- Opowiadanie: JK.Locken - Złego miłe początki

Złego miłe początki

Hejka! “Złego miłe początki” to drugie opowiadanie mojego autorstwa i drugie jakie to wrzucam, a zarazem pierwsza część cyklu o Zachariaszu, czyli profesjonalnym złodzieju z potężnej Gildii. Gildia ta trzyma w garści cały Cieniogród, zwany też Miastem Cieni, w którym dzieją się całe wydarzenia.

Przyjaciel uświadomił mnie, że powinienem to wrzucić tu i może uzyskam ten potrzebny feedback, które pokaże mi błędy, których sam zauważyć nie potrafię.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Złego miłe początki

I

 

Zachar śledził wzrokiem mężczyznę, który niespokojnie poruszał się w tłumie okupującym rynek główny Cieniogrodu. Zamiary nieznajomego były aż nadto widoczne. Dobry złodziej potrafił rozpoznać drugiego złodzieja, a konkurent nie należał do Gildii. A skoro do niej nie należał, nie miał prawa działać w tym mieście.

Zachar zaciągnął kaptur na głowę i podążył za nerwusem, uważając na każdy krok. Wiedział, że ludzie tutaj zdolni są do celowego szukania zaczepki z nieznajomymi.

Oczywiście, oprócz tropienia konkurenta, nie mógł zapomnieć o własnych powinnościach. Zgrabnie odciął kilka słabiej zabezpieczonych sakiewek, które natychmiast chował pod płaszczem. Podróżni zawsze byli łatwym celem. Tylko tutaj czuł się jak ryba w wodzie, a mając za plecami Gildię, nie musiał szczególnie obawiać się straży. Nie w tym mieście.

Cały czas nie spuszczał spojrzenia z mężczyzny. Ten akurat wpadł na przechodnia. Udając, że mu przykro przeprosił go i jednocześnie zwinął sakiewkę.

– Amatorszczyzna – mruknął pod nosem Zachar. Miał pewność, że nikt go nie usłyszy, harmider wytwarzany przez tłum był po prostu zbyt głośny. Dalej spokojnym krokiem podążał za drugim złodziejem, mimo tego, że ten zbierał się do biegu. Kolejny przejaw braku doświadczenia. Określił szybko tempo uciekiniera i skręcił w pustą uliczkę, po czym zsunął z ramienia niewielką kuszę, ukrytą do tej pory pod płaszczem. Naciągnął cięciwę, założył bełt i spokojnie odliczył do trzech, zanim wystrzelił w stronę przejścia między uliczkami, krzyżującego się z główną ulicą. Bełt trafił idealnie w bark przebiegającego, spychając go do kolejnej bocznej uliczki.

Zachar wątpił, żeby ktokolwiek zwrócił na to uwagę. Tutaj była to raczej powszechność. Przeszedł na drugą stronę, w ślad za swoim celem i znalazł go klęczącego pod ścianą. Jęczał, nie wiedząc nawet co zrobić z bełtem, który przebił mu bark. Ujrzawszy zakapturzoną postać, wciąż trzymającą kuszę, otworzył szerzej oczy ze strachu. Nie mógł dostrzec kim jest skryty pod kapturem oprawca. Do tego rozpoznanie utrudniały ciemne, skrywające rysy twarzy włosy.

– Masz coś nieswojego – burknął strzelec, chowając kuszę z powrotem pod płaszcz. – Nie wiesz, że Gildia ma wyłączność na tym terenie?

– Wszyscy wiedzą! – wycharczał ranny. Zachar zauważywszy ruch ręki mężczyzny, prawdopodobnie sięgającego po ukrytą broń, odczepił własny sztylet, który do tej pory przypięty był rzemieniem do przedramienia w rękawie. Obrócił go powoli.

– Daruj życie! To tylko na chleb dla rodziny! Przebacz!

– Gildia nie zapomina – Przeciwnik w końcu wykonał gwałtowny ruch, ale Zachar był szybszy. Zanim nóż amatora zdążył upaść na ziemię, ten trzymał się już oburącz głęboko rozcięte gardło. Członek Gildii chwycił skradzioną sakiewkę, zanim strumień krwi zdołał do niej dotrzeć. Szkoda było marnować później czas na czyszczenie jej z posoki. Spojrzał konającemu w oczy po raz ostatni. – I nie wybacza…

 

II

 

– Sto dziewięćdziesiąt trzy korony – podsumował Haro, skarbnik i archiwista Gildii. Starszy brodacz nie nadawał się już do akcji, więc zajmował się odciąganiem określonego procentu od łupów reszty. – Dobry wynik, Zacharze.

– Bywało lepiej, ale ostatnio zmalała liczba podróżnych – odparł, zakładając obie nogi na biurko starca.

– Won z buciorami! – warknął skarbnik, widząc jego zachowanie. Zachar wywrócił oczami, ale posłuchał. Wciąż czekał na swoją dolę z całej zdobyczy. – Dobra, twoja działka. Sto dwadzieścia.

– Żartujesz? – spytał poirytowany Zachar. Szybko przeliczył w pamięci ile Haro chciał mu zabrać. – Od kiedy prowizja wzrosła do prawie czterdziestu procent, co?!

– Rozkaz Gladymira – odparł starzec, wzruszając ramionami. – Każdy poniżej rangi chociaż oficerskiej ma płacić więcej.

– A jak mam kurwa być oficerem, jako specjalista od włamań i kradzieży kieszonkowej?! Nie jestem od dowodzenia tylko jebanym indywidualistą!

– To zmień kierunek – Wzruszył ramionami Haro. Zastanowił się przez chwilę, wpatrując w monety. – Jesteś przecież jednym z najlepszych kuszników. Możesz postarać się o własny oddział i jeszcze na tym zarobisz!

– I mam niańczyć jakąś zgraję? To już chyba wolałbym zostać skrytobójcą, oni chociaż nie muszą się rozliczać, bo zlecenia i tak przychodzą w większości z zewnątrz.

– Nie muszą się rozliczać, to fakt, ale pomyśl ilu wraca z misji. Przestań więc narzekać i płać jak inni. I tak jesteś jednym z najwydajniejszych na tym szczeblu, więc zostaje ci sporo. Niektórzy zdobywają tak mało, że próbują kombinować. Ale nikt nie wykiwa starego Haro, ho co to to nie.

– Przemyślę sobie możliwości – obiecał i zgarnął dwie sakwy z odliczonymi przez skarbnika monetami. – A może po prostu zostanę arcyzłodziejem i będę mieć w dupie wszystkie rozliczenia, a reszta będzie płacić mi?

– „Po prostu” to ciekawe stwierdzenie, póki Gladymir trzyma ten stołek. Lepiej nawet o tym nie gadaj za głośno, bo nim się obejrzysz to te sakwy skończą w twojej dupie, do pary ze sztyletem na gardle.

– Oj tam, wszystko byś brał na poważnie, starcze… – Zachar skierował się w stronę wyjścia. Na progu odwrócił się jeszcze na moment. – Miłego liczenia!

