- Opowiadanie: Piotr Wałkówski - Nerwica eklezjogenna

Nerwica eklezjogenna

Opo­wia­da­nie osa­dzo­ne w moim po­sta­po­ka­lip­tycz­nym uni­wer­sum 2422. Co się sta­nie, gdy na zgni­ły Za­chód przy­bę­dzie pe­wien ory­gi­nal­ny je­go­mość? Tekst utrzy­many w kli­ma­cie (anti)cle­ri­cal fic­tion ze sporą dozą gro­te­ski oraz szczyp­tą pa­ro­dii.

 

Utwór de­dy­ku­ję Krzysz­to­fo­wi Szczer­skie­mu.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Nerwica eklezjogenna

20 li­sto­pa­da 2422 roku

 

– Uaaaa! – Dok­tor Vor­lianth prze­cią­gnął się po po­obied­niej drzem­ce. – Hrhmm! Na­miot przy­dzie­lo­ny nam z Ome­del­bar Hjälp może i był ogrze­wa­ny, ale za żadne skar­by nie dało się w nim wy­pro­sto­wać grzbie­tu. Naj­wy­god­niej jed­nak we wła­snym gnieź­dzie. Nie­praw­daż, Esbjörnie?

Za­miast od­po­wie­dzi roz­legł się war­kot ma­szyn­ki do roz­drab­nia­nia od­pad­ków uru­cho­mio­nej w ko­mo­rze ku­chen­nej. Zi­ry­to­wa­ny dźwię­kiem Vor­lianth uło­żył się na boku i zer­k­nął w usta­wio­ne pod ścia­ną lu­stro.

Na szczę­ście zbyt­nio nie schu­dłem pod­czas po­by­tu w Pol­sce – po­my­ślał, prze­glą­da­jąc się w świe­żo wy­pu­co­wa­nej tafli, z któ­rej ja­skra­wo­żół­ty­mi oczy­ma spo­glą­dał smok o ma­syw­nym ciel­sku po­kry­tym ciem­no­nie­bie­ską łuską, która tylko gdzie­nie­gdzie miała ja­śniej­szy, pra­wie kre­mo­wy od­cień. Skrzy­dła zaś two­rzy­ła nie błona lotna, lecz sre­brzy­sto­sza­re pióra. Vor­lianth był mie­szań­cem z więk­szo­ścią cech odzie­dzi­czo­nych po matce – czy­stej krwi Ni­fre­tim. Nie­zna­ną rasę ojca zdra­dza­ły je­dy­nie bu­do­wa skrzy­deł oraz nieco mniej­szy niż u Ni­fre­tich roz­miar syl­wet­ki. Mimo to Vor­lianth na­le­żał do spo­rych smo­ków zdol­nych bez pro­ble­mu od­by­wać dłu­gie loty z całą swoją bry­ga­dą, która skła­da­ła się z kil­ku­dzie­się­ciu ludzi zaj­mu­ją­cych miej­sca za­rów­no na grzbie­cie, w smo­czej uprzę­ży, jak i pod brzu­chem, w sieci trans­por­to­wej.

– Wo­ła­łeś mnie? – za­py­tał odzia­ny w po­pla­mio­ny far­tuch młody męż­czy­zna, który wszedł do ko­mo­ry dzien­nej. – Je­że­li wciąż chcesz, aby­śmy prze­le­cie­li się razem nad mia­stem, to będę go­to­wy naj­wcze­śniej za kwa­drans. Ten stary gru­chot do szat­ko­wa­nia śmie­ci ledwo zipie, a dzi­siaj jest środa, więc naj­póź­niej do wie­czo­ra mu­si­my wy­sta­wić worki przed gniaz­dog­mach.

– Chyba dzi­siaj zre­zy­gnu­je­my, Esbjörnie – mruk­nął smęt­nie Vor­lianth, prze­kli­na­jąc w my­ślach ku­chen­ny dyżur, który tego dnia przy­padł jego obe­rbry­ga­die­ro­wi. – Nie­dłu­go zrobi się cał­kiem ciem­no.

Esbjörn ro­zej­rzał się po przy­tul­nym, peł­nym ogrom­nych po­duch po­miesz­cze­niu sta­no­wią­cym ko­mo­rę dzien­ną. Przy­dzie­lo­ny Vor­lian­tho­wi gniaz­dog­mach przy Ami­rals­ga­tan 30 nie miał wpraw­dzie ogrom­ne­go me­tra­żu, acz­kol­wiek czte­ry ota­cza­ją­ce atrium, po­łą­czo­ne sze­ro­kim ko­ry­ta­rzem ko­mo­ry: sy­pial­na, dzien­na, ku­chen­na i ła­zien­na z la­try­ną za­pew­nia­ły smo­ko­wi oraz jego bry­ga­dzie bar­dzo dobre wa­run­ki życia w cen­trum Malmö. Po dru­giej stro­nie ulicy znaj­do­wa­ła się Trze­cia Po­wszech­na Stre­fa Szpi­tal­na Aglo­me­ra­cji Ko­pen­ha­ga-Malmö. To wła­śnie tam nie­mal co­dzien­nie uda­wał się do pracy dok­tor Vor­lianth oraz więk­szość współ­gniaz­dow­ni­ków.

– Ej, Folke! – za­wo­łał w stro­nę ko­mo­ry ku­chen­nej Esbjörn. – Na­pra­wi­łeś już tę ma­szyn­kę? Coś kiep­sko się dzi­siaj czuję i chciał­bym wcze­śniej po­ło­żyć się spać. Mam na­dzie­ję, że skoń­czy­my do wiecz…

Me­lo­dyj­ny dźwięk dzwon­ka elek­tro­hen­du prze­rwał wy­po­wiedź Esbjörnowi, który na­tych­miast wy­tarł dłoń w far­tuch, po czym wy­cią­gnął urzą­dze­nie z kie­sze­ni i spoj­rzał na ho­lo­gra­ficz­ny wy­świe­tlacz po­ka­zu­ją­cy na­zwi­sko osoby usi­łu­ją­cej na­wią­zać po­łą­cze­nie.

