzień, dwa, mie­siąc – i nic. Już stra­ci­łem na­dzie­ję, gdy pew­ne­go po­po­łu­dnia kel­ner wrę­czył mi zwi­nię­tą kar­tecz­kę.

– Ktoś przy­niósł wia­do­mość dla pana. To od tego włó­czę­gi, któ­re­mu kie­dyś po­sta­wił pan piwo.

Z tru­dem prze­czy­ta­łem po­spiesz­nie na­ba­zgra­ne zda­nie: „Pro­szę przyjść – ruiny fortu opo­dal Nad­wi­ślań­skiej (za krza­kiem bzu, po lewej)”.

We­zwa­łem tak­sów­kę. Kie­row­ca, usły­szaw­szy adres, zlu­stro­wał mnie uważ­nie. Oglę­dzi­ny mu­sia­ły jed­nak wy­paść ko­rzyst­nie.

– Tylko niech pan wróci stam­tąd przed zmro­kiem, do­brze radzę.

Oko­li­ca nie wy­glą­da­ła za­chę­ca­ją­co. Nie są­dzi­łem, że w moim pięk­nym mie­ście są jesz­cze tak za­nie­dba­ne miej­sca.

Mój ta­jem­ni­czy klo­szard miesz­kał w klit­ce, która nie miała nawet drzwi; wej­ście było prze­sło­nię­te sta­rym ple­dem. Gdy oczy przy­wy­kły do pa­nu­ją­cej we­wnątrz ciem­no­ści, zo­ba­czy­łem go: leżał na bar­ło­gu z nogą w gip­sie spo­czy­wa­ją­cą na pry­mi­tyw­nym wy­cią­gu.

– Co się stało? – spy­ta­łem za­sko­czo­ny.

Po­pa­trzył zna­nym mi już zre­zy­gno­wa­nym spoj­rze­niem.

– Wy­glą­da na to, że moja dzien­na por­cja fartu zo­sta­ła ogra­ni­czo­na – mruk­nął.

– Dla­te­go mnie pan we­zwał? Po­trze­bu­je pan po­mo­cy? Pie­nię­dzy?

– Nie, dzię­ku­ję. Wbrew temu, co mówią o tej dziel­ni­cy, są tu życz­li­we dusze. Za­pro­si­łem pana, bo zde­cy­do­wa­łem się prze­rwać mil­cze­nie, choć nie wiem, jaką cenę przyj­dzie mi za to za­pła­cić.

– Ro­zu­miem… to zna­czy nie ro­zu­miem. Dla­cze­go się pan zde­cy­do­wał? Jakie mil­cze­nie? I dla­cze­go ja?

– Bo chyba jest pan fi­zy­kiem?

– Tak. Bar­tosz Ce­liń­ski – przed­sta­wi­łem się.

– Fran­ci­szek Ku­de­la. An­tro­po­log. Były an­tro­po­log – po­pra­wił się, po­da­jąc mi rękę. Uści­sną­łem ją nie­zgrab­nie.

– Jak na an­tro­po­lo­ga jest pan nie­źle ob­cy­ka­ny z fi­zy­ki.

Uśmiech­nął się oszczęd­nie.

– Prze­pra­szam za tamtą ście­mę w barze – do­da­łem.

– Dro­biazg, dałem się na­brać. Nie pierw­szy raz. Nie­fart to nie­fart, pro­szę pana.

– Jed­nak za­pro­sił mnie pan.

– Ow­szem, bo nie mam innej opcji. Tutaj, jak po­wie­dzia­łem, są życz­li­we dusze, ale – chyba się pan do­my­śla – z wy­kształ­ce­niem nie jest naj­le­piej.

– No to już wiem, dla­cze­go ja… ale wciąż nie wiem, o co cho­dzi.

– Zde­cy­do­wa­łem się wszyst­ko panu po­wie­dzieć, bo za­mie­rzam pod­jąć dzia­ła­nia, które mogą się dla mnie źle skoń­czyć. Chciał­bym, żeby ktoś prze­jął moją wie­dzę, może ją za­go­spo­da­ro­wał… Czy zga­dza się pan?

– Pro­po­nu­je pan kota w worku? Na co mam się zgo­dzić? Nic nie wiem, ni­cze­go nie ro­zu­miem. Co an­tro­po­log ma do de­mo­na Ma­xwel­la? I co demon Ma­xwel­la ma do fartu?

– Po kolei. Jako an­tro­po­log in­te­re­so­wa­łem się dzie­dzi­ną, którą można na­zwać fe­no­me­no­lo­gią szczę­ścia.

– O co w niej cho­dzi? Bo pach­nie mi to na­uko­wym ba­na­łem.

– W życiu mamy do czy­nie­nia z ta­ki­mi zda­rze­nia­mi, które od nas za­le­żą, i z ta­ki­mi, na które nie mamy wpły­wu. Te dru­gie two­rzą prze­strzeń zda­rzeń lo­so­wych, które, obok na­szych wy­bo­rów, współ­two­rzą hi­sto­rie jed­no­stek i ca­łych spo­łecz­no­ści. Nie jest więc praw­dą, że każdy jest ko­wa­lem swego losu.

– Czyli jed­nak banał – mruk­ną­łem.

– Sama ob­ser­wa­cja ow­szem, banał, po­dob­nie jak ciem­ne niebo w pa­ra­dok­sie Ol­ber­sa. Lecz niech pan po­my­śli: skoro mamy do czy­nie­nia ze zda­rze­nia­mi lo­so­wy­mi, to po­win­ny one pod­le­gać pra­wom pro­ba­bi­li­sty­ki. Tym­cza­sem tak nie jest.

– Co pan przez to ro­zu­mie?

– To, co też jest po­wszech­nie zna­nym tru­izmem: roz­kład do­ty­ka­ją­cych nas zda­rzeń do­brych i złych nie jest sy­me­trycz­ny. Jakiś afo­ry­sta po­wie­dział, że spra­wie­dli­wość wy­stę­pu­je tylko w słow­ni­ku wy­ra­zów ob­cych. Nie­trud­no za­uwa­żyć, że jej bi­lans na tym łez pa­do­le nie jest za­mknię­ty: jed­nych los do­świad­cza bar­dzo su­ro­wo, in­nych trak­tu­je z nie­zwy­kłą ła­god­no­ścią. Nasze po­czu­cie spra­wie­dli­wo­ści krzy­czy w bez­sil­nym bun­cie, gdy łaj­dak i szu­bra­wiec opły­wa w do­stat­ku, służy mu zdro­wie, łask nie skąpi for­tu­na, a innym, po­czci­wym i uczci­wym, „wiatr cią­gle w oczy”.

– Dla wielu to powód do wiary w Boga i w życie po­za­gro­bo­we – wtrą­ci­łem. – Uwa­ża­ją, że nie­do­mknię­cie bi­lan­su spra­wie­dli­wo­ści by­ło­by non­sen­sow­ne – zwłasz­cza wobec nie­ska­zi­tel­nej lo­gi­ki świa­ta, którą od­kry­wa­ją nauki przy­rod­ni­cze. Mówią więc: za­miast non­sen­su wolę przy­jąć sens, który do­ma­ga się za­mknię­cia tego bi­lan­su. Stąd wiara w „tam­ten świat”, jego po­dział na pie­kło i niebo.

– Ja nie roz­wa­żam tego w ka­te­go­riach sensu czy jego braku, tylko zja­wi­ska jako ta­kie­go – za­opo­no­wał. – Asy­me­tria, o któ­rej mówię, jest fak­tem ob­ser­wo­wa­nym, po­dob­nie zresz­tą jak inny fe­no­men: dobra czy zła passa. Ob­ser­wu­je­my go na przy­kład w grach ha­zar­do­wych, gdzie me­cha­ni­zmy pro­ba­bi­li­stycz­ne są na po­rząd­ku dzien­nym.

– Ma pan na myśli po­ke­ra, ru­let­kę? A wziął pan pod uwagę szu­le­rów czy spry­cia­rzy sto­su­ją­cych różne sztucz­ki?

– Oczy­wi­ście, że są takie przy­pad­ki, lecz nie tłu­ma­czą wszyst­kich ob­ser­wo­wa­nych od­chy­leń od sta­ty­stycz­nej normy. A skoro tak, nie mo­że­my tych zja­wisk uwa­żać za czy­sto lo­so­we. Ana­lo­gicz­nie do ter­mo­dy­na­mi­ki, można po­wziąć po­dej­rze­nie, że tutaj też funk­cjo­nu­je jakiś „demon” dys­try­bu­ują­cy dobre i złe zda­rze­nia.

– Ach tak! Spryt­ne! Tylko jak on funk­cjo­nu­je? Jak sobie wy­bie­ra far­cia­rzy i pe­chow­ców? Może ci pierw­si płacą mu ja­kieś ła­pów­ki, ha­ra­cze?

– Pro­szę pana, iro­ni­zo­wa­nie nie jest me­to­dą ra­cjo­nal­nej ar­gu­men­ta­cji – po­wie­dział spo­koj­nie, ale sta­now­czo. – Jako fizyk po­wi­nien pan o tym wie­dzieć.

– A pan jako na­uko­wiec po­wi­nien pa­mię­tać o brzy­twie Ockha­ma – od­pa­ro­wa­łem.

– Były na­uko­wiec – przy­po­mniał z nutką go­ry­czy. – Asy­me­tria dys­try­bu­cji zda­rzeń, które mamy za lo­so­we, jest aż nadto wi­docz­na w całej an­tro­po­ge­ne­zie i musi ist­nieć ja­kieś wy­ja­śnie­nie. Demon jest tu oczy­wi­ście po­ję­ciem sym­bo­licz­nym, abs­trak­cyj­nym, po­dob­nie jak ten w ter­mo­dy­na­mi­ce. Prze­pra­szam, czy mógł­by pan za­pa­rzyć her­ba­tę? Ko­bie­ta, która mi teraz po­ma­ga, naj­wy­raź­niej się spóź­nia…

Za­krząt­ną­łem się, przy­go­to­wu­jąc napój. Za­sko­czy­ło mnie, że Ku­de­la utrzy­mu­je w tej norze wręcz pe­dan­tycz­ny po­rzą­dek. Życie cza­sem prze­ra­sta wy­obraź­nię – w naj­śmiel­szych fan­ta­zjach nie wy­my­ślił­bym, że w ta­kich oko­licz­no­ściach będę pro­wa­dził na­uko­wą dys­pu­tę. Tym­cza­sem on kon­ty­nu­ował:

– Szu­ka­jąc przy­czyn tej asy­me­trii, jako na­uko­wiec już na wstę­pie od­rzu­ci­łem wy­ja­śnie­nia me­ta­fi­zycz­ne. Ro­zu­mie pan – te w ro­dza­ju „Bóg tak chce”.

– Jest pan ate­istą?

– A co to ma do rze­czy? Każdy na­uko­wiec wi­nien w pro­ce­sie po­zna­nia sto­so­wać me­to­do­lo­gię „a-te­istycz­ną” – czyli szu­kać wy­ja­śnie­nia ba­da­ne­go zja­wi­ska bez od­wo­ły­wa­nia się do nad­na­tu­ral­nych przy­czyn, nie sądzi pan?