 

Nie poczekał na odpowiedź, ale zdawał sobie sprawę, że musiała zawierać minimum dwa przekleństwa i jakieś czułe słówko na pożegnanie. Wyszedł ze skarbca do centrum siedziby Gildii. Podziemne korytarze przypominały opuszczony pałac. Mnóstwo postaci odzianych w tym samym stylu co Zachar, przemieszczało się do konkretnych skrzydeł siedziby, bądź też wymieniało się spostrzeżeniami. Nigdy specjalnie nie przywiązał się do żadnego z tych ludzi. Wszak w tym fachu nawiązywanie przyjaźni i bliższych relacji mijało się z celem. Wiedział, że niektórzy traktują Gildię jak dużą rodzinę, ale nie zamierzał powierzać swoich tajemnic nikomu. Dobry złodziej nie zaufa drugiemu złodziejowi…

 

Dlatego też jego kwatera znajdowała się poza siedzibą. W pół godziny po rozliczeniach znalazł się w podupadłej kamienicy, w której przywłaszczył sobie mieszkanie. Choć z zewnątrz dom wyglądał na ruderę, w środku był całkiem przytulny. Otworzył nietypowym kluczem drzwi wejściowe, w których sam zakładał specjalne zamki antywłamaniowe. Jako włamywacz miał pojęcie jak się zabezpieczyć. Zanim wszedł do środka odczepił jeszcze ledwie widoczną linkę, który zwalniała mechanizm kusz.

W końcu znalazł się wewnątrz, zamknął drzwi i zrzucił płaszcz, razem z kuszą, na ziemię.

Znalazł wzrokiem dwie luźne cegły w ścianie i wysunął je, odsłaniając mały sejf. W środku czekało już kilka sporych sakw, które udało mu się zaoszczędzić. Dorzucił do tego jedną z tych od Haro i ponownie zamknął skrytkę. Spojrzał na drugą sakiewkę i uśmiechnął się lekko.

– Teraz można się trochę odprężyć…

 

III

 

Odetchnął głęboko, gdy dziewczyna w końcu z niego zeszła. Był zadowolony, jak zwykle zresztą. Kurtyzany z Nocnej Rosy zdecydowanie były warte ceny, szczególnie, że członkowie Gildii mieli zniżki. I na kobiety, i na mężczyzn, i na alkohol, bo Nocna Rosa oferowała wszystko.

 

– Nie wypadasz z formy – skomentowała kobieta, wciąż wyciągnięta na łóżku, gdy zaczął się ubierać. Spojrzał na swoje odbicie w niewielkim lustrze nad wiadrem z wodą. Zaniedbywał golenie od dłuższego czasu. Chwycił brzytwę.

– Niedługo to może się zmienić – odparł w końcu, przymierzając się ostrzem do policzka. – Coraz więcej kradną nam z łupów. Już prawie jebaną połowę.

– Czyli organizacja złodziei okrada złodziei? – spytała retorycznie z uśmiechem. Zachar odwrócił się na chwilę, żeby jej się przyjrzeć.

– Nie jesteś aby zbyt bystra?

– Możesz dopłacić, żebym udawała głupią…

– Przyznam, że jednak ten język nadaje się również i do gadania – powiedział z uznaniem i wrócił do golenia.

– Zabierają wam więcej – podsumowała prostytutka. – To znaczy, że będziesz nas rzadziej odwiedzał?

– Raczej – Zachar zamyślił się na chwilę. – Raczej postaram się więcej kraść.

 

W końcu ubrany i ogolony zszedł do baru. Ze względu na późną godzinę, większość gości zdążyła już wyjść, więc w pomieszczeniu panował luz. Zachar rozpoznał kilku ludzi z Gildii, siedzących w kącie, we własnym towarzystwie. Sam zajął stołek przy samym barze, żeby móc pić w spokoju. Splótł dłonie w taki sposób, by karczmarz mógł bezproblemowo rozpoznać pierścień Gildii.

Na szczęście tej nocy za szynkwasem siedział Rob, który znał już Zachara dosyć dobrze. Przynajmniej jako klienta. Bez pytania postawił przed złodziejem kufel z mocnym piwem i położył deskę z pętem kiełbasy i serem.

– Dzięki, Rob. W zadowalaniu klientów możesz konkurować z tymi z góry.

– Hah – parsknął barman, który akurat wycierał szmatką inny kufel. – Żeby mi jeszcze płacili tyle co im…

– Przecież musisz dostawać napiwki…

– Napiwki? – zdziwił się. – W jakim ty mieście żyjesz? Jak kosa pod żebra cię nie zabije, to możesz ją sprzedać i to będzie twój napiwek.

– Czasem trafiają się prawdziwe perełki – potwierdził złodziej. Co prawda rzadko dawał się dźgnąć, ale sporo jego ofiar nie oszczędzało na zdobieniach broni. – Ciekawe na co komu złocone sztylety, albo takie z rubinami czy innymi szmaragdami… Przecież to cholernie niepraktyczne!

– Za to jak dostojnie wygląda, gdy wystaje ci z klaty!

– Od sztyletu w klacie wolę dolewkę piwa – powiedział Zachar, opróżniwszy kufel. Podstawił puste naczynie do napełnienia. Rob sprawnie wykonał i prośbę.

Przez dłuższą chwilę złodziej nie odzywał się, chłonąc kolejne porcje ciemnego napoju. Rob spokojnie wyrabiał w obsłudze innych klientów i uzupełniania kufla Zachara. Mimo nasilającego upojenia, Zachar zdał sobie sprawę, że grupka z Gildii, siedząca w kącie, zaczęła mu się przyglądać. W końcu jeden z nich wstał i skierował swe kroki wprost do baru.

– Kolejka dla tego pana, na mój koszt – odezwał się do Roba, wskazując na Zachara.

– Zaczyna się – mruknął Zachar pod nosem. Zawsze takie zagrywki kończyły się bójką albo ofertą. Zastanawiał się o co chodziło tym razem. Barman również zdawał sobie sprawę z możliwych rozwinięć sytuacji, dlatego ciężki topór miał w pogotowiu, tuż pod ladą.

Nieznajomy usiadł ostrożnie obok Zachara, a jego kamraci uważnie obserwowali ich z kąta.

– Ty jesteś Zachariasz, tak? – zaczął mężczyzna niepewnie. A może raczej chłopiec, jak ocenił Zachar. Był przynajmniej nieznajomy był przynajmniej dziesięć lat młodszy. Zachar już widział, że to będzie dążyć raczej ku propozycji.

– Czego chcesz? – odparł chłodno. Miał w głowie kilka mniej miłych odpowiedzi, wspomaganych dodatkowo alkoholem, ale nie chciał też za bardzo zrażać wszystkich do siebie.

– Od razu do sedna, dobrze – powiedział młodszy złodziej, jakby bardziej do siebie, na zachętę. – Bo widzisz, słyszałem… słyszeliśmy, że jesteś jednym z najlepszych włamywaczy i…

– Do sedna – pospieszył Zachar. Nie miał ochoty na wysłuchiwanie tanich komplementów.

– No więc planujemy taki mały skok, ale potrzebujemy zawodowca od zamków…

– Skok na co?

– Wiem o takim jednym kupcu, raczej niezbyt gruba ryba, przynajmniej nie w znaczeniu przenośnym, bo gruby pewnie jest. Większość kupców to grubasy, zauważyłeś? – Spojrzenie Zachara wystarczyło, by młodzik przerwał wywód o tuszy handlarzy. – No w każdym razie, ten jegomość ma ponoć niezły sejfik i w nim też małe co nieco, ale sami nie damy rady się tam dostać. Proponuję współpracę! Pomożesz nam otworzyć sejf, a zawartością podzielimy się po równo, na pięciu.

