- Opowiadanie: kolodziej3012 - Ono

Ono

Niezrozumienie niektórych fragmentów poniższego tekstu może wynikać z różnic w języku
używanym w czasach narratora, a tym, który zna czytelnik.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Ono

Lę­kli­wy i prze­sąd­ny byłem od dzie­ciń­stwa. Nie od­naj­du­ję w pa­mię­ci choć­by jed­ne­go roku, jed­ne­go okre­su życia, w któ­rym nie drę­czy­ły­by mnie bez­za­sad­nie snute ob­ra­zy.

Za­wsze je­sień. Gdy przy­cho­dzi­ła, gdy zmrok za­pa­dał coraz to wcze­śniej, gdy coraz wię­cej kryło się ciem­nych za­ka­mar­ków, nie byłem w sta­nie za­snąć bez go­dzin w kon­wul­sjach spo­wo­do­wa­nych zgro­zą. Zgro­zą, jak już mó­wi­łem, nie­uza­sad­nio­ną, jed­nak z ta­jem­ni­czych po­wo­dów (powód ten naj­pew­niej krył się w rów­no­wa­dze che­micz­nej mo­je­go mózgu) prze­kra­cza­ją­cą ludz­kie wy­obra­że­nie.

Można by pro­wa­dzić po­le­mi­kę z "bez­za­sad­no­ścią" leków na­pie­ra­ją­cych u schył­ku roku. Wszak wła­śnie gdy za­pa­da­ją ciem­no­ści, wi­docz­ność ludz­kie­go oka jest ogra­ni­czo­na do mi­ni­mum, to w ciem­no­ściach kryć się może nie­bez­piecz­ny zwierz, a w przy­pad­ku czło­wie­ka współ­cze­sne­go jakiś pi­ja­czy­na-wa­ga­bun­da, po­zba­wio­ny wszel­kich przy­pi­sy­wa­nych oso­bom cy­wi­li­zo­wa­nym za­ha­mo­wań. Naj­wi­docz­niej rze­czo­na bo­jaźń jest wy­ni­kiem prze­mian ewo­lu­cyj­nych, zatem nie mam się czego bać – mo­gło­by się rzec. Rzecz jed­nak przed­sta­wia się ina­czej… 

Kiedy cho­dzi­łem do szko­ły, zanim jesz­cze na­stał świt; kiedy zbli­żał się zmrok, a wokół mnie była je­dy­nie bez­dusz­na pust­ka; a szcze­gól­nie kiedy za­sy­pia­łem, prze­śla­do­wa­ło mnie "ono". "Czu­łem je". Nie wi­dzia­łem, ani nie sły­sza­łem. Rozum pod­po­wia­dał, że brak ja­kich­kol­wiek bodź­ców, które wska­zy­wa­ły­by na obec­ność "tego", a więc zja­wi­ska ma­te­rial­ne­go/wi­zu­al­ne­go, jed­nak w owym cza­sie za­ło­żył­bym się o wszyst­ko co mam, że "ono" ist­nie­je na­praw­dę. Czy kryło się za ro­giem klat­ki scho­do­wej ze swoim zło­śli­wym, z nie­ja­snych przy­czyn wy­wo­łu­ją­cym dresz­cze prze­ra­że­nia uśmiesz­kiem? Czy cze­ka­ło na mnie tuż za pnia­kiem ukry­te­go gdzieś w mroku drze­wa? Jeśli tak, to po co? Prze­cież nie chcia­ło się mnie po­zbyć… Nie chcia­ło chyba, żebym do­stał ataku prze­ra­że­nia, który spro­wa­dził­by na mnie śmierć… Chyba że… Sam tego nie wiem.

Nie pa­mię­tam swo­ich ro­dzi­ców. Całe dzie­ciń­stwo i więk­szość mło­do­ści spę­dzi­łem z moją z lekka otę­pia­łą bab­cią. I choć, z po­wo­du zdro­wia ośrod­ko­we­go ukła­du ner­wo­we­go, nie mogła sta­no­wić dla mnie opar­cia psy­chicz­ne­go, za­wsze przy­cho­dzi­łem do jej po­ko­ju, jeśli tylko obu­dzi­łem się w środ­ku nocy, czu­jąc "to" wy­ła­nia­ją­ce się zza fra­mu­gi, cze­ka­ją­ce na moją "duszę", nawet kiedy byłem już pra­wie mężem. Wi­docz­nie lęk mój nie był spo­wo­do­wa­ny "in­fan­ty­li­zmem", czy jak­kol­wiek to na­zwać.

Prze­świad­cze­nie, że za fi­ran­ką wpa­tru­je się na mnie dum­nie wy­pro­sto­wa­ny… Nie, to dzie­cin­ne… Le­piej, żeby tego nie mówić, bo ujaw­nił­bym swoje oczy­wi­ste zdzie­cin­nie­nie…

Cza­sem przy­kry­wa­łem koł­drą całe swoje ciało, aby cie­pło po­ście­li "od­dzie­li­ło" mnie od tej "siły". A może po pro­stu było mi zimno… Kiedy nie mo­głem za­sy­piać, za­my­ka­łem po­wie­ki i, na wszel­ki wy­pa­dek, jak­bym zmu­szo­ny był zmru­żyć oczy, przy­kry­wa­łem twarz koł­drą, ro­biąc sobie nie­wiel­ki otwór, aby mieć do­stęp do tlenu. Byłem prze­świad­czo­ny, że, jeśli pod­nio­sę po­wie­ki, ujrzę coś, co wpra­wi mnie w prze­strach nie­zna­ny do tej pory ludz­kie­mu ga­tun­ko­wi. A jed­no­cze­śnie wal­czy­łem z "prze­ko­rą" ro­zu­mu i wspie­ra­ją­ce­go ją braku ja­kich­kol­wiek ze­wnętrz­nych ob­ja­wów, które mo­gły­by mnie wpra­wić w lęk. Ale moja za­bo­bon­na na­tu­ra bro­ni­ła się. Brała górę. Na­zbyt bałem się, że "prze­czu­cie" może mnie nie zmy­lić. Że czają się na mnie de­mo­nicz­ne siły, te­stu­ją­ce moje pro­por­cje ro­zu­mu i "nie­ro­zu­mu", któ­rym kie­ru­je wy­łącz­nie strach.

Do­kład­nie pięt­na­ście mie­się­cy temu zmar­ła moja bab­cia. Był sier­pień. Bied­na ba­bu­lin­ka… Tak się mę­czy­ła u schył­ku swych dni, a ja byłem prze­ję­ty tylko nad­cho­dzą­cą je­sie­nią. Biada mi! Stra­ci­łem osobę, która, choć nie była w sta­nie tego wy­ra­zić, ko­cha­ła mnie! Da­li­bóg, zginę mar­nie, jeśli będą mnie ob­cho­dzi­ły mrzon­ki i uro­je­nia mo­je­go cho­re­go umy­słu…

Przez rok miesz­ka­łem w jej domu, ale potem uzna­łem, że to wspo­mnie­nia zwią­za­ne z nim i ta­jem­ni­cza at­mos­fe­ra, wy­strój miesz­ka­nia spra­wia­ły, że czu­łem nie­po­kój. Bałem się spę­dzić tu ko­lej­ną je­sień. Prze­pro­wa­dzi­łem się na drugi ko­niec mia­sta, na ulicę Drze­wiec­kie­go 46/9. Był to jeden z nie­wie­lu bu­dyn­ków, który ostał się po Desz­czu Aste­ro­idów z 2037 roku, w któ­rym zgi­nę­ła po­ło­wa ludz­ko­ści, a ci co się osta­li, eg­zy­stu­ją w wa­run­kach po­dob­nych do XIX wieku. Klat­ko­wiec ten był wy­bu­do­wa­ny w cza­sach Re­pu­bli­ki Lu­do­wej. Nie­zły okaz, ale o niebo lep­szy mo­głem ob­ser­wo­wać, wy­glą­da­jąc przez roz­le­głe okno w kuch­ni – wie­żo­wiec Drze­wiec­kie­go 24, cały za­wę­glo­ny, z wiel­ką wyrwą, jak nad­gry­zio­ne ciast­ko, ale o ta­kiej samej wy­so­ko­ści, co przed Desz­czem. Nie zna­lazł się nikt, co miał­by siłę i ocho­tę go ro­ze­brać dla ludz­kie­go bez­pie­czeń­stwa.

W bloku było dzie­sięć kwa­ter, z czego tylko czte­ry za­miesz­ka­ne, i to każda przez jedną osobę. Na­pa­wa­ło to jesz­cze więk­szym lę­kiem, po­czu­ciem od­osob­nie­nia. Na­prze­ciw mnie nie było ni­ko­go – tylko puste, po­kry­te ja­kimś sztucz­nym na­kry­ciem, uma­zia­ne wap­nem miesz­ka­nie bez drzwi. Bałem się tam wcho­dzić, a mimo wszyst­ko – ro­bi­łem to. "Prze­ko­ra", jak już wspo­mnia­łem.

U po­cząt­ków po­by­tu nic nad­zwy­czaj­ne­go się nie dzia­ło. Lęki mnie nie do­pa­da­ły, mimo nie­ustan­ne­go skra­ca­nia się dnia i po­sęp­nej at­mos­fe­ry. Wy­sy­pia­łem się do­brze, cho­dzi­łem do pracy z ra­do­ścią. Kiedy wra­ca­łem, bez pro­ble­mu znaj­do­wa­łem sobie roz­ryw­kę i gdy byłem po­chło­nię­ty lek­tu­rą, albo spor­tem, nic mnie nie roz­pra­sza­ło – ani dźwię­ki, ani ob­ra­zy, ani… No wła­śnie… nie­na­ma­cal­ny bo­dziec, trud­ny do na­zwa­nia w ję­zy­ku pol­skim. Bo to wła­śnie drę­czyć mnie za­czę­ło po dłuż­szym po­by­cie.

Nic dziw­ne­go – można by po­my­śleć. Prze­cież wspo­mi­na­łem już o wid­mie sztur­mu­ją­cym o tej porze roku nie­jed­ne­go czło­wie­ka. Ale to nie to… Kie­dyś "to" "cho­dzi­ło" za mną po­śród mroku, nie­za­leż­nie od miej­sca byt­no­ści. "Wy­znacz­ni­kiem" była PORA DNIA. Teraz z kolei na od­wrót. Dzień, czy noc, ranek czy zmierzch… Ale nie poza domem… Dla­cze­go tutaj?

Wio­dłem po­dwój­ne życie. Po­stać, która w skle­pie ka­so­wa­ła pro­duk­ty i wy­da­wa­ła lu­dziom resz­tę, nie wspo­mi­na­ła choć­by krzty tych nie­po­ko­ją­cych wra­żeń ani nawet nie zda­wa­ła sobie spra­wy ze swo­jej byt­no­ści w Drze­wiec­kie­go 46/9, zaś druga, z nie­po­ko­jem i zu­peł­nie bez celu kro­czą­ca po po­ko­jach, na­zbyt za­ję­ta była do­cie­ka­niem przy­czy­ny lęku, toteż za­po­mi­na­ła o Bożym świe­cie i po­pa­da­ła w swo­isty trans.

Jeśli miesz­ka­nie wpły­wa na mnie w ten spo­sób, na­le­ży do­ciec, co jest tego przy­czy­ną. Roz­po­czą­łem in­we­sty­ga­cję. Sta­ra­łem się od­na­leźć na­zwi­ska i hi­sto­rię daw­nych lo­ka­to­rów, ja­kie­kol­wiek zda­rze­nia, które mogły mieć tutaj miej­sce… Tak, wiem. Wy­obra­zi­łem sobie, że je­stem bo­ha­te­rem mar­ne­go filmu grozy i po­dą­ża­łem utar­ty­mi sche­ma­ta­mi. Na próż­no. Oka­za­ło się, że przede mną żyło tutaj zwy­czaj­ne, po­czci­we mał­żeń­stwo, które w spad­ku prze­ka­za­ło miesz­ka­nie dzie­ciom. Za­sły­sza­łem rów­nież, że ich wnuk prze­by­wał tutaj przez pe­wien czas, aby móc w ciszy i spo­ko­ju stu­dio­wać, przy­go­to­wu­jąc się do abi­tu­ry. Nic zło­wro­gie­go. Może to tkwi wy­łącz­nie we mnie… Ale wy­ło­ży­łem już ar­gu­men­ta, że to nie tylko psy­chi­ka!

Czego się tak bałem… Z jed­nej stro­ny trud­no orzec, ale… Z dzie­ciń­stwa po­zo­sta­ło mi wy­obra­że­nie pew­nej be­stii… Tak, wiem, to nie­ro­zum­ne – prze­szło dwu­dzie­sto­let­ni męż­czy­zna boi się po­two­ra! Ale to nie to… To nie ot zwy­kły po­twór. To cho­dzą­ca GRO­TE­SKA! Prze­ra­ża­ją­ca swoją nie­na­tu­ral­no­ścią, ob­mier­z­ło­ścią… Zwie­rzęc­twem! Jako ber­beć wi­dzia­łem ocza­mi wy­obraź­ni wy­ła­nia­ją­ce­go się z ciem­no­ści, pod­no­szą­ce­go za­sło­ny i szy­der­czo uśmie­cha­ją­ce­go się, od­sła­nia­ją­ce­go swoje białe, nie­pro­por­cjo­nal­ne zęby… Po­zwól­cie, że po­słu­żę się ana­to­pi­zmem – go­ry­la. Roz­czo­chra­ne­go, o fu­trze czar­nym jak noc, i bia­łych jak śnieg oczach peł­nych na­pa­stli­wo­ści, tak wi­docz­nych po­śród mroku. Oczy po­my­leń­ca… Tęgi cho­chlik, abo­mi­na­men­tum erec­tus.

Czemu miał­bym się bać cze­goś, czego nie wi­dzia­łem? Otóż to nie­praw­da. Wi­dzia­łem go. Raz, kiedy prze­glą­da­łem się w lu­strze, prze­mknął mi przed oczy­ma w peł­nym świe­tle… Ale był od­wró­co­ny ple­ca­mi… Zwid? Nie sądzę – jeśli ow­szem, wów­czas na­zbyt wy­raź­ny. Chyba mu­siał­bym zwąt­pić w swoją po­czy­tal­ność, ale da­le­ko mi do tego, wierz­cie mi. Czy brzmię jak obłą­ka­niec, oceń­cie sami.

Czemu nie chciał uka­zać mi swo­jej, jak mnie­mam, szka­rad­nej twa­rzy, po­dob­nej do resz­ty ciała? Albo to ukry­wał ją w mroku nocy, od­sła­nia­jąc tylko zęby i biał­ka sze­ro­ko roz­war­tych oczu, albo, kiedy już mi się "ob­ja­wił" skry­wał jesz­cze skrzęt­niej. Czy miał coś do ukry­cia? Bawił się ze mną? Na to ostat­nie wska­zy­wał­by wra­że­nie jakie na mnie wy­war­ło jego ob­li­cze – ob­li­cze zjawy, ow­szem prze­ra­ża­ją­cej, ale jed­no­cze­śnie peł­nej sar­ka­zmu.

Bojąc się, że "goryl" po­now­nie uka­że się w lu­strze, uni­ka­łem ja­kich­kol­wiek odbić. Czy to tafli wody, czy – no wła­śnie, lu­stra. Zęby i twarz ob­my­wa­łem albo z za­mknię­ty­mi oczy­ma, albo zu­peł­nie od­wró­co­ny do zwier­cia­dła. Póź­niej uni­ka­łem okien, szyb, szkla­nek, wszel­kich na­czyń… Życie z takim na­tręc­twem stało się tor­tu­rą. Toteż po­zby­łem się ich wszyst­kich – wy­rzu­ci­łem szyby wci­śnię­te w różne drzwicz­ki, okna za­kle­iłem taśmą, lu­stra od­stą­pi­łem, a szklan­ki scho­wa­łem w piw­ni­cy i za­stą­pi­łem je pla­sti­ko­wy­mi kub­ka­mi. Na mo­ment po­zby­łem się nie­po­koi.

Po kilku dniach od zu­bo­że­nia mo­je­go lokum o wszel­kie szkla­ne przed­mio­ty, jak una­ocz­nie­nie przy­po­mi­na­ją­cych o zło­śli­wo­ści świa­ta Praw Mur­phy'ego, na­par­ła na mnie nowa groź­ba. O pew­nych go­dzi­nach za­czą­łem sły­szeć mu­zy­kę. Hy­bry­dę cym­bał­ków i pia­ni­na, gra­ją­cą przy akom­pa­nia­men­cie jakby dźwię­ków ha­mu­ją­ce­go po­cią­gu albo wrza­sku dra­pież­ne­go mor­skie­go ssaka. Rzecz zwy­kle dzia­ła się po po­łu­dniu, cza­sem wcze­snym wie­czo­rem. Za­wsze wtedy czu­łem na całym ciele dresz­cze prze­ra­że­nia, nie spo­wo­do­wa­ne mu­zy­ką, ale tym co ta mu­zy­ka "re­pre­zen­to­wa­ła" – kto wie czy nie sto­ją­ce tuż za mną szka­ra­dzień­stwo, wpa­tru­ją­ce się z ob­se­syj­ną na­mięt­no­ścią.

Odtąd chcia­łem spę­dzać jak naj­mniej czasu w miesz­ka­niu. Z dziw­nych po­wo­dów trwo­gą na­pa­wało mnie rów­nież opusz­czo­ne lokum na­prze­ciw oraz ko­ry­tarz do niego pro­wa­dzą­cy. Coś było nie tak z CAŁYM pię­trem. Nie z moją głową, nie z "na­wie­dzo­nym" domem (Boże, jakie to ża­ło­sne okre­śle­nie!), ale z oko­li­cą, ści­śle okre­ślo­ną. Pół­pię­tro – wciąż czu­jesz dresz­cze. Jeden scho­dek niżej – lęk trwa. Ale przy drzwiach, za któ­ry­mi miesz­ka ta sześć­dzie­się­cio­let­nia ko­bie­ci­na, czu­jesz ulgę. Na­pa­wa cię cie­peł­ko bez­pie­czeń­stwa. Boisz się, ale tego je­dy­nie, że prę­dzej czy póź­niej bę­dziesz zmu­szo­ny wejść na górę z po­wro­tem.

Ro­bi­łem wszyst­ko, aby tam nie wra­cać. Cho­dzi­łem po knaj­pach, ja­da­łem na mie­ście, od­wie­dza­łem zna­jo­mych, z rzad­ka prze­bie­głem się kilka ki­lo­me­trów. Ale nie mo­głem tak bez końca. Nie uzy­skał­bym sa­tys­fak­cji, po­rzu­ca­jąc "ta­jem­ni­cę go­ry­la"/"ta­jem­ni­cę pię­tra". Jak je roz­wi­kłam – nie wiem. Po­sta­no­wi­łem kon­ty­nu­ować in­we­sty­ga­cję; po­roz­ma­wiać z są­sia­da­mi – ci by mi do­da­li otu­chy i, kto wie, może wie­dzie­li­by coś o at­mos­fe­rze pa­nu­ją­cej na górze, po­rzu­co­nym miesz­ka­niu i przede wszyst­kim – o dźwię­kach. Bo je mu­sie­li sły­szeć. Jeśli ich nie sły­sze­li, zna­czy że osza­la­łem, albo cho­ciaż zmy­sły jęły mnie zwo­dzić na ma­now­ce… Ale to nie­moż­li­we! Na­stój czuję wy­raź­niej niż ogień pa­lą­cy, a w te enig­ma­tycz­ne dźwię­ki wie­rzę jak we wła­sne ist­nie­nie.

***

Z po­cząt­ku "hi­po­te­za obłę­du" na­bie­ra­ła praw­do­po­do­bień­stwa. Roz­ma­wia­łem z są­siad­ką na dole. Przy­sze­dłem do niej, niby to na her­ba­tę i ciast­ka. Jej try­wial­ne py­ta­nia zby­łem tak szyb­ko jak się dało, po czym roz­po­czą­łem "prze­słu­cha­nie".

– Sły­sza­ła pani te nie­po­ko­ją­ce dźwię­ki?

– Panie, gdzie pan! – po­wie­dzia­ła z uśmie­chem. – Ni­cze­gom nie sły­sza­ła.

Zmie­ni­łem temat. Prze­ra­zi­ła mnie wizja mo­je­go sza­leń­stwa. Komu mam ufać, jeśli sam dla sie­bie je­stem nie­wia­ry­god­ny?

Roz­ma­wia­łem jesz­cze chwi­lę o cho­ro­bach, le­ka­rzach i przyj­mo­wa­niu leków. Sta­rusz­ki chyba tylko na tym się znają, jak Boga ko­cham!

Skoń­czyw­szy re­cen­zo­wać ostat­nie ka­za­nia pro­bosz­cza (które z nie­ja­snych przy­czyn trzy­ma­ła wy­dru­ko­wa­ne w sza­fie), za­czą­łem szy­ko­wać się do wyj­ścia. Ko­bie­ta, wciąż się uśmie­cha­jąc, za­py­ta­ła:

– Na­praw­dę pan nie spo­strzegł, że je­stem nie­sły­szą­ca?

Zdzi­wi­łem się. Teraz wiem, czemu nie­ustan­nie pa­trzy­ła mi na usta, a jak wo­ła­łem ją z in­ne­go po­ko­ju, nawet się nie ode­zwa­ła.

Wszyst­ko mnie oszu­ku­je, wszyst­ko zwra­ca moję uwagę na nie­wła­ści­we tropy. Czyż­by ko­lej­ny prze­jaw "mocy" "czło­wie­ka-go­ry­la"?

Na­za­jutrz od­wie­dzi­łem pana Heńka z pierw­sze­go pię­tra. Spe­cjal­nie ku­pi­łem dwa litry go­rzał­ki, bo­wiem bałem się, że zwy­kłe­go "na­trę­ta" nie przyj­mie w gości. Choć zda­wał się być miły i bez­in­te­re­sow­ny, ale strze­żo­ne­go Pan Bóg strze­że, jak mó­wi­ła moja bab­cia.

– Ach, tak! Ja też je sły­sza­łem! – po­wie­dział, zanim eta­nol za­czął dzia­łać. – Na­praw­dę, aż łeb boli od tego skrzy­pie­nia i za­wo­dze­nia. Te cym­bał­ki to jesz­cze znio­sę, ale… Sam pan ro­zu­mie.

– Ow­szem, ro­zu­miem. Chyba przez nie osza­le­ję.

Po mi­nu­tach wahań, prze­mo­głem się, aby za­py­tać o po­przed­nich lo­ka­to­rów. Facet był wie­ko­wy, zatem mógł pa­mię­tać bar­dzo wiele.

– Czy coś… nie­po­ko­ją­ce­go się tutaj kie­dyś wy­da­rzy­ło?

– Panie! Jak byłem młody, to miesz­ka­ło tam kie­dyś mał­żeń­stwo. Uoso­bie­nie do­bro­ci, co tu dużo mówić! Po tym jak umar­li, z rzad­ka przy­cho­dzi­ło tu kilka osób, a wresz­cie za­miesz­kał jeden chło­pak… Panie, moja córka przy­cho­dzi­ła do mnie, mó­wiąc jaki to on nie jest za­baw­ny, in­te­li­gent­ny i przy­stoj­ny. Za­ko­cha­ła się w nim. Istot­nie, chło­pak był dość by­stry, nie po­wiem że nie. Nie wiem, czy chciał­bym mieć ta­kie­go zię­cia. Tro­chę był z niego dzi­wak.

Zatem może o niego cho­dzi? – po­my­śla­łem.

– I coś z tego wy­szło?

– Nie. Po­dob­no dawał do zro­zu­mie­nia mojej córce, że się nią nie in­te­re­su­je. Po­dej­rze­wam, że był… No wie pan…

– Do­my­ślam się, co ma pan na myśli.

– No bo wie pan, ładną mia­łem córkę. Nie­je­den wy­ko­rzy­stał­by takę oka­zję. Ale – mach­nął ręką – to już nie moja spra­wa.

– A… czemu na­zwał go pan dzi­wa­kiem?

– Jak ktoś mówi sam do sie­bie, albo robi głup­ko­wa­te miny, uda­jąc, że roz­ma­wia ze słu­pem, to jak mam go na­zwać? A wie pan, że nawet mi go przy­po­mi­na?

Za­drża­łem.

– Cho­ciaż nie. Pan jest tro­chę niż­szy, ciem­niej­szą ma kar­na­cję i inne oczy. To nie to. Wzrok mnie myli cza­sem.

Zatem nie dop­pel­gan­ger. Aby móc tak go na­zy­wać, po­do­bień­stwo mu­sia­ło­by być UDE­RZA­JĄ­CE. Zwy­kły przy­pa­dek.

– Chło­pak po­dob­no jesz­cze żyje – dodał.

Re­in­kar­na­cja rów­nież od­pa­da.

– Zdra­dzał jesz­cze ja­kieś symp­to­my?

– Panie, co pan tutaj?! – ob­ru­szył się sta­rzec. – To prze­słu­cha­nie, czy przy­ja­ciel­ska roz­mo­wa przy go­rzoł­ce!

– Prze­pra­szam.

Szu­ka­łem od­po­wie­dzi na py­ta­nia, któ­rych nie po­zwo­lo­no mi zadać. Bałem się pe­ne­tro­wać miesz­ka­nie, ale in­ne­go wyj­ścia nie było. Kto wie, czy na­tra­fię tam na coś istot­nie zło­wiesz­cze­go? Ile razy zmy­li­ło mnie prze­czu­cie? Ile razy, pod­nió­sł­szy koł­drę i otwo­rzyw­szy oczy, uj­rza­łem nocne stra­szy­dło? Po­sta­no­wi­łem po­rzu­cić do­cie­ka­nia i za­adop­to­wać się.

Bra­kło mi sił, aby zra­cjo­na­li­zo­wać swoje po­stę­po­wa­nie. Prze­by­wa­łem w lokum jesz­cze rza­dziej, cza­sem bra­łem ze sobą wszyst­kie sto­sun­ko­wo cenne rze­czy i zo­sta­wia­łem drzwi uchy­lo­ne, albo cał­kiem otwar­te, jak­bym li­czył, że zła at­mos­fe­ra się "wy­wie­trzy". Szcze­gól­nie uni­ka­łem po­wta­rza­ją­cych się każ­de­go wie­czo­ra dźwię­ków. Sza­lo­nej sym­fo­nii, do­bie­ga­ją­cej zni­kąd, która utwier­dza­ła mnie w prze­ko­na­niu o praw­dzi­wo­ści do­zna­wa­ne­go zja­wi­ska. Czu­łem się nie jak bo­ha­ter mar­ne­go filmu grozy, a Kar­te­zjusz, roz­wa­ża­ją­cy "praw­dzi­wość ota­cza­ją­cej ma­te­rii oraz isto­tę do­znań zmy­sło­wych i ich kon­trast wobec mar sen­nych".

Za­czę­ło mnie mar­twić ze­zwie­rzę­ce­nie ga­tun­ku ludz­kie­go. W każ­dym czło­wie­ku wi­dzia­łem owoc ni­skiej żądzy, prze­świe­tla­łem jak röntgen jego ciało i bacz­nie ob­ser­wo­wa­łem kry­ją­ce się pod ze­wnętrz­ny­mi tkan­ka­mi trze­wia, czy­ni­łem go dzie­łem wy­od­ręb­nio­nych z błota i mierz­wi drob­no­ustro­jów, które prze­mie­ni­ły się weń, aby na­pa­wał swo­ich po­bra­tym­ców obrzy­dze­niem, i to ze wza­jem­no­ścią. Jakby to wszyst­ko pod­po­wia­da­ło mi "ono", skrzęt­nie kry­ją­ce się za moimi ple­ca­mi, od­sła­nia­ją­ce swoje gro­te­sko­wo duże i równe zęby w szy­der­czym uśmie­chu.

Do domu przy­cho­dzi­łem tylko po to, ażeby się po­ło­żyć i za­snąć. Choć i to z tru­dem mi przy­cho­dzi­ło. Z po­cząt­ku ły­ka­łem tylko me­la­to­ni­nę, a gdy ona nic nie zdzia­ła­ła (nawet po mie­sią­cu uży­wa­nia) prze­rzu­ci­łem się na hy­drok­sy­zy­nę. To po­mo­gło, ale oba­wiam się, że za­bu­rzy­ło rów­no­wa­gę mo­je­go or­ga­ni­zmu. Nawet jeśli spa­łem tyle go­dzin, ile zwy­kle ode mnie wy­ma­gał, to bu­dzi­łem się zmę­czo­ny. Lę­kli­wy. Prze­ra­żał mnie już nawet po­ra­nek. Świt, nio­są­cy ze sobą ko­ra­lo­we pro­mie­nie słoń­ca, nie dawał uko­je­nia. "Ono" mogło za mną być rów­nież wtedy. Gdy­bym tylko się od­wró­cił. Boże, gdy­bym od­wró­cił się nagle, gwał­tow­nie, tak że nawet ten szczu­dło­wa­ty, zwin­ny cho­chlik nie zdąży uciec przed moim wzro­kiem. Umarł­bym chyba ze stra­chu.

Wo­ła­łem po­mo­cy, ale nikt nie sły­szał. Dla­cze­go nie mo­głem opu­ścić domu? Przez we­wnętrz­ny spór. Walkę z dru­gim "ja". Tym roz­sąd­nym. Tym, co wy­bu­chał śmie­chem na samą myśl o noc­nej zja­wie z dzie­ciń­stwa i dźwię­kach rze­ko­mo do­cho­dzą­cych z ot­chła­ni. "On" kazał mi zo­stać. "On" kazał mi się od­wró­cić! Nagle, nie­spo­dzie­wa­nie, ukrad­kiem spoj­rzeć "be­stii" w twarz. Zwy­cię­żyć z drę­czą­cym mnie od dzie­ciń­stwa prze­są­dem, marą na jawie, któ­rej nikt nie wi­dział i nikt nie sły­szał i nikt nawet nie gło­sił, ja­ko­by do­znał "ob­ja­wie­nia".

Przez pierw­sze dni moje dwie prze­ciw­le­głe na­tu­ry "re­mi­so­wa­ły". Nie wy­nio­słem się z miesz­ka­nia, zo­sta­wia­jąc za sobą wszyst­ko, włącz­nie z kil­ku­mie­sięcz­ny­mi wspo­mnie­nia­mi, ale też nie "eks­pe­ry­men­to­wa­łem" z prze­stra­chem. Bo­wiem szcze­rze wie­rzy­łem, że ist­nia­ła moż­li­wość ist­nie­nia "tego". Co wów­czas? Jeśli ist­nie­je, mam do stra­ce­nia wszyst­ko. Jeśli nie ist­nie­je, nic się zno­wuż nie sta­nie, jeśli nie spoj­rzę za sie­bie ukrad­kiem.

My­li­łem się. Bo­wiem, jeśli uwa­żasz, że życie w domu peł­nym szkla­nych odbić i jed­no­cze­śnie uni­ka­nie ich jest ge­hen­ną, po­myśl co czuje bie­dak obłą­ka­ny, któ­re­go nie­wo­lą kaj­da­ny za­bo­bon­no­ści i wiary w "prze­czu­cie". Który przy każ­dej zmia­nie kie­run­ku swo­je­go nie­spo­koj­ne­go chodu, prze­krę­ca głowę ostroż­niej niż jakby trzy­mał w niej ukry­tą bombę, a gdy wsta­je rano, mówi na cały głos "teraz otwie­ram oczy". Jak­byś się czuł? Wo­braź to sobie, bła­gam! Po­czuj to samo, co ja czu­łem! I choć wiem, że teraz mnie nie wspo­mo­żesz, to pro­szę cie, abyś zro­bił dla mnie jedną rzecz: Nie kpij z przed­mio­tu mojej bo­jaź­ni. Wierz mi, gdy­byś zo­ba­czył "to" na wła­sne oczy, nie by­ło­by ci do śmie­chu. Choć jest to gro­te­ska, jak już sam przy­zna­łem, to pa­ła­ła wszel­kim prze­raź­li­wym wy­na­tu­rze­niem, które już nie wpra­wia w tak dobry humor jak ry­sun­ki Ja­cqu­esa Cal­lo­ta. Chi­me­ra od­zwier­cie­dla­ją­ca to wszyst­ko, przed czym strach jest zdro­wy – wszel­kie pa­skudz­twa, jakie wy­rzą­dził czło­wiek bliź­nie­mu na prze­strze­ni dzie­jów… z takim samym, peł­nym po­gar­dy i nie­zdro­wej roz­ko­szy UŚMIE­CHEM.

Dla­cze­go nie wi­dzia­łem jego twa­rzy? Czemu nie ujaw­ni­ło swego ob­li­cza? Apage, Sa­ta­nas!

 

Była noc. Zbu­dzo­ny zo­sta­łem przez ulewę. Wi­dzia­łem bły­ski. Bałem się od­sła­nia­ją­ce­go mrocz­ne za­kąt­ki domu efe­me­rycz­ne­go świa­tła, co z ła­two­ścią prze­bi­ja­ło się przez za­kle­jo­ne okna. Błysk. Grzmot. Błysk. Znowu błysk. Grzmot. Tego dnia na­tu­ra ra­cjo­na­li­sty mu­sia­ła zdo­być prze­wa­gę. Pa­trzy­łem na uno­szo­ną co chwi­la wo­al­kę ciem­no­ści i przy­glą­da­łem się bacz­nie, czy cze­goś przede mną nie ukry­wa­ła. Nic. Pusto. Wszel­kich nad­na­tu­ral­nych zja­wisk brak. Zwy­kła burza.

Za­chcia­ło mi się pić. Po­sze­dłem do kuch­ni. Lo­dów­ka. Zimna woda. Ga­zo­wa­na. Ciem­ność. Uchy­li­łem drzwicz­ki i wy­cią­gną­łem napój, o któ­rym tak przed chwi­lą ma­rzy­łem. Gdy za­mkną­łem lo­dów­kę, a byłem cały czas zgar­bio­ny i od­wró­co­ny ple­ca­mi do za­kle­jo­ne­go taśmą okna i po­now­nie za­pa­no­wa­ła cał­ko­wi­ta ciem­ność… Wtedy to usły­sza­łem. Znów ta mu­zy­ka… Co tym razem?… Za­wsze sły­sza­łem ją tylko wie­czo­rem, około szó­stej. Może nie sły­sza­łem jej w nocy, bo zwy­kle spa­łem o tej porze? Po raz ko­lej­ny zlą­kłem się od­wró­cić. Prze­szedł mnie dreszcz.

– Od­wróć się! – mówił „ra­cjo­na­li­sta”.

– Na Boga, bła­gam cię, tylko nie to – od­po­wia­dał „tchórz”. Strach. Nie­moc. Walka z samym sobą. Groź­by.

– Co mi szko­dzi? – od­rzekł po chwi­li nie­szczę­sny „tchórz”.

Od­wró­ci­łem się.

Ciem­ność. Ni­cze­go nie było. Z ulgą na­pi­łem się swo­jej wody. Gdy zimna ciecz prze­szła przez moje gar­dło, roz­legł się grzmot, któ­re­mu to­wa­rzy­szył in­ten­syw­ny błysk.

To „ono”! Uj­rza­łem je! Uśmiech­nię­te, gro­te­sko­we, ohyd­ne… Szym­pans, trzy­ma­ją­cy w ręku przed­miot, któ­re­gom nie zdą­żył zi­den­ty­fi­ko­wać.

Po raz pierw­szy przyj­rza­łem się twa­rzy. Bar­dzo do­kład­nie, nic mi nie umknę­ło.

Gdy za­pa­dła ciem­ność, z moich ust wy­do­był się ża­ło­sny krzyk. Upu­ści­łem szkla­ną bu­tel­kę i… już nic nie pa­mię­tam. Pa­dłem nie­przy­tom­ny.

„Ono” miało moją twarz.

 

 

 

Po­dob­no od­na­lazł mnie do­pie­ro zna­jo­my z któ­rym się umó­wi­łem na na­stęp­ny dzień w moim domu. Dzwo­nił do drzwi. Cze­kał, aż mu otwo­rzę przez dzie­sięć minut. Za­dzwo­nił na numer alar­mo­wy. Po­wie­dział, że mar­twi się o przy­ja­cie­la.

Zna­le­zio­no mnie nie­przy­tom­ne­go w miesz­ka­niu. Nikt nie był w sta­nie mnie ocu­cić. Ude­rzy­łem się po­ty­li­cą w kant blatu. Obu­dzi­łem się w szpi­ta­lu.

– Żad­nych po­waż­nych na­stępstw – po­cie­szał mnie le­karz. – Ma pan szczę­ście, że po takim ude­rze­niu nic się strasz­ne­go nie stało. A tak w ogóle to dla­cze­go pan upadł?

– Długa hi­sto­ria. Cze­goś się wy­stra­szy­łem.

– Ducha pan zo­ba­czył?

– A gdy­bym po­wie­dział, że tak?

Za­śmiał się. Ja rów­nież, ale bez prze­ko­na­nia. Szcze­rzy­łem się jak ste­war­des­sa.

– Niech pan nie żar­tu­je. Po­wro­tu do zdro­wia życzę – krzyk­nął na od­chod­nym.

Jako że jesz­cze w kli­ni­ce od­wie­dził mnie przy­ja­ciel, za­py­ta­łem go:

– Ktoś za­mknął drzwi?

– Boże – wzdry­gnął się. – Chyba o to nie za­dba­łem.

– Mniej­sza. W oko­li­cy jest jak na pu­sty­ni, zresz­tą nie ma tam nic war­to­ścio­we­go. Ale mam dla cie­bie proś­bę. Pójdź tam, wejdź do po­ko­ju naj­da­lej na pra­wej, je­dy­ne­go bez drzwi, i wy­cią­gnij z szu­fla­dy, na któ­rej na­pi­sa­łem „Nie­zły skur­wiel”– port­fel, do­ku­men­ty i wolno le­żą­ce ty­siąc zło­tych. Przy­nieś mi to wszyst­ko.

– Czemu nie chcesz pójść tam sam?

– Nie pytaj. Je­steś moim przy­ja­cie­lem?

– Jasne!

– To zrób to dla mnie, bła­gam!

Wy­ko­nał po­kor­nie moje po­le­ce­nie. Do tam­te­go miesz­ka­nia nigdy nie po­wró­ci­łem.

Koniec

Komentarze

Kołodzieju, wrzuciłeś strasznie dużo opków za jednym zamachem. Chyba lepiej zamieszczać jedno co jakiś czas, aby użytkownicy portalu spokojnie zapoznali się zapoznali z próbką twojej twórczości. Teraz pewnie większość czuje się przytłoczona.

Przeczytałam z największym trudem i poza tym, że opisujesz lęki prześladujące jakiegoś człowieka, niewiele zrozumiałam z opowiadania. Podczas lektury nie mogłam pozbyć się wrażenia, że wciąż opisujesz to samo, a ja, uwięziona w świecie bohatera, kręcę się w kółko, ale z tego kręcenia się nic nie wynika.

Lektury nie ułatwiało wykonanie, pozostawiające bardzo wiele do życzenia. :(

 

gdy coraz wię­cej kryło się ciem­nych za­ka­mar­ków… –> Zakamarki chyba się nie kryją, to w zakamarkach można się skryć.

 

z "bez­za­sad­no­ścią" leków na­pie­ra­ją­cych u schył­ku roku. –> Raczej: …z bezzasadnością lęków, nasilających się u schyłku roku

 

mo­gło­by się rzec. Rzecz jed­nak przed­sta­wia się ina­czej… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Kiedy cho­dzi­łem do szko­ły, zanim jesz­cze na­stał świt… –> Dlaczego chodził do szkoły przed nastaniem świtu?

 

nawet kiedy byłem już pra­wie mężem. –> Co to znaczy być prawie mężem?

 

za fi­ran­ką wpa­tru­je się na mnie… –> …zza fi­ran­ki wpa­tru­je się we mnie

 

mo­gły­by mnie wpra­wić w lęk. Ale moja za­bo­bon­na na­tu­ra bro­ni­ła się. Brała górę. Na­zbyt bałem się, że "prze­czu­cie" może mnie nie zmy­lić. Że czają się na mnie de­mo­nicz­ne siły, te­stu­ją­ce moje pro­por­cje ro­zu­mu… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne? Lekka siękoza.

 

tylko puste, po­kry­te ja­kimś sztucz­nym na­kry­ciem… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

uma­zia­ne wap­nem miesz­ka­nie bez drzwi. –> Literówka.

 

nie zda­wa­ła sobie spra­wy ze swo­jej byt­no­ści w Drze­wiec­kie­go 46/9… –> …nie zda­wa­ła sobie spra­wy ze swo­jej byt­no­ści na Drze­wiec­kie­go 46/9

 

toteż za­po­mi­na­ła o Bożym świe­cie… –> …toteż za­po­mi­na­ła o bożym świe­cie

 

Bojąc się, że "goryl" po­now­nie uka­rze się w lu­strze… –> Dlaczego goryl miałby wymierzać sobie karę w lustrze?

Pewnie miało być: Bojąc się, że "goryl" po­now­nie uka­że się w lu­strze

 

albo zu­peł­nie od­wró­co­ny do zwier­cia­dła. –> …albo zu­peł­nie od­wró­co­ny od zwier­cia­dła.

 

o zło­śli­wo­ści świa­ta Praw Mur­phy'ego… –> …o zło­śli­wo­ści świa­ta praw Mur­phy'ego

 

na­par­ła na mnie nowa groź­ba. –> W jaki sposób napiera groźba?

 

trwo­gą na­pa­wał mnie rów­nież opusz­czo­ne lokum na­prze­ciw… –> Lokum jest rodzaju nijakiego, wiec: …trwo­gą na­pa­wało mnie rów­nież opusz­czo­ne lokum na­prze­ciw

 

Na­pa­wa cię cie­peł­ko bez­pie­czeń­stwa. –> Ciepełko nie napawa, można natomiast napawać się ciepełkiem.

 

wszyst­ko zwra­ca moję uwagę… –> Literówka.

 

jaki to on nie jest za­baw­ny, in­te­li­gent­ny i przy­stoj­ny. –> Chyba miało być: …jaki to on jest za­baw­ny, in­te­li­gent­ny i przy­stoj­ny.

 

A wie pan, że nawet mi go przy­po­mi­na? –> Kto/ co mu przypomina?

 

Szu­ka­łem od­po­wie­dzi na py­ta­nie, któ­rych nie po­zwo­lo­no mi zadać. –> Albo: Szu­ka­łem od­po­wie­dzi na py­ta­nie, którego nie po­zwo­lo­no mi zadać. Albo: Szu­ka­łem od­po­wie­dzi na py­ta­nia, któ­rych nie po­zwo­lo­no mi zadać.

 

prze­świe­tla­łem jak röntgen jego ciało… –> …prze­świe­tla­łem, jak rentgen, jego ciało

Używamy pisowni spolszczonej.

 

wy­od­ręb­nio­nych z błota i mierz­wi drob­no­ustro­jów, które prze­mie­ni­ły się weń… –> Mierzwa jest rodzaju żeńskiego, a weń znaczy w niego, więc: …wy­od­ręb­nio­nych z błota i mierz­wy drob­no­ustro­jów, które prze­mie­ni­ły się w nią

 

Wo­braź to sobie, bła­gam! –> Literówka.

 

to pro­szę cie, abyś zro­bił… –> Literówka.

 

to pa­ła­ła wszel­kim prze­raź­li­wym wy­na­tu­rze­niem… –> Czy można pałać wynaturzeniem?

 

świa­tła, co z ła­two­ścią prze­bi­ja­ło się… –> …świa­tła, które z ła­two­ścią prze­bi­ja­ło się

 

Szcze­rzy­łem się jak ste­war­des­sa. –> Jak szczerzą się stewardesy?

 

Wy­ko­nał po­kor­nie moje po­le­ce­nie. –> Dlaczego wykonał pokornie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dziękuję za przeczytanie mojego opowiadania i konstruktywną krytykę. Następnym razem postaram się unikać błędów językowych i być może stworzę opowiadanie z bardziej wartką akcją. Jednak nie z każdym zastrzeżeniem się zgadzam.

Na przykład pyta Pani, jak szczerzy się stewardessa. Otóż stewardessy słyną ze sztucznego i wymuszonego uśmiechu. Nie jest to ponadto krzywdzący stereotyp, w przeciwieństwie do częstego skądinąd porównania “kląć jak szewc”.

Poza tym, pisząc to opowiadanie i uwzględniając, że jego akcja ma miejsce w przyszłości, postanowiłem pofolgować sobie językowo – stąd niektóre germanizmy, lekko zmieniona pisownia, nieistniejące bądź przestarzałe konstrukcje gramatyczne oraz neologizmy jak “umaziane” czy “zawęglone”.

W zdaniu o przemienianiu się “weń” była mowa o przemienianiu się w TEGO człowieka z mierzwi i błota, nie na odwrót. Chyba człowiek nie przemienił się w błoto (nie wiem, gdzie uczyła się Pani o ewolucjonizmie, ale na pewno od ludzi o oryginalnych poglądach).

Skryć się, według słownika PWN, oznacza zostać zasłoniętym przez coś. Zdaje mi się, że niektóre rzeczy mogą zostać zasłonięte przez inne.

Dlaczego wykonał polecenie pokornie? Ponownie przytoczę definicję słownika PWN: “Pokora – uniżona postawa wobec kogoś”, “Uniżony – przesadnie uprzejmy, układny, uległy”.

Niemniej dziękuję za czujność i dociekliwość, a błędy poprawię. Zachęcam do zapoznania się z innymi opowiadaniami mojego autorstwa.

Kolodzieju, na tym portalu nie ma pań, ani panów. Wszyscy jesteśmy na ty. ;)

 

Na przy­kład pyta Pani, jak szcze­rzy się ste­war­des­sa. Otóż ste­war­des­sy słyną ze sztucz­ne­go i wy­mu­szo­ne­go uśmie­chu.

Kolodzieju, wiem jak sztucznie wygląda zawodowy, wymuszony uśmiech, wiem też, że od stewardesy każdy oczekuje uśmiechu, ale określenie szczerzyłem się jak stewardesa, uważam za przesadzone. One przecież nie szczerzą się jak przysłowiowy głupi do sera, nie pokazują w uśmiechu wszystkich zębów.

 

Poza tym, pi­sząc to opo­wia­da­nie i uwzględ­nia­jąc, że jego akcja ma miej­sce w przy­szło­ści, po­sta­no­wi­łem po­fol­go­wać sobie ję­zy­ko­wo…

No i pofolgowałeś sobie, bo takie jest prawo autora, tyle że skutkiem tego zabiegu nie wszystkie zdania okazały się na tyle jasne, abym stykając się z tekstem nieznanego twórcy, za każdym razem potrafiła odgadnąć, jakie intencje nim kierowały.

Jednakowoż chciałabym, Kolodzieju, abyś wiedział, że moje uwagi to tylko i wyłącznie propozycje/ sugestie. To jest Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, to opowiadanie wydało mi się ciekawsze i lepiej napisane niż “Twarz w oknie”. Styl jest bardziej precyzyjny i właśnie dlatego nawet bardziej kojarzy się z Grabińskim. A nie jest łatwo pisać o czymś tak abstrakcyjnym jak lęk, i to nie wiadomo przed czym. Jedynie bezzasadne wydało mi się umieszczenie akcji w przyszłości, nie wiem, czemu to miało służyć.

Na początku masz tam chyba literówkę “leków” zamiast lęków, a akurat różnica między tymi słowami jest dość znaczna.

Nowa Fantastyka