- Opowiadanie: MPJ 78 - Marzenie wojownika

Marzenie wojownika

Dawno dawno temu  w wakacje czytałem “Złoto Gór Czarnych” było na tyle fajne, że powtarzałem sobie tą lekturę przez parę lat. To opowiadane jest swoistym hołdem jaki oddaje tamtej trylogii.

 

maciekzolnowski mam wrażenie, że opowiadanie jest na czasie ;)  

 

Akcja z tego opowiadania nawiązuje do innego, które zgrzeszyłem jakiś rok temu -  Żelazna kopuła (wersja beta) Dzięki niemu będziecie znali powody, dla których amerykanie tak bardzo chcieli dorwać  Atara Bahrama i Baala Haddu

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Marzenie wojownika

 

Kawalkada kilku terenowych samochodów wolno wjeżdżała w dolinę. Kierowcy musieli wykorzystywać większość swych umiejętności, by poruszać się starą i mocno zniszczoną drogą. Choć ogólnie Góry Czarne są dostępne dla turystów, jednakże najwidoczniej ten rejon nie był przez nich odwiedzany.

– Co za dzicz! – Mężczyzna w czarnym garniturze nie krył swego niezadowolenia.

– Ten kawałek jest jeszcze względnie dobry. Za chwilę dotrzemy do polany, gdzie zostawimy samochody. Resztę drogi będziemy musieli pokonać pieszo. – Towarzyszący mu sierżant sprawdzał coś na mapie.

– Te przeklęte dzikusy mogłyby sobie w końcu kupić telefon – kontynuował swoje narzekania garniturowiec.

– Nie moja rzecz – odrzekł wojskowy.

– Agencie B dojechaliśmy – zameldował kierowca.

Z samochodów wysypało się kilkanaście osób. Część z nich była w mundurach marines, reszta w garniturach. Wszyscy mieli przy sobie broń automatyczną.

– Załóżcie tu porządne obozowisko. Jak wrócę chcę mieć tu ognisko, prysznic i coś do picia w temperaturze dziewięćdziesięciu ośmiu i sześciu dziesiątych stopnia Fahrenheita. – Agent B szybko wydawał polecenia.

– Tak jest – odpowiedziało mu kilka głosów.

– A wy, sierżancie, prowadźcie do naszych gospodarzy. – Ostatnie słowa ociekały pogardą.

– Pan idzie w góry w pantoflach? – Sierżant nie krył zdziwienia.

– Nie płacą wam za pytanie. Prowadź!

– Tak jest.

 

Pod nawisem skalnym, przy niewielkim ognisku siedziało dwóch Indian. Wygląd pozwalał zakwalifikować ich do kategorii oryginałów. Jeden z nich miał wplecione w rozpuszczone, długie włosy pojedyncze orle pióro, na resztę jego garderoby składały się: naszyjnik z kłów, znoszone bojówki w maskujące łaty, skórzane mokasyny oraz pas, za który miał zatknięty japoński bagnet z czasów drugiej wojny światowej. Obok niego leżała torba, kałasznikow i tomahawk o kamiennym ostrzu. Wojownik wpatrywał się w ogień jakby szukając w jego płomieniach podpowiedzi, co powinien robić. Jego towarzysz zarzucił na lewe ramię płaszcz z kruczych piór, ponadto nosił wykonaną z tego samego materiału przepaskę biodrową. Na nogach zaś miał sandały zrobione z całych łap niedźwiedzia grizli. Wyglądali na ludzi, którzy w górach spędzili stanowczo za dużo czasu, co odbiło się na ich postrzeganiu świata. Uważniejszy obserwator mógłby nawet uznać, iż nie lubią obcych. Sugerowała to fajka, którą na zmianę palili. Wykonano ja bowiem z ludzkiej piszczeli.

– Czy Ojciec Nocnych Łowów czuje? – zapytał ten w płaszczu z kruczych piór.

– Tak. – Pytany zaciągnął się fajką, po czym wypuścił z ust całkiem zgrabne kółko dymu. – Mieszanina arogancji, adrenaliny, old spice i smaru do broni.

– Blisko.

– Ptak Grzmotu ma rację, wkrótce ich ujrzymy. – Przekazał towarzyszowi fajkę.

– Wiesz, co ich tu mogło przygnać?

– Duchy podpowiadają mi, że nie potrafią kogoś dopaść, więc wyślą mnie, bym naprawił ich błędy. – Fajka znów przeszła z rak do rąk.

– Mówisz o tym jakbyś nie czerpał z tych zleceń satysfakcji.

– Ilekroć dla nich pracuję, przypomina mi się, że to oni zabili mój dawny świat. Najchętniej to bym uderzył ich boleśnie. – W powietrze pomknęło kolejne kółko z dymu.

– W samo serce?

– To ich nie zaboli, co innego portfel.

– Więc czemu im pomagasz? – Ptak Grzmotu przejął fajkę.

– Jeśli mi się uda, w nagrodę oddają mi kawałek ziemi zrabowanej kiedyś Dakotom. Jestem długowieczny. Jest więc szansa, że kiedyś odzyskam całe Góry Czarne.

– Nie mają honoru. Czy nie boisz się, że cię oszukają i znów odbiorą to, co teraz odzyskujesz?

– Strach powinien być obcy wojownikowi, ale tak, boję się. Nie mam jednak wyboru. – Ojciec Nocnych Łowów westchnął prezentując wampirze kły.

– Zobaczymy. Świat jest pełen ciekawych propozycji. – Ptak Grzmotu zaciągnął się i wypuścił z ust małą chmurę dymu, która poszybowała do góry.

