- Opowiadanie: maciekzolnowski - Jestem porwana i taka rozerwana

Jestem porwana i taka rozerwana

Wybaczcie mi ten zboczony tekst. To mógłby być horror. Mógłby być, ale nie jest. A rzecz jest o feedersach, fetyszystach. Ukazuje, ale nie promuje, instrumentalne traktowanie kobiet i sprowadza miłość do sfery wyłącznie cielesnej. Choć problem feedersów jest nabrzmiały i ważny, ja zdecydowałem się postawić jeno na humor. Czarny! ;-) 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Werwena

Oceny

Jestem porwana i taka rozerwana

„Wierzę w jednego Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych”. Stop! To nieprawda, ja nie wierzę w nic! Jestem synem ojca-psychopaty i matki-psychopatki i to nie jest moje wyznanie wiary. Moje wyznanie znajduje się o tutaj, poniżej. I jako żywo zaraz je przedstawię. Moje credo – to ciągła pogoń za doznaniami zmysłowymi, moje credo – to bycie sobą, to życie zgodne z własną naturą, i to nawet, jeśli jest to natura bestii.

Majowy poranek roku dwa tysiące trzydziestego piątego był przepiękny. Inżynierowie pogodowi, ze swoimi długimi siurawkami, latawcopredatorami, komarodronami i innym cholernie męskim sprzętem nie mieli tego dnia ani tygodnia nic a nic do roboty, prócz odliczania minut i godzin do przerwy – kolejno – na kawę, obiad, podwieczorek, a w końcu na piwo w „Róży Wiatrów Neptunowych”. Najpierw z samego rana na czerwonym dywanie przez godzinę poczynając od czwartej piętnaście uwijały się sprzątaczki w specjalnych uniformach i z zamontowanymi na plecach odkurzaczami na baterie słoneczne. I to właśnie przenośne aparaty sprawiały, iż pospolite sprzątaczki, oderwane od ludu pracującego i reszty wesołej gromady Zdzisław, Wiesław, Lucyn oraz Barbar wyglądały teraz niczym internacjonalne i intergalaktyczne kosmitki, działające dla dobra galaktyki. A po nich, wraz z pierwszymi promykami słońca, na krwistoczerwonym dywanie pojawiła się ona. Otoczona aureolą świateł i mgieł, fleszów błyskami, jęła się Jej Celebrycka Mość przebijać przez tłumy fanów i paparazzich niczym skondensowana wiązka światła, wytworzona przez połyskującą kroplę cybernetycznej rosy, a przebijająca się przez wonne opary tego śródziemnomorskiego miasteczka: pulsującego, dynamicznego, pełnego turystów i wiecznie żywego. Nastoletnia Latynoska, dziesiąty klon Jennifer Lopez, stworzony przez korporację BencVał, której olśniewający blask gwiazdy uformować się mógł li tylko za sprawą mediów, Glob-Netu i telewizji satelitarnej entej generacji, przybyła właśnie z planu zdjęciowego „Słonecznego… coś tam”. I gdy tylko wygramolić się zdołała ze swej awionetkobarki, z przycumowaną butlą szampana Made in France na pokładzie, z tej opasłej, wielofunkcyjnej arkolimuzyny, czarnej i lśniącej i wypełnionej aż po same brzegi czarnymi w czerni gorylami, rzęsiste posypały się uśmiechy i oklaski ze strony gapiów. Ze strony gapiów na stronie, na symbolicznym strzępku intymności, zwierzył mi się natenczas znajomek, reporter, waląc prosto z mostu:

– Boże, ależ ona piękna! Myślisz, że jej się trochę? No wiesz…

– Czy sądzę, że przytyła? Hm, bo ja wiem?

Skąd niby miałem to wiedzieć? A jeśli nawet ta, do tej pory anorektyczna, jak trawa cherlawa, drobna kobita rozpulchniłaby swe członki, popuściwszy nieco pasa i zmieniwszy swych strojów rozmiar na większy, to przecież nie moja sprawa, no nie? I po tej chwilowej refleksji, mogłem w spokoju witać się z nową myślą, chorą myślą, która w przyszłości zaowocować miała spektakularnym porwaniem i długotrwałym więzieniem w mych skromnych, piwnicznych, domowych pieleszach, w moim własny małym Wilczym Szańcu. Bawiłem się przez moment przedziwną ideą, której nie powstydziłby się żaden seksoholik, a nawet – co tu dużo gadać – psychopata, że oto zbiegają się w czasie wspomniany przyrost wagi celebrytki z jej nieuchronnym porwaniem. I już układałem w głowie mapy skojarzeń, będące jednocześnie logicznym ciągiem z praprzyczyną – zasobnością portfela i lodówki, mierzoną podług odpowiednich wskaźników ekonomicznych, z pierwszą przyczyną – hedonizmem, którego miarę stanowi poziom natężenia apetyciku celebrytki, z drugą przyczyną – żarłocznością, której miarą jest brak umiaru, z pierwszym skutkiem – bólem brzuszka (ból – powiązany ze stanami duszności, nudności i znieruchomienia – mierzymy poziomem natężenia dźwięku, gdy żarłok jęczy i burczy), z drugim skutkiem – tyciem, związanym z wieloma przymiarkami garderoby, szacowanym z analizy porównawczej zdjęć Before & After z albumu rodzinnego tudzież tego, znajdującego się na Facebooku – i wreszcie – z finalną konsekwencją w postaci grubaśności.

Na marginesie rad bym wskazać cztery sprawdzone sposoby szacowania grubaśności, które odnoszą się do ludzkiej, a w szczególności damskiej anatomii. A mianowicie: do obwodu brzuchala i podwójnego podbródka, do masy ciała, do ilości pomarańczowej skórki na udach i pośladkach oraz oczywiście do wielkości amplitudy falującego zadka podczas sprężystego chodu takiej czy innej brunetki lub blondynki, „baleronki” lub balerinki.

Celebrytka była niczym ptak: wolna, jak wolny może być tylko człek syty i bogaty, który żyje kosztem innych, bo czyż nie jest prawdą, iż szczęście – a wolność przez wielu uznawana jest właśnie za owo szczęście – czyż nie jest prawdą, iż szczęście jednych zależy od nieszczęścia drugich? Umysł mój stanął w obliczu przypuszczenia, iż fenomenu wolności niepodobna od Latynoski oddalić, chyba że za cenę ryzyka utraty jedynej, naprawdę ważnej wartości, jaką jest moja wolność osobista. Jednakże wolność celebrytki miałem za inną, jakościowo różną od mojej. „Flesze, błyski, najlepsza whisky, wielkobudżetowe teledyski” – oto wolność, co masy zniewala, a przeto z prawdziwą wolnością w parze iść nie może. A i ten zniewalający pozór postanowiłem w końcu zlikwidować. Nie będę się zanadto rozpisywał, wystarczy, że powiem, co zrobiłem w niespełna tydzień od zakończenia się imprezy. A więc niezwłocznie po zakończeniu się festiwalu, odurzoną narkotykiem piękność porwałem w ciemny loch.

Bla, bla, bla… bla, bla, bla. Mówię "bla, bla, bla", bo nie chcę się nadmiernie – jako się już raz rzekło – rozpisywać, a wiec powtarzam melodyjny piękny refren "bla, bla, bla" w kółko i do znudzenia. A tymczasem akcja się rozwija wartko i celebrytka tyje na potęgę, jak w "Wielkim żarciu", pałaszując pizzkę za pizzką i dudląc wińsko czerwone na umór. Pojawia się nawet coś w rodzaju sztokholmskiego syndromu, z czasem oczywiście. I tak dzień po dniu: bla, bla, bla… bla, bla, bla.

Aż wreszcie któregoś razu porwana obżarta aż do nieprzytomności, omal mdlejąca w ramionach mych silnych, ale jeszcze całkiem świadoma, pozwoliła sobie zaproponować pewną zabawę, będącą w jej mniemaniu odskocznią od kulinarnych tortur i wielkiego, naprawdę wielkiego żarcia. Była to zabawa w teatr, w Śnieżkę. Propozycja mi się spodobała i z marszu stałem się wiedźminem złym zły czar rzucającym naprzód na jabłko, a potem – za jego smakowitą przyczyną – na celebrytkę, to znaczy na królewnę, która teraz leżała przede mną lubieżnym i pulchnym masywem obrócona niby jakaś Babia Góra ze skóry z rozstępami. Dość powiedzieć, iż pomysł gry, rozmyślnie wykoncypowany w bólu i w pocie, miał się stać w przyszłości jedną z największych bolączek porwanej, albowiem uległa zmianie fabuła podstarzałej bajki i jabłko nabrało formotwórczej mocy wprawiania wszystkich napotkanych anorektyczek z Cherlawego Lasu w wilcze apetyciki. Kiedy więc Snow White zanurzyła swe siekacze w magicznym prezencie, nastał absolutny jej (diety) koniec. I jak głosi zimowa legenda, to królewskie nasienie mogło paść… się nawet przez trzy dni z rzędu. Jednak nie więcej, bo oto nagle, ni z tego, ni z owego… BUM!

– A co to za hałasek? – zapytał zza krzaka cherlawy rapujący krasnoludek Półdupasek, będący gwiazdą trzeciego planu i odwalający właśnie chałturę jako świniopasek (czyli coś takiego, jak ja) na lichej polance w pobliżu Cherlawego Lasu.

– Ach! To Śnieżka padła, odpadła, pękła niczym przedmuchany balonik i wyprowadziła się na łono Heaeven Hills 90-210, Bosom of Abraham.

I to już był koniec bajki, gdyż zalała mnie mętna rzeczywistość: poszukiwano mnie listem gończym, a za mą głowę wyznaczono nagrodę. Nie ustawano przy tym w apelach: „odezwij się i powiedz przynajmniej, czy żyje”. Ale ona nie żyła, a ja umierałem z tęsknoty i pragnąłem ukryć się przed samym sobą oraz kryminalnymi w ostatnim miejscu, gdzie mogłem czuć ją, jej gorące perfumy pochodzące wprost z jej rozpalonego wnętrza z czasów, kiedy jeszcze żyła. I wnet właśnie w tych sokach na dnie szamba nieopodal domu niechcący spocząłem jako topielec.

A więc raz jeszcze to powtórzę, zanim ostatecznie wybrzmi osławione “bul, bul, tonę”: „Wierzę w jednego Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych”. A nie! Nie, nie! To nieprawda! Jestem synem ojca-psychopaty, matki-psychopatki i to nie jest moje wyznanie wiary. Moje wyznanie znajduje się tutaj poniżej. Moje credo – to ciągła pogoń za doznaniami zmysłowymi, to bycie sobą, to życie zgodne z własną naturą, i to nawet wtenczas, kiedy naturę ową charakteryzuje zdziczenie i bestialstwo. Wierzę w bestię! Kocham bestię! Bestia – to ja!

Koniec

Komentarze

Cześć. No jest w tym jakiś obleśny urok. Mimo, iż ta praca jest gdzieś hen daleko poza moim horyzontem oczekiwań odnośnie literatury, muszę przyznać, że zrobiła na mnie wrażenie. Zbereźny, gawędziarsko-bełkotliwy styl, paskudna tematyka i posmak szaleństwa w tym wszystkim – dają nawet radę. Jakoś się to wszystko trzyma jako utwór, tak mi się zdaje. 

Jest chyba trochę błędów interpunkcyjnych w tych długaśnych wielozłożonych zdaniach. 

 

Nie jestem ekspertem, ale ciężko mi przyjąć fakt, że ktoś może być dzieckiem dwójki psychopatów. To możliwe, ale bardzo mało prawdopodobne. Może to właśnie mogłby być tu wątek fantastyczny? 

Podsumowując: ciekawa praca. Yuck!

Dzięki, Łosiot! Bijąc się w pierś, przyznam się do kilku rzeczy i przedstawię autokrytykę. Jest to moje dość stare i bodaj pierwsze, albo jedno z pierwszych opowiadań, które bardziej wygląda na streszczenie, aniżeli na pełnoprawną historyjkę z barwnie ukazanymi bohaterami z krwi i kości oraz dobrze scharakteryzowanym miejscem akcji. Skoro to Francja, a rzecz jest o feedersach, to dlaczego nie pojawia się choćby jeden tylko opis uczty i czerwonego wina? Gdzie opis porwania? Gdzie ukazanie momentu zgonu kobiety oraz rozwinięcie tych paru zdawkowych informacji na temat śmierci mężczyzny? Nie wiemy, jak wyglądają główni bohaterowie i co ich charakteryzuje? A przecież wiedzieć możemy, może nawet chcielibyśmy. W jaki sposób bohater stał się feedersem? Co go do tego skłoniło? Jak wygląda wspomniany Wilczy Szaniec? Ile czasu dokładnie celebrytka jest przetrzymywana? Jaki jest odzew społeczny spektakularnego porwania i co na to wszystko policja? Bohater opisuje różne dziwne urządzenia na samym początku opowiadania, ale najbardziej zdaje się fascynować sprzątaczkami z przenośnymi elektroluksami. I co on w tym widzi nadzwyczajnego, skoro przecież żyje w przyszłości, a w przyszłości, jak to zwykle bywa, istnieje wiele maszyn i urządzeń, o których się filozofom nie śniło i śnić nie mogło. Co do strony warsztatowej oraz warstwy językowej: tutaj nie pojawia się nic, absolutnie nic ciekawego i dobrze, bo wcale nie musi, problem w tym, że niektóre zdania są pokrętnie skonstruowane (tak jakby chciały zaimponować komuś swym nadętym obliczem). Ponadto pojawia się wskazana już przez Łosiota wątpliwość: czy aby można być dzieckiem obojga psychopatów, tak po prostu, jednocześnie? I skąd na Boga pojawił się tak nagle ów rapujący krasnoludek Półdupasek? Wreszcie, na koniec, skoro o Bogu mowa, pojawia się oto odniesienie do Wszechmogącego. Po co, na co, nie wiadomo. Larrego Flynta lubię (głównie za to, że dzięki niemu właśnie powstał ciekawy skądinąd film “Skandalista”), ale Boga do spraw profanum bym jednak nie mieszał. Tyle autokrytyka! Mam nadzieję, że błędy i uchybienia mi wybaczycie. :)

No cóż, Maćku, tym razem Twój słowotok nie przypadł mi do gustu. Nie mam nawet pewności, czy pojęłam, co miałeś nadzieję opowiedzieć.

Wolałabym móc czytać te z Twoich opowieści, które powstały niedawno i chciałabym też, abyś po ich opublikowaniu nie musiał składać samokrytyki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie ma sprawy, Droga Reg. Zobaczę, co da się zrobić w temacie nowych i najnowszych pomysłów. Mam nadzieję, że mój własny daimonion będzie mi sprzyjał i nie pozwoli zbłądzić ani popaść w grafomanię. Dzięki i pozdrawiam serdecznie! :-)

No, mnie też Twój bohater nie uwiódł. Paple mnóstwo, ale na ogół o nieciekawych rzeczach. O sprzątaniu czerwonego dywanu na przykład, zamiast zdradzić, w jaki sposób porwał tak doskonale strzeżoną celebrytkę. A potem jeszcze schował ją, że nikt nie może trafić na ślad.

Babska logika rządzi!

Spartoliłem, krótko mówiąc. Siliłem się na dowcip. I to mnie zgubiło. Miałem delikatnie przesmyknąć się po poważnym skądinąd temacie. No i przesmyknąłem się, jak szczupak niedzielnemu wędkarzowi bez ręki, nogi i głowy na karku. ;)  

Z pewnością pisałem już, że lubię Twój styl; bogaty, gawędziarski, nieco dygresyjny, grający na wrażeniach i skojarzeniach, czasem pachnący lekką nutką poezji. No i dla Ciebie charakterystyczny, tak jak sześciocylindrowy boxer dla porsche. Pisałem też, że podoba mi się Twoja umiejętność pisania lekko o rzeczach całkiem poważnych, jednocześnie bez kpin i deprecjonowania tematu. 

I pisałem, że fajnie też by było, gdybyś przy pomocy tego stylu machnął porządne opowiadanie z solidną fabułą. Bo tak, to jest jak zawsze – dostaliśmy świetnie napisany żarcik – historyjkę, która na długo w głowie nie zagości. Nic w tym w zasadzie dziwnego, skoro to stary tekst. Właściwie to nawet zacząłem tworzyć listę zarzutów oraz tego, czego w teście mi brakuje, a potem doczytałem Twój samokrytyczny komentarz, który wyczerpuje temat :-) 

Napiszę więc tylko, że podzielam nadzieje Reg :-) 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Po pierwsze i najważniejsze: psychopaci i socjopaci jak najbardziej mogą wierzyć w “jednego Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych”. Co więcej mogą oni być bardzo dumni z tej swojej wiary.

Tak samo, jak schizofrenicy noszą skarpetki. Jedno do drugiego po prostu niewiele ma.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nie spodobał mi się tytuł. Ale reszta już tak. Bardzo przypadły mi do gustu Twoje zdania – okrąglutkie (ale bez przesady ;)). Tekst ma melodię i rytm, a dla mnie to często wystarcza, żeby dać mu się porwać. Tutaj dodatkowo jest jeszcze niepokojący temat i bohater-narrator z gatunku tych, którzy są paskudni i pełni uroku jednocześnie. Fajne to :)

Po pierwsze i najważniejsze: psychopaci i socjopaci jak najbardziej mogą wierzyć w “jednego Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych”.

Czy mogą wierzyć? Mogą, ale chciałem mieć mocny start i jakoś to… rozpocząć. 

Nowa Fantastyka