- Opowiadanie: rybak - Opowieści starego Nawigatora VI: Zagadka Szarej Pleśni

Opowieści starego Nawigatora VI: Zagadka Szarej Pleśni

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Opowieści starego Nawigatora VI: Zagadka Szarej Pleśni

 

Słowa te spisałem resztką ołówka na opakowaniach po sucharach dietetycznych, trzeci tydzień siedząc samotnie na kwarantannie, w mesie odciętej od reszty mego gwiazdolotu.

Nadal jestem zdrowy, mimo że reszta załogi nie żyje. Z wyjątkiem drugiej nawigator, Franceski Cabrini, zabarykadowanej w laboratorium, w linii prostej jakieś czterysta jardów ode mnie. Ajka co pewien czas przekazuje mi jej słowa. Oba te pomieszczenia na naszym Suśle L dały się hermetycznie odciąć od reszty pokładów, mają autonomiczne obiegi powietrza i wody, no i tylko my dwoje zdołaliśmy dotrzeć do nich jeszcze nie zarażeni, zanim wirus zaczął kosić całą resztę, jak leci. Leżą teraz ich zmumifikowane, pokryte szarą pleśnią zwłoki w trzecim autonomicznym habitacie – centrum medycznym na drugim pokładzie.

Im już nic nie pomoże. My zaś, ja i Franceska – nadal żywi tkwimy w naszym Suśle. Najpierw zacumowani na odseparowanym pirsie przy podrzędnym węźle Wielkiego Transgalaktycznego, w połowie drogi do Gliese 832c. A teraz… w samym środku Niczego, dobry tydzień świetlny od Szlaku. I czekamy, aż nas stąd wreszcie wyciągną.

***

Właśnie w drodze powrotnej z tej masywnej ziemiopodobnej planety dopadło nas nieszczęście. Początkowo nic go nie zapowiadało. To, zresztą, norma w takich przypadkach. Towar – agregaty drążące – dostarczyliśmy bez przeszkód, kolonistom z Gliese, nawiasem mówiąc, co do jednego świeżym przesiedleńcom z wyeksploatowanego już przez nich do szczętu a następnie z pomocą reszty ludzkości porzuconego, niczym pusta skorupka orzecha, starego, poczciwego, dobrze wam znanego Keplera 78b. Załadowaliśmy, co tam wydobyli i wyrafinowali pod ziemią z metali rzadkich, pożegnaliśmy się z obsługą planetarnego pirsu przeładunkowego na niskiej stacjonarnej i wio! Z powrotem do Sol. Tyle że trochę naokoło, bo po drodze musieliśmy jeszcze rozwieźć pozostały fracht do paru portów na bliskich poboczach Szlaku. Łatwy i niedługi rejs: wszystkiego dwa miesiące w głębokiej próżni, większość czasu w anabiozerach, nawet moja Ania nie miała większych pretensji, że przyjdzie jej przez kilka tygodni samotnie opiekować się małymi Snuffiątkami. Czteroletnią rozkoszną, kruczowłosą jak matka Marianną i od urodzenia łysym jak jego ojciec, żwawym pięcioletnim Pawełkiem.

Cóż, kiedy odbijaliśmy od Deimosa, nie myślałem, że to się tak skończy. Nie nacieszyłem się do tamtego czasu rodziną, krótko było, kurwa mać! Rozgrużyliśmy właśnie resztę frachtu, na jego miejsce dopchaliśmy po brzegi stabilizowane polami siłowymi zewnętrzne ładownie i zapakowani po granice bezpiecznego załadunku właśnie przekraczaliśmy Drugą Nadświetlną, kiedy nasz sztauer Peter, zwany przez nas złośliwie, z racji mikrego wzrostu – Wielkim – zaczął się skarżyć na silne swędzenie skóry na plecach, któremu towarzyszyły zlewne, opalizujące poty. Kiedy tylko przekazał nam to interkomem, za pośrednictwem Ajki, na wszelki wypadek nie wychodząc już ze swojej kabiny – jakby piorun w nas wszystkich trzasnął. Takie początkowe objawy mogła dawać wyłącznie najgroźniejsza znana ludzkości zakaźna choroba, dopadająca nas – gwiezdnych żeglarzy, na szczęście sporadycznie, niczym Nemezis. Grasująca na galaktycznych szlakach złowieszcza Szara Pleśń.

Od stwierdzenia pierwszych objawów do śmierci, Peterowi pozostało wtedy może kilkanaście minut. Ale co najgorsze – również my wszyscy już w zasadzie byliśmy martwi, bo na palcach jednej ręki można by do dziś policzyć przypadki ocalałych załogantów ze statków dotkniętych zarazą. Co ciekawe, od dnia zanotowania pierwszego przypadku, na pokładzie badawczego „Chomika 2”, równo dwieście lat temu, za Proximą Centauri, wszystkie znane przypadki zaczynały się wyłącznie na pokładach gwiazdolotów lecących przez Galaktykę drugą nadświetlną. Nigdy na planecie czy Węźle Szlaku.

Ale to może była kwestia profilaktyki: po stwierdzeniu infekcji na pokładzie, normą stało się z czasem alarmowe zatrzymywanie zapowietrzonego statku, no i absolutne odcinanie go od reszty kilkusetmiliardowej populacji, rozrzuconej w promieniu kilkuset lat świetlnych od Sol. Normą także było wysyłanie wyłącznie nanobotów i biomedycznych dronów na każdy gwiazdolot, który nie odpowiadał na standardowe wezwania do identyfikacji. Gdy automaty coś znajdowały, np. zwłoki zarażonych, rejestrowały to i analizowały na miejscu, a w końcu przekazywały na swe macierzyste jednostki wyłącznie czystą informację, zazwyczaj poczciwymi kanałami radiowej łączności cyfrowej. I finalnie zostawały tam, gdzie je posłaliśmy, już na zawsze. Ryzyko było bowiem zbyt duże. Szara Pleśń wciąż okazywała się w stu procentach nieuleczalna. Kiedy ktoś się nią zaraził – nieodmiennie umierał. Przy czym do zakażenia wystarczyła najczęściej sama wspólna obecność w jednym pomieszczeniu, dłuższa niż kilkadziesiąt sekund.