 

Jeszcze nie skończyli mówić, gdy z mroku zaczęły wyłaniać się postacie żołnierzy z bronią gotową do strzału. Wojskowi nie zachowywali się na razie zbyt agresywnie. Inna sprawa, że półkoliste otaczanie siedzących trudno uznać, za oznakę przyjaźni. Indianie zdawali się ich ignorować, większą wagę przykładając do wiatru zwiastującego zmianę pogody. Dowodzący mundurowymi sierżant znacząco zakasłał.

– Można wiedzieć, co blade twarze znowu robią na mojej ziemi? – Ojciec Nocnych Łowów położył nacisk na ostatnie dwa słowa.

– Są ze mną. – Zza pleców żołnierzy, z gracją drapieżnika wyszedł Agent B.

– Ty też jesteś bladolicym. – Ptak Grzmotu postanowił włączyć się do rozmowy.

– Jestem tej samej krwi co on. – Agent błysnął wampirzymi kłami, wskazując na Ojca Nocnych Łowów.

– Co najwyżej masz podobny zgryz. – Posiadacz ptasiego płaszcza nie wydawał się przekonany.

– Wotan, powiedz swojemu kumplowi, by przestał się wygłupiać. Robota jest. – Agent B nie miał ochoty dyskutować z Indianami.

– Czy Ptak Grzmotu też ma wrażenie, że blada twarz mnie obraża, używając przezwiska nadanego mi przez białych?

– Podzielam odczucia Ojca Nocnych Łowów – odrzekł pytany.

– Wotan, nie będę tracił czasu na twoje gierki. Jest zlecenie…

– Czy blada twarz ma dla mnie mówiący papier?

– Przestań pajacować. Jak nie chcesz wziąć zlecenia i otrzymać normalnej zapłaty, to możemy cię do tej misji zmusić inaczej. – Agent B wyszczerzył kły w uśmiechu.

– Obrażasz mnie na mojej własnej ziemi! – Ojciec Nocnych Łowów poderwał się z miejsca.

– Możesz dostać od rządu kilka kolejnych działek w Górach Czarnych, albo się obrazić.  Wybór należy do ciebie.

– Jeśli nie masz umowy na piśmie, nie ma o czym mówić. Słowo waszego rządu nic nie znaczy.

– No proszę, zaczynasz mówić jak człowiek. – Agent podał Indianinowi dokumenty.

– Hojność godna podziwu – głos Ojca Nocnych Łowów ociekał sarkazmem.

– Znów stare wyrobiska po odkrywkowych kopalniach złota? – Ptak Grzmotu zdawał się czytać z wyrazu twarzy swego znajomego.

– I tak to jest postęp, w porównaniu z kocami po chorych na ospę.

– Mam nadzieję, że na tych działkach nie dorzucili ci prezentu w postaci jakichś toksycznych odpadów.

– Ty przerośnięty indyku, przestań kłapać dziobem! – Agent B najwyraźniej nie miał ochoty wysłuchiwać indiańskich żalów.

– Ojciec Nocnych Łowów ma piękny naszyjnik. Chyba zrobię sobie podobny, a pierwsze kły do niego wyrwę temu kundelkowi z agencji – rzekł Ptak Grzmotu.

– Pożałujesz tego, dzikusie!

Agent B rzucił się na Indianina, z żądzą mordu na twarzy. Choć był nieludzko szybki, nie udało mu się. Trafił go bowiem piorun. Wyładowanie było tak potężne, że wampir zapłonął jak pochodnia i w ciągu kilku sekund zamienił się w kupkę kości, oprószoną garścią popiołu. Ptak Grzmotu spokojnie wyjął z niej kły Agenta B. Żołnierze wycelowali w Indian.

– Nie strzelać! – zawołał sierżant.

– Co się stało, że żołnierze bladych twarzy nie chcą zabijać czerwonoskórych? – Ojciec Nocnych Łowów uśmiechnął się paskudnie.

– Mam w żyłach indiańską krew i wiem kim jest Ptak Grzmotu – rzekł sierżant. – Nie zamierzam bezsensownie tracić ludzi w walce z bogiem preriowych burz.

– Indiańska krew. – Ojciec Nocnych Łowów nagle znalazł się tuż obok żołnierza. – Kropla jej jest w twoich żyłach, ale mówisz rozsądnie. Poinformuj swoich szefów, że wezmę tę misję i do końca tygodnia stawię się w Area sześćdziesiąt dziewięć koło Fort Pierre.

– Stawimy się obaj – rzekł Ptak Grzmotu. – Nie zostawię przyjaciela samego wobec biurokratów, wkurzonych za kasację głupiego agenta.

– To już nie moja sprawa – odrzekł sierżant.

 

Baza wojskowa Area 69 w Fort Pierre miała status tajności taki jak Area 51, toteż nie dało się jej znaleźć na mapach. Były też pewne różnice. Baza z Nevady podlegała pod US Air Force i cieszyła się międzynarodową sławą. Baza z Dakoty należała do US Special Paranormal Force i była tak dobrze zamaskowana, że nawet mieszkańcy miasteczka brali ją za farmę, prowadzoną przez szurniętą rodzinkę. Ojciec Nocnych Łowów i Ptak Grzmotu stawili się w niej zgodnie z obietnicą. Tym razem przypominali Latynosów szukających pracy: kraciaste koszule, wycieruchy, bejsbolówki. Na miejsce dowiózł ich stary ford ranchero. Obsługa bazy bez słowa wskazała im drogę do jednego z bunkrów zamaskowanego pod postacią stodoły. Wewnątrz kolejni strażnicy zaprowadzili ich do windy, która zawiozła ich 150 metrów w dół. Potem zostało tylko przez trzy kwadranse maszerować plątaniną korytarzy by trafić do sali odpraw. Tam czekały teczki z aktami i oficer sił specjalnych.

