- Opowiadanie: rybak - Opowieści starego Nawigatora V: Zastępstwo w Obłoku Oorta

Opowieści starego Nawigatora V: Zastępstwo w Obłoku Oorta

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Opowieści starego Nawigatora V: Zastępstwo w Obłoku Oorta

Mi­ja­nie wy­pcha­nym po brze­gi ma­sow­cem ostat­nich pa­łę­ta­ją­cych się idio­tycz­nie w tę i nazad aste­ro­id We­wnętrz­ne­go Ob­ło­ku Oorta, tuż przed wej­ściem na Wiel­ki Trans­ga­lak­tycz­ny Szlak, to praw­dzi­wa droga przez mękę.

Raz – że wle­czesz się w tłoku ni­ski­mi pod­świetl­ny­mi, tra­cąc bez sensu, na sku­tek sta­re­go do­bre­go re­la­ty­wi­stycz­ne­go efek­tu Ein­ste­ina, ko­lej­ne go­dzi­ny do po­zo­sta­wio­nej za sobą resz­ty świa­ta. Kiedy już wresz­cie wta­ra­ba­nisz się na tę naszą ko­smo­stra­dę, roz­bu­jasz „cię­ża­ró­wę” i z ulgą prze­kro­czysz gra­nicz­ną Drugą Nad­świetl­ną, po­wy­żej któ­rej efekt re­la­ty­wi­stycz­ny prze­sta­je dzia­łać, za­wsze w końcu za­uwa­żasz z ro­sną­cym za­kło­po­ta­niem, że ow­szem, tobie mi­nę­ło w korku góra kilka dni. Lecz tym­cza­sem twoi bli­scy, po­zo­sta­wie­ni choć­by na ro­dzin­nym Mar­sie, po­sta­rze­li się nawet o kilka ty­go­dni. I kiedy wró­cisz z rejsu, taka na przy­kład Ania znów za­rzu­ci cię pre­ten­sja­mi, że za­czy­nasz przy niej wy­glą­dać sta­now­czo zbyt młodo. A do tego doda, że mu­sisz się wresz­cie zde­cy­do­wać: zo­sta­jesz przy niej na stałe, jako przy­szły szczę­śli­wy mąż, czy za jakiś, bli­żej nie­spre­cy­zo­wa­ny czas Sol3 za­mie­rzasz, z dużym suk­ce­sem wśród nie­zo­rien­to­wa­nych, uda­wać jej syna.

Nie­mą­dre to, prze­cież twoja ko­bie­ta do­sko­na­le wie, że la­ta­nie na da­le­kich szla­kach to dla nas życie, a poza tym coraz młod­si z wy­glą­du przy swo­ich part­ner­kach ga­lak­tycz­ni pro­fe­sjo­nal­ni astro­nau­ci już od dawna sta­no­wią normę. Nie ona pierw­sza, nie ostat­nia, cóż czło­wiek jest wi­nien, że nasze Susły, Bor­su­ki i Su­ry­kat­ki roz­pę­dza­ją się na gra­ni­cy Ukła­du Sło­necz­ne­go aż tak ospa­le?

No, ale jest jesz­cze ta druga, znacz­nie gor­sza spra­wa. Obłok Oorta, na sku­tek sta­łe­go, od setek lat, na­ru­sza­nia jego cza­so­prze­strze­ni i lo­kal­nych pól gra­wi­ta­cyj­nych przez ta­bu­ny nad­świetl­nych gwiaz­do­lo­tów, cięż­kich, że niech je kwa­zar po­pie­ści, de­fi­ni­tyw­nie się nam zde­sta­bi­li­zo­wał. Tra­jek­to­rie jego komet, aste­ro­id i ob­ło­ków me­te­orów stały się tym samym nie­prze­wi­dy­wal­ne nawet dla naj­szyb­szych po­kła­do­wych Ajek. Ow­szem – Ukła­do­wi Sol krzyw­dy nie zro­bią, od czego w końcu mamy na stra­ży, za or­bi­tą Plu­to­na, sta­cje z nad­świetl­ny­mi wy­rzut­nia­mi an­ty­ma­te­rii? Oraz ob­słu­gu­ją­cych ów mi­li­tar­ny ar­se­nał spe­cjal­sów z Sił An­ty­im­pak­to­wych Da­le­kich Sys­te­mo­wych Trak­tów, czyli uj­mu­jąc rzecz po­tocz­nie uży­wa­nym we flo­cie skró­tem – do­praw­dy nie­za­stą­pio­nych Sa­dy­stów? Mucha się do we­wnętrz­nych orbit Sol nie prze­śli­zgnie, a co do­pie­ro ko­me­ta.

Ale… Ale w samym Oor­cie już tak we­so­ło nie jest. Wła­ści­wie nie ma na­wi­ga­to­ra, który przed wej­ściem na Wiel­ki Trans­ga­lak­tycz­ny, albo z niego do Sol wra­ca­jąc, nie za­li­czył przy­naj­mniej raz ob­cier­ki, czy zgoła nie­wiel­kie­go dzwo­na. Co kil­ka­na­ście ziemskich lat, nie­ste­ty, zda­rza­ją się też więk­sze ko­li­zje, ka­ta­stro­fy z ofia­ra­mi śmier­tel­ny­mi. To jest, do­tych­czas się w za­sa­dzie nie zda­rza­ły, ale to już prze­szłość. Na przy­kład mój były ko­man­dor Do­enig, niech mu Próż­nia lekką bę­dzie… Kil­ka­dzie­siąt rap­tem mie­się­cy wcze­śniej eks­plo­ro­wa­li­śmy razem pla­ne­ty Pasa Gra­nicz­ne­go, czyli ob­szar, poza który wyjść na razie nam, Zie­mia­nom,  nie­zro­zu­mia­łą de­cy­zją Grze­bie­nia­stych, nie wolno. A nie dalej niż rok po na­szym po­wro­cie z Ke­ple­ra, zwi­chro­wa­na or­bi­tal­nie, pię­cio­ki­lo­me­tro­wej śred­ni­cy ko­me­ta wy­ło­ni­ła się z pust­ki, w ostat­niej chwi­li ni stąd ni zowąd zmie­ni­ła tra­jek­to­rię z po­zor­nie bez­piecz­nej i przy­grzmo­ci­ła w ka­dłub jego Susła L pra­wie do­kład­nie na wy­so­ko­ści ha­bi­ta­tu za­ło­gi. Po­ko­nu­jąc bez trudu wszel­kie pola ochron­ne. No i nie ma już wśród nas ani Do­eni­ga, ani szóst­ki jego ludzi, a do tego lo­kal­ne­go pi­lo­ta.

 

***

My sami, co praw­da, przy­wy­kli­śmy już do ry­zy­ka, ale dla mojej Ani wciąż nikła to po­cie­cha, że jak na kil­ka­set ty­się­cy gwiezd­nych że­gla­rzy, i mi­lio­ny od­by­tych przez nich rej­sów, kilka ofiar na de­ka­dę to o całe rzędy wiel­ko­ści mniej, niż skut­ki jed­ne­go tylko week­en­du na mar­sjań­skich szo­sach. Boi się o mnie, dziew­czy­na, co po­ra­dzę? Fakt, by­ło­by znacz­nie go­rzej, gdyby nie po­stęp. Od dwóch dekad mamy w Oor­cie do­dat­ko­wą pomoc ze stro­ny wła­śnie lo­kal­nych pi­lo­tów. Ofi­cjal­nie – Dy­żur­nych In­spek­to­rów, nie­ofi­cjal­nie zwa­nych Dżin­na­mi. Traf­na nazwa. Same Ajki w Oor­cie nie wy­ra­bia­ją, choć na Szla­ku dy­stans nawet par­se­ka do prze­szko­dy to dla nich nie kło­pot. No ale tam idą na me­zo­nach D, a we­wnątrz i na obrze­żach Sol wy­łącz­nie na jo­no­wym. Poza tym, ze­wnętrz­ne po­ste­run­ki ob­ser­wa­cyj­ne Sa­dy­stów cza­sem też mają ob­su­wy i cze­goś tam nie do­pa­trzą. Jed­nak kiedy Dżinn bie­rze się do ro­bo­ty, więk­szość pro­ble­mów na­wi­ga­cyj­nych w Ob­ło­ku znika w mgnie­niu oka, ni­czym źli cza­row­ni­cy w ho­lo­wi­zyj­nych ba­śniach z Ty­sią­ca i Jed­nej Nocy.

Bo jak wie­cie, te nasze Dżin­ny to w za­sa­dzie cy­bor­gi. No, niby nadal lu­dzie, ale z wsz­cze­pio­nym w rdzeń krę­go­wy od­bior­ni­kiem sze­ro­ko­pa­smo­wej nad­świetl­nej łącz­no­ści krót­kie­go za­się­gu, sprzę­ga­ją­cym ich on­li­ne z po­ste­run­ka­mi ob­ser­wa­cyj­ny­mi w pro­mie­niu mi­nu­ty świetl­nej. A do tego z umiesz­czo­ną pod szy­szyn­ką sta­cją rów­no­le­głe­go prze­twa­rza­nia da­nych, łą­czą­cą ich mózgi z po­kła­do­wą Ajką, kiedy tylko wcho­dzą na ko­lej­ny po­kład, by moż­li­wie naj­szyb­ciej i naj­bez­piecz­niej prze­pro­wa­dzić nasze stat­ki przez Obłok. Z re­gu­ły bez naj­mniej­szej rysy.

Ci… lu­dzie szko­le­ni i mo­dy­fi­ko­wa­ni są la­ta­mi tylko do jed­ne­go: byśmy po­ko­nu­jąc Oorta od­da­wa­li im stery, wy­łą­cza­li nie­po­trzeb­ną Ajkę i na góra kilka dni wy­mu­szo­ne­go nie­rób­stwa uda­wa­li, że to my do­wo­dzi­my oraz kie­ru­je­my. Ale tak na­praw­dę, czy­sto ma­nu­al­nie, robią to przez cały ten czas tylko oni. Dżin­ny. Pi­lo­ci ma­new­ro­wi. Lu­dzie, któ­rych za­wo­do­wa ka­rie­ra za­czy­na się, od­by­wa i koń­czy w wą­skim sto­sun­ko­wo pasie mię­dzy Sol, a otwar­tą Ga­lak­ty­ką.

Py­ta­cie, czy są nie­za­wod­ni? Tak. Jak naj­bar­dziej. Bez Dżin­na na po­kła­dzie, samo przej­ście przez Obłok trwa­ło­by, wtedy nawet, nie kil­ka­dzie­siąt go­dzin, a całe ty­go­dnie. A może i mie­sią­ce. I po­chła­nia­ło­by bez po­rów­na­nie wię­cej ofiar. Dla­te­go Dżin­nów opła­ca się po kró­lew­sku, kom­pa­nie trans­por­to­we zno­szą wszel­kie ich fa­na­be­rie i żą­da­nia, ba! – sam pre­zes Smi­thy uni­że­nie, acz tylko do czasu, czę­stował ich swoją naj­lep­szą whi­sky.