– Ależ ow­szem, sądzę – mruk­ną­łem, ro­ze­źlo­ny jego dy­dak­tycz­ną ma­nie­rą.

– Tak się zło­ży­ło, że mój ko­le­ga z ławy szkol­nej, To­masz, był fi­zy­kiem. Gdy opo­wie­dzia­łem mu o moich spo­strze­że­niach, szyb­ko za­pa­lił się do po­my­słu szu­ka­nia wy­ja­śnień na grun­cie fun­da­men­tów fi­zy­ki.

– Ma pan na myśli me­cha­ni­kę kwan­to­wą?

– Tak. In­tu­icja pod­po­wia­da­ła mu, że obo­wią­zu­ją­ce w mi­kro­świe­cie me­cha­ni­zmy pro­ba­bi­li­stycz­ne nie po­zo­sta­ją bez związ­ku ze zja­wi­ska­mi lo­so­wy­mi w ma­kro­świe­cie. Że po­ja­wia­ją się na tym po­zio­mie niby ich od­bi­cia.

– W mi­kro­świe­cie rzą­dzą zu­peł­nie inne prawa – za­opo­no­wa­łem. – Efekt tu­ne­lo­wy, kot Schrödin­ge­ra, za­sa­da He­isen­ber­ga, pa­ra­doks EPR…

– To prze­świad­cze­nie za­wdzię­cza­my po­glą­dom na­rzu­co­nym przez szko­łę ko­pen­ha­ską, wedle któ­rej akt ob­ser­wa­cji re­du­ku­je, po­przez ko­laps funk­cji fa­lo­wej, całą zło­żo­ność świa­ta kwan­to­we­go do mie­rzal­nej war­to­ści. A temu mo­je­mu ko­le­dze im­po­no­wał Hugh Eve­rett, który miał od­wa­gę się temu sprze­ci­wić, pro­po­nu­jąc teo­rię wielu świa­tów, opar­tą na za­ło­że­niu, że w akcie ob­ser­wa­cji nie ma żad­ne­go ko­lap­su funk­cji fa­lo­wej, tylko cały wszech­świat roz­sz­cze­pia się na tyle kopii sa­me­go sie­bie, ile po­trze­ba, by zre­ali­zo­wać każdy po­ten­cjal­ny stan su­per­po­zy­cji kwan­to­wej.

– Ale nikt się tą teo­rią tak na­praw­dę nie prze­jął, a sam Eve­rett wy­lą­do­wał w get­cie dzi­wa­ków nauki.

– Po­wiedz­my ra­czej eks­cen­try­ków. Teo­ria Eve­ret­ta nie wzbu­dzi­ła en­tu­zja­zmu przy­pusz­czal­nie z po­wo­du gro­te­sko­wej on­to­lo­gii, po­le­ga­ją­cej na „pro­duk­cji” mul­ti­świa­ta o nie­skoń­czo­nej licz­bie ele­men­tów, co lo­ku­je ją na szczy­cie teo­rii na­ru­sza­ją­cych brzy­twę Ockha­ma. Przy niej moje na­ru­sze­nie to pikuś. Ale to nie ozna­cza, że nie zna­leź­li się kon­ty­nu­ato­rzy. Kil­ka­na­ście lat póź­niej De­Witt i Gra­ham nada­li temu kon­cep­to­wi bar­dziej ele­ganc­ką ma­te­ma­tycz­ną formę. De­Witt po­li­czył, że skoro we­dług obo­wią­zu­ją­cej Ogól­nej Teo­rii Względ­no­ści Ein­ste­ina wszech­świat jest skoń­czo­ny, to licz­ba wszech­świa­tów rów­no­le­głych jest ogrom­na, lecz także skoń­czo­na – rzędu dzie­sięć do po­tę­gi set­nej.

– Nie zaj­mu­ję się tą ga­łę­zią fi­zy­ki, ale czy­ta­łem, że teo­ria mul­ti­świa­ta Eve­ret­ta-De­Wit­ta do­cze­ka­ła się bar­dzo po­waż­nych mo­dy­fi­ka­cji i uzu­peł­nień, do­ko­na­nych także przez Po­la­ka, Woj­cie­cha Żurka, ab­sol­wen­ta kra­kow­skiej AGH, pra­cu­ją­ce­go wów­czas w Los Ala­mos Na­tio­nal La­bo­ra­to­ry…

– Tomek był wła­śnie uczniem Żurka, zanim tam­ten wy­je­chał do Sta­nów!

– Coś po­dob­ne­go – zdzi­wi­łem się szcze­rze.

– Żurek twier­dził, że spo­śród ogro­mu moż­li­wych kwan­to­wych sta­nów wszech­świa­ta naj­więk­sze praw­do­po­do­bień­stwo na za­ist­nie­nie mają stany kla­sycz­ne, naj­ła­twiej prze­wi­dy­wal­ne. Ten pro­ces se­lek­cji sta­nów Żurek na­zwał „sitem prze­wi­dy­wal­no­ści”. Do­brze to poj­mu­ję?

– Mniej wię­cej. Ści­ślej, „sito” po­wo­du­je, że z tej astro­no­micz­nej licz­by moż­li­wych do za­ist­nie­nia wszech­świa­tów re­ali­zo­wa­ne są stany naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ne. To wa­riant czę­sto spo­ty­ka­nej w fi­zy­ce za­sa­dy naj­mniej­sze­go dzia­ła­nia.

– Kon­ty­nu­ując ba­da­nia Żurka nad „sitem prze­wi­dy­wal­no­ści”, Tomek po­szu­ki­wał me­cha­ni­zmu po­zwa­la­ją­ce­go na re­ali­za­cję w mul­ti­świe­cie sta­nów mniej praw­do­po­dob­nych.

– Czyli od­bie­ga­ją­cych od normy?

– Wła­śnie. Zna­lazł hi­po­te­zę fi­zy­ka Jacka Scar­lat­tie­go, z któ­rej wy­ni­ka­ło, że czyn­ni­kiem tym może być świa­do­mość, wy­wo­łu­ją­ca pe­wien ro­dzaj pola bio­gra­wi­ta­cyj­ne­go zdol­ne­go wpły­wać na stan ma­te­rii.

– Ro­zu­miem, że ten wpływ świa­do­mo­ści na wybór sta­nów mniej praw­do­po­dob­nych miał­by tłu­ma­czyć asy­me­trię dys­try­bu­cji zda­rzeń, które uwa­ża­my za lo­so­we? Czyli to świa­do­mość peł­ni­ła­by rolę pań­skie­go de­mo­na Ma­xwel­la? Oba­wiam się jed­nak, że mamy na Ziemi ład­nych kilka mi­liar­dów świa­do­mych osob­ni­ków – gdyby każdy z nich wpły­wał na zda­rze­nia wedle swo­ich po­ja­wia­ją­cych się w my­ślach chęci, ocze­ki­wań, ma­rzeń, w mul­ti­świe­cie za­pa­no­wał­by chaos! To tak, jakby do wozu za­prząc tuzin koni, cią­gną­cych każdy w swoją stro­nę!

– Ma pan rację, ale życie po­ka­zu­je, że nie każde pra­gnie­nie, nie każda myśl po­ja­wia­ją­ca się w świa­do­mo­ści, wy­wie­ra­ją wpływ na stan mul­ti­świa­ta. Dla­cze­go jed­nak nie­któ­re wy­wie­ra­ją? Być może – my­śle­li­śmy – po­trzeb­ny jest jakiś ka­ta­li­za­tor? I tu w su­kurs przy­szła ob­ser­wa­cja an­tro­po­lo­gicz­na.

– Do­praw­dy? Śmia­ły skok – od fi­zy­ki kwan­to­wej do an­tro­po­lo­gii!

– In­ter­dy­scy­pli­nar­ność to po­tę­ga, pro­szę pana. – Ku­de­la po raz pierw­szy się ro­ze­śmiał. – Mó­wiąc o ob­ser­wa­cji an­tro­po­lo­gicz­nej, mam na myśli fe­no­men ta­li­zma­nów – ga­dże­tów ma­ją­cych przy­no­sić wła­ści­cie­lom szczę­ście – i amu­le­tów, które z kolei mają chro­nić przed nie­szczę­ściem.

– I one mia­ły­by być tym ka­ta­li­za­to­rem? Toż to fe­no­me­no­lo­gia za­bo­bo­nu!

– O, to nie jest takie pro­ste! W an­tro­po­lo­gii spo­ty­ka­my sze­reg zja­wisk po­zwa­la­ją­cych twier­dzić, że sto­so­wa­ne prak­ty­ki mają ra­cjo­nal­ne uza­sad­nie­nie, nie­zna­ne tym, któ­rzy je sto­su­ją.

– Na przy­kład?

– Na przy­kład za­sa­dy ko­szer­no­ści, które okre­śla­ją ro­dza­je pro­duk­tów do­zwo­lo­nych do spo­ży­wa­nia tu­dzież wa­run­ki, w ja­kich po­win­ny być pro­du­ko­wa­ne bądź spo­ży­wa­ne. Wy­wo­dzą się one z Pię­ciok­się­gu Moj­że­szo­we­go, Misz­ny oraz Tal­mu­du i są od wie­ków ści­śle prze­strze­ga­ne przez or­to­dok­syj­nych Żydów. Tora nie daje uza­sad­nień tych na­ka­zów i za­ka­zów, ale słusz­ność wielu z nich po­twier­dza­ją wy­mo­gi współ­cze­snej hi­gie­ny, opar­te o wie­dzę w za­kre­sie mi­kro­bio­lo­gii. A prze­cież w tam­tych cza­sach nikt nie miał po­ję­cia o ist­nie­niu drob­no­ustro­jów. Albo lu­do­we zio­ło­lecz­nic­two – też nie jest wy­łącz­nie za­bo­bo­nem, praw­da?

– Coś w tym jest.

– Po­dob­nie w przy­pad­ku ta­li­zma­nów i amu­le­tów. Oczy­wi­ście po od­fil­tro­wa­niu ca­łe­go „szumu” in­for­ma­cyj­ne­go…

– Robił pan takie ana­li­zy?

– Znacz­nie wię­cej! Wraz z Tom­kiem wy­ko­na­li­śmy testy w celu zba­da­nia wpły­wu tych ar­te­fak­tów na od­kształ­ca­nie prze­bie­gu pro­ce­sów kwan­to­wych. Był to nie­zwy­kle żmud­ny pro­ces. Jed­nak po prze­ba­da­niu ty­się­cy przed­mio­tów z roż­nych za­kąt­ków świa­ta udało się nam w końcu wy­se­lek­cjo­no­wać naj­efek­tyw­niej­sze z nich i stwo­rzyć amu­tal. A nawet dwa – po jed­nym dla każ­de­go.

– Amu­tal?

– Tak. Hy­bry­dę. Ga­dżet ma­ją­cy cechy amu­le­tu i ta­li­zma­nu.

– Czyli przy­no­szą­cy szczę­ście i jed­no­cze­śnie chro­nią­cy przed nie­szczę­ściem?

– Do­kład­nie. I to po­sia­da­ją­cy bar­dzo wy­so­ką spraw­ność.

– To zna­czy?