– Nazywam się Smith i witam panów – zaczął formalnie.

– Howg – Ojciec Nocnych Łowów, choć na chwilę chciał poczuć się Indianinem.

– Zdrastwujcie – rzekł dla żartu Ptak Grzmotu.

– Proszę o powagę. – Oficer nie miał poczucia humoru.

– Zamieniamy się w słuch.

– Cele to dwaj oficerowie Korpusu Strażników Rewolucji. Wedle danych wywiadu przebywają aktualnie w ośrodku wypoczynkowym niedaleko Czabahar nad Zatoką Omańską. Zadanie będzie polegać na ich eliminacji.

– Czemu nie poślecie drona, który rozwaliłby ich rakietami?

– Ośrodek jest chroniony systemami przeciwlotniczymi, wolimy więc nie prowokować zbędnych incydentów. Ponadto zdaniem naszych sojuszników z Mosadu cele są istotami mogącymi płynnie przechodzić z formy fizycznej do energetycznej, oraz animować materię nieożywioną. Konwencjonalne rakiety to za mało, by misja zakończyła się sukcesem.

– W takim razie, nie będę w stanie ich zlikwidować. Jestem tylko wampirem, mogę walczyć jedynie z tym co materialne.

– Nasi specjaliści stworzyli odpowiednią broń i amunicję. Niestety wymaga ona zbliżenia się do celu na około pięćdziesiąt metrów.

– Sprawdziliście czy to działa? – Ptak Grzmotu był szczerze zainteresowany.

– Nasz zbrojmistrz ręczy za jej skuteczność.

– Aha… – Ojciec Nocnych Łowów miał głos wyprany z jakichkolwiek emocji.

– Nie obawiajcie się, przygotował je specjalista. Zresztą niech on sam wam wszystko wytłumaczy.

 

Jak na komendę drzwi do sali otworzyły się. Wjechał przez nie wózek z bronią. Popychający go osobnik wyglądał specyficznie. Czerwona skóra, spiłowane rogi i cygaro w ustach upodabniało go do postaci z komiksu. Na pierwszy rzut oka wyglądał, jak istota z piekła rodem, sugerowało to, że prezentowane uzbrojenie byłoby w stanie zabić każdą paranormalną istotę. Wprawne ucho Indian wyłapało jednak dziwne dźwięki.

– Czy mój brat słyszy to co ja? – Ojciec Nocnych Łowów dla bezpieczeństwa pytał telepatycznie.

– Silniczki serwomechanizmów, i skrzypienie gumy. – Ptak Grzmotu odpowiedział w ten sam sposób. – To robot.

– Próbują okłamać mnie po raz kolejny. Nie mają pojęcia jak dorwać tych Irańczyków i liczą, że ja sam coś wykombinuję, gdy sprzęt zawiedzie. – Przekaz telepatyczny przepajała nie tyle złość wampira, co głęboki smutek.

– Albo chcą się ciebie pozbyć?

– Wątpię, kto wówczas odwalałby za nich całą czarną robotę?

Nieświadomy demaskacji zbrojmistrz klepał automatyczne zapewnienia o skuteczności pocisków wypełnionych mieszanką wody święconej, amalgamatów srebra, drzazg osikowych, oraz fluorescentów.

– Daj mi te swoje cuda i ruszajmy na akcję.

– W kopercie są instrukcje dotyczące sposobu dostania się na miejsce. – Oficer zdawał się zadowolony, że Indianin nie pyta o szczegóły.

 

Bombowiec B2 Spirit leciał w mroku nocy. Nawet mało doświadczony człowiek mógłby dojść do wniosku, że z tym lotem jest coś nie tak. Maszyny tego typu zazwyczaj suną wysoko. W ten prosty sposób nie tylko wykorzystują swoją specjalną powłokę chroniącą przed namierzeniem przez typowe radary, ale też trudno je dostrzec gołym okiem. Samolot zaś leciał ledwie sto metrów nad falami Morza Czerwonego. W klaustrofobicznej komorze bombowej zamiast ładunku znajdowało się dwóch mężczyzn. Wyposażono ich jak żołnierzy jednostek specjalnych. Wprawne oko dostrzegłoby jednak pewne różnice. Jeden z pasażerów miał za pasem tomahawk o kamiennym ostrzu, a drugi leżał na płaszczu z kruczych piór.

– Jak nastrój przed walką? – Ptak Grzmotu wyrwał się z zamyślenia.

– Najpierw dyskretnie ustalę kim są ci, których mam zlikwidować. Potem zdecyduję czy jest sens ich atakować.

– Jeśli wykażesz się pewną elastycznością… – Ptak Grzmotu zawiesił głos. – Pomogę ci odnieść sukces. Mam tam przyjaciół.

– Przygotujcie się do skoku, za dziesięć sekund mamy zrzut – W słuchawkach rozbrzmiał głos pilota.

– Przyjąłem – Ojciec Nocnych Łowów krótko potwierdził meldunek.

Wampir sprawdził uprząż spadochronu. Ptak Grzmotu zaś nadal leżał na swoim płaszczu. Pan preriowych burz nie potrzebował tego typu ludzkich wynalazków do poruszania się w powietrzu, co nie znaczy, że był gotów zrezygnować z samolotu przy przelocie ze Stanów nad Zatokę Perską. Drzwi komory bombowej otworzyły się, Ptak Grzmotu po prostu się dematerializował, a Ojciec Nocnych Łowów wyleciał na zewnątrz. Wylądował w morzu, natychmiast odpiął spadochron i ruszył wpław, w stronę odległego o ponad dwadzieścia kilometrów brzegu.

