- Opowiadanie: Brenin - Sprawa Brandona Cole’a

Sprawa Brandona Cole’a

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy, Finkla

Oceny

Sprawa Brandona Cole’a

Umarłbym. Umarłbym chętnie w zapomnieniu, jak wiele miliardów ludzi przede mną. Umarłbym nie zrobiwszy wcześniej niczego godnego uwagi. Przez lata marzyłbym, by żyć jak ktoś inny, a dożywszy starości pragnąłbym wrócić do lat młodości, by odzyskać stracony czas. To jednak czcze pragnienia…

Dawno straciłem rachubę. Nie wiem, ile czasu spędziłem w tej klitce. Nie wiem nawet, czy dłużej żyłem na wolności czy w zamknięciu. Pamięć tak łatwo się zaciera. Zdaje się, że tym łatwiej im bielsza jest moja cela. Biały jest ustęp umieszczony w rogu i zlew obok niego. Biała jest prycza, na której sypiam. Choć przypomina bardziej półkę obitą niedbale materiałem niż mebel przeznaczony do spania. Któż jednak martwiłby się wygodą skazańca?

Dziś pozostaje mi jedynie marzyć o tym co zwyczajne, nawet jeśli nie umiem wyjaśnić co to znaczy. I czuję niemal namacalnie jak myśli moje balansują na krawędzi jestestwa. Obawiam się, że wkrótce przestanę być sobą, a wieczność, na którą mnie skazano pochłonie moje istnienie.

Niegdyś wierzyłem, że samotność jest szlachetna i piękna. Urok jej kusi jednak w towarzystwie ludzi, gdy tak naprawdę nie wierzysz, że mógłbyś być sam. Skazany na nią wbrew swej woli tęsknisz za możliwością wyboru.

Nieustannie próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widziałem ludzką twarz? Kiedy słyszałem ludzki głos?

Czasem tylko, gdy znajduję się w półśnie, balansując na granicy jawy i nie mogąc wyrwać się z oków snu, odnoszę wrażenie, jakby dotykały mnie czyjeś ręce. Nie mogę jednak tego sprawdzić, bo powieki moje są tak ciężkie, że żadna ludzka siła nie byłaby w stanie ich dźwignąć. O tym, że nie były to zwykłe majaki upewniam się jedynie po tym, że włosy moje są nieco krótsze niż wcześniej, lub że śmierdzę mniej niż zwykle. W celi tej jednak wszystko jest w pełni zautomatyzowane, nie wiem więc, czy to ludzkie ręce, czy mechaniczne szpony dokonują wszystkich tych zmian.

Nic nie jest pewne. Wszystko wydaje się odległą przeszłością. Nawet twarz mego znienawidzonego przyjaciela – twarz, którą miałem pamiętać zawsze – straciła na swej wyrazistości i nie umiem już przywołać jej z odmętów zapomnienia. Imię jego jednak trwa w mym umyśle zupełnie jakby było częścią mnie.

Brandon Cole pojawił się w moim życiu nagle. Niczym nierozwiewający się sen lub majak zbudził mnie pewnego ranka i bezceremonialnie oświadczył, że zostaliśmy współlokatorami. Kilka szybkich, jakby przygotowanych wcześniej zdań, miało wystarczyć mi za wyjaśnienia.

Cole, podobnie jak ja, skończył Akademię Handlową z wyróżnieniem. Algorytm śledzący jego postępy w nauce, uwzględniający jego mocne i słabe strony, przewidujący potencjalną ścieżkę rozwoju przypisał go, podobnie jak mnie, do pracy w jednej z największych korporacji reklamowych. Z racji tego, że komputer dostrzegł pewne podobieństwa charakterologiczne między nami zostaliśmy przypisani do jednego lokum, gdzie mieliśmy wieść życie, do następnego przydziału.

– Po prostu zapomnieli cię poinformować – podsumował, machając mi przed nosem opaską holograficzną potwierdzającą przydział.

 

Poddany początkowemu oszołomieniu i rozdrażnieniu, pierwszy raz w życiu podważałem nieomylność decyzji cyfrowego umysłu i może nawet złożyłbym odwołanie od tego przydziału, gdyby nie przedziwny talent Cole’a do nawiązywania międzyludzkich relacji. Jego otwartość, bezpośredniość i naturalność sprawiały, że momentalnie znikały wszelkie granice. Już po tygodniu wspólnego mieszkania zdawało się, że znamy się całe życie. Nie wiem jednak, czy była to chwilowa fascynacja jaką tylko potrafi wywołać nowy człowiek, czy był to efekt niezwykłego talentu Cole’a do prowadzenia opowieści.

Cole był wychowywany przez dziadka, który nie do końca akceptował postęp świata. Rozwijająca się cyfryzacja i komputeryzacja codziennego życia, a także ułatwienia, które za sobą niosły martwiły go bardziej niż cieszyły. Przywiązany do swego skrawka ziemi na zboczu wzgórza i położonego na nim niewielkiego domku, z dala od prawdziwego świata, otwarcie okazywał niezadowolenie z zanikającej różnorodności. 

Cole nazywał go kruchym staruszkiem – dziwakiem, nie mogącym pogodzić się z tym, że maszyna wybiera za człowieka ścieżkę jego kariery, że decyduje o miejscu zamieszkania i życiu w ogóle.

– To dobry człowiek – mawiał Cole – ale nie był w stanie podążyć za postępem.

Staruszek podobno nieustannie wspominał czasy swej młodości. Czasy, gdy ludzie decydowali o sobie. I prawił o tym z takim zapałem i przekonaniem, że zdawać się mogło, iż w jego mniemaniu przeszłość była obiecanym rajem na ziemi.

– Głuchy był na wszelkie uwagi – tłumaczył Cole, rozpuszczając w szklance wody kapsułkę z obiadem. – Kiedy mówiłem mu, że od dawna wiadomo, że człowiek w młodym wieku nie posiada dość wiedzy i doświadczenia, by z rozwagą decydować o swoim losie – śmiał się. Gdy tłumaczyłem mu, że miliony ludzi potwierdzą, iż dopiero na starość lub nawet na łożu śmierci dostrzec można jak powinno wyglądać życie – stwierdzał, że on nigdy się z tym nie zgodzi. To człowiek starej daty. Sam powtarzał, że urodził się w złym stuleciu.

Przyznać muszę, że w tamtym czasie zgadzałem się z Cole’m.

Błędem minionych wieków było pozwolenie, by niedoświadczone podrostki decydowały o swoim przyszłym życiu. W większości przypadków kończyło się to marnowaniem potencjału i opóźnianiem rozwoju ogółu. W wielu przypadkach rozczarowanie jakie wywoływały nierozważne decyzje prowadziły do samobójstwa lub samookaleczania, a w najlepszym wypadku do szaleństwa lub załamania nerwowego. Gdy problem nasilił się do tego stopnia, że zyskał miano plagi międzynarodowej kilka szanowanych i uznanych korporacji podjęło się próby rozwiązaniu tego problemu. Efektem ich wielomiesięcznej pracy był Smart-Live, a później Smarter-Live – algorytm analizujący życie człowieka i wskazujący potencjalne przyszłe ścieżki kariery.

Po kilkuset udanych eksperymentach okazało się, że jego efekty przekraczają wszelkie wyobrażenia. Ludzie z niego korzystający byli szczęśliwsi i bardziej produktywni. Wtedy też algorytm wszedł do powszechnego użytku. Początkowo korzystali z niego jedynie zainteresowani, jednak po kilku latach – za zgodą ogółu – korzystanie z algorytmu stało się obligatoryjne i podlegać zaczęły mu nie tylko służbowe, ale i prywatne sfery życia ludzkiego. Smarter stał się uniwersalnym mózgiem ludzkości.

Jego wprowadzenie zaowocowało w końcu unifikacją całej planety. Zniknęły podziały narodowościowe i państwowe. W myśl nowej zasady ludzie mieli być po prostu ludźmi.