– Okre­śla­li­śmy „wy­daj­ność” amu­le­tów i ta­li­zma­nów jako od­chy­le­nie od naj­bar­dziej praw­do­po­dob­nych sta­nów w mul­ti­świe­cie Żurka. Po­mia­ry do­ko­na­ne na hy­bry­dzie po­ka­za­ły, że jej wy­daj­ność wcale nie była sumą aryt­me­tycz­ną wy­daj­no­ści jej skład­ni­ków. Prze­kra­cza­ła ją nawet o rząd wiel­ko­ści.

– À pro­pos – z ja­kich skład­ni­ków zbu­do­wa­li­ście ten… amu­tal?

– Tego nie po­wiem. Mogę tylko wy­ja­wić, że są to sub­stan­cje wy­eks­tra­ho­wa­ne z praw­dzi­wych amu­le­tów i ta­li­zma­nów, a pro­ces tech­no­lo­gicz­ny ich łą­cze­nia jest nie­zwy­kle zło­żo­ny, wy­ma­ga­ją­cy kosz­tow­ne­go sprzę­tu. Amu­ta­le po­wsta­ły w la­bo­ra­to­rium uczel­ni, gdzie pra­co­wał Tomek.

– Dzia­ła­ły zgod­nie z wa­szy­mi ocze­ki­wa­nia­mi?

– Ow­szem. Nie­ste­ty nawet bar­dziej, niż się spo­dzie­wa­li­śmy.

– Nie­ste­ty?

– No nie­ste­ty… Nie tylko bo­wiem przy­no­si­ły szczę­ście i chro­ni­ły przed nie­szczę­ściem ich wła­ści­cie­li, ale także po­zwa­la­ły te efek­ty od­wra­cać i ogni­sko­wać na in­nych oso­bach.

– Od­wra­cać, czyli przy­no­sić pecha? Jak la­lecz­ki vo­odoo?

– Coś w tym ro­dza­ju.

– Ob­ser­wu­jąc pana ak­tu­al­ny stan, do­my­ślam się, że­ście te amu­ta­le wza­jem­nie na sobie wy­pró­bo­wa­li. I że pań­ski oka­zał się słab­szy?

Spoj­rzał na mnie z uzna­niem.

– Dziś może mnie pan po­czę­sto­wać pa­pie­ro­sem. Nie od­mó­wię.

Wy­cią­gną­łem pacz­kę. W świe­tle za­pal­nicz­ki zo­ba­czy­łem błysz­czą­ce ścież­ki na jego po­licz­kach. Znów ogar­nę­ło mnie współ­czu­cie.

– Jest pan nad wyraz do­myśl­ny – po­twier­dził, za­cią­ga­jąc się mocno. – Rze­czy­wi­ście po­przty­ka­li­śmy się trosz­kę.

– O co po­szło?

– Pro­szę nie pytać. Nie­waż­ne. Dro­biazg.

– Gdzie pań­ski amu­tal?

– Gdzieś w Wiśle. Wy­padł, gdy sze­dłem mo­stem.

– Kum­pel po­zba­wił pana broni.

– Tak. I od czasu do czasu lubi sobie o mnie przy­po­mnieć. Na przy­kład wczo­raj, gdy pod­ją­łem de­cy­zję o skon­tak­to­wa­niu się z panem… – Wska­zał gips na nodze.

– To jak do­star­czył pan tę wia­do­mość do baru?

– Mó­wi­łem, że są tu życz­li­we dusze.

– Gdzie ten pań­ski Tomek jest teraz?

– Wy­je­chał do Sta­nów. Ale dziś jest w Sztok­hol­mie. Od­bie­ra Nobla.

– Po­waż­nie? – nie umia­łem ukryć zdu­mie­nia.

Za­miast od­po­wie­dzi wska­zał le­żą­cą przy bar­ło­gu ga­ze­tę. Uj­rza­łem tytuł: „Nobel z fi­zy­ki przy­zna­ny!”, a pod nim do­brze mi znaną in­for­ma­cję. „Te­go­rocz­ną na­gro­dę Nobla w dzie­dzi­nie fi­zy­ki otrzy­ma­li trzej na­ukow­cy: Al­fred Ben­ton i Tho­mas Alba z MIT oraz Tre­han Bha­tia z Cam­brid­ge Uni­ver­si­ty. Przy­zna­no ją za prze­ło­mo­we ba­da­nia w dzie­dzi­nie kwan­to­wej teo­rii świa­do­mo­ści”.

Odło­ży­łem ga­ze­tę.

– No tak. Tomek. Tho­mas Alba.

 

***

 

Alba wpa­try­wał się w pod­ło­gę. Mil­czał, jak gdyby cze­kał na ciąg dal­szy mojej opo­wie­ści.

– Dla­cze­go się po­róż­ni­li­ście? – spy­ta­łem.

Spoj­rzał na mnie w na­pię­ciu.

– Ku­de­la nie po­wie­dział panu?

– Sły­szał pan. Po­wie­dział tylko, że to nie­istot­ny dro­biazg.

Uśmiech­nął się z przy­mu­sem.

– Ładny dro­biazg!

Cze­ka­łem, w na­dziei że za­cznie mówić. Wresz­cie nie wy­trzy­mał i spy­tał:

– O czym pan chciał roz­ma­wiać?

– Chciał­bym zro­zu­mieć, co za­szło. Dla­cze­go go pan tak po­trak­to­wał.

– Jak? – Uniósł brwi w wy­ra­zie zdzi­wie­nia.

– Tro­chę, po­wiedz­my, nie­ele­ganc­ko.

– Nie­ele­ganc­ko? – krzyk­nął wy­raź­nie po­iry­to­wa­ny. – Nie po­wi­nien pan fe­ro­wać wy­ro­ków, bo nic pan nie wie!

Nalał sobie i wypił dusz­kiem.

– Po od­kry­ciu Fra­nek zu­peł­nie stra­cił rozum – roz­po­czął tak cicho, że mu­sia­łem wy­tę­żyć słuch. – Do­ma­gał się, aby­śmy opu­bli­ko­wa­li wy­ni­ki, wy­gła­szał ja­kieś ko­mu­na­ły o na­szym obo­wiąz­ku mo­ral­nym wobec ludz­ko­ści… Ar­gu­men­to­wa­łem, że świat nie jest przy­go­to­wa­ny na takie od­kry­cie, że kon­se­kwen­cje mogą być tra­gicz­ne, czy zdaje sobie spra­wę, co ozna­cza w rę­kach mafii, woj­ska, po­li­ty­ków moż­li­wość ste­ro­wa­nia zda­rze­nia­mi?

– Nie myśli pan, że to czar­no­widz­two?

– Co, pan także z klubu na­iw­nia­ków? – prych­nął z nie­do­wie­rza­niem.

– Prze­cież można by wdro­że­nie wy­na­laz­ku pod­dać ja­kiejś mię­dzy­na­ro­do­wej kon­tro­li, wpro­wa­dzić zakaz sto­so­wa­nia do celów mi­li­tar­nych, po­dob­nie jak to ma miej­sce z bro­nią nie­kon­wen­cjo­nal­ną…

– Nic pan nie ro­zu­mie! Każdy kij ma dwa końce! Jest pan fi­zy­kiem, więc wie, że w świe­cie po­wszech­nie obo­wią­zu­ją za­sa­dy za­cho­wa­nia – a jedną z nich jest za­sa­da za­cho­wa­nia szczę­ścia! Każde dobre zda­rze­nie oku­pio­ne jest za­ist­nie­niem złego o po­dob­nym na­tę­że­niu. Jed­ne­mu pan przy­mno­ży fartu, ale kosz­tem nie­szczę­ścia, które do­tknie in­ne­go. Jak w ter­mo­dy­na­mi­ce – demon może do­pro­wa­dzić do wzro­stu tem­pe­ra­tu­ry w czę­ści A kosz­tem jej spad­ku w czę­ści B, ale nie może pod­grzać wody w obu czę­ściach jed­no­cze­śnie!

Mil­cza­łem, szu­ka­jąc kontr­ar­gu­men­tów. Bez­sku­tecz­nie. Po­ja­wi­ła się za to myśl, że prze­cież facet może mnie w każ­dej chwi­li za­ła­twić swoim amu­ta­lem. Ciar­ki prze­szły mi po ple­cach. Alba robił jed­nak wra­że­nie ra­czej przy­bi­te­go.

– Ro­zu­miem, że dzia­łał pan z tak zwa­nych wyż­szych po­bu­dek, ale czy mu­siał go pan do­pro­wa­dzić do ta­kie­go stanu?

– Co mia­łem zro­bić? Moje ar­gu­men­ty nie tra­fia­ły do niego. Po­sta­no­wił dzia­łać na wła­sną rękę, a gdy usi­ło­wa­łem mu prze­szko­dzić, użył swo­je­go amu­ta­la prze­ciw mnie. Tra­fi­łem do szpi­ta­la… zresz­tą mniej­sza o szcze­gó­ły.

– Ależ pro­szę opo­wie­dzieć, z chę­cią je po­znam.

– Zo­sta­łem ranny wsku­tek wy­bu­chu termy ga­zo­wej w mojej ła­zien­ce.

– Ob­wi­nia pan o to Ku­de­lę? Prze­cież takie rze­czy się zda­rza­ją!

– Ow­szem, zda­rza­ją. Lecz wie pan za­pew­ne, że po ich za­ist­nie­niu pro­wa­dzo­ne jest dro­bia­zgo­we do­cho­dze­nie, jak do tego do­szło. W moim przy­pad­ku oka­za­ło się, że winny jest tech­nik z po­go­to­wia ga­zo­we­go, który, do­ko­nu­jąc na­pra­wy pie­cy­ka na moje we­zwa­nie, za­po­mniał o jed­nej uszczel­ce, przez co ulat­niał się gaz. Fir­mie to wy­ja­śnie­nie wy­star­czy­ło, gość otrzy­mał na­ga­nę, ja od­szko­do­wa­nie i po spra­wie. Ale mnie ten wy­pa­dek nie dawał spo­ko­ju; in­tu­icja pod­po­wia­da­ła, żeby drą­żyć dalej. Będąc re­kon­wa­le­scen­tem, po wyj­ściu ze szpi­ta­la mia­łem sporo czasu i wsz­czą­łem wła­sne śledz­two. Od­wie­dzi­łem naj­pierw tego tech­ni­ka, a potem po­sze­dłem wska­za­nym tro­pem i od­kry­łem zu­peł­nie nie­praw­do­po­dob­ny ciąg zda­rzeń, który się jed­nak wy­da­rzył. Nie uwie­rzy pan: u jego po­cząt­ków legł fakt, że szej­ko­wi w Ka­ta­rze uro­dzi­ły się pię­cio­racz­ki, sami chłop­cy, ro­zu­mie pan?