Dotarcie do niewielkiej zatoczki Ojciec Nocnych Łowów uczcił solidnym łykiem płynu z manierki. Czuł zbliżający się świt, a dawka krwi powinna go uczynić niewrażliwym na słońce. Mimo pewnego znużenia pływaniem, nie mógł sobie pozwolić na wypoczynek w ciągu dnia. Musiał rozpoznać teren tak by wykonać akcję, zanim skończy się zapas w manierce. No cóż, stare indiańskie zasady zakazywały prowadzenia polowań na wojennej ścieżce.

– Kogo my tu mamy? – Z mroku wyłoniła się jakaś postać.

– Zdaje się, że to gość z bardzo daleka – odrzekł mu ktoś skryty w ciemności.

Ojciec Nocnych Łowów miał przez chwilę nadzieję, że to są zwykli żołnierze strzegący granicy. Niestety aura tych istot wskazywała, że są one co najmniej równie potężne jak Ptak Grzmotu. Wampir nie miał złudzeń. Nie był w stanie ich pokonać, ani im uciec. W takiej sytuacji wojownik może zrobić tylko jedno, sięgnął po tkwiący za pasem tomahawk o kamiennym ostrzu i zaczął nucić dakotyjską pieśń śmierci. Żałował tylko, że o jego śmierci w walce nie dowiedzą się inni Dakotowie. Nagle tuż obok niego zmaterializował się Ptak Grzmotu.

– Schowaj broń, Ojcze Nocnych Łowów, to moi znajomi, Atar Bahram i Baal Haddu.

– Ci którzy mają mi pomóc?

– Dokładnie. Za chwilę przedyskutujemy plan.

 

Szef Kolegium Połączonych Sztabów właśnie uruchomił machinę wojenną przeciw Iranowi. Generał trochę żałował, iż współczesna technika pozwala na bezpośredni podgląd jednostek w czasie rzeczywistym. Budziło to bowiem pokusę, by wtrącać się w kompetencje poszczególnych dowódców załóg samolotów czy okrętów. Czegoś takiego jednak robić się nie powinno, bo pozbawia to podwładnych samodzielności i daje więcej szkód niż korzyści. By nie ulec pokusie, postanowił czymś zająć umysł.

– Co tam tak oglądacie ukradkiem? – rzucił do adiutantów.

– Panie generale, to nagranie z operacji sił specjalnych.

– Dobre?

– Świetne.

– Dajcie to na duży ekran.

Informacje z boku wskazywały, iż satelita obserwuje rejon Czabahar nad Zatoką Omańską. Obraz był na tyle dobry, że można było dostrzec nawet nagłówki gazet leżących na stolikach przy basenie. General nie wątpił, że adiutantów bardziej od perskiej prasy interesowały roznegliżowane dziewczyny.

– Nie wiedziałem, że muzułmankom wolno chodzić w takich strojach – mruknął.

– Basen jest na jednym z wewnętrznych dziedzińców willi, na zewnątrz nikt tego nie dostrzeże. Ponadto wedle naszych informacji te kobiety są aktualnymi żonami przebywających tam oficerów korpusu. – Ktoś z wywiadu pospieszył z wyjaśnieniami.

– A gdzie są nasi chłopcy?

– Jest tylko jeden. – Ktoś z obsługi zmienił skalę i czerwonym znacznikiem wskazał na niemal niewidoczny cień zbliżający się do obiektu.

– Jeden… – Zdziwił się generał.

– To Wotan z Area sześćdziesiąt dziewięć.

– Rozumiem. – Generał nie pytał o nic więcej. 

Podgląd z satelity zastąpiony został obrazem z kamery na hełmie żołnierza. Indianin sforsował ogrodzenie, wskoczył na dach willi, z nieludzką szybkością pobiegł w stronę basenu. Zdążył tam dotrzeć w chwili, gdy strażnicy na wieżyczkach otworzyli ogień. Skoczył, w powietrzu wyszarpnął z kabury dziwny pistolet i strzelił. Jeden z mężczyzn na leżaku, oberwał. Olbrzymia krwawa rana pojawiła się na środku jego klatki piersiowej. Drugi nie czekał tylko po prostu rozpłynął się w powietrzu. Wotan wylądował w wodzie. To był błąd. Zanim wydostał się na brzeg basenu kobiety wyciągnęły broń trzymaną pod leżakami i zaczęły strzelać. Indianin kilka razy oberwał, zanim wskoczył na dach willi. Tu powitał go ogień strażników. Obrazem kamery szarpało, gdy ciało Indianina przeszywały pociski. Ranny uciekł na pomost, z którego wskoczył do morza i znikł w falach.

– Przeżył? – Zainteresował się generał.

– Oczywiście – odrzekł oficer wywiadu. – Jeszcze tego samego dnia dostał się na pokład naszego okrętu podwodnego.

– Czyli pełny sukces.

– Niezupełnie. Miał zlikwidować dwóch Irańczyków, a udało mu się dorwać tylko jednego.

– Fatalnie.

– Tak bym tego nie ujął. Wcześniej posłaliśmy tam Delta Force, ale oni nie byli w stanie nawet zbliżyć się do celów.

– Panie generale. – Wyraźnie przestraszony podoficer wszedł do sali.

– Co się dzieje.

– Mamy problem.

– Dajcie dane na ekran główny.