Bo, trze­ba wam wie­dzieć, te nasze Dżin­ny miały wów­czas jedną tylko sła­bość: poza służ­bą znacz­ny od­se­tek ich kor­pu­su, skła­da­ją­ce­go się z kilku ty­się­cy osób, nie­przy­tom­nie się wręcz uchle­wał. I z tego, co wiem, tak jest do dziś. To oni sta­no­wią na przy­kład lwią część klien­tów barów i pubów na Plu­to­nie i na co więk­szych sta­cjo­nar­nych aste­ro­idach Oorta, na przy­kład na po­cząt­ko­wym Węźle Szla­ku. Wsz­cze­pio­ne im już na eta­pie doj­rze­wa­nia i szko­ły oprzy­rzą­do­wa­nie robi bo­wiem z ich ukła­da­mi ner­wo­wy­mi coś, o czym znacz­na część z nas, zwy­czaj­nych da­le­ko­bież­nych astro­nau­tów, tylko marzy: pra­wie bez­brzeż­nie po­sze­rza im świa­do­mość.

Mogą w tym samym cza­sie co my od­bie­rać i prze­twa­rzać nieporównanie wię­cej in­for­ma­cji, a potem syn­te­ty­zo­wać je i prze­kła­dać na traf­ne de­cy­zje pod­czas ręcz­ne­go pi­lo­to­wa­nia na­szych ma­sow­ców. Mogą ze­stra­jać się w tym z Aj­ka­mi, ze­wnętrz­ny­mi na­daj­ni­ka­mi, nawet ze sobą wza­jem­nie. Wię­cej nawet! Jeśli ze­chcą, two­rzą praw­dzi­wą in­for­ma­cyj­ną, a kto wie, czy i nie men­tal­ną sieć.

Dla­te­go Dżin­ny mają swoje wła­sne kręgi to­wa­rzy­skie, wcho­dzą w związ­ki wy­łącz­nie z im po­dob­ny­mi, prze­ka­zu­ją swój spe­cy­ficz­ny fach dzie­ciom: z ojca i matki na syna i córkę. Nawet miesz­ka­ją, z wła­sne­go wy­bo­ru, w od­ręb­nych osie­dlach, głów­nie na księ­ży­cach Sa­tur­na. A wła­ści­wie na jed­nym, czyli ter­ra­for­mo­wa­nym Ty­ta­nie, z któ­re­go dawno, jesz­cze w XXII wieku, wy­wie­zio­no i sprze­da­no wszy­stek metan. No i, rzecz jasna, naj­waż­niej­sza ich cecha: w prze­ci­wień­stwie do resz­ty ma­ry­na­rzy i pi­lo­tów, Dżin­ny po­tra­fią zbie­rać się men­tal­nie do kupy ni­czym ja­kieś pie­przo­ne psz­czo­ły!

Ale, jak się już pew­nie do­my­śla­cie, nie wie­dzieć czemu w praw­dzi­wie od­lo­to­wy, w miarę trwa­ły men­tal­ny rój Dżin­ny mogą wejść wy­łącz­nie po pi­ja­ku. Dla­te­go po służ­bie ani z nimi po­ga­dać, ani nawet się po­rząd­nie na­wa­lić. Bie­rzesz ta­kie­go na parę ko­le­jek do naj­bliż­sze­go baru, w po­dzię­ce za udany pi­lo­taż do ro­ga­tek Wiel­kie­go Trans­ga­lak­tycz­ne­go, albo z po­wro­tem, a ten le­d­wie umo­czy ryj, z miej­sca wy­wra­ca gały biał­ka­mi do góry. I nawet nie koń­cząc ko­lej­ki, na­tych­miast psy­chicz­nie or­bi­tu­je, za spra­wą we­wnętrz­ne­go oprzy­rzą­do­wa­nia, w men­tal­nym ki­sie­lu po­dob­nych mu kum­pli z roju, znaj­du­ją­cych się w pro­mie­niu do mi­nu­ty świetl­nej, bo na szczę­ście dalej ich na­tych­mia­sto­we mi­kro­na­daj­ni­ki nawet dziś nie niosą. Choć i to, po praw­dzie, wy­star­czy, by za­wsze w po­bli­żu zna­la­zło się co naj­mniej kilku, jeśli nie kil­ku­set ta­kich jak on, spra­gnio­nych to­wa­rzy­skie­go zla­nia się w jedno, w tej ich­niej kil­ku­go­dzin­nej dżin­no­wej nir­wa­nie. Aż do na­stęp­nej zmia­ny. Mówię wam – może to i fa­chow­cy, ale poza tym cza­sa­mi za­cho­wu­ją się jak istne ćpuny! Tak w ogóle to nawet równe chło­py (i baby), na trzeź­wo można z nimi konie kraść, ale dasz im wódki, a nawet piwa, i przez resz­tę wie­czo­ru pi­jesz sam.

Dla­cze­go więc wciąż pró­bu­je­my? My­ślał­by kto, że nie wie­cie! Bo czas temu jakiś któ­ryś z na­szych, na­wi­ga­tor, za­ło­żył się z innym, że w końcu znaj­dzie ta­kie­go Dżin­na, w któ­re­go za­się­gu nie bę­dzie ak­tu­al­nie ni­ko­go z jego roju. I zdoła go upić, hmmm… po­je­dyn­czo. Lata mi­ja­ły, do puli do­rzu­ci­li się już chyba wszy­scy czyn­ni astro­nau­ci, jest już w niej dobre kilka mi­lio­nów kre­dy­tów, po­tęż­na kwota, więc ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów upi­ja­nie Dżin­nów poza służ­bą stało się na­szym śro­do­wi­sko­wym spor­tem, ha­zar­dem, któ­re­mu od­da­je­my się dość re­gu­lar­nie z praw­dzi­wym sa­mo­po­świę­ce­niem. I na­dzie­ją, że może to wła­śnie teraz, za chwi­lę, już roz­bi­je­my bank. Robił to nawet ten łajdak Smi­thy. A przed każdą ko­lej­ną próbą… uczci­wie do­rzu­cał do puli na­stęp­ne pięć kre­dy­tów. Takie za­sa­dy. Cie­ka­we, kiedy komu z na­szych uda się wresz­cie za­gar­nąć ten skar­biec?

***

Ale o czym to ja? Po­lej­cie, moi dro­dzy, bo w gar­dle mi za­schło. O, wła­śnie! Jakiś czas po śmier­ci Do­eni­ga, za­czę­ły się prze­do­sta­wać do pu­blicz­nej wia­do­mo­ści mocno nie­przy­jem­ne fakty. Ce­lo­wa­ły w tym ho­lo­bru­kow­ce, ale po­cząt­ko­wo kto by im tam wie­rzył, szem­ra­nym ścierw­ni­kom, słu­żą­cym naj­po­dlej­szym in­stynk­tom i lu­dziom! Do ka­ta­stro­fy do­szło we­dług nich ponoć dla­te­go, że Do­eni­go­wy dy­żur­ny Dżinn, nie­ja­ki A.H.Swear, zro­bił rzecz nie­wy­obra­żal­ną: zapił pod­czas dy­żu­ru na po­kła­dzie! Ni­czym naj­gor­szy na­ło­go­wiec, nie ba­cząc na nic, w isto­cie ska­zał tym samym na śmierć od­da­ny mu w pi­lo­to­wa­nie w dro­dze przez Oorta ze­spół! Tylko ponoć dla­te­go Suseł Do­eni­ga zszedł z kursu, nikt nie za­uwa­żył na czas ko­me­ty na ko­li­zyj­nym, i do­szło do naj­gor­sze­go.

Uwie­rzy­li­by­ście? Po­cząt­ko­wo nikt z nas też nie chciał w to wie­rzyć, Dżin­ny mają wpo­jo­ne po­czu­cie obo­wiąz­ku na po­zio­mie wręcz mo­le­ku­lar­nym. Na służ­bie zmie­nia­ją się w nie­za­wod­ne au­to­ma­ty, w uoso­bie­nie pre­cy­zji i od­po­wie­dzial­no­ści. Nawet mó­wi­ło się do tam­te­go czasu: Po­le­gać jak na Dżin­nie!

No wła­śnie – mó­wi­ło się. Bo z dnia na dzień gwał­tow­nie się mówić prze­sta­ło. Za dużo było tych ar­ty­ku­łów. Za­czę­ły je w końcu po­wie­lać po­waż­niej­sze sieci, dys­ku­to­wa­li o nich roz­ma­ici mą­dra­le na rzą­do­wych ka­na­łach, w końcu, mno­żo­ne ponad miarę wąt­pli­wo­ści padły na po­dat­ny grunt i za­czę­ły kieł­ko­wać. Tak, wiem, co teraz po­wie­cie: nikt z nas prze­cież nigdy nie wi­dział Dżin­na pi­ja­ne­go na służ­bie. To po pro­stu nie­moż­li­we. Tylko, moi dro­dzy, nagle do­szło do nas z całą bru­tal­ną ja­sno­ścią, że i trzeź­we­go, w barze, poza służ­bą – także nikt nie spo­tkał! Wy­star­czy­ło, że prze­kro­czy­li wrota ta­kiej na przy­kład, po­pu­lar­nej w na­szym śro­do­wi­sku “Śmie­ją­cej się Su­ry­kat­ki”, czy “Le­go­wi­ska Bor­su­ków”, a szli w gaz z miej­sca i nie­odwo­łal­nie!