Dziadek Cole’a był młodzieńcem, gdy zachodziły owe zmiany. Nie popierał ich jednak wtedy i nie popierał ich później. Nie wierzył w ich powodzenie dlatego właśnie, że ludzie są tylko ludźmi.

– Nie wiem, dlaczego był taki uparty – zastanawiał się Cole, gdy wstawał świt, a my mieliśmy za sobą całą noc rozmowy. – Był człowiekiem przeszłości, było w nim mnóstwo rozczarowania. Może zawiódł się na ludziach? Może na sobie? – gdybał. – Od zawsze trzymał się na uboczu, od zawsze wpatrzony w przeszłość. Nie chciał iść wraz z postępem. Jakby na przekór światu każdą wolną chwilę poświęcał jakimś książkom, które nie zawierały niczego poza słowami. I zmuszał mnie niekiedy do wysłuchiwania historii w nich zawartych.

Choć Cole nie podzielał opinii dziadka co do obecnego porządku świata, to kochał go ponad wszystko i wpływ starca był w nim widoczny. W sposobie przedstawiania się, w jego dziwnym zwyczaju podawania ręki na powitanie lub w niezwykłej wręcz lubości prowadzenia rozmów z drugim człowiekiem w jego bezpośrednim towarzystwie, a nie za pomocą transcomu. Były to jednak tak znikome odstępstwa, że osobiście uważałem je za niegroźne, nic nie znaczące dziwactwa.

To chyba dzięki nim zjednywał sobie ludzi, co pozwalało mu zyskiwać informacje jeszcze zanim trafiły do publicznego obiegu. Niekiedy bywały niekompletne, jednak zazwyczaj sprawdzały się niemal całkowicie.

Pewnego dnia Cole wrócił do domu w tak dobrym nastroju, że jego stan od razu wzbudził moją podejrzliwość i ciekawość.

– Słyszałeś?! – krzyczał od progu. – Słyszałeś najnowsze nowiny?!

Nie lubiłem wychodzić na niedoinformowanego, więc jedynie uśmiechnąłem się niepewnie i odparłem zdawkowo:

– Zależy o czym.

Westchnął ciężko i spojrzał na mniej litościwie.

– W końcu się udało! Teraz wszystko będzie inaczej, zobaczysz!

Wpatrywałem się w niego niczego nie rozumiejąc i wyczekując, aż rozwinie myśl. Ten jednak zdawał się o mnie zapomnieć. Kręcił się bez celu, od czasu do czasu podskakując i poklaskując rytmicznie, jakby próbował pozbyć się nadmiaru energii.

– Możesz mi wyjaśnić co miałeś na myśli? – zapytałem po dłuższej przerwie, gdy nieco się uspokoił.

– Co masz na myśli? – zdziwił się, jakby zapomniał zupełnie, że wcześniej ze mną rozmawiał.

– Powiedziałeś, że w końcu się udało… Co się udało?

 Przez chwilę widać było, że szuka właściwej myśli.

– Lepiej usiądź – powiedział, sadzając mnie na ławie.

Sam rozsiadł się na ladzie kuchennej, pomiędzy misą z pigułkami śniadaniowymi i obiadowymi.

Przez kilka minut patrzył na mnie w milczeniu, a szeroki uśmiech nie schodził mu z twarzy. Wiedziałem, że celowo przeciąga tę chwilę, próbując wyprowadzić mnie z równowagi i skłonić do kolejnych pytań. Nie chciałem jednak sprawić mu tej przyjemności i uparcie milczałem, choć ciekawość zżerała mnie od środka.

– Jesteś gotów? – rzucił w końcu niedbale.

– Nie wiem, Cole – przyznałem szczerze. – Ocenię to, kiedy w końcu coś z siebie wydusisz.

– Dobrze, już dobrze. – Klasnął w dłonie, pochylił się ku mnie i ściszył głos do konspiracyjnego szeptu. – Kilka dni temu odkryto lek pozwalający przedłużyć życie… Będziemy nieśmiertelni, mój drogi. Nieśmiertelność, rozumiesz? – zaśmiał się głośno.

Przez chwilę czekałem w milczeniu myśląc, że sobie żartuje. Nie chciałem dać się nabrać na coś tak banalnego.

– Mówisz poważnie? – wykrztusiłem. – Wydaje mi się, że ktoś mógł wprowadzić cię w błąd…

– Nic z tych rzeczy – odparł pewnie.

– Ale przecież uczyli nas, że to niemożliwe. To jedna z tych granic, których nigdy nie uda nam…

– Zapomnij o tym! – zawołał. – Właśnie przekroczyliśmy barierę niemożliwego. Dasz wiarę?!

– Trudno mi w to uwierzyć – przyznałem szczerze.

– Wiesz co to dla mnie znaczy?!

Zaprzeczyłem, energicznie potrząsając głową.

– Będę mógł pomóc dziadkowi! W końcu przekonam tego starego uparciucha, że nowy świat nie jest taki zły jak mu się wydawało. W końcu będzie miał czas, żeby się o tym przekonać. I w końcu zrozumie, że przyszłość jest lepsza od przeszłości!

Zeskoczył z lady i zaczął kołysać biodrami, wyklaskując sobie wesoły takt.

Wydawał się tak uradowany przekazanymi informacjami, które mnie jawiły się jako zwykłe fantasmagorie, że nawet nie próbowałem drążyć tego tematu. Byłem przekonany, że to co powiedział jest niemożliwe. Postanowiłem wrócić do sprawy, gdy pierwsze emocje opadną a Cole odzyska dawną równowagę.

Kolejny dzień przyniósł poprawę jakiej się nie spodziewałem. Mój przyjaciel zachowywał się całkowicie normalnie, słowem nie wspominając o swoich wymysłach. Zacząłem wierzyć, że stał się ofiarą niewinnego żartu, który przemyślawszy spokojnie, wrzucił między bajki. Tam, gdzie jego miejsce.

I wtedy świat stanął na głowie.

Byliśmy w pracy, gdy pojawił się komunikat, nakazujący udać się wszystkim pracownikom do największej sali konferencyjnej w budynku. Mieszcząca się kilkadziesiąt metrów pod ziemią hala była ogromna. W całości wypełniały ją blubimy wyświetlające mównicę i postać Prezesa Stanu – człowieka stojącego na czele rządu światowego, który dla pełnienia swej funkcji zrzekł się dawnego imienia i nazwiska, stając się uosobieniem zajmowanego urzędu. Jeden z najważniejszych ludzi na ziemi rzadko kiedy sam przekazywał jakieś informacje, więc jego widok zawsze budził sporo skrajnych emocji.

Byłem niespokojny. Czułem jak zimny dreszcz przebiega mi po plecach, a serce zaczyna szybko bić. Kątem oka zerknąłem na Cole’a. Na jego twarzy malował się szeroki uśmiech pewności.

W jednej chwili w sali zapadła absolutna cisza. Sylwetka Prezesa poruszyła się i wiadomo było, że za chwilę rozpocznie się przemówienie. Nikt nie chciał uronić choćby słowa.

– Najdroższa rodzino! – zaczął. – Dziś jako jedność stajemy na progu nowej ery. Ery, w której człowiek zbliża się do Boga na wyciągnięcie ręki. Choć nie mamy jeszcze podobnej mu mocy sprawczej, to od dziś zyskujemy czas, by we właściwym momencie móc ją zdobyć. Po kilku latach intensywnych prac i badań, po niezliczonych sporach i wojnach nękających ludzkość, po wielu pomyłkach i potknięciach przekraczamy granicę, której pokonanie uważaliśmy za niemożliwe. Dziś z dumą i pokorą na przyszłość, stajemy na progu nieśmiertelności! Mówię wam, że od dziś możemy mierzyć się ze śmiercią! Od dziś stajemy na drodze, by stać się niepokonanymi!

Na krótką chwilę zapadła cisza, a następnie wybuchły tak gromkie brawa i okrzyki radości, że obawiałem się, iż stracę słuch. Ja jednak byłem zbyt zaskoczony, by móc wykonać jakikolwiek ruch. Roztańczone ogniki nadziei w oczach otaczających mnie ludzi wydawały mi się w pewnym stopniu przerażające. Nikt nie wątpił.