Generał poluzował kołnierz koszuli gdy zobaczył spływające dane. Zgodnie z nową doktryną wojenną pierwsza do ataku szła flota bezzałogowych, niewidzialnych dla radarów dronów. To one miały zniszczyć obronę przeciwlotniczą przeciwnika torując drogę samolotom z ludźmi na pokładzie. Tymczasem maszyny z pierwszej fali wyraźnie oszalały. Komunikaty na ekranie wskazywały na to, że tracono nad nimi kontrolę. Nieliczne ciągle wykonujące polecenia operatorów stawały się łupem obrony przeciwlotniczej. Nie było wyboru.

– Natychmiast wydajcie im rozkaz odwrotu i łączcie mnie z prezydentem! – zawołał generał. Miał świadomość, że do części maszyn dotrze on zbyt późno.

– Tak jest!

 

Ojciec Nocnych Łowów sennie kiwał się przy niewielkim ognisku, gdzieś w Górach Czarnych. Był szczęśliwy na swój własny sposób. Trochę przypadkiem spełniło się jedno z jego marzeń. Po raz pierwszy od ponad stu lat oszukał bladolicych i jeszcze oni mu zapłacili. Irańscy znajomi Ptaka Grzmotu okazali się perskimi bogami burzy i ognia. Byli celami, które kazano mu zlikwidować. Nie miał szans by wypełnić rozkazy, co mogło sugerować, że chciano się go pozbyć. Na szczęście zamiast zginąć, dostał bardzo ciekawą propozycję. Odegrał rolę w małej inscenizacji, a że transmitował to co się dzieje na żywo, do sieci łączności oprócz nagrania trafił wirus napisany przez Baala Haddu. Dzięki temu programowi Amerykanie stracili nie tylko kilkadziesiąt dronów, ale też eskadrę bombowców Spirit. Może nie pochłonęło to wiele ich krwi, ale za to stracili, to co cenią wyżej od niej, miliardy dolarów.

 

 

Koniec

Komentarze

"– Są ze mną. – Za pleców żołnierzy, z gracją drapieżnika wyszedł Agent B."

"– Ptak Grzmotu zdawać się czytać z wyrazu twarzy swego znajomego."

 

Z początku mi się podobało, później trochę mniej. Wspominasz, że jest nawiązanie do innego opowiadania, ale i tak odniosłem wrażenie, że ta opowieść to jednak tylko wycinek jakiejś historii, której brakuje dalszego ciągu.

Piszesz zdaje się lepiej niż w Twoich tekstach sprzed lat, ale niechlujnie. Sporo ostało się niedoróbek, stylistycznych i interpunkcyjnych potknięć. Czasem brakuje kropek. Powinieneś bardziej przyłożyć się do autokorekty, albo jednak betować teksty.

Są fajne zdania, jest jakiś pomysł. Są indianie odrzuceni przez współczesny świat – na propsie. Ale całość psuje brak dbałości o porządny wykon.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Jak dla mnie, trochę za dużo tego dobrego – Indianie, Amerykanie, Irańczycy, Mosad, a do tego jeszcze wampiry – no cóż, wszystko to zamąciło mi obraz i sprawiło, że lektura okazała się niezbyt satysfakcjonująca.

Wykonanie, już tradycyjnie, pozostawia sporo do życzenia.

 

– Ci prze­klę­ci dzi­ku­si mo­gli­by sobie w końcu kupić te­le­fon. Kon­ty­nu­ował swoje na­rze­ka­nia gar­ni­tu­ro­wiec. –> – Te przeklęte dzikusy mo­gli­by sobie w końcu kupić te­le­fon kon­ty­nu­ował swoje na­rze­ka­nia gar­ni­tu­ro­wiec.

 

– Wiesz, co ich tu mogło przy­gnać?. –> Po pytajniku nie stawia się kropki.

 

– Są ze mną. – Za ple­ców żoł­nie­rzy… –> – Są ze mną. – Zza ple­ców żoł­nie­rzy

 

Ptak Grzmo­tu zda­wać się czy­tać… –> literówka.

 

w po­sta­ci jakiś tok­sycz­nych od­pa­dów. –> …w po­sta­ci jakichś tok­sycz­nych od­pa­dów.

 

– Nie strze­lać! – Za­wo­łał sier­żant. –> – Nie strze­lać! – za­wo­łał sier­żant.

 

Na miej­sce do­wiózł ich stary Ford Ran­che­ro. –> Na miej­sce do­wiózł ich stary ford ran­che­ro.

 

Wje­chał przez nie wózek z bro­nią Po­py­cha­ją­cy go osob­nik… –> Brak kropki na końcu zdania.

 

Na pierw­szy rzut oka wy­glą­dał, jak isto­ta z pie­kła rodem, su­ge­ro­wa­ło, że pre­zen­to­wa­ne uzbro­je­nie… –> Co sugerowało?

 

– Daj mi te te swoje cuda i ru­szaj­my na akcję. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Mam tam przy­ja­ciół –> Brak kropki na końcu zdania.

 

zanim skoń­czy się zapas z ma­nier­ki. –> …zanim skoń­czy się zapas w manierce.

 

są one co naj­mniej rów­nie po­tęż­ne co Ptak Grzmo­tu. –> …są one co naj­mniej rów­nie po­tęż­ne, jak Ptak Grzmo­tu.

 

Ci któ­rzy mają mi pomóc? –> Brak półpauzy przed wypowiedzią.

 

– Co tam tak oglą­da­cie, ukrad­kiem? – Rzu­cił do ad­iu­tan­tów. –> – Co tam tak oglą­da­cie ukrad­kiem? – rzu­cił do ad­iu­tan­tów.

 

– To Wotan z Area 69. –> – To Wotan z Area sześćdziesiąt dziewięć.

 

– Ro­zu­miem. – Ge­ne­rał nie pytał o nic wię­cej –> Brak kropki po didaskaliach.