Początkowo próbowano toto badać. Ale szybko przekonaliśmy się, że w zasadzie nie ma bezpiecznych metod izolacji naukowców od zgłębianego przez nich patogenu, poza najgrubszymi hermetycznymi grodziami i w pełni autonomicznymi obiegami dosłownie wszystkiego, co człowiekowi niezbędne jest do życia. Oddzielonymi w dodatku od miejsc, w których Szara Pleśń już jest, co najmniej jardowej grubości próżnią absolutną. Kiedy to wreszcie, kosztem licznych ofiar wśród naukowców, zauważono – jakieś sto lat temu – zarówno kolejne latające laboratoria, jak i w ogóle wszystkie statki międzygwiezdne projektowano tak, by na ich pokładach przynajmniej jedno – dwa pomieszczenia przypominały próżniowe „termosy”, w których, jakby co, choćby cześć załogi próbowała się ukryć. Bo początkowo ci nieliczni badacze, co to wreszcie zdołali w swoich gwiezdnych laboratoriach, przekształconych z kilkudziesięciu standardowych masowców, dotrzeć do zakażonych jednostek i ten przedziwny wirus w ogóle zlokalizować, a następnie choć przez chwilę poobserwować najmocniejszymi mikroskopami, zanim nieodmiennie umierali – zawsze przekazywali identyczne zadziwiające spostrzeżenie: wirus nie przemieszcza się znanymi nam drogami. Zawsze, ale to zawsze, niektóre jego egzemplarze jakby znikały z jednego miejsca, by po chwili pojawić się w zupełnie innym. Milisekundę temu tkwił taki bydlak spokojnie w, zdawałoby się, hermetycznej probówce stabilizowanej mikropolem siłowym, a tuż po tym pojawiał się nawet do kilkudziesięciu cali dalej. Na przykład na skórze nieszczęsnego badacza. Gdzie natychmiast przystępował do konsumpcji i ochoczej multiplikacji, a w następstwie – kolejnego bezwzględnego mordu. I w ten sposób z jednego wymarłego statku w głębokiej próżni nagle robiły się dwa, albo i trzy.

Po kolejnym ćwierćwieczu ujawnienie momentu zakażenia gwiazdolotu stało się nawet proste, za sprawą nanoczujników, rozpylanych standardowo we wnętrzach wszystkich jednostek podczas dalekich rejsów, a wykrywających nawet pojedyncze wirusy Szarej Pleśni. I alarmujących o tym pokładowe Ajki oraz gwiezdne załogi. Niczym dzwon pogrzebowy. Choć… nie zawsze. W dodatku wciąż nie wiadomo, dlaczego.

***

Taka właśnie sytuacja ewidentnie miała miejsce i w naszym przypadku. Piotr poszedł spać do siebie, na kilka godzin schodząc z mostka w trakcie tygodniowej wachty, następnie, zapewne we śnie, zachorował, a czujniki nadzorowane przez Ajkę milczały, by odezwać się dopiero wtedy, gdy nasza pokładowa sztuczna inteligencja, zgodnie z procedurami, alarmowo zatrzymała Susła, a w panice gnający ku bezpiecznym schronieniom załoganci dowodzonego przeze mnie statku, wpadli zwartą kupą do jednego z trzech bezpiecznych, czyli hermetycznych pomieszczeń  – centrum medycznego.

Ja i Franceska zeszliśmy z mostka jako ostatni. A że jeden z trzech dostępnych habitatów ratunkowych reszta załogi zatrzasnęła już za sobą na głucho od wewnątrz, nie pozostało nam nic innego, jak możliwie szybko udać się do dwóch pozostałych. Przy czym każde do swojego, by zmaksymalizować indywidualne szanse przetrwania. Choć ani ona, ani ja nie łudziliśmy się, że cokolwiek nam to da.

A jednak – dało! Pierwszy tydzień izolacji spędziliśmy na wysłuchiwaniu meldunków załogi z centrum medycznego. Były jednoznaczne – z początkowej czwórki najpierw pozostało w nim trzech żywych, potem dwóch, a w końcu i ostatni – mechanik Bernie, rubaszny i wielki jak niedźwiedź – stwierdził, że poci się na tęczowo niczym australijski opal, a po kolejnych paru godzinach już się nie odzywał. Ajka potwierdziła w końcu, że wszyscy oni nie żyją. Jej czujniki meldowały też, że na ogólnie dostępnych pokładach wciąż pojawiają się kolejne gradacje wirusa, zapewne z kabiny Petera, w której spoczywały jego zwłoki. Słowem – pat.

Kiedy zameldowałem kontroli lotów, za pośrednictwem Ajki, że dopadła nas zaraza, w odpowiedzi usłyszałem tylko, że mamy natychmiast wyjść z Drugiej Nadświetlnej, skierować się do najbliższego Węzła, raptem kilka godzin dalej, i tam zakotwiczyć, nie wyłażąc broń Boże z naszych schronień. I czekać na dalsze polecenia. Po czym wszystko ucichło i niczego ponadto z zewnątrz już przez całe tygodnie nie usłyszałem. Ani ja, ani Franceska. Ani nawet Ajka.

***

Mimo że od tamtej chwili minął szmat czasu, wciąż jednak żyjemy. Dlaczego? Sęk w tym, że jak stwierdziła Franceska, wpadliśmy w stary, znany od niepamiętnych czasów schemat: paradygmat kozy, wilka i kapusty. Owszem, nasze ratunkowe autonomiczne habitaty pozwalają nam przetrwać do chwili, w której zabraknie zgromadzonej w nich żywności. Czyli przez mniej więcej dwa – trzy miesiące. Jednak żadnych dodatkowych dostaw dorzucić nam się z zewnątrz nie da, bo… wiązać to się będzie z rozhermetyzowaniem schronień i tym samym z wniknięciem do nich miazmatów Szarej Pleśni. Z wiadomym efektem.

Co gorsza, wyciągnąć nas z nich też nie sposób. Bo aby odciąć moduły ratunkowe od reszty statku – trzeba by automatom inżynieryjnym najpierw przedostać się przez zakażone przedziały i grodzie, a potem zmniejszyć poniżej krytycznej próżniowy dystans dzielący nas obecnie, w miarę bezpiecznie, od zabójczej reszty Susła. Czyli także narazić nas na przeskok wirusów wprost do habitatów. Co z kolei wykluczyłoby od razu i nieodwołalnie przerzucenie nas na łono stęsknionej bez wątpienia reszty ludzkości. Bo najpewniej z miejsca i ją byśmy zarazili.