– Ro­zu­miem, ale co to ma do…

– Zaraz do tego doj­dzie­my. W tym cza­sie Pol­ska miała z Ka­ta­rem umowę na do­sta­wy pa­li­wa. Ra­dość szej­ka zna­la­zła wyraz w chwi­lo­wym ob­ni­że­niu cen tego su­row­ca dla ka­tar­skich kon­tra­hen­tów, co na­tu­ral­nie spo­wo­do­wa­ło nie­ocze­ki­wa­ny spa­dek cen ben­zy­ny w kraju. Wia­do­mość tę usły­szał pe­wien kra­kow­ski tak­sów­karz w te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej – nigdy jej nie oglą­dał, ale tym razem chciał zro­bić przy­jem­ność żonie, z którą wła­śnie po­go­dził się po kilku „ci­chych dniach”. Wia­do­mość ta po­dzia­ła­ła na niego jak za­strzyk opty­mi­zmu, więc jadąc na we­zwa­nie klien­ta, po­sta­no­wił za­grać w to­to­lot­ka, a że w punk­cie Lotto z po­wo­du nie­praw­do­po­dob­nej jak na Pol­skę kul­mi­na­cji była spora ko­lej­ka, zmi­trę­żył sporo czasu. W re­zul­ta­cie jego klient spóź­nił się na spo­tka­nie służ­bo­we, czym roz­draż­nił szefa. Przy oka­zji obe­rwa­ło się też Bogu ducha win­nej se­kre­tar­ce, która, pra­gnąc od­re­ago­wać stres, za­pro­si­ła swo­je­go chło­pa­ka na ko­la­cję, pod­czas któ­rej mu się wy­ża­li­ła – i na­tu­ral­nie na ko­la­cji się nie skoń­czy­ło. Po upoj­nej nocy ów chło­pak – a był to ten mój tech­nik od gazu – nie­wy­spa­ny udał się do pracy, no i spar­to­lił na­pra­wę mo­je­go pie­cy­ka. Ot, cała hi­sto­ria.

– Ależ sza­now­ny panie, prze­cież to czy­stej wody teo­ria spi­sko­wa!

– Tak się tylko panu wy­da­je. Fra­nek dużo panu opo­wia­dał o aspek­tach an­tro­po­lo­gicz­nych, ale o kon­kret­nych me­cha­ni­zmach funk­cjo­no­wa­nia amu­ta­li miał blade po­ję­cie. To nie jest tak, że pod­czas wy­mu­sza­nia zda­rzeń do­cho­dzi do bez­po­śred­niej in­ge­ren­cji, ja­kie­goś, po­wiedz­my, do­ty­ku „palca Bo­że­go”. Nie, zmia­ny za­cho­dzą za spra­wą mo­dy­fi­ka­cji ścież­ki zda­rzeń w mul­ti­świe­cie po­przez nie­znacz­ne od­chy­le­nia praw­do­po­do­bieństw – coś jak w przy­pad­ku efek­tu mo­ty­la.

Za­my­śli­łem się. Wy­da­wa­ło się to lo­gicz­ne. Tym­cza­sem Alba kon­ty­nu­ował:

– Więc widzi pan, że sy­tu­acja była na­praw­dę groź­na, a Ku­de­la zde­ter­mi­no­wa­ny w swo­ich dzia­ła­niach. Już pal licho moje bez­pie­czeń­stwo – ale w każ­dej chwi­li mógł opu­bli­ko­wać od­kry­cie. Z cięż­kim ser­cem zde­cy­do­wa­łem się na spro­wa­dze­nie go do stanu klo­szar­da, bo kto ta­kie­mu uwie­rzy? Oczy­wi­ście naj­pierw za­dba­łem, żeby stra­cił swój amu­tal…

– Za­dbał pan także o sie­bie: bły­sko­tli­wa ka­rie­ra zwień­czo­na No­blem…

– To efekt ubocz­ny. Mó­wi­łem panu: za­sa­da za­cho­wa­nia fartu.

 

* * *

 

Byłem w krop­ce. Nie mo­głem wy­znać Fran­cisz­ko­wi, że spo­tka­łem się z Albą, bo stra­cił­by do mnie za­ufa­nie, ale mu­sia­łem jakoś do­wie­dzieć się, czy to wszyst­ko praw­da. Ar­gu­men­ta­cja Alby była lo­gicz­na, lecz mia­łem świa­do­mość, że to in­te­li­gent­ny gość, a prze­cież rozum po­tra­fi roz­my­dlić każde wy­rzu­ty su­mie­nia.

Tym­cza­sem od­nio­słem wra­że­nie, że po spo­tka­niu z Albą zo­sta­łem ob­ję­ty tro­skli­wym mo­ni­to­rin­giem jego amu­ta­la… Naj­pierw pod­pa­dłem sze­fo­wi: pew­ne­go dnia tuż obok gma­chu In­sty­tu­tu do­szło do stłucz­ki; za­sko­czo­ny strą­ci­łem pro­bów­kę za­wie­ra­ją­cą do­ro­bek jego kil­ku­mie­sięcz­nych te­stów. W tym samym ty­go­dniu pod­pa­dłem też są­sia­do­wi, prze­jeż­dża­jąc jego kota (zwie­rzak wy­sko­czył mi pod koła, sły­sza­łem, że koty głu­pie­ją, ośle­pio­ne świa­tłem re­flek­to­rów, ale są­siad nie chciał tego słu­chać), zaś akcje firmy, w którą za­in­we­sto­wa­łem, choć na gieł­dzie była hossa, gwał­tow­nie spa­dły… po­dob­no za spra­wą przy­god­ne­go ro­man­su pre­ze­sa, co skwa­pli­wie wy­ko­rzy­sta­ła kon­ku­ren­cja. Coś ta­kie­go mogło się rzecz jasna zda­rzyć w spo­sób na­tu­ral­ny, ale mogło też być re­zul­ta­tem po­czy­nań Alby. Może nawet nie do końca uświa­do­mio­nych: po pro­stu wspo­mnie­nie, jakie po sobie po­zo­sta­wi­łem, ra­czej nie bu­dzi­ło w nim po­zy­tyw­nych sko­ja­rzeń. A może to ja, prze­wraż­li­wio­ny, w każ­dym ciągu zda­rzeń upa­try­wa­łem teraz ce­lo­we­go dzia­ła­nia?

Nie wie­dzia­łem więc, jak po­dejść Ku­de­lę, na szczę­ście po­mógł mi w tym on sam. Za­dzwo­nił pew­ne­go po­po­łu­dnia, a go­dzi­nę póź­niej już sie­dzie­li­śmy na po­de­ście „Czaru Bursz­ty­nu”. Fran­ci­szek wy­glą­dał bar­dziej schlud­nie: ogo­lo­ny, w czy­stej ko­szu­li, w gar­ni­tu­rze, co praw­da nie od Ar­ma­nie­go, ale też nie z lum­pek­su, nie przy­po­mi­nał już klo­szar­da.

– Czyż­by ko­le­ga Tomek stra­cił za­in­te­re­so­wa­nie pana osobą? A może w swo­jej ła­ska­wo­ści zwięk­szył dzien­ny limit fartu? – spy­ta­łem z hu­mo­rem.

Uśmiech­nął się, choć z wła­ści­wym sobie umia­rem.

– Ani jedno, ani dru­gie. Udało mi się od­izo­lo­wać od wpły­wu amu­ta­la Tomka – wy­ja­śnił.

– Coś po­dob­ne­go! Jakim cudem?

– Zdo­by­łem taki pro­szek… ale mniej­sza o to. Jest to pro­wi­zor­ka, nie po­trwa długo, więc muszę się spie­szyć.

– Spie­szyć z czym?

– Mam za­miar pod osło­ną tego ekra­nu zbu­do­wać nowy amu­tal i osta­tecz­nie roz­pra­wić się z Albą.

– Zbu­do­wać nowy? Jak? Sam pan mówił, że to bar­dzo zło­żo­ny pro­ces. A co z do­stę­pem do la­bo­ra­to­rium? Do sprzę­tu?

– Zna­la­złem inną moż­li­wość. Za kilka dni moja ko­le­żan­ka ze stu­diów wraca z Wyspy Wiel­ka­noc­nej.

– I co z tego?

– Przy­wie­zie mi okruch po­są­gu oraz ka­wa­łek ko­rze­nia ro­śli­ny Pas­cha­lo­co­cos di­sper­ta. To ga­tu­nek palmy ko­ko­so­wej, która tam rosła. Nie­ste­ty wy­mar­ła w XVII wieku.

– Skoro wy­mar­ła, to jakim cudem…

– Zna­le­zio­no do­brze za­cho­wa­ne szcząt­ki jej ko­rze­ni pod­czas badań w pod­ziem­nych gro­tach.

– Ma pan na­dzie­ję z tych dwóch okru­chów ule­pić amu­tal?

– Za­pew­ne wie pan, że Wyspa Wiel­ka­noc­na do dziś kryje wiele ta­jem­nic. Przede wszyst­kim do­ty­czy to ka­mien­nych po­są­gów zwa­nych moai, sta­wia­nych na ka­mien­nych plat­for­mach. Więk­szość z nich zo­sta­ła wy­ku­ta w tufie wul­ka­nicz­nym po­cho­dzą­cym z wul­ka­nu Rano Ra­ra­ku. Nie znamy prze­zna­cze­nia tych obiek­tów ani po­wo­du, dla któ­re­go ich bu­do­wa zo­sta­ła w XVI wieku nagle prze­rwa­na. An­tro­po­lo­go­wie stwo­rzy­li na ten temat wiele teo­rii.

– A pan z pew­no­ścią ma wła­sną?

– Mam. Skła­niam się ku hi­po­te­zie, że miesz­kań­cy Wyspy Wiel­ka­noc­nej, od­kryw­szy amu­le­ty i ta­li­zma­ny o nie­spo­ty­ka­nej wcze­śniej „wy­daj­no­ści”, użyli ich jako broni w wy­nisz­cza­ją­cej woj­nie.

– …która przy­nio­sła kres tej cy­wi­li­za­cji?

– Do­kład­nie.

– Ma pan ja­kieś pod­sta­wy do tych twier­dzeń?

– Panu mogę po­wie­dzieć naj­wy­żej tyle: jed­nym ze skład­ni­ków amu­ta­la, który zbu­do­wa­li­śmy z Tom­kiem, jest la­pil­la pi­ro­kla­stycz­na, bli­ski krew­ny tufu wul­ka­nicz­ne­go, dru­gim – ko­rzeń palmy ko­ko­so­wej, na­zy­wa­nej w san­skry­cie kalpa vrik­sha, co tłu­ma­czy się jako „drze­wo, które za­spo­ka­ja wszyst­kie po­trze­by życia”.

– No no, coś w tym jest. Ale jak pan skle­ci amu­tal, nie mając do­stę­pu do la­bo­ra­to­rium?

– Po­ra­dzę sobie. Po­li­ne­zyj­czy­cy się bez niego obyli.

Pa­trząc na jego zde­ter­mi­no­wa­ną twarz, zde­cy­do­wa­łem się za­ry­zy­ko­wać.

– Panie Fran­cisz­ku – za­czą­łem. – Niech mi pan powie, ale szcze­rze. Po co pan to robi?

– Po co? Już panu po­wie­dzia­łem! Muszę osta­tecz­nie roz­pra­wić się z Albą. Mam cze­kać, aż mnie cał­kiem wy­koń­czy?