 

Sko­czył w po­wie­trzu wy­szarp­nął z ka­bu­ry dziw­ny pi­sto­let i strze­lił. –> Skoczył w powietrzu, czy w powietrzu wyszarpnął pistolet?

 

– Na­tych­miast za­wróć­cie sa­mo­lo­ty i łącz­cie mnie z pre­zy­den­tem! – Za­wo­łał ge­ne­rał. –> – Na­tych­miast za­wróć­cie sa­mo­lo­ty i łącz­cie mnie z pre­zy­den­tem! – za­wo­łał ge­ne­rał.

 

Ame­ry­ka­nie stra­ci­li nie tylko kil­ka­dzie­siąt dro­nów, ale też eska­drę bom­bow­ców Spi­rit. Może nie stra­ci­li krwi, ale za to stra­ci­li… –> Czy to celowe powtórzenia?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Za uwagi dziękuje, choć mam wrażenie, że jestem niepoprawnym grzesznikiem. 

 

Poprawki postaram się nanieść dziś wieczorem 

No cóż, MPJ, niestety, podzielam Twoje wrażenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawki naniosłem, czyli można uznać, że jestem dłużnikiem ale pokutę odprawiam

;)

 

Regulatorzy co do za dużej ilości grzybków w barszczu. Bohaterowie z założenia mieli być długowieczni, więc może poszedłem na skróty z tym wampirem ale on mi doskonale pasował.  W sumie nie ma przeciwwskazań by Indianin był wampirem. 

 

Góry Czarne są bardzo ciekawe. Dakotowie nigdy nie podpisali traktatu przekazującego je USA. Nawet amerykańskie sądy były bezradne i musiały przyznać, że zagarnięcie tych ziem było bezprawne w świetle AMERYKAŃSKIEGO PRAWA. 

 

Sporo Indian w ten czy inny sposób służyło i służy w US Army. W XIX wieku robili za zwiadowców, podczas II Wojny Światowej Nawahowie robili za radiotelegrafistów posługując się rodzimym językiem co sprawiało, że Niemcy i Japończycy byli bezradni gdy próbowali  zrozumieć co jest nadawane. Pewnie iluś z nich służy i teraz.

 

Iran i Bliski Wschód obecnie są gorące  więc z automatu mi to wskoczyło. 

 

 

Nie, MPJ-ocie, nie przeszkadzają mi czerwonoskóre wampiry, choć nie ukrywam, że z takimi zetknęłam się po raz pierwszy. Brak satysfakcji jest raczej spowodowany tematyką, może i gorącą, ale jakoś mnie ona zupełnie nie porywa.

Dziękuję za przytoczenie ciekawostek. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dodałem do kolejki. Mam nadzieję, że poprawiłeś wszystkie wskazane błędy.

Początek mnie wciągnął, ale później wszystkiego było za dużo i na dodatek za szybko się to działo. :(

Mnie się spodobał Indianin-wampir. Może nie jakiś supernowoczesny pomysł, ale przynajmniej rzadko spotykany. Końcówka też w porządku.

Wykonanie… Tu się od dawna nic nie zmienia, a szkoda.

Obsługa bazy bez słowa wskazał im drogę

A potem poszło własną? ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo wierz mi staram się poprawić, problem w tym że nawet wsparty słownikiem edytora tekstu nie umiem wyłapać błędów 

 

MPJ, ja niestety podzielam opinię poprzedników. :(

Od początku wydawało mi się, że to będzie coś super, ale później się pogubiłam. Może za mało wiem, może nie potrafiłam wyłapać…

Fakt, że piszesz trochę chaotycznie. Opisy wychodzą Ci lepiej, niż dialogi. 

Nie jestem pewna, czy edytor tekstu wyłapie błędy interpunkcyjne, a tych jest sporo. 

Miałeś fajny pomysł, ale wykonanie trochę nie wyszło. :(

Opowiadanie ratuje wapir-Indianin i jego podejście do Amerykanów i to, że ostatecznie ich wykiwał. 

 

Pozdrawiam! :)

Próbowałeś LanguageToola, MPJ?

Zazwyczaj piszę a Apache Office niekiedy w Libre office nie wiem czy byłyby kompatybilne. Natomiast na oprogramowanie spod znaku MS mam focha od 2003 roku kiedy zmienili szatę graficzną wszystko poprzestawiali i nie dali nowych funkcji.  

Saro po prostu jestem oporny choć regulatorzy robi co może aby mnie naprowadzić na ścieżkę dobrej strony mocy ;)

 

@MPJ 78, jesteś oporny :o

Chyba niemożliwe;)

Przejrzałam uwagi Reg: niektóre nie są trudne do przyswojenia, jak na przykład dialogi i czynności zdecydowanie “gębowe”, czy nie stawianie kropki po pytajniku, czy w ogóle brak kropki, czy nazwy samochodów, a powtórzenia słówek i literówki to słownik podkreśla – u mnie tak się dzieje (no czasami głupio zaznacza, ale wtedy ignoruję). No spróbuj, tak troszeczkę!

A teraz idę czytać Twój tekst.

 

Edit: Kurcze jest pomysł, nawet fajny, ale gdzieś ginie w wykonaniu. Chyba bardziej w wykonaniu niż przemyśleniu, bo coś rozumiem, ale w zasadzie jest to początek i koniec oraz kilka myśli ze środka. Szkoda.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Marzenie wojownika

Niepotrzebne powtórzenie tytułu. 

– Co za dzicz! – Mężczyzna w czarnym garniturze nie krył swego niezadowolona. 

Niezadowolenia. 

Część z nich była w mundurach marines, reszta w garniturach.