– Mam odwalić brudną robotę i dostać tylko jedną piątą łupów? Zapomnij.

– Ale… To ile potrzebujesz?

– Biorę połowę z tego co znajdziemy w skrytce i to co będzie poza nią. Oczywiście zakładając, że się nie mylisz… – Zachar dopił piwo duszkiem. Jego potencjalny współtowarzysz liczył w myślach i zastanawiał się nad odpowiedzią, a jego koledzy wciąż uważnie obserwowali całą rozmowę.

– Zgoda – w końcu skinął głową i wyciągnął do Zachara rękę. Zachar w pierwszej chwili chciał ją zignorować, ale chyba musiał dać kontrahentowi jakieś poczucie bezpieczeństwa w tym umowie, więc uścisnął dłoń złodzieja. Młodzieniec już chciał odejść zadowolony.

– Czekaj! – zatrzymał go Zachar, zachowując spokój. – Nie podałeś mi szczegółów. Gdzie jest ten cel, kiedy zaczynami, jaki masz plan, cokolwiek?

– Ah tak, wybacz… Spotkajmy się jutro o zachodzie. Mamy kryjówkę w starej wieży zegarowej. Tam wszystko ci dokładnie opowiemy.

– Mhm – mruknął na potwierdzenie, że zrozumiał. Chciało mu się śmiać na myśl, jak bardzo amatorskie to będzie, zważywszy na doświadczenie nowych kompanów. Sam fakt, że urządzili sobie kryjówkę w wieży zegarowej, i że zaprosili tam nieznajomego, był już wyraźną oznaką, że niezbyt się znają na tej profesji. – Jak cię zwą, młody?

– Rupert – szepnął i przez moment oczekiwał na kolejne pytanie, ale Zachar nie miał już nic do powiedzenia. W końcu dzieciak odwrócił się i podekscytowany czmychnął do swoich towarzyszy, by zdać im relację.

 

IV

 

 

– Jeszcze tego pożałuję – mruknął sam do siebie, po czym wkroczył do wnętrza zapuszczonej wieży. W środku wyraźnie śmierdziało padliną i gnijącymi deskami, a wszechobecny kurz drażnił nos. Zachar zachowywał czujność na każdym kroku, pozornie opuszczonego budynku. W końcu to równie dobrze mogła być pułapka, albo głupi żart. Skierował się do drabiny, wiodącej na wyższe poziomy i rozpoczął wspinaczkę po szczeblach. Niektórych desek brakowało, co uważał za nadmiernie upierdliwą niedogodność. Do tego drewno skrzypiało co i rusz, na tyle, że mogłoby obudzić umarłego.

Gdy złapał za kolejną belkę, ta po prostu ułamała się pod naciskiem. Niemal przez to spadł, ale cudem utrzymał się na konstrukcji i parł dalej w górę, klnąc pod nosem. Jeszcze nie zaczął tego zlecenia, a już miał go serdecznie dość. I wcale nie cieszył się na nadchodzące spotkanie z bandą młodych amatorów.

W końcu dotarł na bezpieczne piętro, na którym umieszczony był zepsuty mechanizm starego zegara i sterty gratów. Domyślił się, że prawdziwa kryjówka musiała znajdować się piętro wyżej, na poddaszu. A jedyną widoczną drogą, prowadzącą na poddasze, była drewniana klapa, teraz zamknięta, która dodatkowo znajdowała się jakieś trzy metry nad jego głową. Cała dolna część drabiny była jednak odłamana. Zachar miał ochotę wrzasnąć ze złości i z irytacji, lecz siłą woli opanował gniew i odczepił od pasa krótką linę zakończoną kilkoma haczykami. Rozwinął ją i rozpoczął rzucanie do celu, co nie było tak łatwe, jak mogłoby się wydawać. Po kilkunastu próbach haczyk wreszcie stabilnie zablokował się o szczebel. Złodziej upewnił się jeszcze czy lina trzyma wystarczająco, by go utrzymać i ponownie zaczął wspinaczkę.

– Naprawdę – warknął pod nosem, podciągając się do góry – jeśli to okaże się żartem, to zabiję gówniarzy i zrobię sobie drabinę z ich ścierw.

Kiedy udało mu się dotrzeć do górnego fragmentu drabiny, wpierw odczepił linkę i zahaczył ją o pas, a następnie sięgnął do klapki i uchylił ją. W duszy podziękował, że nie była zakluczona, bądź zablokowana. Ostrożnie wciągnął się przez otwór na ostatnie piętro.

Czterej młodzieńcy ślęczeli przy mapie i jakichś rozpiskach z drugiej strony poddasza, a planowanie tak ich wciągnęło, że nawet nie zwrócili na niego uwagi. Przynajmniej to stwarzało mu okazję do zachowania części godności. Zamknął po cichu klapę i przyjrzał się czwórce współpracowników.

Wszyscy byli młodymi chłopcami, ledwie wkraczającymi w dorosłość. Nie mieli nawet jeszcze prawdziwego zarostu.

– Nie, nie będzie go w domu, już ci mówiłem – odpowiedział chłopak, w którym Zachar rozpoznał Ruperta, na jakieś niezrozumiałe pytanie. Musieli siedzieć tak przynajmniej od kilku godzin. – Tylko kilku strażników, może jakiś bachor albo jakaś kochanka. Prosta akcja, wchodzimy i wychodzimy.

– Przecież gość ma zamki, jak w królewskich wychodkach!

– Możemy wejść przez okno – zaproponował najmniejszy z nich.

– Żeby ściągnąć od razu na siebie strażników? Gary, pomyśl trochę zanim coś powiesz…

– W królewskich wychodkach mają zamki?

– Prędzej zamki mają królewskie wychodki – odparł Rupert z lekkim uśmieszkiem. – Od tego właśnie mamy Zachariasza!

– No właśnie… Mamy Zachariasza? Ja go tu, kurwa, nigdzie nie widzę! – warknął prawdopodobnie najstarszy z chłopców.

– Bo się nawet, kurwa, nie rozejrzałeś – wtrącił Zachar, celując do młodzika z kuszy. Tylko dla pokazu. Ujawnienie się przyniosło satysfakcjonujący efekt. Chłopcy zerwali się podłogi zdezorientowani.

Kaptur i włosy kryły jego uśmiech i zadowolenie z siebie.

– Zachariasz… – odezwał się Rupert niepewnie. – Czy pan… ty wchodziłeś przez wieżę?

– Mogłeś coś powiedzieć o tych jebanych drabinach – rzucił włamywacz spokojnym głosem.

– Ja… zapomniałem cię uprzedzić…

– My wchodzimy tędy – powiedział Gary, wskazując palcem na otwarty balkon. Zachar bez słowa przeszedł we wskazaną stronę, wciąż z kuszą w gotowości do strzału. Balkon był połączony szeroką kładką z pobliskim dachem, z którego już bez problemu można było zejść na ulicę.

– Ja pierdolę – sapnął z rozgoryczeniem, myśląc o potworności drabin.

Odsunął się od wyjścia i opuścił wreszcie kuszę. – Dobra, panie Rupert, teraz dawaj mi szczegóły, które opracowałeś.

– Opracowaliśmy – poprawił najstarszy. Zachar rzucił mu to samo spojrzenie, które wcześniej w karczmie Rupertowi.

– No to tak: facet nazywa się Tilian Wirm, do pary z jakąś żonką, którą zdradza notorycznie w ich własnej rezydencji i z bachorem – zaczął Rupert.