W ta­kiej oto at­mos­fe­rze nie­do­mó­wień i po­dej­rzeń plot­ki po­tęż­nia­ły, nie­sna­ski pu­chły, smród się wzma­gał. W ba­rach nikt już do­bro­dusz­nie nie żar­to­wał z Dżin­nów wpa­da­ją­cych w stu­por po małej wódce, ale by­wa­ło – ob­rzu­cał ich in­wek­ty­wa­mi. Ci nie po­zo­sta­wa­li dłuż­ni i stop­nio­wo coraz bar­dziej za­my­ka­li się w swoim i tak już her­me­tycz­nym świat­ku. Ko­lej­ne nie­zcy­bor­gi­zo­wa­ne za­ło­gi żą­da­ły re­zy­gna­cji z Dżin­nów i wpro­wa­dze­nia no­wo­cze­śniej­szych (czy­taj – bar­dziej nie­za­wod­nych) metod po­ko­ny­wa­nia Oorta. Albo w ogóle od­da­nia że­glu­gi przez Oorta spół­kom ze­wnętrz­nym. Może i będą po­wol­niej­sze, ale za to prze­wi­dy­wal­ne, więc bez­piecz­ne – ar­gu­men­to­wa­no. I tylko dla­te­go, że takie fi­rem­ki, o ni­kłej zresz­tą, na razie, wia­ry­god­no­ści, do­pie­ro się two­rzy­ły i wciąż nie miały od­po­wied­niej licz­by swo­ich wła­snych, po­rząd­nie wy­szko­lo­nych pi­lo­tów, Dżin­ny wciąż znaj­do­wa­ły za­ję­cie. Przez co jed­nak ko­lej­ne nasze, po­zo­sta­wio­ne na pla­ne­tach we­wnętrz­nych Sol przy­ja­ciół­ki, żony i ko­chan­ki sta­wia­ły nas przed ul­ti­ma­tum: albo one albo gwiaz­dy! A że gwiaz­dy prze­waż­nie oka­zy­wa­ły się po takim ul­ti­ma­tum waż­niej­sze, setki i ty­sią­ce ro­dzin roz­pa­da­ły się, fala nie­za­do­wo­le­nia z Dżin­nów na­ra­sta­ła, ogól­ne wku­rze­nie ogar­nia­ło mię­dzy­gwiezd­ną flotę. Zresz­tą, sami wie­cie jak to jest, kiedy czło­wiek nie po­że­gna się ze swą ko­bie­tą jak na­le­ży przed wyj­ściem na Szlak. Pie­kło w domu – pie­kło na po­kła­dzie, jak ma­wia­ją. Nie muszę wam tłu­ma­czyć, macie prze­cież wła­sne baby…

Co na to same Dżin­ny? Naj­pierw nie­mra­wo się bro­ni­ły, ich pi­lo­ci tłu­ma­czy­li, że plot­ki są krzyw­dzą­ce, ale potem, za­ata­ko­wa­ni hur­tem przez wszyst­kie bru­ko­we ho­lo­sta­cje ukła­du, za­czę­li się jesz­cze bar­dziej alie­no­wać. Aż w końcu, któ­re­goś pięk­ne­go dnia Sol, do wszyst­kich rów­no­cze­śnie do­tar­ło, że nie­za­wod­na do­tych­czas służ­ba Dy­żur­nych In­spek­to­rów chyba od­cho­dzi do prze­szło­ści. Kiedy na znak pro­te­stu prze­ciw – jak stwier­dzi­li li­de­rzy ich związ­ku za­wo­do­we­go – po­zba­wia­ją­cych ich god­no­ści, de­hu­ma­ni­zu­ją­cych i bez­pod­staw­nych oskar­żeń ze stro­ny resz­ty Ludz­ko­ści – ogło­si­li bez­ter­mi­no­wy strajk!

Że­glu­ga przez pas Oorta na­tych­miast za­mar­ła i za­czę­ły się scho­dy. Kry­zys z miej­sca wy­cią­gnął swe bez­względ­ne macki ku roz­dy­go­ta­nym set­kom mi­liar­dów ludzi, roz­sia­nym po całej Ga­lak­ty­ce na od­izo­lo­wa­nych od sie­bie nagle pla­netach i sta­cjach. No, nie było wtedy we­so­ło. I kto wie, do czego by do­szło, gdy­bym na po­cząt­ku tam­te­go pa­mięt­ne­go rejsu nie roz­her­me­ty­zo­wał swo­je­go Bor­su­ka… Zaraz wam wszyst­ko wy­tłu­ma­czę, ale naj­pierw zwil­żę gar­dło, dolej no, który tam masz bli­żej do kra­ni­ka.

***

Moja zmia­na roz­po­czę­ła się pod­czas mi­ja­nia Try­to­na, sa­te­li­ty Nep­tu­na, tuż przed wej­ściem w pas Ku­ipe­ra. Ajka kie­ru­ją­ca na­szym Bor­su­kiem XXV sta­ran­nie skry­wa­ła cy­fro­wą pa­ni­kę, bo zgod­nie z pro­ce­du­rą już od kilku go­dzin po­win­na być wy­łą­czo­na i za­stą­pio­na przez dy­żur­ne­go Dżin­na, ale mel­dun­ki z mi­ja­nych ko­lej­no sta­cji ob­ser­wa­cyj­nych nie po­zo­sta­wia­ły wąt­pli­wo­ści: tym razem żaden z nich moich ste­rów nie przej­mie. Na wach­cie oprócz mnie nie było ni­ko­go. Ko­le­dzy za­ło­gan­ci od wczo­raj tkwi­li w ana­bio­ze­rach, na wszel­ki wy­pa­dek, rzecz jasna, bo za­wszeć tak bez­piecz­niej niż na most­ku. Mniej­sze zło, pa­mię­ta­cie… No i wszyst­ko wska­zy­wa­ło, że tym razem nawet do Pasa do­trze­my ze spo­rym opóź­nie­niem, a potem przez sa­me­go Oorta bę­dzie­my szli dobry mie­siąc, więc do re­wi­ta­li­za­cji dru­gie­go wach­to­we­go i tak po­zo­sta­wa­ła masa czasu.

Aku­rat po­sęp­nie pa­trzy­łem na ho­lo­ekran, roz­my­śla­jąc o tym, że tym razem Ania mi już na pewno nie od­pu­ści: tuż przed rej­sem za­po­wie­dzia­ła zresz­tą, że po moim po­wro­cie mu­si­my odbyć za­sad­ni­czą roz­mo­wę. Kiedy więc Ajka za­po­da­ła, że do­szło do roz­her­me­ty­zo­wa­nia się śluzy ze­wnętrz­nej, z ulgą prze­sta­łem my­śleć i zaj­rza­łem do niej ot tak, na wszel­ki wy­pa­dek, zdal­nie. Ho­lo­ekran na most­ku lekko mżył, ale zdo­ła­łem do­strzec, że we­wnątrz śluzy ktoś tkwi. W ska­fan­drze, a jakże. I naj­wy­raź­niej, ma­cha­jąc przed­ra­mio­na­mi w ko­smicz­nym ge­ście – sy­gna­le „otwórz” – do­ma­ga się wpusz­cze­nia do środ­ka. Taaaa, stary numer Dżin­nów: oni też mieli od lat wła­sną roz­ryw­kę. Po cichu, ko­rzy­sta­jąc z roz­ko­ja­rze­nia Ajek w Oor­cie, pod­kra­da­li się swo­imi sta­tecz­ka­mi do na­szych ma­sow­ców, cu­mo­wa­li ob­cho­dząc czuj­ni­ki i za­bez­pie­cze­nia (to te ich pie­kiel­ne wsz­cze­py!) i nie­odmien­nie za­ska­ki­wa­li wach­to­wych wska­ki­wa­niem znie­nac­ka na po­kła­dy. Że co? Że niby nie­moż­li­we, bo pro­mie­nio­wa­nie szcząt­ko­we? A gdzie tam, prze­cież nie na jo­no­wym! Jed­ne­mu z In­spek­to­rów udało się nawet kie­dyś nie­po­strze­że­nie sta­nąć za dy­żur­nym na­wi­ga­to­rem na most­ku i za­sło­nić mu oczy dłoń­mi w rę­ka­wi­cach ska­fan­dra tak per­fid­nie, że aż się chło­pi­na ze stra­chu… no, lekko się skom­pro­mi­to­wał, po­wiedz­my… Nie ma co re­cho­tać, wy też by­ście się zes… zna­czy ze­stra­cha­li. Cie­ka­we, czy dżin­nom także cho­dzi­ło o jakiś za­kład.

Ten mój jed­nak naj­wy­raź­niej nie bawił się w pod­cho­dy. W każ­dym razie – nie za bar­dzo:

– Tu dy­żur­ny in­spek­to… …szę o …enie …ścia na …kład… – trzesz­czą­ca łącz­ność nie po­zwa­la­ła mi usły­szeć nic wię­cej. Cho­ler­ny złom! Łącz­ność za­ni­ka­ła mi już od kilku go­dzin, a dwa kwa­dran­se wcze­śniej cał­kiem ją z naj­bliż­szą sta­cją Sa­dy­stów stra­ci­łem. Trud­no. Jesz­cze jeden kwia­tek do ogród­ka kom­pa­nij­nych tech­ni­ków. Trze­ba bę­dzie po po­wro­cie zdro­wo ich opie­przyć.

Nie cze­ka­łem dłu­żej. Dżinn był praw­dzi­wym wy­ba­wie­niem. Wi­docz­nie w mię­dzy­cza­sie zdą­ży­li prze­rwać strajk, a szwan­ku­ją­ca łącz­ność nie po­zwo­li­ła mi wcze­śniej na­cie­szyć się tym fak­tem.

– Wlazł! – Uprzej­mie za­pro­si­łem go na mo­stek. Wkro­czył bez na­my­słu. Ska­fan­der miał mocno zła­cha­ny, wręcz brud­ny, na­szyw­ka z na­zwi­skiem gdzieś mu się ode­rwa­ła, ale to sta­no­wi­ło ko­lej­ną cechę roz­po­znaw­czą Dżin­nów: w ogóle nie przy­wią­zy­wa­li uwagi do odzie­nia. Ab­ne­ga­ci po pro­stu. Ten mój też tak jak stał, nawet nie otrze­pu­jąc się z pyłu, w lek­kim kom­bi­ne­zo­nie, rzecz jasna – nie pod­no­sząc nie­przej­rzy­stej po­la­ry­za­cyj­nej prze­sło­ny hełmu, bo takie mieli re­gu­la­mi­no­we za­sa­dy pod­czas pi­lo­to­wa­nia gwiaz­do­lo­tów przez Oorta, siadł w dru­gim fo­te­lu wach­to­we­go, pod­piął się do pul­pi­tu ste­ro­wa­nia oraz sys­te­mu pod­trzy­my­wa­nia życia, uak­tyw­nił i zgrał z sys­te­ma­mi po­kła­do­wy­mi wszyst­kie swoje we­wnętrz­ne ustroj­stwa i w końcu wy­re­cy­to­wał tę ich stan­dar­do­wą for­mu­łę:

– Dy­żur­ny In­spekt… Er… prosi o zgodę na prze­ję­cie ste­rów i odłą­cze­nie po­kła­do­wej AI.

– Na­wi­ga­tor Snuff: ze­zwa­lam – wy­gło­si­łem obo­wiąz­ko­wą for­muł­kę i wy­god­niej, bo ze sporą ulgą, roz­par­łem się w fo­te­lu. – Jed­nak prze­rwa­li­ście strajk, chło­pa­ki?

– Mniej wię­cej – od­parł głos spod hauby, prze­trans­po­no­wa­ny na gło­śni­ki most­ka. Widać mało ga­da­tli­wy Dżinn mi się tym razem tra­fił.

– I świet­nie – na­tych­miast od­par­łem. – Prze­cież to nie miało sensu. Nie ro­zu­miem, jak można było mieć do was pre­ten­sje o ten wy­pa­dek Do­eni­ga, prze­cież na nie­sta­bil­ną ko­me­tę nie ma sil­nych, przy­pad­ki cho­dzą po lu­dziach.

Dżinn wciąż mil­czał, ale widać robił swoje, bo mój Bor­suk za­czął wy­raź­nie przy­spie­szać, o czym in­for­mo­wa­ły stru­mie­nie liczb prze­wa­la­ją­ce się przez ho­lo­ekran. Mie­li­śmy już 0,93 C, wynik do­praw­dy re­kor­do­wy, do­tych­czas żaden In­spek­tor w Ob­ło­ku tak szyb­ko mnie nie pi­lo­to­wał, mu­siał mi tym razem po­ma­gać praw­dzi­wy as. Nie­wy­ględ­ny jakiś taki, już na pierw­szy rzut oka w zde­cy­do­wa­nie za luź­nym na niego kom­bi­ne­zo­nie, ale as.

– Spo­koj­nie, ko­le­go – za­żar­to­wa­łem. – Nie ma co się wier­cić pod klien­tem. Na po­ran­ne piwo w „We­so­łej Ste­rów­ce” na pewno zdą­ży­my. Już cię za­pra­szam.

 – Dzię­ki, Snuff – Dżinn od­po­wie­dział tym razem nie­mal na­tych­miast. – Za­wsze byłeś w po­rząd­ku. Pew­nie że pój­dzie­my. Na pewno. Ale może jesz­cze nie tym razem.

Pa­mię­tam, że wtedy lekko się zdzi­wi­łem. Nie zna­łem go­ścia, nigdy z nim do­tych­czas nie la­ta­łem. Skąd zatem on…? A zresz­tą, czy to ważne? – tak wtedy sobie po­my­śla­łem. Pew­nie z tego ich roju. Zresz­tą, pije się prze­cież bez heł­mów, dzi­siaj może sobie gadać co chce, a ja i tak nie­ba­wem zo­ba­czę, kto zacz.

„We­so­ła Ste­rów­ka”, bar na sta­cji po­cząt­ko­wej Szla­ku, do któ­re­go jak tra­dy­cja każe, przed wej­ściem na Wiel­ki Trans­ga­lak­tycz­ny wszy­scy na­wi­ga­to­rzy za­pra­sza­li swo­ich Dżin­nów po po­myśl­nym przej­ściu przez Oorta, była dla więk­szo­ści z nas za­rów­no miej­scem spo­tkań to­wa­rzy­skich, gieł­dą in­for­ma­cji, jak i nie­ofi­cjal­nym cen­trum han­dlo­wym i ne­go­cja­cyj­nym. Gwiezd­ni że­gla­rze od za­wsze wy­ko­rzy­stu­ją­cy, do­brym ma­ry­nar­skim zwy­cza­jem, wolne kątki we­wnętrz­nych ła­dow­ni do pro­wa­dze­nia nie­ofi­cjal­nej wy­mia­ny han­dlo­wej z do­stęp­ną nam resz­tą za­lud­nio­ne­go Wszech­świa­ta, mu­sie­li mieć prze­cież gdzie do­ga­dy­wać trans­ak­cje. Z po­kła­dów swo­ich stat­ków jakoś nie wy­pa­da gadać o oso­bi­stych in­te­re­sach, zwłasz­cza za po­śred­nic­twem kom­pa­nij­ne­go sys­te­mu nad­świetl­nej łącz­no­ści. Co in­ne­go w „Ste­rów­ce”, która udo­stęp­nia­ła nawet, rzecz jasna, nie za darmo, cy­wil­ne ka­na­ły do uma­wia­nia od­bio­ru i do­staw nie­ofi­cjal­ne­go ma­ry­nar­skie­go cargo w do­wol­nie wy­bra­nym węźle Szla­ku.

A kto miał łącz­ność, ten miał i wła­dzę. Obec­nie w „Ste­rów­ce” kró­lo­wał mój były sztau­er Liu, który po po­wro­cie z Ke­ple­ra Grze­bie­nia­stych rzu­cił służ­bę w Kom­pa­nii i otwo­rzył wła­sną firmę spe­dy­cyj­ną, bę­dą­cą w isto­cie przy­kryw­ką dla nie­zbyt czy­stych in­te­re­sów. Po­dob­no aż nóż­ka­mi dro­bił do prze­ję­cia pi­lo­ta­żu przez Oorta od Dżin­nów. Łobuz. Wszy­scy wie­dzie­li, że kosi kon­ku­ren­cję, ku­pu­jąc sobie usłu­gi ukła­do­wej mafii. Mia­łem nosa, że ła­chu­dra, kie­dym go chciał wy­wa­lić z Floty. In­te­re­sów za jego po­śred­nic­twem nigdy nie ro­bi­łem, kwe­stia za­ufa­nia i zwy­czaj­ne­go nie­sma­ku. Ale inni i ow­szem. Ta­kich pro­ble­mów nie miały, rzecz jasna, Dżin­ny. Ma­wia­no nawet nie­kie­dy zło­śli­wie, że łączą się w pi­ja­nym wi­dzie w rój nie po to, by wy­mie­niać się emo­cja­mi i za­spo­ka­jać po­trze­by to­wa­rzy­skie, ale by do­ga­dy­wać w ten spo­sób, poza wszel­ką kon­tro­lą i w ta­jem­ni­cy, wła­sne lewe biz­ne­sy.

Czas mijał le­ni­wie, tro­chę mi się nu­dzi­ło, więc po­sta­no­wi­łem i o to za­py­tać.

– Po­wiedz mi… hmm… Er, jeśli to py­ta­nie nie bę­dzie nie­tak­tem, czy wy w roju za­ła­twia­cie też ja­kieś swoje bie­żą­ce spra­wy?

– Na­wi­ga­to­rze Snuff, bę­dzie nie­tak­tem – ostro uciął mój Dżinn z miej­sca, cały sku­pio­ny na kie­ro­wa­niu Bor­su­kiem, ale po chwi­li ode­zwał się znowu:

– Nie, no, wy­bacz ko­le­go, to nie tak. Po pro­stu, nasz fach jed­nak nie zo­sta­wia więk­sze­go mar­gi­ne­su na inne po­trze­by. A cza­sem, sam wiesz, trze­ba z kimś po­łą­czyć duszę. Wy­ga­dać się, po pro­stu. Wy, płasz­cza­ki (za­wsze wku­rza­ło mnie to lekko po­gar­dli­we okre­śla­nie nas przez Dżin­nów) macie, pa­ra­dok­sal­nie, ła­twiej – idzie­cie na wódkę i do woli na­wi­ja­cie z kum­pla­mi od serca. Ale my… my tak już nie mo­że­my. Kto raz po­sze­rzył sobie świa­do­mość za po­mo­cą wsz­czep­ki i nad­świetl­nej, temu potem bar­dzo trud­no wró­cić do wą­skich, wer­bal­nych ka­na­łów prze­pły­wu in­for­ma­cji. I pła­sko, i ubogo, i znacz­nie wol­niej. My w dodatku czasu na takie po­ga­du­chy mamy nie­du­żo, sam wiesz, że ruch na Szla­ku ro­śnie, a nas nie ma znów aż tak wielu. Coraz mniej zo­sta­je na życie oso­bi­ste. W do­dat­ku te Pen­to­dy…

Nie skoń­czył, ale ja już wie­dzia­łem, o co mu cho­dzi. Epoki się zmie­nia­ły, po­stęp robił swoje, ale jed­nak pewne rze­czy zo­sta­wa­ły po sta­re­mu. Po daw­ne­mu jedni lu­dzie byli do­brzy, a inni się ze­świ­nia­li. Ci dru­dzy chęt­niej ła­ma­li prawo, po sta­re­mu znaj­do­wa­li się też tacy, dla któ­rych ła­ma­nie prawa sta­no­wi­ło spo­sób na życie. Na przy­kład mafie. No nie rób­cie ta­kich oczu, po­my­ślał­by kto. Dziś też są, tyle że le­piej się ka­mu­flu­ją. Ale i wtedy od dawna wy­ro­sły już z etapu ziem­skie­go krę­ce­nia się po ni­skich or­bi­tach, pra­nia pie­nię­dzy w księ­ży­co­wych ka­sy­nach i sprze­da­wa­nia mi­lio­nom nie­szczę­śni­ków pry­mi­tyw­nych nar­ko­ty­ków czy le­wych me­dy­ka­men­tów. Teraz to samo, plus lewy do­stęp do pi­rac­kich i poza kon­tro­lą pro­wa­dzo­nych, bo ofi­cjal­nie wciąż po­twor­nie dro­gich i de­fi­cy­to­wych ku­ra­cji ge­ria­trycz­nych, ofe­ro­wa­ły mi­liar­dom, dzie­siąt­kom mi­liar­dów, krę­cąc przy tym po­li­ty­ka­mi i po­li­cją już nie na skalę jed­nej, a setek za­miesz­ka­nych pla­net. I, rzecz jasna, wal­cząc o wła­dzę nad ka­na­ła­mi prze­rzu­to­wy­mi w całej Ga­lak­ty­ce. Tu tym­cza­sem spra­wa była cał­kiem pro­sta: ten miał do­stęp do ga­lak­tycz­nych nie­le­gal­nych ryn­ków, kto po­kąt­nie trzy­mał łapę na Wiel­kim Trans­ga­lak­tycz­nym. Ten miał dla swo­ich le­wych ob­ro­tów Wiel­ki, czyje ban­dyc­kie ekipy pa­no­wa­ły w jego wę­złach, ścią­ga­jąc pro­wi­zje od ka­żde­go za­ro­bio­ne­go tam na lewo kre­dy­ta. A ten miał węzły, kto… cie­pło, cie­pło… kto wła­dał fe­raj­ną w Ob­ło­ku Oorta. W nim zaś, do­pó­ki w isto­cie wszyst­ko za­le­ża­ło od nie­za­leż­nej służ­by Dy­żur­nych In­spek­to­rów, macki mafii nadal nie zdo­ła­ły się w pełni roz­wi­nąć. Choć – rzecz jasna pró­bo­wa­ła. Wciąż pró­bo­wa­ła…

Gło­śno było czas temu jakiś o pró­bach szan­ta­żu, uza­leż­nia­nia przez Pen­to­dy co słab­szych psy­chicz­nie Dżin­nów. Ale z nimi łatwo nie po­szło: trzy­ma­li się razem, nar­ko­ty­ków nie po­trze­bo­wa­li, bo rój i szkla­necz­ka whi­skey wy­star­cza­ły im do szczę­ścia w zu­peł­no­ści, na swoim Ty­ta­nie kul­ty­wo­wa­li war­to­ści ro­dzin­ne, pracy od­da­ni byli jak mało kto, szczo­drze wy­na­gra­dza­ni, szmu­glem się nie zaj­mo­wa­li. Sło­wem – mafia prze­gry­wa­ła z nimi na całej linii… W do­dat­ku murem stała za nimi cała gwiezd­na flota i prak­tycz­nie wszyst­kie po­za­sło­necz­ne ukła­dy pla­ne­tar­ne. Gdyby nie ten wy­pa­dek Do­eni­ga, w ogóle nie by­ło­by o czym gadać, ale… ale ostat­nio za­ufa­nie mię­dzy Dżin­na­mi, a resz­tą ma­ry­nar­skie­go świat­ka mocno, jak już wspo­mnia­łem, pod­upa­dło.

Po­sta­no­wi­łem więc sko­rzy­stać z oka­zji i do­wie­dzieć się cze­goś o wy­da­rze­niach ostat­nich go­dzin.

– Po­wiedz mi, Er, co tam się u was mówi o ka­ta­stro­fie Do­eni­ga? Skoro strajk Dżin­nów się skoń­czył, widać wszyst­ko się wy­ja­śni­ło i ro­ze­szło po ko­ściach? U mnie łącz­ność pada, ma­sa­kra jakaś, nic nie wiem…

– Wy­ja­śni­ło się, wy­ja­śni­ło – mruk­nął mój Dżinn. – Nawet za dużo się wy­ja­śni­ło… – I chyba chciał dodać coś jesz­cze, ale w tym mo­men­cie Bor­su­kiem szarp­nę­ło, aż zrzu­ci­ło mnie z fo­te­la na ela­stycz­ną wy­kła­dzi­nę most­ka. W pod­świetl­nej ko­li­zje nie wy­glą­da­ły tak nie­win­nie jak po­wy­żej Sta­łej Nad­świetl­nej na Szla­ku, kiedy wszyst­ko dzie­je się nie­ja­ko poza nami. Teraz alarm wył, ho­lo­ekran skrze­czał, struk­tu­ry Bor­su­ka i jego dwa­dzie­ścia pięć mi­lio­nów ton ła­dun­ku w ze­wnętrz­nych ko­ko­nach  za­ta­cza­ły się i tań­czy­ły w pu­st­ce, wbrew wszel­kim pra­wom fi­zy­ki cały czas po­zo­sta­jąc w jed­nym ka­wał­ku. Mio­ta­ło mną od ścia­ny do ścia­ny ka­bi­ny do­wo­dze­nia, tylko Er nie­wzru­szo­ny, przy­pię­ty do fo­te­la czar­ny­mi mię­si­sty­mi pa­sa­mi z hi­per­ke­vla­ru  wy­ko­ny­wał ze swo­je­go miej­sca, jakby od nie­chce­nia, lek­kie ruchy wo­lan­tem i z wir­tu­oze­rią kon­tro­wał ko­lej­ne prze­strzen­ne uśli­zgi mo­je­go ma­sow­ca. Potem do­pie­ro do­tar­ło do mnie, jak upior­ny sta­no­wi­ło to widok: luźny znisz­czo­ny ska­fan­der, obo­jęt­na hauba hełmu, w bursz­ty­no­wym wy­pu­kłym lu­strze fil­tra od­bi­ja­ją­ca pan­de­mo­nium we wnę­trzu ste­rów­ki, nawet mnie, a za nią… No wła­śnie, co skry­wa­ło się za nią?!

Wokół jęki prze­cią­żo­nej kon­struk­cji, widać czę­ścio­wo po­zba­wio­nej już pól ochron­nych, no i ten char­czą­cy gło­śnik na pul­pi­cie, przez który Dżinn ko­mu­ni­ko­wał się ze mną, raz za razem wy­plu­wa­ją­cy jego cięż­kie, rwane dy­sze­nie i mel­du­nek:

– Przy­ją­łem ze wsz­cze­pu mel­du­nek alar­mo­wy z roju, po nad­świetl­nej: Atak stru­mie­niem an­ty­ma­te­rii! Po­wta­rzam: Atak stru­mie­niem an­ty­ma­te­rii w aste­ro­idę LLFB 227.26! Źró­dło: kwa­drant QBG 267.145.602! Sta­cja SADST 080806! Po­wta­rzam: Źró­dło: kwa­drant QBG 267.145.602! Sta­cja SADST 080806. Aste­ro­ida wy­bi­ta z nie­ko­li­zyj­ne­go kursu, omi­nię­ta bez strat. Na­wi­ga­to­rze Snuff, po­wtórz mel­du­nek. Po­wta­rzam: na­wi­ga­to­rze Snuff, po­wtórz mel­du­nek! Snu­uufffff!!!

Potem chwi­la rzę­że­nia, kom­plet­nej ciszy, i od nowa to samo. Bez prze­rwy. Jak od­twa­rza­nie włą­czo­ne w pętli.

Po­wiem wam, że chcia­łem, cho­ler­nie chcia­łem po­wtó­rzyć, ale nie byłem w sta­nie. Po­ję­cia nie mam, jak długo to wszyst­ko trwa­ło, mi­nu­ty czy go­dzi­ny, wiem tyle, że pod­czas któ­re­goś wcze­śniej­sze­go wstrzą­su wal­ną­łem po pro­stu łbem o pod­sta­wę kon­so­li i chyba na jakiś czas od­pły­ną­łem…

– … Na­wi­ga­to­rze Snuff, po­wtórz mel­du­nek… W końcu ze stanu za­mro­cze­nia wy­rwa­ło mnie po­wta­rza­ne bez ustan­ku po­le­ce­nie Dżin­na. Potem char­kot, cisza i od nowa: – Atak stru­mie­niem…

Nie wiem, jak długo tak gadał, rzę­ził, prze­ry­wał, tkwiąc bez ruchu przy­pię­ty do fo­te­la, ale kiedy tylko ak­sa­mit­na czerń znik­nę­ła mi spod po­wiek, na­tych­miast na­bra­łem i do niego, i w ogóle do całej służ­by Dy­żur­nych In­spek­to­rów, praw­dzi­wie głę­bo­kie­go sza­cun­ku. Nie­sa­mo­wi­ty gość! Nawet w ta­kiej sy­tu­acji, na progu, a nawet już poza pro­giem ka­ta­stro­fy, ogar­niał spra­wę, i mimo że reszt­ka­mi sił – sztyw­no trzy­mał się pro­ce­dur. Ale i ja, nie chwa­ląc się, mia­łem już prze­cież wtedy za sobą dłu­gie lata kle­pa­nia re­gu­la­mi­nów i for­mu­łek, a i pa­mięć od­po­wied­nio wy­tre­no­wa­ną. Ze­bra­łem się w sobie:

– Mówi na­wi­ga­tor Snuff: atak stru­mie­niem an­ty­ma­te­rii w aste­ro­idę LLFB227.26! Po­wta­rzam: Atak stru­mie­niem an­ty­ma­te­rii w aste­ro­idę LLFB 227.26! Źró­dło: kwa­drant QBG 267.145.602! Sta­cja SADST 080806! Po­wta­rzam: Źró­dło: kwa­drant QBG 267.145.602! Sta­cja SADST 080806. Aste­ro­ida wy­bi­ta z nie­ko­li­zyj­ne­go kursu i omi­nię­ta bez strat. Mel­du­nek o ataku, przy­ję­ty z nad­świetl­nej, prze­ka­zał mi pilot na most­ku (tu na chwi­lę znów mnie za­mro­czy­ło, ale jakoś się po­zbie­ra­łem), prze­ka­zał… eee… dy­żur­ny in­spek­tor Er!

Do­sko­na­le wie­dzia­łem, że tak trze­ba, a tej wagi mel­du­nek Dżin­na musi zo­stać po­twier­dzo­ny przez na­wi­ga­to­ra peł­nią­ce­go wach­tę. Bo tylko wów­czas kto­kol­wiek z ze­wnątrz mógł­by go potem wziąć po­waż­nie. Zbyt wiele wąt­pli­wo­ści na­ro­sło już wtedy w Nad­zo­rze Floty wokół dy­żur­nych in­spek­to­rów. Czuj­ni­ki czuj­ni­ka­mi, au­to­ma­ty au­to­ma­ta­mi, lecz i on, i ja wie­dzie­li­śmy prze­cież, że czar­ne skrzyn­ki Bor­su­ka pod­czas po­ko­ny­wa­nia Oorta no­to­wa­ły wszyst­ko co dzia­ło się w ste­rów­ce, czy to z czyn­ną Ajką, czy bez niej, co do mi­li­se­kun­dy. By w góra pół­mi­nu­to­wych od­stę­pach, a w razie ja­kiejś awa­rii, na­tych­miast po od­zy­ska­niu łącz­no­ści, cy­klicz­nie prze­ka­zy­wać skom­pre­so­wa­ne ła­dun­ki in­for­ma­cji wprost na De­imo­sa, nad­świetl­ną. Były rów­nie nie­za­wod­ne jak Dżin­ny, cóż robić, że w przy­pad­ku ka­ta­stro­fy stat­ku Do­eni­ga do­szło do sy­tu­acji jed­nej na mi­liard chyba, i ude­rze­nie ko­me­ty roz­py­li­ło sta­tek z re­je­stra­to­ra­mi na mi­li­se­kun­dy przed nada­niem przez nie ko­lej­ne­go stru­mie­nia da­nych do cen­trum alar­mo­we­go. Przez co nigdy już się nie do­wie­my, co tam tak na­praw­dę za­szło. W ostat­nich chwi­lach przed ka­ta­stro­fą.

I nagle, nagle wszyst­ko uci­chło. W cał­ko­wi­tej ciszy Bor­suk znów szedł równo przez prze­strzeń, tyle że na mi­ni­mal­nej ma­new­ro­wej, Obłok We­wnętrz­ny Oorta po­zo­stał gdzieś z tyłu, ja – sie­dzia­łem ogłu­pia­ły na wy­kła­dzi­nie pod fo­te­lem. Do­tar­ło rap­tem do mnie, że moja cudem ja­kimś dzia­ła­ją­ca znów Ajka roz­po­czę­ła wy­gła­sza­nie dłu­giej li­ta­nii prze­glą­du i kon­tro­li po­szcze­gól­nych ukła­dów, a każde zda­nie koń­czy­ła sło­wa­mi „brak uszko­dzeń i dys­funk­cji”. No i na ko­niec dro­biazg, który wy­trą­cił mnie na­praw­dę z rów­no­wa­gi: ho­lo­ekran na most­ku ja­rzył się spo­koj­nym bla­dym świa­tłem, uka­zu­jąc od­le­gły o za­le­d­wie kilka minut świetl­nych pierw­szy węzeł Wiel­kie­go Trans­ga­lak­tycz­ne­go.

Nie, no, na­praw­dę dobry jest ten mój Dżinn! W ta­kich wa­run­kach unik­nąć nie­uchron­nej, zda się, ka­ta­stro­fy, do­pro­wa­dzić sta­tek do Węzła jak po sznur­ku i to w nie­na­ru­szo­nym sta­nie… A przy oka­zji, cały ten czas tań­cząc ze śmier­cią mię­dzy od­pry­ska­mi za­bój­czych ko­smicz­nych skał, po­zy­skać, za­re­je­stro­wać i prze­ka­zać sku­tecz­nie in­for­ma­cje klu­czo­we dla wy­ja­śnie­nia ka­ta­stro­fy stat­ku Do­eni­ga… Ja mu za chwi­lę nie jedną wódkę po­sta­wię, ale całą bu­tel­kę, nawet skrzyn­kę, a niech sobie użyje!

Ale, ale, gdzie on wła­ści­wie jest? Psia­kość! Sku­ba­niec ko­lej­ny kawał mi zro­bił na ko­niec, jak to oni mają w zwy­cza­ju. Fotel pusty, pasy ele­ganc­ko zwi­nię­te, na most­ku też go nie ma… Naj­wi­docz­niej tak samo cicho i nie­spo­dzie­wa­nie jak się po­ja­wił, oddał stery Ajce, od­cu­mo­wał ten swój mi­nia­tu­ro­wy sta­te­czek i się zmył… Nic to, trze­ba bę­dzie jesz­cze do­kład­niej opi­sać jego pro­fe­sjo­na­lizm w ra­por­tach, na­le­ży mu się pre­mia, i to so­lid­na! Już ja się o to po­sta­ram!

***

Co było dalej? Nie ma co się roz­wo­dzić, trą­bi­li o tym we wszyst­kich ho­lo­sta­cjach, a co jedna – to głu­piej i nie­praw­dzi­wiej. Rzecz jasna, całe to zda­rze­nie so­len­nie przed­sta­wi­łem w swoim spra­woz­da­niu, już na Węźle, zanim jesz­cze po­sze­dłem napić się za mo­je­go Dżin­na w „We­so­łej Ste­rów­ce”.

Tro­chę to co praw­da po­trwa­ło, bo naj­pierw na po­kład we­szła astro­po­li­cja i prze­ję­ła i czar­ne skrzyn­ki, i za­pi­sy z ka­bi­ny. No i przy oka­zji mnie, wa­sze­go Snuf­fa. Ku memu nie­po­mier­ne­mu zdu­mie­niu, z miej­sca za­mknę­li mnie w po­je­dyn­czej celi lo­kal­ne­go po­ste­run­ku, a Bor­su­ka opie­czę­to­wa­li i od­ho­lo­wa­li na strze­żo­ny pirs, kil­ka­dzie­siąt mil nad Wę­złem. Prze­strze­ni było, ile dusza za­pra­gnie, poza Bor­su­kiem żaden inny gwiaz­do­lot do wjaz­du na Wiel­ki Trans­ga­lak­tycz­ny wciąż spoza Oor­ta, lecąc z Ziemi, nie do­tarł. A i stat­ki idące z ze­wnątrz ku Sol, nadal stały na dal­szych sta­cjach Szla­ku, po­kor­nie cze­ka­jąc na ko­niec straj­ku Dżin­nów.

On wcale się bo­wiem nie skoń­czył, jak za­pew­ne rów­nież wie­cie. To zna­czy – skoń­czył się, ale do­pie­ro kil­ka­dzie­siąt go­dzin póź­niej, na­tych­miast po tym, gdy od­po­wied­nie służ­by od­two­rzy­ły sobie na­gra­nia ze skrzy­nek. W efek­cie od razu zro­bi­ły nalot na sta­cję SADST 080806, czyli bom­bar­du­ją­cy nas stru­mie­niem an­ty­czą­stek, wy­mie­nio­ny prze­ze mnie w ra­por­cie i mel­dun­ku z most­ka Bor­su­ka, po­ste­ru­nek Sa­dy­stów. Bo fak­tycz­nie, to z niego wy­szedł atak, i rze­czy­wi­ście śmierć mi­nę­ła nas o włos. Do­enig miał mniej szczę­ścia, gdy wcze­śniej, z tej samej sta­cji, sta­ran­nie wy­mie­rzo­ny ła­du­nek wal­nął w prze­la­tu­ją­cą nie­opo­dal jego Susła, pę­ta­ją­cą się po Oor­cie ko­me­tę, wybił ją z kursu i nie po­zo­sta­wił Do­eni­go­wi wraz z za­ło­gą żad­ne­go mar­gi­ne­su na re­ak­cję. Naj­mniej­szych nawet szans. Ani jego Dżin­no­wi. Mimo że mistrz to był nad mi­strze, jak potem znów przy­zna­wa­no w całej flo­cie.

Dużo póź­niej do­pie­ro, kiedy już wszyst­ko wró­ci­ło do normy i znów po sta­re­mu upi­ja­li­śmy ra­do­śnie na­szych Dżin­nów w na­dziei na sutą wy­gra­ną, wy­szło na jaw, że wszyst­ko to była spraw­ka Pen­tod. By­dla­ki! Nie mogli wy­eli­mi­no­wać z Oorta Dy­żur­nych In­spek­to­rów ina­czej, więc po­sta­no­wi­li ich do­szczęt­nie zdys­kre­dy­to­wać. W sumie łatwo, a nawet – za łatwo im to po­szło: sa­mot­ne­mu dy­żur­ne­mu spe­cjal­so­wi z jed­nej z setek sta­cji Sa­dy­stów, dla prze­ła­ma­nia uwa­run­ko­wa­nia wy­star­czy­ło po­rwać je­dy­ne dziec­ko ze szko­ły z in­ter­na­tem na Io i tuż potem prze­słać mu pocz­tą ma­leń­ki pa­lu­szek wraz z pro­po­zy­cją nie do od­rzu­ce­nia. Spo­sób niby wy­grze­ba­ny z ery bar­ba­rzyń­skie­go an­ty­ku, ale wciąż jakże sku­tecz­ny. Do­dat­ko­wo zaś, rę­ko­ma pod­ku­pio­nych czy za­stra­szo­nych tech­ni­ków na­szej Trze­ciej Kom­pa­nii Trans­por­to­wej z De­imo­sa – za­wcza­su lekko po­psu­to alar­mo­we na­daj­ni­ki Do­eni­go­we­go stat­ku. Żeby w klu­czo­wym mo­men­cie prze­sta­ły wy­sy­łać cy­klicz­ne na­gra­nia z czar­nych skrzy­nek. Wszel­kie ślady i tak po­chło­nę­ła ani­hi­la­cja… Na­wia­sem mó­wiąc – to samo Pen­to­dy upich­ci­ły za­wcza­su i na moim Bor­su­ku.

Oj, dzia­ło się potem, kiedy łyk­nę­ła to tak zwana opi­nia pu­blicz­na. Łby le­cia­ły po równo. I ma­fio­sów, i sko­rum­po­wa­nych po­li­ty­ków. Nawet ten drań Liu zgi­nął w ja­kimś za­ka­za­nym za­uł­ku De­imo­sa, ubity przez wła­snych kum­pli, kiedy przy­par­ty do muru przez wście­kłą po­li­cję za­czął wresz­cie sypać… Po co mu na przy­kład była ta jego spół­ecz­ka, tak na­praw­dę… A zwłasz­cza – kto kazał mu ją za­ło­żyć… W efek­cie także i nasz pre­zes Smi­thy po­że­gnał się z tym świa­tem. Pen­to­dy nie zwy­kły po­zo­sta­wiać przy życiu ta­kich świad­ków, tym bar­dziej zaś – zde­kon­spi­ro­wa­nych po­ma­gie­rów i udzia­łow­ców.

Echchch, dzie­cia­ki, co takie oczy ro­bi­cie? Może i z was już nie­źli pi­lo­ci, ale o życiu to jesz­cze wie­cie nie­wie­le. A bo to pierw­sza taka eg­ze­ku­cja w hi­sto­rii pro­mi­nent­nych złaj­da­czo­nych związ­kow­ców i mafii? To prze­cież dwie stro­ny tego sa­me­go me­da­lu!

***

Gdyby jed­nak nie ten mój jeden, je­dy­ny mel­du­nek, na­gra­ny na po­kła­do­we re­je­stra­to­ry, wciąż nikt by ni­cze­go nie po­dej­rze­wał. Ot, ko­lej­na wstrzą­sa­ją­ca ka­ta­stro­fa. I znów w pełni za­wi­nio­na przez krnąbr­ne, nie­zdy­scy­pli­no­wa­ne, zatem nie­war­te dal­sze­go za­ufa­nia Dżin­ny… Albo… kiedy strajk Dżin­nów po­krzy­żo­wał mafii szyki – osza­la­łe­go nagle w Oor­cie na­wi­ga­to­ra.

Sęk bo­wiem w tym, a mówię to po raz pierw­szy do­pie­ro dziś, bo nie wiąże mnie już zo­bo­wią­za­nie do za­cho­wa­nia ta­jem­ni­cy, bez pod­pi­sa­nia któ­re­go nie wró­cił­bym wtedy do la­ta­nia, że po­kła­do­we re­je­stra­to­ry… Uff! Wy­du­szę to z sie­bie wresz­cie: że po­kła­do­we re­je­stra­to­ry na most­ku utrwa­li­ły wtedy tylko i wy­łącz­nie mój ustny prze­kaz o rze­czy­wi­stych przy­czy­nach ledwo ledwo unik­nię­tej ko­li­zji. To, co po­wta­rzał Er, jakoś się nie­ste­ty nie na­gra­ło. Go­rzej – w ogóle nic, co z nim zwią­za­ne, ja­kimś cudem się nie na­gra­ło. Ani jego przy­lot na Bor­su­ka, ani wej­ście przez śluzę, ani cały nasz wspól­ny dyżur, ani nasza roz­mo­wa czy jego he­ro­icz­ne ma­new­ry, a w końcu nawet opusz­cze­nie przez niego po­kła­du i stat­ku. Po do­kład­nym spraw­dze­niu wy­szło na jaw, że z żad­ne­go jego roju też nikt nam ni­cze­go nie wy­sy­łał.

Kto więc tak na­praw­dę ura­to­wał Bor­su­ka i jego za­ło­gę? I skąd wła­ści­wie wziął się ten mój na­gra­ny ko­mu­ni­kat? Nie py­taj­cie, bo nie wiem. Po pro­stu nie wiem. Do dziś pa­mię­tam za to do­kład­nie każde jego słowo, wryły mi się w pa­mięć chyba już do­ży­wot­nio, kie­dym wy­słu­chał ich cał­kiem spo­koj­nie, po wy­ma­glo­wa­niu mnie naj­pierw przez po­li­cję, potem przez psy­cho­lo­gów i psy­chia­trów. Nie, ni­cze­go nie stwier­dzi­li, byłem zdrów na umy­śle i ciele jak w dniu pierw­szych te­stów do Aka­de­mii Na­wi­ga­cji. Gotów do dal­szej służ­by, jak to mówią. I, nie­ste­ty, tym samym do nie­unik­nio­nej roz­mo­wy z Anią. Nie ma się z czego śmiać, smar­ka­cze! Sami się kie­dyś prze­ko­na­cie, co to zna­czy za­drzeć z ko­bie­tą, któ­rej cyka bio­lo­gicz­ny zegar, a jej męż­czy­zna cią­gle na Trans­ga­lak­tycz­nym…

Zresz­tą, było, mi­nę­ło… Jedno wam tylko na ko­niec po­wiem: cza­sa­mi chciał­bym jed­nak za­po­mnieć. Spał­bym dziś le­piej. Co za­po­mnieć? Ostat­nie moje wy­po­wie­dzia­ne na most­ku zda­nie, setki razy ana­li­zo­wa­ne potem przez naj­lep­szych eks­per­tów. A wła­ści­wie, ostat­nie sie­dem wy­po­wie­dzia­nych przez czyjś obcy, bo z pew­no­ścią nie mój głos, koń­czą­cych prze­kaz liter, z po­wo­du któ­rych cały mój ra­port na­tych­miast utaj­nio­no, a mnie o mało nie po­sła­no na zie­lo­ną traw­kę:

– „Mel­du­nek o ataku, przy­ję­ty z nad­świetl­nej, prze­ka­zał mi pilot na most­ku – dy­żur­ny in­spek­tor (…szum, char­kot…) A.H.Swear!”

Koniec

Komentarze

Jak mi już opka tak ładnie zadedykowałeś, to poleciałam przeczytać. Kurcze, lubię tego twojego Nawigatora, serio, jakąś taką sympatią od pierwszego opka do niego zapałałam. I kolejna odsłona też mi się podoba. Trochę spokojniejsza, mniej jajcarska, ale ten jego zgryźliwy humor jest wciąż widoczny. Lubię ten sposób narracji, choć nie jest on łatwy i wielu autorów na nim poległo. Tobie to wychodzi. Gdzieś mi tam ze dwa razy coś zgrzytło, ale nie chciało mi się przerywać lektury, żeby zapisać, a potem nie mogłam już znaleźć. Przeczytałam w jednym rzucie, bez sprawdzania co tam nowego w komentarzach albo na shoutboxie, czyli było naprawdę dobrze. :)

Historia też interesująca, choć zawsze mi się wydawało, że w Obłoku Oorta nie jest tak tłoczno, jak na niemieckiej autostradzie i wszystkie te obiekty są od siebie znacznie oddalone, stąd nie powinno być problemu z przejściem. Choć oczywiście jego destabilizacja mogła co nieco zmienić. Sam pomysł na podrasowanych dyżurnych inspektorów dobry, a skutek uboczny podrasowania rewelacyjny. W ogóle masz tam parę fajnych twistów.

Zastanawiam, co się tam właściwie stało. Czy to Nawigotor znowu zamataczył, czy może duchy się w kosmosie pojawiły, albo Grzebieniaści paluszki w tym maczali? I tak mi się przy okazji pomyślało… Wyobrażam sobie Nawigatora jako 170-letniego emerytowanego wilka kosmicznego, który przesiaduje w jakiejś galaktycznej knajpie i przy szklaneczce whisky snuje swoje opowieści dla gromadki żółtodziobów, którzy mu alkohol sponsorują. Najchętniej dodałabym mu jeszcze fajeczkę, ale obawiam się, że na statkach kosmicznych to nie przejdzie. W takim wypadku gość może, a nawet powinien mówić otwartym tekstem. Nie ukrywać swojej prawdziwej roli w dawno minionych wydarzeniach, a wręcz się nią chwalić. Ale to tylko taki mój koncept. ;)

Oczywiście nie wyobrażam sobie, żeby kolejnej odsłony Nawigatora zabrakło w Bibliotece. :)

Dzięki:). W Oorcie swoje robi prędkość. To jak z jazdą autem przez tor przeszkód: Kiedy jedziesz powoli, np. 10 km na godzinę, przeszkody oddalone np o 100 m od siebie, wydają się rozrzucone z rzadka i niegroźne. Ale kiedy gnasz 200 na godzinę, ledwo nadążasz z ich unikaniem (albo i nie;). Pezez Oorta masowce muszą iść szybko. Bo by tam na ruski miesiąc ugrzęzły, a czas w kosmicznym transporcie to też pieniądz. Dropy jeszcze powygładzam, pisałem to dwa dni mniej więcej, teraz dopiero znajduję niedopracowania:). I dopiszę coś w myśl Twej sugestii… W ramach pogaduch nad szklaneczką ;D

pozdr.

p.s.

Grzebieniaści? Duchy? Mataczenia Snuffa?

Sporo powinno Ci wyjaśnić nazwisko Dżinna. ;). Nooo?? Ciepło, ciepło, gorąco… :D

Hmmm. Jak dla mnie – początek jest bardzo przegadany. Nic się nie dzieje, tylko infodumpy i starawe żarciki o awanturujących się babach. Dopiero od przyjęcia na pokład inspektora Era historia nabiera rumieńców. Ale i tu rozwiązania są typowe i często przewidywalne. Nietrudno się domyślić, że za nagonką na inspektorów stoi konkurencja. A jeśli jej nie ma – jakiś inny wróg, któremu Dżinny przeszkadzają.

Babska logika rządzi!

Dzięki za klika :). Skoro prze­wi­dy­wal­ne, zna­czy, że i Ty nie zauważyłaś Aha­swe­ra?;). A ciągle po­wta­rzam: Snuff jest jak ce­bu­la: ma war­stwy!:D. Dla każdego – swoją, zależnie od możliwości Odbiorcy;). Ten odcinek też taki jest. Co do rumieńców akcji: Obejrzyj kilka odcinków "Katastrofy w przestworzach" National G. Sama katastrofa to często sekundy, góra minuty, tylko w hollywoodzkich superprodukcjach bohater spada z 10 piętra siedem minut, po drodze ratując świat i naparzając się ze stadem zombiaków. A Snuff to NIE JEST gra komputerowa dla nastolatków! . Forma , czyli gawęda, bo tym jest opowieść, jest z natury właśnie taka. I inna nie będzie. To tak jak z dojrzałym stiltonem. Jedni go kochają, inni do ust nie wezmą;). I to nie żadne dowcipy! Zaręczam Ci, jako miłośnik Kobiet , odrobinę Je dzięki temu znający: w relacjach z mężczyznami, znaczna część kobiet właśnie taka jest, biologii i setek tysięcy lat ewolucji żaden marksizm kulturowy w kilka lat nie zmieni. A nawet stuleci. Pamiętaj, że każde, zbyt wychylone wahadło, w końcu wraca, a zbyt napięta sprężyna – odbija, także w obyczajowości. Dzisiaj nawet na Ziemi genderem czy radykalnym feminizmem przejmuje się (a i to, jak sądzę, przejściowo) raptem 3-4 peocent całej Ludzkości, a reszta się z tego śmieje, albo ma to w nosie (a nawet w tej nikłej grupie, część po prostu udaje poprawność polityczną, dla świętego spokoju). Wiedząc doskonale, że dzieci rodzą się w związkach damsko-męskich. A dla ich normalnego zdrowego rozwoju potrzebni są na miejscu mama i tata, a nie samotna matka, czy dwóch "tatusiów" . A że kobiety ubierają swoje prawdziwe oczekiwania i pretensje w zupełnie inne szatki… Nie powiesz mi przecież, że jest inaczej, samo życie;p. Poza tym Snuff to marynarz, tradycjonalista, jego kobieta to partnerka marynarza, na tęczowo się nie ubierają;). To zwyczajni normalni ludzie, ze zwyczajnymi ludzkimi reakcjami, relacjami i codziennymi , nie wydumanymi, problemami. Pozdr.

 

Napisałam, że często przewidywalne, nie, że zawsze. Finał ładnie wyjaśnia, skąd się wziął Er i to mi się spodobało. W odróżnieniu od wątków z Liu – te wydają mi się nieco wyeksploatowane.

Być może jestem dziwna, ale IMO pretensje do kosmonauty o efekty relatywistyczne może zgłaszać tylko bardzo głupia baba. Nie wiedziała wcześniej, nie miała w szkole fizyki?

Babska logika rządzi!

.Hmmm, czy mnie zatem oczy mylą, czy to u Ciebie jest coś w sygnaturce o "babskiej logice"? :DD

Wie­dza ko­bie­ty – wie­dzą, a emo­cje – emo­cja­mi. I to jest u Ko­biet norma! ;)

 

Jest. A jesteś pewien, że rozumiesz te słowa tak samo jak ja? ;-)

Babska logika rządzi!

Zdradzę Ci zatem podstawową tajemnicę prawdziwych mężczyzn: Kobiety nie są do rozumienia! Kobiety są do kochania! :DDD

No właśnie – ludowa mądrość głosi, że mężczyzna nie jest w stanie zrozumieć kobiety. Na odwrót – znacznie łatwiej.

Babska logika rządzi!

I tylko dlatego, że takie firemki, o nikłej zresztą, na razie, wiarygodności, dopiero się tworzyły i wciąż nie miały odpowiedniej liczby swoich własnych, porządnie wyszkolonych pilotów, Dżinny wciąż znajdowaly zajęcie.

Kryzys z miejsca wyciągnął swe bezwzględne macki ku rozdygotanym setkom miliardów ludzi, rozsianym po całej Galaktyce na setkach odizolowanych od siebie nagle planet i stacji.

– nagle odizolowanych od siebie planet i stacji.

Poza tym wszystko wskazywało, że tym razem nawet do Pasa dotrzemy ze sporym opóźnieniem, a potem przez samego Oorta będziemy szli dobry miesiąc, więc do rewitalizacji drugiego wachtowego i tak pozostawała masa czasu.

Ten miał dla swoich lewych obrotów Wielki, czyje bandyckie ekipy panowały w jego węzłach, ściągając prowizje od każedego zarobionego tam na lewo kredyta.

Potem dopiero dotarło do mnie, jak upiorny stanowiło to widok: luźny zniszczony skafander, obojętna hauba hełmu, niczym bursztynowe wypukłe lustro odbijająca pandemoniom we wnętrzu sterówki, nawet mnie, a za nią… No właśnie, co skrywało się za nią?!

– pandemonium?

 

Cóż mogę rzec. Było fajnie znów wejść w świat Snuffa. Dobrze poukładana intryga z przytupem na końcu. Chociaż, jako że zbyt często myślę jak autor, a nie czytelnik, wpadłem na tożsamość tajemniczego Dżina. W Twoim przypadku jak wisi strzelba, to musi wystrzelić… Oczywiście reszta tajemnicy jest jeszcze poza moim zasięgiem ;)

 

Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny

Blacktomie, dziękuję. Uwagi już ponanosiłem.

pozdr.

p.s. tożsamość tożsamością, ale topos kulturowy i metafizyczny pana A.H.Sweara złapałeś, mam nadzieję ?;). Bo to dopiero robi prawdziwą marynarską grozę i legendę w tej opowieści Snuffa…

Aż tak bystry, to nie jestem… Chociaż to może oczytania mi brakuje i opowieści marynarskich nie znam zbyt wielu ;)

Wpisz w gugla "Ahaswer" . Znajdź znaczenie słowa swear w ang. :). Wspomnij stan pustego być może skafandra. Oraz zapowiedź Dżinna, że “jeszcze nie teraz”. I dopiero ciary poczujesz na plecach:D. Jak to na klika nie wystarczy, to co wystarczy?;D Pozdr.

No proszę. Bardzo ładnie to rozwiązałeś. A o kliki to bym się na Twoim miejscu nie martwił:)

Humoru tym razem trochę mniej, choć tym zakładem, kto upije Dżinna pojedynczo i tak mnie rozbroiłeś. O początku pomyślałem, że może być trochę przegadany, choć w żadnym razie mi to nie przeszkadzało. A nie przeszkadzało, bo zaraz pojawiła się taka refleksja, że przecież to opowiadanie gawędziarza, jakie ma więc być, jak nie (w pewien pozytywny sposób) przegadane? W opowiadaniu zawarłeś dużo opisów i informacji dotyczących Dżinnów, ale i to jest w dla mnie pełni zrozumiałe (a przez to nie nuży) bo stanowi swego rodzaju podbudowę pod prezentowany później, bardzo ciekawy problem alienacji cyborgów? Prawie ludzi? Znów ten kosmos, jaki prezentujesz w opowiadaniach o nawigatorze jest szalenie ludzki. Znów jest w nim dużo “człowieka”, ze wszystkimi jego przywarami i słabostkami. 

Zakończenie bardzo niebanalne (choć przyznaję uczciwie, że musiałem sobie pomóc internetem).

Świetnie się czytało.

Bardzo dziękuję:). I, i.

W ramach rewanżu za wizytę i komentarz zawitałem tutaj. Dlaczego akurat tutaj? Bom astronom z wykształcenia i obłok Oorta bliski mi jest a swojski :) No i zaskoczyłeś mnie tym opowiadaniem, a właściwie seryjką utrzymaną w klasycznych lemowskich klimatach z równym wdziękiem i wigorem serwowanych. Powiedziałbym “dobra stara szkoła” lecz trochę się waham, bo choć ja to mam za komplement, to w tym środowisku niektórzy na obrazę chyba mogą ten “epitet” poczytać :)

Drugie zaskoczenie dotyczy… pewnego podobieństwa tego opka do mojej Noosfery. U mnie spowiednik okazuje się… no, kim?, a u Ciebie Dżinn jest Wiecznym Tułaczem! Metafyzyka Pany! że tak po krakowsku zakrzyknę.

Na koniec uwaga i pytanko związane z tekstem

jakieś pieprzone pszczoły!

Rasista!:~)

nawet równe chłopy (i baby)

No właśnie! Jak tam w tej pieprzonej przyszłości z LGBT?

Ukłony i szacunek Rybaku!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Z lgbt? Zapraszam do lektury kłopotów z robotami:)). Pozdr.

 

Dla mnie to zdecydowana nobilitacja: Stawiać mnie, amatora, choćby w jednym zdaniu obok Mistrza Lema!:)

Ode mnie ostatni kliczek :) Bo cóż, muszę przyznać, że mimo iż z pewnością nie wyłapuję wszystkich ukrytych w opowiadaniu smaczków, to bardzo lubię Twojego Nawigatora :) Niech frunie do biblioteki :)

Dziękuję:)

Cieszę się, że Nawigator staje się mile widzianym gościem:)

No cóż, przez niemal połowę opowiadania nieco się nudziłam, bo gawędzenie gawędzeniem, ale zdecydowanie wolę, kiedy coś się dzieje. No a potem, kiedy zaczęło się dziać, nie do końca pojęłam, co tam się wydarzyło, ale tu z kolei pomocne okazały się komentarze.

Mam nadzieję, że w kolejnych opowieściach starego Nawigatora będzie działo się więcej, a do ich należytego zrozumienia nie będą konieczne podpowiedzi zawarte komentarzach.

 

Ania znów za­rzu­ci Cię pre­ten­sja­mi… –> …Ania znów za­rzu­ci cię pre­ten­sja­mi

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

wy też by­ście się zes… , zna­czy ze­stra­cha­li. –> Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

– Tu dy­żur­ny in­spek­to… … szę o… –> Zbędna spacja po drugim wielokropku.

 

– Dy­żur­ny In­spekt…. –> Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Nie­wy­ględ­ny jakiś taki… –> Co to znaczy niewyględny? W słownikach nie znalazłam tego słowa.

 

My tym­cza­sem swo­bod­nego­ czasu na takie… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Na­wi­ga­to­rze Snuff po­wtórz mel­du­nekw końcu ze stanu… –> – …Na­wi­ga­to­rze Snuff, po­wtórz mel­du­nek… – W końcu ze stanu

 

prze­ka­zał…eee… dy­żur­ny in­spek­tor Er! –> Brak spacji po wielokropku.

 

na Wiel­ki Trans­ga­lak­tycz­ny wciąż spoza Ooor­ta… –> Literówka.

 

Długo póź­niej do­pie­ro… –> Dużo póź­niej do­pie­ro

 

Albo… kiedy strajk dżin­nów po­krzy­żo­wał mafii szyki… – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Coraz bardziej podoba mi się Twoje uniwersum, a szczególnie to, jak wiele odkrywasz przed czytelnikiem szczegółów z różnych jego sfer: od typowych konfliktów rodzinnych kosmicznych marynarzy po stosunki zawodowe wśród cyborgów. Tak więc mi “przegadany” początek wcale się nie nudził, wręcz przeciwnie ;)

Podobnie jak Finkli, wątek sprawców katastrofy wydał mi się zbyt przewidywalny. Właściwie od chwili gdy zostaje wspomniana mafia, wiadomo, że to ona za tym wszystkim stoi i gdy Snuff dochodzi do takiej konkluzji na końcu opowieści, zupełnie to nie zaskakuje.

Zastanawiam się jeszcze nad kwestią A. H. Sweara. Z jednej strony zgadzam się z reg, że generalnie tekst nie powinien wymagać dopowiedzeń w komentarzach (przyznam, że sam też nie załapałem o kogo chodzi i potrzebowałem podpowiedzi). Jednak z drugiej, autor ma moim zdaniem pełne prawo umieścić w swoim tekście zagadkę dla czytelnika, tym bardziej, jeśli ten dysponuje Wujkiem Googlem. W tym wypadku zaś mamy nazwisko z pozoru kompletnie od czapy i to w dodatku na końcu opowiadania, więc sygnał, że coś się za nim kryje, jest wyraźny.

Czekam na następne części :)

Reg, wdzięcznie dziękuję:), ponanoszę niezawodnie . Światowiderze – sympatyczna recenzja, dzięki takoż:). Jak już pisałem– każde ​opowiadanie o Nawigatorze ma warstwy, w tym najgłębiej – tę z fundamentu cywilizacji europejskiej. Z założenia:). Dla Czytelników to dodatkowe wyzwanie, rzecz jasna, poza samą formułą;D. Pozdr.

 

p.s. Ponanosiłem:)

Kolejny Snuff na leniwe niedzielne popołudnie.

Początek zbyt przegadany, wiele bajania i gadulstwa, a mało akacji, podczas gdy to od początku właśnie zależy, czy czytelnik zechce kontynuować lekturę. Przyznam, że wynudził mnie bardzo, i gdyby nie to, że wyrobiłeś już sobie pewną markę, to cisnąłbym opowiadanie w kąt.

Nie cisnąłem. I dobrze.

Od początku trzeciej sekcji już do końca podobało mi się bardzo. Odkąd już wiadomo kim są Dżinny i jaka jest ich natura, robi się ciekawe i nawet marudzenie starego dziada przy antałku jest do zniesienia.

Podsumowując, opowiadanie ciekawe, coraz szerzej przedstawiasz nam swój świat, jedynie forma podania prologu pozostawia wiele do życzenia.

Jeżeli mogę coś zasugerować, to lepiej by wypadła jakaś intrygująca scena z Dżinnem w akcji na początku, a dopiero później zaserwować owo mozolne wyjaśnianie, kim oni są i o co w tym wszystkim chodzi.

 

Chro – ciut podkróciłem drugi moduł. Fakt – zbyt przegadany był. Dzięki:)

O, poeto odkurzaczy! Mam chwilę czasu, to jestem :)

czas Sol

Hmm? Znaczy się, czas mierzony względem Sol?

poza tym, coraz młodsi z wyglądu przy swoich partnerkach galaktyczni profesjonalni astronauci, już od dawna

Te przecinki są zbędne. Najwyżej zamieniłabym pierwszy na myślnik, dla jasności.

No ale

No, ale.

ciężkich że

Ciężkich, że.

lat Sol

Nie wiem, czy warto zaznaczać, względem czego liczony jest ten czas. Niby precyzuje, ale po pierwsze, rok to okres obiegu planety (czyli powinny to być lata ziemskie, na przykład), a po drugie ziemskie lata to te "domyślne".

Na przykład, mój

Tu bez przecinka.

obszar poza który

Obszar, poza który.

kometa, wyłoniła się

Ojoj, przecinek między podmiotem, a orzeczeniem? Czy to sprawka wrednych kosmitów?

Mogą w tym samym czasie co my, odbierać i przetwarzać miliony razy więcej informacji

Hmm.

na wszelki wypadek rzecz jasna, bo

Wtrącenie: na wszelki wypadek, rzecz jasna, bo.

wykorzystujący przecież, (…) musieli mieć przecież

Wycięłabym pierwsze "przecież", bo się powtarza.

nawet, rzecz jasna nie za darmo

"Rzecz jasna" to wtrącenie, patrz wyżej.

kawałku, Miotało

Tu albo kropka, albo mała litera.

 

Jejciu, duchy w kosmosie. Dobre! Jak zwykle, gawędziarskie i ze swadą, i trochę smutne, choć wesołe. I co tu jeszcze napisać…

Metafyzyka Pany!

Joł! :D

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Kolejna przygoda Snuffa, kolejna ciekawa przygoda :)

Trochę bardziej poważna niż poprzednie. Gorzej, że moim zdaniem z lekka przegadana – w połowie, pomimo naprawdę fajnych rozwiązań i faktów, zacząłem się nudzić. Część rzeczy dałoby się wyciąć, część trochę upłynnić. Generalnie to największa wada tekstu w porównaniu do poprzednich. Snuff więcej opisuje tło niż to, co akurat się dzieje w opowieści.

Jednak poza tym elementem tekst fajny, a skróty poszczególnych funkcji przywołały mnóstwo uśmiechu :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tarnino, ponanosiłem wreszcie :)

Pięknie dziękuję :D

Nowa Fantastyka