– Nie płacą wam za pytanie. Prowadź!

Nie jest to błąd, ale lepiej brzmi "pytania". 

Pod nawisem skalnym, przy niewielkim ognisku siedziało dwóch Indian

– Jeśli mi się uda, w nagrodę oddają mi kawałek ziemi zrabowanej kiedyś Dakotom. Jestem długowieczny. Jest więc szansa, że kiedyś odzyskam całe Góry Czarne.

Albo:

Jeśli mi się uda, w nagrodę oddadzą mi kawałek ziemi… 

Albo:

Zawsze, gdy mi się udaje, w nagrodę oddają mi kawałek ziemi… 

 

Wojskowi może nie zachowywali się na razie zbyt agresywnie, ale półkoliste otaczanie siedzących nie sugerowało specjalnie przyjaznych zamiarów.

Wiadomo o co chodzi, ale brzmi kiepsko. Wolałbym coś w stylu:

Wojskowi nie zachowywali się agresywnie, ale półkoliście otoczyli siedzących, co nie sugerowało przyjaznych zamiarów. 

– Ty też jesteś(-,) bladolicym. – Ptak Grzmotu postanowił włączyć się do rozmowy.

– Jestem tej samej krwi co on. – Agent błysnął wampirzymi kłami – wskazując na Ojca Nocnych Łowów.

Przecinek zamiast myślnika po "kłami". 

– Wotan(+,) powiedz swojemu kumplowi, by przestał się wygłupiać. Robota jest.

– Możesz dostać od rządu kilka kolejnych działek w Górach Czarnych, albo się obrazić(-?) Wybór należy do ciebie.

– No proszę(+,) zaczynasz mówić jak człowiek. – Agent podał Indianinowi dokumenty.

– Ty(-,) przerośnięty indyku(+,) przestań klapać dziobem(+!) 

– Pożałujesz tego(+,) dzikusie!

Agent B rzucił się na Indianina, z wyrazem mordu na twarzy.

Wolałbym:

"… z żądzą mordu na twarzy" 

Albo jeszcze inaczej:

"… z twarzą wykrzywioną żądzą mordu" 

Albo:

"… z twarzą wykrzywioną morderczym grymasem"

Żołnierze automatycznie  wycelowali w Indian.

Po co "automatycznie"? Wycelowali i już. 

– Nie zostawię przyjaciela samego wobec biurokratów(+,) wkurzonych za kasację głupiego agenta.

Mam też wrażenie, że wkurzać można się na coś, nie za coś. Albo z powodu. Ja bym to zrobił tak:

" – Nie zostawię przyjaciela samego wobec biurokratów, wkurzonych z powodu kasacji głupiego agenta."

brali ją za farmę, prowadzoną przez szurniętą rodzinkę. 

Obsługa bazy bez słowa wskazał(+a) im drogę do jednego z bunkrów zamaskowanego pod postacią stodoły.

Oprócz tego, wolałbym:

"Obsługa bazy bez słowa zaprowadziła ich do jednego z bunkrów, wyglądającego jak stodoła." 

Wewnątrz kolejni strażnicy zaprowadzili ich do windy, która zawiozła ich 150 metrów w dół

O ile nazwa miejsca (Area 51 na przykład) z liczbą jest okej, to tutaj wolałbym jednak słownie:

" sto pięćdziesiąt metrów w dół"

– Czemu nie poślecie drona, który rozwaliłby ich rakietami.

Nie zależnie od akcentu i intonacji, warto na końcu dać pytajnik. 

 

– Ośrodek(-,) jest chroniony systemami przeciwlotniczymi, wolimy więc nie prowokować zbędnych incydentów.–

"– Sprawdziliście czy to działa – Ptak Grzmotu był szczerze zainteresowany.

Też by się pytajnik przydał. 

 

Na pierwszy rzut oka wyglądał(+,) jak istota z piekła rodem, sugerowało to, że prezentowane uzbrojenie byłoby w stanie zabić każdą paranormalną istotę.

 

Maszyny tego typu zazwyczaj suną wysoko. W ten prosty sposób nie tylko wykorzystują powłokę chroniącą przed namierzeniem przez typowe radary, ale też trudno je dostrzec gołym okiem.

To zdanie sugeruje, że gdzieś wysoko w atmosferze znajduje się jakaś powłoka, chroniąca przed namierzeniem przez radar. Ja bym zrobił:

"Maszyny tego typu zazwyczaj suną wysoko. Dzięki temu trudno je dostrzec gołym okiem, a technologia stealth chroni przed wykryciem przez normalne radary."

Samolot zaś sunął ledwie sto metrów nad falami Morza Czerwonego.

Dwa zdania wcześniejsze jest suną. To nie rażące powtórzenie, ale można coś z tym zrobić. 

Wampir sprawdzi uprząż spadochronu.

Sprawdził. 

Musiał rozpoznać teren tak by wykonać akcję, zanim skończy się zapas w manierce.

Znów wiadomo o co chodzi, ale zdanie trochę nie gra. Ja bym zrobił:

"Musiał szybko rozpoznać teren i wykonać akcję, zanim skończy się zapas w manierce."

– Schowaj broń, Ojcze Nocnych Łowów, to moi znajomi Atar Bahram i Baal Haddu.

Ja bym dał kropkę po "znajomi" 

– Ci(+,) którzy mają mi pomóc?

Budziło to bowiem pokusę(+,) by wtrącać się w kompetencje poszczególnych dowódców załóg samolotów czy okrętów.

By nie ulec pokusie postanowił(+,) czymś zająć umysł.

– Co tam tak oglądacie(-,) ukradkiem? – rzucił do adiutantów.

Informacje z boku wskazywały(+,) iż satelita obserwuje rejon Czabahar nad Zatoką Omańską.

Obraz był na tyle dobry, że można było dostrzec nawet nagłówki gazet leżących na stolikach przy basenie.

Zawsze mi się wydawało, że taka rozdzielczość satelitarnej optyki to wymysł na potrzeby filmów akcji. Ale może się mylę :-) 

– Natychmiast zawróćcie samoloty i łączcie mnie z prezydentem! – zawołał generał. Miał świadomość, że do części maszyn dotrze on zbyt późno.

Zamiast "on" lepszy będzie "rozkaz" albo nawet "rozkaz odwrotu". 

Amerykanie stracili nie tylko kilkadziesiąt dronów, ale też eskadrę bombowców Spirit. Może nie stracili krwi, ale za to stracili, to co cenią wyżej od niej, miliardy dolarów.

Całe mnóstwo "stracili". Ja bym zrobił:

"Amerykanie stracili nie tylko kilkadziesiąt dronów, ale też eskadrę bombowców Spirit. Może nie utoczono im krwi, ale z pewnością to, co cenią wyżej od niej: miliardy dolarów." 

 

No i, kurtka na wacie, znowu to samo. Fajny pomysł, łączący historię z gorącymi obecnie sprawami militarno-politycznymi. Indiańscy (i nie tylko) bogowie, indiańskie wampiry (co jest też fajne, bo według obowiązującej doktryny Indianie to wilkołaki :-)) na służbie amerykańskiego imperializmu, niezbyt dobrowolnej i na skomplikowanych zasadach… To jest pomysł na zajebiste opowiadanie, ba, powieść nawet, bo świat stwarza ogromny potencjał. Ale wykonanie go załatwiło. Interpunkcja drażniła nawet takiego przecinkowego anarchistę jak ja, liczne literówki oraz kilka chybotliwie skonstruowanych zdań zmniejszały przyjemność z lektury. Ale to nie styl jest problemem, bo piszesz dobrze, masz zresztą spore doświadczenie po puszczeniu bazyliona tekstów na tym portalu, tylko pośpiech. 

Takie w każdym razie mam wrażenie. Bo o ile rozumiem położenie pośpiechem konkursowego tekstu – termin, limit i takie tam – to doprawdy nie wiem co stało na przeszkodzie, by tak pomysłowy tekst należycie doszlifować, pozbywając się prostych błędów i interpunkcyjnej lipy, oraz solidnie przemyśleć i rozwinąć. Bo pośpiech widać nie tylko w pomyłkach, przede wszystkim chodzi mi o kompozycję. Zaczynasz bardzo fajną, rozbudowaną, wnoszącą sporo informacji i niejednoznaczną sceną werbowania nadnaturalnych, indiańskich wojowników, a potem… Bęc, trach, chwila akcji i streszczeniowe wyjaśnienie tłistu w zaledwie paru zdaniach. Zupełnie, jakbyś zmęczył się początkiem i chciał jak najszybciej dokończyć i puścić tekst, bo w głowie miałeś pomysł i palącą potrzebę napisania kolejnego opowiadania. 

Wydaje mi się, że gdybyś poświęcił na ten tekst cztery razy więcej czasu, niż poświęciłeś, wyszłoby coś znakomitego. A tak, to kolejna niewykorzystana szansa. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Jutro postaram się nanieść poprawki 

Poprawki naniosłem 

 

thargone indiańskie wilkołaki to były chyba tylko w “Zmierzchu” :D  Co do moich tekstów. Po pierwsze jak za długo pracuję nad tekstem serie obrazów, które są pomysłem na opowiadanie, stają się nieostre rozmywają się mieszają z innymi pomysłami. Ponadto mam wrażenie, że większość potencjalnych czytelników nie lubi dłuższych opowiadań, stąd skróty gdy dochodzę do końca czwartej strony.  

Wilkołaki były jeszcze w cyklu Patricii Briggs.

Babska logika rządzi!

Mi się podobało, choć rzeczywiście gwałtownie się skończyło (a chciałoby się więcej).

Co do technicznego wykonania, to ja nie marudzę, bo sama mam z tym problem. A jak już przy tym jesteśmy to znalazłam jeszcze literówkę:

General nie wątpił, że adiutantów bardziej od perskiej prasy interesowały roznegliżowane dziewczyny.

Ms office też nie łapie całej interpunkcji (ten darmowy online chwyta trochę więcej niż wersja 2016, ale i tak mało).

Jeżeli chodzi o skróty, to ja się strasznie rozpisuję i jak skracam to i tak mi z 30k znaków wychodzi, ale staram się skracać początek (usuwam dość duże fragmenty), a nie koniec (przez co pewnie na końcu przynudzam ;)). Ale może wymądrzam się trochę, bo mam tu na razie tylko 1 opowiadanie, a reszta leży jeszcze w szufladzie.

Co do czasu poświęcanego na 1 opowiadanie, to ja często (to jedno i te z szuflady) piszę z dłuższymi przerwami (niekoniecznie chcianymi) i musiałam znaleźć dla siebie sposób na “blaknące obrazy”. Na początku pisania, (a na końcu pliku) staram się zapisywać jak najbardziej hasłowe opisy tych obrazów natchnienia, przez co często zamiast blaknąć nieraz się wyostrzają albo ewoluują. Dopiero po tym pozwalam sobie na słowotok. Może warto poszukać swojego sposobu, skoro czas natchnienia jest problemem. Ale ponoć autokorekta jest dobra na zimno, dłuższy czas po napisaniu. Próbowałam, z marnym u mnie efektem, za to natchnienia się nie marnuje na poprawki.

Nowa Fantastyka