– To Søren­sen-Use­rith – po­in­for­mo­wał męż­czy­zna. – Czego od nas chce?

– Do­wie­my się, gdy od­bie­rzesz – od­parł Vor­lianth.

Esbjörn śla­ma­zar­nym ru­chem speł­nił po­le­ce­nie i już po chwi­li wpa­try­wał się w wy­świe­tlo­ne przez ho­lo­ekran ob­li­cze sza­tyn­ki, z krót­ko ob­cię­ty­mi wło­sa­mi, od któ­rej nie­chęt­nie przy­jął za­pro­sze­nie do wi­de­oro­zmo­wy.

– Halo?! Ank­dal-Vor­lianth? Jak mnie sły­chać?

– Gło­śno i wy­raź­nie, Greto – od­burk­nął Esbjörn. – Czy wy­da­rzy­ło się coś tak pil­ne­go, aby­śmy mu­sie­li za­po­mnieć o wol­nym po­po­łu­dniu?

– Jest pewna ro­bo­ta.

– Ale…

– Prze­łącz na duży ekran! – wtrą­cił się Vor­lianth.

Esbjörn wy­brał na ho­lo­ekra­nie tryb, dzię­ki któ­re­mu twarz Søren­sen-Use­rith wy­świe­tlił usta­wio­ny w kącie ho­lo­wi­zor.

– W po­rząd­ku – rze­kła usa­tys­fak­cjo­no­wa­na ko­bie­ta. – Po­wiedz, Vor­lian­th­cie, czy ak­tu­al­nie zaj­mu­jesz się ja­ki­miś cięż­szy­mi przy­pad­ka­mi?

– Od po­wro­tu z Pol­ski dzia­ła­my ru­ty­no­wo. – Smok od­parł nie­mal­że znu­dzo­nym tonem. – Do­świad­czo­ne­mu psy­cho­te­ra­peu­cie, a takim prze­cież je­stem, bar­dzo spraw­nie pra­cu­je się w Fe­de­ra­cji Skan­dy­naw­skiej. Co in­ne­go w Ce­sar­stwie Pol­skim. Tam mia­łem sporo wy­zwań oraz przede wszyst­kim mo­głem pro­wa­dzić ba­da­nia te­re­no­we.

– Prze­czy­ta­łam wszyst­kie twoje ra­por­ty. Pew­nie nie mo­że­cie się do­cze­kać, aż Ome­del­bar Hjälp wyśle was na ko­lej­ną misję.

– Co­dzien­nie spraw­dzam pocz­tę e-ma­ilo­wą. Nasz po­wrót do Pol­ski jest tylko kwe­stią czasu, Greto.

– Cie­szy mnie ten en­tu­zjazm. Pa­cjent, któ­rym mo­żesz się zająć, po­cho­dzi wła­śnie stam­tąd i ra­czej nie jest ła­twym przy­pad­kiem.

– Czy wy­ka­zu­je agre­sję? – Vor­lianth zmru­żył po­dejrz­li­wie śle­pia.

– Żad­nej. Czy chcesz, abym przy­sła­ła go do two­je­go gniaz­dog­ma­chu? Mogę to zro­bić jesz­cze dzi­siaj.

– Oczy­wi­ście.

 

***

 

– Hm, z karty pa­cjen­ta wy­ni­ka, że ten czło­wiek cier­piał na go­rącz­kę, drgaw­ki oraz wy­mio­ty. – Esbjörn prze­glą­dał wy­świe­tlo­ny na swoim elek­tro­hen­dzie do­ku­ment. – Je­steś pewna, że po­wi­nien tra­fić wła­śnie do Vor­lian­tha? Może praw­dzi­wa przy­czy­na tych pro­ble­mów nie leży w umy­śle, lecz w ciele?

– Zro­bi­li­śmy ab­so­lut­nie wszyst­kie ba­da­nia, jakie dało się zro­bić. Ul­tra­so­no­gra­fię, re­zo­nans ma­gne­tycz­ny, ana­li­zę krwi, moczu, kału, tre­ści żo­łąd­ko­wej, nawet ba­da­nie ge­ne­tycz­ne, aby wy­klu­czyć ja­kieś wro­dzo­ne cho­rób­sko – po­in­for­mo­wa­ła dok­tor Kielo Kor­ho­nen-Nol­tha­rion, która zaj­mo­wa­ła się dia­gno­sty­ką me­dycz­ną. – Po pro­stu wszyst­ko. Za­pew­niam cię, Ank­dal-Vor­lianth, że ten czło­wiek jest zdrów na ciele.

– On na­praw­dę na­zy­wa się Jan Bo­da­ko­zow­ski?

– Takie na­zwi­sko nam podał. Zresz­tą dosyć trud­no się z nim roz­ma­wia. Nie ro­zu­mie ani duń­skie­go, ani szwedz­kie­go. Espe­ran­to bar­dzo słabo. Zna­leź­li­śmy go dwa ty­go­dnie temu, gdy błą­kał się po przed­mie­ściach.

– Kim on wła­ści­wie jest? Uchodź­cą? Prze­cież od czasu wy­gna­nia ce­sa­rza nie mie­li­śmy w Fe­de­ra­cji Skan­dy­naw­skiej ni­ko­go pro­szą­ce­go o azyl. Może to szpieg ze Świa­to­we­go Im­pe­rium Is­lam­skie­go?

– Nie sądzę – stwier­dził Vor­lianth, u któ­re­go boku spo­czy­wał przy­sa­dzi­sty, łysy męż­czy­zna usi­łu­ją­cy swoim nie­obec­nym wzro­kiem ogar­nąć ko­mo­rę dzien­ną gniaz­dog­ma­chu. – Nie przy­sła­li­by kogoś z pro­ble­ma­mi psy­chicz­ny­mi.

Esbjörn po­chy­lił się nad Po­la­kiem i do­kład­nie go obej­rzał. Bo­da­ko­zow­ski był ubra­ny w nie­bie­skie dżin­sy oraz czar­ną ko­szul­kę, na któ­rej wid­niał bia­ło-czer­wo­ny napis KA­TO­LIC­KA POL­SKA.

Lu­cy­fer… Lu­cy­fer… mnie ata­ku­je… nie… weź­cie go, weź­cie! WEŹ­CIE! – za­ma­ja­czył po pol­sku pa­cjent.

– Co on mówi? – Esbjörn zmarsz­czył czoło.

– Coś o Lu­cy­fe­rze chcą­cym go za­ata­ko­wać – prze­tłu­ma­czy­ła Kor­ho­nen-Nol­tha­rion. – Cho­le­ra wie, kim jest ten Lu­cy­fer.

– To po­stać z chrze­ści­jań­skiej mi­to­lo­gii – wy­ja­śnił Vor­lianth. – Hrhm, ten pa­cjent to cie­ka­wy przy­pa­dek. Za­iste cie­ka­wy.

– Ow­szem, ale nie wy­ja­śni­łam wam jesz­cze kilku kwe­stii – po­wie­dzia­ła Kor­ho­nen-Nol­tha­rion. – Wszel­kie fi­zycz­ne ob­ja­wy ustą­pi­ły, gdy po­da­li­śmy pa­cjen­to­wi leki prze­ciw­go­rącz­ko­we. Chyba nie za­no­si się na na­wrót, ale wo­la­ła­bym, aby po­zo­stał na ści­słej die­cie opar­tej na chu­dym mię­sie, nie­do­pra­wio­nym ve­gu­sie oraz kle­iku. Poza tym przy­dał­by się wam tłu­macz. Mam tro­chę wol­ne­go i mogę przez ty­dzień przy­cho­dzić tu na kil­ka­na­ście go­dzin.

– Tak za nic? – zdzi­wił się Esbjörn.

– Po­do­ba mi się w wa­szym gnieź­dzie. Cisza i spo­kój. U mnie nie­ste­ty jest pełno ha­ła­su­ją­cych pi­skląt.

– Dzię­ku­ję – rzekł uprzej­mie Vor­lianth. – Dzi­siaj le­piej po­łóż­my się wcze­śnie spać. Jutro czeka nas tro­chę ro­bo­ty.

 

21 li­sto­pa­da

 

– Co?! On spę­dził tak cały dzień?! – za­py­ta­ła z iry­ta­cją Kor­ho­nen-Nol­tha­rion, wska­zu­jąc na Bo­da­ko­zow­skie­go, który klę­czał w bra­mie wej­ścio­wej do gniaz­dog­ma­chu.

– Ster­czy tu od bla­de­go świtu. – Esbjörn wzru­szył ra­mio­na­mi.

Zdro­waś Ma­ry­jo, łaski pełna. Pan z Tobą. Bło­go­sła­wio­naś Ty mię­dzy nie­wia­sta­mi i bło­go­sła­wio­ny owoc ży­wo­ta Two­je­go Jezus – dukał po pol­sku Bo­da­ko­zow­ski, za­ci­ska­jąc palce na ró­żań­cu.

– Co on tym razem mówi?

– Coś o Maryi i ja­kichś owo­cach – od­burk­nę­ła Kor­ho­nen-Nol­tha­rion. – Nie­istot­ne. Gdzie jest Vor­lianth?

– Prze­cież go znasz. Rano bacz­nie ob­ser­wo­wał na­sze­go pa­cjen­ta, po czym za­brał się do ro­bo­ty nad au­dio­dzien­ni­kiem swo­ich badań. Po obie­dzie dzwo­nił przez kilka go­dzin do po­dob­nych sobie za­pa­leń­ców na­uko­wych. Praw­dzi­wa te­ra­pia za­pew­ne za­cznie się do­pie­ro jutro.

– W takim razie dzi­siaj nic tu po mnie. Pil­nuj­cie Bo­da­ko­zow­skie­go, żeby nie wy­lazł w tej cien­kiej ko­szul­ce na ze­wnątrz, bo jesz­cze do­sta­nie za­pa­le­nia płuc.

– Do zo­ba­cze­nia, Kielo. – Uśmiech­nął się Esbjörn.

 

23 li­sto­pa­da

 

– Ten Polak długo u nas bę­dzie? – za­py­tał Folke, sta­wia­jąc pod kra­nem wia­dro. – Wpraw­dzie przy­pro­wa­dzi­li go kilka dni temu, ale wielu współ­gniaz­dow­ni­ków nie­dłu­go bę­dzie mieć dosyć tej wi­zy­ty. Jakąś go­dzi­nę temu typek na­rzy­gał w atrium.

– Na­rzy­gał? – za­nie­po­ko­ił się Esbjörn. – Prze­cież nie po­wi­nien mieć już ta­kich do­le­gli­wo­ści. Może cier­pi na jakąś cho­ro­bę ukła­du po­kar­mo­we­go?

– Na pewno do­le­ga­ją mu ob­żar­stwo i od­por­ność na za­le­ce­nia die­te­ty­ka. Na śnia­da­nie wtran­żo­lił wiel­ką pie­czeń, trzy michy ve­gu­su, tatar oraz sa­łat­kę ja­rzy­no­wą. To wszyst­ko popił dwoma li­tra­mi mleka. Wiem, że facet nie na­le­ży do naj­chud­szych, ale jesz­cze nigdy nie wi­dzia­łem, żeby ktoś wtrząch­nął tak dużo za jed­nym za­ma­chem.

– Cóż, mu­siał być bar­dzo głod­ny. Wczo­raj nie miał w ustach ni­cze­go, oprócz kilku łyków wody. Kiedy spy­ta­łem, czemu nic nie zjadł przez cały dzień, strasz­nie się zde­ner­wo­wał. Za­czął krzy­czeć coś o piąt­ku, ale jego espe­ran­to jest tak mier­ne, że nie wiem, o co wła­ści­wie z tym piąt­kiem cho­dzi­ło.

– Dzi­siaj mamy so­bo­tę, ale ro­bo­ta go­ścia nie omi­nie. Ma wy­szo­ro­wać atrium! Zaraz dam mu wia­dro, de­ter­gent i szczo­tę.

– Za­po­mnia­łeś, że on nie na­le­ży do na­sze­go gniaz­da, Folke. – Z ko­ry­ta­rza do­biegł ła­god­ny, acz sta­now­czy głos Vor­lian­tha. – To chory czło­wiek i nie można wy­ma­gać od niego tego, czego wy­ma­ga się od współ­gniaz­dow­ni­ka. Bo­da­ko­zow­ski cier­pi na za­bu­rze­nia od­ży­wia­nia. Z ra­por­tu dia­gno­stów do­wie­dzia­łem się, że w każdy pią­tek gło­du­je, żeby na­stęp­ne­go dnia spo­żyć zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż po­trze­ba, co koń­czy się wy­mio­ta­mi. To ob­ja­wy bu­li­mii, lecz w przy­pad­ku na­sze­go pa­cjen­ta wy­stę­pu­ją one wy­łącz­nie przez dwa dni w ty­go­dniu.

– Czy facet może z nami tutaj miesz­kać? – Folke zmarsz­czył czoło. – Nie za­ra­zi nas pa­so­ży­ta­mi albo innym syfem?

– Za­pew­niam cię, że nie. – Vor­lianth wsa­dził łeb do ko­mo­ry ku­chen­nej i spoj­rzał tro­skli­wie na oby­dwu męż­czyzn. – Esbjörnie, czy no­sisz przy sobie to, o co pro­si­łem?

– Oczy­wi­ście. Zresz­tą no­sił­bym, nawet gdy­byś nie za­jąk­nął się choć­by słów­kiem. Nigdy nic nie wia­do­mo.

– Nad­zo­ruj dietę Bo­da­ko­zow­skie­go. Mu­si­my być bar­dziej sta­now­czy i le­piej go pil­no­wać.

 

1 grud­nia

 

Wy­star­czył ty­dzień, aby stan psy­chicz­ny Bo­da­ko­zow­skie­go uległ pew­nej po­pra­wie. Mimo eks­cen­trycz­nych za­cho­wań po­kro­ju ob­cho­dze­nia na ko­la­nach ca­łe­go atrium męż­czy­zna nie spra­wiał już współ­gniaz­dow­ni­kom więk­szych pro­ble­mów, a kil­ku­go­dzin­ne sesje te­ra­peu­tycz­ne od­by­wa­ne w ko­mo­rze dzien­nej uka­zy­wa­ły jego nie­mal przy­ja­ciel­skie ob­li­cze. Leżąc pod skrzy­dłem Vor­lian­tha, w le­go­wi­sku z wy­peł­nio­nych syn­te­tycz­nym pie­rzem po­duch, Bo­da­ko­zow­ski ser­decz­nie roz­ma­wiał za­rów­no ze swoim smo­czym te­ra­peu­tą, jak i peł­nią­cą funk­cję tłu­macz­ki dok­tor Kor­ho­nen-Nol­tha­rion. Oka­za­ło się, że pa­cjen­to­wi do­le­ga amne­zja.

– Uro­dzi­łem się w Ce­sar­stwie Pol­skim i przez więk­szość życia miesz­ka­łem w Wil­nie, ale… ale… – Bo­da­ko­zow­ski ukrył twarz w dło­niach – …nie je­stem pe­wien. W każ­dym razie wiem, czemu się tutaj zna­la­złem.

– Czemu? – spy­tał z za­cie­ka­wie­niem Vor­lianth.

– Żeby na­pra­wić wasz świat. Wi­dzisz, smoku, my w Ce­sar­stwie Pol­skim są­dzi­my, a przy­naj­mniej jesz­cze do nie­daw­na są­dzi­li­śmy, że po­trzeb­ni są wam mi­sjo­na­rze, któ­rzy wskrze­szą za­po­mnia­ne w tym kraju chrze­ści­jań­stwo oraz wszyst­kie wy­ni­ka­ją­ce z niego war­to­ści, któ­ry­mi tu wzgar­dzo­no jesz­cze przed trze­cią wojną świa­to­wą. Byłem jed­nym z tych mi­sjo­na­rzy.

– Mi­sjo­na­rzy? – zdu­mia­ła się Kor­ho­nen-Nol­tha­rion. – Wy­glą­da na to, że spra­wa za­ta­cza coraz szer­sze kręgi. Czy ro­zu­miesz, Vor­lian­th­cie, że taka in­for­ma­cja nie może zo­stać w tym po­miesz­cze­niu?

– Rób, co uwa­żasz za słusz­ne – od­parł bez­na­mięt­nie smok. – Moim za­da­niem jest le­cze­nie, a nie po­li­ty­ko­wa­nie.

 

8 grud­nia

 

– Bo­da­ko­zow­ski to trud­ny przy­pa­dek – oznaj­mił Vor­lianth pod­czas spa­ce­ru wokół nie­od­le­głe­go od gniaz­dog­ma­chu skwe­ru. – Rano za­cho­wu­je się nor­mal­nie, ale każ­de­go po­po­łu­dnia, kiedy z po­wo­du mojej pracy w stre­fie nie mo­że­my mieć sesji, do­pa­da­ją go de­mo­ny. Nie wiem, jak długo po­trwa te­ra­pia.

– Żeby tylko jego stan się nie po­gor­szył – od­burk­nął Esbjörn. – Dzi­siaj przed obia­dem facet wydał z sie­bie dziki ryk, po czym ze zło­żo­ny­mi rę­ko­ma klęk­nął przed jedną z la­tar­ni w atrium, wy­beł­ko­tał coś pod nosem, a na­stęp­nie pod­biegł pod ko­lej­ną la­tar­nię i zro­bił do­kład­nie to samo. Zu­peł­nie jakby od­pra­wiał jakiś sta­ro­żyt­ny ob­rzęd.

– To nie­po­ko­ją­ce. – Vor­lianth zer­k­nął dys­kret­nie na Bo­da­ko­zow­skie­go, który chwiej­nym kro­kiem szedł wzdłuż skwe­ru. – Niech to! Co się z nim dzie­je?!

Za­afe­ro­wa­ny prze­ra­żo­nym tonem Vor­lian­tha Esbjörn uniósł wzrok znad czub­ków butów i spo­strzegł, że Bo­da­ko­zow­ski za­czął trząść się ni­czym w ataku febry.

– Ej, wszyst­ko z tobą w po­rząd­ku? – Dłoń Esbjörna tro­skli­wie do­tknę­ła ra­mie­nia sza­mo­czą­ce­go się męż­czy­zny, który nie­spo­dzie­wa­nie wy­cią­gnął z kie­sze­ni nóż i za­krzyk­nął w espe­ran­to:

– Ty skur­wy­sy­nu! Pe­da­le! Nie­na­wi­dzisz Pol­ski i Ko­ścio­ła! Zdy­chaj, kurwa, zdy­chaj!

Nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a Esbjörn skoń­czył­by z ostrzem wbi­tym w oczo­dół. Szczę­śli­wie za­ata­ko­wa­ny męż­czy­zna miał lep­szy re­fleks niż przy­sa­dzi­sty na­past­nik, który naj­praw­do­po­dob­niej nigdy nie uczył się walki wręcz.

– Ty je­ba­na kurwo! – ryk­nął Bo­da­ko­zow­ski, po­now­nie za­mie­rza­jąc się nożem na Esbjörna, któ­re­mu drugi unik nie wy­szedł już tak do­brze, co miało kon­se­kwen­cję w po­sta­ci głę­bo­kie­go roz­cię­cie na lewym nad­garst­ku.

– Dość! – Esbjörn ude­rzył z całej siły w splot sło­necz­ny prze­ciw­ni­ka, który upadł na śnieg. – Uspo­kój się, czło­wie­ku – na­ka­zał, wy­cią­ga­jąc z kie­sze­ni spo­rych roz­mia­rów strzy­kaw­kę – nie skrzyw­dzi­my cię.

– Zo­staw mnie!

Wszel­ki opór ze stro­ny Bo­da­ko­zow­skie­go ustał po trzech mi­nu­tach od mo­men­tu wbi­cia mu w udo strzy­kaw­ki ze środ­kiem uspo­ka­ja­ją­cym. Upew­niw­szy się, że za­gro­że­nie zo­sta­ło za­że­gna­ne, Esbjörn po­wlókł się w stro­nę Vor­lian­tha, który przy­siadł na za­dzie.

– Do­brze, że wzią­łem sprzęt ze sporą igłą – wy­beł­ko­tał męż­czy­zna. – Zwy­kle robi się nią za­strzyk smo­cze­mu pi­sklę­ciu, ale w przy­pad­ku gru­bych fa­ce­tów oku­ta­nych w zi­mo­we ciu­chy też świet­nie się spra­wdza.

– Mu­si­my jak naj­szyb­ciej udać się do stre­fy szpi­tal­nej – po­wie­dział Vor­lianth, wy­cią­ga­jąc ku Esbjörnowi przed­nią łapę, aby za jej po­mo­cą usa­do­wić go na wła­snym grzbie­cie. – Ty krwa­wisz.

– Boli jak cho­le­ra, ale w War­sza­wie nie­któ­rzy mu­sie­li prze­żyć coś znacz­nie gor­sze­go – od­parł kwa­śno Esbjörn, któ­re­mu po­so­ka ka­pa­ła z dłoni na sre­brzy­sto­sza­re pióra Vor­lian­tha. – On nie po­wi­nien nadal z nami miesz­kać.

Smok mruk­nął coś do sie­bie, po czym naj­de­li­kat­niej, jak tylko po­tra­fił, pod­niósł nie­przy­tom­ne­go Bo­da­ko­zow­skie­go i ru­szył do stre­fy szpi­tal­nej. Pół go­dzi­ny póź­niej, wraz z bla­dym ni­czym śmierć Esbjörnem na grzbie­cie, zmie­rzał już do swo­je­go gniaz­dog­ma­chu.

– Nie sądzę, żeby Bo­da­ko­zow­ski kie­dy­kol­wiek do nas wró­cił – oznaj­mił w pew­nej chwi­li męż­czy­zna. – Co praw­da w gnieź­dzie nie mamy pi­skląt, ale skoro już wia­do­mo, że koleś jest agre­syw­ny, to nie ma sensu ry­zy­ko­wać. Zda­jesz sobie z tego spra­wę, Vor­lian­th­cie?

– Zdaję – od­parł chłod­no smok. – Jed­nak to nie ozna­cza, że za­mie­rzam prze­rwać jego te­ra­pię. Na pewno nie w tym mo­men­cie.

– Czy już wiesz, co mu do­le­ga?

– Do dzi­siaj byłem pra­wie prze­ko­na­ny, że męczy go ner­wi­ca ekle­zjo­gen­na. Wiele ob­ja­wów na nią wska­zy­wa­ło, ale homo sa­piens do­tknię­ty tym za­bu­rze­niem ra­czej nie za­cho­wu­je się agre­syw­nie wobec in­nych. Oba­wia­łem się sa­mo­oka­le­cze­nia, ale nawet ono nie jest re­gu­łą przy ner­wi­cy ekle­zjo­gen­nej.

– W jaki spo­sób wy­le­czyć Bo­da­ko­zow­skie­go?

– To bę­dzie trud­ne za­da­nie – wes­tchnął Vor­lianth. – Za­pew­ne wiele za­le­ży nie tylko od tego nie­szczę­śni­ka, ale rów­nież spo­łe­czeń­stwa. W zdro­wej spo­łecz­no­ści za­bu­rze­nia, na które cier­pi Bo­da­ko­zow­ski, po­ja­wia­ją się sto­sun­ko­wo rzad­ko, a nawet je­że­li tak się sta­nie, to mogą zo­stać szyb­ko wy­le­czo­ne. W cho­rej, zma­ga­ją­cej się z róż­ny­mi kry­zy­sa­mi, psy­chicz­ne pro­ble­my na­sze­go pa­cjen­ta z pew­no­ścią by się po­głę­bi­ły, a może nawet on sam za­czął­by w pew­nym stop­niu za­ra­żać nimi in­nych.

– W takim razie Bo­da­ko­zow­ski ma szczę­ście, że tra­fił do Fe­de­ra­cji Skan­dy­naw­skiej. – Uśmiech­nął się Esbjörn.

Koniec

Komentarze

Jeżeli chodzi o błędy, to na przestrzeni doby od czasu publikacji wyeliminowałem tylko dwa słowa, które złośliwie zaplątały mi się w gotowej wersji. Te słowa to “obu” (zamieniłem na “obydwu”) oraz “amnestia” (zamieniłem na “amnezja”). Za wpadkę przepraszam.

Po pierwsze: wywal gwiazdki przed datami, na koniec rozdziałów. Niepotrzebne są.

Po drugie: bardzo dobrze mi się czytało Twój tekst. Bez większych potknięć (przynajmniej dopóty, dopóki Regulatorzy nie przejrzy całości…), z ciekawym pomysłem, chociaż może nie rewolucyjnym jakimś.

Przekazałeś, co miałes do przekazania, dodatkowo w interesującej formie, czyli brawo!

Światopoglądowo nie oceniam, bo to jak z tyłkiem, każdy ma własny :) Zgadzam się, co do zaraźliwości fanatyzmu, chociaz tekst trąci mi zieleńszością trawy sąsiada (takiego potworka słownego skonstruowałem!), lecz ja sam emigrant jestem, zdecydowanie niereligijny, to zamilknę lepiej :)

Z technikaliów dodam jeszcze, że początek jest dość bogaty w informacje. Nie, żeby Dukaj jakiś, ale może kogoś przytłoczyć, tym bardziej, że nie każda z tych informacji ma znaczenie w dalszej części opowiadania – przykład: “…Mimo to Vorlianth należał do sporych smoków zdolnych bez problemu odbywać długie loty z całą swoją brygadą, która składała się z kilkudziesięciu ludzi zajmujących miejsca zarówno na grzbiecie, w smoczej uprzęży, jak i pod brzuchem, w sieci transportowej.”

Po czymś takim ^^ liczyłem na grubszą akcję.

No i troche ostro pojechałeś religijnym… Obżartuchy niezrównowazone z Maryją i wulgaryzmami na ustach (o złym wpływie na ewentualne młode jedynie napomknę), plus trzecia wojna światowa – prawdopodobnie między Islamem a Chrześcijaństwem. :) Ja dostrzegam raczej niebezpieczeństwo w troche innym, niekoniezcnie religijnym podejściu (chociaz niespecjalnie zalezy mi tu na pseudopolitycznych dywagacjach), a mianowicie na przekonaniu, że moja racja jest lepsiejsza.

Dalej wierzę w szacunek do drugiego człowieka. W aż tak skrajną fantastykę ;)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Dzięki za komentarz i radę odnośnie do usunięcia gwiazdek przed datami. Cóż, trzecia wojna światowa nie wybuchła między chrześcijaństwem a islamem, aczkolwiek w ostatecznym rozrachunku mocno te religie wzmocniła. Co do smoków, to informacja o ich wielkości ma znaczenie dla wyobrażenia sobie ich przez czytelnika, a “grubsze akcje” (czyli, jak mniemam, walka) są, chociaż w innym, znacznie dłuższym tekście dostępnym na moim dysku Google. Dodam jeszcze, że w przyszłości zamierzam napisać jeszcze 1-2 opowiadania, które wyjaśniałyby genezę uniwersum 2422.

A, to teraz jasne, czyli masz całe uniwersum. Nie wiedziałem, sorki.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Niestety, nie porwało. Po przeczytaniu miałam wrażenie, że to nie jest skończone opowiadanie, a zaledwie fragment większej historii, dziejącej się w dość osobliwym świecie. Z lektury komentarzy wnoszę, że moje podejrzenia nie były bezzasadne.

Czytało się nieźle, ale, podobnie jak Koik, uważam że początek jest nadmiernie zasobny w informacje, a od siebie dodam, że z pewnością nie zapamiętam, jak nazywają się bohaterowie.

 

ob­li­cze krót­ko ob­cię­tej sza­tyn­ki… –> Domyślam się, że to nie szatynka była krótko obcieta, ale jej włosy

Proponuję: …ob­li­cze szatynki, z krót­ko ob­cię­tymi włosami

 

Zresz­tą dosyć cięż­ko się z nim roz­ma­wia. –> Zresz­tą dosyć trudno się z nim roz­ma­wia.

 

i bło­go­sła­wio­ny owoc ży­wo­ta two­je­go Jezus –> …i bło­go­sła­wio­ny owoc ży­wo­ta Two­je­go Jezus.

 

po czym za­brał się za ro­bo­tę nad au­dio­dzien­ni­kiem… –> …po czym za­brał się do ro­bo­ty nad au­dio­dzien­ni­kiem

 

Za­czął krzy­czeć coś piąt­ku… –> Chyba miało być: Za­czął krzy­czeć coś o piąt­ku

 

– TY SKUR­WY­SY­NU! PE­DA­LE! NIE­NA­WI­DZISZ POL­SKI I KO­ŚCIO­ŁA! ZDY­CHAJ, KURWA, ZDY­CHAJ! –> Czy wykrzykniki nie wystarczą, by dać do zrozumienia, że Bo­da­ko­zow­ski krzyczy, czy może on krzyczał wielkimi literami?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za łapankę. Akurat to opowiadanie jest zamkniętą całością. Nie stanowi ani prequela, ani sequela żadnego mojego poprzedniego tekstu.

 

Pewna rzecz mnie w tej łapance dziwi. “owoc żywota Twojego Jezus” – skąd ta wielka litera? Nie znalazłem żadnej reguły, która by tak kazała napisać.

 

Aku­rat to opo­wia­da­nie jest za­mknię­tą ca­ło­ścią.

W takim razie odczytałam opowiadanie niezgodnie z intencją Autora. :(

 

Pewna rzecz mnie w tej ła­pan­ce dziwi. “owoc ży­wo­ta Two­je­go Jezus” – skąd ta wiel­ka li­te­ra?

Ano stąd, że zaimki, którymi modlący zwraca się do Maryi, piszemy wielkimi literami. Podobny zapis stosujemy zwracając się do kogoś listownie.

W cytowanym przez Ciebie fragmencie modlitwy pierwszy zaimek napisałeś poprawnie, dwa kolejne z błędem. Jeden zaimek w łapance przeoczyłam. Winno być: – Zdrowaś Maryjo, łaski pełna. Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego Jezus.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawiłem, ale moim zdaniem to śliska kwestia. Jakoś zaimków odnoszących się do osoby Ozyrysa albo Zeusa nie piszemy wielką literą.

Reg, ale ciekawa ta reguła, o której napisałaś. Niesamowite!

Piotrze, jutro zostawię komentarz, dzisiaj już nie dam rady.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

O Ozyrysie napiszesz bóg i o Zeusie takoż, a o Stworzycielu – Bóg.

Za SJP PWN: Bóg (w religiach monoteistycznych) Boga, CMs. Bogu, Bogiem, W. Boże!: Bóg Ojciec

bóg (w religiach politeistycznych) boga, C. bogu, bogiem, W. boże; ci bogowie, te bogi, bogów: za chińskiego boga

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I jeszcze za Wikipedią: https://pl.wikipedia.org/wiki/Zdrowa%C5%9B_Maryjo

Tekst modlitwy w Kościołach wschodnich

 Osobny artykuł: Bogurodzico Dziewico.

Tekst polski

Bogurodzico, Dziewico, raduj się, łaski pełna Mario

Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami

i błogosławiony owoc żywota Twojego,

albowiem zrodziłaś Zbawcę dusz naszych.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bliska mi jest opinia Koik80, ale spróbuję napisać coś od siebie.

Czytało się dobrze, gładko. Pomysł na smoka terapeutę, gniazdogmachy i cień uniwersum, które odsłaniasz – fajny. Trochę zastanawiałam się, dlaczego jego własny gniazdogmach ma wysokość niedostosowaną do jego wymiarów, podobnie jak – jeśli wrócił z Cesarstwa Polskiego to powinien wiedzieć co, tam się dzieje.

Termin nerwica eklezjogenna, ciekawy, nie wiedziałam, że tak wiele stron poświęconych jest temu zagadnieniu. I tu zaczyna się mój kłopot z Twoim opowiadaniem.

Główną osią fabularną jest manifestowanie się neurotyczności – nazwijmy to ogólnie – “na tle wiary”, albowiem wiara, religijność nie jest tu przyczyną (wiele bredni przy okazji wertowania tych stron spotkałam). Sednem powinno być tutaj karanie siebie, poczucie winy, a ja czytając widzę tylko zachowania bez punktu zaczepienia związanego z tym, skąd bierze się konflikt wewnętrzny u Bodakozowskiego. Zgoda, w zakończeniu czytamy, że nie jest to nerwica eklezjogenna, bo agresja w stosunku do innych byłaby bardzo nietypowym objawem (z tym, że do siebie też nie, polemizowałabym, lecz to nie jest najważniejsze) i tym samym pozostawiasz czytelnika z niczym – z jakimś tam zaburzeniem psychicznym w kontekście misjonarskiego celu Bodakozowskiego. 

Dziwne? Dla mnie, wszystko w tym momencie traci sens i przestaję rozumieć. Czyżbyś wyśmiewał się z zachowań innych, niezrozumiałych, odmiennych?

Gdybym miała krótko skomentować napisałabym – „więcej symbolizacji i mniej naparzanki”, bo uniwersum potencjalnie ciekawe, lecz treści jak oczka rosołu pływają po powierzchni.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Trochę zastanawiałam się, dlaczego jego własny gniazdogmach ma wysokość niedostosowaną do jego wymiarów

Obawiam się, że nie doczytałeś. Napisałem, że on nie mógł wyprostować się w namiocie. Jego gniazdogmach jest akurat wystarczająco duży, aby mógł się przeciągnąć po pobudce.

 

jeśli wrócił z Cesarstwa Polskiego to powinien wiedzieć co, tam się dzieje.

Tego nie rozumiem. Właśnie w związku z tym, że przebywał przez pewien czas w CP i prowadził tam badania terenowe, skierowano do niego Bodakozowskiego.

 

Dziwne? Dla mnie, wszystko w tym momencie traci sens i przestaję rozumieć. Czyżbyś wyśmiewał się z zachowań innych, niezrozumiałych, odmiennych?

Raczej piętnuję dewocję, bigoterię i konserwatywną, a jednocześnie bzdurną wyższość, jaką żywią niektórzy Polacy wobec Zachodu (to mnie szczególnie śmieszy, bo jak na razie to raczej “ucieka się” z Polski na Zachód, a nie odwrotnie). Czy mam nastawienie antyreligijne? Hm… Powiem tak: w Jahwego nie wierzę i go (jako postaci literackiej) nie lubię, ale ciężko go polubić, gdy zna się Stary Testament. Hierarchii rzymskokatolickiej nie cierpię. Jednakowoż do pewnego stopnia doceniam praktycznie nieznaną w Polsce teologię wyzwolenia. Ona sama zresztą stała się inspiracją do stworzenia w moim uniwersum chrześcijańskiego, przeznaczonego nie tylko dla jednego, ale dwóch inteligentnych gatunków wyznania (mamy już smoka-terapeutę, ale też smoczycę-kapłankę, chociaż akurat nie w tym opku), które jednak stoi w ostrej opozycji do Kościoła rzymskokatolickiego.

Uaaaa! – Doktor Vorlianth przeciągnął się po poobiedniej drzemce. – Hrhmm! Namiot przydzielony nam z Omedelbar Hjälp może i był ogrzewany, ale za żadne skarby nie dało się w nim wyprostować grzbietu. Najwygodniej jednak we własnym gnieździe. Nieprawdaż, Esbjörnie?,

Tak, pierwsze zdanie, namiot i gniazdogmach, a gdzie przejście – zauważyłam, że w “był”, lecz… wprowadzasz obcą nazwę (a był w Polsce, pewnie że mogę się domyślić, pytanie jednak, po co mam to robić, kiedy i tak nie dowiadujemy się, czym jest Omedelbar Hjälp)

 

Jeśli w Cesarstwie Polskim prowadził badania terenowe to zaobserwował to, co tam się dzieje, czym żyją ludzie, jacy są, dominujące trendy, idee, narracje, może nawet zaburzenia, bo chyba tym się tam zajmował terenowo z uwagi na specjalizację?

Raczej piętnuję dewocję, bigoterię i konserwatywną, a jednocześnie bzdurną wyższość, jaką żywią niektórzy Polacy wobec Zachodu (to mnie szczególnie śmieszy, bo jak na razie to raczej “ucieka się” z Polski na Zachód, a nie odwrotnie). Czy mam nastawienie antyreligijne?

Niestety tego nie widać, a przynajmniej ja tego nie potrafię zoczyć. Jeśli masz silne poglądy (niezależnie od tematu) to, tym bardziej warto je sublimować;)

To czego Ty cierpisz/nie cierpisz nie ma znaczenia, to nie publicystyka, lecz literatura, więc przetwórz to, zejdź niżej, pokaż konflikt, zderzenie. I o tym chciałam Ci napisać, przepraszam, jeśli uraziłam. 

A poza tym, to tylko moje zdanie i możesz je odłożyć ad acta.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki za uwagi. Nie, nie uraziłaś mnie :) . Generalnie to lubię przekazywać dużo informacji, aczkolwiek w wypadku opowiadania się z tym ograniczyłem, żeby nie rozmywać akcji.

Literatura kończy się tam, gdzie zaczyna się publicystyka. U Ciebie jednak publicystyka zaczęła się w opowiadaniu w momencie, w którym literatura wciąż czekała na swoją szansę.

Nie ta kolejność, czyli.

Rada? Spróbuj w swej twórczości bardziej i głębiej ukazywać Człowieka, a nie go z miejsca oceniać przez pryzmat swoich poglądów. To drugie zostaw czytelnikowi, niech sam decyduje…

 

 

Hm, raczej nie zgodzę się, że tu nie ma literatury. Owszem, jest zacięcie publicystyczne, ale ta publicystyka zawsze była obecna w polskiej fantastyce, z tym że przez wiele lat dominowała prawica. Zastanawia mnie, co myślisz o twórczości Ziemkiewicza. Nie sądzę, abym zamieścił więcej publicystki niż on, a że stoi ona w opozycji do wartości bogoojczyźnianych to już inna sprawa.

Ziemkiewicz zawsze pisał o ludziach i z tego dopiero wynikała publicystyka. Dlatego jego książki sci-fi się w większości pamięta, niezależnie od zgody czy nie z jego poglądami.

Na Twoim miejscu – jeśli Twoim celem jest literatura a nie zacinanie słowem na odlew, a co najgorsze – na ślepo – przemyślałbym te dwa zdania ;).

 

pozdr.

 

 

Koik80 i Asylum powiedzieli wszystko, co i ja bym mógł powiedzieć. Widzę tu cień czegoś większego, do tego forma całkiem przyjemna. Jednak odebrałem całość jako swoisty trailer – brakowało czegoś jeszcze, jakiegoś mocniejszego finału, by podkreślić kompletność opowieści tu przeczytanej. Co nie znaczy, że taka nie była. Po prostu czuję, że narobiono mi smaka, ale odmówiono głównego dania.

Dodaję linki z ciekawymi treściami do szlifowania warstwy technicznej. Mogą się przydać:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki. Powoli myślę nad następnym opowiadaniem. Byłby to prequel do właściwej historii w uniwersum.

Szkoda, że na razie nikt nie odkrył ukrytej w tekście parodii :)

Nowa Fantastyka