Już nie mówiąc o promieniowaniu szczątkowym, przez miesiąc z hakiem narażającym nas, po ewentualnym przecięciu przez roboty ratunkowe zewnętrznych powłok statku i tym samym – po wyłączeniu pól ochronnych w pancerzu Susła – na równie nieuchronną śmierć od wtórnych strumieni mezonów D. Słowem, i tak źle, i tak niedobrze, a inaczej – jeszcze gorzej. Sytuacja bez wyjścia, czyli. Franceska co prawda, nie bez powodu wybrała laboratorium, jako miejsce schronienia. Jej druga specjalność, mikrobiologia, pozwalała na dowolne analizy, rzecz jasna tylko zdalne, nanobotami i z pomocą Ajki – pozostawionej na reszcie pokładów Susła Szarej Pleśni. W trakcie tych analiz co pewien czas ze sobą rozmawialiśmy, ot tak, niezobowiązująco, bo co nam pozostawało?

– Zastanawiam się nad naturą tych błyskawicznych skoków wirusa – powiedziała mi właśnie Franceska, a Ajka ochoczo przekazała jej głos. – W jaki sposób pokonują przestrzeń właściwie bez straty czasu? I właściwie – skąd się w niej biorą? Znikąd?

Ach, cóż za odkrywcza myśl – pomyślałem zgryźliwie. Przecież to samo rozważało od dekad grono najlepszych umysłów: w tym noblistów, prawdziwych tuzów mikrobiologii. I nawet padły już z ich strony pierwsze hipotezy. Wśród nich jedna wydawała się naprawdę interesująca: że patogeny Pleśni to pierwsze znane nam wirusy kwantowe. Znaczy, mogące znajdować się w kilku miejscach i stanach równocześnie, ale zarazem – jedynie potencjalnie. I dopiero przejście obok nich, tych niejako jedynie supozycji wirusa – Obserwatorów, więc żywych ludzkich załóg – i to wyłącznie poruszających się z Drugą Nadświetlną wobec mikrobów unoszących się statycznie i lokalnie w głębokiej próżni, powoduje ich nagły kwantowy przeskok do naszej rzeczywistości. Wprost na pokłady mijających je, a właściwie przenikających ich skupiska gwiazdolotów. A tym samym prosto na organizmy żywicieli. Nasze organizmy, niestety.

Oczywiście, mnóstwo było wokół tego w swoim czasie szumu, ale że nikt nie odważył się sprawdzić na sobie trafności owego podejrzenia, zaś na bezzałogowe statki, automatycznie kierowane przez Ajki, Szara Pleśń jakoś przeskakiwać nie chciała – hipoteza niejako zgasła śmiercią naturalną. Nie pierwsza i nie ostatnia, zresztą, Aczkolwiek wciąż ten i ów do niej co jakiś czas powracał.

Ale teraz… teraz coś jakby zaczęło i mnie świtać… Co to znaczy – sytuacja podbramkowa! Jakże ona wspaniale przyspiesza myślenie!

– Słuchaj no, Franceska – zagaiłem wiedząc, że Ajka wiernie dostarczy przekaz do jej schronienia. – Załóżmy przez chwilę, że hipoteza z kwantowym wirusem jest trafna. Czyli – że on, jego obecność, musi być stwierdzona przez Obserwatora, czyli nas, by nas pozornie znikąd zarazić i zabić. Powiedz no mi, jak im choćby na milisekundę zleźć z „oczu”? A może lepiej: jak choć na chwilę przestać je „zauważać”, znaleźć się wobec nich w stanie wręcz to wykluczającym? Jak ten wilk z antycznej zagadki, co to przewieziony na drugą stronę rzeki, widzi tam tylko niezbyt go interesującą kapustę, nie zaś czekające na niego jagnię?

– Nie wiem – z miejsca mi odpowiedziała. – Wyrwać nasze habitaty z zakażonego przez wirusy otoczenia? Nie da się bez umożliwienia przelezienia Szarej Pleśni na nas, albo na ratowników. Zaś dopóki żyjemy w tym samym fragmencie czasoprzestrzeni, sama nasza świadoma natura je do nas przyciąga. Dopiero gdy zemrzemy, przestaniemy być dla nich Obserwatorem w ich miejscu i czasie. Ale jedynie wtedy, oczywiście, jeśli hipoteza o ich kwantowej naturze jest rzeczywiście słuszna.

– Czekaj, czekaj, gdybyśmy więc zwiali od nich, a właściwie z zajmowanego przez nie fragmentu przestrzeni, jako martwe i zimne trupy, to by za nami nie polazły? Do naszych organizmów by nie przeskoczyły? Nawet znajdując się w bezpośredniej z nami styczności, czyli bez obecnego dystansu, stwarzanego przez ochronną warstwę próżni?

Franceska długo milczała. W końcu powiedziała tylko: „Musze pomyśleć” i się wyłączyła. Znowu, co nie wróżyło nam najlepiej. Ja zaś w rozpaczy zastanawiałem się, czy to myślenie w naszej sytuacji ma jeszcze w ogóle jakikolwiek sens.

***

Dopóki żyjemy – wirus będzie z nami. Więc gdy nawet nagle znajdziemy się od niego daleko – i tak któryś z tych skurczybyków wcześniej skoczy tam naszym śladem – tak sobie wtedy kombinowałem. Nie dziwię się Kontroli, że milczała tak długo, zakłopotana. Bo i cóż miała nam wtedy powiedzieć? Czym pocieszać? Że nie znajduje rozwiązania? Podobnie jak w setkach poprzednich, podobnych przypadków?