– Cudownie, prawda? – zagadnęła mnie kobieta stojąca po lewej stronie.

Przytaknąłem.

Prezes Stanu zniknął z blubimów, a w jego miejsce pojawiło się trzech naukowców ubranych w białe fartuchy. Ich poważne twarze, ściągnięte w nabożnym skupieniu wyrażały najwyższą pogardę dla świata. Ale to właśnie te miny sprawiały, że ludzie wierzyli każdemu ich słowu.

Po kolei jęli tłumaczyć, że wynalezione lekarstwo jest ledwie początkiem drogi dla stworzenia nowej ery ludzkości. Otóż odkryty lek nie zapewniał w gruncie rzeczy nieśmiertelności jako takiej, ale pozwalał człowiekowi na wydłużenie swego życia w nieskończoność. Lekarstwo przywracało organizm ludzki do optymalnego stanu fizycznego, cofając proces starzenia oraz lecząc wszelkie choroby. Ciało mogło się regenerować na poziomie komórkowym w nieskończoność. Był jednak jeden warunek: musiało być żywe. Osoba poddana kuracji mogła żyć wiecznie, ale upadek z dużej wysokości lub jakakolwiek poważna rana nadal skutkowały śmiercią. Jak zapewniali jednak uczeni, wciąż trwały prace rozwijające lek i prawdziwa nieśmiertelność zaczynała być w naszym zasięgu.

– Wkrótce wszystko się zmieni – rzekli na koniec i blubimy zamigotały niebieskimi światełkami oznaczającymi koniec transmisji.

Nie podano dokładnego terminu wprowadzenia medykamentu na rynek, więc najbliższe kilka tygodni były jedną, nieustanną spekulacją dotyczącą wszystkiego co z nim związane. Wieczne życie stało się właściwie jedynym tematem, na który chciano rozmawiać. Prześcigano się w domysłach w kwestii ceny, dostępności, dawkowania i szkodliwości leku, snuto plany i wizje życia, które pozwoli zrealizować każde, nawet najbardziej błahe pragnienie. Hurraoptymizm stał się wszechobecny.

W całym tym zamieszaniu zaskakiwał mnie jednak spokój Cole’a, który jeszcze niedawno zdawał się najszczęśliwszy na świecie. Gdy zapytałem go o powód tej nagłej zmiany przyznał tylko, że jego dziadek zapowiedział, iż nie zamierza skorzystać z nowego wynalazku, chce umrzeć jak normalny człowiek i w gruncie rzeczy nie może się już doczekać, żeby to nastąpiło. Po dłuższym czasie udało mi się jednak przekonać go, że znajdzie sposób, by nakłonić dziadka do zmiany zdania. Rozpogodził się i przez resztę czasu wspólnie snuliśmy plany na temat wieczności.

Po blisko dwóch miesiącach od pierwszej konferencji zostaliśmy ponownie wezwani do wielkiej sali, w której nie zmieniło się nic od ostatniego razu. Ponownie blubimy wyświetlały nieruchomą sylwetkę Prezesa Stanu. Tym razem jednak od początku panowała całkowita cisza. Powietrze zdawało się naelektryzowane.

– Najdroższa rodzino! – Prezes zaczął podobnie jak za pierwszym razem. – Ostatnie odkrycia napawają nas dumą i pozwalają z optymizmem patrzeć w przyszłość. Niewątpliwie świat jaki znamy ulegnie zmianom, bowiem od jutra nowy lek stanie się dostępny dla wszystkich.

Dookoła przelała się fala braw, a ja i Cole byliśmy jednymi z tych, którzy klaskali najgłośniej.

– Przy zmieniającym się świecie i my musimy się zmienić. Nasze życie nie będzie już takie jak dawniej. Wkraczamy w nieznane jako pionierzy i odkrywcy wieczności. Mając w zanadrzu takie odkrycie, taki przełom, musimy utworzyć nowe społeczeństwo! Społeczeństwo oparte na nowej zasadzie.

Wszyscy wpatrywali się w blubimy w nabożnym skupieniu. Niektórzy poruszali bezgłośnie ustami, jakby słowa, które słyszeli były ich własnymi.

– Od dziś będziemy tworzyć społeczeństwo oparte na nieśmiertelności! Niezliczone analizy przeprowadzone przy użyciu naszego kochanego smartera wykazały, że będziemy tworzyć ukształtowaną, stałą rodzinę, której nie trzeba budować nieustannie od podstaw! Rodzinę wykształconą, doświadczoną i rozwiniętą! Odkrycie to rozwiąże nasze problemy z rozmnażaniem i płodnością! Dzięki niemu będziemy mogli zamknąć akademie bazowe i wyższe, a ludzie staną się nowym gatunkiem! Jednakże – podniósł nieco głos i skierował palec ku górze – jednakże nie osiągniemy tego bez pewnych poświęceń… – zawiesił na chwilę głos. – Dlatego od dziś, na mocy danego mi prawa, informuję was, że rząd światowy podjął rezolucję znoszącą śmierć! Od dziś każdy, kto wyrzeknie się życia zostanie uznany za wroga ludzkości, a jego rodzina będzie pozbawiona wszelkich dóbr. Człowiek taki zostanie wymazany z historii, a jego własność stanie się własnością ogółu, który rozdysponuje ją dla dobra pozostałych przy życiu ludzi! Pamiętajmy, nie możemy pozwolić, by doświadczone i wykształcone jednostki opuściły nas na progu nowego świata!

I wówczas zapadła cisza.

– Od teraz jesteśmy skupieni na życiu! – zakończył i obraz zniknął.

Ostatnie słowa były ledwo słyszalne, bo utonęły w narastającym szmerze budzących się rozmów. Po początkowej euforii nie było śladu. Teraz królowało zdziwienie, zaniepokojenie i podejrzliwość, nikt bowiem nie rozumiał co dokładnie kryło się pod tymi słowami.

Niepewność nie trwała jednak długo. Już nazajutrz, wraz z pojawieniem się w sklepach pierwszych partii leku przekonano się o dosłowności i prawdziwości przemówienia. Nowe prawo działało zero jedynkowo. Martwy, żywy. Winny, niewinny.

Martwi byli karani za poddanie się śmierci, choć tak naprawdę reperkusje dotykały jedynie pogrążonych w smutku członków ich rodzin. Dość głośno zrobił się o niejakim Julianie Serafinie, zupełnie nieznanym za życia, który miał stać się symbolem sprzeciwu wobec nowego porządku rzeczy.

Mężczyzna zmarł nagle w wyniku jednej z nierozpoznanych chorób, które mimo znacznego rozwoju cywilizacyjnego nadal nękały ludzkość. Jego rodzina została pozbawiona wszelkich dóbr materialnych – od mebli, przez drobne pamiątki, po wszelkie urządzenia cyfrowe, które mogły zawierać jakąkolwiek wzmiankę o nim. W geście dobrej woli wypożyczono im z rządowych magazynów materiały pierwszej potrzeby – wedle plotek odebrane innej rodzinie – które miały zostać zwrócone po upływie pół roku. Dodatkowo rodzina została skierowana na terapię zapomnienia, której celem miało być wyzbycie się wspomnień o zmarłym zdrajcy.

W ciągu pierwszych dni podobnych sytuacji było wiele. Wywołały one niemałą konsternację i z pewnością mogłyby zaowocować poważniejszymi konsekwencjami, gdyby nie szybka reakcja naszej korporacji, która z pełną mocą wspierała rządowe rozwiązania. Jednej nocy na każdym rogu, w każdym domu, w każdej firmie pojawiły się spoty reklamowe i e-lotki przekonujące o słuszności podjętych działań. Uliczne bimy wyświetlały rozmowy najważniejszych oficjeli ziemskich, którzy w wyjątkowo przekonujących słowach tłumaczyli istotę przyjętych zmian. Po raz kolejny głos kilku stał się głosem wielu.

