- Opowiadanie: MJP - Słońce powoli zachodziło nad wolną Polską

Słońce powoli zachodziło nad wolną Polską

Warszawa około 1930, ale z innej strony. Jeśli jakaś historia wydaje się być zbyt piękna, to zazwyczaj jest ropiejącym wrzodem w makijażu.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Słońce powoli zachodziło nad wolną Polską

1. ***

 

Słońce powoli zachodziło nad wolną Polską. Szedłem szybkim krokiem do mieszkania profesora Ubiszewskiego w centrum Warszawy. Profesor na naszych wykładach opowiadał straszne rzeczy (żeby nie powiedzieć – rzucał kalumnie) o naszym naczelniku i jego wiernych towarzyszach, a w mojej rodzinie bardzo szanowano Naczelnika i nie mogłem się zgodzić z tym co mówił profesor. Piłsudski to silny przywódca, którego potrzebujemy. Tylko on może zapobiec korupcji, prywacie i partyjniactwu w tym kraju. Powstrzymał komunistów, walczył przez wiele lat, trzyma porządek twardą ręką – poszedłbym za nim w ogień. Często dyskutowałem z nim o tym po wykładach, ale zawsze były tylko przelotne rozmówki, bo profesor się zawsze gdzieś śpieszył. Ostatnio podał mi wizytówkę i powiedział, żebym go odwiedził, to w końcu normalnie podyskutujemy. Chyba nawet trochę mnie lubił. Mam nadzieję że to nie będzie tak jak w tych opowieściach o podstarzałych profesorach uwodzących młodych studentów.

Mieszkanie było w kamienicy na Smolnej. Zapukałem, otworzył mi starszy uśmiechnięty elegancki pan. Był to profesor Ubiszewski. Schludny 50-latek, z zaczesanymi do tyłu siwymi włosami.

– Proszę wchodzić panie Andrzeju.

– Jeszcze raz dziękuję za zaproszenie panie profesorze.

Uścisnąłem wysuniętą rękę profesora i wszedłem. W następnym pokoju, zobaczyłem stojącą przy stole żonę profesora, na oko 30-letnia kobieta z upiętymi brązowymi włosami, w schludnej skromnej zielonej sukience – zawsze raziły mnie takie różnice wieku pomiędzy małżonkami, ciekawe czy była jego studentką jak się poznali – nawet przystojna, przynajmniej nie muszę się już martwić żadnym question d'amour ze strony profesora. Żyjemy w dziwnych czasach, a w tym mieście dzieją się różne rzeczy. Mieszkanie było oświetlone jasnymi barwami. Na  krześle przy stole siedziała kilkuletnia córka profesora. Okrągła uśmiechnięta buzia wychylał się zza złotych loków i miski z mlekiem.

Profesor przedstawił nas sobie:

– To jest moja żona Leokadia, a to moja córeczka Amelia.

– Amelka! – krzyknęła dziewczynka.

– No dobrze niech już będzie Amelka – powiedział profesor uśmiechając się.

– Woli pan kawę czy herbatę?– zaproponowała jego żona.

– Poproszę herbatę – odpowiedziałem.

– Andrzej to mój student, często się nie zgadzamy, ale uważam że to rozsądny człowiek z otwartą głową, może w przyszłości coś zmieni w tym kraju.

Po wymienieniu paru kurtuazyjnych zdań o studiach i życiu w Warszawie, pani domu przeprosiła mnie i przeszła z uśmiechniętą dziewczynką do innego pokoju.

Nachyliłem się do profesora i przyciszonym głosem powiedziałem:

– Jak może pan profesor mówić o polskim bohaterze, że to kabotyn, że polski rząd jest bardziej skorumpowany niż zaborcy, że panowie ministrowie i oficerowie wylizują Piłsudskiemu regio analis?

– Bo widzisz drogi Andrzejku ja żyłem pod zaborami, nie było idealnie, ale teraz jest gorzej, dużo gorzej…

– Bzdury!

– Jak dużo pamiętasz z zaborów? Miałeś może kilka lat jak wybuchła wojna. Za przeproszeniem, ale gu… guzik pamiętasz.

– W niepodległym kraju miałoby być gorzej niż pod zaborami, niż pod obcą okupacją?!

–Jak to mówią, niektóre narody nie dorosły do niepodległości.

– Marzy się profesorowi powrót obcych okupantów?

