- Opowiadanie: kolodziej3012 - Twarz w oknie

Twarz w oknie

Opo­wia­da­nie in­spi­ro­wa­ne twór­czo­ścią Ste­fa­na Gra­biń­skie­go; pi­sząc je, pró­bo­wa­łem na­śla­do­wać jego styl.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Twarz w oknie

Twarz w oknie

Jego ro­dzi­ce zgi­nę­li w wy­pad­ku ko­le­jo­wym. A po­nie­waż skoń­czył nie­daw­no lat dwa­dzie­ścia pięć i jako osob­nik nie­zwy­kle uzdol­nio­ny roz­po­czął owoc­ną pracę na­uko­wą, po­sta­no­wił usa­mo­dziel­nić się i za­miesz­kać na stałe w miej­scu od­le­głym od ro­dzin­ne­go mia­sta – naj­chęt­niej w skrom­nej, idyl­licz­nej wsi.

Jan Ra­zu­ta my­ślał w owym cza­sie wy­jąt­ko­wo in­ten­syw­nie o pa­rap­sy­cho­lo­gii: dzie­dzi­nie, w któ­rej nie był eks­per­tem, jed­nak­że mocno in­te­re­so­wa­ło go za­gad­nie­nie róż­nych oso­bli­wych przy­pad­ków ludzi, któ­rzy mieli wizje po­prze­dza­ją­ce tra­gicz­ne zda­rze­nia – w wi­zjach tych ujaw­niać się miało zaj­ście przy­szłe, któ­re­go jed­nak naj­czę­ściej nie można było unik­nąć. Są­dził, że sam tak nie­raz ma i że jest to nie­wąt­pli­wie zdol­ność pa­rap­sy­chicz­na.

Wie­rzył rów­nież, że nic nie jest przy­pad­ko­we; że choć­by i chi­me­ry z po­zo­ru nie­ma­ją­ce w pływu na los czło­wie­ka, są jakby wska­zów­ka­mi – we­wnętrz­nym, nie­za­wod­nym gło­sem, który wabi w od­po­wied­nie miej­sca o od­po­wied­nich po­rach.

Był czło­wie­kiem mło­dym i pro­sto­dusz­nych prze­ko­nań pełen, toteż za­smu­cił się, a nawet prze­ra­ził, wpro­wa­dziw­szy się do no­we­go miesz­ka­nia – od­py­cha­ją­ce­go, mrocz­ne­go i w całej swo­jej brzy­do­cie nader oso­bli­we­go. At­mos­fe­ra w oko­li­cy zda­wa­ła się nie lep­szą, mia­stecz­ko to bo­wiem po­ro­śnię­te było wszę­dzie ro­ślin­no­ścią rów­nie nie­przy­jem­ną w swo­jej fi­zjo­gno­mii, rzekł­byś: zło­wiesz­czą; drze­wa rosły tak zwar­cie, że zna­la­zł­szy się po­śród nich ledwo dało się do­strzec słoń­ce w jasny letni dzień, a wy­do­staw­szy się wresz­cie z gąsz­czu lasu, nie spo­sób wyj­rzeć było poza ko­ro­ny tych wid­mo­wych ro­ślin. Lu­dzie po­dob­nie: jak tylko prze­mknął mu przed oczy­ma jeden z nie­licz­nych miesz­kań­ców mia­stecz­ka, naj­czę­ściej le­ci­wy męż­czy­zna o obliczu zbója, na­tych­miast ob­da­ro­wy­wał go opry­skli­wym chrząk­nię­ciem i nie­mi­łym spoj­rze­niem, a w naj­lep­szym wy­pad­ku od­wra­cał twarz, sło­wem się nie od­zy­wa­jąc.

„Mu­siał mieć zły dzień, bie­dak – my­ślał nie­raz do­bro­dusz­nie Ra­zu­ta. – Nie jest prze­cież chyba taki na co dzień.”

Ra­zu­ta po opusz­cze­niu domu ro­dzin­ne­go li­czył na ode­rwa­nie się od do­tych­cza­so­we­go śro­do­wi­ska; chciał trwać wię­cej w sa­mot­no­ści, ale nie pra­gnął wcale, ażeby zło­wro­go ja­wią­ca się pu­stać na­pa­wa­ła go aż taką bo­jaź­nią.

„Naj­bar­dziej w tym wszyst­kim prze­ra­ża­ją­ce jest to – my­ślał – że wszyst­ko to jawi się tak dzi­wacz­nie zna­jo­me… jakby jako świa­dec­two ja­kichś za­mierz­chłych dni. Nie tkwi tu żadne nowe nie­bez­pie­czeń­stwo lecz coś, z czym stycz­ność mia­łem dawno temu… Kie­dym był chłop­cem mło­dym i mie­wa­łem na­pa­dy lęku – rzekł­byś: lęku eg­zy­sten­cjal­ne­go – kie­dym bał się pa­nicz­nie cze­goś „nie­na­zwa­ne­go”; cze­goś, czego wy­obra­zić sobie nie spo­sób dla­te­go, iż prze­ra­sta ludz­kie wy­obra­że­nie. Czuję, jak­bym już dawno kie­dyś tu był; nie nawet w dzie­ciń­stwie… Choć to śmiesz­ne, zdaje się, że już łono matki zda­wa­ło mi się taką jak to mia­stecz­ko mrocz­ną pu­sta­cią. Może od­czu­cie to stra­chu mia­łem już w Ory­ge­ne­so­wym świe­cie pre­eg­zy­sten­cji dusz, ja­kiejś przed­wiecz­nej ge­hen­nie, z któ­rej wy­ba­wie­niem był ten jasny i ko­lo­ro­wy glob.”

Cicha oko­li­ca miała jed­nak pewne za­le­ty: Ra­zu­ta mógł – przy­naj­mniej za dnia – pro­wa­dzić spo­koj­ny i sku­pio­ny w swoim ob­skur­nym miesz­kan­ku ba­da­nia przy­rod­ni­cze i pisać na­uko­we ar­ty­ku­ły. Jed­nak po dniu całym naj­dłuż­szej nawet pracy mu­siał wal­czyć z nudą. Cier­piał bo­wiem na bez­sen­ność, co re­zul­ta­tem być mogła nie­daw­nej śmier­ci jego ro­dzi­ców i wszel­kich na­pięć wy­ni­ka­ją­cych z tego wy­da­rze­nia. Łaził tedy po miesz­ka­niu w tę i z po­wro­tem, my­śląc nie wia­do­mo o czym, co chwi­la sia­da­jąc na je­dy­nym w miesz­ka­niu fo­te­lu, aż wresz­cie po go­dzi­nach kilku za­sy­piał.