– Zdradza żonę z dzieciakiem?

– Co? A, nie! Mam na myśli, że mieszka z żoną i ze swoim gówniarzem.

– Mhm…

– Mieszka w małej rezydencji w północnej części miasta, tuż przy kanale.

– Inteligentnie – przyznał Zachar szczerze. – Tam jeszcze nie śmierdzi.

– Właśnie. Są dwa wejścia drzwiami i od trzech do pięciu wartowników w całym domu. Zmieniają się co ileś tam godzin.

– Dlatego mówię! Wejdźmy oknem! – podpowiedział znów Gary.

– A ja ci mówię, że jesteś idiotą! – odparł starszy chłopak, stając przy Garym.

– Jorg, uspokój się wreszcie! – warknął Rupert, najwyraźniej zawstydzony swoimi towarzyszami – Zachariasz, a co ty o tym myślisz?

– Wybierzemy najsensowniejszą drogę…

– Czyli co? Komin? – zażartował Jorg.

– Niegłupie, jeśli chcesz zdechnąć przy pierwszej akcji. Ale nie, wejdziemy oknem. Od razu widać, który z was ma najwięcej oleju w głowie – oznajmił z uśmiechem, spoglądając na rozpromienionego Garego. – Wiecie gdzie dokładnie jest ten cały sejf?

– W jego sypialni, do której nikogo nie wpuszcza. No oprócz prostytutek i odświętnie swojej żony – w końcu usłyszał głos czwartej postaci. Dziewczyny, jak dopiero zauważył. Tak naprawdę niewiele różniła się od chłopaków obok. Zachar uznał, że to kwestia młodego wieku i fryzury.

– A jakiś opis tej rezydencji?

– No jest z cegieł… – zająknął się Gary. Włamywacz ponownie wywrócił oczami.

– Nieważne, będziemy improwizować. Kiedy może nie być go w domu?

– Przez następne kilka godzin – odparł Rupert. – Regularnie wieczorem wychodzi na miasto i wraca późno w nocy. Ale nadal pozostaje dzieciak, żona i strażnicy.

– Dobrze, chcę zobaczyć teraz ten budynek osobiście, a potem powiem wam co robimy – zadecydował Zachar. Tak naprawdę nigdy wcześniej nie działał w zespole i nie wiedział jeszcze, jak sobie poradzić z przydziałem zadań. Nie mogli wejść całą piątką do środka, to było oczywiste. Czwórka młodzików stała wpatrzona w niego, jakby szukając zezwolenia na oddychanie. – Rupert, prowadź, trzymamy się dachów i zasad Gildii.

 

Dopiero po tych słowach niepewnie się ruszyli. Zdał sobie sprawę, że ta grupka nie potrzebuje aż tak bardzo profesjonalisty. Oni potrzebowali lidera, którego nie byli w stanie sami wytyczyć, chociaż Rupert przemawiał do tej pory za nich wszystkich.

Większość budynków w Cieniogrodzie była zbudowana w takim zagęszczeniu, że droga po dachach była dziecinnie prosta. Nawet uliczki między domami były tak wąskie, że prawie nie trzeba było skakać. Zacharowi przypadła do gustu sprawność fizyczna towarzyszy. Przemieszczali się bez problemu, chociaż czasem Gary potrzebował więcej czasu, żeby przeskoczyć na drugi dach.

 

V

 

Włamywacz mierzył dokładnie wzrokiem niewielką willę, szukając słabych punktów budynku. Wszystko zgadzało się z opisem przedstawionym przez amatorską grupę. Budowa z cegieł, dwa wejścia, mnóstwo okien i kanał, płynący tuż z tyłu rezydencji. Zachar szukał w oknach jakichś oznak ruchu. Zauważył przynajmniej jednego strażnika na parterze domu. Logika podpowiadała mu, że sypialnia kupca musi znajdować się na piętrze. Najprościej byłoby więc wejść przez okno bezpośrednio do niej, jednak po krótszym rozpoznaniu szybko okazało się, że docelowy pokój znajdował się od strony kanału. Nie chciał ryzykować wspinaczki po niepewnej ścianie, nad wodą.

– Wygląda na to, że musimy podzielić się na dwie grupy – oznajmił w końcu. W głowie kształtował zarys prostego planu. – Nie damy rady dostać się bezpośrednio na piętro od tak. Ja i ktoś inny musimy dostać się do okna na parterze. Znaczy, że któryś musi nas podsadzić. Będziemy musieli przekraść się na piętro i otworzyć górne okno, po czym wypuścimy linę. Jeden z was będzie czekał na zewnątrz, pilnując naszej drogi wyjścia i przejmie łupy zanim zejdziemy. Pozostała dwójka będzie musiała być w gotowości do stworzenia dywersji. Odwrócą uwagę, jak coś pójdzie nie tak. Kto z was skrada się najlepiej?

Trzej chłopcy jednocześnie spojrzeli wymownie na towarzyszkę, która niepewnie potwierdziła to skinieniem głowy.

– Świetnie – powiedział Zachar zadowolony. Chociaż w jednej sprawie grupka była zgodna. – Teraz słuchajcie. Rupert, Gary, wy zostajecie grupą dywersyjną i w razie czego odwracacie uwagę. Jorg, ty nas podsadzisz, bo jesteś najwyższy, poza tym osłaniasz ucieczkę. A nasza dwójka wchodzi do środka. Jak ty się w ogóle nazywasz?

– Luna…

– Dobra, jakieś pytania zanim zaczniemy? Nie? To do roboty!

 

VI

 

Zachar jako pierwszy zszedł z dachu i podbiegł pod ścianę domu. Teraz już nocne ciemności służyły im za osłonę. Po kilku sekundach dołączyli do niego Jorg i Luna, przemykając przez ulicę z głowami nisko, niemal na kuckach. Wskazał młodemu mężczyźnie miejsce, w którym powinien stanąć, idealnie pod odosobnionym oknem. W pokoju, który wybrał, nie było żadnego widocznego światła, więc powinien się nadać.

Jorg złączył dłonie, robiąc z nich prowizoryczny podest i podsadził Zachara. Starszy złodziej oparł drugą nogę na ramieniu chłopaka i sięgnął ku parapetowi, dosyć szerokiemu, jak na zewnętrzną stronę. Przyklęknął na parapecie i przyjrzał się dokładniej oknu.

Było zamknięte od środka, ale na szczęście przesuwało się do góry.

Wyciągnął sztylet i wcisnął ostrze w szczelinę. Podważał ostrożnie drewno, aż usłyszał charakterystyczne strzyknięcie i mógł wreszcie podnieść szybkę do góry. Wdrapał się do wnętrza pokoju, uważając, by drewniana podłoga nie zaskrzypiała. Wybrany pokój okazał się niewielką, pustą sypialnią. Prawdopodobnie był to pokój gościnny. Większość mebli była okryta białymi prześcieradłami, by ochronić je przed kurzem.

Zachar podał rękę Lunie, która właśnie wdrapywała się przez okno.

Dziewczyna chciała się odezwać, lecz gestem nakazał jej milczenie.

Podszedł do drzwi i uklęknął, by rozejrzeć się przez dziurę w zamku.

Niewiele jednak był w stanie dojrzeć. Wyglądało na to, że drzwi prowadziły prosto na korytarz, tuż obok schodów.

Uchylił lekko drzwi, dziękując w duszy, że zawiasy były świeżo nasmarowane. Kupiec musiał się zatem szybko denerwować skrzypieniem i drobnym hałasem.

Przemknął na korytarz, gdzie dobiegły go ciche rozmowy strażników, którzy trzymali się obu wejść. Głupcy rozmawiali szeptem, który niósł się dużo bardziej niż cicha rozmowa. Kusiło go, żeby wyjrzeć do źródła światła i ocenić potencjalne zagrożenie, ale byłoby to bezsensowne ryzyko wykrycia. Podkradł się do schodów i dopiero dał znak Lunie, by podążała za nim.

Wszystkie drzwi na piętrze były zamknięte. Złodziej poczekał na dziewczynę, w myślach odtwarzając plan rezydencji, żeby bezbłędnie wybrać pokoje. Po kilku sekundach Luna minęła go i podeszła do najbliższych drzwi. Zdążyła chwycić za klamkę, gdy nagle drzwi zostały otwarte z drugiej strony. Złodziej pociągnął młodszą towarzyszkę za rękę i oboje przywarli do ściany, schowani za drzwiami. Sztylet znalazł się w jego dłoni, w gotowości do szybkiego ataku. Dziewczyna zareagowała podobnie.

Z pokoju wyszedł mały chłopiec, nieustannie trąc oczy. Dziecko miało sporo poniżej dziesięciu lat. Chłopczyk przymknął za sobą drzwi i odwrócił się prosto w ich stronę. Całkowicie nie zmienił wyrazu twarzy ani nie przerwał tarcia oczu. Zachar szybko ścisnął przedramię Luny, która unosiła swój nóż.

– Lunatykuje – mruknął, patrząc w nieświadome oczy dziecka. Chłopiec odwrócił się i zszedł po schodach na dół. Dziewczyna spojrzała na Zachara bardzo poruszona. Była gotowa zabić dziecko, żeby uniknąć złapania. Właśnie ta bezwzględność była absolutną podstawą do zrobienia kariery w Gildii.

Przynajmniej cała sytuacja stworzyła im okazję, którą Zachar zamierzał całkowicie wykorzystać. Dał Lunie swoją linę z hakiem i wskazał na pokój, z którego wyszedł chłopiec. Wślizgnęła się do środka i ledwo uniknęła potknięcia o rozrzucone zabawki. Założył, że poradzi sobie sama z prostym zadaniem przygotowania drogi ucieczki. Sam przekradł się do równoległej sypialni, która powinna kryć poszukiwany sejf.

Tym razem musiał skorzystać już z wytrychów. Zręcznie podniósł wszystkie zapadki i przekręcił zamek, otwierając w ten sposób drzwi. Zachar miał taką wprawę w używaniu swych narzędzi, że często szybciej otwierał zamki wytrychami, niż zwykłym kluczem.

 

Zdecydowanie trafił do prawidłowego pomieszczenia. Sypialna wyposażona była w ogromne łoże i ręcznie zdobione meble, które mogły kryć sporo kosztowności w środku. Spojrzał na szkatułkę, stojącą na toaletce z lustrem.

Typowe zagranie, mniej ważne drobiazgi pozostawiono na wierzchu z nadzieją, że potencjalny włamywacz się nimi zadowoli, zamiast szukać prawdziwych skarbów głębiej.

Ale Zacharowi szkoda było marnować tyle dóbr, więc złote łańcuszki i pierścienie ze szlachetnymi kamieniami ze szkatułki wylądowały w jego kieszeniach. W końcu musiał mieć coś na trybut dla Haro.

Lekkie skrzypnięcie z tyłu przykuło jego uwagę. Sztylet pojawił się w jego dłoni jeszcze zanim się odwrócił, lecz w drzwiach ujrzał tylko Lunę.

Przeszła kilka kroków w jego stronę, rozglądając się aż nadto uważnie. Gdy postawiła stopę po raz ostatni znów rozległo się skrzypnięcie, lecz inne niż poprzednie.

Spojrzała na niego przepraszająco, lecz Zachar wpatrzony w deskę podszedł bliżej i odsunął ją.

– Trafiony – szepnął, podważając deskę.

 

VII

 

– Idzie dobrze – potwierdził Rupert, obserwując akcję z drugiej strony ulicy. Gary nerwowo przestępował z nogi na nogę. Jorg cały czas stał pod ścianą rezydencji i pilnował liny, zwisającej z okna na piętrze.

– Oh, to trwa już tyle czasu! – jęknął jego młodszy towarzysz.

– Nieprawda. Są tam od kilku minut…

– Ale czuję się taki bezużyteczny! Ty nie?

– Trochę. Ale Zachariasz wie co robi. Tylko byśmy przeszkadzali, gdybyśmy wszyscy weszli do środka.

– Moglibyśmy zrobić coś lepszego niż nic…

– Mamy interweniować w szczególnej sytuacji – przypomniał znowu.

– Cała ta akcja to szczególna sytuacja!

– Właśnie dlatego trzymamy się planu, jak ustalaliśmy.

– No z planem… A on miał już przyjść? – szepnął Gary, wskazując palcem na drogę. Kupiec w eskorcie trzech zbrojnych właśnie wracał do rezydencji, szorując zdobną szatą o brudny bruk.

– O kurwa… To jest ta szczególna sytuacja! Trzeba dać im znać, że czas się zwijać!

– A jak zobaczą Jorga?

– Racja. Leć do niego, Gary! Ja spróbuję jakoś ich spowolnić.

Chłopiec nie potrzebował dalszych instrukcji. Wyskoczył na ulicę i pobiegł do Jorga, a Rupert skierował się prosto w stronę nadchodzącej eskorty. Zastanawiał się co mógłby zrobić lub uczynić, by przykuć ich uwagę i nie dać się złapać.

– Jorg! – syknął przeciągle Gary, kiedy zbliżył się do ściany.

– Czego tu? Miałeś zostać tam!

– Kupiec wraca! Musimy się ukryć!

– Szlag by to, Gary – warknął Jorg zdenerwowany. – Mieliście proste zadanie…

– Słyszałeś mnie? On tu idzie! Schowajmy się za rogiem!

 

Rupert poczuł jak pot spływa mu po karku, gdy zbliżał się do „ofiary”. Na pewno został już dostrzeżony przez gwardzistów, ale jeszcze nic z niego sobie nie robili. Samotny młody chłopak, błąkający się po ulicy nocą – nic specjalnego.

Mimo tego ich ręce wyraźnie powędrowały ku rękojeściom broni.

– Uspokój się – szepnął sam do siebie, prąc naprzód. Zacisnął dłonie w pięści. – Sprowokować intrygę i uciec. Proste.

Od grupy dzieliło go jeszcze jakieś dziesięć metrów, gdy frontowe drzwi rezydencji zostały otwarte. Stanął jak wryty, patrząc na kilkuletniego chłopca, który, mimo słownych protestów ochroniarzy, wyszedł na zewnątrz w lekkiej koszuli nocnej.

Nagle cała eskorta i kupiec przestali zwracać na Ruperta uwagę. Przeszli resztę drogi, żeby powstrzymać dziecko przed ucieczką. Złodziej dalej obserwował wszystko, nie ruszając się z miejsca.

Sądząc po krzykach, kupiec postanowił wyrazić swoje niezadowolenie ze swoich ludzi, którzy pozwolili małemu wyjść na dwór.