Tłumaczono, że zdecydowane reakcje rządu są niezbędne z punktu widzenia zmian jakie mają być osiągnięte, że nowe społeczeństwo, nowa cywilizacja musi być zbudowana szybko i bez zbędnej zwłoki. Dostrzegalne „negatywnie oceniane działania” – dokładnie takiego sformułowania użyto – miały przeciwdziałać ociąganiu się w realizacji szlachetnego celu.

Dodatkowo wyjaśniono, że wysokie ceny leku nie są spowodowane chciwością rządu, a tym, że faktyczny twórca leku, którym był globalny koncern MedMed Corp., nie zgodził się na tańsze udostępnienie specyfiku.

– Ceny byłyby jeszcze wyższe, gdyby nie rządowe dofinansowanie – tłumaczył w jednym z zapętlonych spotów Prezes Stanu, którego twarz miała zatroskany wyraz.

Wystarczyło kilka dni powtarzania owych informacji, by emocje zelżały, a ludzie przeszli nad nowymi zmianami do codzienności.

W tym czasie jednak mało zajmowały mnie wspomniane kwestie. Razem z Cole’m główkowaliśmy bowiem skąd wziąć pieniądze na terapię dla jego dziadka.

Zgodnie z założeniami leczenie miało być dwuetapowe dla ludzi starszych i jednoetapowe dla tych, którzy postanowili poddać się mu w sile wieku. Najdroższe było to pierwsze. Składało się ze stu porcji, przyjmowanych przez sto dni, a ich zwieńczeniem miało być przywrócenie ciała do optymalnej formy – odmłodzonej i odświeżonej. Cena takiego leczenia wynosiła równowartość naszych rocznych zarobków, co było nie lada wyzwaniem, tym bardziej, że bieżące potrzeby pochłaniały większość zarobionych jednostek. Świat nie przewidywał gromadzenia oszczędności, gdyż spowalniały one rozwój.

Podczas gromadzenia środków Cole z satysfakcją i radością zauważył, że choć jesteśmy niemal nierozłączni, nie łączą nas żadni znajomi, co znacznie powiększyło krąg osób, do których mogliśmy się zwrócić po pomoc. I tak po blisko miesiącu kombinowań i błagań, osiągnęliśmy nasz cel. Cole kupił upragniony lek i wysłał dziadkowi z zaleceniem jak najszybszego rozpoczęcia terapii.

Jeszcze nigdy nie widziałem go tak szczęśliwym i dumnym, co było o tyle straszne, że żal w jaki wpadł kilka dni później, był kontrastem jak biel dla czerni.

Dziadek Cole’a zmarł.

Cole był przekonany, że zrobił wszystko co mógł, by zachować ukochaną osobę przy życiu, jednak w jakiś sposób całość jego starań poszła na marne.

Nie czekając na nic udał się do swego dawnego domu. Gdy wrócił po kilku dniach ledwo go poznałem, postarzał się bowiem o kilka lat. Schudł, wypłowiał i mówił niewiele. Jedynie oczy zdradzały, że wciąż tkwi w nim życie. Pojawiły się w nich tajemnicze iskierki – rozedrgane, połyskujące ogniki, których nie było nigdy wcześniej, nadające jego fizjonomii obcy, nieco przerażający wygląd.

Choć wydawał się wyczerpany i rozbity z zaskakującym spokojem opisał mi czego dowiedział się na miejscu od jednej z sąsiadek dziadka.

Podobno ulubionym tematem starego Cole’a w ostatnich miesiącach było żartowanie ze śmierci. Kpił z niej i nawet nocą zostawiał zapalone światło na ganku, by ta wiedziała, gdzie go znaleźć. Cieszył się jednak dobrym zdrowiem i nic nie wskazywało na to, że jego dni są policzone. Sporego bałaganu w jego zdrowiu narobiły wieści o nowym prawie i oficjalnym zakazie umierania. Wściekł się jak nigdy i przez jakiś czas nie pokazywał się światu, próbując uspokoić skołatane nerwy. Otrzymawszy przesyłkę od Cole stwierdził, że nie może zostawić swojego wnuka samego w takim świecie i śmierć będzie musiała na niego poczekać. Czy rozpoczął terapię? Cole nie umiał powiedzieć, bo kobieta, z którą rozmawiał tego nie wiedziała.

Dziadek został znaleziony na progu własnego domu.

Ani dom, ani okolica nie wydawała się już takie same, jednak Cole nie mógł od razu wyjechać. Przez kilka dni obserwował dom i wyniósł się dopiero, gdy pojawili się tam nowi lokatorzy z rządowym przydziałem.

– Co to znaczy? – głośno myślałem.

– Może ten lek to oszustwo?  – rzucił niby od niechcenia.

Zawahałem się przez chwilę.

– Nie okłamaliby nas tak okrutnie. Wszyscy potwierdzają działanie tego leku, sam słyszałeś. A co, jeśli nie zmarł naturalnie? – ostatnie słowa wyrwały mi się przez przypadek i od razu ich pożałowałem, bo odniosłem wrażenie, że Cole zdążył już tak pomyśleć.

Ostatecznie nie odniósł się do tego w żaden sposób, wzruszył tylko ramionami.

– Po prostu tego nie rozumiem – powiedział.

Ja też tego nie rozumiałem, ale nie wierzyłem, by rząd mógł oszukać całe społeczeństwo. Wprowadzenie leku nie było wyłączną decyzją ludzi. Wszystko zostało przecież przeanalizowane przez smartera, który widział i rozumiał więcej niż jakiekolwiek człowiek będzie w stanie kiedykolwiek pojąć. Czyż nie zaufaliśmy mu już wcześniej? Czynie podejmował najlepszych decyzji dla ludzi? Ufaliśmy mu w kwestiach naszego prywatnego życia, więc i w tej nowej sytuacji, winniśmy mu absolutne zaufanie.

Chciałem podzielić się z Cole’m swoimi przemyśleniami, jednak wyraz głębokiego bólu malujący się na jego twarzy, sprawiał, że nie mogłem znaleźć właściwych słów.

I wówczas z wybawieniem przyszedł mi głos komunikatora, który zapowiedział przybycie gości. Dźwięk komunikatu nie zdążył rozejść się po kątach, gdy w mieszkaniu pojawiło się trzech funkcjonariuszy porządkowych.

Wciśnięci w szare, obcisłe kombinezony z połyskującego materiału taksowali bacznie otoczenie. Ich pozbawione wyrazu twarze sprawiały, że wyglądali bardzo podobnie. Najszczuplejszy i najwyższy z nich podszedł do nas ze wzrokiem zawieszonym na Cole’u i przemówił głosem właściwym dla jego twarzy:

– Szukamy Brandona Cole…

Cole wstał i przez chwilę bałem się, że zrobi coś głupiego.

– To ja – rzekł jednak tylko.

– W związku ze śmiercią spowinowaconej z tobą osoby – kontynuował mężczyzna nie siląc się na żaden wstęp – na mocy obowiązujących przepisów musimy sprawdzić czy w tym lokalu nie ostały się żadne przedmioty, które mogłyby mieć jakikolwiek związek ze zmarłym zdrajcą.

Porządkowy zwracał się tylko do Cole, traktując mnie jak powietrze.

Obserwowałem, jak krzątają się po pomieszczeniach sprawdzając wszystko z chirurgiczną dokładnością. W ich ruchach było coś mechanicznego. Przez chwilę przemknęło mi nawet przez myśl, że może to zaawansowane roboty, ale przypomniałem sobie, że podobne oskarżenia wysnuto już jakiś czas temu i okazały się one całkowicie nietrafione. Ktoś nawet zaatakował grupkę funkcjonariuszy i zranił ich, ci krwawili jednak i cierpieli jak zwykli ludzie. Dowód ten uciął dalszą dyskusję.

Cole pozostawił im wolną rękę stwierdzając, że nie ma nic do ukrycia. Tymczasem, gdy oni zaglądali we wszystkie kąty, on ledwie widocznym ruchem ukrył coś za pazuchą. Zdziwiłem się niezmiernie, ale nie odezwałem ani słowem.

Po kilku dłużących się w nieskończoność godzinach nasi goście zakończyli swoje obowiązki pozostawiając za sobą nie lada bałagan. Ich spojrzenia pełne były frustracji i złości, bo nie znaleźli niczego do czego mogliby się przyczepić. Ostatecznie zabrali kilka drobiazgów tłumacząc, że muszą się im bliżej przyjrzeć. Wiedzieliśmy jednak, że nie mogli wrócić z pustymi rękami. Odchodząc przypomnieli jedynie Cole’owi, że w ciągu najbliższych dni musi stawić się na spotkaniu terapeutycznym, by ostatecznie uwolnić się od wspomnień o zdradzieckim dziadku.

Ostatnia uwaga sprawiła, że na ich twarzach pojawiły się fałszywe uśmiechy.

– Wystarczy – rzekł nagle Cole, gdy upewnił się, że zostaliśmy sami. – Wystarczy wziąć dziewięćdziesięcioośmioprocentowy kwas azotowy i wlać go do trzykrotnie większej objętości kwasu siarkowego, doprawić to opiłkami i wszystkie problemy znikną…

Popatrzyłem na niego ze zdziwieniem, ale nie odezwałem się słowem. Cole nadal był w szoku i nie chciałem zadręczać go pytaniami.

– Muszę odpocząć – dodał po chwili i skierował się do swojej ciemni.

Widziałem jak zza pazuchy wyciąga starą, pożółkłą książeczkę. Jedną z tych wypełnionych samymi słowami. Książeczkę, którą opisywał kiedyś, gdy opowiadał o swoim dziadku. Nie wiedziałem, jak wszedł w jej posiadanie, ale ucieszyłem się, że pozostała mu jakaś pamiątka.

Tej nocy nie mogłem spać. Zamartwiałem się coraz bardziej widząc, jak wyraźne piętno odcisnęła na nim poniesiona strata. Obawiałem się czy nie postradał rozumu. Szaleństwo w dzisiejszych czasach było rzadkością, jednak wciąż pozostawało w granicach tego co możliwe.

Dni mijały, a ja i Cole, niegdyś nierozłączni, teraz oddaliliśmy się od siebie. Ściana bólu, za którą utknął Cole była wysoka i gruba. Nie potrafiłem się przez nią przebić żadnym słowem czy gestem. Wszystko zdawało się od niej odbijać.

Cole rzadko bywał w domu, więc okazji do rozmów było coraz mniej. Mijaliśmy się także w pracy. Awansowano mnie, a co za tym idzie zostałem przeniesiony na wyższe piętro.

To nie tak, że nie próbowałem dotrzeć do Cole’a. Nigdy go nie porzuciłem, wiedziałem jednak, że zanim otworzy się przede mną, najpierw musi uporać się z bólem wewnątrz siebie. Obserwowałem go więc w miarę moich możliwości i czekałem na okazję, która pozwoli wszystko naprawić.

Po jakimś czasie Cole zaczął wyglądać nieco lepiej. Wróciły mu kolory, odzyskał nieco wagi i nawet od czasu do czasu udało nam się wymienić krótki żart. Z nieco większym optymizmem patrzyłem w przyszłość. Jedyne co nadal budziło moje obawy, to owa drgająco miarowo w jego oku iskra, znaczenia której nie mogłem pojąć.  

W tym czasie nowatorski lek zyskał całkowitą popularność i stał się tak powszechny, że trudno było sobie wyobrazić, że istniały czasy, w których go nie było. Brali go wszyscy, włącznie ze mną. Czułem się po nim lepszym człowiekiem – zarówno pod względem fizycznym, jak i duchowym. O przypadkach uchylania się od kuracji nie słyszano już niemal wcale. Od czasu do czasu pojawiały się jakieś plotki o tym, czy innym umierającym zdrajcy, jednak dzięki skutecznym akcjom reklamowym naszej korporacji brano je za prowokacje, którymi nie należy się zajmować.

Właśnie wtedy, gdy wydawało się, że świat wraca na właściwy tor w siedzibie naszej firmy zwołano zebranie wszystkich pracowników. Choć obecność była obowiązkowa nie podano powodu tego nadzwyczajnego zgromadzenia. W dniu spotkania czuć było jednak, że dzieje się coś niezwykłego, bo powietrze czuć było uroczyste napięcie, a sala bankietowa została przystrojona lepiej niż zwykle. Na jej końcu stały stoły zastawione jedzeniem przygotowanym starym, tradycyjnym sposobem, a ich intensywny i kuszący zapach powodował nagłe skurcze żołądka. Widać było też lodowe rzeźby i fontanny kolorowych napojów. Ponadto w tłumie przechadzali się funkcjonariusze porządkowi, którzy z dużą czujnością zaglądali w twarze zgromadzonych osób.

Wchodząc do sali otarłem się o Cole’a, jednak napierający tłum przesunął mnie w głąb pomieszczenia, tak że mogłem go obserwować jedynie kątem oka. Choć szturchnąłem jego ramię nie dostrzegł mnie i nie jestem pewien czy w ogóle to poczuł. Stał oparty o ścianę, ze wzrokiem nieruchomo wbitym w jakiś odległy cel. Podążyłem jego śladem i gdy dotarłem do właściwego punktu nie miałem wątpliwości, że patrzę na tego, którego uważnie obserwował Cole. Na przeszklonej scenie, w otoczeniu potężnych i groźnie wyglądających funkcjonariuszy w szarych kombinezonach, stał Prezes Stanu.

Widok ten wywołał we mnie takie zdziwienie, że nie mogłem odwrócić wzroku. Różne myśli przebiegały mi przez głowę i nie umiem powiedzieć, dlaczego ta jedna banalna uczepiła się mnie z takim uporem – Prezes w rzeczywistości był niższy i drobniejszy niż na bimach.

W jednej chwili przypomniałem sobie o Cole’u i zimny dreszcz złych przeczuć przebiegł mi po plecach. Poczułem, jak dłonie pokrywają mi się kropelkami potu, a nogi mimowolnie uginają. Obróciłem się, by odszukać go wzrokiem, jednak sala była już tak wypełniona, że mogłem dostrzec jedynie ludzi w moim bezpośrednim sąsiedztwie.

Bałem się, żeby nie zrobił czegoś głupiego. Szybko jednak odetchnąłem spokojniej, przypominając sobie o groźnie wyglądających funkcjonariuszach i o tym, że wizyta ta była całkowicie niespodziewana. Tłumaczyłem sobie w myślach, że nic złego nie może się stać. Do całkowitego spokoju brakowało mi jedynie, by dostrzec Cole’a opartego o ścianę.

Zajęty własnymi myślami nie mogłem skupić się na przemówieniu.

Wyglądało jednak na to, że wszystko przebiegało gładko. Zaczął Prezes Stanu, potem w imieniu pracowników wypowiedział się ktoś, kogo widziałem pierwszy raz na oczy, następnie kilka słów wtrącił przedstawiciel MedMed Corp. i głos ponownie zabrał Prezes.

– W ramach wdzięczności za wkład w rozpowszechnienie i urzeczywistnienie naszej nieśmiertelnej myśli! – mówił. – Cały rząd, cała ludzkość i ja osobiście, chcemy uhonorować was wspaniałym pomnikiem. Sukces, do którego tak mocno się przyczyniliście, jest naszym wspólnym osiągnięciem. Pomnik, na który zasłużyliście nie zostawi złudzeń, co do podjętego przez was trudu. Pozwólcie, że zaprezentuję wam przedsmak tego, co wkrótce stanie się rzeczywistością. Dla każdego z was znajdzie się miejsce w tym niezwykłym dziele.

W tym samym momencie na scenę wkroczył jeden z pracowników niosąc w rękach czerwoną poduszeczkę, na której leżał niewielki pilocik.

Byłem przekonany, że po odsłonięciu kurtyny znajdującej się za plecami Prezesa, ten powie jeszcze kilka słów, a później opuści scenę i wyjdzie, by wykonywać obowiązki, które stanowiły dla nas nieodgadnioną zagadkę.

Cały mój spokój pierzchł jednak nagle, gdy uświadomiłem sobie, że pracownikiem wchodzącym na scenę jest Cole. Widmo okrzyku zamarło na moich ustach, jednak z gardła nie wydobył się żaden dźwięk.

Cole zawsze wiedział o wszystkim wcześniej, pomyślałem, zawsze!

Widziałem, jak Prezes uścisnął mu dłoń i niemal sam poczułem ten uścisk. Obdarzył go ciepłym uśmiechem i poklepał po plecach, a Cole pełen spokoju zniknął za kurtyną.

Prezes nie zwlekając dłużej nacisnął guzik.

Pamiętam jedynie krótki, jakby gardłowy pomruk, wydobywający się spod naszych stóp, a następnie zapanowała ciemność.

 

Gdy zacząłem odzyskiwać świadomość byłem przekonany, że zginałem. Po chwili jednak pojawił się ból i pożałowałem, że to nieprawda.

Nie wiem jak długo byłem nieprzytomny. Obudziłem się w celi umieszczonej na środku ogromnego pokoju, który wypełniony był rozbieganymi i rozkrzyczanymi funkcjonariuszami, którzy w ogóle nie zwracali na mnie uwagi. Po chwili bezczynności, gdy świadomość wróciła do mnie w pełni, zauważyłem, że w jednym z końców sali wyświetlany jest ogromny obraz na jednym z bimów. To on absorbował uwagę tych, którzy nie biegali i nie krzyczeli, przykuł więc i moją.

Obraz przedstawiał jednego z oficjeli rządowych, który dość często towarzyszył Prezesowi Stanu w różnych ważnych uroczystościach.

– …niewątpliwie wielka strata – usłyszałem wyrwane z kontekstu słowa. – To zamach nie tylko na ludzkie życie, ale na całą naszą przyszłość. W wybuchu zginęło wielu, którzy mogli stanowić fundament dla naszej przyszłości… To coś z czym musimy się zmierzyć.

Rozmówca oficjela zadał pytanie i ten zamyślił się na chwilę.

– Nie będziemy robili wyjątków. Nie możemy robić wyjątków. Tragedia jest ogromna, ale prawo powinno być respektowane. Prawo uwzględniające wyjątki, to słabe prawo. Śmierć, niezależnie od powodów, nadal jest przestępstwem.

Kolejne pytanie, którego nie usłyszałem.

– Tak, ofiar było wiele, ale Prezes nie był jedną z nich.

Informacja ta sprawiła, że uważniej nadstawiłem ucha.

– Tak, oczywiście! Był w centrum, ale to nadzwyczajny człowiek! To co mogło zaszkodzić normalnym ludziom, jemu nie sprawiło żadnej szkody. Prezes obecnie jest w delegacji służbowej w zaświatach. Chciał osobiście porozmawiać z ofiarami zamachu. Gdy wróci, a wróci wkrótce, wszystko odzyska dawny porządek.

Na chwilę obraz zmienił się i widać było dogasające zgliszcza. Mignęło i ponowni widać było oficjela rządowego.  

– Ależ droga pani! – krzyknął oburzony. – Prezes nie zginął na pewno. Gdyby tak było widziałaby pani na mojej twarzy szczery ból i smutek, a czy to właśnie pani widzi? Skoro Prezes nie zginął, nie możemy respektować wobec niego i jego rodziny prawa, które dotyczy jedynie zmarłych. Sugeruje pani, że Prezes był zdrajcą?

Pomyślałem nagle o Cole’u. Cokolwiek chciał osiągnąć nie udało mu się. Czy ta osobista wendeta warta była życia tylu ludzi? Dotarło do mnie, że nawet jeśli Prezes zginął, to ludzie zostaną przekonani, że wcale tak się nie stało. Nieustannie powtarzane kłamstwo, w końcu stanie się substytutem prawdy. Tak mogło być ze wszystkim i jakaś część mnie rozumiała to od dawna. Poczułem narastający gniew.

– Widzisz co zrobiłeś, gnoju?! – usłyszałem nagle za swoimi plecami. – Przez ciebie zginął mój brat!

Jeden z funkcjonariuszy zbliżył się do mojej klatki i w duchu dziękowałem, że dzielą nas kraty. Pozostali ściągnięci jego okrzykami spoglądali na mnie wrogo i pogardliwie.

– Ale… – próbowałem się tłumaczyć, choć nic nie przychodziło mi do głowy. – To nie ja! – krzyknąłem w końcu. – Przecież to nie ja! Ja nie mam z tym nic wspólnego! To Cole! Proszę mi wierzyć, to Cole! On to zrobił!

Funkcjonariusz spojrzał na mnie z odrazą, po czym odszedł z wyrazem potępienia na twarzy.

W krótki czas potem znowu zasnąłem i nie jestem pewien czy stało się to przy wyłącznym udziale mojej woli, czy ktoś mi w tym pomógł. Gdy ponownie się obudziłem, byłem w celi, w której przebywam do dziś. Nie wiem, czy wtrącono mnie tu tak po prostu, czy odbył się proces, którego nie pamiętam.

Od dawna już nie krzyczę. Nie wołam już Cole’a i nie tłumaczę, że to nie moja wina. Nikt i tak nie słucha.

I jedynie nocą zdaje mi się, że odwiedzają mnie ludzie lub maszyny. I w półśnie czuję, jak strzygą mnie i myją. Czasem wydaje mi się, że słyszę ich głosy, ale nie mogę przypomnieć sobie co mówią. Ostatnio jednak czuję na wargach posmak obcych mi i niezrozumiałych słów:

– Osobowość dysocjacyjna i schizofrenia – powtarzam szeptem, siedząc w białym kącie. – To dziś rzadkość. Jedyny udokumentowany przypadek, ostrożnie z nim.

I zastanawiam się, do kogo mogą należeć i kogo mogą dotyczyć.

Koniec

Komentarze

Siemka. Fajna praca. Napisana jakoś tak… oldskulowo. Jakbym czytał jakieś dystopijne klimaty z lat 60-70 lub nawet starsze. Napisane powolutku (dla mnie aż zbyt powolutku), na spokojnie, z atmosferą, nawet ciekawie. Fabularnie jest OK, choć nie do końca jestem w stanie kupić zakończenie/wyjaśnienie. Może dlatego, że liczyłem na coś więcej, niż motyw z Fight Clubu :P 

Pozwolę sobie nominować do Biblioteki.

Cześć!

Dzięki za komentarz i docenienie :) 

Mam słabość do “oldskulowego” prowadzenia opowieści i znanych rozwiązań. Cieszę się, że udało Ci się rozpoznać nawiązanie do Fight Clubu :D 

Pozdrawiam, 

Brenin

Nie bardzo umiem wyobrazić sobie istnienie świata, który opisałeś. Świata w którym ludziom nie wolno umierać.  

Choć opowiadanie zaciekawiło mnie i czytałam z zainteresowaniem, to nie mam pewności, czy należycie je zrozumiałam. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy narrator na pewno opowiada o przyjacielu…

Na końcu rzecz się w jakimś stopniu wyjaśnia, ale pozostała pewna wątpliwość, bo nie wiem, Breninie,  co rozumiesz przez dwubiegunowość? Mnie dwubiegunowość kojarzy się z zaburzeniami cechującymi niektórych chorujących na depresję, natomiast treść pozwoliła mi wysnuć wniosek, że to raczej przypadek jakiegoś rodzaju schizofrenii.

Wykonanie, co stwierdzam z prawdziwym smutkiem, pozostawia sporo do życzenia.

 

Urok jej kusi jed­nak w to­wa­rzy­stwie lu­dzie… –> Literówka.

 

nie mogąc wy­rwać się z oków sny… –> Literówka.

 

każdą wolną chwi­lę po­świę­cał ja­kimś książ­ką… –> …każdą wolną chwi­lę po­świę­cał ja­kimś książ­kom

 

Były to jed­nak tak zni­ko­me za­cho­wa­nia, że oso­bi­ście uwa­ża­łem je za nie­groź­ne, nic nie zna­czą­ce dzi­wac­twa. –> Nie bardzo umiem sobie wyobrazić znikomość zachowania.

Proponuję: Były to jed­nak tak zni­ko­me odstępstwa, że oso­bi­ście uwa­ża­łem jego zachowania za nie­groź­ne, nic nie zna­czą­ce dzi­wac­twa.

 

Cięż­ko mi w to uwie­rzyć – przy­zna­łem szcze­rze. –> Trudno mi w to uwie­rzyć – przy­zna­łem szcze­rze.

 

By­li­śmy w pracy, gdy po­ja­wił się ko­mu­ni­ka­tu na­ka­zu­ją­cy udać się… –> Raczej: By­li­śmy w pracy, gdy po­ja­wił się ko­mu­ni­ka­t, na­ka­zu­ją­cy udać się

 

Nikt nie chciał uro­nić choć słowa. –> Nikt nie chciał uro­nić nawet/ choćby/ ani słowa.

 

Ery, w któ­rej czło­wiek zbli­ża się do boga… –> Ery, w któ­rej czło­wiek zbli­ża się do Boga

Zakładam, że piszesz o Stwórcy.

 

po wielu po­mył­kach i po­tknię­ciach prze­kra­cza­my gra­ni­cę, któ­rej prze­kro­cze­nie uwa­ża­li­śmy za nie­moż­li­we. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …po wielu po­mył­kach i po­tknię­ciach prze­kra­cza­my gra­ni­cę, któ­rej pokonanie uwa­ża­li­śmy za nie­moż­li­we.

 

oba­wia­łem się, iż stra­cę słuch. Ja jed­nak byłem zbyt za­sko­czo­ny, by móc wy­ko­nać ja­ki­kol­wiek ruch. –> Niezamierzony rym.

 

za­gad­nę­ła mnie ko­bie­ta sto­ją­ca po mojej lewej stro­nie. –> Drugi zaimek jest zbędny. Wystarczy: za­gad­nę­ła mnie ko­bie­ta, sto­ją­ca po lewej stro­nie.

 

Po kolei jęli tłu­ma­czyć, że od­na­le­zio­ne le­kar­stwo… –> Chyba: Po kolei jęli tłu­ma­czyć, że wy­na­le­zio­ne le­kar­stwo

Lekarstwo nie mogło być odnalezione, bo nikt go wcześniej nigdzie nie ukrył.

 

ale po­zwa­lał czło­wie­ko­wi na wy­dłu­że­nie swego życia w nie­skoń­czo­ność. Le­kar­stwo przy­wra­ca­ło or­ga­nizm czło­wie­ka do opty­mal­ne­go stanu fi­zycz­ne­go… –> Zbędny zaimek. Powtórzenie.

Proponuję: …ale po­zwa­lał czło­wie­ko­wi na wy­dłu­że­nie życia w nie­skoń­czo­ność. Le­kar­stwo przy­wra­ca­ło or­ga­nizm ludzki do opty­mal­ne­go stanu fi­zycz­ne­go

 

je­dy­nym te­ma­tem, na który chcia­no roz­ma­wiać. Prze­ści­ga­no się w do­my­słach na temat ceny… –> Powtórzenie.

Proponuję: …je­dy­nym te­ma­tem, na który chcia­no roz­ma­wiać. Prze­ści­ga­no się w do­my­słach w kwestii ceny

 

Po bli­sko dwóch mie­sią­cach od pierw­szej kon­fe­ren­cji zo­sta­li­śmy po­now­nie we­zwa­ni do sali kon­fe­ren­cyj­nej… – Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Po bli­sko dwóch mie­sią­cach od pierw­szej kon­fe­ren­cji zo­sta­li­śmy po­now­nie we­zwa­ni do wielkiej sali

 

Jed­nak­że – pod­niósł nieco głos i uniósł palec ku górze… –> Powtórzenie i masło maślane; czy mógł unieść palec ku dołowi?

Proponuję: Jed­nak­że – podniósł nieco głos i skierował palec ku górze

 

nie osią­gnie­my tego bez pew­nych po­świę­ceń – za­wie­sił na chwi­lę głos. –> Skoro zawiesił głos, to postawiłabym wielokropek: …nie osią­gnie­my tego bez pew­nych po­świę­ceń – za­wie­sił na chwi­lę głos.

 

a jego wła­sność sta­nie się wła­sno­ścią ogółu, który roz­dy­spo­nu­je je dla dobra… –> Piszesz o własności, a ta jest rodzaju żeńskiego, więc: …a jego wła­sność sta­nie się wła­sno­ścią ogółu, który roz­dy­spo­nu­je dla dobra

 

Schudł, wy­pło­wiał i mówił nie­wie­le. –> Co to znaczy, że Cole wypłowiał?

A może: Schudł, zbladł i mówił nie­wie­le.

 

Je­dy­nie jego oczy zdra­dza­ły, że wciąż tkwi w nim życie. –> Czy oba zaimki są konieczne? Czy mogły to zdradzać cudze oczy?

Wystarczy: Je­dy­nie oczy zdra­dza­ły, że wciąż tkwi w nim życie.

 

Wci­śnię­ci w szare, ob­ci­słe dre­li­chy z po­ły­sku­ją­ce­go ma­te­ria­łu…–> Drelich to tkanina, a także ubranie robocze wykonane z tego materiału. Drelich nie jest materiałem z połyskiem.

Proponuję: Wci­śnię­ci w szare, ob­ci­słe kombinezony z po­ły­sku­ją­ce­go ma­te­ria­łu

 

le­d­wie wi­docz­nym ru­chem ukrył coś pod pa­zu­chą. –> …le­d­wie wi­docz­nym ru­chem ukrył coś za pa­zu­chą.

 

i awan­so­wa­li mnie na wyż­sze sta­no­wi­sko… –> Masło maślane; awansować znaczy to samo, co przejść na wyższe stanowisko.

 

Ob­ser­wo­wa­łem go więc w miarę swo­ich moż­li­wo­ści… –> Ob­ser­wo­wa­łem go więc w miarę moich moż­li­wo­ści

 

od czasu do czasu udało nam się wy­mie­nić krót­kim żar­tem. –> …od czasu do czasu udało nam się wy­mie­nić krót­ki żar­t.

 

stał się tak po­wszech­ny, że cięż­ko było sobie wy­obra­zić… –> …stał się tak po­wszech­ny, że trudno było sobie wy­obra­zić

 

O przy­pad­kach uchy­bia­nia się od ku­ra­cji… – Pewnie miało być: O przy­pad­kach uchy­la­nia się od ku­ra­cji

Można uchybić komuś/ czemuś, ale nie można uchybić się od czegoś.

 

Po­nad­to w tłu­mie prze­cha­dza­li się ofi­cje­le po­rząd­ko­wi… –> Obawiam się, że porządkowi nie byli oficjelami.

A może miało być: Po­nad­to w tłu­mie oficjalnie prze­cha­dza­li się po­rząd­ko­wi

 

w oto­cze­niu po­tęż­nych i groź­nie wy­glą­da­ją­cych ofi­cje­li w sza­rych dre­li­chach… –> Pewnie miało być: …w oto­cze­niu po­tęż­nych i groź­nie wy­glą­da­ją­cych porządkowych w sza­rych kombinezonach

 

mo­głem do­strzec je­dy­nie ludzi w moim bez­po­śred­nim to­wa­rzy­stwie. –> Raczej: …mo­głem do­strzec je­dy­nie ludzi w moim bez­po­śred­nim sąsiedztwie.

 

Bałem się, żeby nie zro­bił ni­cze­go głu­pie­go. –> Bałem się, żeby nie zro­bił ­cze­goś głu­pie­go.

 

przy­po­mi­na­jąc sobie o groź­nie wy­glą­da­ją­cych ofi­cje­lach… –> …przy­po­mi­na­jąc sobie o groź­nie wy­glą­da­ją­cych strażnikach

 

który wy­peł­nio­ny był roz­bie­ga­ny­mi i roz­krzy­cza­ny­mi ofi­cje­la­mi… –> Czy na pewno oficjelami?

Tu zaczynam się gubić i już nie wiem, Breninie, co dla Ciebie znaczy słowo oficjel. I choć to określenie pojawia się jeszcze kilkakrotnie, już nie wypisuję go i nie poprawiam, bo nie odgaduję Twoich intencji.

 

Skoro Pre­zes nie zgi­nął, nie mo­że­my re­spek­to­wać wobec niego i jego rodziny prawa –> Skoro Pre­zes nie zgi­nął, nie mo­że­my stosować wobec niego i jego rodziny prawa

 

Czy ta oso­bi­sta wen­de­ta warta była tylu żyć? –> Życie nie ma liczby mnogiej.

Proponuję: Czy ta oso­bi­sta wen­de­ta warta była tylu żywotów? Lub: Czy ta oso­bi­sta wen­de­ta warta była życia tylu ludzi?

 

Ofi­cjel spoj­rzał na mnie z po­gar­dą i od­ra­zą, po czym od­szedł na stro­nę. –> Czy oficjel na pewno odszedł na stronę?

Pójść na stronę to inaczej mówiąc, pójść za potrzebą, czyli oddalić się, aby załatwić potrzebę fizjologiczną.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Coś w Twoim opowiadaniu jest takiego, że chciałam przeczytać je do końca. Wydaje mi się, że przyzwyczajasz do swojej narracji i polubiłam ją. Coś tam, pewnie bym wycięła (tak mam), lecz podoba mi się sposób, w jaki opowiadasz tę historię.

Fajny jest również świat, który pokazujesz (tzn. nie on sam, lecz to, że go widzę i rozumiem). Zdecydowanie nie podoba mi się zakończenie z osobowością dysocjacyjną (dawniej wieloraką), ponieważ następuje nagle i wolałabym, abyś w subtelny sposób zostawiał wcześniej  ślady. Jak to zrobić – nie wiem, trzeba byłoby przemyśleć, jest na ten temat kilka książek-świadectw, chodzi mi o manifestowanie się poszczególnych person.

Trochę zdziwiła mnie ostatnia scena, kiedy Prezydent przyjechał do zakładu pracy bohatera, ponieważ przedtem pojawiał się tylko na ekranie. Dlaczego teraz, właśnie tu, przyjechał osobiście? Świetny pomysł na smarter-live:) i problem długowieczności.

Moim zdaniem duży potencjał jest w tym tekście. Nawiązania do filmu – dla mnie zauważalne, acz wiele jest też Twojego:)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć, 

 

@regulatorzy: 

Dzięki za komentarz. 

Co do umiejętności wyobrażenia sobie przedstawionego świata, to uważam, że wszystko zależy od podejścia do tematu. Zdaję sobie sprawę z absurdalności zakazu umierania, ale właśnie o taką absurdalność chodziło – tym bardziej, że świat pełen jest bezsensownych zakazów i pomysłów. Jeśli władza będzie skupiona w nieodpowiednich rękach, to zakaz może przybrać dowolną treść i nieważne, czy jesteśmy w stanie go zaakceptować, czy nie.

Masz rację, dwubiegunowość nie była tym, co chciałem pokazać. Chodziło o osobowość dysocjacyjną (jak trafnie zaznaczyła @Asylum). Moja skojarzenia minęły się z prawdą. 

Co do uwag…cóż, faktycznie…aż wstyd, że pojawiło się tyle błędów. Może za bardzo pospieszyłem się z publikacją. Skorzystałem jednak z nich i uwzględniłem niemal wszystkie w tekście. Pozostawiłem sobie jedynie epitet wypłowiał (w znaczeniu: zbladł, stracił kolor). 

Dzięki za uwagi! Dzięki nim spojrzałem na tekst z nieco innej strony. 

 

@Asylum

Dzięki za spostrzeżenia. Po przemyśleniu sprawy, przyznaję, mogłem rzucić nieco więcej okruchów prowadzących do rozdwojenia osobowości. Mając to na uwadze zmodyfikowałem kilka zdań z nadzieją, że udało mi się to nieco uwypuklić. 

Co do jednej z ostatnich scen, to Prezes pojawia się w korporacji, bo to ona odpowiadała za przekazanie rządowej propagandy. Jest to wskazane w treści. 

Cieszę się, że chociaż niektóre pomysły przypadły Ci do gustu. 

 

Jeszcze raz, pięknie dziękuję! :) 

Jest tu pomysł, który przyciąga. Nawet pomimo kulejącego wykonania. Generalnie Asylum zaznaczyła najważniejsze punkty – przeanalizuj je. Od siebie dodam przydatne linki, które pomogą w szlifowaniu sfery technicznej tekstów.

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Stworzyłeś paskudny świat. Zakaz umierania jest absurdalny, a jednak… do pomyślenia. Jako prawo stwarza interesujące możliwości.

Fabuła daje radę, chociaż wydaje mi się, że opowiadanie jest nieco przegadane, szczególnie z początku. Nie zaszkodziłyby krótsze rozdziały.

Interpunkcja niedomaga.

Babska logika rządzi!

Muszę się przyznać, że Twoje opowiadania nie trafiło do mnie. Niby wszystko co lubię – psychologia, utopia, odniesienie się do innych mediów jak film – ale Twoja bezpośredniość opisu nie była w stanie utrzymać mojej ciekawości. Wątek osobowości mnogiej – fajnie podtrzymana przez osobę dziadka i niepogodzenie się, że może odejść na zawsze – mało satysfakcjonująca. Bardzo dużo informacji o świecie przedstawionym dałeś w opisach, a za tym nie przepadam. Dobrze mieć trochę niedomówień, zwodzić czytelnika, aby trochę sam zgadywał. Z tego też względu absurdalność otarła o taką śmieszność, że nie byłam w stanie zaakceptować zakazu umierania jako motyw do przemyśleń. Odebrałam to bardziej jako element na doczepkę, i to nieprzemyślany. Ale tak jak inni widzę potencjał.

Szlifuj dalej i szukaj kolejnych, fabularnych rozwiązań.

Początkowo mi się podobało i to bardzo. Fajny był pomysł na sztuczną inteligencję, która podejmuje za człowieka najważniejsze decyzje w życiu. Zakaz śmierci też był niezły. Zastanawiałam się, w którą stronę pójdziesz, czy kolejną decyzją będzie zakaz prokreacji, czy też może nieśmiertelność okaże się blefem. Zazgrzytało mi trochę, kiedy zmarł dziadek Cole, a chłopaka potraktowano jakoś tak łagodnie, ale myślałam, że to część intrygi. Ogólnie było świetnie.

Tym bardziej rozczarowana byłam, czytając zakończenie. Powiem więcej, poczułam się oszukana.

Jeśli spojrzeć na całe opko przez pryzmat jego zakończenie, to nic się tutaj nie zgadza. Jak to możliwe, że w tak kontrolowanej społeczności choroba Twojego bohatera przeszła niezauważenie? Jak przeszedł wszystkie te testy SI, dzięki którym został zakwalifikowany do takiej a nie innej grupy? Czy nikt z jego otoczenia nie zauważył, że gość gada sam ze sobą? Jeśli miał podwójną osobowość, czemu nikt nie zauważył, że nagle rozmawia z nieznajomym, albo gość nie przychodzi do pracy, bo akurat jest kimś innym?

Zresztą sama ta dignoza mnie nie przekonuje. Osoby cierpiące na to zaburzenie nie wiedzą o swojej drugiej osobowości. To nie wygląda tak, że jedna osobowość może obserwować tę drugą.

Krótko mówiąc nie ma w tym opku utopii, nie ma nieśmiertelności, nie ma więźnia, ba, nie ma nawet grama fantastyki. To są zwyczajne urojenia schizofrenika, z wyraźnymi elementami paranoi. A na takie historie jakoś nie mam ochoty.

Nowa Fantastyka