Zjadłem suchara, popiłem letnią wodą, ułożyłem się wygodniej na legowisku z jednorazowych ręczników rozścielonych na podłodze i głęboko się zamyśliłem. A gdyby tak?… Eeee, nie, odpada. Więc może… To też do niczego. Zaraz, zaraz, a czy dałoby się obliczyć?… Nagle przypomniałem sobie fałszywą srebrnowłosą Anię i w tym momencie błysk natchnienia, którego efektem stało się, nazwane tak sporo później „Zjawisko Snuffa–Cabrini”, rozświetlił mi synapsy niczym wybuch supernowej. W mojej mesie, niestety, nikt nie wpadł na pomysł zamontowania holoekranu. Połączyłem się z Ajką.

– Proszę, wyświetl Francesce na jej laboratoryjnym holo rozkład wszystkich do tej pory stwierdzonych przypadków Szarej Pleśni. I połącz je stycznymi w nieeuklidesowej. Ale tylko pierwotnych zakażeń, żadnych wtórnych, czyli tylko tych z lotów z Drugą Nadświetlną, przed alarmowym zatrzymaniem. Masz przecież dane, a jeśli czegoś ci zabraknie, ściągnij po natychmiastowej z Węzła. Niech się wreszcie, lenie, do czegoś przydadzą.

– Wykonuję. – Ledwo beznamiętny głos Ajki zabrzmiał w mym habitacie, a już, po parunastu zaledwie minutach, miałem rezultat: Franceska wręcz krzyczała do mnie przez interkom.

– Snuff, chłopie, jakeś ty na to wpadł? I jak to możliwe, że nikt inny dotychczas tego nie zrobił?!

– Nawigatorów uczy się wytyczania i pilnowania najprostszych szlaków, a naukowców komplikowania prostych spraw  – wygłosiwszy tę jakże głęboką sentencję, nad której układaniem spędziłem w pocie czoła ostatnie kilkaset sekund (niestety, ona jedna przeszła bez echa w licznych sprawozdaniach z naszego wypadku, jakże ciężko zwykłemu komandorowi żeglugi międzygwiezdnej trafić do ksiąg wiekopomnych cytatów!), dla odmiany ja teraz zapytałem:

– I gdzie masz centrum?

– Poza naszym ramieniem Drogi Mlecznej, jakieś siedemnaście tysięcy lat świetlnych. Ale trasowanie widać jak na dłoni. Promienie z niego w co najmniej pięciu miejscach przecinają Wielki Szlak. No i kilkanaście historycznych trajektorii naszych zarażonych gwiazdolotów poza nim.

– To miejsce z zamkniętego układu Grzebieniastych też? To, w którym znaleźliśmy sześć tysięcy ciał naszych martwych pielgrzymów podczas eksploracji ichniej wytwórni czuciofilmów?

– Też.

– Masz jakieś przypadki pierwotnych zakażeń poza tymi promieniami? Powiedzmy, w odległości tygodnia świetlnego od nich?

– Ani jednego! Snuff, jasna cholera – ANI JEDNEGO!

– A… wtórnych?

Chwilę potrwało, ale w efekcie Franceska już nawet nie krzyczała, a piała niczym zarzynana kura:

– Tylko w odległości do… czekaj, niech policzę… do nieco ponad dwóch naszych dni świetlnych od promieni.

– Ajka, nanieś mi teraz na to wszystkie miejsca, w których znaleziono nasze gwiazdoloty z martwymi załogami, ale już BEZ stwierdzonych przez nanoboty wirusów Szarej Pleśni na pokładzie.

– Wyłącznie w odległości powyżej dwóch dni świetlnych od promieni – zameldowała bezzwłocznie Ajka.

– Nadaj to do Węzła – poleciłem jej lakonicznie. – I rzuć na wykres z holo u Franceski lokalizacje wszystkich trzech obszarów, uwzględniając zmiany w czasie, w których dotychczas zetknęliśmy się z biorobotami Grzebieniastych.

– Wykonuję – znów zaszemrała Ajka. I ponownie Franceska aż dławiła się z podniecenia:

– Prosta idzie dokładnie wzdłuż jednego z promieni. Miejsce, w którym fałszywą Anię wyłączyło, leży poza obu tymi odcinkami, w odległości… w odległości ciut ponad dwóch dni świetlnych od tej samej osi! Snuff, to ta sama odległość, co poprzednio!

– Ajka, znasz jakikolwiek przypadek stwierdzenia przez nasze nanoboty obecności wirusa Szarej Pleśni na statkach znalezionych z martwymi załogami, w odległości ponad dwóch dni świetlnych od miejsca zakażenia?

– Nie stwierdzono. – Ajka jak zwykle informowała szybko, krótko i bez emocji. Tych jednak nie zabrakło w głosie Franceski. ewidentnie za bardzo się tym wszystkim ekscytowała:

–  Snuff, przecież w takim razie… w takim razie to nie są żadne promienie, to coś jakby… schemat galaktycznej sieci łączności Grzebieniastych. Ich Wielkie Szlaki…?

– Ale to by oznaczało, że…

– No właśnie, że ta hipoteza o kwantowym wirusie jest słuszna. Tyle że to nie jest żaden wirus. Szara Pleśń to tylko jego, zresztą bardzo lokalne, działanie uboczne na nas, ludzi. Miejsca, w których on jest trwale usadowiony, wytyczają coś jakby kwantowy, multiprzestrzenny układ nerwowy ich cywilizacji, Grzebieniastych. Bo ja wiem? Ich system nadświetlnej łączności? Tyle że nie czysto fizycznej, a z wykorzystaniem biosprzężenia… Rozumiesz – oni chyba faktycznie nie podróżują samodzielnie, mają od tego wysyłane w Kosmos bioroboty. Te zaś… one chyba wiszą on-line na przekazie kwantowych wirusów, jak my na łączności nadświetlnej!

– Czyli co, te sześć tysięcy trupów w zakazanym układzie, to nie było żadne ostrzeżenie przed przekraczaniem granic? Straszyli nas swoją drogą, a wytłukli – czysto przypadkowo? – Już kończąc to zdanie czułem z rosnącym wstydem, jak wszystkie moje dotychczasowe wnioski dotyczące wrednej i mściwej natury Grzebieniastych ochoczo włażą na drzewo i zawstydzone skrywają się w gąszczu innych przedwczesnych hipotez i niesprawiedliwych osądów…

– Najwyraźniej, komandorze Snuff – obcy głos rozległ się w mojej mesie. – Mówi Koordynator Bohusz Neleżal. Idziemy do was od tygodnia z ekspedycją ratunkową, ale widzę, że poradziliście sobie świetnie sami. Przepraszam za dotychczasowe milczenie, ale my też mieliśmy w ostatnim czasie mnóstwo roboty, lecz przy tym zero nowych pomysłów. Tym bardziej wam gratuluję. Ale nie cieszcie się przedwcześnie, to trzeba najpierw sprawdzić. Choć, jeśli macie rację, wnioski mogą okazać się dla was w praktyce dość pocieszające, jak mniemam. I w ogóle dla całej Floty.

– Dzięki więc za nic. Jakieś rozkazy? – Wściekły nie bawiłem się w konwenanse. Znalazła się wreszcie nasza zagubiona kawaleria! Teraz, gdyśmy już sami wpadli na to, co najważniejsze. Zawsze wiedziałem, że w firmie roi się od ludzi, którzy nie powinni równocześnie myśleć, chodzić i oddychać, bo albo się uduszą, albo wywalą. Neleżal ewidentnie był ozdobą tej grupy. Cóż za kosmiczny idiota! Brak pomysłów przeszkadzał mu w odpowiedzi na nasze rozpaczliwe wołanie. Lecz cóż poradzić – skoro przy okazji kuzyn najważniejszego, po niesławnym odejściu Smithy’ego, udziałowca naszej Kompanii.

Echch! Nie ma co narzekać. Jak to u nas mawiają: światła nie zawrócisz, czasu też nie. Późno, bo późno, ale jednak w końcu do nas przycwałowali. Z osłem na czele. Koordynator najwyraźniej wyczuł, co o nim sądzę.

– Wyznaczcie, proszę,  kurs Susła prostopadle do promienia, na którym was dopadła ta… zaraza. – dziwnie łagodnie poprosił Neleżal. – Odskoczcie na początek na tydzień świetlny, na wszelki wypadek – na jonowym. Co trochę, niestety, potrwa. Ruszymy tam za wami, wyślemy nanoboty i przeczeszemy wasz pokład do ostatniej molekuły. Jeśli faktycznie wirusa nie stwierdzimy, będziecie mogli opuścić Susła. Na początek podstawimy wam mniejszą jednostkę, sterowaną automatycznie. Nie zachorujecie przez kolejny miesiąc – uznamy, że kwarantanna zakończyła się pomyślnie i wrócicie między żywych… A poza tym…

– Koordynatorze Neleżal – wciąłem mu się w zdanie. – Zamiast truć bez sensu, lepiej w międzyczasie obliczcie, jaką średnicę mają te… te kwantowe promienie Grzebieniastych. Przecież trafiamy na nie na naszych szlakach właściwie przypadkowo. Najwyraźniej idziemy naszymi statkami po Wielkim znacznie bardziej szeroko, niż oni po własnych promieniach – swoimi… Nie ma co ryzykować ani dnia dłużej.

***

I tak to się właściwie skończyło. Wirusowe promienie Grzebieniastych miały faktycznie nieco ponad cztery dni świetlne średnicy. A zarażały – wyłącznie w polu o średnicy ledwie sekundy świetlnej. Kiedy to się potwierdziło, trzeba było co prawda nieco zmodyfikować przebieg naszego Wielkiego Transgalaktycznego, i bardziej uważać przy wytyczaniu kolejnych jego nitek, ale… Ale od tamtej pory kolejnych przypadków zakażeń Szarą Pleśnią właściwie już na naszych rejsowych  gwiazdolotach nie stwierdzono. Zaś jeśli nawet, to tylko od wielkiego dzwonu, sporadycznie, podczas tyczenia nowych międzygwiezdnych „autostrad”. Nawet jednak w takich przypadkach, wystarczało odpowiednio szybko oddalać się od świeżo znalezionych „promieni”, by zaraza wygasała samoistnie i nie zabierała z danej załogi nikogo poza jednym – dwoma nieszczęśnikami – przypadkami „zero”.

***

Nie będę wam opowiadał o fecie urządzonej nam w Sol po powrocie. Niewarta wspominania. Ani o łzach szczęścia Ani. Te wolę zachować wyłącznie dla siebie. Przyznam wam tylko, że jedna myśl nie daje mi od tamtej pory spokoju. Skoro Grzebieniaści aż tak doskonale opanowali mikroinżynierię kwantową, cóż właściwie zabroni im kiedyś skierować te swoje promienie wprost w zamieszkane przez ludzi planety? No i co z nami wtedy będzie? Jeśli kiedyś, w przyszłości, dojdą do wniosku, że jednak pomylili się w ocenie naszej cywilizacji?

Dlatego wiecie co? Od tamtej pory staram się, gdy tylko mogę, więcej czasu spędzać z Anią i Snuffiątkami. Bo choć na razie jakoś przetrwaliśmy wszyscy i mene, i tekel, to jednak nie wiem, naprawdę nie wiem, czy i kiedy jakaś niewidzialna ręka nie wypisze nam nad drzwiami brakującego ufarsin!

Koniec

Komentarze

Melduję się chyba jako pierwszy!

Napisane z brawurą, energetycznie jak to u rybaka. Podoba mi się pomysł kwantowych wirusów; może jeszcze bardziej spodobałby mi się pomysł wirusów splątanych?

Nie znam Grzebieniastych na tyle, żebym wiedział czy ich sie bać. Muszę zaliczyć poprzednie odcinki :)

 

Klika uwag formalnych:

Nadal jestem zdrowy, choć reszta załogi nie żyje.

zamiast “choć’ użyłbym “mimo że”

 

jakieś sto pięć lat temu

Niespójne. Jakoś sygnalizuje określenie nieprecyzyjne a sto pięć jest jednak dokładne :)

poci się na tęczowo

Jakoś źle mi się skojarzyło… :)

 

Sytuacja bez wyjścia, czyli.

Czyli co?

rozświetlił mi synapsy niczym wybuch supernowej

Taką poezję to ja uwielbiam! Brawo!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Jak doczytasz i przeanalizujesz, to wyjdzie Ci jedyna mozliwa opcja – one muszą być splątane, skoro umożliwiają Grzebieniastym łączność natychmiastową z ich biorobotami w całej Galaktyce równocześnie . Czyż nie? ;)

p.s. ponanosiłem.

p.s. 2: wcześniejszych Nawigatorów takoż polecam :)

Do tej pory mówiło się “jakiś wirus mi się przyplątał” teraz będzie się mówiło że się splątał :) Swoją drogą Snuffowi przydałoby się jakieś splątanie kwantowe z Anią.:)

zapomniałe dodać, że znów skojarzyłem Twoje opko z Lemem, który napisał był opowiadanie “Ciemność i pleśń” :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Fajny pomysł na zarazę i jej przyczyny. Interesujące, że pożeniłeś go z kwantami.

Ale całość jakoś tak traci werwę. Nie bardzo wiem, dlaczego tak się dzieje. Może już wiadomo, że Twój nawigator przeżyje wszystko łącznie z przelotem przez czarną dziurę, więc nie ma realnego niebezpieczeństwa. A może poszło o lekkość pierwszych części, a teraz idziesz w cięższe klimaty?

Zostało Ci parę literówek.

Babska logika rządzi!

Podobało mi się! To drugie (chyba) opowiadanie z gwiezdnych opowieści komandora Snuffa, które przeczytałam, czyli pierwsze i jak rozumiem ostatnie w tym momencie. 

Moim zdaniem wszystkie winny się znaleść w biblio, więc kliknę, a i wrócę, aby przeczytać środkowe, gdyż wydaje mi się, że wiele mnie ominęło.

Pomysł na ten odcinek: fabuła, zagadka życia i śmierci do rozwiązania przez bohatera wciągają, a rozwiązanie – super. Czytało się bardzo przyjemnie:)

 

Dwa zauważone po drodze drobiazgi:

,Franceska długo milczała. W końcu powiedziała tylko: „Musze pomyśleć” literówka

,urządzonej nam w Sol – na Sol?

 

Ponieważ sprawa jest poważna – piszesz cykl, więc dorzucę kilka swoich zastanowień:

* narracja jest świetna, lecz staje się ciut przegadana i streszczająca. Może warto przenosić akcję w inne miejsca (Ania, Franceska, statek ratowniczy, Sol)

* struktura społeczna rzeczywistości Snuffa: żona opiekującą się dziatwą, "marynarz". Przemyślałabym, gdyż "wchodzisz w buty dwudziestego wieku".

Rozmyślałam też, dlaczego wirus a nie bakteria? Czy chodziło ci o zdolność samodzielnego namnażania się, to miałoby sens, gdyż wirus potrzebuje struktury żywiciela, więc potencjalnie bez niego byłby niegroźny.

O, jeszcze jedno fajne – mane, takel,  unfarsin :)

 

No i nie mogę sobie odmówić;), do Tsole – o splątaniu, czyżby kwantowy nie oznaczało splątania czegoś z czymś:D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum: samo słowo “kwantowy” nie jest bynajmniej synonimem splątania. To przymiotnik. Może być stan kwantowy, układ kwantowy, komputer kwantowy, interferometr kwantowy, wreszcie splątanie kwantowe, ściślej stan splątany, który jest rodzajem skorelowanego stanu kwantowego dwóch lub więcej układów kwantowych.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Słowo nie, a istota? :p  :)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Istotą przymiotnika jest określenie jakiejś cechy istot żywych, rzeczy, zjawisk, pojęć i stanów :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Powiedzmy, że w tym przypadku nie masz racji ;)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Powiedzmy że się podliżę i w tym przypadku przyznam Ci rację :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Asylum, dzięki:). To tych środkowych masz już cztery;D . Roboty – nr2, demony nr 3, mniejsze zło nr 4, obłok Oorta nr 5. Pozdr.

 

Rybaku, kolejkę tekstów mam jak stąd na Krym, ale jak zobaczyłam kolejną odsłonę Nawigatora, nie mogłam się powstrzymać i przeczytałam poza kolejką. Co tu dużo gadać, podobało mi się. Interesująco rozwiązałeś problem szarej pleśni, rozumiałam o czym piszesz. Snuff jest kompatybilny z poprzednimi częściami. A pozy tym, ja go, kurde, po prostu lubię. ;)

Z marudzenia: Polubiła Snuffa za jego zgryźliwe poczucie humoru. A tutaj za bardzo go nie ma. Strasznie cię proszę nie zapomnij o tym aspekcie osobowości Snuffa, bo to w dużej mierze ona nadawała lekkość twoim tekstom. ;)

 

Słowa te spisałem resztką ołówka na opakowaniu po sucharach dietetycznych, trzeci tydzień siedząc samotnie na kwarantannie

Które słowa? Całe opko? To raczej nie pasuje, więc którą część. Jakoś to tak nie pasi.

 

Klika oczywiście masz. :)

 

Dziękuję:). Tu trup słał się gęsto, Snuff też wywinął się śmierci cudem, to mu mniej wesoło było. Ale rada dobra:). Pozdr.

 

Kolejne opowiadanie z serii o Nawigatorze… I kolejny raz jestem zadowolona z lektury :) Bardzo fajny pomysł z tym kwantowym wirusem. Gratuluję wyobraźni :) Warsztat też jak najbardziej w porządku, więc ode mnie jak najbardziej zasłużony kliczek :)

Dzięki:). No to zostały trzy, ups, cztery zagadki do rozwiązania;). Pozdr.

Irka_Luz: A ja się już nawet w Twojej kolejce nie mieszczę :( Jak żyć ….crying

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole, już jesteś. :)

Tempo jakby nieco siadło, ale rozumiem – zamknięty Snuff niewiele mógł zrobić, poza myśleniem i sporządzaniem notatek, dzięki którym mogłam śledzić wypadki na Suśle. Jestem też pełna podziwu dla jego sposobu myślenia i choć sama za nim nie nadążam, wierzę, że myśleć umie niezwykle skutecznie. ;)

 

My zaś, ja i Fran­ce­ska –nadal żywi… –> Brak spacji po półpauzie.

 

przy­naj­mniej jed­no-dwa po­miesz­cze­nia… –> …przy­naj­mniej jed­no – dwa po­miesz­cze­nia

 

a tuż po tym po­ja­wiał nawet do kil­ku­dzie­się­ciu cali dalej. –> Chyba miał być: …a tuż po tym po­ja­wiał się nawet do kil­ku­dzie­się­ciu cali dalej.

 

nie wy­ła­żąc Broń Boże z na­szych schro­nień. –> …nie wy­ła­żąc broń Boże z na­szych schro­nień.

 

Co gor­sza, wy­cią­gnąć nas z nich też nie­moż­li­wość. –> Co gor­sza, wy­cią­gnąć nas z nich też nie można/ nie sposób.

 

po­wie­dzia­ła mi wła­śnie Fran­ce­ska, a Ajka ocho­czo prze­ka­za­ła mi jej głos. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Nie pierw­sza i nie ostat­nia, zresz­tą, Acz­kol­wiek wciąż… –> Dlaczego wielka litera?

 

ten i ów do niej co jakiś czas po­wra­cał.. –> Jeśli zdanie miała kończyć kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki.

 

Slu­chaj no, Fran­ce­ska… –> Literówka.

 

Zaraz, zaraz, a czy da­ło­by się ob­li­czyć…?… –> jeden wielokropek wystarczy.

 

„Zja­wi­sko Snuf­fa – Ca­bri­ni –> „Zja­wi­sko Snuf­fa-Ca­bri­ni

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy; bez spacji.

 

oni chyba fak­tycz­nie nie po­dró­żu­ję sa­mo­dziel­nie… –> Literówka.

 

z danej za­ło­gi ni­ko­go poza jed­nym– dwoma nie­szczę­śni­ka­mi… –> …z danej za­ło­gi ni­ko­go poza jed­nym – dwoma nie­szczę­śni­ka­mi

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, tradycyjne niskie ukłony w podzięce za Twój trud:)

Ponanosiłem. Przy okazji troszkę podkręciłem zwyczajowy sarkazm Snuffa;)

Dziekuję Rybaku, choć tak po prawdzie, trud to niewielki wobec przyjemnością czytania. ;)

A skoro ponanosiłeś, klikam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rybaku weź ty w końcu coś wydaj.

 

Chyba, że już wydałeś, to poleć :D

Mam kłopot: Jeśli chcę wydać Snuffa, muszę kolejne12 opek cyklu utajnić przed Portalowiczami;). Owszem, wydałem (a właściwie – je wydano) dwie książki, ale nie zaciekawią, bo… ekonomiczne i w dodatku specjalistyczne:)

Słowa te spisałem resztką ołówka na opakowaniu po sucharach dietetycznych,

Opko ma 23k znaków, czyli jakieś 8 stron A4, strasznie duże musiały być te opakowania po sucharach.

Również w kilku zdaniach na początku przecinki zdają się nie na miejscu. I to właściwie byłoby na tyle, jeżeli chodzi o czepialstwo.

 

“Szara Pleśń” bardzo dobra. Krótka, bez przynudzania, a zawiera kompletną historię. Odsłaniasz przy okazji kolejne tajemnice Grzebieniastych. Jedno z lepszych opowiadań z całej szóstki.

Troszkę ten Snuff staje się nieco nakoksowany, rozwiązując w kilka minut problem, nad którym pokolenia noblistów uzbrojonych w SI nie dawało sobie rady przez dziesięciolecia. Strasznie ten Nobel zszedł u Ciebie na psy.

 

Tak już na marginesie, przyznam się, że z każdym kolejnym Nawigatorem zastanawiam się coraz bardziej, na jakich jednostkach Rybak pływa i w jaką funkcję na nich pełni. W każdym z odcinków przemycasz jedno czy dwa zdania, z których wynika, że żegluga nie jest Ci obca. I nie chodzi tu o kwestie techniczne, których można się nauczyć, wyczytać, wyobrazić, ale takie życiowe kwiatki, które raczej przeżywa się na własnej skórze.

 

To jak, Rybaku, zdradzisz co nieco prywaty?

 

A Nawigatora wydawaj, jak masz okazję. Doczytamy te dwanaście odcinków na papierze.

Snuff roz­wią­zał za­gad­kę, a co wię­cej – wy­łącz­nie on mógł to uczy­nić, bo on znał Anię i my­ślał o niej bez­u­stan­nie, a no­bli­ści – nie. Sam zaś po­wrót z pla­ne­ty-stu­dia Grze­bie­nia­stych i casus fał­szy­wej Ani to była jego raz że osobista emocjonalnie, a dwa – naj­śwież­sza prze­szłość. Dawni no­bli­ści znać jej nie mogli, a nowi no­bli­ści – nie ko­cha­li Ani, jako się rze­kło, więc przy­pływ na­tchnie­nia ich do­ty­czyć nie mógł… Dla Snuf­fa zaś, który już nie raz udo­wod­nił, że ma głowę na karku, była to dotycząca go wręcz rodzinnie, więc re­la­tyw­nie, hmmm… Łatwa za­gad­ka:)..

Oso­bi­ście nie pra­cu­ję na morzu, li­cen­cja ster­ni­ka i opły­wa­nie nastu chor­wac­kich wysp to zde­cy­do­wa­nie za mało, by na­zwać się dum­nie ma­ry­na­rzem, ale.. Że tak po­wiem, na­sią­kłem mo­rzem, bom rodem czę­ścio­wo z Gdyni;). I po­ło­wa ro­dzi­ny pły­wa­ła:D. Ja zaś morze ko­cham rów­nie mocno jak Pusz­czę. Tu­dzież li­te­ra­tu­rę ma­ry­ni­stycz­ną. Cykle o Horn­blo­we­rze oraz Au­breyu iMa­tu­ri­nie go­rą­co po­le­cam:). Za opa­ko­wa­nie dzię­ki, zmie­nię na opa­ko­wa­nia;). Pozdr. P.s. Piszę je w tem­pie jedno na mie­siąc, przy czym bardziej to kwestia selekcji pomysłów niż samego ubrania ich w słowa (samo pisanie takiego opka to góra dwa dni, ino trzeba je mieć;), zaś nowe fabuły o Snuffie na dziś czekają na spisanie dokładnie – trzy, więc za ja­kieś pół roku rzucę jedno jesz­cze tu, dru­gie za­pro­po­nu­ję NF, a ca­łość – za jakiś rok, jak się uda – za­cznie po­lo­wać na wy­daw­cę. Z ta­ki­mi re­cen­zja­mi…:D

Trochę cięższy klimat niż poprzednio, ale mnie to nie przeszkadzało. Skoro przedstawiasz poważniejszy temat/problem, to chyba nie ma co szukać tego humoru na siłę. Opowiadanie broni się i bez niego. Jeśli ma ono być częścią zbioru, to takie “balansowanie” klimatem może wyjść całkiem fajnie. ten zbiór będzie wtedy bardziej zróżnicowany, a Snuff jest bohaterem o tyle wdzięcznym, że sprawdza się zarówno na polu humoru i satyry, jak również ekspozycji danego pomysłu.

Jedyne z czym miałem tu problem to jak gdyby “wkręcenie się” w to zagrożenie życia Snuffa. Z góry wiadomo, że jako “fundament serii” musi przeżyć, więc siłą rzeczy do jego potencjalnej śmierci podchodzi się z pewną rezerwą. Inna sprawa, że w opowiadaniu chodzi przede wszystkim o samą koncepcję Szarej Pleśni i to na niej głównie koncentruje się moja uwaga jako czytelnika, więc i ów problem nie był dla mnie szczególnie istotny.

Snuff rozwiązał zagadkę, a co więcej – wyłącznie on mógł to uczynić, bo on znał Anię i myślał o niej bezustannie, a nobliści – nie.

Czy aby na pewno? Sprawdźmy.

Do odkrycia doszło na skutek postawienia dokładnie dwóch pytań oraz analizy dostępnych danych przez Ajkę:

 

  1. wyświetl Francesce na jej laboratoryjnym holo rozkład wszystkich do tej pory stwierdzonych przypadków Szarej Pleśni. I połącz je stycznymi w nieeuklidesowej. Ale tylko pierwotnych zakażeń, żadnych wtórnych, czyli tylko tych z lotów z Drugą Nadświetlną, przed alarmowym zatrzymaniem.
  1. Ajka, znasz jakikolwiek przypadek stwierdzenia przez nasze nanoboty obecności wirusa Szarej Pleśni na statkach znalezionych z martwymi załogami, w odległości ponad dwóch dni świetlnych od miejsca zakażenia? – Nie stwierdzono.

Jeżeli przyjrzymy się bliżej owym pytaniom, to się okaże, że są to: 1) rozkład pierwotnych zakażeń, 2) rozkład wtórych zakażeń w odległości dwóch dni świetlnych od zakażeń pierwotnych.

Z całym szacunkiem, Rybaku, ale to są podstawy metodologii naukowej. Cóż więc robili Twoi nobliści przez 100 lat, że nie zlecili nawet analizy rozkładu przestrzennego zakażeń?

 

 

To kwestia TYLKO stwierdzenia rozkładu patogenu, nie zaś jego rzeczywistej FUNKCJI. Tę wskazało dopiero pytanie o fałszywą Anię. I dopiero ta wiedza pozwoliła trafnie postawić tezę o intencjach Grzebieniastych.Tak że ten… Nobliści nie dali by rady, bo nie mieli ani podstaw, ani powodów, ani zbieżności w czasie, by myśleć o Ani;). Szach i mat! W DWÓCH ruchach:D. Pozdr.

Z tym szach-matem to się kolega w swoim entuzjazmie nieco zagalopował ;)

 

Owszem, powiązanie Pleśni i Grzebieniastych oraz ich natury wymaga dodatkowej wiedzy, którą posiada Snuff. Nijak to się jednak ma do mojego zarzutu, który od początku formuje, a mianowicie dyletanctwa naukowców w porównaniu z dostępną technologią i czasem.

Mając do dyspozycji 100 lat, czyli okres gdzie na samej Ziemi nastąpił technologiczny skok od maszyny parowej do zaawansowanej elektroniki. A w Twoim przypadku należy dodać kilkaset innych zamieszkałych planet, SI, dżinnów o supermocach obliczeniowych, i kto wie, co tam jeszcze wymyślisz. Mając tę całą technologię, naukowcy nie potrafią ogarnąć prostej zależności, że w odległości 2 dni świetlnych od źródła zakażenia następuje eliminacja zagrożenia?

W tym miejscu jako czytelnik odczuwam dysonans, o czym Cię, drogi Rybaku, informuję :)

A niby jak, skoro procedury wymuszają awaryjne zatrzymanie, a potem nikt tam już nie włazi, ani zarażonego statku nie przemieszcza? Zarażenia są sporadyczne,liczone w raczej jednostkach na dekadę niż w dziesiątkach, problemu ekonomicznego w porównamiu do natężenia ruchu nie stanowią, a samych grzebieniastych odkryto, przypominam, ledwo kilka lat wcześniej…Więc możesz dysonans zmniejszyć – przemyślałem i o wcześniej:). Pozdr.

Zarażenia są sporadyczne,liczone w raczej jednostkach na dekadę niż w dziesiątkach,

Skoro jednak Snuff po pierwszym spojrzeniu na ich rozkład od razu dostrzegł promienie, a nawet całą sieć, to musiało tych przypadków być ich na tyle dużo, by tworzyć konkretny wzór/trend. Ten sam wzór powinna wychwycić każda SI analizująca dane.

Wystarczą dwa punkty dla jednego promienia, a cztery dla sieci i ośrodka z którego wychodzą. Pod warunkiem jednakże, że się wie, czego szukać. Tak że obstaję przy swoim. A że nobliści to są głupi często, świadczy przykład dwóch noblistów z ekonomii, którzy w USA założyli fundusz inwestycyjny, posiłkując się swą marką i genialnością. Zdobyli mnóstwo inwestorów i setki mln dol. Po roku splajtowali i stracili całą kasę. Okazało się, że genialność na prawdziwym rynku , nawet wspomagana algorytmami, to nic przy zdrowym rozsądku i doświadczeniu.

 

yes

 

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Tak więc kolejny przyjemny tekst o przygodach nawigatora, tym razem z elementami horroru.

Pomysł na chorobę naprawdę fajny. Jego połączenie z jednym z poprzednich opowiadań też na plusie. Generalnie w czasie tego tekstu czułem mniejsze przegadanie niż u poprzedniego.

Koniec końców koncert fajerwerków definitywnie na plus.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka