- Opowiadanie: Wilk który jest - Rycerz Yk, białogłowa Wopałach i łuk-huk

Rycerz Yk, białogłowa Wopałach i łuk-huk

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Rycerz Yk, białogłowa Wopałach i łuk-huk

Ry­cerz Yk szcze­gól­ne­go szczę­ścia do gry w kości nie miał. A to z go­spo­dy wra­cał bez sa­kiew­ki, a to bez rzędu, a to bez no­ga­wic. Od­da­wał się jed­nak temu za­ję­ciu z pasją, zwłasz­cza gdy oczy mu wy­pi­ty miód za­le­pił, na­da­jąc świa­tu słod­ko-bursz­ty­no­we­go ko­lo­ry­tu. Ze swymi nie­po­wo­dze­nia­mi już się zbra­tał, a że uwiel­biał chwi­lę, w któ­rej kości toczą się po stole, nie na­rze­kał spe­cjal­nie na po­no­szo­ne stra­ty.

Tego wie­czo­ru sie­dział sobie ry­cerz Yk i po­pi­jał sa­mot­nie w karcz­mie „Po­ciesz­ka”. Humor miał jakiś taki lichy. Już miał się zbie­rać do obe­rży „We­so­ła”, by spraw­dzić, czy tam wczo­raj jego dobry na­strój się nie ostał, gdy do wnę­trza wszedł cu­dzo­zie­miec. Mówił z twar­dym ak­cen­tem ludzi, któ­rych chło­pi prze­zy­wa­li „nie­my­mi”, bo nijak nie mogli pojąć, o czym tamci pra­wią, gdy ga­da­li po swo­je­mu. Przy­bysz był znać ma­jęt­ny, bo po­pro­sił o wino i to cały an­ta­łek. A trze­ba wie­dzieć, że wi­no­ro­śli w tych oko­li­cach nie upra­wia­no, więc takie ra­ry­ta­sy spra­woz­da­ne z da­le­ka miały swoją cenę. Ro­zej­rzał się po wnę­trzu, wy­peł­nio­nym przez po­dróż­nych róż­ne­go au­to­ra­men­tu, głów­nie kup­ców. Wresz­cie wzrok jego spo­czął na na­szym bo­ha­te­rze. Prze­ci­snął się przez ciżbę i po ski­nie­niu głową, za­gad­nął:

– Herr ry­ce­rzu, czy ława na wprost cie­bie wolną jest? Bo jeśli tak, to po­zwo­lisz, że za­sią­dę.

Ry­cerz Yk, który wła­śnie po­chła­niał ostat­ni łyk miod­ku, ski­nął licho głową i jął się przy­by­łe­mu przy­glą­dać. Tak tedy ga­pi­li się na sie­bie na­wza­jem. Gość zmru­żył śle­pia tak, że wy­glą­da­ły jak dwa mu­śnię­cia pę­dzel­kiem tak cien­kim, że nie znaj­dziesz dość drob­ne­go wło­sia, by taki sobie spra­wić. Cu­dzo­zie­miec wresz­cie ziew­nął sze­ro­ko, jakby się ga­pie­niem na woja znu­żył i jął się znów roz­glą­dać po karcz­mie. Po­nie­waż nic in­ne­go się nie dzia­ło, za­pro­sze­nie do bie­sia­do­wa­nia z ust przy­by­sza nie padło, a miód ry­cerz Yk wy­są­czył do cna, już miał się zbie­rać, gdy tam­ten za­gad­nął:

– No­cu­jesz tu, Herr panie?

– Nie.

– A spiesz­no ci gdzie, Herr panie?

– Nie.

– Masz co prze­ciw­ko osu­sze­niu ze mną tego oto an­tał­ka, Herr panie?

– Nie.

– A prze­ciw­ko po­ga­węd­ce, Herr panie?

– Nie.

– To i grą w kości pew­nie nie po­gar­dzisz?

– Nie.

Ry­cerz Yk krę­cił przy tym gor­li­wie głową. Był we­dług swego mnie­ma­nia człe­kiem oby­tym. Po­znał już ongiś przy­chod­nia rodem z obcej ziemi. Bar­czy­sty nor­dyk przy­siadł się doń kie­dyś po pi­ja­ku i za­czął się żalić w swym bar­ba­rzyń­skim ję­zy­ku, któ­re­go nasz bo­ha­ter nie znał nawet z wi­dze­nia. Na­strój opo­wie­ści wnio­sko­wał więc z po­czer­wie­nia­łej od trun­ków twa­rzy wo­jow­ni­ka, a gdy ten spoj­rzał w jego stro­nę, jakby ocze­ku­jąc po­twier­dze­nia dla swo­ich słów, wy­ko­ny­wał gest głową, który mógł ozna­czać wszyst­ko i wy­da­wał dwa pa­ra­dź­wię­ki na prze­mian. Raz było to „ouih”, a raz „myhy”. Tak kon­wer­so­wa­li całą noc, a nad ranem po­tęż­nie zbu­do­wa­ny cu­dzo­zie­miec wy­ści­skał swego roz­mów­cę, za­pew­nił o do­zgon­nej wdzięcz­no­ści swo­jej i swo­ich po­tom­ków do siód­me­go po­ko­le­nia, czego ry­cerz Yk zresz­tą nie zro­zu­miał. Nor­dyk, wziąw­szy topór, ru­szył chwiej­nym kro­kiem w dal­szą drogę. Był szczę­śli­wy. Zda­wa­ło mu się bo­wiem, że nikt go dotąd tak do­brze nie zro­zu­miał. Nie spo­tkał też w swoim mnie­ma­niu czło­wie­ka, który tak po­tra­fił słu­chać! A opo­wia­dał o tym, że chciał się wy­le­gi­wać po wy­pra­wie łu­pie­skiej, a potem po­ła­so­wać na­le­ży­cie, nic z tego jed­nak nie wy­szło. Za­po­wia­da­ją­cą się sie­lan­kę prze­rwa­ła jego bia­ło­gło­wa, która wy­sła­ła go po nową krowę, bo stara prze­sta­ła dawać mleko. Chcąc nie chcąc ru­szył w świat, ob­szedł morze całe i do­tarł aż dotąd. Teraz po­krze­pio­ny nocną roz­mo­wą, po­gnał w drogę po­wrot­ną. Obie­cał sobie przy tym, że krowę znaj­dzie do­pie­ro po dru­giej stro­nie wiel­kiej wody, żeby jej za długo nie dźwi­gać, bo to mę­czą­ce. Ry­cerz Yk też czuł się szczę­śli­wy. Oto na­pa­wa­ją­cy stra­chem zwa­li­sty wo­jow­nik, który przez całą noc nie po­zwo­lił mu się ru­szyć od stołu i poił bez umia­ru, wresz­cie sobie po­szedł. Nasz bo­ha­ter bez zwło­ki po­gnał w krza­ki, by oddać na­tu­rze to, co ciało przy­ję­ło. Dość jed­nak o tym! Wróć­my do tego szcze­gól­ne­go wie­czo­ru.

Kości po­to­czy­ły się po stole. Cu­dzo­zie­miec przed­sta­wił się wcze­śniej jako: Smatk, Smetk, czy Smytk. Ry­cerz Yk nie bar­dzo zro­zu­miał, ot, coś krót­kie­go, trud­ne­go do wy­mó­wie­nia i za­czy­na­ją­ce się na „s” to ów gość. Za­pa­trzył się nasz bo­ha­ter w ko­stecz­ki i cały oddał grze. Star­cie było takie, że le­gen­dy by o nim można opo­wia­dać! Raz tam­ten brał górę i wśród zdo­by­czy miał już nie tylko kształt­nie wy­pro­fi­lo­wa­ną na od­sta­ją­cy brzu­szek zbro­ję na­sze­go bo­ha­te­ra, ale nawet no­ga­wi­ce. To znów ry­cerz Yk wy­gry­wał i od­kła­dał tro­fea na skrzy­nię sto­ją­cą obok. Wśród zdo­by­czy zna­la­zły się mię­dzy in­ny­mi: czar­ne pióra nie­zna­ne­go ptaka, amu­le­ty z kości i trój­roż­ny ka­pe­lusz. Wresz­cie, gdy świt się już zbli­żał, tam­ten, spoj­rzaw­szy wprzó­dy przez okno, rzekł, że musi się zbie­rać. Aku­rat był remis, więc każdy sie­dział w swo­jej dzie­ży i nie siał zgor­sze­nia. Ry­cerz Yk za­pro­po­no­wał ostat­ni rzut. Rywal jed­nak z po­cząt­ku się opie­rał, ba, zda­wa­ło się, że nie chciał o tym nawet sły­szeć. Nasz bo­ha­ter po­wie­dział więc, że po­sta­wi całą zbro­ję i konia z rzę­dem, a wszyst­ko do zdo­by­cia w jed­nym tylko rzu­cie. Przy­by­szo­wi bły­snę­ły prze­krwio­ne od wina i braku snu śle­pia. Wy­szedł, a po po­wro­cie po­ło­żył na stole worek z czar­ne­go ak­sa­mi­tu. Ry­cerz Yk za­py­tał: „co to”? Na to tam­ten od­rzekł, że: „coś wspa­nia­łe­go”. To wy­star­czy­ło, by pod­jąć wy­zwa­nie. W końcu taka już jest na­tu­ra ludz­ka, że każdy chce po­siąść „coś wspa­nia­łe­go”. Kości ko­lej­ny raz po­to­czy­ły się po stole. Ry­cerz Yk wy­grał, a tam­ten z lip­nie uda­wa­nym żalem oddał mu słusz­nie na­leż­ny łup i po­szedł, za­śmie­wa­jąc się przy tym nie wie­dzieć z czego.

Ry­cerz Yk też się spie­szył. Bia­ło­gło­wa o wdzięcz­nym mia­nie Wo­pa­łach (o ta­kich imio­nach uczo­ny ono­ma­styk rzekł­by pew­nie: imię mó­wią­ce) cze­ka­ła na niego w do­mo­stwie, a wie­dzieć na­le­ży, że dała mu wy­chod­ne tylko do pierw­sze­go pia­nia ko­gu­ta. Za­rzu­cił więc nasz bo­ha­ter łup na plecy, do­siadł ogie­ra i po­gnał do domu. Pę­dził ile sił w koń­skich no­gach. Już, już wi­dział swoje wło­ści, gdy spo­strzegł, że kogut wska­ku­je na ogro­dze­nie, by dać po­ran­ny kon­cert. Ry­cerz Yk po­my­ślał, że gdyby miał kuszę, byłby go uśmier­cił, nim wyda pierw­szy dźwięk, albo prze­ro­bił na ka­pło­na i wtedy może bia­ło­gło­wa Wo­pa­łach by się nie zo­rien­to­wa­ła, że tak cien­kim gło­si­kiem to ich kogut pieje. W po­trzeb­nie i roz­pa­czy zaj­rzał do zdo­bycz­ne­go wora, a tam łuk! W za­sa­dzie: łu­czek – ma­lut­ki taki i bez strza­ły. Ry­cerz Yk ze­sko­czył z sio­dła, schwy­cił pierw­szy lep­szy patyk i na­piął cię­ci­wę. W tym cza­sie kogut na­brał tyle po­wie­trza, że wy­da­wa­ło się, iż za wszel­ką cenę chce bia­ło­gło­wę Wo­pa­łach zbu­dzić. Nie mając chwi­li do stra­ce­nia, nasz bo­ha­ter pu­ścił na­miast­kę strza­ły. Huk wy­do­był się wów­czas tak po­tęż­ny, że w mu­ro­wa­nym kasz­te­lu szkla­ne go­mół­ki po­pę­ka­ły w oknach, kogut padł ze­mdlo­ny ze stra­chu, a psy za­czę­ły wyć prze­raź­li­wie. Ry­cerz Yk nie wie­dział, że w jego ręce do­stał się łuk-huk, bo i skąd mógł to wie­dzieć? Była to psot­na za­baw­ka, którą można było do­stać tylko na taj­nym jar­mar­ku dla wiedźm, bab-zie­lach i magów, który od­by­wał się raz do roku na po­la­nie zwa­nej Łysą Górą. Wiele tam i in­nych przed­mio­tów można było nabyć, które słu­ży­ły do szko­dze­nia ga­tun­ko­wi człe­cze­mu: łyżki, przez które prze­cie­ka­ła stra­wa, nie­da­ją­ce się na­ostrzyć szty­le­ty, garn­ki, w któ­rych kasza za­wsze się przy­pa­la­ła, czy też pa­wę­że nie­chro­nią­ce od ciosu. Wróć­my jed­nak do na­sze­go ko­gu­ta.

Bia­ło­gło­wa Wo­pa­łach była nie­wia­stą ła­god­ne­go uspo­so­bie­nia, więc wy­bie­gła z cha­łu­py uzbro­jo­na je­dy­nie w tasak do rą­ba­nia cha­ba­ni­ny i tęgą pałę do do­bi­ja­nia wie­przy i krzyk­nę­ła ostrze­gaw­czo takim gło­sem, że i psy po­mdla­ły. Spoj­rza­ła na spo­koj­ną oko­li­cę i już, już na­bra­ła­by prze­ko­na­nia, że to jakiś grom z ja­sne­go nieba tyle ha­ła­su na­ro­bił, gdyby nie do­strze­gła swego wy­bran­ka. Stał bie­da­czy­na obok rów­nież sto­ją­ce­go konia, dziw­nie skru­szo­ny z po­dej­rza­nym uśmie­chem i łucz­kiem w ręku. O, aż za do­brze znała tę minę, zwia­stu­ją­cą nie­za­wod­nie, że jej luby coś prze­skro­bał! Unio­sła brwi i już miała za­py­tać swym bi­blij­nym gło­sem, przy­po­mi­na­ją­cym trąby je­ry­choń­skie: „co to zna­czy, do stada kra­sna­li, któ­rym smród pięty po­wy­krę­cał, hę”?! Gdy nad­je­chał kró­lew­ski po­sła­niec i rzu­cił wici, po czym po­ga­lo­po­wał dalej, nie wda­jąc się w czcze roz­mo­wy. Ry­cerz Yk ode­tchnął z ulgą. Wie­dział bo­wiem, że nie­zwłocz­nie musi udać się na wojnę i być może polec wa­lecz­nie w obro­nie swo­je­go wład­cy, kra­iny, rzek, je­zior i wzgórz, bia­ło­gło­wy Wo­pa­łach oraz obu karczm: „Po­ciesz­ki” i „We­so­łej”. Jego luba, po­dej­mu­jąc wy­zwa­nie i nie zwa­ża­jąc na do­cze­sne nie­po­ro­zu­mie­nia w sta­dle ro­dzin­nym, na­so­li­ła mu mięsa na drogę i dała bu­kłak z wodą przy­pra­wio­ną won­ny­mi zio­ła­mi. W dro­dze ry­cerz Yk wypił płyn tak szyb­ko, jak tylko mógł, by na­peł­nić skó­rza­ny wór trun­kiem, który, jak po­wszech­nie wia­do­mo, le­piej się spraw­dza w po­dró­ży, niż co­kol­wiek in­ne­go. Wśród czu­łych po­że­gnań i ogól­ne­go za­mie­sza­nia nasz bo­ha­ter przy­pad­kiem wziął ze sobą i ak­sa­mit­ny worek z łucz­kiem bez strzał. Łuk-huk mógł­by na­ro­bić wiele za­mie­sza­nia w sze­re­gach wro­gów, a może i we wła­snych, gdyby nie fakt, że był za­baw­ką-psot­ką jed­no­ra­zo­we­go użyt­ku. O tym jed­nak ry­cerz Yk nie wie­dział, bo i skąd mógł to wie­dzieć?

Gdy na­stęp­nym razem usły­szysz huk strasz­li­wy, ro­zej­rzyj się bacz­nie. Może bo­wiem znowu kto łuk-huk od czar­ta wy­grał i nie­opa­trze­nie użył?

Koniec

Komentarze

Kiedy się odbędzie następna „Grafomania”?

Jeśli się odbędzie, Wilku, to chyba nie wcześniej niż 18.01.2020 roku. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za informację! Oby mi do tej pory nie nastąpił odpływ grafomańskiej mocy! :-D

Z pozdrowieniem,

Wilk który jest

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Wilku, pisz już, póki czujesz moc, potem będzie jak znalazł. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rozważę! :-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Rycerz Yk, który właśnie pochłaniał ostatni łyk miodku, skinął licho głową i ją się przybyłemu przyglądać. – Yk-łyk – zamierzone te słowa tak blisko siebie? :) I chyba jął się miało być jak już :)

Nas bohater powiedział więc, że postawi całą zbroję… – literóweczka :)

Przeleciałem po tekście i lubię takie klimaty więc wrócę i na spokojnie przeczytam, pozdrówka :)

 

Zapraszam! „ykanie” i „Ykanie” zamierzone, ale literówka już nie. :-D Piękne dzięki za zwrócenie uwagi!

Z pozdrowieniem,

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Historyjka to wielce zabawna, a i opisująca z humorem spędzenie czasu przez rycerza Yka w gospodzie, gzie oddawał się przychodniu zza granicy we wspólnym rzucaniu kości, choć nie rozumiejąc się obopólnie, ze względu na różny autorament, nie umieli się dogadać, bo nie znali się nawzajem nawet z widzenia, to i języków nie mogli wymienić.

Bardzo dobrze wpływającym na urozmaicenie treści jest wzmiankowanie w trakcie się jej dziania, że rycerz Yk już kiedyś miał okoliczność, w podobnych warunkach poznać nordyckiego osiłka szukającego krowy, ale nim ją znalazł dla swojej połowicy, to też się nagadał z rycerzem Ykiem w obcym dla niego języku i był ogromnie zadowolony w swoim mniemaniu, choć ze strony rycerza Yka, też bez zrozumienia.

Ostatni fragment, kiedy rycerz Yk pędzi koniem jak strzała do domostwa swojego, by uniknąć pretensji i reprymend swojej białki Wopałach jest zabawny, bo się okazuje tam niezbicie, jakież to coś wspaniałego stało się własnością rycerza Yka i on o tym nie wiedział, choć może powinien.

Na koniec konkludując résumé Twojego opisania przygody rycerza Yka, muszę wyznać, że rozbawiłeś mnie jak umiałeś, czyli przednio, a w dodatku obudziłeś we mnie czułą strunę, jaką jest moje uwielbienie, dla coraz rzadszej w naszej portalowej rzeczywistości, prawdziwej grafomanii. ;D

 

i po ski­nie­niu głową, za­gad­ną: –> …i po ski­nie­niu głową, za­gad­nął:

 

i ją się znów roz­glą­dać po karcz­mie. –> …jął się znów roz­glą­dać po karcz­mie.

 

– No­cu­jesz tu, herr panie? –> Czy aby nie powinno być: – No­cu­jesz tu, Herr panie?

Ten błąd pojawia się kilkakrotnie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pięknie dziękuję za uwagi! Nic tak nie cieszy, jak zamierzonego rozbawienia uzyskanie! ;-)

Pamiętam, jak poległem na którejś Grafomani, bo moje opowiadanka uznano za zbyt mało grafomańskie. :-D

Z serdecznymi pozdrowieniami,

Wilk który jest

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Rozbawiłeś, Wilku, rozbawiłeś nie tylko świadomie, ale, jak już ponadmieniałam w tamtejszym poście, skutecznie. ;D

Mam też nadzieję, że do czasu ewentualnego ogłoszenia kolejnej edycji Grafomanii, zdołasz wspiąć się na własne szczyty osobistych i grafomańskich umiejętności i już nie będziesz przez nikogo zarzucany pretensjami o wątłość warsztatu w tym szczególnym konkursie. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Już czuję smak grafomańskiego sukcesu! :-D

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Cóż, teraz wszystko zależy od Beryla. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zgroza! <miejsce na emotikonkę z włosami stojącymi dęba na głowie> ;-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Całkiem przyjemne opowiadanie. 

 

“Uniosła brwi i już miała zapytać swym biblijnym głosem, przypominającym trąby jerychońskie: „co to znaczy, do stada krasnali, którym smród pięty powykręcał, hę”?!”

 

Uśmiałam się. :)

Dziękuję za dobre słowo! Mam nadzieję, że powód do uśmiechu znalazł się niejeden. :-)

Z pozdrowieniem,

Wilk który jest

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Fajne, zabwne, podobało mi się. :)

Cieszę się! Historyjka miała bawić. Miło, że się w te roli sprawdza. :-)

Z pozdrowieniem,

Wilk który jest

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Całkiem zabawne. A najbardziej urzekł mnie Nordyk.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nordycy są urzekający! To u nich wrodzone! :-D

Dzięki za dobre słowo! :-) Wygląda na to, że pospieszyłem się z publikacją. Nie wyczułem, że Finkla ogłosi konkurs „funtastyczny”. ;-)

Z pozdrowieniem,

Wilk który jest

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Czas… wibbly-wobbly, timey-wimey :)

Oddawał się jednak temu zajęciu z pasją

Wracaniu z gospody, znaczy?

zwłaszcza gdy oczy mu wypity miód zalepił

Zwłaszcza, gdy wypity miód zalepił mu oczy.

wypełnionym przez podróżnych

A czym podróżni je wypełnili, hmm?

po skinieniu głową

Zdaje mi się, żeś chciał napisać "skinąwszy głową", co i stylu by przydało i wyglądałoby lepiej.

Yk, który właśnie pochłaniał ostatni łyk miodku

Rym. I czy ten ostatni łyk można jeszcze pochłaniać?

skinął licho głową

Jak to "licho"?

Cudzoziemiec wreszcie ziewnął

Dałabym "wreszcie" na początek.

przychodnia rodem z obcej ziemi

Oj, no nie wiem.

paradźwięki

A co to za cudo znowu?

Nie spotkał też w swoim mniemaniu

Albo "w swoim mniemaniu" to wtrącenie, albo dziwne waść czynisz rzeczy abstraktom.

A opowiadał o tym

A skąd Yk może wiedzieć, o czym, skoro nic nie pojął? Czy to Rule of Funny?

Chcąc nie chcąc ruszył

Chcąc nie chcąc, ruszył.

jako: Smatk

Obejdzie się bez dwukropka.

to ów gość

Co to jest i co to tu robi?

siedział w swojej dzieży

Aha.

zaproponował ostatni rzut

Może: jeszcze jeden? Bo gdyby propozycja nie została przyjęta, to ostatnim byłby poprzedni.

błysnęły przekrwione od wina i braku snu ślepia

Po łacinie waść nie piszesz, składnią taką zatem racz nie katować czytelnika.

Na to tamten odrzekł, że: „coś wspaniałego”.

Skróciłabym: Na to tamten: „coś wspaniałego”.

To wystarczyło, by podjąć wyzwanie.

Ale to Yk chciał jeszcze grać…

lipnie udawanym żalem

"Lipnie"? Hę?

przy tym nie wiedzieć z czego

Przy tym, nie wiedzieć z czego.

Pędził ile sił

Pędził, ile sił.

nim wyda pierwszy dźwięk

Wydał.

potrzebnie

Litrówka.

że wydawało się, iż za wszelką cenę chce białogłowę Wopałach zbudzić

Coś tu nie zagrało, mym zdaniem.

Huk wydobył się

Z czego?

skruszony z podejrzanym uśmiechem

Skruszony, z podejrzanym uśmiechem.

biblijnym głosem

Znaczy się?

Gdy nadjechał

A czemu on dopiero w następnym zdaniu nadjechał?

podejmując wyzwanie

A co to, reklama jaka?

 

Hej, uciesznie'm te pół godzinki nad Twoją bajędą spędziła, uciesznie i mile. Obyż Ci śmiechowy ten talent dalej dopisywał, hej!

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnina, ja Ci bardzo serdecznie życzę zdrowia i zdrowia Ci oczywiście gratuluję! :-D Piękne dzięki za bogaty zestaw uwag. Obiecuję, że się doń odniosę! Choć to nieliche wyzwanie. :-)

Z pozdrowieniem,

Wilk który jest

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Nowa Fantastyka