 

– Teraz albo nigdy – szepnął Gary, po czym wyskoczył zza rogu, zanim Jorg zdążył go powstrzymać. Podbiegł do liny i sprawnie wdrapał się na piętro, korzystając z zamieszania. Chłopak wyrobił się niezauważony.

 

Tylko jeden pomysł przyszedł Rupertowi do głowy. Chwycił najbliższy kamień i cisnął go w stronę grupki przy drzwiach. W tym momencie zauważył Garego, który właśnie wdarł się do pokoju na piętrze.

Jego kamyk trafił w okienko obok drzwi i z trzaskiem zbił szybę. Wszystkie zdziwione spojrzenia zwróciły się na niego. Wiedziony dziwną pokusą dodatkowo ukłonił się.

Akcja poskutkowała, trzech strażników rzuciło się w pościg za nim.

Luna niemal podskoczyła, gdy usłyszeli dźwięk tłuczonego szkła, dobiegający z dołu.

Zachar nie drgnął, wciąż mocując się z zaawansowanym zamkiem. Pot spływał mu po czole, gdy ze skupieniem operował wytrychami w otworze. Był coraz bliżej rozpracowania mechanizmu. Nagle do pokoju wparował Gary, przyciągając spojrzenia obojga. Dziewczyna w porę pokazała mu gestem, że ma być cicho, bo chłopak już zamierzał wykrzyczeć swoje rewelacje.

– Kupiec wrócił – szepnął, wymachując rękoma z paniką. – Trzeba wiać!

– To idź na zewnątrz i go zatrzymaj, już kończymy – sapnął Zachariasz, mocując się dalej z narzędziami.

– Rupert ich odciąga…

– To im pomóż – mruknął jeszcze, a potem przejechał palcem wzdłuż ust, na znak, że skończyli rozmawiać. Gary znów czmychnął do pokoju naprzeciwko i zaczął schodzić w dół po linie. Luna wyjrzała na korytarz przez lekko uchylone drzwi sypialni. Ku jej przerażeniu usłyszała ciężkie kroki na schodach i po chwili ujrzała jednego ze strażników, niosącego małego lunatyka na rękach. Wszedł do pokoju chłopca, by położyć go z powrotem do łóżka. Dziewczyna, przeczuwając rozwój wydarzeń, domknęła bezgłośnie drzwi. Na migi pokazywała Zacharowi zbliżające się zagrożenie.

Był to zbędny trud, ponieważ w ciągu kilku sekund rozległ się alarmujący okrzyk. Strażnik ani chybi znalazł linę.

W końcu zamek sejfu puścił i drzwiczki otworzyły się. Zachar nie marnował czasu, natychmiast ruszył do drzwi i szybko zakluczył je z powrotem, korzystając z wytrychu. Jego towarzyszka była mocno zdezorientowana. Przecież w ten sposób stracili drogę ucieczki.

Ale starszy złodziej miał już w głowie inny plan.

– Pakuj wszystko z sejfu – rozkazał, podając jej niewielki worek. Sam podszedł do okna i otworzył je tak szeroko, jak tylko się dało. Na dole rozciągał się kanał, a woda była lustrzanym odbiciem nocnego nieba.

Mdlący zapach nieco gorzej to odzwierciedlał. Zaklął na myśl o czekającej go kąpieli, ale czego się nie robi dla złota.

Na korytarzu zakotłowało się i ktoś pociągnął za klamkę. Natężenie wrzasków stopniowo rosło, a strażnicy najwyraźniej wiedzieli już, że ktoś jest w sypialni. Miał tylko nadzieję, że Gary, Jorg i Rupert poszli po rozum do głowy i uciekli.

– Już – westchnęła Luna, unosząc naładowany worek do góry.

– Świetnie, daj mi go i go skacz.

– Co? – spytała zaskoczona. Zachar wziął worek z jej ręki i wypchnął ją do kanału. Strażnicy zaczęli uderzać w drzwi, próbując je wyważyć.

– Czemu nie otworzą tego kluczem? – Zastanawiał się na głos. Spojrzał do worka, w którym znajdowało się kilka listów, sporo zagranicznych monet i dziwny pierścień. Po zastanowieniu przełożył listy i pierścień do płaszcza i wyskoczył z okna, w ślad za Luną. Ze sporym pluskiem zderzył się z wodą. Woda była lodowata i cuchnąca. Wynurzył się i wypluł paskudną ciecz. Upewnił się, że wciąż porządnie trzyma worek z pieniędzmi.

 

VIII

 

– Daliście dupy – warknął Jorg. Bez przerwy uderzał pięścią w ścianę. Był tak wściekły, że obaj młodzi mężczyźni woleli się do niego zbliżać. Mimo oczywistej różnicy zdań na temat tego poglądu. – Po prostu, kurwa tragedia!

– Zrobiliśmy co mogliśmy – zaprzeczył Rupert spokojnie. Widział, że Gary jest blisko płaczu. Objął go jedną ręką, niemalże opiekuńczo.

– Ty – syknął większy chłopak. Oskarżycielsko wycelował wskazujący palec wprost w Ruperta. – To był twój pomysł! To tobie zależało na pomocy tego skurwysyna, a teraz nie mamy ani pieniędzy, ani planu, ani Luny!

– Wszystko rozumiem – rozległ się głos od strony kładki. Zachar i Luna stali przemoczeni i cuchnący, lecz z triumfem w sercach. – Ale za tego skurwysyna to dostaniesz w ryj.

Koniec

Komentarze

No cóż, JK.Lockenie, nie spodobał mi się Twój bohater – toż to zwykły złodziej i zimny morderca, w dodatku straszny z niego zadufek, a własne o sobie mniemanie ma rozdęte do granic możliwości. Jedynym jego celem jest bogacenie się kosztem innych, nawet i po trupach. Nie ma w nim nic, co mogłoby wzbudzić choćby odrobinę sympatii, krztę zrozumienia, w dodatku paskudnie klnie. :(

Opisana historia okazała się dość błaha i całkiem pozbawiona fantastyki – ot, jest propozycja, trzeba z niej skorzystać, czyli dokonać kradzieży. I wszystko udaje się znakomicie, bo przecież tak świetnemu „fachowcowi” nie może się nie udać. Towarzysząca Zacharemu młodzież pozostaje w tle, nie przewidziałeś dla nich żadnej szczególnej roli.

Wykonanie, co stwierdzam z prawdziwą przykrością, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

W opowiadaniu użyłeś wielu słów, które, moim zdaniem, nie maja tu racji bytu, ale wiem też, że Twoje zdanie w tej materii jest zupełnie inne.

 

Za­char za­cią­gnął kap­tur na głowę… –> Za­char na­cią­gnął kap­tur na głowę

 

har­mi­der wy­twa­rza­ny przez tłum… –> Raczej: …har­mi­der powodowany/ wywoływany przez tłum…

 

kim jest skry­ty pod kap­tu­rem opraw­ca. Do tego roz­po­zna­nie utrud­nia­ły ciem­ne, skry­wa­ją­ce rysy twa­rzy włosy. –> Nie brzmi to najlepiej.

Może w drugim zdaniu: Do tego roz­po­zna­nie utrud­nia­ły ciem­ne włosy, maskujące rysy twa­rzy.

 

– Masz coś nie­swo­je­go… –> – Masz coś nie ­swo­je­go

 

– Wszyscy wiedzą! – wycharczał ranny. Zachar zauważywszy ruch ręki mężczyzny, prawdopodobnie sięgającego po ukrytą broń… –> Zdanie po didaskaliach winno być napisane od nowego wiersza:

– Wszyscy wiedzą! – wycharczał ranny.

Zachar zauważywszy ruch ręki mężczyzny, prawdopodobnie sięgającego po ukrytą broń

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

ten trzy­mał się już obu­rącz głę­bo­ko roz­cię­te gar­dło. –> Pewnie miało być: …ten trzy­mał się już obu­rącz za głę­bo­ko roz­cię­te gar­dło.

 

– A jak mam kurwa być ofi­ce­rem–> – A jak mam, kurwa, być ofi­ce­rem

 

– To zmień kie­ru­nek – Wzru­szył ra­mio­na­mi Haro. –> Brak kropki po wypowiedzi.

 

Ale nikt nie wy­ki­wa sta­re­go Haro, ho co to to nie. –> Tu chyba miało być: Ale nikt nie wy­ki­wa sta­re­go Haro, co to, to nie.

 

a resz­ta bę­dzie pła­cić mi? –> …a resz­ta bę­dzie pła­cić mnie?

Choć rozumiem, że Zachar nie musi wyrażać się najpoprawniej.

 

te sakwy skoń­czą w two­jej dupie, do pary ze szty­le­tem na gar­dle. –> Dwie sakwy i sztylet to chyba trochę więcej niż para.

Może: …te sakwy skoń­czą w two­jej dupie, do kompletu ze szty­le­tem na gar­dle.

 

bądź też wy­mie­nia­ło się spo­strze­że­nia­mi. –> …bądź też wy­mie­nia­ło spo­strze­że­nia­.

 

od­cze­pił jesz­cze le­d­wie wi­docz­ną linkę, który zwal­nia­ła me­cha­nizm kusz. –> Literówka

 

za­mknął drzwi i zrzu­cił płaszcz, razem z kuszą, na zie­mię. –> Skoro rzecz dzieje się mieszkaniu, to raczej: …za­mknął drzwi i zrzu­cił płaszcz, razem z kuszą, na podłogę.

 

by karcz­marz mógł bez­pro­ble­mo­wo roz­po­znać pier­ścień Gil­dii. –> Raczej: …by karcz­marz mógł łatwo roz­po­znać pier­ścień Gil­dii.

 

Rob spo­koj­nie wy­ra­biał w ob­słu­dze in­nych klien­tów i uzu­peł­nia­nia kufla Za­cha­ra. –> Chyba miało być: Rob spo­koj­nie wy­ra­biał się w ob­słu­dze in­nych klien­tów i uzu­peł­nia­niu kufla Za­cha­ra.

 

Mimo na­si­la­ją­ce­go upo­je­nia, Za­char zdał sobie spra­wę… –> Raczej: Mimo nasilającego się upo­je­nia, Za­char zdał sobie spra­wę

 

ode­zwał się do Roba, wska­zu­jąc na Za­cha­ra. –> …ode­zwał się do Roba, wska­zu­jąc Za­cha­ra.

Wskazujemy kogoś, nie na kogoś.

 

Gdzie jest ten cel, kiedy za­czy­na­mi, jaki… –> Literówka.

 

Ah tak, wy­bacz… –> Ach tak, wy­bacz

Ah to amperogodzina.

 

– Jesz­cze tego po­ża­łu­ję – mruk­nął sam do sie­bie… –> Wystarczy: – Jesz­cze tego po­ża­łu­ję – mruk­nął do sie­bie

 

Gdy zła­pał za ko­lej­ną belkę… –> Gdy zła­pał ko­lej­ną belkę

 

klapa, teraz za­mknię­ta, która do­dat­ko­wo znaj­do­wa­ła się ja­kieś trzy metry nad jego głową. –> Skąd w Twoim świecie znane jest pojęcie metra?

 

– Na­praw­dę – wark­nął pod nosem, pod­cią­ga­jąc się do góry… –> Masło maślane; czy można podciągać się do dołu?

 

Wszy­scy byli mło­dy­mi chłop­ca­mi, le­d­wie wkra­cza­ją­cy­mi w do­ro­słość. –> Wystarczy: Wszy­scy byli chłop­ca­mi, le­d­wie wkra­cza­ją­cy­mi w do­ro­słość.

Czy w dorosłość może wkraczać stary chłopiec?

 

po­wie­dział Gary, wska­zu­jąc pal­cem na otwar­ty bal­kon. –> …po­wie­dział Gary, wska­zu­jąc pal­cem otwar­ty bal­kon.

 

spo­glą­da­jąc na roz­pro­mie­nio­ne­go Ga­re­go… –> …spo­glą­da­jąc na roz­pro­mie­nio­ne­go Ga­ry’ego

 

No oprócz pro­sty­tu­tek i od­święt­nie swo­jej żony… –> No, oprócz pro­sty­tu­tek i, od­ święt­a, swo­jej żony

 

Czwór­ka mło­dzi­ków stała wpa­trzo­na w niego, jakby szu­ka­jąc ze­zwo­le­nia na od­dy­cha­nie. –> …jakby oczekując ze­zwo­le­nia na od­dy­cha­nie.

 

Oni po­trze­bo­wa­li li­de­ra, któ­re­go nie byli w sta­nie sami wy­ty­czyć… –> Istotnie, nie byli w stanie, bo lidera wytyczyć się nie da.

Pewnie miało być: Oni po­trze­bo­wa­li li­de­ra, któ­re­go nie byli w sta­nie sami wyznaczyć… –> Choć mim zdanie lidera nie wyznacza się, lider to ktoś, kto ze względu na posiadane cechy jest po prostu najlepszy i znajduje uznanie wszystkich.

Za SJP PWN: wytyczyćwytyczać 1. «określić sposób wykonywania czegoś» 2. «wyznaczyć w terenie lub na planie linie, granice czegoś, zwłaszcza drogi, ulice»

 

Więk­szość bu­dyn­ków w Cie­nio­gro­dzie była zbu­do­wa­na w takim za­gęsz­cze­niu… –> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: Więk­szość bu­dyn­ków w Cie­nio­gro­dzie była wzniesiona tak gęsto

 

Wła­my­wacz mie­rzył do­kład­nie wzro­kiem nie­wiel­ką willę, szu­ka­jąc sła­bych punk­tów bu­dyn­ku. –> Raczej: Wła­my­wacz badał do­kład­nie wzro­kiem

 

W gło­wie kształ­to­wał zarys pro­ste­go planu. –> Pewnie miało być: W gło­wie kształ­to­wał się zarys pro­ste­go planu.

 

Nie damy rady do­stać się bez­po­śred­nio na pię­tro od tak. Ja i ktoś inny mu­si­my do­stać się do okna… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Nie damy rady, ot tak, bezpośrednio do­stać się na pię­tro. Ja i ktoś jeszcze mu­si­my dotrzeć do okna

 

Zna­czy, że któ­ryś musi nas pod­sa­dzić. Bę­dzie­my mu­sie­li prze­kraść się… –> Powtórzenie.

Proponuję w drugim zdaniu: Trzeba będzie prze­kraść się

 

Po­zo­sta­ła dwój­ka bę­dzie mu­sia­ła być w go­to­wo­ści do stwo­rze­nia dy­wer­sji. –> Jaką dywersję mają stworzyć i w jaki sposób?