– Marzy mi się powrót porządku! W Krakowie i Poznaniu był porządek, nawet w Warszawie za Cara był większy porządek niż jest teraz. Teraz jest kolesiostwo, wazeliniarstwo, nepotyzm, defraudowanie pieniędzy publicznych, przypomnij sobie sprawę Czechowicza. Polski bandyta i złodziej nie jest dla mnie lepszy, tylko dlatego że jest polski. Ile to mie­li­śmy na­pa­dów uzbro­jo­nych ofi­ce­rów na pu­bli­cy­stów i po­li­ty­ków? Ile razy ofi­cer na trzeź­wo czy po pi­ja­ne­mu użył sza­bli czy re­wol­we­ru wo­bec bez­bron­ne­go oby­wa­te­la? Ile ak­tów ter­ro­ru hań­bią­cych mun­dur ofi­cer­ski, ile kar­czem­nych burd po knaj­pach i ka­ba­re­tach?

– Toż to jakaś komunistyczna propaganda panie profesorze!

– Wy każdą krytykę naczelnika i sanacji nazywacie komunistyczną propagandą, jakby to byli jacyś święci pańscy, niepokalanie poczęci, niezdolni do grzechu. Wszystkie posadki państwowe są obsadzane przez kolegów z pierwszej brygady. A jakie panegiryki piszą na cześć swojego naczelnika, Wielki wskrzesiciel narodu Polskiego”, „wielki wychowawca narodu”, „największy Polak w historii”, „ojciec narodu”, rzygać się chce, to już carowi mniej wchodzili w…

Nagle rozległo się pukanie do drzwi, profesor wstał i przeprosił.

– Nie wiem kogo przyniosło, nikogo więcej nie zapraszałem.

Podszedł do nich, a ja trochę za nim i je otworzył.

 

2. ***

 

W drzwiach stał wysoki, elegancki, przystojny oficer w eleganckim mundurze, rysy twarzy przypominały te z rzymskich popiersi, z orzełkiem na czapeczce, w błyszczących oficerkach i jeszcze 3 trochę mniej przystojnych oficerów za nim.

Przywitał się i zapytał czy to pan Ubiszewski.

– Tak to ja – odpowiedział profesor – proszę niech panowie wejdą, może napiją się panowie herbaty, albo kawy?

– Dziękujemy, z chęcią byśmy skorzystali, ale zajmiemy panu tylko chwilę.

Zawsze uważałem, że polscy oficerowie mają klasę, zawsze widywałem ich eleganckich, odnoszących się z szacunkiem i kurtuazją do kobiet. Polski oficer to był wzorzec, polski oficer to była marka. Zacząłem podchodzić w ich kierunku, żeby się przywitać.

– Przyszliśmy w sprawie pańskiego ostatniego artykułu w Kurierze…

Profesor zbladł, potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Profesor dostał pięścią w brzuch, oficerowie rzucili go na ziemię. Odruchowo ruszyłem w ich kierunku, ale po chwili badałem teksturę ściany swoją twarzą z rękami wykręcanymi z tyłu. Oficerowie kopali leżącego profesora i krzyczeli:

– Odechce ci się obrażać naczelnika psi synu!

W tej sa­mej chwi­li z sąsiedniego pokoju wychyliła się có­recz­ka Ubiszewskiego, i zaczęła biec do niego krzycząc.

– Tatusiu!

Twardy koniec oficerskiego buta trafił ją w brzuch, tak że poleciała na ścianę. Wyrwałem się na moment.

– Co jest – krzyknąłem.

Pięść trafiła mnie prosto w twarz, tak że runąłem na podłogę.

– Stul pysk – syknął jeden z tych mniej przystojnych gości.

Kopniak za kopniakiem trafiał w głowę profesora. Ujrzała to żona Ubiszewskiego i zaczęła krzyczeć.

– Lu­dzie! Ra­tun­ku! Ban­dy­ci biją pana profesora!

Bandyci/oficerowie na to uznali, że wymierzyli już dość dużo wychowawczych kopniaków i uciekli. Profesor leżał nieprzytomny, z zakrwawioną głową. Amelka płakała trzymając się za brzuch, matka przytulała ją i głaskała po główce. Obraz rozmywał mi się przed oczami; w głowie kręciło mi się od wszystkich zdarzeń i myśli, ale jedna z nich była jasna i wyraźna – Dorwę skurwysynów.

 

3.***

 

Już zaczynało świtać, siedziałem na twardym krześle przed biurkiem w komendzie PP i 3 raz z rzędu opowiadałem całą historię sierżantowi sztabowemu.

– Byli ubrani jak oficerowie, zachowywali się jak oficerowie.

– Polscy oficerowie nie kopią w brzuch małych dziewczynek.

– Też mi się tak do wczoraj wydawało.

– Padły jakieś imiona? Usłyszałeś żeby zwracali się do siebie nawzajem?

– Nie, nie przedstawili się i nie słyszałem żeby rozmawiali między sobą.

– Dobrze, podpisze pan zeznanie i jest pan wolny.

Wyszedłem, byłem wykończony, mimo to udałem się do szpitala praskiego, gdzie powiedziano mi, że leży profesor. Rzeczywiście tam leżał, obok niego stała jego żona, nadal w tej samej zielonej sukience, a pod ścianą siedziała mała Amelka. Płakała cichutko tuląc brązowego misia. Zapytałem Leokadię w jakim stanie jest profesor i czy mogę im jakoś pomóc.

– Dziękuję za troskę, profesor jeszcze nie odzyskał przytomności. Lekarze mówią, że nigdy nie odzyska wzroku w lewym oku.

– Na pewno ich złapią. Policja nie przepuści pobicia profesora w samym centrum stolicy – próbowałem ją pocieszyć.

– Przy poprzednich pobiciach nikogo nie złapali, teraz będzie tak samo.

– Jakich pobiciach?

– Nie czyta pan gazet? Do­łę­ga–Mo­sto­wicz, Nowaczyński, nic to panu nie mówi?

Spuściłem głowę i nic nie powiedziałem.

 

4.***

 

Udałem się do mieszkania mojej babki na Pradze, byłem kompletnie wykończony, pękała mi głowa, lewa górna dwójka się ruszała. Babka była dawną działaczką niepodległościową, znała trochę osób z wyższych kół i uwielbiała Piłsudskiego. Zapukałem do jej drzwi, otworzyła i krzyknęła:

– Kto ci to zrobił?!

– Ofierowie Wojsk… – nie zdążyłem dokończyć.

– Matko Boska! Sowieci w Warszawie!

– Nie sowieccy.

– To co Niemieccy?

– Polscy.

Zamilkła i wpuściła mnie do środka. Ona poszła do kuchni, ja do łazienki. Stałem przed lustrem i plułem krwią do umywalki, moja twarz wyglądała jak kawałek ubitego mięsa. Trzeba im przyznać, umieją przywalić w tym wojsku – pomyślałem.

Po opowiedzeniu wieczornych wydarzeń, oraz tego co powiedziała żona Ubiszewskiego, babka powiedziała:

– To niemożliwe! To jakieś komunistyczne brednie!

– Może rzeczywiście dostały się do wojska jakieś nieprawe persony.

– Hmm, może. Nie pozwólmy, żeby czyny kilku łobuzów przyćmiły dobre imię tylu bohaterów!

– Żeby nie było jak w tym żarcie.

– Jakim żarcie?

– No w tym, że nie możemy pozwolić, żeby czyny skorumpowanych urzędników naruszyły dobre imię pozostałych 5% uczciwych.

– Zaczynam tracić do ciebie cierpliwość.

– Chyba po tym co przeszedłem, mogę sobie pozwolić na odrobinę humoru?

– Andrzejku!

Rzeczywiście babka siedziała przez całą moją opowieść jakby chciała wybuchnąć, że to nie prawda, że to niemożliwe. Doceniam to że wytrzymała i dała mi dokończyć.

– Policja pewnie i tak nic nie zrobi – odpowiedziałem zrezygnowany.

 – Jak nie policja, to na pewno honor polskich oficerów nie pozwoli, żeby takie coś uszło płazem – Babka zawsze była kobietą czynu – porozmawiam ze znajomymi, coś załatwimy.

Po obiedzie położyłem się na tapczanie, mam kumpla który ciągle mówi, że sen jest dla słabych, ale ja jestem słaby. Babka ubrała się elegancko i gdzieś wyszła. Zasnąłem.

 

5.***

 

Obudziło mnie szarpanie. Nade mną stała babka z trzema facetami w mundurach.

– Wstawaj, ojczyzna cię wzywa – powiedziała babka.

– Zaprowadzimy pana do odpowiedniej osoby i spróbujemy wytłumaczyć tą sprawę – powiedział jeden z nich.

– Spokojnie Andrzeju, ci panowie to dobre chłopaki .

Szybko się zebrałem i ruszyliśmy. Wszędzie było mokro, musiało padać jak uciąłem sobie drzemkę. W sumie nie przedstawili mi się, więc po prostu ponumerowałem sobie ich w głowie.

– Czy nie robi się za późno na to wszystko – zapytałem

– Nie, pora jest najodpowiedniejsza, żeby znaleźć pana pułkownika – odpowiedział dobry chłopak numer 2.

Zgłębiliśmy się w te mniej ruchliwe ulice śródmieścia.

 

6.***

 

Znowu zaczął się wieczór, doszliśmy do obszaru z którego powodu niektórzy nazywają Warszawę Sodomą wschodu, chociaż takich obszarów jest całkiem sporo w tym mieście. Niektórzy nazywają ją Paryżem wschodu, ale to chyba na to samo wychodzi. Doszliśmy do takiego nie najgorszego, ale też nie najlepszego klubu, więc można by rzec że był średni. Stanęliśmy.

– To tutaj? – zapytałem zdziwiony.

– Tutaj najczęściej stołuje się pan pułkownik, jeżeli nie będziemy mieli szczęścia, trzeba będzie obejść połowę przybytków w tym mieście – odrzekł dobry chłopak numer 3.

Drzwi do lokalu otworzyły się i wyszła z nich grupka oficerów i kobiet. Zanim zeszli po schodkach na ulicę, najbardziej wyróżniający się z nich, idący na przedzie głośno powiedział:

– Panowie! Skończyły się żarty, zaczęły się schody.

Towarzystwo chwiejnym krokiem podjęło się bojowego wyczynu zejścia po schodach. Miałem nadzieję że straty w ludziach w wyniku tej operacji nie przekroczą połowy stanów.

– Mamy szczęście – zaświeciły się oczy dobremu chłopakowi numer 2.

– To pułkownik Wieniawa, jeśli ktoś w Warszawie może panu pomóc, to właśnie on.

– Czy to jest na pewno odpowiedni moment, jak pułkownik jest z damami? – zapytałem.

– To nie damy, to prostytutki – powiedział jedynka.

– Co za różnica – dodał dwójka.

Pułkownik pokonał schody jako pierwszy, był obwieszony medalami i odznaczeniami jak choinka. Dobre chłopaki wyprężyli się w salucie, jakby im ktoś wsadził kij w… jak sprężyny. Dobre chłopaki zameldowali się jako chorąży Bułka, sierżant Bombka i plutonowy Bambułka.

– Panie pułkowniku jesteśmy w ważnej sprawie dotykającej honoru polskich oficerów.

– Cóż się takiego stanęło panowie?

– Ten tutaj obecny obywatel był świadkiem pobicia bezbronnego, starszego człowieka i jego córki przez polskich oficerów.

– Czy to prawda? – Pułkownik popatrzył na mnie.

– Tak – dopowiedziałem – jestem świadkiem, ale i ofiarą, bo też swoje na twarz przyjąłem.

– Widać… przepraszam, to bardzo przykra sprawa, daję panu słowo honoru polskiego oficera, że jak ich złapiemy, to ich surowo ukarzemy, ale sam pan rozumie, Warszawa to duże miasto, pełne bandytów, oficerów i prostytutek.

Co za różnica – pomyślałem. Po chwili zorientowałem się, że oficerowie, którzy stali za pułkownikiem, to ci sami którzy odwiedzili Ubiszewskiego pamiętnego wieczoru. Ci mniej przystojni to typowe ziemniaki z twarzy i ich łatwo bym zapomniał, ale pan rzymskie rysy twarzy wbił mi się w pamięć.

– Myślę że miasto jest dużo mniejsze niż się to panu pułkownikowi wydaje.

Było już dość ciemno i moja twarz była jak schabowy przed kolacją, a podczas wczorajszej akcji głównie fraternizowała się ze ścianą, więc z początku pan rzymska twarz i ziemniaki mnie nie rozpoznali, ale chyba zaczynali już coś łapać, chociaż alkohol i stojące z nimi damy robiły swoje.

– Bandyci o których mówię, stoją w mundurach za panem.

– To niemożliwe, to bardzo dobrzy, zasłużeni oficerowie i nigdy by nie pobili bezbronnego, a jak już, to na pewno mieli bardzo dobry powód –pułkownik nawet się nie odwrócił, żeby na nich spojrzeć i tylko lekko się uśmiechnął.

Do oficerów z tyłu wreszcie dotarło co się dzieje, a do mnie jeszcze nie, że wdepnąłem po samą szyję. Obrazy wczorajszego wieczoru i płaczącego dziecka nagle do mnie wróciły, górę wzięły emocję i ryknąłem:

– Wy skurwysyny! Wy kurwy jebane! Wy ludzkie gówna w ładnych mundurkach!

Pułkownik powiedział do swoich towarzyszy:

– Nauczcie pana szacunku dla polskiego munduru.

Ruszyli na mnie, pierwszy pan ładna buźka. Są dwa odruchy naturalne na zagrożenie – ucieczka, albo atak. U mnie zawsze dominował atak. Rzuciłem się na nich i tym ich zaskoczyłem. Złamałem nos panu pięknej buźce, ale oni złamali mi dużo więcej. Po chwili leżałem w błocie. Kopiąc mnie oficerowie krzyczeli „skurwysynu”, „kurwa mać”, „świńskie ścierwo”. Dobre chłopaki, stali z boku i starali się nie patrzeć. Ulicą jeszcze przechodzili ludzie, ale nikt mi nie pomógł. Zanim zgasło światło, usłyszałem jeszcze tylko „Wrzućcie go do Wisły”.

 

7.***

 

Obudziłem się w jakiś krzakach, cały przemoczony. Obok płynęła Wisła, śpiewały ptaki. W pięści trzymałem jeszcze zerwanego orzełka. Pomarańczowe promienie odbijały się w płynącej wodzie i oświetlały czubi drzew. Nie mogłem się ruszyć. Słońce powoli zachodziło nad wolną Polską.

 

Pamięci Dąbskiego, Cywińskiego i Zdziechowskiego

 

Koniec

Komentarze

Widzę to nie tyle fantastykę co lekko podrasowany fragment biografii Dołęgi-Mostowicza. Z elementów fantastycznych to chyba jest tylko ten fragment z oderwaniem orzełka i sugestia, że na mordobicia oficerowie II RP chodzili w mundurach galowych.  

No, niestety, trudno nie zgodzić się z przedmówcą. Nie bardzo wiem, czym ma być to opowiadanie, bo fikcyjny bohater na tle postaci historycznych nie czyni historii alternatywnej. Całość jest trochę za bardzo publicystyczna, mało literacka.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Niestety zapis dialogów jest błędny, stylistycznie opko (a może szort, bo to dosyć krótkie) bardzo, bardzo kuleje. Mimo wszystko widzę w tym pewien potencjał. Motyw działalności sanacyjnych, trepowskich bandziorów raczej rzadko pojawia się we współczesnej literaturze i gdyby dobrze poprowadzić fabułę, to może coś by z tego było. Niestety na razie wszystko jest do poprawy, a może nawet lepiej byłoby napisać od nowa. Poprawnie oraz ze znacznie podrasowaną fabułą. Powodzenia.

Szanowny panie Piotrze w jakim sensie podrasować fabułę? Byłbym wdzięczny, gdyby powiedział mi pan jakiego rodzaju błędy stylistyczne popełniam i czy pewna dowolność stylistyczna jest dopuszczalna, czy nie?

Szanowna pani Drakaino i szanowny panie MPJ 78 różne sekwencje zdarzeń są wzorowane na kilku różnych pobiciach. Patrzyłem na to, że na przykład pan Pilipiuk wrzuca często dużo około-historycznych fragmentów w swoich opowiadaniach. Czy wplątywanie publicystycznego charakteru w literackie opowiadanie to jest grzech?

MJP, po pierwsze tu się nie panujemy i nie paniujemy. Po drugie – wplatanie historii w opowiadania nie jest grzechem, ale samo zmieszanie kilku sytuacji nie czyni literatury, tak się niekiedy postępuje również w reportażach czy felietonach. Publicystyka w literaturze… Można pisać z jakąś założoną tezą, ale fajniej jest, jeśli jest ona podana subtelnie. No i okraszona większą literackością.

Bo tu dostaliśmy linearną opowieść o facecie, który się naraził sanacji i dostał za to, pardon my French, solidny wpierdol. Nic poza tezą, że rządy są złe, a II RP nie była rajem, nie wynika. Bohater jest czytelnikowi obojętny, bo jest tylko rekwizytem, nośnikiem tezy. Podobnie jak postacie poboczne. Usiłujesz na koniec iść w metaforykę i symbolikę, ale to też się nie sprawdza.

Z każdego tematu da się zrobić literaturę, w kwestii tego konkretnego tematu (krytyka pewnych aspektów II RP) można poczytać Kadena-Bandrowskiego (”Generał Barcz”, ostro krytykowany przez prawicę) i Dołęgę-Mostowicza (wiadomo, “Kariera Nikodema Dyzmy”, gdzie i Wieniawa występuje ukryty pod innym nazwiskiem). To są świetne powieści, niebanalne. W Twoim tekście zabrakło tego czegoś więcej, oprócz opowiedzenia dość prostej fabuły. I nawet zakładając, że zgadzam się z wieloma tezami, które w tym tekście stawiasz, nie mogę go ocenić wysoko jako literatury.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A ja się zastanawiam… kiedyż to w rzeczywistości polscy sanacyjni oficerowie skopali kilkuletnie dziecko przy okazji łomotania oponenta… Bo jakoś nie mogę sobie przypomnieć…

Może Koledze się z Gestapo pomylili? Albo z UPA? Albo z UB?

 

Tak że ten… skoro bawimy się w publicystykę nie zaś sci-fi, czy choćby historię alternatywną, proszę o konkret… To i ja się podszkolę historycznie…

Inaczej będzie to nawet nie publicystyka, a agitka…

 

p.s. Nawiasem mówiąc – ewidentnie największym wojskowym przekręciarzem II Rp był powojenny komunistyczny marszałek Polski, a przedwojenny generał, zasłuzony zresztą w walce o Odrodzoną, – Michał Rola-Żymierski, przed II wojną aferzysta pierwszej wody (zrobił gigantyczny przekręt na maskach p-gas dla armii). W 1927 r. skazano go nawet za to na pięć lat za wzięcie łapówy w wysokości 150 tys. dolarów (to jakby dziś wziął 6-8 milionów dolarów!) od producentów masek i gaśnic. Zamiast strzelić sobie w łeb, w pierdlu zaczął się na potęgę kumać z agentami NKWD, potem został ich agentem, w II wś był dowódcą AL i poooszłoooo!

 

 

 

Rybak, ja jak najbardziej jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której sanacyjny trep bije dziecko. Widzisz, okrucieństwo jest niejako wpisane w istnienie czegoś takiego jak państwo. Sądzę, że im silniejsze, a raczej im pewniej się czujące, tym więcej okropnych aktów będzie popełniało.

 

Co do MJP to radzę mu pogłębić motywacje negatywnych bohaterów, ukazać wszystko w szerszym kontekście patologii aparatu państwowego II RP. Na razie trochę mi ci oficerkowie przypominają kiboli, a przecież byli znacznie bardziej wpływowymi przeciwnikami.

Piotrze, a ja nie, bo za to, w przeciwieństwie do obrony czci Marszałka był ZAWSZE oficerski sąd honorowy. W II Rp Bo w PRL już nie. Wymyślona sytuacja mająca agitować, tyle!

 

Konkretną sytuacją z historii o którą pyta pan rybak jest przemoc fizyczna wobec córki Dąbskiego Bożenki przy pobiciu Dąbskiego przez polskich oficerów 29 sierpnia 1930 roku na warszawskim Żoliborzu. https://www.legimi.pl/ebook-czarna-ksiega-sanacji-slawomir-suchodolski,b236440.html

Pani Drakaino używanie zwrotów pan i pani to mój zwyczaj językowy, który nabyłem w młodości. Wiem że moje teksty są jeszcze wielce niedoskonałe i dziękuję, że dzięki państwa uwagom mogę swoje niedostatki zauważać i się rozwijać.

Mjp, dzięki.Wszedłem w prasę z 1930 r. Dąbskiego owszem, pobili. Ale córeczkę jego, jak pisze opozycyjna woec Piłsudskiego, gazeta – "odepchnęli", a nie bili, a tum bardziej nie kopali. Więc jednak – agitka. A szkoda.

MJP – w wieku lat 23 mówić o młodości w czasie przeszłym?

 

Nie czepiałabym się akurat tego, czy realistyczne jest, że oficerowie pobili dziecko, czy nie. Umotywowane w tekście może sobie być, wynaturzenia mogą być różne i żadna grupa społeczna nie jest od nich wolna. Problemem jest tu brak literackiej fabuły, przetworzenia materiału historyczno-anegdotycznego w opowiadanie, zwłaszcza fantastyczne.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

rybak tamte czasy były specyficzne. Praktycznie każda partia miała swoje bojówki. Wykorzystywano je do pobić konkurencji, ochrony własnych demonstracji i rozbijania cudzych. Dziś to brzmi jak fantastyka, ale największe partie miewały nawet komórki pełniące rolę swoistego wywiadu i kontrwywiadu. 

Mpj, wiem.

Panie Rybak “Kie­dy dziew­czyn­ka pró­bo­wa­ła się oswo­bo­dzić, ofi­cer z ca­łej siły pchnął ją na że­la­zne szta­che­ty oka­la­ją­ce po­se­sję.”, więc nie po prostu “odepchęnli”.

Mpj: Gdyby pchnął "z całej siły" kilkulatkę, to nie pisaliby następnie w prasie "nie odniosła obrażeń", tak więc b.proszę o nie agitowanie,nadal, pod pozorem pisania sci-fi. Po "pchnięciu z całej siły", przez żołnierza, dziecko prawdopodobnie by nie żyło.

 

Zupełnie nie pojmuję, MJP, dlaczego postanowiłeś opublikować ten tekst na stronie Nowej Fantastyki, skoro nie ma w nim nic, co jest choć trochę do fantastyki podobne.

Całości nie najlepszego wrażenia dopełnia bardzo złe, wyjątkowo niechlujne wykonanie.

 

ale za­wsze były tylko prze­lot­ne roz­mów­ki, bo pro­fe­sor się za­wsze gdzieś śpie­szył. –> Powtórzenie.

 

Schlud­ny 50-la­tek, z za­cze­sa­ny­mi do tyłu si­wy­mi wło­sa­mi. –> Schlud­ny pięćdziesięciolatek, z za­cze­sa­ny­mi do tyłu si­wy­mi wło­sa­mi.

Liczebniki zapisujemy słownie. Ten błąd pojawia się wielokrotnie.

 

-Pro­szę wcho­dzić panie An­drze­ju. –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

na oko 30-let­nia ko­bie­ta… –> …na oko trzydziestoletnia ko­bie­ta

 

Miesz­ka­nie było oświe­tlo­ne ja­sny­mi bar­wa­mi. –> Co to znaczy, że mieszkanie było oświetlone barwami?

 

Pro­fe­sor przed­sta­wił nas sobie:

-To jest moja żona Le­oka­dia, a to moja có­recz­ka Ame­lia. –> O ile mi wiadomo, to ówczesny savoir-vivre nakazywał przedstawiać mężczyznę kobiecie, nie odwrotnie.

 

– Woli pan kawę czy her­ba­tę?– za­pro­po­no­wa­ła jego żona. – To nie jest propozycja, to jest pytanie.

Brak spacji po pytajniku.

 

Po wy­mie­nie­niu paru kur­tu­azyj­nych zdań o stu­diach i życiu w war­sza­wie… –> Bój się bogów, MJP! Nazwy miast piszemy wielką literą!

 

Za prze­pro­sze­niem, ale gu.. guzik pa­mię­tasz. –> A tutaj, mniemam, profesor miał zamiar powiedzieć gówno, ale się zmitygował, więc winno być: Za prze­pro­sze­niem, ale gó… guzik pa­mię­tasz.

Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

za Cara był więk­szy po­rzą­dek niż jest teraz. –> …za cara był więk­szy po­rzą­dek niż jest teraz.

 

Wiel­ki wskrze­si­ciel na­ro­du Pol­skie­go” –> Wiel­ki wskrze­si­ciel na­ro­du pol­skie­go

 

W drzwiach stał wy­so­ki, ele­ganc­ki, przy­stoj­ny ofi­cer w ele­ganc­kim mun­du­rze… –> Powtórzenie.

 

i jesz­cze tro­chę mniej przy­stoj­nych… –> …i jesz­cze trzech tro­chę mniej przy­stoj­nych

 

-Przy­szli­śmy w spra­wie pań­skie­go ostat­nie­go ar­ty­ku­łu w ku­rie­rze… –> Przy­szli­śmy w spra­wie pań­skie­go ostat­nie­go ar­ty­ku­łu w Ku­rie­rze

 

ofi­ce­ro­wie rzu­ci­li go na zie­mię. –> Rzecz dzieje się w mieszkaniu, więc: …ofi­ce­ro­wie rzu­ci­li go na podłogę.

 

-Co jest – krzyk­ną­łem –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Brak pytajnika po wypowiedzi. Brak kropki po didaskaliach.

Winno być: Co jest? – krzyk­ną­łem.

 

i 3 raz z rzędu opo­wia­da­łem… –> …trzeci raz z rzędu opo­wia­da­łem

 

Do­łę­ga–Mo­sto­wicz, No­wa­czyń­ski, nic to panu nie mówi? –> Do­łę­ga-Mo­sto­wicz, No­wa­czyń­ski, nic to panu nie mówi?

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

-To co Nie­miec­cy? –> To co, nie­miec­cy?

 

Trze­ba im przy­znać, umie­ją przy­wa­lić w tym woj­sku – po­my­śla­łem. –> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Po opo­wie­dze­niu wie­czor­nych wy­da­rzeń, oraz tego co po­wie­dzia­ła żona Ubi­szew­skie­go, babka po­wie­dzia­ła… –> Czy dobrze rozumiem, że babka opowiedziała wieczorne wydarzenia oraz to co powiedziała żona profesora, by na koniec jeszcze powiedzieć…

 

po­zo­sta­łych 5% uczci­wych. –> …po­zo­sta­łych pięciu procent uczci­wych.

Liczebniki zapisujemy słownie i nie używamy symboli – zwłaszcza w dialogach.

 

 

że to nie praw­da, że to nie­moż­li­we. –> …że to niepraw­da, że to nie­moż­li­we.

 

ci pa­no­wie to dobre chło­pa­ki . –> Zbędna spacja przed kropką.

 

od­po­wie­dział dobry chło­pak numer 2. – …od­po­wie­dział dobry chło­pak numer dwa.

 

Zgłę­bi­li­śmy się w te mniej ru­chli­we ulice śród­mie­ścia. –> Literówka.

 

na­zy­wa­ją War­sza­wę So­do­mą wscho­du… –> …na­zy­wa­ją War­sza­wę So­do­mą Wscho­du

 

Nie­któ­rzy na­zy­wa­ją ją Pa­ry­żem wscho­du… –> Nie­któ­rzy na­zy­wa­ją ją Pa­ry­żem Wscho­du

 

i oświe­tla­ły czubi drzew. –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Regulatorzy

Z drugiej strony, gdzie miał opublikować? Na Wattpadzie :D ? Tu przynajmniej dostał jakieś rady i może wyciągnąć wnioski. Mi nie przeszkadza, że nie ma fantastyki, ale wykonanie faktycznie bardzo marne i tekst do napisania od nowa.

No widzisz, Piotrze, Tobie brak fantastyki nie przeszkadza, a ja, wchodząc na tę stronę, spodziewam się właśnie fantastyki i każde opowiadanie, które jej nie zawiera, rozczarowuje. No, pewną rekompensatą mogłoby być opowiadanie naprawdę ciekawe i bardzo dobrze napisane, ale cóż, Słońce powoli zachodziło nad wolną Polską, niestety, tych warunków nie spełnia. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie będę wchodzić w polityczne debaty, bo moja wiedza o dwudziestoleciu jest niewystarczająca. Odniosę się zatem do samych technikaliów tekstu. Jak już wcześniej zauważył Piotr, dialogi są zapisane błędnie. Regulatorzy także wyłapała naprawdę sporo błędów. Byłoby dobrze, gdybyś zastosował się do jej uwag. Na razie niestety opowiadanie nie zachwyca ani wykonaniem, ani (moim zdaniem) fabułą. Powodzenia w dalszej pracy i nie zniechęcaj się!

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia, do poprawy zapis dialogów, brakuje przecinków (np. przy wołaczach), brakuje wykrzykników i znaków zapytania.

Sama historia dość prosta, ale nawet wciągająca. Na plus to, że zachęciło mnie, więc sobie to i owo na temat poruszonego tematu przeczytałem. Na duży minus brak fantastyki.

Cóż ja mogę więcej napisać? 

W zasadzie mogłabym skopiować komentarz zygfryda, bo moje odczucia pokrywają się z nim w stu procentach. 

Przeszkadzały mi usterki techniczne i brak fantastyki (to coś, nad czym da się pracować), ale podobał sposób, w jaki opowiedziałeś historię. Nie czułam się znużona, czytało mi się płynnie, a postacie przedstawiłeś całkiem nienajgorzej.

Nowa Fantastyka