– Nie przy­szło panu do głowy, że to od­kry­cie mo­gło­by oddać przy­słu­gę ludz­ko­ści? Za­po­biec po­wszech­nym nie­szczę­ściom, zli­kwi­do­wać głód, kon­flik­ty?

– Żar­tu­je pan? Zu­peł­nie jak­bym Tomka sły­szał! Też mu cho­dzi­ły po gło­wie takie mrzon­ki. Zli­kwi­do­wać głód, kon­flik­ty? Tak jak na Wy­spie Wiel­ka­noc­nej? Prze­pra­szam, pan z klubu na­iw­nia­ków?

Otwo­rzy­łem usta i za­mkną­łem. Niby co mia­łem od­po­wie­dzieć?

 

* * *

 

– Na Nad­wi­ślań­ską, pod fort! Tylko mi­giem!

Tak­sów­karz ski­nął głową i ru­szył z pi­skiem opon. A mnie wciąż brzmia­ły w uszach słowa spi­ke­ra wie­czor­nych Wia­do­mo­ści: „Wczo­raj w go­dzi­nach noc­nych zmarł nie­spo­dzie­wa­nie Tho­mas Alba, fizyk, lau­re­at te­go­rocz­nej na­gro­dy Nobla”. Nagła śmierć – cóż, zda­rza się, ale zmro­zi­ła mnie in­for­ma­cja o jej oko­licz­no­ściach. Alba zgi­nął wsku­tek wy­bu­chu pie­cy­ka ga­zo­we­go w jego miesz­ka­niu!

Tak­sów­ka za­trzy­ma­ła się przed ru­ina­mi fortu. Było ciem­no i mimo pod­nie­ce­nia po­czu­łem się nie­swo­jo.

– Pan tu za­cze­ka – rzu­ci­łem do kie­row­cy. – Zaraz wra­cam!

Nie był za­chwy­co­ny, ale nic nie po­wie­dział.

Pod­bie­głem do klit­ki, w któ­rej miesz­kał Ku­de­la. Od­chy­li­łem stary pled i zaj­rza­łem do środ­ka. Ktoś po­ru­szył się na bar­ło­gu.

– Panie Fran­cisz­ku! Panie Fran­cisz­ku! – Szar­pa­łem le­żą­ce­go za ramię. Re­ak­cją był beł­kot i chrzą­ka­nie. Nie zdą­ży­łem za­brać la­tar­ki, ale mia­łem za­pal­nicz­kę. W jej świe­tle uj­rza­łem twarz le­żą­ce­go. To nie był Fran­ci­szek.

– Gdzie jest facet… ten facet, co tu miesz­ka? – py­ta­łem, po­trzą­sa­jąc wy­mi­ze­ro­wa­nym cia­łem.

– Panie… ja tam nic… eep… nic… ja… spier­da­laj…

Zro­zu­mia­łem, że nic z niego nie wy­dę­bię. W świe­tle chy­bo­czą­ce­go pło­my­ka omio­tłem spoj­rze­niem wnękę. Rze­czy Fran­cisz­ka zni­kły, a we wnę­trzu pa­no­wał nie­praw­do­po­dob­ny ba­ła­gan.

 

* * *

 

Nigdy wię­cej nie spo­tka­łem Fran­cisz­ka Ku­de­li, choć jesz­cze dwa razy od­wie­dzi­łem bun­kier przy Nad­wi­ślań­skiej. Za pierw­szym był pusty, za dru­gim znów za­sta­łem no­we­go lo­ka­to­ra. Tym razem był trzeź­wy. Nie miał po­ję­cia, co stało się z po­przed­ni­kiem.

Po­sta­no­wi­łem zatem do­trzeć do tej ko­le­żan­ki, która przy­wio­zła Ku­de­li okru­chy z Wyspy Wiel­ka­noc­nej. Szu­ka­jąc jej, nie mo­głem oprzeć się wra­że­niu, że uczest­ni­czę w ja­kiejś ta­jem­ni­czej za­ba­wie w cho­wa­ne­go.

Roz­po­czą­łem, rzecz jasna, od wi­zy­ty na Wy­dzia­le An­tro­po­lo­gii, gdzie pra­co­wał Ku­de­la. Tam do­wie­dzia­łem się, że nikt z pra­cow­ni­ków nie wie nic o ja­kiej­kol­wiek pol­skiej eks­pe­dy­cji na Wyspę Wiel­ka­noc­ną. Skie­ro­wa­łem więc swoje kroki do pla­ców­ki Pol­skiej Aka­de­mii Nauk, gdzie także je­dy­ną od­po­wie­dzią były prze­czą­ce ruchy głów i roz­kła­da­ne w ge­ście bez­rad­no­ści ręce. Już opusz­cza­łem gmach, gdy na scho­dach do­go­ni­ła mnie la­bo­rant­ka w bia­łym kitlu.

– Prze­pra­szam pana, ale nie­chcą­cy usły­sza­łam strzęp roz­mo­wy… Po­dob­no szuka pan ja­kie­goś uczest­ni­ka wy­pra­wy na Wyspę Wiel­ka­noc­ną? Niech pan spró­bu­je w Szcze­ci­nie. Kie­dyś, cał­kiem przy­pad­ko­wo, usły­sza­łam, że ktoś stam­tąd za­ła­pał się do eks­pe­dy­cji nor­we­skiej…

Spró­bo­wa­łem i zna­la­złem. Anna Ko­wal­ska, bo tak się na­zy­wa­ła ko­le­żan­ka Fran­cisz­ka Ku­de­li, po­wie­dzia­ła mi, że wy­je­chał – praw­do­po­dob­nie do Fran­cji.

Mo­zol­ne gu­gla­nie w necie przy­nio­sło ślad, który potem rwał się raz za razem, ale w końcu osią­gną­łem swój cel. Do­wie­dzia­łem się, że Fran­ci­szek jest wła­ści­cie­lem luk­su­so­we­go pen­sjo­na­tu w nad­mor­skim ku­ror­cie La Gran­de Motte. Na­zy­wa się teraz Fran­ce­sco Ve­inard. Ponoć wy­grał tę po­sia­dłość w po­ke­ra – ka­re­tą z tró­jek, co w Monte Carlo okrzyk­nię­to ble­fem stu­le­cia.

Mając uza­sad­nio­ne po­dej­rze­nia, że Ku­de­la broni się jak może przed spo­tka­niem, po­sta­no­wi­łem od­wie­dzić go bez uprze­dze­nia. Za­bu­ko­wa­łem bilet na sa­mo­lot. Do dziś nie poj­mu­ję, jak mo­głem tak nie­roz­trop­nie po­stą­pić. Prze­cież w ten spo­sób sam mu się pod­kła­da­łem!

Lecz on wy­brał mniej dra­stycz­ny spo­sób na unik­nię­cie kon­tak­tu. Po pro­stu w tak­sów­ce, którą je­cha­łem na lot­ni­sko, zdechł sil­nik. Oczy­wi­ście ko­mór­ka, przez którą chcia­łem za­mó­wić na­stęp­ną tak­sów­kę, nie miała za­się­gu, a ra­dio­sta­cja tak­sów­ka­rza także od­mó­wi­ła po­słu­szeń­stwa.

W końcu zła­pa­łem jakąś oka­zję, ale nie zdą­ży­łem. Pa­trząc w bez­sil­nej zło­ści na nik­ną­cą w ni­skich chmu­rach syl­wet­kę bo­ein­ga, prze­kli­na­łem Fran­cisz­ka, nie mając po­ję­cia, że wła­śnie w tej chwi­li ra­tu­je mi życie. Bo do­pie­ro w domu, włą­czyw­szy te­le­wi­zor, usły­sza­łem, że sa­mo­lot, któ­rym mia­łem le­cieć, roz­bił się przy lą­do­wa­niu.

Zro­zu­mia­łem, że le­piej bę­dzie, gdy za­prze­sta­nę prób kon­tak­tu.

A ra­czej nie tyle zro­zu­mia­łem, ile ule­głem per­swa­zji Anny, która dziś na­zy­wa się Ce­liń­ska i jest szczę­śli­wą matką na­szych dwóch synów. Pla­nu­je­my, że gdy do­ro­sną, udamy się razem na Wyspę Wiel­ka­noc­ną.

Nie po amu­let – sami dla sie­bie je­ste­śmy wy­star­cza­ją­cy­mi amu­ta­la­mi.

Jako tu­ry­ści.

Koniec

Komentarze

Zdaje mi się, Tsole, że jako Autor opowiadania, które zostało wydrukowane w NF, chyba powinieneś cieszyć się Złotym Piórkiem. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zdaje Ci się, czy są takie przepisy? Ja tam w piórka nie zwykłem obrastać, ale jak dostanę, to może pobawię się w Winnetou? (Oj, w tym wieku to już prędzej w Inczu-czunę) :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole, znam się na piórkach, które przyznaje Loża.

Twoją sprawę zgłosiłam Berylowi, ale na mój rozum, złoto Ci się należy. :)

Howgh!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, niech Manitou otoczy Cię taką troską jaką Ty mnie otaczasz! Howgh! :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Howgh!

(…bo nie wiem, co powiedzieć. ;D)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No proszę, tsole, a ja już chciałam pytać, dlaczego ukrywałeś się w cieniu? A jednak gdzieś już wcześniej wychyliłeś nosek. ;) Gratulacje!

Ja tu jeszcze wrócę devil

Sara

Bardzo porządny pomysł, zdawałoby się całkiem fantastyczny, ale wiarygodnie podbudowany naukowymi wywodami – które, choć podane przystępnie, docierały do mojego rozumu z wielkim trudem, a i tak nie wiem czy wszystko pojęłam, jednakowoż tradycyjnie już ufam Tobie, bo jestem przekonana, że wiesz, o czym pisałeś – okazał się świetnym materiałem na opowiadanie. Nic więc dziwnego, że stworzyłeś historię nie tylko ciekawą, ale wręcz intrygującą, która nie pozwoliła mi przerwać bardzo satysfakcjonującej lektury, dopóki nie ujrzałam ostatniej kropki wieńczącej ostatnie zdanie.

 

Uśmiech na­tych­miast znik­nął na jego twa­rzy. –> Uśmiech na­tych­miast znik­nął z jego twa­rzy.

Na twarzy uśmiech mógłby się pojawić.

 

Wy­cią­gną­łem pacz­kę Ca­me­li. –> Wy­cią­gną­łem pacz­kę ca­me­li.

Nazwy papierosów piszemy małą literą.

http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

pod­pusz­cza­łem roz­mów­cę coraz śmie­lej, wi­dząc, że opusz­cza go skrę­po­wa­nie i nie­uf­ność. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Po­ra­cho­wał – i wy­szło mu […]czy takie upo­rząd­ko­wa­nie czą­stek na „zimne” i „go­rą­ce” – ści­ślej […] ener­gii ki­ne­tycz­nej czą­stek – jest ab­sur­dal­ne. –> Używanie dodatkowych półpauz w wypowiedzi dialogowej sprawia, że zapis staje się mniej czytelny. Sugeruję, abyś starał się tego unikać.

 

Ode­zwa­ła się we mnie żyłka na­uko­wa­ca… –> Literówka.

 

Prze­pra­szam, czy mógł­by Pan za­pa­rzyć her­ba­tę? –> Prze­pra­szam, czy mógł­by pan za­pa­rzyć her­ba­tę?

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Ro­zu­mie Pan – te w ro­dza­ju „Bóg tak chce”. –> Ro­zu­mie pan – te w ro­dza­ju „Bóg tak chce”.

 

rzędu 10 do po­tę­gi 100. –> …rzędu dziesięć do po­tę­gi setnej.

Liczebniki w dialogach zapisujemy słownie.

 

teo­ria mul­ti­świa­ta Eve­ret­ta–De­Wit­ta… –> …teo­ria mul­ti­świa­ta Eve­ret­ta-De­Wit­ta

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

prze­strze­ga­ne przez or­to­dok­syj­nych żydów. –> …prze­strze­ga­ne przez or­to­dok­syj­nych Żydów.

 

I od czasu do czasu lubi sobie o mnie przy­po­mnieć . –> Zbędna spacja przed kropką.

 

Za­miast od­po­wie­dzi wska­zał na le­żą­cą przy bar­ło­gu ga­ze­tę. –> Za­miast od­po­wie­dzi wska­zał le­żą­cą przy bar­ło­gu ga­ze­tę.

Chcąc zainteresować kogoś jakąś rzeczą, wskazujemy ją, nie na nią.

 

a potem po­sze­dłem za wska­za­nym tro­pem… –> …a potem po­sze­dłem wska­za­nym tro­pem

Osobiście podążałabym tropem, nie za nim.

 

Nie uwie­rzy Pan: –> Nie uwie­rzy pan:

 

nik­ną­cą w ni­skich chmu­rach syl­wet­kę Bo­ein­ga… –> …nik­ną­cą w ni­skich chmu­rach syl­wet­kę bo­ein­ga

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

SaraWinter: Bo ja okrutnie skromny jestem :) Czekam z utęsknieniem na Twój powrót :)

 

Reg: Stokrotne dzięki:

– za komentarz, ciepłe słowa, które są mile łechcą ego przez co mogą osłabić moją skromność :)

– za łapankę, w której nie miałem się czego doczepić zatem posłusznie wprowadziłem uwagi do tekstu :) Przy okazji wyrażam podziw dla Twojej spostrzegawczości, która musiała się zmagać z asymilacją tekstu :)

– za klika.

A nie mając stosownej waluty, ślę serdeuszko :) heart

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Po pierwsze – gratulacje :) A po drugie, wcale się nie dziwię, że tekst został opublikowany na łamach “Nowej Fantastyki”. Bardzo dobrze napisane, wciągające, z godnym pozazdroszczenia pomysłem, oparte na naukowych rozważaniach, z umiejętnie przemyconą fantastyką opowiadanie. Nominowałabym je do brązowego piórka, ale z tego, co wiem, za publikację w NF, należy się złoto, ale oczywiście klikam bibliotekę :)

Dziękuję, Tsole. Żadna waluta nie byłaby stosowniejsza od serduszka. ;)

No i cieszę się, że mogłam się przydać.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Katia72, pięknie dziękuję za gratulacje, przychylną opinię i klika! Obawiałem się, że ktoś mnie zwymyśla za promocję zabobonów, jak na razie nie ma to miejsca, ale jak zajrzy tu Irka, różnie być może :)

Serdecznie pozdrawiam!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Wróciłam szybko, bo doczekać się nie mogłam. No, tsole, kłaniam się nisko i biję brawa! 

Pochłonęłam to opowiadanie na jednym wdechu. Smaczki naukowe – Efekt tunelowy, kot Schrödingera, zasada Heisenberga, paradoks EPR… to wszystko tak mi bliskie i tak mnie zawsze zachwyca. 

Stworzyłeś fascynujących bohaterów i genialną fabułę. Wszystko pięknie się zazębia. Do tego teorie spiskowe. Masz naprawdę ogromną wiedzę i potrafisz to wykorzystać w swoich opowiadaniach. Szacun.

Co do działania amutali, skojarzyło mi się to też z efektem splątania kwantowego. 

Piękne, piękne, piękne!

Już jakiś tekst temu zainspirowałeś mnie do napisania czegoś bardziej hard. Ale po tym… Wiem, że do stóp Ci nie sięgam, a jednak inspirujesz tak bardzo, że spróbuję coś naskrobać.

Pewnie opierzeni mnie wyprzedzą, ale w razie czego nominuję do Biblio. 

 

Ach, pytanie mam jeszcze jedno: piszesz książki? :)

Sara

Dzięki Saro za piękne słowa, na które nie zasłużyłem, choć cieszy mnie, że sprawiłem Ci czytelniczą frajdę – wierzę że nie tylko czytelniczą, bo skoro czujesz się zainspirowana, to z Twoimi umiejętnościami i energią twórczą stworzysz coś zachwycającego, czego Ci serdecznie życzę!

Czy piszę książki? No raczej nie piszę, nie stworzyłem żadnej powieści, a w opowiadaniach nie wyszedłem poza 100k. Udało mi się jednak w 2009 roku wydać zbiór opowiadań SF “Muzyka Sfer Niebieskich” w wydawnictwie “W Drodze”.

Ale wyznam Ci, że wydałem w ostatnich latach 10 pozycji książkowych – własnym sumptem, niskonakładowo. Po prostu postanowiłem zebrać wszystkie teksty rozproszone po różnych portalach i gazetach. Na pamiątkę, dla bliskich i przyjaciół. A ponieważ mam szerokie spektrum zainteresowań, zebrało się tego trochę, aż sam byłem zdumiony. 

Raz jeszcze dziękuję (także za klika) i pozdrawiam serdecznie!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Bardzo ciekawy tekst, intrygujące połączenie fizyki i bardziej podchodzących pod metafizykę zabaw prawdopodobieństwem i świadomością. Lubię takie motywy “elastycznego rozciągania” probabilistyki, w końcu matematycznie to miara jak każda inna. :) Bardzo ładny, wręcz obyczajowy happy end. Gratuluję publikacji. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dziękuję bardzo za wizytę i komentarz radujący me serce; zwłaszcza to określenie “elastycznego rozciągania” przypadło mi do gustu do tego stopnia że rozciągnąłbym go poza rewiry probabilistyki na inne ścisłe dziedziny. No bo czymże jest SF, jeśli nie “rozciąganiem” science w rewiry fiction?

Pozdrawiam i dziękuję za gratulacje i klika!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

No to łyżka dziegciu. Opisywany świat teorią fizyczny wydaje się spójny, logiczny, ale ma nieco inne konsekwencje niż opisane. Mianowicie przedstawiona część science wymaga bycia równoczesnie cząstką i falą. A w tekście jest opisany róznoważnik pojedynku magów. Coś nierealnego dla tego uniwersum. Zachowanie się amutali wg teorii to cumulunimbus, który przy zbliżałniu rzuca szybowce o ziemię, a w epicentrum wynosi je wysoko, aż pod tropopauzę. Współdziałanie obu to falująca spódnica fartu i pecha dla otoczenia, co nie działa na obiekty posiadające amutale. Bohaterowie wg podawanej przez się teorii są wyzwalaczami, a nie celami. Spodziewałbym się raczej interferencji, fajerwerków innego rodzaju, co jest lepiej wyrażone w postaciach niektórych bohaterów Akademii Policyjnej.

A tu: mam ładunek, ty masz drugi ładunek, niszczymy się nawzajem. Opis ładunku nie pasuje do jego działania. Sposób pisania zostawiam innym, moją działką jest budowa świata.

NusZ

Dziękuje za wizytę i opinię. Pragnę zwrócić uwagę, że to opowiadanie SF, a nie dysertacja naukowa, czy choćby popularnonaukowy esej. Ty dokonujesz tu jakiegoś podziału na “część science” i resztę. To tak nie działa. Bazą jest miłościwie nam panująca mechanika kwantowa, ale model fizyczny obowiązujący w TYM uniwersum jest poszerzony o elementy naukowej fikcji, do czego uprawnienie daje mi człon zwany “fantastyka”. Podeprę się tu zdaniem z poprzedniego mojego komentarza: “No bo czymże jest SF, jeśli nie “rozciąganiem” science w rewiry fiction?”.

Ambicją autora jest rozmywanie tej granicy między nauką a fikcją. Zachęcam do wskazania, gdzie ta granica przebiega w tym opowiadaniu. Gdy ją znajdziesz, i pomyślisz, dojdziesz do wniosku, że owa “falująca spódnica fartu i pecha” jest powolna całkiem konkretnym siłom, a bohaterowie są zarówno wyzwalaczami jak i celami, podobnie jak rewolwerowcy na Dzikim Zachodzie :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

W takim razie, czytając wyposażyłem wprowadzoną dodatkową asymetrię we własności, których ta nie posiada. Sąsiedni multiświat Everetta :) Też fantastyczny. 

NusZ

I w tym jest potęga fantastyki, a Everett z kumplami zafundowali jej twórcom niewyobrażalnie duże miejsce akcji. Korzystając z tego, nie wszyscy twórcy troszczą się o to, by fizykalne podłoże tych multiświatów objaśniać. Np. Terry Pratchett i Stephen Baxter w swojej serii “Długa Ziemia”, „Długa wojna”, „Długi Mars”, „Długa Utopia” dość po­bieżnie odnoszą się do fizykalnego mechanizmu owego wieloświata; można jedynie przypuszczać, że opierają się na koncepcie amerykańskiego fizyka Hugha Everetta, oto stosowny cytat:

Ale naukowcom trudno nawet mówić o Długiej Ziemi, nie wpadając w bełkot na temat m-bran, rozmaitości i kwanto­wych multiwersów. Spójrzmy: może wszechświat rzeczywi­ście się rozgałęzia za każdym razem, kiedy opada liść, może w każdym ułamku sekundy tworzy miliard nowych odnóg. Wydaje się, że tak nam mówi fizyka kwantowa. Och, to nie jest kwestia oświadczania miliarda rzeczywistości; stany kwantowe składają się jak wibracje harmoniczne poje­dynczej struny skrzypiec. Być może jednak zdarzają się sytu­acje wyjątkowe: kiedy budzi się wulkan, kiedy kometa muska powierzchnię, kiedy prawdziwa miłość zostaje zdradzona… I wtedy dostajemy oddzielną empiryczną rzeczywistość, osobny splot kwantowych włókien.

Swój dystans do owego „naukowego bełkotu” akcentują puentą: Może to tylko sen, wspólna wyobraźnia ludzkości.

O ile w tym pobłażliwym, protekcjonalnym podejściu Pratchetta usprawiedliwia jego “humanistyczna” proweniencja, o tyle Baxter, posiadający dyplomy naukowe z matematyki i inżynierii, uprawiający gatunek hard SF mógł się troszkę wysilić :)

Ja nieskromnie powiem, że się troszkę wysiliłem, ale w dalszym, ciągu nie odpowiedziałeś mi na pytanie, gdzie w tym opowiadaniu leży granica między naukową realnością, a naukową fikcją?