Gdy jed­nak nie­moż­ność za­śnię­cia była więk­sza niż zwy­kle, roz­glą­dał się znu­dzo­ny po oko­li­cy, z rzad­ka do­strze­ga­jąc jakiś in­te­re­su­ją­cy dla przy­rod­ni­ka obiekt badań – pu­cha­cza, dziką bądź prze­bie­ga­ją­ce­go gdzieś ukrad­kiem lisa. Widok miał rów­nież na ludz­kie sa­dy­by, w tych jed­nak nigdy nie można było do­strzec ni­cze­go zgoła cie­ka­we­go.

I po pew­nym cza­sie zo­ba­czył to po raz pierw­szy – świa­tło za­pa­lo­ne w jed­nym z okien. Znać miesz­kał tam ktoś, kto pro­wa­dził nocny tryb życia; jed­nak ta­jem­ni­cza ta osoba w pierw­szych dniach nie po­ja­wia­ła się w oknie.

Okno to znaj­do­wa­ło się da­le­ko, jed­nak nie w od­le­gło­ści „bez­piecz­nej” – kto­kol­wiek tam się znaj­do­wał, mógł przy­biec do Ra­zu­ty w prze­szło mi­nu­tę. Mie­ści­ło się na tro­chę niż­szym po­zio­mie niż „sta­no­wi­sko ob­ser­wa­cyj­ne” Ra­zu­ty, ten bo­wiem miesz­kał w domu dwu­pię­tro­wym, a ów ta­jem­ni­czy nocny marek przy samym pod­ło­żu.

Zrazu Jan nie prze­ląkł się tak mocno; nie zwra­cał nawet na to uwagi, wsze­la­ko po dniach kilku okno, które wy­bi­ja­ło się tak wy­raź­nie na tle ogar­nia­ją­cej wszyst­ko ciem­no­ści, jęło przy­ku­wać jego wzrok. Aż wresz­cie – uj­rzał: rzu­ciw­szy ledwo okiem na ta­jem­ni­czy obe­rluft, do­strzegł czy­jąś twarz. Była to twarz męż­czy­zny wy­jąt­ko­wo szka­rad­ne­go, o spoj­rze­niu obłą­kań­ca – spoj­rze­niu skie­ro­wa­nym w stro­nę Ra­zu­ty.

Jako że prze­ra­zi­ły go szpet­na twarz i, zda się, nie­zdro­we za­in­te­re­so­wa­nie ży­ciem są­sia­dów, na­tych­miast od­wró­cił od niego wzrok i scho­wał się gdzieś w są­sied­nim po­ko­ju. Tam pa­mięć o owym dzi­wacz­nym wi­do­ku nie da­wa­ła mu spo­ko­ju, prze­to jął me­dy­to­wać nad tym, o co ta­jem­ni­cze­mu nie­zna­jo­me­mu mogło cho­dzić.

„Nikt o zdro­wych zmy­słach nie pa­trzy się takim wzro­kiem na co­kol­wiek!”

Istot­nie, wyraz oczu gapia był za­sta­na­wia­ją­cy, po­dob­nie jak jego uśmiech, co od­sła­niał szpe­cą­cy i tak nie­pięk­ne­go męż­czy­znę kieł.

„W dol­nym pra­wym rogu ust – my­ślał – miał taki dzi­wacz­ny, wiel­ki ząb. Wra­stał mu prak­tycz­nie w górną wargę. Co za szka­ra­dzień­stwo… A może się prze­wi­dzia­łem. Zer­k­nę po­wtór­nie!”

Tak też zro­bił. Jed­nak żad­nej ta­jem­ni­czej po­sta­ci już tam nie było. Zni­kła – widać było jeno za­pa­lo­ną w po­ko­ju lampę i naj­zwy­czaj­niej­sze w świe­cie ume­blo­wa­nie. Przez kilka na­stęp­nych nocy świa­tło w owym oknie nie było za­pa­lo­ne.

***

Po prze­szło ty­go­dniu zbu­dził się o go­dzi­nie trze­ciej nad ranem po tym, jak po­ło­żył się w po­łu­dnie, zmę­czo­ny po ko­lej­nej bez­sen­nej nocy. Świa­tło w ta­jem­ni­czym oknie było zga­szo­ne, wsze­la­ko tuż obok oświe­tlo­nej księ­ży­cem sa­dy­by, po­śród chasz­czy i po­kracz­nych drzew, stała męska syl­wet­ka – syl­wet­ka męż­czy­zny z roz­wi­chrzo­ny­mi jak u sza­leń­ca wło­sa­mi, który trwał sztyw­no, jakby na war­cie, i zda­wał się pa­trzyć z upo­rczy­wo­ścią ma­nia­ka na dom Ra­zu­ty – choć oczu jego widać nie było. Ra­zu­ta nie miał wąt­pli­wo­ści: osob­nik ten był tym samym, który nie dalej jak przed dwoma ty­go­dnia­mi ob­ser­wo­wał go z okna owego miesz­ka­nia.

Prze­tarł oczy, żeby upew­nić się, czy aby nie mylą go zbu­dzo­ne przed mo­men­tem i zmę­czo­ne oczy – ta­jem­ni­czy je­go­mość wciąż pa­trzał, wsze­la­ko po chwi­li, snadź uj­rzaw­szy Ra­zu­tę, ukrył się w krza­kach.

Nie mógł tej nocy zmru­żyć oka. Z domu bał się wy­cho­dzić i prze­to po­zo­stać mu­siał tam do­pó­ty, do­pó­ki nie minie – bądź co bądź nie­ra­cjo­nal­ny – lęk.

Na­za­jutrz, jak tylko się roz­ja­śni­ło, wy­szedł nie­wy­spa­ny i ze­stre­so­wa­ny, sił pra­wie po­zba­wio­ny, i ru­szył w stro­nę po­bli­skie­go je­zio­ra. Było wów­czas bar­dzo wcze­śnie. Niebo całe przy­kry­wa­ły zło­wiesz­czo ja­wią­ce się chmu­ry, ob­kła­da­jąc zie­mię cmen­tar­ną aurą.

Przy brze­gu je­zio­ra do­strzegł plecy ja­kie­goś do­ro­słe­go czło­wie­ka, który z me­lan­cho­lią ob­ser­wo­wał je­zio­ro – ni­ko­go oprócz ich dwóch tam nie było. Po chwi­li strój owego osob­ni­ka jął mu się z czymś ko­ja­rzyć, po­dob­nie jak po­kracz­na syl­wet­ka i roz­wi­chrzo­ne włosy.

Pod­szedł­szy doń bli­żej, tar­ga­ny im­pe­ra­ty­wem im­pul­su, a przy tym nie­bę­dą­cy w pełni władz umy­słu z po­wo­du bez­sen­no­ści, szarp­nął je­go­mo­ścia za ramię i wy­krzy­ku­jąc blu­zgi, kazał wy­znać wszel­kie nie­cne za­mia­ry. Sto­ją­cy spo­koj­nie do tej pory przy brze­gu męż­czy­zna, ob­ró­ciw­szy twarz w stro­nę Ra­zu­chy, uka­zał mu ob­li­cze zmie­sza­ne, pełne prze­ra­że­nia – ob­li­cze zu­peł­nie różne od wczo­raj­sze­go pod­glą­da­cza.

