- Opowiadanie: rybak - Opowieści starego Nawigatora V: Zastępstwo w Obłoku Oorta

Opowieści starego Nawigatora V: Zastępstwo w Obłoku Oorta

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Opowieści starego Nawigatora V: Zastępstwo w Obłoku Oorta

Mi­ja­nie wy­pcha­nym po brze­gi ma­sow­cem ostat­nich pa­łę­ta­ją­cych się idio­tycz­nie w tę i nazad aste­ro­id We­wnętrz­ne­go Ob­ło­ku Oorta, tuż przed wej­ściem na Wiel­ki Trans­ga­lak­tycz­ny Szlak, to praw­dzi­wa droga przez mękę.

Raz – że wle­czesz się w tłoku ni­ski­mi pod­świetl­ny­mi, tra­cąc bez sensu, na sku­tek sta­re­go do­bre­go re­la­ty­wi­stycz­ne­go efek­tu Ein­ste­ina, ko­lej­ne go­dzi­ny do po­zo­sta­wio­nej za sobą resz­ty świa­ta. Kiedy już wresz­cie wta­ra­ba­nisz się na tę naszą ko­smo­stra­dę, roz­bu­jasz „cię­ża­ró­wę” i z ulgą prze­kro­czysz gra­nicz­ną Drugą Nad­świetl­ną, po­wy­żej któ­rej efekt re­la­ty­wi­stycz­ny prze­sta­je dzia­łać, za­wsze w końcu za­uwa­żasz z ro­sną­cym za­kło­po­ta­niem, że ow­szem, tobie mi­nę­ło w korku góra kilka dni. Lecz tym­cza­sem twoi bli­scy, po­zo­sta­wie­ni choć­by na ro­dzin­nym Mar­sie, po­sta­rze­li się nawet o kilka ty­go­dni. I kiedy wró­cisz z rejsu, taka na przy­kład Ania znów za­rzu­ci Cię pre­ten­sja­mi, że za­czy­nasz przy niej wy­glą­dać sta­now­czo zbyt młodo. A do tego doda, że mu­sisz się wresz­cie zde­cy­do­wać: zo­sta­jesz przy niej na stałe, jako przy­szły szczę­śli­wy mąż, czy za jakiś, bli­żej nie­spre­cy­zo­wa­ny czas Sol za­mie­rzasz, z dużym suk­ce­sem wśród nie­zo­rien­to­wa­nych, uda­wać jej syna.

Nie­mą­dre to, prze­cież twoja ko­bie­ta do­sko­na­le wie, że la­ta­nie na da­le­kich szla­kach to dla nas życie, a poza tym, coraz młod­si z wy­glą­du przy swo­ich part­ner­kach ga­lak­tycz­ni pro­fe­sjo­nal­ni astro­nau­ci, już od dawna sta­no­wią normę. Nie ona pierw­sza, nie ostat­nia, cóż czło­wiek jest wi­nien, że nasze Susły, Bor­su­ki i Su­ry­kat­ki roz­pę­dza­ją się na gra­ni­cy Ukła­du Sło­necz­ne­go aż tak ospa­le?

No ale jest jesz­cze ta druga, znacz­nie gor­sza spra­wa. Obłok Oorta, na sku­tek sta­łe­go, od setek lat, na­ru­sza­nia jego cza­so­prze­strze­ni i lo­kal­nych pól gra­wi­ta­cyj­nych przez ta­bu­ny nad­świetl­nych gwiaz­do­lo­tów, cięż­kich że niech je kwa­zar po­pie­ści, de­fi­ni­tyw­nie się nam zde­sta­bi­li­zo­wał. Tra­jek­to­rie jego komet, aste­ro­id i ob­ło­ków me­te­orów stały się tym samym nie­prze­wi­dy­wal­ne nawet dla naj­szyb­szych po­kła­do­wych Ajek. Ow­szem – Ukła­do­wi Sol krzyw­dy nie zro­bią, od czego w końcu mamy na stra­ży, za or­bi­tą Plu­to­na, sta­cje z nad­świetl­ny­mi wy­rzut­nia­mi an­ty­ma­te­rii? Oraz ob­słu­gu­ją­cych ów mi­li­tar­ny ar­se­nał spe­cjal­sów z Sił An­ty­im­pak­to­wych Da­le­kich Sys­te­mo­wych Trak­tów, czyli uj­mu­jąc rzecz po­tocz­nie uży­wa­nym we flo­cie skró­tem – do­praw­dy nie­za­stą­pio­nych Sa­dy­stów? Mucha się do we­wnętrz­nych orbit Sol nie prze­śli­zgnie, a co do­pie­ro ko­me­ta.

Ale… Ale w samym Oor­cie już tak we­so­ło nie jest. Wła­ści­wie nie ma na­wi­ga­to­ra, który przed wej­ściem na Wiel­ki Trans­ga­lak­tycz­ny, albo z niego do Sol wra­ca­jąc, nie za­li­czył przy­naj­mniej raz ob­cier­ki, czy zgoła nie­wiel­kie­go dzwo­na. Co kil­ka­na­ście lat Sol, nie­ste­ty, zda­rza­ją się też więk­sze ko­li­zje, ka­ta­stro­fy z ofia­ra­mi śmier­tel­ny­mi. To jest, do­tych­czas się w za­sa­dzie nie zda­rza­ły, ale to już prze­szłość. Na przy­kład, mój były ko­man­dor Do­enig, niech mu Próż­nia lekką bę­dzie… Kil­ka­dzie­siąt rap­tem mie­się­cy wcze­śniej eks­plo­ro­wa­li­śmy razem pla­ne­ty Pasa Gra­nicz­ne­go, czyli ob­szar poza który wyjść na razie nam, Zie­mia­nom,  nie­zro­zu­mia­łą de­cy­zją Grze­bie­nia­stych, nie wolno. A nie dalej niż rok po na­szym po­wro­cie z Ke­ple­ra, zwi­chro­wa­na or­bi­tal­nie, pię­cio­ki­lo­me­tro­wej śred­ni­cy ko­me­ta, wy­ło­ni­ła się z pust­ki, w ostat­niej chwi­li ni stąd ni zowąd zmie­ni­ła tra­jek­to­rię z po­zor­nie bez­piecz­nej i przy­grzmo­ci­ła w ka­dłub jego Susła L pra­wie do­kład­nie na wy­so­ko­ści ha­bi­ta­tu za­ło­gi. Po­ko­nu­jąc bez trudu wszel­kie pola ochron­ne. No i nie ma już wśród nas ani Do­eni­ga, ani szóst­ki jego ludzi, a do tego lo­kal­ne­go pi­lo­ta.

 

***

My sami, co praw­da, przy­wy­kli­śmy już do ry­zy­ka, ale dla mojej Ani wciąż nikła to po­cie­cha, że jak na kil­ka­set ty­się­cy gwiezd­nych że­gla­rzy, i mi­lio­ny od­by­tych przez nich rej­sów, kilka ofiar na de­ka­dę to o całe rzędy wiel­ko­ści mniej, niż skut­ki jed­ne­go tylko week­en­du na mar­sjań­skich szo­sach. Boi się o mnie, dziew­czy­na, co po­ra­dzę? Fakt, by­ło­by znacz­nie go­rzej, gdyby nie po­stęp. Od dwóch dekad mamy w Oor­cie do­dat­ko­wą pomoc ze stro­ny wła­śnie lo­kal­nych pi­lo­tów. Ofi­cjal­nie – Dy­żur­nych In­spek­to­rów, nie­ofi­cjal­nie zwa­nych Dżin­na­mi. Traf­na nazwa. Same Ajki w Oor­cie nie wy­ra­bia­ją, choć na Szla­ku dy­stans nawet par­se­ka do prze­szko­dy to dla nich nie kło­pot. No ale tam idą na me­zo­nach D, a we­wnątrz i na obrze­żach Sol wy­łącz­nie na jo­no­wym. Poza tym, ze­wnętrz­ne po­ste­run­ki ob­ser­wa­cyj­ne Sa­dy­stów cza­sem też mają ob­su­wy i cze­goś tam nie do­pa­trzą. Jed­nak kiedy Dżinn bie­rze się do ro­bo­ty, więk­szość pro­ble­mów na­wi­ga­cyj­nych w Ob­ło­ku znika w mgnie­niu oka, ni­czym źli cza­row­ni­cy w ho­lo­wi­zyj­nych ba­śniach z Ty­sią­ca i Jed­nej Nocy.

Bo jak wie­cie, te nasze Dżin­ny to w za­sa­dzie cy­bor­gi. No, niby nadal lu­dzie, ale z wsz­cze­pio­nym w rdzeń krę­go­wy od­bior­ni­kiem sze­ro­ko­pa­smo­wej nad­świetl­nej łącz­no­ści krót­kie­go za­się­gu, sprzę­ga­ją­cym ich on­li­ne z po­ste­run­ka­mi ob­ser­wa­cyj­ny­mi w pro­mie­niu mi­nu­ty świetl­nej. A do tego z umiesz­czo­ną pod szy­szyn­ką sta­cją rów­no­le­głe­go prze­twa­rza­nia da­nych, łą­czą­cą ich mózgi z po­kła­do­wą Ajką, kiedy tylko wcho­dzą na ko­lej­ny po­kład, by moż­li­wie naj­szyb­ciej i naj­bez­piecz­niej prze­pro­wa­dzić nasze stat­ki przez Obłok. Z re­gu­ły bez naj­mniej­szej rysy.

Ci… lu­dzie szko­le­ni i mo­dy­fi­ko­wa­ni są la­ta­mi tylko do jed­ne­go: byśmy po­ko­nu­jąc Oorta od­da­wa­li im stery, wy­łą­cza­li nie­po­trzeb­ną Ajkę i na góra kilka dni wy­mu­szo­ne­go nie­rób­stwa uda­wa­li, że to my do­wo­dzi­my oraz kie­ru­je­my. Ale tak na­praw­dę, czy­sto ma­nu­al­nie, robią to przez cały ten czas tylko oni. Dżin­ny. Pi­lo­ci ma­new­ro­wi. Lu­dzie, któ­rych za­wo­do­wa ka­rie­ra za­czy­na się, od­by­wa i koń­czy w wą­skim sto­sun­ko­wo pasie mię­dzy Sol, a otwar­tą Ga­lak­ty­ką.

Py­ta­cie, czy są nie­za­wod­ni? Tak. Jak naj­bar­dziej. Bez Dżin­na na po­kła­dzie, samo przej­ście przez Obłok trwa­ło­by, wtedy nawet, nie kil­ka­dzie­siąt go­dzin, a całe ty­go­dnie. A może i mie­sią­ce. I po­chła­nia­ło­by bez po­rów­na­nie wię­cej ofiar. Dla­te­go Dżin­nów opła­ca się po kró­lew­sku, kom­pa­nie trans­por­to­we zno­szą wszel­kie ich fa­na­be­rie i żą­da­nia, ba! – sam pre­zes Smi­thy uni­że­nie, acz tylko do czasu, czę­stował ich swoją naj­lep­szą whi­sky.

Bo, trze­ba wam wie­dzieć, te nasze Dżin­ny miały wów­czas jedną tylko sła­bość: poza służ­bą znacz­ny od­se­tek ich kor­pu­su, skła­da­ją­ce­go się z kilku ty­się­cy osób, nie­przy­tom­nie się wręcz uchle­wał. I z tego, co wiem, tak jest do dziś. To oni sta­no­wią na przy­kład lwią część klien­tów barów i pubów na Plu­to­nie i na co więk­szych sta­cjo­nar­nych aste­ro­idach Oorta, na przy­kład na po­cząt­ko­wym Węźle Szla­ku. Wsz­cze­pio­ne im już na eta­pie doj­rze­wa­nia i szko­ły oprzy­rzą­do­wa­nie robi bo­wiem z ich ukła­da­mi ner­wo­wy­mi coś, o czym znacz­na część z nas, zwy­czaj­nych da­le­ko­bież­nych astro­nau­tów, tylko marzy: pra­wie bez­brzeż­nie po­sze­rza im świa­do­mość.

Mogą w tym samym cza­sie co my, od­bie­rać i prze­twa­rzać mi­lio­ny razy wię­cej in­for­ma­cji, a potem syn­te­ty­zo­wać je i prze­kła­dać na traf­ne de­cy­zje pod­czas ręcz­ne­go pi­lo­to­wa­nia na­szych ma­sow­ców. Mogą ze­stra­jać się w tym z Aj­ka­mi, ze­wnętrz­ny­mi na­daj­ni­ka­mi, nawet ze sobą wza­jem­nie. Wię­cej nawet! Jeśli ze­chcą, two­rzą praw­dzi­wą in­for­ma­cyj­ną, a kto wie, czy i nie men­tal­ną sieć. Jak głę­bo­ko to u nich sięga, sami nawet nie wiemy, bo już pierw­sze usta­wy w Sol, re­gu­lu­ją­ce za­sa­dy na­bo­ru i służ­by Dżin­nów, po­zba­wi­ły za­ra­zem resz­tę ludz­ko­ści wglą­du w ich do­zna­nia, prze­ży­cia oraz świat we­wnętrz­ny. Nawet dia­gno­stycz­nej men­to­sko­pii zro­bić im zgod­nie z pra­wem nie wolno, bo by się z miej­sca roz­stro­ili. Z nie­po­we­to­wa­ną szko­dą, rzecz jasna, dla całej ziem­skiej i po­za­ziem­skiej eko­no­mi­ki.

Dla­te­go Dżin­ny mają swoje wła­sne kręgi to­wa­rzy­skie, wcho­dzą w związ­ki wy­łącz­nie z im po­dob­ny­mi, prze­ka­zu­ją swój spe­cy­ficz­ny fach dzie­ciom: z ojca i matki na syna i córkę. Nawet miesz­ka­ją, z wła­sne­go wy­bo­ru, w od­ręb­nych osie­dlach, głów­nie na księ­ży­cach Sa­tur­na. A wła­ści­wie na jed­nym, czyli ter­ra­for­mo­wa­nym Ty­ta­nie, z któ­re­go dawno, jesz­cze w XXII wieku, wy­wie­zio­no i sprze­da­no wszy­stek metan. No i, rzecz jasna, naj­waż­niej­sza ich cecha: w prze­ci­wień­stwie do resz­ty ma­ry­na­rzy i pi­lo­tów, Dżin­ny po­tra­fią zbie­rać się men­tal­nie do kupy ni­czym ja­kieś pie­przo­ne psz­czo­ły! Z czego ponoć czer­pią, jak plot­ki gło­szą, do­zna­nia bę­dą­ce przy zbio­ro­wych kwa­so­wych tri­pach ziem­skich an­tycz­nych hip­pies czymś tak ma­je­sta­tycz­nym, jak mi­liar­dy razy więk­szy od na­sze­go Słoń­ca żółty hi­pe­rol­brzym HR 5171 A, o któ­rym pew­nie uczy­li­ście się na wstęp­nych kur­sach astro­ga­cji, wobec po­czci­wej we­nu­sjań­skiej man­da­ryn­ki.

Ale, jak się już pew­nie do­my­śla­cie, nie wie­dzieć czemu w praw­dzi­wie od­lo­to­wy, w miarę trwa­ły men­tal­ny rój Dżin­ny mogą wejść wy­łącz­nie po pi­ja­ku. Dla­te­go po służ­bie ani z nimi po­ga­dać, ani nawet się po­rząd­nie na­wa­lić. Bie­rzesz ta­kie­go na parę ko­le­jek do naj­bliż­sze­go baru, w po­dzię­ce za udany pi­lo­taż do ro­ga­tek Wiel­kie­go Trans­ga­lak­tycz­ne­go, albo z po­wro­tem, a ten le­d­wie umo­czy ryj, z miej­sca wy­wra­ca gały biał­ka­mi do góry. I nawet nie koń­cząc ko­lej­ki, na­tych­miast psy­chicz­nie or­bi­tu­je, za spra­wą we­wnętrz­ne­go oprzy­rzą­do­wa­nia, w men­tal­nym ki­sie­lu po­dob­nych mu kum­pli z roju, znaj­du­ją­cych się w pro­mie­niu do mi­nu­ty świetl­nej, bo na szczę­ście dalej ich na­tych­mia­sto­we mi­kro­na­daj­ni­ki nawet dziś nie niosą. Choć i to, po praw­dzie, wy­star­czy, by za­wsze w po­bli­żu zna­la­zło się co naj­mniej kilku, jeśli nie kil­ku­set ta­kich jak on, spra­gnio­nych to­wa­rzy­skie­go zla­nia się w jedno, w tej ich­niej kil­ku­go­dzin­nej dżin­no­wej nir­wa­nie. Aż do na­stęp­nej zmia­ny. Mówię wam – może to i fa­chow­cy, ale poza tym cza­sa­mi za­cho­wu­ją się jak istne ćpuny! Tak w ogóle to nawet równe chło­py (i baby), na trzeź­wo można z nimi konie kraść, ale dasz im wódki, a nawet piwa, i przez resz­tę wie­czo­ru pi­jesz sam.

Dla­cze­go więc wciąż pró­bu­je­my? My­ślał­by kto, że nie wie­cie! Bo czas temu jakiś któ­ryś z na­szych, na­wi­ga­tor, za­ło­żył się z innym, że w końcu znaj­dzie ta­kie­go Dżin­na, w któ­re­go za­się­gu nie bę­dzie ak­tu­al­nie ni­ko­go z jego roju. I zdoła go upić, hmmm… po­je­dyn­czo. Lata mi­ja­ły, do puli do­rzu­ci­li się już chyba wszy­scy czyn­ni astro­nau­ci, jest już w niej dobre kilka mi­lio­nów kre­dy­tów, po­tęż­na kwota, więc ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów upi­ja­nie Dżin­nów poza służ­bą stało się na­szym śro­do­wi­sko­wym spor­tem, ha­zar­dem, któ­re­mu od­da­je­my się dość re­gu­lar­nie z praw­dzi­wym sa­mo­po­świę­ce­niem. I na­dzie­ją, że może to wła­śnie teraz, za chwi­lę, już roz­bi­je­my bank. Robił to nawet ten łajdak Smi­thy. A przed każdą ko­lej­ną próbą… uczci­wie do­rzu­cał do puli na­stęp­ne pięć kre­dy­tów. Takie za­sa­dy. Cie­ka­we, kiedy komu z na­szych uda się wresz­cie za­gar­nąć ten skar­biec?

***

Ale o czym to ja? Po­lej­cie, moi dro­dzy, bo w gar­dle mi za­schło. O, wła­śnie! Jakiś czas po śmier­ci Do­eni­ga, za­czę­ły się prze­do­sta­wać do pu­blicz­nej wia­do­mo­ści mocno nie­przy­jem­ne fakty. Ce­lo­wa­ły w tym ho­lo­bru­kow­ce, ale po­cząt­ko­wo kto by im tam wie­rzył, szem­ra­nym ścierw­ni­kom, słu­żą­cym naj­po­dlej­szym in­stynk­tom i lu­dziom! Do ka­ta­stro­fy do­szło we­dług nich ponoć dla­te­go, że Do­eni­go­wy dy­żur­ny Dżinn, nie­ja­ki A.H.Swear, zro­bił rzecz nie­wy­obra­żal­ną: zapił pod­czas dy­żu­ru na po­kła­dzie! Ni­czym naj­gor­szy na­ło­go­wiec, nie ba­cząc na nic, w isto­cie ska­zał tym samym na śmierć od­da­ny mu w pi­lo­to­wa­nie w dro­dze przez Oorta ze­spół! Tylko ponoć dla­te­go Suseł Do­eni­ga zszedł z kursu, nikt nie za­uwa­żył na czas ko­me­ty na ko­li­zyj­nym, i do­szło do naj­gor­sze­go.

Uwie­rzy­li­by­ście? Po­cząt­ko­wo nikt z nas też nie chciał w to wie­rzyć, Dżin­ny mają wpo­jo­ne po­czu­cie obo­wiąz­ku na po­zio­mie wręcz mo­le­ku­lar­nym. Na służ­bie zmie­nia­ją się w nie­za­wod­ne au­to­ma­ty, w uoso­bie­nie pre­cy­zji i od­po­wie­dzial­no­ści. Nawet mó­wi­ło się do tam­te­go czasu: Po­le­gać jak na Dżin­nie!

No wła­śnie – mó­wi­ło się. Bo z dnia na dzień gwał­tow­nie się mówić prze­sta­ło. Za dużo było tych ar­ty­ku­łów. Za­czę­ły je w końcu po­wie­lać po­waż­niej­sze sieci, dys­ku­to­wa­li o nich roz­ma­ici mą­dra­le na rzą­do­wych ka­na­łach, w końcu, mno­żo­ne ponad miarę wąt­pli­wo­ści padły na po­dat­ny grunt i za­czę­ły kieł­ko­wać. Tak, wiem, co teraz po­wie­cie: nikt z nas prze­cież nigdy nie wi­dział Dżin­na pi­ja­ne­go na służ­bie. To po pro­stu nie­moż­li­we. Tylko, moi dro­dzy, nagle do­szło do nas z całą bru­tal­ną ja­sno­ścią, że i trzeź­we­go, w barze, poza służ­bą – także nikt nie spo­tkał! Wy­star­czy­ło, że prze­kro­czy­li wrota ta­kiej na przy­kład, po­pu­lar­nej w na­szym śro­do­wi­sku “Śmie­ją­cej się Su­ry­kat­ki”, czy “Le­go­wi­ska Bor­su­ków”, a szli w gaz z miej­sca i nie­odwo­łal­nie!

W ta­kiej oto at­mos­fe­rze nie­do­mó­wień i po­dej­rzeń plot­ki po­tęż­nia­ły, nie­sna­ski pu­chły, smród się wzma­gał. W ba­rach nikt już do­bro­dusz­nie nie żar­to­wał z Dżin­nów wpa­da­ją­cych w stu­por po małej wódce, ale by­wa­ło – ob­rzu­cał ich in­wek­ty­wa­mi. Ci nie po­zo­sta­wa­li dłuż­ni i stop­nio­wo coraz bar­dziej za­my­ka­li się w swoim i tak już her­me­tycz­nym świat­ku. Ko­lej­ne nie­zcy­bor­gi­zo­wa­ne za­ło­gi żą­da­ły re­zy­gna­cji z Dżin­nów i wpro­wa­dze­nia no­wo­cze­śniej­szych (czy­taj – bar­dziej nie­za­wod­nych) metod po­ko­ny­wa­nia Oorta. Albo w ogóle od­da­nia że­glu­gi przez Oorta spół­kom ze­wnętrz­nym. Może i będą po­wol­niej­sze, ale za to prze­wi­dy­wal­ne, więc bez­piecz­ne – ar­gu­men­to­wa­no. I tylko dla­te­go, że takie fi­rem­ki, o ni­kłej zresz­tą, na razie, wia­ry­god­no­ści, do­pie­ro się two­rzy­ły i wciąż nie miały od­po­wied­niej licz­by swo­ich wła­snych, po­rząd­nie wy­szko­lo­nych pi­lo­tów, Dżin­ny wciąż znaj­do­wa­ły za­ję­cie. Przez co jed­nak ko­lej­ne nasze, po­zo­sta­wio­ne na pla­ne­tach we­wnętrz­nych Sol przy­ja­ciół­ki, żony i ko­chan­ki sta­wia­ły nas przed ul­ti­ma­tum: albo one albo gwiaz­dy! A że gwiaz­dy prze­waż­nie oka­zy­wa­ły się po takim ul­ti­ma­tum waż­niej­sze, setki i ty­sią­ce ro­dzin roz­pa­da­ły się, fala nie­za­do­wo­le­nia z Dżin­nów na­ra­sta­ła, ogól­ne wku­rze­nie ogar­nia­ło mię­dzy­gwiezd­ną flotę. Zresz­tą, sami wie­cie jak to jest, kiedy czło­wiek nie po­że­gna się ze swą ko­bie­tą jak na­le­ży przed wyj­ściem na Szlak. Pie­kło w domu – pie­kło na po­kła­dzie, jak ma­wia­ją. Nie muszę wam tłu­ma­czyć, macie prze­cież wła­sne baby…

Co na to same Dżin­ny? Naj­pierw nie­mra­wo się bro­ni­ły, ich pi­lo­ci tłu­ma­czy­li, że plot­ki są krzyw­dzą­ce, ale potem, za­ata­ko­wa­ni hur­tem przez wszyst­kie bru­ko­we ho­lo­sta­cje ukła­du, za­czę­li się jesz­cze bar­dziej alie­no­wać. Aż w końcu, któ­re­goś pięk­ne­go dnia Sol, do wszyst­kich rów­no­cze­śnie do­tar­ło, że nie­za­wod­na do­tych­czas służ­ba Dy­żur­nych In­spek­to­rów chyba od­cho­dzi do prze­szło­ści. Kiedy na znak pro­te­stu prze­ciw – jak stwier­dzi­li li­de­rzy ich związ­ku za­wo­do­we­go – po­zba­wia­ją­cych ich god­no­ści, de­hu­ma­ni­zu­ją­cych i bez­pod­staw­nych oskar­żeń ze stro­ny resz­ty Ludz­ko­ści – ogło­si­li bez­ter­mi­no­wy strajk!

Że­glu­ga przez pas Oorta na­tych­miast za­mar­ła i za­czę­ły się scho­dy. Kry­zys z miej­sca wy­cią­gnął swe bez­względ­ne macki ku roz­dy­go­ta­nym set­kom mi­liar­dów ludzi, roz­sia­nym po całej Ga­lak­ty­ce na od­izo­lo­wa­nych od sie­bie nagle pla­netach i sta­cjach. No, nie było wtedy we­so­ło. I kto wie, do czego by do­szło, gdy­bym na po­cząt­ku tam­te­go pa­mięt­ne­go rejsu nie roz­her­me­ty­zo­wał swo­je­go Bor­su­ka… Zaraz wam wszyst­ko wy­tłu­ma­czę, ale naj­pierw zwil­żę gar­dło, dolej no, który tam masz bli­żej do kra­ni­ka.

***

Moja zmia­na roz­po­czę­ła się pod­czas mi­ja­nia Try­to­na, sa­te­li­ty Nep­tu­na, tuż przed wej­ściem w pas Ku­ipe­ra. Ajka kie­ru­ją­ca na­szym Bor­su­kiem XXV sta­ran­nie skry­wa­ła cy­fro­wą pa­ni­kę, bo zgod­nie z pro­ce­du­rą już od kilku go­dzin po­win­na być wy­łą­czo­na i za­stą­pio­na przez dy­żur­ne­go Dżin­na, ale mel­dun­ki z mi­ja­nych ko­lej­no sta­cji ob­ser­wa­cyj­nych nie po­zo­sta­wia­ły wąt­pli­wo­ści: tym razem żaden z nich moich ste­rów nie przej­mie. Na wach­cie oprócz mnie nie było ni­ko­go. Ko­le­dzy za­ło­gan­ci od wczo­raj tkwi­li w ana­bio­ze­rach, na wszel­ki wy­pa­dek rzecz jasna, bo za­wszeć tak bez­piecz­niej niż na most­ku. Mniej­sze zło, pa­mię­ta­cie… No i wszyst­ko wska­zy­wa­ło, że tym razem nawet do Pasa do­trze­my ze spo­rym opóź­nie­niem, a potem przez sa­me­go Oorta bę­dzie­my szli dobry mie­siąc, więc do re­wi­ta­li­za­cji dru­gie­go wach­to­we­go i tak po­zo­sta­wa­ła masa czasu.

Aku­rat po­sęp­nie pa­trzy­łem na ho­lo­ekran, roz­my­śla­jąc o tym, że tym razem Ania mi już na pewno nie od­pu­ści: tuż przed rej­sem za­po­wie­dzia­ła zresz­tą, że po moim po­wro­cie mu­si­my odbyć za­sad­ni­czą roz­mo­wę. Kiedy więc Ajka za­po­da­ła, że do­szło do roz­her­me­ty­zo­wa­nia się śluzy ze­wnętrz­nej, z ulgą prze­sta­łem my­śleć i zaj­rza­łem do niej ot tak, na wszel­ki wy­pa­dek, zdal­nie. Ho­lo­ekran na most­ku lekko mżył, ale zdo­ła­łem do­strzec, że we­wnątrz śluzy ktoś tkwi. W ska­fan­drze, a jakże. I naj­wy­raź­niej, ma­cha­jąc przed­ra­mio­na­mi w ko­smicz­nym ge­ście – sy­gna­le „otwórz” – do­ma­ga się wpusz­cze­nia do środ­ka. Taaaa, stary numer Dżin­nów: oni też mieli od lat wła­sną roz­ryw­kę. Po cichu, ko­rzy­sta­jąc z roz­ko­ja­rze­nia Ajek w Oor­cie, pod­kra­da­li się swo­imi sta­tecz­ka­mi do na­szych ma­sow­ców, cu­mo­wa­li ob­cho­dząc czuj­ni­ki i za­bez­pie­cze­nia (to te ich pie­kiel­ne wsz­cze­py!) i nie­odmien­nie za­ska­ki­wa­li wach­to­wych wska­ki­wa­niem znie­nac­ka na po­kła­dy. Że co? Że niby nie­moż­li­we, bo pro­mie­nio­wa­nie szcząt­ko­we? A gdzie tam, prze­cież nie na jo­no­wym! Jed­ne­mu z In­spek­to­rów udało się nawet kie­dyś nie­po­strze­że­nie sta­nąć za dy­żur­nym na­wi­ga­to­rem na most­ku i za­sło­nić mu oczy dłoń­mi w rę­ka­wi­cach ska­fan­dra tak per­fid­nie, że aż się chło­pi­na ze stra­chu… no, lekko się skom­pro­mi­to­wał, po­wiedz­my… Nie ma co re­cho­tać, wy też by­ście się zes… , zna­czy ze­stra­cha­li. Cie­ka­we, czy dżin­nom także cho­dzi­ło o jakiś za­kład.

Ten mój jed­nak naj­wy­raź­niej nie bawił się w pod­cho­dy. W każ­dym razie – nie za bar­dzo:

– Tu dy­żur­ny in­spek­to… … szę o …enie …ścia na …kład… – trzesz­czą­ca łącz­ność nie po­zwa­la­ła mi usły­szeć nic wię­cej. Cho­ler­ny złom! Łącz­ność za­ni­ka­ła mi już od kilku go­dzin, a dwa kwa­dran­se wcze­śniej cał­kiem ją z naj­bliż­szą sta­cją Sa­dy­stów stra­ci­łem. Trud­no. Jesz­cze jeden kwia­tek do ogród­ka kom­pa­nij­nych tech­ni­ków. Trze­ba bę­dzie po po­wro­cie zdro­wo ich opie­przyć.

Nie cze­ka­łem dłu­żej. Dżinn był praw­dzi­wym wy­ba­wie­niem. Wi­docz­nie w mię­dzy­cza­sie zdą­ży­li prze­rwać strajk, a szwan­ku­ją­ca łącz­ność nie po­zwo­li­ła mi wcze­śniej na­cie­szyć się tym fak­tem.

– Wlazł! – Uprzej­mie za­pro­si­łem go na mo­stek. Wkro­czył bez na­my­słu. Ska­fan­der miał mocno zła­cha­ny, wręcz brud­ny, na­szyw­ka z na­zwi­skiem gdzieś mu się ode­rwa­ła, ale to sta­no­wi­ło ko­lej­ną cechę roz­po­znaw­czą Dżin­nów: w ogóle nie przy­wią­zy­wa­li uwagi do odzie­nia. Ab­ne­ga­ci po pro­stu. Ten mój też tak jak stał, nawet nie otrze­pu­jąc się z pyłu, w lek­kim kom­bi­ne­zo­nie, rzecz jasna – nie pod­no­sząc nie­przej­rzy­stej po­la­ry­za­cyj­nej prze­sło­ny hełmu, bo takie mieli re­gu­la­mi­no­we za­sa­dy pod­czas pi­lo­to­wa­nia gwiaz­do­lo­tów przez Oorta, siadł w dru­gim fo­te­lu wach­to­we­go, pod­piął się do pul­pi­tu ste­ro­wa­nia oraz sys­te­mu pod­trzy­my­wa­nia życia, uak­tyw­nił i zgrał z sys­te­ma­mi po­kła­do­wy­mi wszyst­kie swoje we­wnętrz­ne ustroj­stwa i w końcu wy­re­cy­to­wał tę ich stan­dar­do­wą for­mu­łę:

– Dy­żur­ny In­spekt…. Er… prosi o zgodę na prze­ję­cie ste­rów i odłą­cze­nie po­kła­do­wej AI.

– Na­wi­ga­tor Snuff: ze­zwa­lam – wy­gło­si­łem obo­wiąz­ko­wą for­muł­kę i wy­god­niej, bo ze sporą ulgą, roz­par­łem się w fo­te­lu. – Jed­nak prze­rwa­li­ście strajk, chło­pa­ki?

– Mniej wię­cej – od­parł głos spod hauby, prze­trans­po­no­wa­ny na gło­śni­ki most­ka. Widać mało ga­da­tli­wy Dżinn mi się tym razem tra­fił.

– I świet­nie – na­tych­miast od­par­łem. – Prze­cież to nie miało sensu. Nie ro­zu­miem, jak można było mieć do was pre­ten­sje o ten wy­pa­dek Do­eni­ga, prze­cież na nie­sta­bil­ną ko­me­tę nie ma sil­nych, przy­pad­ki cho­dzą po lu­dziach.

Dżinn wciąż mil­czał, ale widać robił swoje, bo mój Bor­suk za­czął wy­raź­nie przy­spie­szać, o czym in­for­mo­wa­ły stru­mie­nie liczb prze­wa­la­ją­ce się przez ho­lo­ekran. Mie­li­śmy już 0,93 C, wynik do­praw­dy re­kor­do­wy, do­tych­czas żaden In­spek­tor w Ob­ło­ku tak szyb­ko mnie nie pi­lo­to­wał, mu­siał mi tym razem po­ma­gać praw­dzi­wy as. Nie­wy­ględ­ny jakiś taki, już na pierw­szy rzut oka w zde­cy­do­wa­nie za luź­nym na niego kom­bi­ne­zo­nie, ale as.

– Spo­koj­nie, ko­le­go – za­żar­to­wa­łem. – Nie ma co się wier­cić pod klien­tem. Na po­ran­ne piwo w „We­so­łej Ste­rów­ce” na pewno zdą­ży­my. Już cię za­pra­szam.

 – Dzię­ki, Snuff – Dżinn od­po­wie­dział tym razem nie­mal na­tych­miast. – Za­wsze byłeś w po­rząd­ku. Pew­nie że pój­dzie­my. Na pewno. Ale może jesz­cze nie tym razem.

Pa­mię­tam, że wtedy lekko się zdzi­wi­łem. Nie zna­łem go­ścia, nigdy z nim do­tych­czas nie la­ta­łem. Skąd zatem on…? A zresz­tą, czy to ważne? – tak wtedy sobie po­my­śla­łem. Pew­nie z tego ich roju. Zresz­tą, pije się prze­cież bez heł­mów, dzi­siaj może sobie gadać co chce, a ja i tak nie­ba­wem zo­ba­czę, kto zacz.

„We­so­ła Ste­rów­ka”, bar na sta­cji po­cząt­ko­wej Szla­ku, do któ­re­go jak tra­dy­cja każe, przed wej­ściem na Wiel­ki Trans­ga­lak­tycz­ny wszy­scy na­wi­ga­to­rzy za­pra­sza­li swo­ich Dżin­nów po po­myśl­nym przej­ściu przez Oorta, była dla więk­szo­ści z nas za­rów­no miej­scem spo­tkań to­wa­rzy­skich, gieł­dą in­for­ma­cji, jak i nie­ofi­cjal­nym cen­trum han­dlo­wym i ne­go­cja­cyj­nym. Gwiezd­ni że­gla­rze od za­wsze wy­ko­rzy­stu­ją­cy prze­cież, do­brym ma­ry­nar­skim zwy­cza­jem, wolne kątki we­wnętrz­nych ła­dow­ni do pro­wa­dze­nia nie­ofi­cjal­nej wy­mia­ny han­dlo­wej z do­stęp­ną nam resz­tą za­lud­nio­ne­go Wszech­świa­ta, mu­sie­li mieć prze­cież gdzie do­ga­dy­wać trans­ak­cje. Z po­kła­dów swo­ich stat­ków jakoś nie wy­pa­da gadać o oso­bi­stych in­te­re­sach, zwłasz­cza za po­śred­nic­twem kom­pa­nij­ne­go sys­te­mu nad­świetl­nej łącz­no­ści. Co in­ne­go w „Ste­rów­ce”, która udo­stęp­nia­ła nawet, rzecz jasna nie za darmo, cy­wil­ne ka­na­ły do uma­wia­nia od­bio­ru i do­staw nie­ofi­cjal­ne­go ma­ry­nar­skie­go cargo w do­wol­nie wy­bra­nym węźle Szla­ku.

A kto miał łącz­ność, ten miał i wła­dzę. Obec­nie w „Ste­rów­ce” kró­lo­wał mój były sztau­er Liu, który po po­wro­cie z Ke­ple­ra Grze­bie­nia­stych rzu­cił służ­bę w Kom­pa­nii i otwo­rzył wła­sną firmę spe­dy­cyj­ną, bę­dą­cą w isto­cie przy­kryw­ką dla nie­zbyt czy­stych in­te­re­sów. Po­dob­no aż nóż­ka­mi dro­bił do prze­ję­cia pi­lo­ta­żu przez Oorta od Dżin­nów. Łobuz. Wszy­scy wie­dzie­li, że kosi kon­ku­ren­cję, ku­pu­jąc sobie usłu­gi ukła­do­wej mafii. Mia­łem nosa, że ła­chu­dra, kie­dym go chciał wy­wa­lić z Floty. In­te­re­sów za jego po­śred­nic­twem nigdy nie ro­bi­łem, kwe­stia za­ufa­nia i zwy­czaj­ne­go nie­sma­ku. Ale inni i ow­szem. Ta­kich pro­ble­mów nie miały, rzecz jasna, Dżin­ny. Ma­wia­no nawet nie­kie­dy zło­śli­wie, że łączą się w pi­ja­nym wi­dzie w rój nie po to, by wy­mie­niać się emo­cja­mi i za­spo­ka­jać po­trze­by to­wa­rzy­skie, ale by do­ga­dy­wać w ten spo­sób, poza wszel­ką kon­tro­lą i w ta­jem­ni­cy, wła­sne lewe biz­ne­sy.

Czas mijał le­ni­wie, tro­chę mi się nu­dzi­ło, więc po­sta­no­wi­łem i o to za­py­tać.

– Po­wiedz mi… hmm… Er, jeśli to py­ta­nie nie bę­dzie nie­tak­tem, czy wy w roju za­ła­twia­cie też ja­kieś swoje bie­żą­ce spra­wy?

– Na­wi­ga­to­rze Snuff, bę­dzie nie­tak­tem – ostro uciął mój Dżinn z miej­sca, cały sku­pio­ny na kie­ro­wa­niu Bor­su­kiem, ale po chwi­li ode­zwał się znowu:

– Nie, no, wy­bacz ko­le­go, to nie tak. Po pro­stu, nasz fach jed­nak nie zo­sta­wia więk­sze­go mar­gi­ne­su na inne po­trze­by. A cza­sem, sam wiesz, trze­ba z kimś po­łą­czyć duszę. Wy­ga­dać się, po pro­stu. Wy, płasz­cza­ki (za­wsze wku­rza­ło mnie to lekko po­gar­dli­we okre­śla­nie nas przez Dżin­nów) macie, pa­ra­dok­sal­nie, ła­twiej – idzie­cie na wódkę i do woli na­wi­ja­cie z kum­pla­mi od serca. Ale my… my tak już nie mo­że­my. Kto raz po­sze­rzył sobie świa­do­mość za po­mo­cą wsz­czep­ki i nad­świetl­nej, temu potem bar­dzo trud­no wró­cić do wą­skich, wer­bal­nych ka­na­łów prze­pły­wu in­for­ma­cji. I pła­sko, i ubogo, i znacz­nie wol­niej. My tym­cza­sem swo­bod­ne­go czasu na takie po­ga­du­chy mamy nie­du­żo, sam wiesz, że ruch na Szla­ku ro­śnie, a nas nie ma znów aż tak wielu. Coraz mniej zo­sta­je na życie oso­bi­ste. W do­dat­ku te Pen­to­dy…

Nie skoń­czył, ale ja już wie­dzia­łem, o co mu cho­dzi. Epoki się zmie­nia­ły, po­stęp robił swoje, ale jed­nak pewne rze­czy zo­sta­wa­ły po sta­re­mu. Po daw­ne­mu jedni lu­dzie byli do­brzy, a inni się ze­świ­nia­li. Ci dru­dzy chęt­niej ła­ma­li prawo, po sta­re­mu znaj­do­wa­li się też tacy, dla któ­rych ła­ma­nie prawa sta­no­wi­ło spo­sób na życie. Na przy­kład mafie. No nie rób­cie ta­kich oczu, po­my­ślał­by kto. Dziś też są, tyle że le­piej się ka­mu­flu­ją. Ale i wtedy od dawna wy­ro­sły już z etapu ziem­skie­go krę­ce­nia się po ni­skich or­bi­tach, pra­nia pie­nię­dzy w księ­ży­co­wych ka­sy­nach i sprze­da­wa­nia mi­lio­nom nie­szczę­śni­ków pry­mi­tyw­nych nar­ko­ty­ków czy le­wych me­dy­ka­men­tów. Teraz to samo, plus lewy do­stęp do pi­rac­kich i poza kon­tro­lą pro­wa­dzo­nych, bo ofi­cjal­nie wciąż po­twor­nie dro­gich i de­fi­cy­to­wych ku­ra­cji ge­ria­trycz­nych, ofe­ro­wa­ły mi­liar­dom, dzie­siąt­kom mi­liar­dów, krę­cąc przy tym po­li­ty­ka­mi i po­li­cją już nie na skalę jed­nej, a setek za­miesz­ka­nych pla­net. I, rzecz jasna, wal­cząc o wła­dzę nad ka­na­ła­mi prze­rzu­to­wy­mi w całej Ga­lak­ty­ce. Tu tym­cza­sem spra­wa była cał­kiem pro­sta: ten miał do­stęp do ga­lak­tycz­nych nie­le­gal­nych ryn­ków, kto po­kąt­nie trzy­mał łapę na Wiel­kim Trans­ga­lak­tycz­nym. Ten miał dla swo­ich le­wych ob­ro­tów Wiel­ki, czyje ban­dyc­kie ekipy pa­no­wa­ły w jego wę­złach, ścią­ga­jąc pro­wi­zje od ka­żde­go za­ro­bio­ne­go tam na lewo kre­dy­ta. A ten miał węzły, kto… cie­pło, cie­pło… kto wła­dał fe­raj­ną w Ob­ło­ku Oorta. W nim zaś, do­pó­ki w isto­cie wszyst­ko za­le­ża­ło od nie­za­leż­nej służ­by Dy­żur­nych In­spek­to­rów, macki mafii nadal nie zdo­ła­ły się w pełni roz­wi­nąć. Choć – rzecz jasna pró­bo­wa­ła. Wciąż pró­bo­wa­ła…

Gło­śno było czas temu jakiś o pró­bach szan­ta­żu, uza­leż­nia­nia przez Pen­to­dy co słab­szych psy­chicz­nie Dżin­nów. Ale z nimi łatwo nie po­szło: trzy­ma­li się razem, nar­ko­ty­ków nie po­trze­bo­wa­li, bo rój i szkla­necz­ka whi­skey wy­star­cza­ły im do szczę­ścia w zu­peł­no­ści, na swoim Ty­ta­nie kul­ty­wo­wa­li war­to­ści ro­dzin­ne, pracy od­da­ni byli jak mało kto, szczo­drze wy­na­gra­dza­ni, szmu­glem się nie zaj­mo­wa­li. Sło­wem – mafia prze­gry­wa­ła z nimi na całej linii… W do­dat­ku murem stała za nimi cała gwiezd­na flota i prak­tycz­nie wszyst­kie po­za­sło­necz­ne ukła­dy pla­ne­tar­ne. Gdyby nie ten wy­pa­dek Do­eni­ga, w ogóle nie by­ło­by o czym gadać, ale… ale ostat­nio za­ufa­nie mię­dzy Dżin­na­mi, a resz­tą ma­ry­nar­skie­go świat­ka mocno, jak już wspo­mnia­łem, pod­upa­dło.

Po­sta­no­wi­łem więc sko­rzy­stać z oka­zji i do­wie­dzieć się cze­goś o wy­da­rze­niach ostat­nich go­dzin.

– Po­wiedz mi, Er, co tam się u was mówi o ka­ta­stro­fie Do­eni­ga? Skoro strajk Dżin­nów się skoń­czył, widać wszyst­ko się wy­ja­śni­ło i ro­ze­szło po ko­ściach? U mnie łącz­ność pada, ma­sa­kra jakaś, nic nie wiem…

– Wy­ja­śni­ło się, wy­ja­śni­ło – mruk­nął mój Dżinn. – Nawet za dużo się wy­ja­śni­ło… – I chyba chciał dodać coś jesz­cze, ale w tym mo­men­cie Bor­su­kiem szarp­nę­ło, aż zrzu­ci­ło mnie z fo­te­la na ela­stycz­ną wy­kła­dzi­nę most­ka. W pod­świetl­nej ko­li­zje nie wy­glą­da­ły tak nie­win­nie jak po­wy­żej Sta­łej Nad­świetl­nej na Szla­ku, kiedy wszyst­ko dzie­je się nie­ja­ko poza nami. Teraz alarm wył, ho­lo­ekran skrze­czał, struk­tu­ry Bor­su­ka i jego dwa­dzie­ścia pięć mi­lio­nów ton ła­dun­ku w ze­wnętrz­nych ko­ko­nach  za­ta­cza­ły się i tań­czy­ły w pu­st­ce, wbrew wszel­kim pra­wom fi­zy­ki cały czas po­zo­sta­jąc w jed­nym ka­wał­ku, Mio­ta­ło mną od ścia­ny do ścia­ny ka­bi­ny do­wo­dze­nia, tylko Er nie­wzru­szo­ny, przy­pię­ty do fo­te­la czar­ny­mi mię­si­sty­mi pa­sa­mi z hi­per­ke­vla­ru  wy­ko­ny­wał ze swo­je­go miej­sca, jakby od nie­chce­nia, lek­kie ruchy wo­lan­tem i z wir­tu­oze­rią kon­tro­wał ko­lej­ne prze­strzen­ne uśli­zgi mo­je­go ma­sow­ca. Potem do­pie­ro do­tar­ło do mnie, jak upior­ny sta­no­wi­ło to widok: luźny znisz­czo­ny ska­fan­der, obo­jęt­na hauba hełmu, w bursz­ty­no­wym wy­pu­kłym lu­strze fil­tra od­bi­ja­ją­ca pan­de­mo­nium we wnę­trzu ste­rów­ki, nawet mnie, a za nią… No wła­śnie, co skry­wa­ło się za nią?!

Wokół jęki prze­cią­żo­nej kon­struk­cji, widać czę­ścio­wo po­zba­wio­nej już pól ochron­nych, no i ten char­czą­cy gło­śnik na pul­pi­cie, przez który Dżinn ko­mu­ni­ko­wał się ze mną, raz za razem wy­plu­wa­ją­cy jego cięż­kie, rwane dy­sze­nie i mel­du­nek:

– Przy­ją­łem ze wsz­cze­pu mel­du­nek alar­mo­wy z roju, po nad­świetl­nej: Atak stru­mie­niem an­ty­ma­te­rii! Po­wta­rzam: Atak stru­mie­niem an­ty­ma­te­rii w aste­ro­idę LLFB 227.26! Źró­dło: kwa­drant QBG 267.145.602! Sta­cja SADST 080806! Po­wta­rzam: Źró­dło: kwa­drant QBG 267.145.602! Sta­cja SADST 080806. Aste­ro­ida wy­bi­ta z nie­ko­li­zyj­ne­go kursu, omi­nię­ta bez strat. Na­wi­ga­to­rze Snuff, po­wtórz mel­du­nek. Po­wta­rzam: na­wi­ga­to­rze Snuff, po­wtórz mel­du­nek! Snu­uufffff!!!

Potem chwi­la rzę­że­nia, kom­plet­nej ciszy, i od nowa to samo. Bez prze­rwy. Jak od­twa­rza­nie włą­czo­ne w pętli.

Po­wiem wam, że chcia­łem, cho­ler­nie chcia­łem po­wtó­rzyć, ale nie byłem w sta­nie. Po­ję­cia nie mam, jak długo to wszyst­ko trwa­ło, mi­nu­ty czy go­dzi­ny, wiem tyle, że pod­czas któ­re­goś wcze­śniej­sze­go wstrzą­su wal­ną­łem po pro­stu łbem o pod­sta­wę kon­so­li i chyba na jakiś czas od­pły­ną­łem…

– … Na­wi­ga­to­rze Snuff – po­wtórz mel­du­nek… – w końcu ze stanu za­mro­cze­nia wy­rwa­ło mnie po­wta­rza­ne bez ustan­ku po­le­ce­nie Dżin­na. Potem char­kot, cisza i od nowa: – Atak stru­mie­niem…

Nie wiem, jak długo tak gadał, rzę­ził, prze­ry­wał, tkwiąc bez ruchu przy­pię­ty do fo­te­la, ale kiedy tylko ak­sa­mit­na czerń znik­nę­ła mi spod po­wiek, na­tych­miast na­bra­łem i do niego, i w ogóle do całej służ­by Dy­żur­nych In­spek­to­rów, praw­dzi­wie głę­bo­kie­go sza­cun­ku. Nie­sa­mo­wi­ty gość! Nawet w ta­kiej sy­tu­acji, na progu, a nawet już poza pro­giem ka­ta­stro­fy, ogar­niał spra­wę, i mimo że reszt­ka­mi sił – sztyw­no trzy­mał się pro­ce­dur. Ale i ja, nie chwa­ląc się, mia­łem już prze­cież wtedy za sobą dłu­gie lata kle­pa­nia re­gu­la­mi­nów i for­mu­łek, a i pa­mięć od­po­wied­nio wy­tre­no­wa­ną. Ze­bra­łem się w sobie:

– Mówi na­wi­ga­tor Snuff: atak stru­mie­niem an­ty­ma­te­rii w aste­ro­idę LLFB227.26! Po­wta­rzam: Atak stru­mie­niem an­ty­ma­te­rii w aste­ro­idę LLFB 227.26! Źró­dło: kwa­drant QBG 267.145.602! Sta­cja SADST 080806! Po­wta­rzam: Źró­dło: kwa­drant QBG 267.145.602! Sta­cja SADST 080806. Aste­ro­ida wy­bi­ta z nie­ko­li­zyj­ne­go kursu i omi­nię­ta bez strat. Mel­du­nek o ataku, przy­ję­ty z nad­świetl­nej, prze­ka­zał mi pilot na most­ku (tu na chwi­lę znów mnie za­mro­czy­ło, ale jakoś się po­zbie­ra­łem), prze­ka­zał…eee… dy­żur­ny in­spek­tor Er!

Do­sko­na­le wie­dzia­łem, że tak trze­ba, a tej wagi mel­du­nek Dżin­na musi zo­stać po­twier­dzo­ny przez na­wi­ga­to­ra peł­nią­ce­go wach­tę. Bo tylko wów­czas kto­kol­wiek z ze­wnątrz mógł­by go potem wziąć po­waż­nie. Zbyt wiele wąt­pli­wo­ści na­ro­sło już wtedy w Nad­zo­rze Floty wokół dy­żur­nych in­spek­to­rów. Czuj­ni­ki czuj­ni­ka­mi, au­to­ma­ty au­to­ma­ta­mi, lecz i on, i ja wie­dzie­li­śmy prze­cież, że czar­ne skrzyn­ki Bor­su­ka pod­czas po­ko­ny­wa­nia Oorta no­to­wa­ły wszyst­ko co dzia­ło się w ste­rów­ce, czy to z czyn­ną Ajką, czy bez niej, co do mi­li­se­kun­dy. By w góra pół­mi­nu­to­wych od­stę­pach, a w razie ja­kiejś awa­rii, na­tych­miast po od­zy­ska­niu łącz­no­ści, cy­klicz­nie prze­ka­zy­wać skom­pre­so­wa­ne ła­dun­ki in­for­ma­cji wprost na De­imo­sa, nad­świetl­ną. Były rów­nie nie­za­wod­ne jak Dżin­ny, cóż robić, że w przy­pad­ku ka­ta­stro­fy stat­ku Do­eni­ga do­szło do sy­tu­acji jed­nej na mi­liard chyba, i ude­rze­nie ko­me­ty roz­py­li­ło sta­tek z re­je­stra­to­ra­mi na mi­li­se­kun­dy przed nada­niem przez nie ko­lej­ne­go stru­mie­nia da­nych do cen­trum alar­mo­we­go. Przez co nigdy już się nie do­wie­my, co tam tak na­praw­dę za­szło. W ostat­nich chwi­lach przed ka­ta­stro­fą.

I nagle, nagle wszyst­ko uci­chło. W cał­ko­wi­tej ciszy Bor­suk znów szedł równo przez prze­strzeń, tyle że na mi­ni­mal­nej ma­new­ro­wej, Obłok We­wnętrz­ny Oorta po­zo­stał gdzieś z tyłu, ja – sie­dzia­łem ogłu­pia­ły na wy­kła­dzi­nie pod fo­te­lem. Do­tar­ło rap­tem do mnie, że moja cudem ja­kimś dzia­ła­ją­ca znów Ajka roz­po­czę­ła wy­gła­sza­nie dłu­giej li­ta­nii prze­glą­du i kon­tro­li po­szcze­gól­nych ukła­dów, a każde zda­nie koń­czy­ła sło­wa­mi „brak uszko­dzeń i dys­funk­cji”. No i na ko­niec dro­biazg, który wy­trą­cił mnie na­praw­dę z rów­no­wa­gi: ho­lo­ekran na most­ku ja­rzył się spo­koj­nym bla­dym świa­tłem, uka­zu­jąc od­le­gły o za­le­d­wie kilka minut świetl­nych pierw­szy węzeł Wiel­kie­go Trans­ga­lak­tycz­ne­go.

Nie, no, na­praw­dę dobry jest ten mój Dżinn! W ta­kich wa­run­kach unik­nąć nie­uchron­nej, zda się, ka­ta­stro­fy, do­pro­wa­dzić sta­tek do Węzła jak po sznur­ku i to w nie­na­ru­szo­nym sta­nie… A przy oka­zji, cały ten czas tań­cząc ze śmier­cią mię­dzy od­pry­ska­mi za­bój­czych ko­smicz­nych skał, po­zy­skać, za­re­je­stro­wać i prze­ka­zać sku­tecz­nie in­for­ma­cje klu­czo­we dla wy­ja­śnie­nia ka­ta­stro­fy stat­ku Do­eni­ga… Ja mu za chwi­lę nie jedną wódkę po­sta­wię, ale całą bu­tel­kę, nawet skrzyn­kę, a niech sobie użyje!

Ale, ale, gdzie on wła­ści­wie jest? Psia­kość! Sku­ba­niec ko­lej­ny kawał mi zro­bił na ko­niec, jak to oni mają w zwy­cza­ju. Fotel pusty, pasy ele­ganc­ko zwi­nię­te, na most­ku też go nie ma… Naj­wi­docz­niej tak samo cicho i nie­spo­dzie­wa­nie jak się po­ja­wił, oddał stery Ajce, od­cu­mo­wał ten swój mi­nia­tu­ro­wy sta­te­czek i się zmył… Nic to, trze­ba bę­dzie jesz­cze do­kład­niej opi­sać jego pro­fe­sjo­na­lizm w ra­por­tach, na­le­ży mu się pre­mia, i to so­lid­na! Już ja się o to po­sta­ram!

***

Co było dalej? Nie ma co się roz­wo­dzić, trą­bi­li o tym we wszyst­kich ho­lo­sta­cjach, a co jedna – to głu­piej i nie­praw­dzi­wiej. Rzecz jasna, całe to zda­rze­nie so­len­nie przed­sta­wi­łem w swoim spra­woz­da­niu, już na Węźle, zanim jesz­cze po­sze­dłem napić się za mo­je­go Dżin­na w „We­so­łej Ste­rów­ce”.

Tro­chę to co praw­da po­trwa­ło, bo naj­pierw na po­kład we­szła astro­po­li­cja i prze­ję­ła i czar­ne skrzyn­ki, i za­pi­sy z ka­bi­ny. No i przy oka­zji mnie, wa­sze­go Snuf­fa. Ku memu nie­po­mier­ne­mu zdu­mie­niu, z miej­sca za­mknę­li mnie w po­je­dyn­czej celi lo­kal­ne­go po­ste­run­ku, a Bor­su­ka opie­czę­to­wa­li i od­ho­lo­wa­li na strze­żo­ny pirs, kil­ka­dzie­siąt mil nad Wę­złem. Prze­strze­ni było, ile dusza za­pra­gnie, poza Bor­su­kiem żaden inny gwiaz­do­lot do wjaz­du na Wiel­ki Trans­ga­lak­tycz­ny wciąż spoza Ooor­ta, lecąc z Ziemi, nie do­tarł. A i stat­ki idące z ze­wnątrz ku Sol, nadal stały na dal­szych sta­cjach Szla­ku, po­kor­nie cze­ka­jąc na ko­niec straj­ku Dżin­nów.

On wcale się bo­wiem nie skoń­czył, jak za­pew­ne rów­nież wie­cie. To zna­czy – skoń­czył się, ale do­pie­ro kil­ka­dzie­siąt go­dzin póź­niej, na­tych­miast po tym, gdy od­po­wied­nie służ­by od­two­rzy­ły sobie na­gra­nia ze skrzy­nek. W efek­cie od razu zro­bi­ły nalot na sta­cję SADST 080806, czyli bom­bar­du­ją­cy nas stru­mie­niem an­ty­czą­stek, wy­mie­nio­ny prze­ze mnie w ra­por­cie i mel­dun­ku z most­ka Bor­su­ka, po­ste­ru­nek Sa­dy­stów. Bo fak­tycz­nie, to z niego wy­szedł atak, i rze­czy­wi­ście śmierć mi­nę­ła nas o włos. Do­enig miał mniej szczę­ścia, gdy wcze­śniej, z tej samej sta­cji, sta­ran­nie wy­mie­rzo­ny ła­du­nek wal­nął w prze­la­tu­ją­cą nie­opo­dal jego Susła, pę­ta­ją­cą się po Oor­cie ko­me­tę, wybił ją z kursu i nie po­zo­sta­wił Do­eni­go­wi wraz z za­ło­gą żad­ne­go mar­gi­ne­su na re­ak­cję. Naj­mniej­szych nawet szans. Ani jego Dżin­no­wi. Mimo że mistrz to był nad mi­strze, jak potem znów przy­zna­wa­no w całej flo­cie.

Długo póź­niej do­pie­ro, kiedy już wszyst­ko wró­ci­ło do normy i znów po sta­re­mu upi­ja­li­śmy ra­do­śnie na­szych Dżin­nów w na­dziei na sutą wy­gra­ną, wy­szło na jaw, że wszyst­ko to była spraw­ka Pen­tod. By­dla­ki! Nie mogli wy­eli­mi­no­wać z Oorta Dy­żur­nych In­spek­to­rów ina­czej, więc po­sta­no­wi­li ich do­szczęt­nie zdys­kre­dy­to­wać. W sumie łatwo, a nawet – za łatwo im to po­szło: sa­mot­ne­mu dy­żur­ne­mu spe­cjal­so­wi z jed­nej z setek sta­cji Sa­dy­stów, dla prze­ła­ma­nia uwa­run­ko­wa­nia wy­star­czy­ło po­rwać je­dy­ne dziec­ko ze szko­ły z in­ter­na­tem na Io i tuż potem prze­słać mu pocz­tą ma­leń­ki pa­lu­szek wraz z pro­po­zy­cją nie do od­rzu­ce­nia. Spo­sób niby wy­grze­ba­ny z ery bar­ba­rzyń­skie­go an­ty­ku, ale wciąż jakże sku­tecz­ny. Do­dat­ko­wo zaś, rę­ko­ma pod­ku­pio­nych czy za­stra­szo­nych tech­ni­ków na­szej Trze­ciej Kom­pa­nii Trans­por­to­wej z De­imo­sa – za­wcza­su lekko po­psu­to alar­mo­we na­daj­ni­ki Do­eni­go­we­go stat­ku. Żeby w klu­czo­wym mo­men­cie prze­sta­ły wy­sy­łać cy­klicz­ne na­gra­nia z czar­nych skrzy­nek. Wszel­kie ślady i tak po­chło­nę­ła ani­hi­la­cja… Na­wia­sem mó­wiąc – to samo Pen­to­dy upich­ci­ły za­wcza­su i na moim Bor­su­ku.

Oj, dzia­ło się potem, kiedy łyk­nę­ła to tak zwana opi­nia pu­blicz­na. Łby le­cia­ły po równo. I ma­fio­sów, i sko­rum­po­wa­nych po­li­ty­ków. Nawet ten drań Liu zgi­nął w ja­kimś za­ka­za­nym za­uł­ku De­imo­sa, ubity przez wła­snych kum­pli, kiedy przy­par­ty do muru przez wście­kłą po­li­cję za­czął wresz­cie sypać… Po co mu na przy­kład była ta jego spół­ecz­ka, tak na­praw­dę… A zwłasz­cza – kto kazał mu ją za­ło­żyć… W efek­cie także i nasz pre­zes Smi­thy po­że­gnał się z tym świa­tem. Pen­to­dy nie zwy­kły po­zo­sta­wiać przy życiu ta­kich świad­ków, tym bar­dziej zaś – zde­kon­spi­ro­wa­nych po­ma­gie­rów i udzia­łow­ców.

Echchch, dzie­cia­ki, co takie oczy ro­bi­cie? Może i z was już nie­źli pi­lo­ci, ale o życiu to jesz­cze wie­cie nie­wie­le. A bo to pierw­sza taka eg­ze­ku­cja w hi­sto­rii pro­mi­nent­nych złaj­da­czo­nych związ­kow­ców i mafii? To prze­cież dwie stro­ny tego sa­me­go me­da­lu!

***

Gdyby jed­nak nie ten mój jeden, je­dy­ny mel­du­nek, na­gra­ny na po­kła­do­we re­je­stra­to­ry, wciąż nikt by ni­cze­go nie po­dej­rze­wał. Ot, ko­lej­na wstrzą­sa­ją­ca ka­ta­stro­fa. I znów w pełni za­wi­nio­na przez krnąbr­ne, nie­zdy­scy­pli­no­wa­ne, zatem nie­war­te dal­sze­go za­ufa­nia Dżin­ny… Albo… kiedy strajk dżin­nów po­krzy­żo­wał mafii szyki – osza­la­łe­go nagle w Oor­cie na­wi­ga­to­ra.

Sęk bo­wiem w tym, a mówię to po raz pierw­szy do­pie­ro dziś, bo nie wiąże mnie już zo­bo­wią­za­nie do za­cho­wa­nia ta­jem­ni­cy, bez pod­pi­sa­nia któ­re­go nie wró­cił­bym wtedy do la­ta­nia, że po­kła­do­we re­je­stra­to­ry… Uff! Wy­du­szę to z sie­bie wresz­cie: że po­kła­do­we re­je­stra­to­ry na most­ku utrwa­li­ły wtedy tylko i wy­łącz­nie mój ustny prze­kaz o rze­czy­wi­stych przy­czy­nach ledwo ledwo unik­nię­tej ko­li­zji. To, co po­wta­rzał Er, jakoś się nie­ste­ty nie na­gra­ło. Go­rzej – w ogóle nic, co z nim zwią­za­ne, ja­kimś cudem się nie na­gra­ło. Ani jego przy­lot na Bor­su­ka, ani wej­ście przez śluzę, ani cały nasz wspól­ny dyżur, ani nasza roz­mo­wa czy jego he­ro­icz­ne ma­new­ry, a w końcu nawet opusz­cze­nie przez niego po­kła­du i stat­ku. Po do­kład­nym spraw­dze­niu wy­szło na jaw, że z żad­ne­go jego roju też nikt nam ni­cze­go nie wy­sy­łał.

Kto więc tak na­praw­dę ura­to­wał Bor­su­ka i jego za­ło­gę? I skąd wła­ści­wie wziął się ten mój na­gra­ny ko­mu­ni­kat? Nie py­taj­cie, bo nie wiem. Po pro­stu nie wiem. Do dziś pa­mię­tam za to do­kład­nie każde jego słowo, wryły mi się w pa­mięć chyba już do­ży­wot­nio, kie­dym wy­słu­chał ich cał­kiem spo­koj­nie, po wy­ma­glo­wa­niu mnie naj­pierw przez po­li­cję, potem przez psy­cho­lo­gów i psy­chia­trów. Nie, ni­cze­go nie stwier­dzi­li, byłem zdrów na umy­śle i ciele jak w dniu pierw­szych te­stów do Aka­de­mii Na­wi­ga­cji. Gotów do dal­szej służ­by, jak to mówią. I, nie­ste­ty, tym samym do nie­unik­nio­nej roz­mo­wy z Anią. Nie ma się z czego śmiać, smar­ka­cze! Sami się kie­dyś prze­ko­na­cie, co to zna­czy za­drzeć z ko­bie­tą, któ­rej cyka bio­lo­gicz­ny zegar, a jej męż­czy­zna cią­gle na Trans­ga­lak­tycz­nym…

Zresz­tą, było, mi­nę­ło… Jedno wam tylko na ko­niec po­wiem: cza­sa­mi chciał­bym jed­nak za­po­mnieć. Spał­bym dziś le­piej. Co za­po­mnieć? Ostat­nie moje wy­po­wie­dzia­ne na most­ku zda­nie, setki razy ana­li­zo­wa­ne potem przez naj­lep­szych eks­per­tów. A wła­ści­wie, ostat­nie sie­dem wy­po­wie­dzia­nych przez czyjś obcy, bo z pew­no­ścią nie mój głos, koń­czą­cych prze­kaz liter, z po­wo­du któ­rych cały mój ra­port na­tych­miast utaj­nio­no, a mnie o mało nie po­sła­no na zie­lo­ną traw­kę:

– „Mel­du­nek o ataku, przy­ję­ty z nad­świetl­nej, prze­ka­zał mi pilot na most­ku – dy­żur­ny in­spek­tor (…szum, char­kot…) A.H.Swear!”

Koniec

Komentarze

Jak mi już opka tak ładnie zadedykowałeś, to poleciałam przeczytać. Kurcze, lubię tego twojego Nawigatora, serio, jakąś taką sympatią od pierwszego opka do niego zapałałam. I kolejna odsłona też mi się podoba. Trochę spokojniejsza, mniej jajcarska, ale ten jego zgryźliwy humor jest wciąż widoczny. Lubię ten sposób narracji, choć nie jest on łatwy i wielu autorów na nim poległo. Tobie to wychodzi. Gdzieś mi tam ze dwa razy coś zgrzytło, ale nie chciało mi się przerywać lektury, żeby zapisać, a potem nie mogłam już znaleźć. Przeczytałam w jednym rzucie, bez sprawdzania co tam nowego w komentarzach albo na shoutboxie, czyli było naprawdę dobrze. :)

Historia też interesująca, choć zawsze mi się wydawało, że w Obłoku Oorta nie jest tak tłoczno, jak na niemieckiej autostradzie i wszystkie te obiekty są od siebie znacznie oddalone, stąd nie powinno być problemu z przejściem. Choć oczywiście jego destabilizacja mogła co nieco zmienić. Sam pomysł na podrasowanych dyżurnych inspektorów dobry, a skutek uboczny podrasowania rewelacyjny. W ogóle masz tam parę fajnych twistów.

Zastanawiam, co się tam właściwie stało. Czy to Nawigotor znowu zamataczył, czy może duchy się w kosmosie pojawiły, albo Grzebieniaści paluszki w tym maczali? I tak mi się przy okazji pomyślało… Wyobrażam sobie Nawigatora jako 170-letniego emerytowanego wilka kosmicznego, który przesiaduje w jakiejś galaktycznej knajpie i przy szklaneczce whisky snuje swoje opowieści dla gromadki żółtodziobów, którzy mu alkohol sponsorują. Najchętniej dodałabym mu jeszcze fajeczkę, ale obawiam się, że na statkach kosmicznych to nie przejdzie. W takim wypadku gość może, a nawet powinien mówić otwartym tekstem. Nie ukrywać swojej prawdziwej roli w dawno minionych wydarzeniach, a wręcz się nią chwalić. Ale to tylko taki mój koncept. ;)

Oczywiście nie wyobrażam sobie, żeby kolejnej odsłony Nawigatora zabrakło w Bibliotece. :)

Dzięki:). W Oorcie swoje robi prędkość. To jak z jazdą autem przez tor przeszkód: Kiedy jedziesz powoli, np. 10 km na godzinę, przeszkody oddalone np o 100 m od siebie, wydają się rozrzucone z rzadka i niegroźne. Ale kiedy gnasz 200 na godzinę, ledwo nadążasz z ich unikaniem (albo i nie;). Pezez Oorta masowce muszą iść szybko. Bo by tam na ruski miesiąc ugrzęzły, a czas w kosmicznym transporcie to też pieniądz. Dropy jeszcze powygładzam, pisałem to dwa dni mniej więcej, teraz dopiero znajduję niedopracowania:). I dopiszę coś w myśl Twej sugestii… W ramach pogaduch nad szklaneczką ;D

pozdr.

p.s.

Grzebieniaści? Duchy? Mataczenia Snuffa?

Sporo powinno Ci wyjaśnić nazwisko Dżinna. ;). Nooo?? Ciepło, ciepło, gorąco… :D

Hmmm. Jak dla mnie – początek jest bardzo przegadany. Nic się nie dzieje, tylko infodumpy i starawe żarciki o awanturujących się babach. Dopiero od przyjęcia na pokład inspektora Era historia nabiera rumieńców. Ale i tu rozwiązania są typowe i często przewidywalne. Nietrudno się domyślić, że za nagonką na inspektorów stoi konkurencja. A jeśli jej nie ma – jakiś inny wróg, któremu Dżinny przeszkadzają.

Babska logika rządzi!

Dzięki za klika :). Skoro prze­wi­dy­wal­ne, zna­czy, że i Ty nie zauważyłaś Aha­swe­ra?;). A ciągle po­wta­rzam: Snuff jest jak ce­bu­la: ma war­stwy!:D. Dla każdego – swoją, zależnie od możliwości Odbiorcy;). Ten odcinek też taki jest. Co do rumieńców akcji: Obejrzyj kilka odcinków "Katastrofy w przestworzach" National G. Sama katastrofa to często sekundy, góra minuty, tylko w hollywoodzkich superprodukcjach bohater spada z 10 piętra siedem minut, po drodze ratując świat i naparzając się ze stadem zombiaków. A Snuff to NIE JEST gra komputerowa dla nastolatków! . Forma , czyli gawęda, bo tym jest opowieść, jest z natury właśnie taka. I inna nie będzie. To tak jak z dojrzałym stiltonem. Jedni go kochają, inni do ust nie wezmą;). I to nie żadne dowcipy! Zaręczam Ci, jako miłośnik Kobiet , odrobinę Je dzięki temu znający: w relacjach z mężczyznami, znaczna część kobiet właśnie taka jest, biologii i setek tysięcy lat ewolucji żaden marksizm kulturowy w kilka lat nie zmieni. A nawet stuleci. Pamiętaj, że każde, zbyt wychylone wahadło, w końcu wraca, a zbyt napięta sprężyna – odbija, także w obyczajowości. Dzisiaj nawet na Ziemi genderem czy radykalnym feminizmem przejmuje się (a i to, jak sądzę, przejściowo) raptem 3-4 peocent całej Ludzkości, a reszta się z tego śmieje, albo ma to w nosie (a nawet w tej nikłej grupie, część po prostu udaje poprawność polityczną, dla świętego spokoju). Wiedząc doskonale, że dzieci rodzą się w związkach damsko-męskich. A dla ich normalnego zdrowego rozwoju potrzebni są na miejscu mama i tata, a nie samotna matka, czy dwóch "tatusiów" . A że kobiety ubierają swoje prawdziwe oczekiwania i pretensje w zupełnie inne szatki… Nie powiesz mi przecież, że jest inaczej, samo życie;p. Poza tym Snuff to marynarz, tradycjonalista, jego kobieta to partnerka marynarza, na tęczowo się nie ubierają;). To zwyczajni normalni ludzie, ze zwyczajnymi ludzkimi reakcjami, relacjami i codziennymi , nie wydumanymi, problemami. Pozdr.

 

Napisałam, że często przewidywalne, nie, że zawsze. Finał ładnie wyjaśnia, skąd się wziął Er i to mi się spodobało. W odróżnieniu od wątków z Liu – te wydają mi się nieco wyeksploatowane.

Być może jestem dziwna, ale IMO pretensje do kosmonauty o efekty relatywistyczne może zgłaszać tylko bardzo głupia baba. Nie wiedziała wcześniej, nie miała w szkole fizyki?

Babska logika rządzi!

.Hmmm, czy mnie zatem oczy mylą, czy to u Ciebie jest coś w sygnaturce o "babskiej logice"? :DD

Wie­dza ko­bie­ty – wie­dzą, a emo­cje – emo­cja­mi. I to jest u Ko­biet norma! ;)

 

Jest. A jesteś pewien, że rozumiesz te słowa tak samo jak ja? ;-)

Babska logika rządzi!

Zdradzę Ci zatem podstawową tajemnicę prawdziwych mężczyzn: Kobiety nie są do rozumienia! Kobiety są do kochania! :DDD

No właśnie – ludowa mądrość głosi, że mężczyzna nie jest w stanie zrozumieć kobiety. Na odwrót – znacznie łatwiej.

Babska logika rządzi!

I tylko dlatego, że takie firemki, o nikłej zresztą, na razie, wiarygodności, dopiero się tworzyły i wciąż nie miały odpowiedniej liczby swoich własnych, porządnie wyszkolonych pilotów, Dżinny wciąż znajdowaly zajęcie.

Kryzys z miejsca wyciągnął swe bezwzględne macki ku rozdygotanym setkom miliardów ludzi, rozsianym po całej Galaktyce na setkach odizolowanych od siebie nagle planet i stacji.

– nagle odizolowanych od siebie planet i stacji.

Poza tym wszystko wskazywało, że tym razem nawet do Pasa dotrzemy ze sporym opóźnieniem, a potem przez samego Oorta będziemy szli dobry miesiąc, więc do rewitalizacji drugiego wachtowego i tak pozostawała masa czasu.

Ten miał dla swoich lewych obrotów Wielki, czyje bandyckie ekipy panowały w jego węzłach, ściągając prowizje od każedego zarobionego tam na lewo kredyta.

Potem dopiero dotarło do mnie, jak upiorny stanowiło to widok: luźny zniszczony skafander, obojętna hauba hełmu, niczym bursztynowe wypukłe lustro odbijająca pandemoniom we wnętrzu sterówki, nawet mnie, a za nią… No właśnie, co skrywało się za nią?!

– pandemonium?

 

Cóż mogę rzec. Było fajnie znów wejść w świat Snuffa. Dobrze poukładana intryga z przytupem na końcu. Chociaż, jako że zbyt często myślę jak autor, a nie czytelnik, wpadłem na tożsamość tajemniczego Dżina. W Twoim przypadku jak wisi strzelba, to musi wystrzelić… Oczywiście reszta tajemnicy jest jeszcze poza moim zasięgiem ;)

 

Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny

Blacktomie, dziękuję. Uwagi już ponanosiłem.

pozdr.

p.s. tożsamość tożsamością, ale topos kulturowy i metafizyczny pana A.H.Sweara złapałeś, mam nadzieję ?;). Bo to dopiero robi prawdziwą marynarską grozę i legendę w tej opowieści Snuffa…

Aż tak bystry, to nie jestem… Chociaż to może oczytania mi brakuje i opowieści marynarskich nie znam zbyt wielu ;)

Wpisz w gugla "Ahaswer" . Znajdź znaczenie słowa swear w ang. :). Wspomnij stan pustego być może skafandra. Oraz zapowiedź Dżinna, że “jeszcze nie teraz”. I dopiero ciary poczujesz na plecach:D. Jak to na klika nie wystarczy, to co wystarczy?;D Pozdr.

No proszę. Bardzo ładnie to rozwiązałeś. A o kliki to bym się na Twoim miejscu nie martwił:)

Humoru tym razem trochę mniej, choć tym zakładem, kto upije Dżinna pojedynczo i tak mnie rozbroiłeś. O początku pomyślałem, że może być trochę przegadany, choć w żadnym razie mi to nie przeszkadzało. A nie przeszkadzało, bo zaraz pojawiła się taka refleksja, że przecież to opowiadanie gawędziarza, jakie ma więc być, jak nie (w pewien pozytywny sposób) przegadane? W opowiadaniu zawarłeś dużo opisów i informacji dotyczących Dżinnów, ale i to jest w dla mnie pełni zrozumiałe (a przez to nie nuży) bo stanowi swego rodzaju podbudowę pod prezentowany później, bardzo ciekawy problem alienacji cyborgów? Prawie ludzi? Znów ten kosmos, jaki prezentujesz w opowiadaniach o nawigatorze jest szalenie ludzki. Znów jest w nim dużo “człowieka”, ze wszystkimi jego przywarami i słabostkami. 

Zakończenie bardzo niebanalne (choć przyznaję uczciwie, że musiałem sobie pomóc internetem).

Świetnie się czytało.

Bardzo dziękuję:). I, i.

W ramach rewanżu za wizytę i komentarz zawitałem tutaj. Dlaczego akurat tutaj? Bom astronom z wykształcenia i obłok Oorta bliski mi jest a swojski :) No i zaskoczyłeś mnie tym opowiadaniem, a właściwie seryjką utrzymaną w klasycznych lemowskich klimatach z równym wdziękiem i wigorem serwowanych. Powiedziałbym “dobra stara szkoła” lecz trochę się waham, bo choć ja to mam za komplement, to w tym środowisku niektórzy na obrazę chyba mogą ten “epitet” poczytać :)

Drugie zaskoczenie dotyczy… pewnego podobieństwa tego opka do mojej Noosfery. U mnie spowiednik okazuje się… no, kim?, a u Ciebie Dżinn jest Wiecznym Tułaczem! Metafyzyka Pany! że tak po krakowsku zakrzyknę.

Na koniec uwaga i pytanko związane z tekstem

jakieś pieprzone pszczoły!

Rasista!:~)

nawet równe chłopy (i baby)

No właśnie! Jak tam w tej pieprzonej przyszłości z LGBT?

Ukłony i szacunek Rybaku!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Z lgbt? Zapraszam do lektury kłopotów z robotami:)). Pozdr.

 

Dla mnie to zdecydowana nobilitacja: Stawiać mnie, amatora, choćby w jednym zdaniu obok Mistrza Lema!:)

Ode mnie ostatni kliczek :) Bo cóż, muszę przyznać, że mimo iż z pewnością nie wyłapuję wszystkich ukrytych w opowiadaniu smaczków, to bardzo lubię Twojego Nawigatora :) Niech frunie do biblioteki :)

Dziękuję:)

Cieszę się, że Nawigator staje się mile widzianym gościem:)

No cóż, przez niemal połowę opowiadania nieco się nudziłam, bo gawędzenie gawędzeniem, ale zdecydowanie wolę, kiedy coś się dzieje. No a potem, kiedy zaczęło się dziać, nie do końca pojęłam, co tam się wydarzyło, ale tu z kolei pomocne okazały się komentarze.

Mam nadzieję, że w kolejnych opowieściach starego Nawigatora będzie działo się więcej, a do ich należytego zrozumienia nie będą konieczne podpowiedzi zawarte komentarzach.

 

Ania znów za­rzu­ci Cię pre­ten­sja­mi… –> …Ania znów za­rzu­ci cię pre­ten­sja­mi

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

wy też by­ście się zes… , zna­czy ze­stra­cha­li. –> Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

– Tu dy­żur­ny in­spek­to… … szę o… –> Zbędna spacja po drugim wielokropku.

 

– Dy­żur­ny In­spekt…. –> Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Nie­wy­ględ­ny jakiś taki… –> Co to znaczy niewyględny? W słownikach nie znalazłam tego słowa.

 

My tym­cza­sem swo­bod­nego­ czasu na takie… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Na­wi­ga­to­rze Snuff po­wtórz mel­du­nekw końcu ze stanu… –> – …Na­wi­ga­to­rze Snuff, po­wtórz mel­du­nek… – W końcu ze stanu

 

prze­ka­zał…eee… dy­żur­ny in­spek­tor Er! –> Brak spacji po wielokropku.

 

na Wiel­ki Trans­ga­lak­tycz­ny wciąż spoza Ooor­ta… –> Literówka.

 

Długo póź­niej do­pie­ro… –> Dużo póź­niej do­pie­ro

 

Albo… kiedy strajk dżin­nów po­krzy­żo­wał mafii szyki… – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Coraz bardziej podoba mi się Twoje uniwersum, a szczególnie to, jak wiele odkrywasz przed czytelnikiem szczegółów z różnych jego sfer: od typowych konfliktów rodzinnych kosmicznych marynarzy po stosunki zawodowe wśród cyborgów. Tak więc mi “przegadany” początek wcale się nie nudził, wręcz przeciwnie ;)

Podobnie jak Finkli, wątek sprawców katastrofy wydał mi się zbyt przewidywalny. Właściwie od chwili gdy zostaje wspomniana mafia, wiadomo, że to ona za tym wszystkim stoi i gdy Snuff dochodzi do takiej konkluzji na końcu opowieści, zupełnie to nie zaskakuje.

Zastanawiam się jeszcze nad kwestią A. H. Sweara. Z jednej strony zgadzam się z reg, że generalnie tekst nie powinien wymagać dopowiedzeń w komentarzach (przyznam, że sam też nie załapałem o kogo chodzi i potrzebowałem podpowiedzi). Jednak z drugiej, autor ma moim zdaniem pełne prawo umieścić w swoim tekście zagadkę dla czytelnika, tym bardziej, jeśli ten dysponuje Wujkiem Googlem. W tym wypadku zaś mamy nazwisko z pozoru kompletnie od czapy i to w dodatku na końcu opowiadania, więc sygnał, że coś się za nim kryje, jest wyraźny.

Czekam na następne części :)

Reg, wdzięcznie dziękuję:), ponanoszę niezawodnie . Światowiderze – sympatyczna recenzja, dzięki takoż:). Jak już pisałem– każde ​opowiadanie o Nawigatorze ma warstwy, w tym najgłębiej – tę z fundamentu cywilizacji europejskiej. Z założenia:). Dla Czytelników to dodatkowe wyzwanie, rzecz jasna, poza samą formułą;D. Pozdr.

Nowa Fantastyka