Za SJP PWN: dywersja 1. «działania sabotażowe lub propagandowe prowadzone na terytorium nieprzyjaciela w celu dezorganizacji jego działań wojennych» 2. «podstępna działalność zmierzająca do zakłócenia życia politycznego i gospodarczego jakiegoś państwa»

 

Ru­pert, Gary, wy zo­sta­je­cie grupą dy­wer­syj­ną… –> Czy to na pewno dobre określenie?

 

zszedł z dachu i pod­biegł pod ścia­nę domu. –> Może: …zszedł z dachu i pod­biegł do ścia­ny domu.

 

do­łą­czy­li do niego Jorg i Luna, prze­my­ka­jąc przez ulicę z gło­wa­mi nisko, nie­mal na kuc­kach. –> Jak oni to zrobili, że mieli głowy niemal na kuckach???

 

W po­ko­ju, który wy­brał, nie było żad­ne­go wi­docz­ne­go świa­tła… –> A czy w pokoju mogło być niewidoczne światło?

 

się­gnął ku pa­ra­pe­to­wi, dosyć sze­ro­kie­mu, jak na ze­wnętrz­ną stro­nę. Przy­klęk­nął na pa­ra­pe­cie… –> Powtórzenie.

Proponuję w drugim zdaniu: Przy­klęk­nął na nim

 

Pod­wa­żał ostroż­nie drew­no, aż usły­szał cha­rak­te­ry­stycz­ne strzyk­nię­cie… –> Czy na pewno usłyszał strzyknięcie?

Proponuję: Pod­wa­żał ostroż­nie drew­no, aż usły­szał cha­rak­te­ry­stycz­ne trzaśnięcie/ stuknięcie/ chrupnięcie

Za SJP PWN: strzyknąćstrzykać  1. «wypłynąć małym, lecz silnym strumieniem» 2. «wypuścić z siebie taki strumień płynu» 3. pot. «zaboleć, zakłuć boleśnie»

 

do­bie­gły go ciche roz­mo­wy straż­ni­ków, któ­rzy trzy­ma­li się obu wejść. –> Czy strażnicy nie mogli ustać o własnych siłach?

Proponuję: …do­bie­gły go ciche roz­mo­wy straż­ni­ków, któ­rzy pilnowali obu wejść/ czuwali przy obu wejściach.

Za SJP PWN: trzymać się 1. «chwytać się kogoś, czegoś, aby nie upaść, nie odsunąć się itp.» 2. «trzymać jeden drugiego» 3. «przestawać w czyimś towarzystwie» 4. «być umocowanym, wspierać się na czymś» 5. «zachowywać wyznaczony kierunek» 6. «utrzymywać jakąś postawę» 7. pot. «zachowywać kondycję fizyczną; też: wyglądać młodo» 8. pot. «walczyć, stawiać opór» 9. pot. «zachowywać odporność psychiczną» 10. pot. «być w dobrym stanie, w całości» 11. pot. «o zwierzętach: żyć gdzieś» 12. pot. «o roślinach: rosnąć gdzieś» 13. pot. «nie odstępować od przyjętych zasad» 14. pot. «utrzymywać się na stałym poziomie, nie przemijać»

 

Zło­dziej po­cią­gnął młod­szą to­wa­rzysz­kę za rękę… –> Zbędne dopowiedzenie, przecież tam była tylko jedna towarzyszka.

 

Cał­ko­wi­cie nie zmie­nił wy­ra­zu twa­rzy ani nie prze­rwał tar­cia oczu. –> Wyraz twarzy nie zmienił się, malec nie przerwał też tar­cia oczu.

 

Chło­piec od­wró­cił się i zszedł po scho­dach na dół. –> Masło maślane; czy mógł zejść po schodach na górę?

 

i wska­zał na pokój, z któ­re­go wy­szedł chło­piec. –> …i wska­zał pokój, z któ­re­go wy­szedł chło­piec.

 

Zde­cy­do­wa­nie tra­fił do pra­wi­dło­we­go po­miesz­cze­nia. –> Raczej: Zde­cy­do­wa­nie tra­fił do właściwego po­miesz­cze­nia.

 

Sy­pial­na wy­po­sa­żo­na była w ogrom­ne łoże i ręcz­nie zdo­bio­ne meble… –> Literówka.

Czy w czasach, kiedy dzieje się ta historia, zdobiono też meble inaczej, nie ręcznie?

 

Ty­po­we za­gra­nie, mniej ważne dro­bia­zgi po­zo­sta­wio­no na wierz­chu… –> Raczej: Ty­po­wy wybieg/ podstęp/ zmyłka, mniej warte dro­bia­zgi po­zo­sta­wio­no na wierz­chu

 

Oh, to trwa już tyle czasu! –> Och, to trwa już tyle czasu!

 

Za­sta­na­wiał się co mógł­by zro­bić lub uczy­nić… –> Zrobićuczynić to synonimy, znaczą to samo.

Wystarczy: Za­sta­na­wiał się, co mógł­by zro­bić…

 

Mimo tego ich ręce wy­raź­nie po­wę­dro­wa­ły ku rę­ko­je­ściom broni. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Mimo tego ich dłonie wy­raź­nie po­wę­dro­wa­ły ku rę­ko­je­ściom broni.

 

Spro­wo­ko­wać in­try­gę i uciec. –> Czy na pewno miałeś na myśli intrygę?

 

Od grupy dzie­li­ło go jesz­cze ja­kieś dzie­sięć me­trów… –> ?

 

ku­piec po­sta­no­wił wy­ra­zić swoje nie­za­do­wo­le­nie ze swo­ich ludzi… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

W tym mo­men­cie za­uwa­żył Ga­re­go… –> W tym mo­men­cie za­uwa­żył Ga­ry’ego

 

szep­nął, wy­ma­chu­jąc rę­ko­ma z pa­ni­ką. –> Jak wyglądają ręce z paniką?

 

Ru­pert ich od­cią­ga…

To im pomóż – mruk­nął jesz­cze… –> To mu pomóż – mruk­nął jesz­cze

 

Ku jej prze­ra­że­niu usły­sza­ła cięż­kie kroki… –> Ku swojemu prze­ra­że­niu usły­sza­ła cięż­kie kroki

 

– Już – wes­tchnę­ła Luna, uno­sząc na­ła­do­wa­ny worek do góry. –> Masło maślane; czy mogła unieść worek do dołu?

 

– Świet­nie, daj mi go go skacz. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Był tak wście­kły, że obaj mło­dzi męż­czyź­ni wo­le­li się do niego zbli­żać. –> Pewnie miało być: …wo­le­li się do niego nie zbli­żać.

 

Wi­dział, że Gary jest bli­sko pła­czu. –> Wi­dział, że Gary jest bli­ski pła­czu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przede wszystkim dzięki za wszystkie poprawki, niedługo je wdrożę!

Szczerze mówiąc to Zachar jest postacią celowo wykreowaną w ten sposób, głównym zamiarem jest ukazanie jego wnętrza i stopniowej przemiany przez cały cykl opowiadań. Ta grupka dzieciaków też będzie miała coraz więcej własnej wartości. Teraz zdaję sobie sprawę, że może to wyglądać płytko jako samodzielne opowiadanie, bo jest to w zasadzie część czegoś większego.

Ale jeszcze raz dzięki za korekty!

Bardzo proszę, JK.Lockenie.

Miło mi, że mogłam pomóc i Ci życzę fajnych pomysłów na przyszłość. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka