- Opowiadanie: Mateusz_Chariton - Dziwny Dom

Dziwny Dom

Oto moje pierwsze opowiadanie na tej stronie, mam nadzieję, że komuś się spodoba.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Dziwny Dom

Stary dom

Ostatnio wydarzyła się dziwna sprawa. Przyszedł do mnie człowiek, na pozór zwyczajny. Taki co prawdopodobnie mieszka niedaleko Ciebie. Średni był w każdym calu. Lecz to co mi opowiedział było dalekie od słowa „zwyczajne”. Znamy się od wielu lat, byliśmy kiedyś najlepszymi kumplami ale teraz rzadko się widywaliśmy. Ja zostałem dziennikarzem w lokalnej gazecie a on… Tego nie wiedziałem, w końcu na dłużej spotkaliśmy się ostatnim razem w liceum. Przyszedł zziajany do mojego biura, było widać, ze biegł. Pytam czemu tak się spieszy. Odpowiedział, że to nieważne. Prosił mnie jednak bym wysłuchał to co ma do przekazania i żeby w razie wydania tego, zachował anonimowość. Także od razu przeszedł do opowieści, uprzednio uprzedzając mnie, że brzmi to bardzo nieprawdopodobnie ale wydarzyło się naprawdę.

To co usłyszałem później miało mi zapaść w pamięć do końca moich dni.

Historia zaczęła się całkiem niewinnie. Wspomniany wcześniej człowiek, właśnie przeprowadził się do swojego nowego lokum na obrzeżach miasta, w małym lesie. Jego zawód wymagał ciszy i skupienia dlatego przeniósł się z dala od zgiełku. Był to stary przedwojenny a może i starszy dworek szlachecki. Normalnie byłoby go nie stać na taki dom, nie był przesadnie biedny ale do bogatych też nie należał. Posiadłość ta była spadkiem po starej ciotce, która była starszą siostrą mojego dziadka od strony matki. Była bezdzietną, wdową. Jej mąż zginął podczas wojny. Należał on do lokalnego oddziału partyzantów, który to bardzo często przeprowadzał zbrojne akcje przeciwko okupantowi. Z jednej takich potyczek, już nie wrócił.

W każdym razie mąż ten, którego imienia nigdy nie poznałem. Należał do wiekowej szlacheckiej rodziny, której linia wygasła właśnie na nim. Ciotka nie bardzo interesowała się tym dobytkiem mimo iż teraz należał do niej. Zawszę wolała swoje małe mieszkanie w kamienicy, w środku miasta. Dlatego też po przyjeździe, zastał domostwo w stanie praktycznie ruiny. Musiał je odremontować. Wynajął więc ekipę budowlaną, która zrobiła część prac. Tak jak już wspomniałem, mężczyzna ten nie był bogaty dlatego też nie miał środków na remont całości. Jednak wystarczyło na tyle, żeby w tym miejscu zamieszkać. Sama przeprowadzka nie miała trwać długo, ponieważ nie miał wielu rzeczy, zawszę otaczał się tylko najpotrzebniejszymi do życia przedmiotami. Mebli tez nie musiał przenosić, zostały stare a jednakowoż przepiękne, bogato zdobione , po poprzednich właścicielach. Pierwsze co zobaczył po przyjeździe był taras przed drzwiami do środka, na który prowadziły dwa schodki. Gdy wszedł przywitał go piękny, ciemny, dębowy parkiet a także ściany i wysoki sufit nad którym znajdował się duży strych, wszystko wyłożone klasycystyczną boazerią. Najpierw udał się do łazienki. Mniej więcej wiedział co gdzie jest. Wytłumaczyli mu to budowlańcy którzy tu buszowali, chociaż i oni nie wszystko wiedzieli o tym budynku i nie wszędzie byli.

Łazienka była wyłożona czarnymi i białymi płytkami z ceramiki. Na nich spoczywała wanna na czterech, ozdobnych nóżkach, umywalka na wymyślnym, przypominającym lwa filarze oraz toaleta. Ze ścian zaś wystawały miedziane krany z ozdobnymi sześcioramiennymi kurkami.

Wszystko to sprawiało, że było czuć bogactwo dawnej rodziny która tu żyła. Jednocześnie cały ten przepych był utrzymany w dobrym smaku i bez przesady.

Po załatwieniu potrzeby, poszedł zobaczyć resztę domu.

Po wyjściu z łazienki poszedł korytarzem w prawo. Znalazł się w ogromnej bawialni.

Podłoga była marmurowa, ściany do połowy pokryte boazerią a druga połowa tapetą. Znajdował się tam kominek wyłożony kafelkami obok którego leżał pogrzebacz i popielnik. Stał tam też fortepian, podszedł do niego i chciał zacząć coś grać ale okazało się już od pierwszego dźwięku, że instrument jest rozstrojony. Nad tym wszystkim wisiał duży żyrandol z kryształu który miał oświetlać nocne tańce i zabawy. Za dnia światło dostawało się do środka, przez wielkie, szklane okna. Znajdowały się też tam drzwi prowadzące do niegdyś cudownego ogrodu, teraz zarośniętego wysoką trawą, oraz licznymi chwastami, które nie potrafił nazwać. Zobaczył też drzewa owocowe które tam rosły i na których były jeszcze owoce. Jabłoń, grusza, śliwka. Zerwał jedno jabłko. Było to najsłodsze jabłko jakie jadł w swoim życiu. Rozkoszował się każdym gryzem i wyobrażał sobie tamte dni. Bale tutaj organizowane, na których ludzie tańczyli niczym w ekstazie, śmiejąc się. Ogród w którym teraz przebywał, pełen kwiatów, owoców oraz całującą się tutaj parę młodych ludzi. Kawalera wyznającego swą miłość oraz zawstydzoną pannę. Rozmarzony wrócił do środka w dobrym humorze. Myślał jakim sposobem przywrócić świetność tego dworu. Nie stać go. Nawet gdyby wszystko sam zrobił, musiałby mieć służbę, która pomoże mu to wszystko utrzymać, jednak to wiąże się z długotrwałymi kosztami. Starając się nie męczyć tą myślą, udał się zwiedzić resztę domu. Znalazł się w gabinecie. Był on dość mały względem tego co już zobaczył. Na tyle jednak przestronne by zmieściło się tam biurko, szafa, jednoosobowe łóżko, na wypadek gdyby pracujący tu Pan domu przysnął przy pracy lub pokłócił się z żoną. Był tam też barek oraz biblioteczka, na której wciąż znajdowały się książki. Co prawda zakurzone i z pożółkniętymi kartkami lecz nadal się nadawały do czytania. Nie miał teraz na to czasu, zerknął tylko na tytuły. Wszystko dotyczyło biologii, chemii, anatomii, ludzkiej fizjologii, chorób i innych tego typu tematów. Wskazywało na to, że Pan domu był lekarzem. Z myślą, że jest to idealne też dla niego pomieszczenie do pracy, poszedł dalej. Teraz czas na, dla niego najważniejsze pomieszczenie, zaraz po łazience – sypialnie. Znajdowało się tam duże dwuosobowe łoże małżeńskie z baldachimem , przy nim po obu stronach szafki nocne, w rogu pokoju toaletka dla Pani domu oraz drugi już spotkany barek dla Pana, była tam także ogromna garderoba w której to wciąż znajdowały się ubrania poprzednich właścicieli. Wytworne suknie balowe, suknie wyjściowe, codzienne jak i również garnitury, marynarki, frak i koszule. Były tam też drzwi o których nie wiedział i co one kryją. Otworzył je lekko. Ukazał mu się pokoik dziecięcy. Po środku stało białe łóżeczko z barierkami, nad którym zakręciła się od podmuchu powietrza otwieranych drzwi karuzela z księżycem, gwiazdkami i słoneczkiem, znajdowała się tam też w tej samej kolorystyce, szafa na ubranka, pod oknem kolorowa skrzynia na zabawki, szafka na rzeczy potrzebne do pielęgnacji maluszka a z półek ściennych zerkały na niego pluszami, przez co czuł się trochę nieswojo. Wraz z tym widokiem naszła go melancholia. Myślał o swojej, jakże kiepskiej sytuacji życiowej. Trzydziestoletni artysta malarz, dorabiający na malowaniu pokoi, bez pieniędzy, kobiety i dzieci. Może kiedyś się to zmieni – mówił sam do siebie. Wtedy ten dom będzie idealnym miejscem dla pełnej rodziny. Westchnął. Było późne popołudnie, powolnymi krokami zbliżał się wieczór. Od rana nic nie jadł, zgłodniał i ssało go w brzuchu.

Przypomniał sobie, że przed wyjazdem przygotował sobie jedzenie wystarczyło tylko je podgrzać. Po krótkim błądzeniu po posiadłości znalazł się w wielkiej sali z dużym kominkiem, kilkoma obrazami oraz ogromnym stołem z wieloma krzesłami, na którym stał świecznik z ciemnego złota z miejscami na trzy świeczki a nad nim żyrandol też jakby z ciemnego złota, wyglądał jakby kiedyś był na świeczki gdzie teraz znajdowały się w tych żarówki.

Pośród boazerii ledwo było widać drzwi prowadzące do kuchni, gdy przez nie przeszedł, zobaczył pomieszczenie całe wyłożone białymi kafelkami. Znajdowała się tam staromodna lodówka sprzed ery elektryczności, chłodziarka na prąd i kaflowy piec na węgiel.

– Węgiel, skąd ja wezmę do cholery węgiel? Mogłem się domyśleć przecież to wiekowy dom, w którym nikogo pewnie nie było od prawie stu lat. – Skarcił się w myślach.

– Ogrzewanie też pewnie jest na węgiel, jak dobrze, że jest lato i nie muszę się teraz tym martwić. W każdym razie muszę znaleźć lub jechać do miasta i zakupić trochę.

Tyle dobrego , że przynajmniej o żarówkach pomyślałem bo byłoby kiepsko. – Rozmawiał ze sobą. Udał się w kierunku piwnicy. Wejście do niej znajdowało się niedaleko wyjścia z domu. Po prawej stronie jakby w ukrytej komórce, po lewej zaś było wejście na poddasze. Zszedł na dół. Było tam zimno, wilgotno i ciemno ze względu na to iż tylko jedna nieosłonięta żarówka oświetlała cały areał. Pierwsze co ujrzał to półki z winem. Uśmiechnął się. Nieopodal znajdował się piec grzewczy i trochę opału w postaci kopczyka węgla oraz trochę spróchniałego drewna. Do kosza który stał obok zapakował po trochę obu i wrócił przygotować sobie jedzenie. Gdy posiłek był już ciepły, przełożył go na porcelanowy talerz, wyjął srebrne sztućce i usiadł na szczycie stołu, jak to należało gospodarzowi i zjadł. Po kolacji, nalał sobie wody do wanny, umył się i trochę poleżał w cieplej wodzie, zrobiło mu się tak przyjemnie, że na trochę usnął. Obudził się gdy woda była już zimna. Wyszedł więc, wyszczotkował zęby. W sypialni wygodnie usadowił się na podwójnym łóżku i po chwili zasnął po dniu tak pełnym wrażeń. Śniły mu się rzeczy bardzo dziwne i straszne. Wyczuwał też jakąś obecność. Rano przebudził się całkiem spocony. Tłumaczył to sobie wszystko, jako normalną reakcję na przeprowadzkę do nowego, nieznanego miejsca. Dzisiaj ludzie z firmy przewozowej mieli mu dostarczyć jego rzeczy z poprzedniego mieszkania. Zastanawiał się co jest mu z tego wszystkiego naprawdę potrzebne. Po chwili doszedł do wniosku, że już nie ma niepotrzebnych rzeczy. Oprócz chyba paru koszulek których i tak nie nosi ale przydadzą się na szmaty. Koło godziny jedenastej, miał już swoje rzeczy na miejscu. Spierał się trochę z tragarzami.

– Proszę, wnieść do środka te rzeczy. Zwłaszcza te cięższe.

– Panie wnieś je sobie sam. My nie od tego.

– Jak nie od tego, jesteście przecież tragarzami.

– Jakimi tragarzami? Firma przewozowa. Umiesz Pan czytać?

– Szanowny Panie, ewidentnie gdy dzwoniłem, zaznaczyłem , że trzeba także wnieść do środka, więc niech Pan mi tu nie wciska kitu.

– Mnie szef takiego nic nie mówił.

– To może zadzwonimy do niego? Co Pan o tym myśli?

– Dobra już dobra. Czego się tak denerwuje?

Po chwili rzeczy znalazły się tam gdzie wskazał. Lodówka jak i mikrofala w kuchni. Telewizor w bawialni. Sprzęt muzyczny w sypialni. Pudła z ubraniami zostawili na zewnątrz.

Laptop osobiście umieścił w biurze. Po kilku godzinach wszystkie pudła były rozpakowane a ubrania poukładane. Największy problem miał z telewizorem. Suma summarum znalazł on się w sypialni, naprzeciw łóżka, na drugiej szafce nocnej, która mu nie była potrzebna. Gdy już wszystko było skończone, została mu tylko jedna sprawa, najważniejsza od wszystkiego.

Sztaluga, płótna, pędzle, farby i wszelkie pozostałe akcesoria do malowania jego obrazów.

Było to jego pasją odkąd pamiętał. Rodzice nie popierali jego zainteresowania. Chcieli by ich syn poszedł na dobre studia, został lekarzem, prawnikiem, farmaceutom czy cokolwiek innego co zapewniałoby mu spokojne i dostatnie życie. Co innego miał w głowie, ale rzadko o tym rozmawiał ponieważ zawsze kończyło się to awanturą. W szkole uczył się bardzo dobrze, nie żeby był uczniem, tak zwanym potocznie, szóstkowym ale jego oceny zadowalały rodziców lecz każdą inną wolną chwilę, czy to po całym dniu nauki, w weekendy lub święta i wakacje, malował. Był w tedy jak opętany, jak w jakimś transie. Wpierw jego dzieła nie przypominały niczego czym mógłby się pochwalić, z czasem jednak stawały się co raz lepsze. Kupował sobie książki na temat technik, albumy z ilustracjami obrazów największych mistrzów malarstwa na przestrzeni wieków. Niektóre z nich, dla ćwiczeń odwzorowywał, zazwyczaj te które uważał za łatwiejsze, na przykład „Słoneczniki” Van Gogha, „Krzyk” Muncha czy „ Kobietę z parasolką” Moneta. Sam jednak najbardziej lubił malować martwą naturę czy pejzaże. Te które uważał za najlepsze sprzedawał na targu w mieście. Nie były to wielkie pieniądze. Wszystko co uzbierał wydawał na nowe płótna i co raz to bardziej profesjonalne narzędzia. Miesiąc po skończeniu swojej osiemnastki, którą to obchodził dwudziestego pierwszego stycznia, pomimo zimna znów poszedł na targ sprzedawać swoje obrazy. Stojąc na mrozie i licząc pieniądze, myślał jak oznajmić rodzinie, że jednak nie idzie na prestiżowe studia wyższe a do akademii sztuk pięknych. Każdy scenariusz wydawał mu się zły aczkolwiek miał jeszcze trochę na to czasu. Pewna kobieta, na oko koło czterdziestki, wyrwała go z zamyślenia. Była ubrana w modny elegancji i jak mniemał drogi płaszcz, rękawiczki ze skóry oraz czarny szal, też wyglądał na nietani. Na szyi wisiała czarno – złota kolia. Twarz zaś zdobił delikatny podkreślający jej urodę makijaż.

– Dzień dobry, który obraz Pani chciałaby lub mogę coś zaproponować?

– Dzień dobry, tak właściwie to jestem zainteresowana tym obrazem. – Wskazała palcem na obraz przedstawiający ciemny las, nad jeziorkiem w którym odbijał się blask księżyca w pełni, na drugim brzegu znajdowały się trzy sarny, samica i dwoje małych, zaś gdzieś w tle majaczyły się góry.

– Proszę bardzo, należy się sto złotych. – Kobieta wyciągnęła z portfela pieniądze.

– Proszę. – Gdy artysta wyciągnął rękę po banknot, klientka cofnęła rękę.

– Mam dla Pana jeszcze jedną propozycję. Jestem mecenasem nowo – otwartej, miejscowej, galerii sztuki o nazwie „ Pejzaż” . Naszym celem jest przedstawienie największych klasyków tego tematu, jak i obiecujących debiutantów. Czy chciałbyś sprzedać nam swoje dzieło? -

Zamurowało go, nie wiedział co powiedzieć. Był taki młody a już jego malunek miał się znaleźć w galerii.

Przez chwilę, kiedy jeszcze nie doszedł do siebie, kobieta zaczęła kontynuować.

– Niestety wielkich pieniędzy z tego nie będziesz miał, przynajmniej na początku. Mogę zaproponować ci hmm powiedzmy, pięćset złotych na miesiąc plus odpowiednią kwotę na przyrządy do pracy.

– T..Tak zgadzam się. Bardzo chętnie. – Wydukał.

– Zatem ustalone. A ten to wezmę za tysiąc dwieście.

– Proszę bardzo, Pani?

– Barbara Styczyńska. – Zapakował starannie, bardziej niż innym klientom, obraz. Ona zaś przekazała odliczoną kwotę. Ukradkiem zauważył, że w jej portfelu wciąż znajdował się spory plik banknotów. Przed rozstaniem, wymienili się numerami telefonów. Do końca dnia miał szczery uśmiech na twarzy. Czuł, że jeszcze nigdy nie był tak zadowolony i szczęśliwy jak w tym momencie. Nic absolutnie nic, co się wydarzyło jeszcze w tym dniu, nie zniszczyło tego humoru. Po powrocie do mieszkania, czym prędzej pochwalił się swoim osiągnięciem. Niestety ta informacja nie sprawiła równego optymizmu domownikom. Wywiązał się kolejny spór.

– Mamo, tato. Udało mi się!

– Co Ci się udało synku? – Spytała matka. Nie była Ona kobietą brzydką ale do pięknych tez nie należała, chociaż dla ojca była miss świata. Za niedługo miała kończyć pięćdziesiąt lat. Wciąż była w pełni energii, uprawiała sport, co przekładało się na jej sylwetkę i kondycję. Słuchała także, dużo muzyki i to właśnie ona była zazwyczaj ich nicią porozumienia.

Ojciec podniósł głowę znad książki, zdjął staromodne okulary, które trzymał na łańcuszku. Twarz miał pociągłą z długą i dość gęstą brodę co jeszcze bardziej ją wydłużało. Można rzec, że przypominał on dobrego czarodzieja z baśni.

– Moje dzieło będzie w galerii sztuki! – Nie pochwalił się im jednak ile dostał za obraz oraz ile będzie zarabiał od galerii.

– Te twoje bazgroły?! Phi. Wziął byś się bardziej przyłożył do nauki. Za rok masz maturę. Musisz ją dobrze zdać żeby dostać się na studia. – Powiedział ojciec.

– Dużo ludzi kupuje, jak to powiedziałeś? „Moje bazgroły”. Po za tym nie chcę iść na te studia o których WY! marzycie. Mam zamiar udać się do akademii sztuk pięknych. – W końcu powiedział to z czym tak zwlekał i czego się tak straszliwie bał.

– Jaka akademia?! Nie ma mowy! Chcesz żyć jak biedak? Chcesz być bezdomnym? Tak tego właśnie chcesz? – Wściekł się, co było naprawdę rzadkim widokiem. Zawsze był człowiekiem spokojnym. Nie pamiętał go w takim stanie, w takiej furii. Matka stanęła za fotelem i położyła czule ręce na ramionach mężczyzny.

– Zdzisław. Odpuść mu. Ma osiemnaście lat, niech robi co chce.

– Robię to dla jego dobra. Jego przyszłości żeby miał jakieś wykształcenie porządne, prestiż , pieniądze…

– Kochanie. On tego nie chce. Malowanie mu sprawia radość a jego szczęście powinno być dla nas na pierwszym miejscu, niezależnie od tego co myślimy o jego decyzji.

– Może masz rację. – Pójdę jeszcze raz z nim porozmawiać.

Zapukał do pokoju syna, nie czekając na odpowiedź wszedł. Nie spodziewał się tego co zobaczył.

– Co ty robisz? – Spytał zdziwiony.

– Nie widać? Pakuję się. – Odbąknął pakując ostatnie potrzebne mu rzeczy. Stąd właśnie wzięła się jego lubość do zabierania ze sobą tylko najpotrzebniejszych rzeczy. Wbrew pozorom była to jedna z najlepszych jego decyzji i mimo kłótni wspominał ten dzień jak szczęśliwy.

– Gdzie się zamierzasz podziać? – Spytał na pół zatroskany i na pół zszokowany.

– Dzisiaj przenocuję w hotelu. Potem poszukam czegoś na stałe. – Odpowiedział jakby to była najnormalniejsza rzecz w świecie.

– Synu. Przepraszam Cię, niepotrzebnie się uniosłem. Zostań , to nie jest konieczne. – Przekonywał.

– Tato. Wiem, że nie chciałeś, rozumiem. Myślę jednak, że tak będzie dla nas wszystkich lepiej. To jest ten czas bym wyfrunął z gniazda. – Stwierdził i miał rację. Ojciec czuł , że chłopak ma rację. Chciał, żeby został, żeby się ciągle nim opiekować, jak dawniej. W jego oczach wciąż był małym chłopcem, tym bobasem którego tak starannie pielęgnował. To przeminęło. Teraz był pełnoletnim mężczyznom.

– Słuchaj. Nie musisz iść do hotelu…

– Tato, postanowiłem…

– Nie przerywaj mi. Nie musisz iść do hotelu. Mój kumpel ma kamienicę w centrum miasta i niedawno zwolniło mu się mieszkanie. Nic specjalnego ale…

– Dziękuję, że chcesz mi pomóc, Chętnie przyjmę na pewien czas dopóki nie znajdę całkowicie coś swojego. Chcę też zaznaczyć, żebyś nie płacił za mnie niczego, muszę sobie poradzić sam.

– Tak, dobrze, oczywiście. – Mimo żalu i smutku, odczuwał też dumę ze swojego syna, że miał tyle odwagi podjąć ten krok i szczęście, że może mu pomóc przynajmniej ten ostatni raz.

 

Od tamtej pory często się przenosił w różne miejsca, nigdzie nie zabawił więcej niż dwa, trzy lata. Jak już niejednokrotnie mówiłem, zabierał tylko te rzeczy które uważał za najpotrzebniejsze. Rzadko coś nowego kupował, nie licząc akcesoriów do malowania. Ostatnim jego większym zakupem był telewizor, który jak się okazało, zaczął mu się po krótkim czasie nudzić i przestał prawie w ogóle go oglądać. Miał tylko jeden swój ulubiony program i to był jedyny powód dlaczego go jeszcze nie sprzedał. Wszelkie narzędzia swojej pracy umieścił w gabinecie, było tam wystarczająco miejsca. Zastanawiał się jednak czy nie urządzić sobie pracowni na strychu ponieważ bał się zapachów, które mogą stamtąd się wydobywać. On był przyzwyczajony, nie czuł już ich w ogóle. Lecz goście którzy mogli tu przyjść… Jacy goście? Przecież on nikogo nie zna, wszyscy zostali w mieście. Nieważne będzie miał spokój, nikt mu nie będzie przeszkadzał. Ma co raz więcej zamówień i co raz mniej czasu.

Jego dzieła trochę podrożały od czasu spotkania, Pani Barbary, wciąż nie był jakimś bardzo sławnym artystom jednak kwota jaką otrzymywał z obrazów, z galerii i dorywczo malowania pokoi wystarczyło by spokojnie żyć. A propos, musi jechać po nowe farby i płótna. Zamknął dom, wsiadł do auta i odpalił silnik. Po godzinie jazdy był na miejscu. Sklep plastyczny Pana Stanisława Nowaka, przyjeżdżał tu od wielu, wielu lat. To właśnie w tym miejscu dostał swoją pierwszą małą sztalugę, płótno, pędzelki i farbki. Kiedy już tylko wszedł, Pan Stasiu, wiedział kto idzie.

– O! Kogo moje stare oczy widzą. To co zawsze?

– Dzień dobry, oczywiście to co zawszę.

– Co tam u Ciebie? Znów się przeprowadziłeś?

– Tak. Do dużego domu, otrzymałem w spadku. Gdzieś godzinę jazdy stąd. Piękna okolica, mieszkam w samym lesie.

– Taki dworek tak?

– Owszem. Skąd Pan wie?

– Synu, już mam swoje lata, dużo widziałem i dużo słyszałem. Ostrzegam Cię wynoś się stamtąd czym prędzej. To plugawe miejsce.

– O czym Pan mówi? Proszę powiedzieć coś więcej.

– To niemożliwe. Nie mogę. Tyle powiem, zwiewaj póki ci życie miłe.

Zapłacił, wziął towar i gdy wychodził, usłyszał głos Pana Stasia.

– Proszę Cię, uciekaj.

Skinął tylko głową i udał się do auta. Zapakował wszystko do bagażnika i pojechał do swojej posiadłości mając w głowie słowa starszego Pana. Podczas podróży rozpętała się szaleńcza burza, nastały ciemności niczym w nocy. Gdy dotarł szybko wziął rzeczy i pobiegł do domu. Po ustawieniu nowych płócien w gabinecie, rozebrał się, rozpalił kominek przy którym wysuszył swoje przemoknięte ubrania. Usiadł na fotelu, przy kominku i rozważał. Co ten sprzedawca miał na myśli? Nieważne, pewnie bredzenia starszego człowieka, często oni opowiadają zmyślone przez siebie opowieści lub przeinaczają już gdzieś zasłyszane. Uspokajał sam siebie. Dzień miał trwać jeszcze kilka dobrych godzin ale otoczenie lasu oraz burza sprawiły, że noc nastała już teraz. Poszedł do gabinetu, próbował coś namalować. Oprócz dawnego i sprawdzonego już tematu, dzięki któremu został zauważony. Nie mógł nic nowego zrobić. Ostatnio dopadła go niezwykła zapaść twórcza, wena za nic w świecie nie chciała przyjść. Po dwóch godzinach starań, zdenerwowany przewrócił sztalugę wraz z tym co na niej się znajdowało. Przyszła chwila załamania. Trzeba było posłuchać rodziców i zostać lekarzem czy coś w tym rodzaju. Zachciało mi się być artystą do stu piekieł. Gdy trochę ochłonął wziął wiadro, wodę i zaczął czyścić gabinet. Podczas sprzątania pod łóżkiem znalazł bardzo starą, zapieczętowaną srebrem, drewnianą, inkrustowaną złotem, szkatułkę. Byłby ją nie zauważył pod znaczącą warstwą kurzu. Pomyślał że nawet dobrze, że przewrócił tę sztalugę, przynajmniej znalazł skarb. Zastanawiał się czy ją otworzyć. Najpierw, bardzo skrupulatnie i z wielkim zaciekawieniem zaczął oglądać samą pieczęć.

Wyglądała jak krzyż z pięcioma wypustkami na każdym końcu ramienia, zaś w przestrzeni między ramionami znajdowały się swastyki ale nie wyglądały one tak jak te nazistowskie.

Pierwszy raz w życiu widział taki symbol, nie wiedział co on oznacza ani co się stanie gdy złamie pieczęć.

Był ateistą, nie wierzył w duchy, magię, bogów ani nic z tym związanego. Twierdził, że są to bajki dla ciemnego ludu, które próbują nam wytłumaczyć nieznane zjawiska. Próbował otworzyć ręką niestety, srebro odparło jego atak. Druga próba przy pomocy noża, udało się lekko odczepić lecz nadal było zamknięte, ostatecznie wziął dłutko do rzeźbienia, którego się zaczął niedawno uczyć dla swojej przyjemności. Tym narzędziem udało mu się złamać zabezpieczenie. Otwarł szkatułkę. Pustka nic. Nagle zgasło światło w całym domu. Ze szkatułki wydobywała się jakby zielonkawa poświata. Próbował zaświecić lampkę ale żarówka pękła. Po minucie góra dwóch wszystko wróciło do normy a poświata jakby wygasła. Trochę się wystraszył ale doszedł do wniosku, że przez tyle lat musiały się wytworzyć tam jakieś wiązki, które dawały efekt fluorescencji. Teraz jego priorytetem była wymiana pękniętej żarówki. Wykręcając starą, skaleczył sobie rękę, na szczęście nic poważnego, wystarczyła woda utleniona i mały bandaż. Po opatrzeniu sobie dłoni wkręcił nową żarówkę, z tych które sobie zostawił na zapas. Szkoda, że nie we wszystkim był aż tak przezorny. Na dwie godziny przed zachodem znowu zrobiło się jasno. Wykorzystał ten czas na krótki spacer. W tym czasie ochłonął, opróżnił swoją głowę z myśli i chłonął każdy padający promyk słońca jednocześnie słuchając arii słowików. Kiedy wracał słońce nabierało pomarańczowej barwy. Posiedział trochę na tarasie po czym zjadł kolację, wziął kąpiel w gorącej wodzie i wybrał się do krain morfeusza. Noc była dla niego bardzo niespokojna, miał koszmary. Śnił mu się środek ciemnego lasu, w środku kamiennego kręgu, zakapturzeni ludzie w ciemnych szatach kłaniają się w stronę ognia i wypowiadają słowa w jakimś niezrozumiałym języku. Jeden z nich ma trochę inne ubrania bardziej zdobione, wyglądał na kogoś ważnego, chyba mistrz całej ceremonii, od czasu do czasu dosypywał jakiegoś proszku do ognia wywołując tym zmianę barwy ognia na czerwoną i charakterystyczny dźwięk.

Od czasu do czasu powtarzało się jedno słowo, które było wypowiadane głośniej i z większą mocą – QUANTAR. Nagle kilku ludzi bez kapturów, w ubraniach wyglądających jak ze średniowiecza przytransportowało kogoś związanego na prowizorycznych noszach, które składały się z dwóch grubych i wytrzymałych kawałków drewna i umocowanej między nimi szarej tkaniny. Teraz widział wyraźniej. Była to kobieta, nogi i ręce miała przymocowane powrozami, słychać było głuchy jęk i krzyk, miała knebel w ustach który tłumił wszelkie wydawane przez nią dźwięki. Postawili ją na kamiennym piedestale po czym każda z postaci pokrywała dziewczynę. Stojąc w ukryciu i przyglądając się temu, widział przerażenie i niezmierny ból w jej oczach. Chciałby jej pomóc ale sam był jakby związany niewidzialnymi pętami. Mistrz tego zgromadzenia, wziął zdobiony srebrny sztylet i przeszył ciało kobiety. Trysnęła krew ona wciąż żyła, włożył rękę do jej klatki piersiowej i dosłownie wyrwał jej serce. Dziewczyna zmarła lecz wcześniej zdążyła zauważyć co się stało. Po tym wydarzeniu, najwyższy kapłan odmawiał jakieś modły, trzymając wysoko jeszcze ciepłe serce. Po chwili wszyscy chóralnie coś odpowiedzieli, wtedy najważniejszy z nich wrzucił narząd do ognia.

Gdy kończyli ceremonię jeden z nich zauważył go, musiał uciekać ale wciąż nie mógł się ruszyć. Gdy tamci już mieli go dotknąć…

Obudził się. Jego serce biło szybko, był cały spocony i ledwo mógł złapać oddech. Czuł się jakby przebiegł maraton. Nagle zorientował się, że jest w gabinecie a mógłby przysiąc, że zasypiał w sypialni. Spostrzegł, iż ręce ma całe od farby. Najdziwniejsze było to , że jawił mu się przed nim obraz. Obraz przedstawiał, nagą kobietę na piedestale, ogień, zakapturzone postacie i las. Wszystko to co widział w śnie. To niemożliwe! Myślał. Jakim cudem mogłem to namalować przez noc?! Nieważne, kolejny koszmar i po prostu zacząłem lunatykować. To się zdarza. To co się zdarzyło w nocy nie dawało mu spokoju. Udał się do łazienki. Zimna woda pomoże mu w zebraniu do kupy cały przebieg nocy. W końcu najlepsze pomysły powstają pod prysznicem. Tak gdzieś czytał.

Poranny natrysk dodał mu sił. Jeszcze tylko musiał się ogolić, wyglądał okropnie. Wziął tradycyjną, maszynkę do golenia, na żyletki oraz piankę. Zatkał kran i nalał sobie wody. Opłukał twarz i nałożył pianę, zaczął się golić. Wtem zauważył w lustrze jakąś postać, zbliżała się do niego, zniknęła. Niespodziewanie pojawiła się w lustrze jej twarz i wypowiedziała słowa, głębokim, jakby szepczącym, basowym głosem.

– Nie wyrzekniesz się przeznaczenia. – To coś zniknęło.

Z przerażenia zaciął się i upadł na podłogę. Co do cholery się ze mną dzieje? Zakleił rankę na twarzy i trochę bojąc się co zobaczy w lustrze oprócz swojego wizerunku, dokończył się golić. Wrócił do gabinetu w poszukiwaniu informacji. Czy przypadkiem to wszystko nie jest spowodowane jakimś urazem, chorobą czy coś w tym rodzaju. Zerknął jeszcze jeden raz na swoje nocne dzieło. Oprócz tego, że na jego widok miał ciarki, był według niego niepokojący oraz straszny, był to naprawdę dobry obraz, dawno już takiego nie namalował. Być może go wystawi lub sprzeda. Skupił wzrok na regale z książkami. „Encyklopedia Zdrowia” Być może coś tam jest ale zbyt długo bym szukał. „princypia physico – medica” Naprawdę stare na dodatek nie znam łaciny. „Farmakopea” to nie, jakiś zielnik, to też nie. „Człowiek w stanie zdrowia i choroby” Bock, rok 1873, przewertował książkę i znalazł kilka chorób mogących wywołać majaki i zwidy ale dotyczyło to głównie gorączki, wywołanej przez coś. Zauważył jeszcze jedną książkę, która być może będzie zawierać ciekawe informacje. „Tajemne choroby ciała i duszy” . Było to grube tomiszcze, z którym się siłował żeby wyciągnąć. Mimo wysiłku książka nie chciała drgnąć. Spróbował jeszcze raz i coś się ruszyło. Było słychać szczęk mechanizmu, regał odsunął się i ukazał wejście do ukrytego, w ziemi, niczym piwnica, pokoju. Prowadziło tam kilka schodków. Zszedł, regał wrócił na swoje miejsce.

Trochę go to zaniepokoiło ale zdał sobie sprawę , że to tajna pracownia czy coś w tym rodzaju, więc musi być powrotne wyjście.

Panowały tu egipskie ciemności. Nie było tu ani jednego okna, nie zabrał latarki, nie licząc tej w smartfonie. Miał mało baterii więc musiał się pospieszyć by znaleźć inne źródło światła. Rozglądał się dookoła lecz mało co widział. Kurz który wznosił swoimi krokami, zasłaniał mu widok niczym mgła, oprócz tego wszędzie wisiały duże wręcz ogromne pajęczyny, miał nadzieję, że ich właściciele nie są aż takich rozmiarów jak ich sieci. Po chwili natrafił biodrem na stół, co spowodowało okropny ból, do tego stopnia, że się zgiął. Na jego szczęście ból nie poszedł na marne. Na blacie stołu stała lampa naftowa. Odpalił zapałką knot, ogień rozjaśnił ciemności. Na coś mój nałóg się w końcu przydał. Pomyślał sobie. Ukazało się jeszcze kilka lamp, które można rozpalić, co też uczynił. Światło, w końcu wszystko widać. W podziemnym pomieszczeniu znajdowało się mnóstwo różnych utensyliów laboratoryjnych – fiolki, kolby miarowe, zlewki… Na blacie stał palnik, destylator oraz kilka innych dziwnych jak dla niego urządzeń. Dojrzał także wiele innych, okropnych rzeczy. Serce, jak sądził ludzkie, oczy różnych wielkości, ludzki płód, dłoń, stopę i wiele innych zatopionych w wielkich słojach z formaliną. Nie wiedział przez co go bardziej mdli zapach czy widok tego co w niej zostało zanurzone. Było tu też wiele ksiąg, dużo więcej niż na górze i nie dotyczyły stricte medycyny. Przejrzał tytuły, kiepsko było widać ale przeczytał kilka. Nic mu nie mówiły. Chociaż brzmiały okropnie. „ Pseudomonarchia Daemonum” , Czarna Kura (ten tytuł trochę go rozśmieszył), „Picatrix” czy ostatnie co wyjątkowo go zaniepokoiło „Necronomicon” . Oprócz tych znajdowały się tytuły jak „Zapiski Jana Twardowskiego” czy „Kamień filozoficzny” Nicolasa Flamel i „ Tractatus de lapide philosophorum Michała Sędziwoja. Te kojarzył, że dotyczyły alchemii. Cokolwiek, ktokolwiek tu robił musiały to być rzeczy ohydne ocierające się o jakieś chore rytuały, imaginacje, eksperymenty. Jeszcze bardziej sobie to ugruntował kiedy ujrzał stół sekcyjny. Miał wielką chęć wydostania się stąd, dlatego też szybko pobiegł na górę.

Po minucie znalazł odpowiedni mechanizm, przez co mógł swobodnie wyjść. Znalazł się w gabinecie. Wywarło to wszystko na nim ogromne wrażenie, dotąd myślał że to sny lub stany psychiczne dotyczące przeprowadzki. Teraz nie wiedział nic. Czy to wszystko zwidy, czy dzieje się realnie. Jednocześnie rozpaliło to w nim niezdrową ciekawość. Zjadł coś, przemył się po wyprawie na dół. Zamierzał pojechać do miejskiej biblioteki, dowiedzieć się czegoś na temat tego kultu. Wszedł poprosił o wskazanie działu na temat różnych religii, sekt i tego typu. Pani grzecznie wskazała. Spędził ponad dwie godziny na przeglądaniu książek, nie znalazł nic. Później przeszedł na dział okultystyczny, dowiedział się tam paru ciekawych rzeczy, niestety nic związanego z kultem. Ostatni dział jaki zwiedził to historia. Przeglądał długo, gdy nagle podeszła do niego Pani bibliotekarka.

-Proszę szanownego Pana, za chwilę zamykamy.

W tym momencie przeglądając książkę na temat lokalnej historii natknął się na ilustracje dworku w którym mieszkał.

– Tak, tak, przepraszam. Wezmę tylko tę książkę.

– Och nie ma za co przepraszać każdy czytelnik jest na wagę złota. Ma pan kartę biblioteczną.

-Obawiam się, że nie.

– W takim razie proszę to wypełnić.

Zapisał wszelkie potrzebne dane, oddał dokument.

– Dziękuję Pani. – Ukłonił się lekko.

– Mam jedno pytanie, przepraszam że jestem taka ciekawska ale jeszcze nie widziałam kogoś kto przeglądnął tyle książek, czyli Pan czegoś szuka. Prawda?

– Zgadza się. Szukam informacji na temat pewnego tajemniczego i zapomnianego kultu Quantara.

– Niech Pan zapomni, niczego Pan nie znajdzie. To tylko bajania starszych ludzi.

– Mhm. W każdym razie dziękuję. Do widzenia. W drodze powrotnej zahaczył jeszcze o sklep spożywczy oraz aptekę gdzie kupił coś na sen oraz środek przeciwbólowy na wszelki wypadek. Pani aptekarka proponowała mu również kilka innych specyfików, witamin, suplementów diety… Niestety musiał odmówić, stwierdzając że jest na to zbyt zdrowy. Wstąpił także do sklepu budowlanego gdzie zakupił parę ważnych rzeczy łom, młotek, śrubokręt i worek węgla. Nie zapomniał też o żarówkach, wziął też lampę naftową oraz litr nafty. Obładowany zakupami wrócił do posiadłości. Wypakował się. Ponaprawiał, kilka uszkodzeń. Następnie ze względu na późną porę, kładł się spać. Zapomniał jednak o tych tabletkach które zakupił. Noc była wyjątkowo gorąca. Wiercił się na łóżku nie mogąc zasnąć, miękki materac i pościel wydawały się teraz niczym kamień. Kiedy sen już podchodził. Usłyszał dziwne szmery. Drapanie murów w wielu miejscach przez tysiące szczurów. Najgłośniejsze jednak odgłosy dochodziły z poddasza. Ubrał szlafrok, kapcie i zapalił światła. Na wypadek gdyby na górze nie było elektryczności, co rzeczywiście tak było, wziął mocną policyjną latarkę, którą kupił w sklepie survivalowym i dla obrony łom. Pokonując kolejne stopnie czuł obawę co go spotka na szczycie. Otworzył drzwi. Pusto, totalnie nic. Nie licząc wielu różnych skrzyń, mebli i tego wszystkiego co każdy zazwyczaj trzyma na swoim strychu. Wariuje, pomyślał. Wrócił z myślą, że rano musi sprawdzić te skrzynie. Powoli udając się do sypialni stwierdził, że nadal słyszy te szmery, jednak nie wydobywają się te odgłosy z góry a z dołu. Zszedł do piwnicy sprawdzić co jest źródłem tych dźwięków. Ominął miejsce gdzie stał piec i opał udał się w kierunku półek z winem. Wtedy zauważył między nimi, właz. Okrągły, kamienny z dwiema szparami, dość sporymi które miały ułatwić podnoszenie tego, przynajmniej, tak się wydawało. Z otworów, wydobywało się światło. Chciał podnieść kamienne wejście lecz było za ciężkie dla niego. Posłużył się łomem. Przy pomocy fizyki oraz siły swoich mięśnie udało mu się. Odsunął kamień, który upadł wywołując przy tym głośny dźwięk. Spojrzał na dziurę która się przed nim ujawniła, po czym stwierdził, że nie ma żadnego światła. Musiało mu się przewidzieć lub struga świetlna latarki odbiła się od czegoś przez co się tak stało. Świecąc w głąb zobaczył drewnianą, linową, drabinkę. Była bardzo stara, obawiał się, że spadnie ale musiał się dowiedzieć skąd dochodzi ten nieznośny szmer oraz jeśli będzie to możliwe, wyeliminować. Schodził powoli stopień po stopniu, w ciemność. Gdy tak schodził jeden z nich się złamał co spowodowało, że się osunął, na szczęście w ostatniej chwili złapał się i uniknął twardego spotkania z podłożem, które to okazało się kamienną kostką brukową. Miejsce w którym się znalazł było olbrzymią komnatą, nie widział zbyt wiele. Co raz słabszy promień latarki uniemożliwiał mu dojrzeć cokolwiek. W tym czasie. Rozpalił się jakby niebieski ogień. Nigdzie jednak się nie paliło. Światło nie miało źródła, pochodziło znikąd. Tuż przed nim, może z trzy do pięciu metrów, ukazał się ohydny, bez określonych lub stałych kształtów stwór, który to roztaczał wokół siebie nieopisany fetor oraz nieznośne, przenikliwe zimno. Nic w nim nie było stałego. Raz był bardziej szpiczasty, za chwilę jego kontur się zaokrąglał. Jego ciało przypominało galaretę, z wieloma oczami lecz bez otworu gębowego czy nosa. Jednak wydawał dźwięki, okropne dźwięki. Wśród katatonii szmerów, rechotów, szczęknięć, usłyszał w swojej głowie obcy głos, tego czegoś głos. Szeptał: Zginiesz. Nie pokonasz mnie. To coś zaczęło się zbliżać…

Obudził się rano w swoim łóżku. Nie był pewny czy to był sen czy jawa? Może to co teraz uważa za pobudkę jest snem. Nie mógł złożyć ani jednej myśli. Tak wiele miał pytań i ani jednej odpowiedzi. Ledwie wstał. Nie wiedział czemu ale miał potrzebę namalowania tego co właśnie widział. Pobiegł do gabinetu. Odkrył sztalugę. Umieścił białe płótno i zaczął swe dzieło. Malował jak opętany, niczym w szale. Nie było go, nie istniał. Był farbami, pędzlem, paletą. Kreska po kresce. Dziki pęd końskim włosiem po czystej powierzchni. Pociągnięcie za pociągnięciem. Co raz więcej szczegółów, kolorów. Ruch za ruchem. W demonicznym tańcu. Skończył swój obraz. Był spocony, zziajany. To było dla niego coś nowego. Nigdy tak nie malował. Zdał sobie sprawę, z czegoś przerażającego. To nie on go zrobił. Tylko jego ręka i wizja. Nie było jego samego w tym obrazie. Szatańskie dzieło bez autora.

Czuł że musi się napić. Wybrał się do piwnicy po jedną z butelek ponad stuletniego wina. Ku jego zdziwieniu, w miejscu gdzie miał być okrągły właz, nic nie było. Podłoga była cała, ani jednej szparki, załamania, pęknięć. Czyli jednak to był tylko zły sen – Pomyślał. Chociaż czuł, że się oszukiwał. To nie był zwyczajny koszmar. Za chwilę także zobaczył dowód na swoją nocną obecność w tym miejscu. Była to jego latarka. Sprawdził czy świeci. Była całkiem rozładowana. Wrócił na górę do jadalni z winem i latarką, wziął także, wypożyczoną wczoraj książkę. Nalał sobie to srebrnej czarki krwiście czerwonej, cieczy. Było smaczne, niezwykle smaczne. Po takim czasie za pewnie też nieziemsko drogie. Zaczął przewracać strony tomiszcza do czasu aż znalazł zauważony uprzedniego dnia wizerunek. Na tej samej stronie znajdowała się informacja.

Dwór Hrabiego Popiela.

Pierwsze wzmianki o tym budynku pochodzą z XIV w.

Kiedy to Kazimierz III Wielki zamienił ówczesny drewniany gród w warownie. Sądzi się, iż sam gród pochodzi z czasów przedchrześcijańskich, wtedy prawdopodobnie spełniał rolę kompleksu świątynno–obronnego. Przez wieki był wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Do dziś został sam dworek szlachecki z XVII w. , w którym do rozpoczęcia drugiej wojny światowej zamieszkiwali potomkowie pierwszego znanego nam dzisiaj właściciela. Hrabiego Popiela z Zielonej Warowni.

Nie dowiedział się niczego co mogłoby wyjaśnić mu przynajmniej część zdarzeń ale skierowała go ta notka na właściwe tory.

Odłożył książkę i natychmiast udał się do tajnego pomieszczenia pod gabinetem. Pomyślał, że był głupi od razu tu nie zaglądając, w poszukiwaniu informacji. Tym razem już nie błądził. Zadbał także o porządne światło. Próbując nie patrzeć na wszelkie okropności od razu podszedł do nie wiadomo jak starych zbiorów. Miał problem, dzieła nie były posortowane w jakkolwiek, ani po tematyce, ani po nazwisku autora, chociaż to go nie dziwiło albowiem wiele stąd książek po prostu go nie miało. Szukał wiele czasu. Jednak natrafił na coś ciekawego. „Historia Rodu Popielów” . Rodzina ta pochodziła jeszcze z zamierzchłych czasów. Gdy cesarstwo rzymskie było w latach swojej świetności a jedyną jego granicą była granica imperium Słowian. Pod władzą Piastów, Popielów, Sławnikowiców czy Przemyślidów. Oraz wielu innych rodów słowiańskich. Nie było wtedy podziału na Czechów, Lechitów, Rusinów i tak dalej, był jeden naród, jedno imperium. Przedstawiciele Popielów oprócz roli szlacheckiej, urzędowej byli znani ze swojej pobożności oraz oddaniu bogom. Niektórzy jej członkowie piastowali wysokie stanowiska, byli Najwyższymi Żercami czy Wołchwami czy Wojownikami Peruna. Gdy przyszedł czas chrztu, stworzyli nowy byt zwany Obrońcami Wiary. To Oni powoływali wszelkie powstania, podtrzymywali ducha narodu. W księdze było opisane jeszcze wiele informacji na ten temat jednak przeszedł dalej. Skupiając się teraz kim byli Wojownicy Peruna, czuł że to ma jakieś znaczenie. Znalazł kolejne tomiszcze które mogło mu rozjaśnić pewne sprawy. Dotyczyła właśnie wiary Słowian, była czymś w postaci Biblii oraz encyklopedii na temat dawnej wiary. Przewertował księgę aż w końcu znalazł.

Wojownicy Peruna – Ich zadaniem jest obrona świątyń a także obrona ludzi przed przedwiecznymi demonami. Wojownikiem mógł zostać najwyższy żerca były lub obecny znający wszelkie arkana magii.

Przedwieczne demony. Czy tym właśnie jest Quantar? Dlatego właśnie jego byt został zapieczętowany świętymi znakami. Zamierzał poszukać jeszcze coś w rodzaju księgi magii, miał nadzieję że to coś da. Zanim jednak to zrobił. Poszukał czegoś o samym Quantarze. Necronomikon oraz jakiś stary spis demonów dały mu odpowiedź potwierdzającą przypuszczenia. To właśnie z tym i podobnymi walczyli Wojownicy Peruna. Znalezienie księgi najwyższych żerców trochę mu zajęło albowiem nie były one jako takie na papierze, lecz wykute na glinianych tabliczkach i zalane srebrem. Wyglądało to na ostatnią reprodukcję, tak jak większość księgozbioru, już zapisaną alfabetem łacińskim, przynajmniej tyle dobrego. Zaopatrzony w magiczną broń, pradawnych i nieznanych mu słów, wrócił na górę. Uczył się tych wersów na pamięć, wiedział, że w walce z tym czymś nie może się pomylić. Teraz miał pewność. Śpiąc mógł go pokonać, o ile to był sen. Poszedł do łóżka. Gdzieś po trzeciej w nocy wstał. Poszedł do piwnicy, właz był na swoim miejscu. Mając już doświadczenie, podważył kamień łomem po czym pchnął go. Po drabince dostał się tym razem na dół, delikatnie i powoli, ześlizgując się po linkach, starając się nie chodzić po niepewnych stopniach. Ta sama komnata, znów niebieskie światło. Ta sama piekielna istota, szeptała: Zginiesz, dzisiaj zginiesz. Przejrzałem twoje zamiary, nic nie zdziałasz tymi bzdurami. Również w sobie odpowiedział – Zobaczymy. Poczwara zbliżała się do niego z zawrotną prędkością.

– RDA GAD DEM BSZTA!

To coś się cofnęło, jak gdyby odbiło się od niewidzialnej tarczy. Nagle rozbolała go niesamowicie głowa, czuł jakby miała dosłownie za niedługo rozerwać. Tym razem tak atakujesz, tak? Ledwo wydusił.

– RDA GAD DEM BSZTA!

Demon znów odsunął się w tył i jakby odrobinę zmalał. Jednocześnie ból jego głowy spotęgował. Długo tak nie wytrzyma. Póki mógł wrzasnął na pełną pierś ponownie te same słowa.

– RDA GAD FEM BSZTA!!!

Potwór zmalał, uniosła się nad nim zielonkawa para, ból jakby odrobinę odpuścił. Wstał na równe nogi i znów wykrzyknął te same słowa, przedłużając je aż do utraty powietrza.

-RDA GAD DEM BSZTA!

Przedwieczny przemienił się z powrotem w zielonkawą parę. Wtedy innym zaklęciem umieścił go w tej samej szkatułce i przymocował pieczęć, którą na szczęście nie uszkodził tylko oderwał przez co udało mu się przymocować ją na mocny klej. Wystarczyło. Szkatułkę z demonem zostawił w tym pomieszczeniu. Przed powrotem musiał się upewnić czego. Znalazł kawałek szkła i przeciął sobie na skos dłoń. Po tym co przed chwilą przeżył ten ból był prawie nieodczuwalny. Wrócił na górę. Po drabince.

Rano obudził się jak poprzednio, zmęczony i spocony ale dziwnie spokojny. Usiadł na skraju leża, spojrzał się na swoje ręce. Jedna z dłoni była przecięta….

 

Koniec

Komentarze

Nie wypowiem się na temat właściwej treści, bo po prostu do niej nie dobrnęłam, mam za to wiele uwag na temat stylu. Po pierwsze: akcja rozwija się o wiele za wolno. Nie oczekuję fajerwerków, pościgu samochodowego i rozlewu krwi od pierwszych linijek, ale jeśli po ponad jednej stronie A4 tekstu wiadomo tylko tyle, że kolega narratora odziedziczył dom po ciotce, to coś poszło nie tak. Winę za to ponoszą opisy nic nie wnoszących faktów, jak rodowód głównego bohatera i zaznaczanie, że robotnicy nie zwiedzili całego domu. Po drugie: niestaranność. Byłoza, miałoza, powtórzenia, losowo postawione przecinki, błędy ortograficzne… Przed publikacją powinieneś przejrzeć tekst pod kątem tego typu rzeczy, bo jest ich naprawdę bardzo dużo. Po trzecie: rozpoczynanie zdań od spójników nie jest dobrym sposobem rozpoczynania zdań. Unikaj go, chyba że masz wyraźny powód, by tak pisać. To nawet nie brzmi naturalnie. 

No cóż, moim zdaniem całość do poprawki. Poniżej wklejam próbkę z konkretnymi uwagami. 

 

Stary dom

Ostatnio wydarzyła się dziwna sprawa. (sprawa mogła "mieć miejsce", "wydarzyła" mi tu mocno nie pasuje) Przyszedł do mnie człowiek, na pozór zwyczajny. Taki co prawdopodobnie mieszka niedaleko Ciebie. (jeśli opowiadanie nie jest listem, to "ciebie" piszemy małą literą) Średni był w każdym calu. Lecz to co mi opowiedział było dalekie od słowa „zwyczajne”. (te dwa zdania brzmiałyby dużo lepiej, gdyby je połaczyć i zmienić słowo "średni" na "zwyczajny": Zwyczajny był w każdym calu, lecz to, co mi opowiedział, było dalekie od słowa „zwyczajne”) Znamy się od wielu lat, byliśmy kiedyś najlepszymi kumplami ale teraz rzadko się widywaliśmy. (lekka byłoza; w trzech ostatnich zdaniach nieustannie ktoś "był") Ja zostałem dziennikarzem w lokalnej gazecie a on… Tego nie wiedziałem, w końcu na dłużej spotkaliśmy się ostatnim razem w liceum. Przyszedł zziajany do mojego biura, było widać, ze biegł. Pytam czemu tak się spieszy. (nagła zmiana czasu z przeszłego na teraźniejszy) Odpowiedział, że to nieważne. Prosił mnie jednak bym wysłuchał to (tego) co ma do przekazania i żeby w razie wydania tego, ("opublikowania jego historii" brzmiałoby o wiele lepiej i czytelniej) zachował anonimowość. Także (kolejne rozpoczęcie zdania od spójnika, co bardzo pogarsza styl) od razu przeszedł do opowieści, uprzednio uprzedzając (masło maślane…) mnie, że brzmi to bardzo nieprawdopodobnie ale wydarzyło się naprawdę.

To co usłyszałem później miało mi zapaść w pamięć do końca moich dni.

Historia zaczęła się całkiem niewinnie. Wspomniany wcześniej człowiek, właśnie przeprowadził się do swojego nowego lokum na obrzeżach miasta, w małym lesie. Jego zawód wymagał ciszy i skupienia dlatego przeniósł się z dala od zgiełku. Był to stary przedwojenny a może i starszy dworek szlachecki. (jeśli to naprawdę dworek szlachecki, to zdecydowanie musiał być starszy niż "przedwojenny", gdyż w czasach przedwojennych szlachta już w Polsce nie istniała) Normalnie byłoby go nie stać na taki dom, ("[…]nie byłoby go stać na taki dom[…]") nie był przesadnie biedny ale do bogatych też nie należał. Posiadłość ta była spadkiem po starej ciotce, która była starszą siostrą mojego dziadka od strony matki. Była bezdzietną, wdową. (byłoza aż piszczy; sześć "byłów" w ostatnich czterech zdaniach!) Jej mąż zginął podczas wojny. Należał on do lokalnego oddziału partyzantów, który to bardzo często przeprowadzał zbrojne akcje przeciwko okupantowi. Z jednej takich potyczek, już nie wrócił. (ten oddział partyzantów?)

W każdym razie mąż ten, którego imienia nigdy nie poznałem. (zdanie nie posiada orzeczenia) Należał do wiekowej szlacheckiej rodziny, której linia wygasła właśnie na nim. Ciotka nie bardzo interesowała się tym dobytkiem mimo iż teraz należał do niej. (niezręczne, zważając na to, że w momencie akcji opowiadania owa ciotka nie żyje) Zawszę wolała swoje małe mieszkanie w kamienicy, w środku miasta. Dlatego też po przyjeździe, zastał domostwo w stanie praktycznie ruiny. Musiał je odremontować. Wynajął więc ekipę budowlaną, która zrobiła część prac. (przeskok od ciotki do właściwego bohatera historii zaznaczony tak niedbale, że w pierwszej chwili uznałam za literówkę i sądziłam, że to ciotka wynajęła ekipę remontową) Tak jak już wspomniałem, mężczyzna ten (dlaczego nie nadasz mu imienia lub pseudonimu? czytałoby się to o wiele wygodniej i bez potrzeby ciągłych zaimków) nie był bogaty dlatego też nie miał środków na remont całości. Jednak (znowu spójnik na początku zdania) wystarczyło na tyle, żeby w tym miejscu zamieszkać. Sama przeprowadzka nie miała trwać długo, ponieważ nie miał wielu rzeczy, zawszę otaczał się tylko najpotrzebniejszymi do życia przedmiotami. Mebli tez nie musiał przenosić, zostały stare a jednakowoż przepiękne, bogato zdobione , po poprzednich właścicielach. Pierwsze (chyba: "pierwszym") co zobaczył po przyjeździe był taras przed drzwiami do środka, na który prowadziły dwa schodki. Gdy wszedł przywitał go piękny, ciemny, dębowy parkiet a także ściany i wysoki sufit nad którym znajdował się duży strych, wszystko wyłożone klasycystyczną boazerią (czym?!).

“Taki co prawdopodobnie mieszka niedaleko Ciebie”.

Jeśli autor zwraca się do czytelnika, brzmi to tak: “ciebie, drogi czytelniku, albo “szanowny czytelniku”. Tyle że to w prozie dziewiętnastowiecznej, dziś nie ma racji bytu. Chyba że to stylizacja na staroświecką modłę, ale w tym tekście tego nie ma, styl zresztą, delikatnie mówiąc, nie powala. Przykład:

“Rozmawiał ze sobą. Udał się w kierunku piwnicy. wejście do niej znajdowało się niedaleko wyjścia z domu. Po prawej stronie jakby w ukrytej komórce, po lewej zaś było wejście na poddasze. Zszedł na dół. Było tam zimno, wilgotno i ciemno ze względu na to iż tylko jedna nieosłonięta żarówka oświetlała cały areał”. Ten fragment to istna katastrofa, można to inaczej:

 

“Postanowił zejść do piwnicy. Drzwi do niej znajdowały się nieopodal wejścia frontowego, przy komórce, obok drabinki prowadzącej na poddasze. Na dole było zimno, wilgotno i ciemno, tylko jedna nieosłonięta żarówka oświetlała całe pomieszczenie”.

Sam opis domu jest za długi, choć właściwie to raczej pałac, nie dom, mało prawdopodobne, by ktoś mógł coś takiego odziedziczyć, no ale mniejsza z tym. Nie ma nawet śladu napięcia, bohater jest jakiś bezosobowy, bez nazwiska. Myślę, że lepiej by było cały tekst napisać w pierwszej osobie, wówczas czytelnik bardziej się z takim bohaterem utożsamia, co w opowiadaniu grozy ma niebagatelne znaczenie.

Dziękuję bardzo za nadzwyczaj ważne dla mnie komentarze. Będę na pewno dalej rozwijał swój warsztat i wezmę na pewno na uwagę te rzeczy na, które zwróciliście uwagę. :) Moją główną inspiracją jest Poe, Lovecraft, Grabiński dlatego taka forma językowa. Stare pomieszane z nowym. Mówiąc szczerze jestem średnio zapoznany z nowoczesnym horrorem, jedynie Ligotti, Masterton i po części King.

Coś może być na rzeczy, bo Poego nie trawię, a Lovecrafta lubię bardziej pomimo stylu niż dzięki niemu :) tak czy inaczej, w czasach powszechnego braku czasu dobre opowiadanie powinno mieć tempo. Zwracaj uwagę, czy każde zdanie ma swoją rolę; jeśli zdanie jest tylko ozdobnikiem lub “buduje klimat” jako trzecie o podobnej treści, skasuj je. Widzę też, że próbujesz skracać zdania przez stawianie kropek w połowie dłuższych opisów: nie rób tak. Nie każde zdanie można podzielić bez szkody dla niego. Pisząc, myśl krótszymi zdaniami. No i wystrzegaj się rozpoczynania zdań spójnikiem, to działa tylko w Biblii :)

Jest problem z interpunkcją, powtórzeniami, dużymi literami (”Cię”), gramatyką (rodzice chcieli, by bohater został “farmaceutom”???), opis domu strasznie długi i tak naprawdę niepotrzebny, wystarczyłoby w kilku zdaniach zaznaczyć, że jest “na bogato” – czytelnik by zrozumiał i nie zmęczył.

No, nie czytało się dobrze, do tego tekst jest dość przewidywalny: artysta jedzie do starego domu na odludziu. Co się może wydarzyć? Wiadomo: stworzy dzieło swojego życia za cenę opętania przez to miejsce. 

Znam tylko pięć liter ;)

Wybacz Mateuszu, ale nie dałam rady przebrnąć przez Twoje opowiadanie. Odpadłam po lekturze jednej czwartej tekstu, znużona chaotycznością opisów, mnogością błędów i usterek, a także nie zawsze czytelnie złożonych zdań.

Zdumiał mnie stan domu, jaki zastał malarz, zwłaszcza że wcześniej wspomniałeś, że dworek nie był zamieszkały przez chyba sto lat i popadł w ruinę. Czy w domu, o którym piszesz: …zastał domostwo w stanie praktycznie ruiny.  – mogły zachować się kryształowe żyrandole, marmurowe posadzki, komplety pięknych mebli, książki, ubrania dawnych właścicieli, że o pozostałym wyposażeniu i pełnej piwniczce nie wspomnę…

Być może wrócę tu w wolnej chwili, aby dokończyć lekturę, ale łapanki, niestety, nie mogę obiecać – zbyt wiele jest tu do poprawienia.

 

było widać, ze biegł. –> Literówka.

 

Za­wszę wo­la­ła swoje małe miesz­ka­nie w ka­mie­ni­cy… –> Literówka.

 

Mebli tez nie mu­siał prze­no­sić… –> Literówka.

 

prze­pięk­ne, bo­ga­to zdo­bio­ne , po po­przed­nich… –> Zbędna spacja przed drugim przecinkiem.

Ten błąd pojawia się wielokrotnie.

 

Ze ścian zaś wy­sta­wa­ły mie­dzia­ne krany z ozdob­ny­mi sze­ścio­ra­mien­ny­mi kur­ka­mi. –> Krankurek to synonimy, znaczą to samo

Proponuję: Ze ścian zaś wy­sta­wa­ły mie­dzia­ne krany z ozdob­ny­mi sze­ścio­ra­mien­ny­mi pokrętłami/ uchwytami.

 

licz­ny­mi chwa­sta­mi, które nie po­tra­fił na­zwać. –> …licz­ny­mi chwa­sta­mi, których nie po­tra­fił na­zwać.

 

Zo­ba­czył też drze­wa owo­co­we które tam rosły i na któ­rych były jesz­cze owoce. –> Wystarczy: Zo­ba­czył też drze­wa owo­co­we, na któ­rych były jesz­cze owoce.

 

Roz­ko­szo­wał się każ­dym gry­zem… –> Roz­ko­szo­wał się każ­dym kęsem

 

jed­nak to wiąże się z dłu­go­trwa­ły­mi kosz­ta­mi. –> …jed­nak to wiąże się z dużymi/ ogromnymi kosz­ta­mi.

 

Na tyle jed­nak prze­stron­ne by zmie­ści­ło… –> Piszesz o gabinecie, a ten jest rodzaju męskiego, więc: Na tyle jed­nak prze­stron­ny, by zmie­ści­ło

 

gdyby pra­cu­ją­cy tu Pan domu… –> …gdyby pra­cu­ją­cy tu pan domu

Formy grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Co praw­da za­ku­rzo­ne i z po­żółk­nię­ty­mi kart­ka­mi lecz nadal się nada­wa­ły do czy­ta­nia. –> Raczej: Co praw­da za­ku­rzo­ne i z po­żółk­ły­mi kart­ka­mi, lecz nadal nada­wa­ły się do czy­ta­nia.

 

Wszyst­ko do­ty­czy­ło bio­lo­gii… –> Piszesz o książkach, a te są rodzaju żeńskiego, więc: Wszyst­kie do­ty­czy­ły bio­lo­gii

 

Teraz czas na, dla niego naj­waż­niej­sze po­miesz­cze­nie, zaraz po ła­zien­ce – sy­pial­nie. –> Literówka.

 

Znaj­do­wa­ło się tam duże dwu­oso­bo­we łoże mał­żeń­skie z bal­da­chi­mem , przy… –> Znaj­do­wa­ło się tam duże łoże mał­żeń­skie z bal­da­chi­mem, przy

Skoro to łoże małżeńskie, to chyba jest oczywiste, że dwuosobowe.

 

co­dzien­ne jak i rów­nież gar­ni­tu­ry… –> …co­dzien­ne, jak rów­nież gar­ni­tu­ry

 

Były tam też drzwi o któ­rych nie wie­dział co one kryją. –> Były tam też drzwi, o któ­rych nie wie­dział, co kryją.

 

Po środ­ku stało białe łó­żecz­ko… –> Co się stało ze środkiem, po którym stało łóżeczko?