– Panie, co pan?! – pytał nie­zna­jo­my.

– Wy­bacz pan – od­rzekł za­wsty­dzo­ny Ra­zu­ta. – Po­my­li­łem z kimś pana. To ze zmę­cze­nia. – I scho­wał twarz w dło­niach.

Nie mi­nę­ła mi­nu­ta, zanim męż­czy­zna, któ­re­go za­cze­pił Ra­zu­ta, znikł w gąsz­czu lasu i po­szedł do mia­sta. Nie po­zo­sta­jąc przy je­zio­rze zbyt długo, Ra­zu­ta po­wró­cił do domu i tam leżał dzień cały na swej sofie. Nie sta­rał się za­snąć ani od­po­cząć; nie miał za­mia­ru brać się za pracę na­uko­wą – po pro­stu trwał tak bez­myśl­nie, nie wie­dząc, co ze sobą czy­nić.

Wresz­cie coś przy­szło mu do głowy – myśl, która ja­wi­ła się sza­lo­ną, ale widocznie tylko po­zor­nie: po­sta­no­wił pójść do tam­te­go miesz­ka­nia i po­roz­ma­wiać z pod­glą­da­czem.

Chciał jed­nak wprzó­dy ro­zej­rzeć się wokół domu. Pier­wej pa­trzał z da­le­ka, potem pod­cho­dził bli­żej, aż za­szedł wresz­cie do chasz­czy, które ota­cza­ły sa­dy­bę. Na wy­pa­dek jakby się ktoś go za­py­tał, co tam robi, przy­go­to­wał od­po­wiedź, że po pro­stu za­in­te­re­so­wa­ła go tam­tej­sza oso­bli­wa ro­ślin­ność. Poza tym nie są­dził, żeby kto­kol­wiek go po­dej­rze­wał o coś nie­cne­go, nie miał bo­wiem twa­rzy oprysz­ka, w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści miej­sco­wych. Zresz­tą – co można by chcieć ukraść z ta­kie­go jak tam­ten wy­nisz­czo­ne­go domu?

Z każ­dym kro­kiem na­ra­stał w nim nie­ra­cjo­nal­ny lek, jakby nie wi­dział był zwy­kłe­go pod­glą­da­cza, któ­re­mu najpewniej nu­dzi­ło się w tej po­zba­wio­nej wszel­kie­go uroku miej­sco­wo­ści, ale be­stię, która w każ­dej chwi­li mo­gła­by roz­szar­pać go na strzę­py. Za­trzy­mał się prze­to ja­kieś dwa­dzie­ścia me­trów od drzwi wej­ścio­wych i stał tak prze­szło mi­nu­tę jak słup soli, po chwi­li jed­nak, nie chcąc zwra­cać na sie­bie zbyt­niej uwagi, scho­wał się jak szpieg za sto­ją­cym obok niego krze­wem i stam­tąd wy­glą­dał w je­dy­nym po tam­tej stro­nie domu oknie syl­wet­ki ja­kie­goś czło­wie­ka lub cze­go­kol­wiek, co przy­kuć mogło uwagę bądź dać ja­kieś wska­zów­ki co do toż­sa­mo­ści je­go­mo­ścia.

Jak po­dej­rze­wał, ktoś go za­cze­pił. Była to o dziwo młoda ko­bie­ta, która szła aku­rat drogą, od­dzie­la­ją­cą miesz­ka­nie Ra­zu­ty od tego, które ów wła­śnie ob­ser­wo­wał. Wi­dząc sku­lo­ne­go za gę­sty­mi za­ro­śla­mi męż­czy­znę ob­ser­wu­ją­ce­go bacz­nie czy­jeś miesz­ka­nie, zrazu się zdzi­wi­ła, po­sta­no­wi­ła jed­nak za­gab­nąć przy­jem­nym gło­sem:

– A pan co tu robi?

– Ja… – mówił nie­pew­nie, ob­ró­ciw­szy się w jej stro­nę i wy­szedł­szy z owej gę­stwy. Na­tych­miast przy­po­mniał sobie o wy­mów­ce, którą spe­cjal­nie na tę oka­zję uło­żył w gło­wie. – Pa­trzę tylko na te ro­ślin­ki. Je­stem bio­lo­giem. Widok bia­ło­gło­wej przy­niósł mu ra­dość i dziw­ną ulgę. Jej nie­brzyd­ka kom­plek­sja i po­zor­nie miłe uspo­so­bie­nie sta­no­wi­ły przy­jem­ną od­mia­nę.

– Cóż… Nic to. Zda­wa­ło mi się jeno, że pa­trzał pan na to miesz­ka­nie, ale skoro mówi ina­czej. – Trud­no było wy­czuć, czy w gło­sie swym skry­wa­ła szy­der­stwo, czy rze­czy­wi­ście dała wiarę wy­ja­śnie­niom Ra­zu­ty; zda­wa­ła się cał­ko­wi­cie szcze­rą, jed­nak to, w jaki spo­sób za­cho­wy­wał się Ra­zu­ta, nie po­zwo­li­ło­by żad­ne­mu czło­wie­ko­wi o zdro­wym roz­sąd­ku mu wie­rzyć – nie umiał kła­mać.

– Czemu zatem tak pani się prze­ję­ła – dodał z za­cie­ka­wie­niem, pod­szedł­szy do niej na od­le­głość kilku kro­ków. – Pod­glą­da­nie są­sia­dów to ow­szem, nie­przy­jem­ny zwy­czaj, ale oba­wiam się, że wiele osób w tej miej­sco­wo­ści jest win­ny­mi tego prze­wi­nie­nia.

– Och! – Uśmiech­nę­ła się roz­kosz­nie. – Sama temu je­stem winną. Wi­du­ję cza­sem nawet pana w oknie.

– Tak?

– Ow­szem. Wiem, że jest pan tu za­miej­sco­wym – po­zna­łam po pana twa­rzy. Ta­kiej ład­nej nie ma w tym mia­stecz­ku. A wie pan, ja nor­mal­na ko­bie­ta, to chcia­łam po­pa­trzyć na nie­brzyd­kie­go męż­czy­znę. Miesz­kam nie­da­le­ko – o tam. – I wska­za­ła dom od­le­gły ja­kieś dwie­ście jar­dów od sie­dzi­by Ra­zu­ty, znaj­du­ją­cy się po tej samej stro­nie ulicy, co miesz­ka­nie, któ­re­mu ten wła­śnie się przy­glą­dał.

Ra­zu­ta po­czuł dziw­ny po­ciąg do tej ko­bie­ty, choć zrazu nie urze­kła go ona swoją bądź co bądź przy­jem­ną urodą. Zda­wa­ło mu się, że on – jako je­dy­ny na­dob­ny męż­czy­zna w oko­li­cy – mógł­by ura­to­wać ją od tłusz­czy nie­przy­jem­nych star­ców i… pod­glą­da­czy z dziw­nym kłem. Nie wi­dział się nawet w roli ko­chan­ka, ale brata, taką bo­wiem po­czuł do niej więź – je­dy­nej, która oprócz niego nie była w oko­li­cy od­ra­ża­ją­cą.

– Czemu zatem mnie to tak prze­ję­ło – za­czę­ła znów ko­bie­ta. – Oprócz tego, że cza­je­nie się jak zbój przy za­ro­ślach i pod­glą­da­nie w ten spo­sób są­sia­dów wy­da­je mi się prze­sa­dą, to miesz­ka­nie, przy któ­rym pan stał, nie­po­koi mnie szcze­gól­nie.

Zrazu chciał za­py­tać, czemu i ona od­nio­sła takie wy­ra­że­nie – czyż­by i ją pod­glą­da­no? – ale po­sta­no­wił nie drą­żyć te­ma­tu i rzekł:

– Jan Ra­zu­ta. – Wy­cią­gnął rękę. – Miło mi.

– Mnie także. – Dama wy­cią­gnę­ła dłoń do po­ca­łun­ku. – Anna Sło­wac­ka. – Za­pew­ne jesz­cze nie­raz się spo­tka­my, zatem bę­dzie­my mieć oka­zję, ażeby po­roz­ma­wiać.

I tak cie­pło się z nią po­że­gnał; ta zaś po­szła swoją drogą – za­pew­ne nad je­zio­ro, ażeby od­po­cząć. Gdy nad­szedł wie­czór, Ra­zu­ta po­sta­no­wił pójść do czło­wie­ka z kłem i po­roz­ma­wiać z nim jak z bli­skim są­sia­dem. Ru­szył tedy dziar­sko do drzwi wej­ścio­wych jego miesz­ka­nia, ale na miej­scu na­szło go zwąt­pie­nie. Bał się pukać i do­strzec jego twarz po­now­nie – wpa­trzo­ną weń tak sza­leń­czo jak wów­czas…

Nagle do­strzegł ja­kieś urzą­dze­nie – do­mo­fon. Dość było to dziw­ne jak na tak za­pa­dłe mia­stecz­ko, ale nie nie­moż­li­we, toteż bez wa­ha­nia za­dzwo­nił.

Ktoś ode­brał. Nie ode­zwał się. Tak samo Ra­zu­ta. Czuł od­dech. Gło­śny od­dech. Na­pa­wał go prze­ra­że­niem. Cze­ka­jąc na pierw­sze jego słowo, od­ru­cho­wo zer­k­nął na lewo – na dom są­sied­ni, po tej samej stro­nie ulicy – i do­strzegł okno, znaj­du­ją­ce się u boku bu­dyn­ku. Było w nim za­pa­lo­ne świa­tło. Do­strzegł ja­kie­goś męż­czy­znę – to był on. Czło­wiek z kłem. Pa­trzał ma­niac­ko na sto­ją­ce­go jak słup soli Ra­zu­tę. Kto jed­nak ode­brał do­mo­fon?

– Słu­cham? – ode­zwał się ktoś gło­sem star­ca.

– Tu są­siad.

Zer­k­nął po­now­nie w okno, ale tym razem ni­ko­go tam nie do­strzegł. Oka­za­ło się, że w domu tym miesz­kał jakiś stary ast­ma­tyk, który zrazu tchu nie mógł zła­pać, ażeby ode­zwać się w słu­chaw­ce. Roz­ma­wiał z Ra­zu­tą i za­prze­czył, ja­ko­by prze­by­wał tu kie­dy­kol­wiek męż­czy­zna o cha­rak­te­ry­stycz­nym uzę­bie­niu.

„Zatem się po­my­li­łem – po­my­slał Ra­zu­ta. – Wszyst­ko mi się prze­wi­dzia­ło. To roz­stro­je­nie, na pewno. Je­stem prze­mę­czo­ny.”

Potem jesz­cze pra­wi­li parę chwil o miej­sco­wo­ści i o tym, jak dziw­nie wpły­wa ona na jej miesz­kań­ców – snadź, mó­wiąc o jej zgub­nym od­dzia­ły­wa­niu, chciał Ra­zu­ta uspra­wie­dli­wić swe nie­co­dzien­ne za­cho­wa­nie.

– Nie sądzi są­siad, że dziw­na jest ta miej­sco­wość? Nie­daw­no się tu wpro­wa­dzi­łem i od­no­szę wra­że­nie, że od­dzia­łu­je ona w nader oso­bli­wy spo­sób na ludzi prze­by­wa­ją­cych w niej. Sądzę, że jeśli dłu­żej tu po­bę­dę, pew­ni­kiem osza­le­ję.

– Hę?! – jęk­nął sta­rzec, po­ka­zu­jąc ge­stem ręki, że nie do­sły­szał.

– Nic – od­po­wie­dział Ra­zu­ta z re­zy­gna­cją, wpra­wia­jąc star­ca w jesz­cze więk­sza kon­ster­na­cję, po chwi­li jed­nak mówił dalej, jakby do sie­bie: – Po pro­stu dziw­nie się tu czuję. Boję się cze­goś… kogoś… sam nie wiem. Jakby za wo­al­ką tego, co poj­mu­ję jako rze­czy­wi­stość, kryła się rzecz zło­wro­ga – ta­jem­ni­ca, któ­rej bo­daj­by nie od­krył żaden ze śmier­tel­ni­ków.

– Nie po­win­no pana tu być – ozwał się ta­jem­ni­czo stary męż­czy­zna. – To miej­sce żyje wła­snym ży­ciem; my, miesz­kań­cy, sta­no­wi­my jakby jed­ność. Za­miej­sco­wi zwy­kle wy­ple­nia­ją z miejsc, które na­wie­dza­ją, wszyst­ko co dobre i spo­koj­ne, a za­miast tego in­du­ku­ją wszel­kie pa­skudz­two, hu­lan­ki i roz­pu­stę. Wy mło­dzi… wam tylko za­ba­wa w gło­wie. A bodaj by was czort do­padł – całe po­ko­le­nie tych wsze­tecz­ni­ków. To nasza miej­sco­wość i nie chce­my tu ni­ko­go. Ni­ko­go. My­ślisz pan, że czemu tu wszy­scy je­ste­śmy tacy…

– Pan wy­ba­czy, ale ja nie je­stem…

– Je­steś, je­steś. Wszy­scy tym na­sią­ka­cie. Lu­dzie na­sią­ka­ją.

Opu­ścił szyb­ko owo miesz­ka­nie, bo­wiem sta­rzec wy­da­wał mu się pra­wie rów­nie od­ra­ża­ją­cym, co ta­jem­ni­czy pod­glą­dacz, a w każ­dym razie jak resz­ta miesz­kań­ców mia­stecz­ka. Jego twarz przy­wo­dzi­ła mu na myśl maskę śmier­ci szkar­łat­nej z opo­wia­da­nia Ed­ga­ra Al­la­na Poe; oprócz tego, że była szka­rad­na, to jesz­cze zga­słe, wle­pio­ne w Ra­zu­tę spoj­rze­nie, co zda­wa­ło się na­le­żeć do osob­ni­ka po­zba­wio­ne­go wszel­kich ludz­kich emo­cji, na­pa­wa­ło prze­ra­że­niem.

I tym razem pra­wie nie spał; zdrzem­nął się dwa razy na nie dłu­żej niż go­dzi­nę, a gdy zmru­żył oczy po­now­nie, na­stał ranek.

Był po­zba­wio­ny wszel­kich sił na za­ję­cia in­te­lek­tu­al­ne, tedy po­szedł szu­kać ko­bie­ty, którą wi­dział dnia po­przed­nie­go. Jako że wska­za­ła mu swoje miesz­ka­nie, po­szedł ja tam od­wie­dzić. Ni­ko­go jed­nak nie było.

Chciał ostrzec ją, ażeby nie prze­by­wa­ła w tym mia­stecz­ku zbyt długo, al­bo­wiem zro­dzi­ły się już w jego gło­wie po­dej­rze­nia co pew­nych fak­tów, mię­dzy in­ny­mi przy­czy­ny wy­róż­nia­ją­cych się fi­zjo­gno­mii więk­szo­ści tu­ziem­ców oraz źró­dła za­bu­rze­nia wła­snej rów­no­wa­gi emo­cjo­nal­nej – które to miało być zwią­za­ne z ja­kimś oso­bli­wym, ete­rycz­nym wpły­wem śro­do­wi­ska, jakie pa­no­wa­ło w miej­sco­wo­ści.

Nie zna­lazł jej jed­nak przez na­stęp­nych kilka dni. Zrazu nie­po­ko­iło go to, po chwi­li jed­nak uznał, że po­dej­rze­wa­nie cze­go­kol­wiek złego w tak nie­po­zor­nej sy­tu­acji jest ko­lej­nym prze­ja­wem jego prze­sąd­no­ści i że na­le­ży jak naj­szyb­ciej prze­stać się za­mar­twiać, choć­by wbrew wła­sne­mu prze­czu­ciu czy też ja­kie­muś nie­okre­ślo­ne­mu, nie­ustan­nie na­po­mi­na­ją­ce­mu gło­so­wi wnę­trza.

Cią­głe tłu­mie­nie we­wnętrz­nych lęków gło­sem roz­sąd­ku po­czę­ło przy­no­sić pewne re­zul­ta­ty; nie­po­kój nie za­kłó­cał snu już tak mocno jak nie­gdyś, wsze­la­ko Ra­zu­ta wciąż nie wy­sy­piał się zbyt do­brze. Rze­czą szcze­gól­nie dziw­ną było to, że po raz pierw­szy od ja­kie­goś czasu – bo­daj­że od cza­sów dzie­ciń­stwa – za­czął mie­wać kosz­ma­ry: śniło mu się mia­no­wi­cie, że budzi się nad ran­kiem tak jak zwy­kle, jed­nak nie bu­dził go świer­got ptaka ani nic zgoła przy­jem­ne­go, a wście­kłe ło­mo­ta­nie do drzwi – jakby miesz­ka­nie jego sztur­mo­wa­ne było przez stado wście­kłych be­stii. „Bu­dził się” prze­lęk­nio­ny i pod­cho­dził do swych po­dwoi i na­słu­chi­wał z wy­tę­że­niem wście­kłe­go dud­nie­nia. Są­dził, że tuż za pro­giem czyha nań be­stia go­to­wa go za­mę­czyć i zmiaż­dżyć, jed­nak­że są­dził, iż mógł­by choć­by spró­bo­wać prze­go­nić je wście­kłym okrzy­kiem. Jął zatem otwie­rać usta, tak jakby miał zaraz wrza­snąć, lecz wbrew wy­sił­ko­wi z ust nie wy­do­by­wał się naj­słab­szy dźwięk – a be­stia wciąż się do­bi­ja­ła. Po chwi­li, gdy wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że nie­bez­pie­czeń­stwo jest bli­skie, za­wia­sy zda­wa­ły się wy­ła­my­wać, a brama nie wy­trzy­my­wać pod na­po­rem nie­przy­ja­cie­la – zbu­dził się. A przy­naj­mniej tak mu się wy­da­wa­ło. Scena wy­glą­da­ła do­kład­nie tak jak przed­tem – zbu­dził się jak co ranka we wła­snym miesz­ka­niu, sły­chać było mia­ro­we gło­śne ko­ła­ta­nie i tak samo jak przed chwi­lą pod­szedł, ażeby prze­go­nić in­tru­za – na nic.

Se­kwen­cja ta po­wta­rza­ła się wie­lo­krot­nie, aż wresz­cie Ra­zu­ta zbu­dził się na dobre, nie mając wąt­pli­wo­ści, że znaj­du­je się w rze­czy­wi­sto­ści, nie zaś świe­cie sen­nych mar – zda­wał sobie jed­no­cze­śnie spra­wę, że tak samo był prze­ko­na­ny o praw­dzi­wo­ści po­przed­nich ilu­zji, które na­wie­dzi­ły go we śnie.

Potem jął go tra­pić pro­ble­mat źró­dła ta­kich snów; stwier­dził z prze­ko­na­niem, że wszyst­ko to jest re­zul­ta­tem lęków przed osła­wio­nym „pod­glą­da­czem” – czy jed­nak sam nie stwier­dził był, iż sam ów „pod­glą­dacz” jest jeno chi­me­rą umy­słu prze­mę­czo­ne­go od pracy in­te­lek­tu­al­nej i tra­gicz­nych wy­da­rzeń oso­bi­stych?

Nie wie­dział, jak to wszyst­ko wy­ja­śnić. I choć zda­wał sobie spra­wę, że inny czło­wiek wcale nie czuł­by po­trze­by wy­ja­śnia­nia cze­goś ta­kie­go, on nie­ustan­nie za­drę­czał się tym wszyst­kim – efe­me­rycz­ną zna­jo­mo­ścią z wy­jąt­ko­wą na tle tu­ziem­ców damą, „pod­glą­da­czem”, oso­bli­wy­mi miesz­kań­ca­mi, na­pa­wa­ją­cy­mi nie­da­ją­cym się wy­ja­śnić lę­kiem, i za­gad­nie­niem nie­zwy­kło­ści w ogóle. Czy ja­kie­kol­wiek rze­czy zda­rza­ją się „przy­pad­kiem”? Czy może ktoś dba o to, ażeby wszyst­ko w tym świe­cie za­wsze zna­la­zło się we wła­ści­wym miej­scu i o wła­ści­wej porze – tak jak ów zwid, który prze­miesz­czał się z miesz­ka­nia do miesz­ka­nia tylko po to, by zwa­bić Ra­zu­tę: wprzó­dy do mło­dej, pięk­nej ko­bie­ty, póź­niej zaś do enig­ma­tycz­ne­go star­ca, wy­gła­sza­ją­ce­go smęt­ne ka­za­nie?

Po dniach kilku udało mu się zwal­czyć zmorę mrocz­nych roz­my­ślań; sku­pił się wresz­cie na ba­da­niach na­uko­wych i roz­ryw­ce in­te­lek­tu­al­nej. Z miesz­ka­nia wy­cho­dził coraz rza­dziej.

Kiedy cał­ko­wi­cie po­grą­żył się w nauce i stwier­dził, że na­le­ży wy­na­gro­dzić sa­mo­dy­scy­pli­nę i wy­trwa­łość w pracy, po­sta­no­wił pier­wej wy­słać pracę do wy­daw­nic­twa na­uko­we­go, a na­stęp­nie urzą­dzić sobie krót­ką prze­rwę.

Wy­szedł z miesz­ka­nia na dłuż­szy spa­cer; w pew­nym mo­men­cie nie mógł uwie­rzyć wła­snym oczom: tuż przed nim kro­czy­ła ta sama dama, która nagle się po­ja­wi­ła i rów­nie nagle znik­nę­ła na długi okres. Choć nie wi­dział jej twa­rzy, nie miał wąt­pli­wo­ści, że to była ona. Ta sama syl­wet­ka, wzrost i strój – róż­ni­cę sta­no­wił je­dy­nie wło­żo­ny na głowę ka­pe­lusz. Pod­szedł zatem do niej i bez za­sta­no­wie­nia, z ra­do­ścią na ustach i pło­mie­niem w sercu, do­tknął z lekka jej ra­mie­nia, ażeby się doń od­wró­ci­ła.

O ile wcze­śniej widok całej i zdro­wej ko­bie­ty, którą tak mocno zdą­żył po­lu­bić, dał mu ra­dość, to rzecz, jaką zo­ba­czył, gdy ta się do niego od­wró­ci­ła, na­pa­wa­ła go prze­ra­że­niem.

Dziew­czy­na miała twarz za­sło­nię­tą od spodu sza­lem, od góry zaś jakąś nie­ty­po­wą chust­ką i ka­pe­lu­szem, tak iż wydać było wy­łącz­ne jej oczy i ka­wa­łek na­sa­dy nosa.

Szyb­ko nań spoj­rza­ła, po czym od­wró­ci­ła się z prze­ra­że­niem – znać było je po oczach – i za­czę­ła ucie­kać i krzy­czeć.

Ra­zu­ta nie chciał jej gonić; bał się, że wi­dząc taką scenę – ro­słe­go męż­czy­zny go­nią­ce­go bez­bron­ną ko­bie­tę – nie­je­den mógł­by się za­dzi­wić i prze­ra­żo­ny wsze­tecz­ny­mi do­my­sła­mi, ude­rzyć ści­ga­ją­ce­go w twarz.

Zda­rze­nie to do­głęb­nie nim wstrzą­snę­ło – co gor­szym było o tyle, że ko­bie­ty tej nigdy już potem nie spo­tkał, zatem je­dy­ne, co mu po niej po­zo­sta­ło, to wspo­mnie­nia za­le­d­wie kilku razem spę­dzo­nych minut i kosz­mar­ne do­my­sły. Po­sta­no­wił prze­to nie my­śleć o tym i po­now­nie, tak jak przed­tem, po­grą­żyć się w pracy – me­to­da była snadź to nie­za­wod­na.

Lecz mimo wszel­kich sta­rań ma­ją­cych na celu uspo­ko­je­nie ducha, coś nie da­wa­ło mu spać. Wpraw­dzie nie drę­czy­ły go kosz­ma­ry, a sen, choć nie­dłu­gi, po­zwa­lał wy­po­cząć do­sta­tecz­nie, wsze­la­ko coś we­wnątrz mó­wi­ło mu, że na­le­ży jesz­cze zająć się pro­ble­ma­tem tej miej­sco­wo­ści: wyj­rzeć choć­by za okno i pa­trzeć długo, czy aby w któ­rymś z są­sied­nich domów nie czai się cho­ro­bli­wie bacz­ny ob­ser­wa­tor, czy sta­rzy miesz­kań­cy miej­sco­wo­ści nie knują cze­goś za jego ple­cy­ma i czy wresz­cie nie jest to jeden z tych przy­pad­ków, zna­nych z trą­cą­cych mysz­ką opo­wie­ści grozy, gdzie ktoś pra­gnie prze­go­nić nowo przy­by­łe­go z prze­klę­te­go miej­sca.

Wyj­rzał więc raz w środ­ku nocy. Była peł­nia. Chodź wie­dział, że w ciem­no­ści nie naj­le­piej widzi, wy­szedł z miesz­ka­nia i do­wie­dział się, że nie­wie­le się po­my­lił: idąc głów­ną ulicą mia­stecz­ka, usły­szał tupot dzie­sią­tek, a może i nawet setek nóg. Ob­ró­cił się prze­to za sie­bie i doj­rzał za ho­ry­zon­tem drogi po­brzask – tedy uznał, że ktoś się zbli­ża.

Był to za­pew­ne jakiś po­chód – dzi­wacz­ny oby­czaj, może jakaś wsze­tecz­na pa­ro­dia pro­ce­sji Bo­że­go Ciała. Tar­ga­ny stra­chem wy­wo­ła­nym roz­ma­ity­mi po­dej­rze­nia­mi, rzu­cił się na bok, w stro­nę lasu, i scho­wał za po­bli­skim krza­kiem, z któ­re­go można było bez­piecz­nie ob­ser­wo­wać, co­kol­wiek się miało wy­da­rzyć.

Wi­dział star­ców kro­czą­cych uro­czy­ście z la­tar­nia­mi w re­kach w stro­nę ko­ścio­ła.

Uznał, że prze­czu­cie go nie za­wio­dło – że star­cy w isto­cie od­pra­wia­ją ja­kieś bez­boż­ne i ta­jem­ne ry­tu­ały; na samą myśl aż za­drżał. Jed­nak do­szedł do wnio­sku, że to na pewno ja­kieś wy­pa­cze­nie, a star­cy w rze­czy­wi­sto­ści nie robią ni­cze­go zdroż­ne­go.

„W isto­cie! – po­my­ślał – Na­sią­ka­nie. To, o czym mówił sta­rzec. Ci lu­dzie two­rzą tutaj wła­sną spo­łecz­ność, kul­tu­rę… Tak bar­dzo się zjed­no­czy­li, tak bar­dzo prądy ich myśli się za­cie­śni­ły w tym mia­stecz­ku… w tej oko­li­cy!… że nie spo­sób ich ode­rwać od sie­bie, a każdy, kto na­ru­szy sca­lo­ną jaźń tego miej­sca, nie­chyb­nie zgi­nie, albo… się prze­mie­ni i do­łą­czy do po­cho­du brzy­da­li. Co oni jed­nak tam robią? Aż strach po­my­śleć. Nie wiem, co mogło do­pro­wa­dzić do ta­kie­go «sca­le­nia». Aż strach po­my­śleć…”

Wie­dząc, że po­ja­wi­ło się wię­cej no­wych pytań niż roz­wia­ło się wąt­pli­wo­ści, po­sta­no­wił wró­cić do miesz­ka­nia. Ro­zej­rzał się wprzó­dy, czy żaden ze star­ców nie na­tknie się na niego, kiedy bę­dzie wra­cał, i stwier­dził, że może śmia­ło iść – wszy­scy byli w świą­ty­ni.

Gdy wró­cił do miesz­ka­nia, uznał, że coś się nie zga­dza. Choć księ­życ był w nowiu, to z po­wo­du gę­stwi­ny drzew pa­no­wa­ła ciem­ność, a że nie­raz co po­nie­któ­rzy dy­le­tan­ci sta­wia­li Ra­zu­cie dia­gno­zę ku­rzej śle­po­ty, kiedy wszedł do miesz­ka­nia, stwier­dził, iż myli go wzrok. Ale klu­cze do drzwi pa­so­wa­ły – zatem mu­siał być to jego dom. Atoli coś było nie tak… Rze­czy nie znaj­do­wa­ły się na swoim miej­scu.

Nie mógł za­pa­lić świa­tła, bo nie był w sta­nie zna­leźć ani za­pa­łek, ani świe­cy.

„Klu­cze były w po­rząd­ku. A co jeśli przy­pad­kiem ktoś miał takie same. To, że po­my­li­łem domy, mo­gło­by być moż­li­wym, gdyby nie ten drob­ny fakt z klu­cza­mi. Długa była to droga; mo­głem stra­cić ra­chu­bę czasu, a wszyst­kie domy wy­glą­da­ją tutaj tak samo.”

Cho­dził krót­ko po omac­ku, a nagle, chcąc zro­bić ko­lej­ny krok, kop­nął o coś twar­de­go, stra­cił rów­no­wa­gę i runął na pod­ło­gę. Po­czuł, że pod jego no­ga­mi znaj­du­je się nic in­ne­go, jak męski kor­pus. Pod­niósł się do klę­czek, po­ma­cał prze­strzeń na lewo i prawo od miej­sca, w któ­rym przed mo­men­tem znaj­do­wa­ły się jego nogi, i wtem za­marł: na pod­ło­dze le­ża­ło ludz­kie ciało.

Choć w prze­cią­gu kilku chwil stra­cił rozum i moc ciała, ja­kimś cudem zdo­łał o wła­snych si­łach, wie­dzio­ny je­dy­nie in­stynk­tem, od­na­leźć świe­cę i za­pał­ki i przyjść do miej­sca, w któ­rym zna­lazł był ciało. Oświe­cił twarz męż­czy­zny – to był on. „Pod­glą­dacz” – po­my­ślał zdu­mio­ny Ra­zu­ta.

Stał nad nim chwi­lę jak za­klę­ty i przy­glą­dał się do­kład­nie jego obliczu. Kogoś mu przy­po­mi­nał. W tych zga­słych oczach do­strzegł coś nie­po­ko­ją­co zna­jo­me­go. Nie to jed­nak było naj­waż­niej­sze, bo czło­wiek miał wiel­ką ranę w gło­wie; wokół na po­sadz­ce roz­la­na była krew.

Ma­chi­nal­nie do­tknął jego szyi, ażeby zba­dać puls – choć nie było wąt­pli­wo­ści, że bie­dak już nie żył. Rap­tem gdy Ra­zu­ta przy­ło­żył palec do gar­dła, zdało się, że osob­nik po­zor­nie nie­ży­wy pod­niósł głowę i… uśmiech­nął się, od­sła­nia­jąc swój ohyd­ny kieł. Ra­zu­ta ze­mdlał.

Na­stęp­ne­go ranka obu­dził się we wła­snym miesz­ka­niu; spał był na środ­ku ko­ry­ta­rza. Ni­ko­go tam oprócz niego nie było.

***

Mie­siąc na­stęp­ny spę­dził w owej miej­sco­wo­ści na wy­ci­sza­niu swo­ich emo­cji, jakie przy­nio­sły prze­szłe zda­rze­nia. Za­po­mniał. Udało się za­po­mnieć.

Nie pra­co­wał już, nie miał prze­to na je­dze­nie; wy­chudł strasz­nie, do­stał ane­mii. Nie miał siły ani do pi­sa­nia, ani do pracy fi­zycz­nej. Skąd jed­nak przy­szło to nagłe osła­bie­nie – nie wie­dział. Nie chciał już snuć przę­dzi­wa nie­co­dzien­nych teo­rii na temat wpły­wu śro­do­wi­ska i spla­ta­nia się jaźni ko­lek­ty­wu – wolał zwy­czaj­ne „nie wiem”. To mu wy­star­czy­ło. Nie chciał uda­wać, że wie rze­czy, o któ­rych nie ma w isto­cie po­ję­cia.

Oprócz wy­raź­nych ob­ja­wów ane­mii i ogól­ne­go osła­bie­nia, za­czął ob­ser­wo­wać jawne zmia­ny w fi­zjo­gno­mii: oczy sta­wa­ły się szer­sze, bar­dziej świe­cą­ce, uczy za­czę­ły od­sta­wać, uzę­bie­nie tra­ci­ło wszel­ką swoją har­mo­nię. Doj­rzał wresz­cie, że wy­rósł mu w lewym dol­nym rogu szczę­ki wiel­ki kieł.

Czuł się sła­biej rów­nież pod wzglę­dem psy­chicz­nym; nic już nie ja­wi­ło się takie dobre jak nie­gdyś. Choć cu­dacz­na spo­łecz­ność star­ców ku­si­ła go z nie­zna­nych mu przy­czyn, on nie wy­su­wał nosa poza swoje miesz­ka­nie.

Pew­ne­go dnia ktoś za­ko­ła­tał do jego drzwi – warto dodać, że zbu­dził go tym samym ze snu, co z pew­nych przy­czyn wzbu­dzi­ło w Ra­zu­cie spory lęk; Ra­zu­ta my­ślał, że śni po raz ko­lej­ny o sztur­mu­ją­cej jego miesz­ka­nie be­stii. Był to jed­nak li­sto­nosz, który uj­rzaw­szy tru­pio­bla­dą twarz Ra­zu­ty, po do­star­cze­niu prze­sył­ki szyb­ko uciekł mu sprzed progu.

Była to kart­ka z po­zdro­wie­nia­mi od osoby o na­zwi­sku Sło­wac­ka, jed­nak Ra­zu­ta sobie go nie przy­po­mniał. Otwo­rzył ko­per­tę nie­pew­nie; do­ko­nu­jąc tej ope­ra­cji, za­sta­na­wiał się, czy w ogóle jest sens czy­tać list, który już na pierw­szy rzut oka nie wy­da­wał się istot­nym.

Do kar­tecz­ki do­łą­czo­ne było jej zdję­cie znad morza. Stała na ja­kiejś plaży w ską­pym stro­ju, w ka­pe­lu­szu, a na rę­kach trzy­ma­ła kil­ku­mie­sięcz­ne dziec­ko. Jej twarz była wy­raź­nie zde­for­mo­wa­na; rów­nież ona miała nie­na­tu­ral­nie wiel­kie oczy, bladą cerę i dziw­ne uzę­bie­nie, wsze­la­ko nie do ta­kie­go stop­nia jak u Ra­zu­ty.

List był pi­sa­ny na ma­szy­nie; wi­docz­nie jego au­tor­ka nie­raz już pro­wa­dzi­ła ten typ ko­re­spon­den­cji, bo­wiem unik­nę­ła czę­ste­go błędu no­wi­cju­szy, mia­no­wi­cie pod­pi­sa­ła się ręcz­nie. W tym zaś na­pi­sa­nym od­ręcz­nie frag­men­cie prze­sył­ki widać było wszyst­kie emo­cje, to­wa­rzy­szą­ce Sło­wac­kiej pod­czas jej two­rze­nia – drżą­ca ręka snadź z wiel­kim lę­kiem koń­czy­ła list, być może nie­pew­na, czy aby na pewno po­wi­nien zo­stać wy­sła­ny.

„Mój drogi – pisze – u mnie wszyst­ko w po­rząd­ku. Po­zna­łam Cię przed pa­ro­ma mie­sią­ca­mi w tej prze­klę­tej miej­sco­wo­ści. Wiedz, że ja rów­nież w niej miesz­ka­łam nie­speł­na mie­siąc i że zdaję sobie spra­wę, iż ma ona zgub­ny wpływ na każ­de­go, kto się w niej znaj­dzie. Wy­bacz, że Cię wtedy nie ostrze­głam, wiedz­że jed­nak, iż bar­dzo się bałam. Po­ko­cha­łam Cię od pierw­sze­go wej­rze­nia, jed­nak­że już wów­czas no­si­łam w sobie tego malca; boję się, że i na niego wpły­nął pobyt w tym przez Boga opusz­czo­nym miej­scu. Ja, jak wi­dzisz, je­stem szczę­śli­wa, jed­nak pobyt tam od­ci­snął trwa­łe pięt­no na moim zdro­wiu. Do­wie­dzia­łam się też – nie pytaj jak – że tyś tam po­zo­stał, i nie ukry­wam, że serce mi się kraje, kiedy po­my­ślę, ileż czło­wie­czeń­stwa zdą­ży­ło już wy­ssać z Cie­bie owo plu­ga­we le­go­wi­sko ciem­no­ści. Ale bła­gam, po­sta­raj się wy­je­chać – choć­by teraz. Jest na­dzie­ja, że da się Cie­bie ura­to­wać. Jeśli prze­czy­tasz to, przy­bądź do mnie; masz zresz­tą na od­wro­cie mój adres.

Z na­dzie­ją i współ­czu­ciem

Anna Sło­wac­ka

 

Ra­zu­ta z apa­tią odło­żył epi­sto­łę na bok; po se­kun­dzie nie pa­mię­tał, kto ją wy­słał i czego do­ty­czy­ła. Potem wziął za­pał­ki i nie wie­dząc w jakim do­kład­nie celu, spa­lił ją. Zdaje się, że po­ru­sza­ła nim jakaś ta­jem­ni­cza siła, która ob­ję­ła osta­tecz­nie wła­dzę nad ro­zu­mem.

Po ja­kimś cza­sie Ra­zu­ta wy­je­chał na krót­ki czas z miej­sco­wo­ści, ażeby kupić sobie re­wol­wer. Po­now­nie „coś” ka­za­ło mu tak zro­bić. Wró­cił z bro­nią do domu jesz­cze tego sa­me­go dnia.

Na­de­szła ko­lej­na peł­nia księ­ży­ca. Wszedł do domu, za­ła­do­wał re­wol­wer i strze­lił sobie w głowę.

Po­dzie­lił los „pod­glą­da­cza”.

Koniec

Komentarze

Kolodzieju, chciałabym podpowiedzieć, że informacje dotyczące opowiadania lepiej zamieścić w przedmowie, a nie w komentarzu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie wiem, czy naśladowanie stylu Grabińskiego to dobry pomysł. Zresztą pisał on wieloma stylami, w początkowym okresie – manierą młodopolską, potem podrabiał swego idola Poego, później, już w latach trzydziestych, napisał kilka opowiadań realistycznych, które stylowo niczym właściwie nie różnią się od dzisiejszej prozy… Ale najlepsze utwory napisał swoim własnym stylem, pełnym neologizmów i rzadko spotykanych słów, jedynym w swoim rodzaju, nie do podrobienia.

A tutaj całe opowiadanie wydało mi się nadmiernie wysilone, przeszkadzały mi wielokrotnie używane takie słowa jak “fizjognomia”,”snadź”czy “onegdaj”, brzmią po prostu sztucznie i wcale nie sprawiają wrażenia “grabińszczyzny”. Poza tym tekst wydał mi się przegadany i jakiś rozmamłany, zbyt niejasny. Grabiński pisał jednak wyraziście i z niesamowitą werwą, nieraz kończąc puentą, jakby się dostało kopa w twarz. Tu zaś jest nijako po prostu, bez dreszczyku i napięcia.

Cóż, podobne wrażenia miałem, czytając opowiadania Grabińskiego, szczególnie Dziedzinę (dziwaczne, niejasne zakończenie czy trochę “przegadania”) – i te rzeczy, o dziwo, najbardziej mi się podobały. Niemniej dziękuję za krytykę i następnym razem postaram się napisać coś z większym napięciem.

Nowa Fantastyka