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Obawiałem się, że ktoś mnie zwymyśla za promocję zabobonów, jak na razie nie ma to miejsca, ale jak zajrzy tu Irka, różnie być może :)

No to się trochę pomyliłeś. Bo tym razem podobało mi się bez żadnych “ale”. Nie będzie marudzenia. Nie sądzę, żeby to opko było promocją zabobonów. Widzę tu, jak to sam ładnie w jadnym z komentarzy ująłeś, rozciągnięcie science w kierunku fiction. Nie lubię połączenia fizyki i jogginów, albo fizyki i… eee… szpaka. Wydaje mi się to naciągane i nijak mające się do rzeczywistości, ale tutaj tego nie ma.

Faktem jest, że Fortuna nierówno obdziela ludzi i pokusiłeś się o wyjaśnienie dlaczego tak się dzieje. Stworzyłeś ponadto coś w rodzaju osobistego leku na entropię. Wyszedłeś z założenia, że ludzie są dobrymi obserwatorami, zauważają, że coś działa i zaczynają tego używać świadomie. Podoba mi się taki pomysł naukowego wyjaśnienia amuletów. To wszystko mieści się w ramach gatunku.

Do tego tekst jest jak zwykle dobrze napisany, a science przedstawione w na tyle przystępny sposób, że rozumiałam i to nawet bez zawracania głowy wujciowi Guglowi. :)

Klik.

Irka, I love You! Zwykle pomyłka nie cieszy, ale taka cieszy bardzo :) Pełne uznanie za intelektualny poziom Twojej interpretacji tego opowiadania! Wyznam tu, że miałem pewną rozterkę, pisząc je, że mogę zostać posądzony przez ludzi intelektu o afirmację zabobonów, więc zwróciłem się do przyjaciela, profesora filozofii, ale fizyka z wykształcenia (doktorat i habilitacja z mechaniki kwantowej). Ten rozwiał moje wątpliwości, pisząc w mailu: “W konwencji Twojego opowiadania, gdy działanie amuletu ma dobre wyjaśnienie kwantowe – naukowe, to w siłę jego działania się nie wierzy, ale się wie, że tak jest.” Czyli bardzo podobnie do Twojej w tej materii opinii.

Bardzo dziękuję, cieszę się, że wpadłaś, przeczytałaś, pochwaliłaś, zaklikałaś.

Szpak zapłać! :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dziękuję, to miłe! Pozdrawiam!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Bardzo dobry tekst. Wszystko drobiazgowo przemyślane, zręcznie zszyte…

Zawsze uważałam, że połączenie obcych na pozór dziedzin daje niezłe efekty. Pożeniłeś fizykę z amuletami, doprawiłeś szczyptą Wyspy Wielkanocnej i rezultat wyszedł więcej niż przyzwoity.

Babska logika rządzi!

Dzięki Finklo (dobrze odmieniam?). Cieszy moje serce ta opinia. Też uważam, że taktyka interdyscyplinarna zwiększa potencjał. Nie tylko w fantastyce :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Czepiasz się z tą odmianą. ;-p

Pewnie, nie tylko w fantastyce.

Babska logika rządzi!

Serio pytałem! Zresztą nieważne, po konkursie i tak zostaniesz zapamiętana jako Fun-kla (wo!) :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Można nie wiedzieć, jak wymawia się “tsole” – czy e na końcu jest nieme, czy nie… A to wpływa na odmianę. Natomiast “finkla” wymawia się tak, jak się pisze. I odmienia też standardowo:

M. Finkla Finkle

D. Finkli Finkli

C. Finkli Finklom

B. Finklę Finkle

N. Finklą Finklami

M. Finkli Finklach

W. Finklo Finkle

 

A każdy fun jest klawy, to od dawna wiadomo. ;-)

Babska logika rządzi!

Wreszcie tutaj trafiam, po dosyć pracowitym lipcu. Widać demon Maxwella nie był dla mnie łaskawy. Ciekawe, komu się za to poszczęściło ;)

Sam motyw naukowy stojący za amutalami oraz sama koncepcja szczęścia-pecha bardzo mi się podoba. Motyw z nieprawdopodobnym ciągiem zdarzeń jeszcze bardziej. Coś podobnego wymyśliłem za wojną czasoprzestrzenną w moim uniwersum (choć tam kluczem jest technologia nadświetlna). Tak więc pomysły pierwsza klasa i bardzo dobrze, że to na nich oparłeś tekst.

Reszta – bohaterowie, motywacje – to tło dla powyższej koncepcji. Nie am więc tu trzymającego w napięciu wyboru postaci lub rozwoju charakteru bohatera. Końcowe poszukiwanie Franciszka wydaje się przy tym takim nic nie znaczącym epilogiem, dopowiedzeniem do głównej treści, czyli amutalów. Czy to wada? Zależy od oczekiwań czytelnika. Dla mnie jest okej, lubię techniczną gatkę. Innemu zaś może podpaść. Cóż, wszystkim nie dogodzisz.

Tak więc ja jestem zadowolony. Bardzo fajny koncept stoi za tym koncertem fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NWM, cieszę się z Twojej wizyty i opinii. Muszę tu odkryć należne zasługi Michała Cetnarowskiego, któremu w przedmowie dziękowałem za “sugestie, które znacząco uatrakcyjniły ten tekst”. Te sugestie dotyczyły wprowadzenia właśnie owego nieprawdopodobnego ciągu zdarzeń.

Pozdrowionka i więcej wypoczynku niż pracy w sierpniu! :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Pamiętam, że pisałam recenzję tego numeru fantastyki i, że “Demona Maxwella” dość zjechałam ;P. Głównie za ilość łopatologicznych wyjaśnień/pretekstowych dialogów w stosunku do ilości fabuły.

Bellatrix, zjechać takiego robaczka jak tsole żaden sukces, ja kiedyś zjechałem samego Pratchetta! :)

Swoja drogą mogłabyś zamieścić tę recenzję tutaj, z chęcią bym się zapoznał (a może nawet zjechał laugh)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

A co Pratchett Ci odpowiedział? ;-)

Babska logika rządzi!

Nie zdążył, zmarł biedak gdzieś 3 tygodnie po powstaniu tej recenzji. Do dziś gnębią mnie wyrzuty sumienia… ale pocieszam się, że recenzja była po polsku, którym to językiem On chyba nie władał, więc raczej do Jego odejścia się nie przyczyniłem :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Google translator i można zejść ze śmiechu… ;-)

Babska logika rządzi!

No proszę Cię, nie pogłębiaj mojej frustracji! :(((

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Śmierć ze śmiechu chyba jest mniej zła niż pod wpływem tortur, co nie? ;-)

Babska logika rządzi!

Nie wiem, nie umierałem ani tak ani tak :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

A jak byś wolał, gdybyś miał wybór? Ja bym wolała śmiech…

Babska logika rządzi!

Bellatrix, dziękuję za linka. Przeczytałem i muszę powiedzieć, że Finkla nie ma racji. Od śmiechu się nie umiera. Śmiech to zdrowie. Polecam więc tę recenzję innym czytelnikom tego opowiadania :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Bellatrix, do Twojej recenzji (w części poświęconej mojemu opowiadaniu) odniosłem się pod nią.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Zupełnie niepotrzebnie, bo archiwa publicystyki w zasadzie nie są dostępne na nowej wersji strony i bez znajomości słów kluczowych się tam nie wejdzie :) Nie chce mi się za bardzo kłócić (recenzja z definicji jest subiektywna), niemniej nawet po latach jak zajrzałam do Twojego tekstu, to ilość łopatologicznych wyjaśnień w dialogach (i to widać, że wkładasz w usta bohaterów wyjaśnienia dla czytelnika), przytłacza, a Bartosz nadal jest przezroczysty. Natomiast, jeśli twierdzisz, że przesłanie tekstu zawarte jest w “jesteśmy dla siebie najlepszymi amuletami”, to cała wcześniejsza historia traci sens.

ilość łopatologicznych wyjaśnień w dialogach (i to widać, że wkładasz w usta bohaterów wyjaśnienia dla czytelnika

Uff! No to jeszcze raz: Dialog jest jednym z naturalnych środków, którymi przekazuje się wiadomości dla czytelnika. Jest lepszy odo monologu, bo żywszy i bardziej wyrazisty (możliwość wprowadzenia polemiki).

Natomiast co do łopatologiczności. Widzisz, Bellatrix, termin ten jest względny. Gdy operujesz dziedziną nauki, by do czegoś tam ją wykorzystać, spotkasz spektrum reakcji czytelników, którego pole rozciąga się między następujące postawy:

“ale bełkot”

“dla mnie chińszczyzna”

“czysta łopatologia”

W obrębie tego pola pojawiają się różne komentarze (w tym skrajne i wyważone) i żaden autor nie jest w stanie pogodzić interesów wszystkich czytelników.

Z tym dylematem nieco wiąże się zarzut który postawiłaś w recenzji: Przeskok od nauki do paranauki

SF, w którym się specjalizuję, to właśnie sztuka konstruowania takich przeskoków. Przy czym moją ambicją jest rozmywanie tej granicy między nauką a fikcją (choć po prawdzie ona jest już a priori rozmyta, bo zależy od poziomu wiedzy czytelnika w zakresie dyscyplin naukowych stanowiących materię narracji). A ponieważ sama się określasz jako “siedząca w sci”, zachęcam do wskazania, gdzie ta granica przebiega w tym opowiadaniu.

W dążeniu do tego, by czytelnik zwątpił w to, czy to rzeczywiście SF, albo przynajmniej miał kłopoty z lokalizacją tej granicy z jednej strony usprawiedliwia mnie to „S” w SF, z drugiej – intencje czy może raczej przesłanie jakie chcę przemycić. A w tych opowiadaniach, które traktuję poważnie (w odróżnieniu od lżejszych takich jak np. „Anihilacja Wszechświata”) chcę zawrzeć ostrzeżenie przed beztroskim majstrowaniem w przestrzeniach nauki i technologii. Bo mają one granice, których nie wolno przekraczać. Jeśli takie ostrzeżenie ma być skuteczne, to dobrze jest dać czytelnikowi wrażenie autentyczności, a nie że właśnie przeczytał sobie bajeczkę.

O jakie ostrzeżenia chodzi? Ano przed pychą ludzką która mami, żeśmy doszli do granic poznania (”Muzyka Sfer Niebieskich”), przed huraoptymizmem mamiącym, że jesteśmy bliscy Bogu („Fideina”), przed sięganiem po rajski owoc („Noosfera”), przed możliwymi zgubnymi skutkami technologicznej aktywności, np. digitalizacji („Chmura”), czy wreszcie przed pokładaniem nadziei w możliwość zapanowania nad probabilistyczną naturą rzeczywistości (”Demon Maxwella”). Tu masz rację, pisząc, że jeśli przesłanie tekstu zawarte jest w “jesteśmy dla siebie najlepszymi amuletami”, to cała wcześniejsza historia traci sens. Dokładnie – po to jest opowiedziana, by czytelnika pozbawić złudzeń, że można osiągnąć szczęście kosztem cudzego nieszczęścia. I że tak naprawdę szczęście osiąga się w miłości i jedności z innymi ludźmi (puenta “sami dla siebie jesteśmy wystarczającymi amutalami. Nie “amuletami” jak tu przytaczasz).

Uważny czytelnik przesłanie zrozumie, mniej uważny, dodatkowo zaabsorbowany szukaniem detali do których można by się przyczepić, może to przesłanie przegapić.

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Z tym dialogiem, to rozchodzi się właśnie o to “naturalnym”. W “Demonie” mi tej naturalności dialogu zabrakło. Zresztą, podobny chwyt stosujesz w większości opowiadań: o ile w “Noosferze” forma spowiedzi nieco unaturalniała ten zabieg a w “Fideinie” forma wręcz wymuszała wyjaśnienia, tak tu nie widzę fabularnego celu tej dyskusji (poza wyłożeniem czytelnikowi “kawy na ławę”). Do tego, jak już porównuję z “Fideiną” – tam miałeś fabułę, pokazałeś działanie tej teorii, pokazałeś bohatera w różnych sytuacjach, pokazałeś konsekwencje jego działań i jego przemianę – było coś więcej, niż tylko “gadanie”. Tu tego nie ma – bohater w zasadzie tylko chodzi z punktu A do B i rozmawia. A szkoda, bo pomysł ciekawy i wart rozwinięcia i pogłębienia.

Jeśli chodzi o sam przeskok między nauką a paranauką – to ugryzł mnie przeskok od dość szczegółowych wykładów z termodynamiki do magii. Po dogłębnych tłumaczeniach nt. entropii przechodzisz do bliżej niesprecyzowanej magii amutali (jak zrozumiałam, u Ciebie amutal = amulet+talizman, wg gugli są amulety, które jednocześnie są też talizmanami, a mimo wszystko, bardziej mi pasuje klasyczne nazewnictwo, ale jeśli bardzo Ci to przeszkadza to poprawiam) – i tu już jej nie wyjaśniasz, a szkoda, bo Maxwella to można sobie znaleźć w podręczniku/albo wyguglać a Twojego autorskiego pomysłu już nie :)

Bellatrix, zlituj się! Jaki przeskok od termodynamiki do nauki? Jeśli tak uważnie czytałaś ten tekst, to nic dziwnego że podsumowujesz go słowem miszmasz. Termodynamika i demon Maxwella jest w piwiarni. Magii nie ma w ogóle, zaś w ruinach fortu na Nadwiślańskiej pojawia się antropologia i fizyka kwantowa. Nie ma mowy o entropii, jest o asymetrii dystrybucji zdarzeń, które mamy za losowe, jest finezyjna moim zdaniem koncepcja wytłumaczenia tego mechaniką kwantową, konkretnie teorią EWG, konkretnie multiświatem Everetta-DeWitta z modyfikacją Wojciecha Żurka i hipotezą fizyka Jacka Scarlattiego, która jest miejscem granicznym między nauką a fikcją w tym opku czyli tym, o co Cię prosiłem żebyś znalazła. I tu na scenę wchodzi antropologia, nadal nie ma mowy o magii, jest za to logiczny wywód prowadzący do amutala (na marginesie: amulet i talizman to różne pojęcia. Amulet to przedmiot chroniący przed kłopotami, przed zjawami, wampirami itd. Talizman ma zaś przynosić ludziom szczęście. Amulet ma od nas odpychać konkretne rzeczy, zaś talizman przyciągać https://akademiaducha.pl/czy-talizman-amulet/ )

Oczywiście, nie ma mowy o technologii produkcji amutala, bo jesteśmy już w obszarze fiction i wszelkie dywagacje na ten temat byłyby bełkotem, Jest natomiast wzmianka dotycząca wykreowanej metodologii postępowania bohaterów, która ma wiele wspólnego z naukami przyrodniczymi i niewiele wspólnego z magią:

Wraz z Tomkiem wykonaliśmy testy w celu zbadania wpływu tych artefaktów na odkształcanie przebiegu procesów kwantowych. Był to niezwykle żmudny proces. Jednak po przebadaniu tysięcy przedmiotów z rożnych zakątków świata udało się nam w końcu wyselekcjonować najefektywniejsze z nich i stworzyć amutal.

A Ty sobie to niefrasobliwie streszczasz jednym zdaniem, całkowicie oderwanym od rzeczywistości opowiadania:

Po dogłębnych tłumaczeniach nt. entropii przechodzisz do bliżej niesprecyzowanej magii amutali

Nie, no na tym poziomie i przy takiej metodologii polemiki to ja dyskutować nie będę… :((

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

To Ty chciałeś podejmować dyskusję – ja tylko na Twoją prośbę wkleiłam link do mojej ‘opinii o numerze’ sprzed sześciu lat. Widzę, że masz problem z przyjmowaniem krytycznych ocen i za wszelką cenę próbujesz tekstu bronić – to tak nie działa. Tekst ma bronić się sam. Osobę, która pod moją recenzją skomentowała o Twoim opowiadaniu, że “nudne” też będziesz teraz ścigać i tłumaczyć, że na pewno nie rozumie/przeczytała zbyt mało dokładnie/ nie docenia głębi przesłania?

Oczywiście, że nie wymieniałam wszystkich przytoczonych przez Ciebie teorii (już pisałam, że wykładanie tego wszystkiego w dialogu to jak dla mnie zbędna łopatologia), po prostu – skupiłeś się na przedstawianiu rzeczy, które można znaleźć w podręcznikach a Twój własny “wynalazek” jest stricte magiczny i wyliczaniem teorii nie przekonałeś mnie, że nie (enigmatyczne “odkształcanie procesów kwantowych” nie niesie za sobą żadnej treści).

Polecam przeczytanie opowiadania “Szept pielgrzymów” – zobaczysz, jak można sterowanie prawdopodobieństwem zdarzeń pokazać w dobrej otoczce sci, bez nadmiernego upychania infodumpów w dialogach.

Nie, Bellatrix, to tak nie działa. Tekst nie jest w stanie bronić się sam, jeśli ktoś w tej czy innej intencji nim manipuluje, wyrywając poszczególne frazy czy wręcz słowa. W takich sytuacjach autor ma prawo i obowiązek się temu przeciwstawić. Zgadzam się, w dyskusjach staję po stronie moich tekstów, lecz jeśli zostanę przekonany, mówię o tym explicite i komentatorowi dziękuję Na tym polega uczciwość w dyskusji. Możesz to sprawdzić, przeglądając komentarze pod moimi tekstami. Osobom, których komentarz sprowadza się do “nudne”, “nie zainteresowało mnie” odpowiadam z reguły “dziękuję za wizytę i komentarz”, nie podejmując polemiki, bo też nie ma z czym. Widać, takie osoby tej polemiki nie chcą, tylko pozostawiają subiektywne wrażenie nie podparte żadną argumentacją – umiem to uszanować (jak też zróżnicowane spektrum zainteresowań czytelników). Ty argumentację stosujesz, lecz jest ona totalnie podporządkowana tezie, co objawia się wielokrotnie absurdalnymi twierdzeniami czy wnioskami – wykazałem Ci to w moim komentarzu pod recenzją. Pokazuje opowiadanie w krzywym zwierciadle, a to nie jest uczciwe.

Mam świadomość, ze nie jestem genialnym literatem, a ten tekst nie jest i nie będzie przebojem światowego SF. Ale określanie go inwektywą “miszmasz” w sytuacji gdy jest on prowadzony z konsekwentną dyscypliną logiczną, jest klarowny i czytelny, wybacz – to jest nadużycie.

skupiłeś się na przedstawianiu rzeczy, które można znaleźć w podręcznikach a Twój własny “wynalazek” jest stricte magiczny i wyliczaniem teorii nie przekonałeś mnie, że nie

I co z tego, że można znaleźć w podręcznikach? Uważasz, że lepiej byłoby gdybym podał do nich linki w przypisach? To nie jest dysertacja tylko literatura. Zaś co do tłumaczenia zasady działania “własnego wynalazku” – odsyłam do klasyków gatunku: Terry Pratchetta i Stephena Baxtera jak w książce “Długa Ziemia” opisują podstawy fizykalnego mechanizmu ichniejszego wieloświata. Możesz skorzystać z cytatu który umieściłem w jednym z komentarzy pod tym tekstem.

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Mam problem z tym opowiadaniem. Generalnie realizacja jest dobra, pomysły nawet też spoko (podoba mi się nazwa “amutal”), ale w moim odczuciu tu jest zdecydowanie za dużo szkolnej wykładni w dialogach. Sorry, ale po prostu nie potrafię się w to wciągnąć. Nie mam nic przeciwko hard sci (teleportujące grzyby w Star Trek Discovery były zajebiste), jednak niech będzie podane w formie, która nie odrzuci człowieka, który zawsze miał dwóję z fizyki, a raz na półrocze nawet ocenę niedostateczną.

 

W pewnym sensie zafundowałeś mi powrót do szkoły, lecz mało to ma wspólnego z pożądaną nostalgią. Raczej przypomniały mi się nudne lekcje z ględzącymi babsztylami prowadzącymi zarówno chemię, jak i fizykę. Same ględzenie, doświadczeń zero, a nawet jeżeli jakieś były to tylko od święta i mógł je wykonywać wyłącznie “nauczyciel”. Cóż, nauczanie przedmiotów ścisłych w tym kraju i systemie społeczno-gospodarczym jest naprawdę żałosne.

Dziękuję za wizytę i komentarz. W rzeczy samej jestem pasjonatem nauk ścisłych (fizyki w szczególności) i pisanie, czy w ogóle przebywanie w tych klimatach sprawia mi ogromną frajdę. I raczej do tych, którzy mają podobnie, adresuję moje opowiadania. Bo nie jestem na tyle dobry, by umieć pisać dla wszystkich (jeśli to w ogóle możliwe).

Przykro mi, że trafiłeś w procesie edukacji na osoby, które nie potrafiły wzbudzić w swoich uczniach zainteresowania naukami ścisłymi. Wyznam, że ja też na takie osoby nie trafiłem; zainteresowania rozwijałem samodzielnie, a gdy zdecydowałem sie po szkole średniej (technikum – zostałem wykształcony w specjalności obróbka skrawaniem) studiować astronomię, musiałem sam tego przedmiotu się nauczyć do egzaminu (w odróżnieniu od LO w technikach nie było przedmiotu astronomia).

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole, problem polega na tym, że autorskie postrzeganie tekstu zazwyczaj różni się od odbioru czytelników. To, co dla Ciebie jest niezbędnymi wyjaśnieniami prowadzącymi do miejsca granicznego nauka/magia, dla mnie było niepotrzebną łopatologią (i uważam, że te dialogi z wyjaśnieniami dobrze byłoby mocno skrócić, wymienianie, na czyich teoriach się opierali, nie jest ciekawe – co innego, gdybyś pokazał to w akcji). Pisanie o ‘absurdalnych argumentach podporządkowanych tezie’ jest nie fair i zasadniczo nie zachęca do dyskusji. Odebrałam Twoje opowiadanie w taki a nie inny sposób, napisałam Ci dlaczego i nie wzięłam tego z sufitu, tylko takie wrażenia wyniosłam po przeczytaniu tekstu. Nie mam z góry założonej ‘tezy’ – z Twoich opowiadań, które tu przeczytałam niektóre mi się bardzo spodobały (dlatego zajrzałam, gdy wrzuciłeś coś nowego), więc uprzedzona do Ciebie nie jestem.

Nowa Fantastyka