Winno być: Pośrod­ku stało białe łó­żecz­ko

 

łó­żecz­ko z ba­rier­ka­mi, nad któ­rym za­krę­ci­ła się od po­dmu­chu po­wie­trza otwie­ra­nych drzwi ka­ru­ze­la z księ­ży­cem, gwiazd­ka­mi i sło­necz­kiem, znaj­do­wa­ła się tam też w tej samej ko­lo­ry­sty­ce, szafa na ubran­ka… –> Czy dobrze rozumiem, że szafa na ubranka też znajdowała się nad łóżeczkiem?

 

Od rana nic nie jadł, zgłod­niał i ssało go w brzu­chu. –> Od rana nic nie jadł, zgłod­niał i ssało go w żołądku.

 

Przy­po­mniał sobie, że przed wy­jaz­dem przy­go­to­wał sobie je­dze­nie… –> Drugi zaimek zbędny.

 

żyrandol też jakby z ciem­ne­go złota, wy­glą­dał jakby kie­dyś… –> Powtórzenie.

 

wy­glą­dał jakby kie­dyś był na świecz­ki gdzie teraz znaj­do­wa­ły się w tych ża­rów­ki. –> Czy dobrze kombinuję, że teraz w świeczkach żyrandola znajdowały się żarówki?

 

Po­śród bo­aze­rii ledwo było widać drzwi… –> W bo­aze­rii ledwo było widać drzwi

 

– Wę­giel, skąd ja wezmę do cho­le­ry wę­giel? Mo­głem się do­my­śleć prze­cież to wie­ko­wy dom, w któ­rym ni­ko­go pew­nie nie było od pra­wie stu lat. – Skar­cił się w my­ślach. –> Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

– Ogrze­wa­nie też pew­nie jest na wę­giel, jak do­brze, że jest lato i nie muszę się teraz tym mar­twić. W każ­dym razie muszę… –> Powtórzenia.

 

Wej­ście do niej znaj­do­wa­ło się nie­da­le­ko wyj­ścia z domu. Po pra­wej stro­nie jakby w ukry­tej ko­mór­ce, po lewej zaś było wej­ście na pod­da­sze. Zszedł na dół. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Zszedł na dół. Było tam zimno, wil­got­no i ciem­no ze wzglę­du na to iż tylko jedna nie­osło­nię­ta ża­rów­ka oświe­tla­ła cały areał. –> Czy w piwnicy znajdowały się pola uprawne?

Za SJP PWN: areał «powierzchnia ziemi uprawnej»

 

usiadł na szczy­cie stołu, jak to na­le­ża­ło go­spo­da­rzo­wi i zjadł… –> I było mu wygodnie jeść, siedząc na stole?

Winno być: …siadł u szczy­tu stołu, jak przystało go­spo­da­rzo­wi, i zjadł

 

W sy­pial­ni wy­god­nie usa­do­wił się na po­dwój­nym łóżku i po chwi­li za­snął… –> Usnął na siedząco?

Za SJP PWN: usadowić się «usiąść gdzieś wygodnie»

 

Tłu­ma­czył to sobie wszyst­ko… –> Tłu­ma­czył sobie to wszyst­ko

 

– Mnie szef ta­kie­go nic nie mówił. –> – Mnie szef nic ta­kie­go nie mówił.

 

zo­sta­ła mu tylko jedna spra­wa, naj­waż­niej­sza od wszyst­kie­go. –> …zo­sta­ła mu tylko jedna spra­wa, ­waż­niej­sza od wszyst­kie­go/ najważniejsza ze wszystkich.

 

zo­stał le­ka­rzem, praw­ni­kiem, far­ma­ceu­tom czy co­kol­wiek in­ne­go co za­pew­nia­ło­by mu spo­koj­ne i do­stat­nie życie. –> …zo­stał le­ka­rzem, praw­ni­kiem, far­ma­ceu­tą czy kimkolwiek innym, by zapewnić sobie spo­koj­ne i do­stat­nie życie.

 

Był w tedy jak opę­ta­ny… –> Był wtedy jak opę­ta­ny

 

wy­da­wał na nowe płót­na i co raz to… –>…wy­da­wał na nowe płót­na i coraz to

 

Mie­siąc po skoń­cze­niu swo­jej osiem­nast­ki… –> Zbędny zaimek. Czy mógł skończyć cudzą osiemnastkę?

 

Była ubra­na w modny ele­gan­cji i jak mnie­mał drogi płaszcz… –> Była ubra­na w modny, ele­gan­cki i, jak mnie­mał, drogi płaszcz…

 

Na szyi wi­sia­ła czar­no – złota kolia. –> Na szyi wi­sia­ła czar­no-złota kolia.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy; bez spacji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niestety, również nie udało mi się przebrnąć przez to opowiadanie.

Opowiadanie jest krótką formą, dlatego naprawdę trzeba dobrze zrównoważyć w nim wiele rzeczy. Długie, ciągnące się bez końca opisy zniechęcają, w opowiadaniach powinny być precyzyjne (no chyba że ktoś ma pióro Lovecrafta) i nie przytłaczać fabuły. Innych usterek również sporo.

Może na razie spróbuj z czymś krótszym. Powinno być lepiej, a nawet jeśli nie będzie, to większość czytelników dokończy lekturę :)

Ostatnio wydarzyła się dziwna sprawa.

Sprawy się raczej nie wydarzają.

Taki co

Taki, co.

Lecz to co mi opowiedział było dalekie od słowa „zwyczajne”.

Poza z lekka dziwacznym rytmem – słowa nie są dalekie od niczego. Przecinki: Lecz to, co mi opowiedział, było.

Znamy się od wielu lat, byliśmy kiedyś najlepszymi kumplami ale teraz rzadko się widywaliśmy.

Ale wcześniej wyglądało na to, że to jakiś całkiem obcy facet? Przecinek przed "ale".

gazecie a on

Gazecie, a on.

w końcu na dłużej spotkaliśmy się ostatnim razem w liceum

Nie po polsku.

Pytam czemu

Pytam, czemu.

Prosił mnie jednak bym wysłuchał to co ma do przekazania

Prosił mnie jednak, bym wysłuchał tego, co ma do przekazania.

żeby w razie wydania tego, zachował anonimowość.

Nie po polsku. To wydający ma zachować anonimowość? Hmm?

Także

Zbędne.

uprzednio uprzedzając

"Uprzednio" nie dość, że powtarza informację (nie da się uprzedzić inaczej, niż uprzednio), to powtarza też dźwięk, co głupio brzmi.

brzmi to bardzo nieprawdopodobnie ale

Nieprawdopodobnie, ale. Za bardzo mnie o tym wszystkim zapewniasz.

To co usłyszałem później miało

To, co usłyszałem później, miało.

Wspomniany wcześniej człowiek, właśnie

Nienaturalne: Mój znajomy właśnie przeprowadził się…

Jego zawód wymagał ciszy i skupienia dlatego przeniósł się z dala od zgiełku. Był to stary przedwojenny a może i starszy dworek szlachecki.

Non sequitur. A przecinki naprawdę do czegoś służą, wiesz.

Normalnie byłoby go nie stać na taki dom, nie był przesadnie biedny ale do bogatych też nie należał.

Zdanie doskonale zbędne, skoro zaraz i tak tłumaczysz, skąd wziął dom.

starej ciotce, która była starszą siostrą mojego dziadka od strony matki

Jeśli się nie mylę, to się po polsku nazywa cioteczna babka. I czemu facet dziedziczy po krewnej swojego dawnego kolegi, hmm?

który to bardzo często przeprowadzał zbrojne akcje przeciwko okupantowi

Bo zwykle partyzanci malowali akty na drzewach?

Z jednej takich potyczek, już nie wrócił.

Bez przecinka, zjedzone "z".

W każdym razie mąż ten, którego imienia nigdy nie poznałem. Należał

Dlaczego, u licha, to oddzielasz? I co ględzenie o dziadku (narratora, przypominam!) ma do rzeczy?

wiekowej szlacheckiej rodziny, której linia wygasła właśnie na nim.

Nie po polsku. Był ostatnim potomkiem starego rodu, tak.

Dlatego też po przyjeździe, zastał domostwo w stanie praktycznie ruiny.

Nie po polsku: Dlatego po przyjeździe znajomy zastał dom praktycznie zrujnowany.

Wynajął więc ekipę budowlaną

I tu postawiłabym kropkę.

mężczyzna ten nie był bogaty dlatego też nie miał środków na remont całości.

Skracalne: znajomego nie było stać na remont całości.

Sama przeprowadzka nie miała trwać długo, ponieważ nie miał wielu rzeczy

To sugeruje, że wielu rzeczy mu brakowało.

jednakowoż

Wiesz, co to znaczy?

zdobione , po

Przecinek doklejamy do poprzedniego wyrazu, o, tak.

Pierwsze co zobaczył po przyjeździe był taras

Gramatyka: Pierwszym, co zobaczył po przyjeździe, był…

 

Nie, przepraszam, ale to jest tak przeględzone, że dalej nie dam rady. Tłumaczysz wszystko jak krowie na rowie, jakbyśmy nie wiedzieli, że człowieka, który nie jest bogaty, może nie być stać na remont. Na dialogi tylko zerknęłam – wydały mi się naiwne i drewniane (nie musisz ich w ogóle robić, jeśli nie chcesz!), nastroju nie stwierdziłam. Spróbuj może napisać to samo, ale minimalną liczbą słów? Wtedy będziesz wiedział, co chcesz opowiedzieć. I czytaj, ale uważnie – masz bardzo nieporadny styl, o interpunkcji nie wspominając.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nowa Fantastyka