- Opowiadanie: Corrinn - Wyprawa po mleko

Wyprawa po mleko

Nawet nie wiecie, jak niezwykła może być zwyczajna podróż do sklepu. Zapraszam was do odbycia tej wędrówki. Pamiętajcie jednak, że idziecie na własną odpowiedzialność.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Wyprawa po mleko

– Wstawaj!

Wrzaskliwy głos wybudził mnie z głębokiego snu. Podniosłem leniwie powieki, ale reszta ciała nie chciała współpracować. Widziałem okno, przez które wpadał do pokoju złoty topór światła, próbując rozwalić mi głowę. Może stąd wziął się ten potworny ból. Wczorajsza impreza u Igora nie była aż tak pijacka, aby jej wspomnienie wciąż pulsowało wewnątrz mojej czaszki. Nie pamiętam, bym wypił tak dużo. Nie jestem do tego przyzwyczajony, niemożliwe, abym…

– Wstawaj! Mleko się skończyło, trzeba iść kupić.

Spojrzałem na zegarek. Była dziesiąta rano. To stanowczo za wcześnie dla mojego wycieńczonego organizmu. Co my tam robiliśmy, że tak się czuję? Uprawialiśmy długodystansowy jogging? Przerzucaliśmy tony węgla? Sprzątaliśmy stajnie Augiasza?

– Chodź tu do cholery, bo nie będę się powtarzać. Skończyłeś osiemnaście lat i myślisz, że wygrałeś cały świat? Ha, lepiej, żebyś poszedł po to mleko, bo inaczej przegrasz znacznie więcej.

– Już idę! idę! – odkrzyknąłem, próbując podnieść się z łóżka. Oparłem dłonie na materacu i całą siłą woli zmusiłem się do użycia mięśni. Podźwignąłem się do pozycji półleżącej, czując, że jeśli usiądę, dalej będzie już z górki. Mój wewnętrzny śpioch bronił się jeszcze, lecz wkrótce musiał zrozumieć, że tym razem nie da rady położyć mnie na łopatki.

W końcu udało mi się wstać. Ręka znalazła bezpieczne oparcie na szafce nocnej. Dajcie mi punkt podparcia, a poruszę Ziemię. Skądś znam te słowa. Kto to powiedział? Nie pamiętam.

Zszedłem po schodach, stawiając stopy ostrożnie na kolejnych stopniach. Konieczność wyjścia na zewnątrz w najbliższym czasie, przy temperaturze niewiele przekraczającej, przynajmniej w moim odczuciu, zero bezwzględne, była wizją nader nieprzyjemną.

– Wypij herbatę, ubierz się jak należy i idź.

Nie czułem smaku herbaty. Wydawała się nijaka, jakby czegoś w niej brakowało. Prawdopodobnie mleka. Lubię herbatę z mlekiem. To prawie jak wódka latte, wynalazek zaprojektowany przez Igora. Przynajmniej tak twierdzi, że on to wymyślił. Zabawne skojarzenie.

Mimo wszystko rozgrzałem się, co może być przydatne podczas czekającego mnie przymusowego spaceru. Założyłem ciepłe ubranie dopasowane do pogody, gdyż paprocie z drobinek lodu, pojawiające się na powierzchni okien, dawały wyraźny sygnał, że nie obejdzie się bez wszelkich możliwych barier ochronnych, izolujących mnie od arktycznego powietrza.

Byłem gotów do wyjścia. Opatulony od stóp do głów, uchyliłem ostrożnie drzwi, aby przekonać się, czy jest wiatr.

Wiało jak diabli. Do tego zacinał śnieg, zupełnie jakby na twarz spadały okruszki szkła.

Zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak. Rano, czyli w okolicach dziesiątej, światło wbijało mi się w oczy jak sztylet, a chwilę później pada śnieg? Cóż, zmienna ta pogoda. Dopiero teraz zrozumiałem, ile jest prawdy w ludowych mądrościach:

 

Kwiecień plecień, bo przeplata

trochę zimy, trochę lata.

 

Zamknąłem za sobą drzwi i zostałem sam. Biedny, skurczony od mrozu kapral w objęciach rosyjskiej zimy. Dowódca armii cieni. Jeszcze wczoraj zdobywca, człowiek sukcesu, skazany na bezsensowną wojnę z żywiołem i własnymi słabościami. Szarobure niebo, gęste jak smoła, bez skrawka błękitu. Gdzie jest słońce? Brnę po kolana w zaspach, bombardowany przez nadzwyczaj skuteczną, lodowatą artylerię. Krew spływa mi po policzku. Nie, to nie krew, to woda. Gdzie moi żołnierze? Czyż polegli za mnie? Ach, jakże chce mi się pić! Niech będzie i mleko…

Furtka, oddzielająca podwórko od reszty świata, ustąpiła dość opornie, wydając przy tym zgrzyt, jakby pękającego lodu. Otworzył się przede mną ocean możliwości. Byłem wolny. Wieś to dopiero początek. Ze wsi można uciec. Dalej jest tylko lepiej. Piękny, wspaniały świat. Ciepłe kraje, gdzie nigdy nie odmrozisz sobie uszu. Nowe znajomości, nowi przyjaciele, nowy Igor… Może nawet jakaś dziewczyna. Te na imprezie były nijakie. Zupełnie jak herbata bez mleka. A może brakowało cukru? Skręcam w kierunku sklepu, to dość długa droga. Chciałbym zobaczyć inne kraje. Zawsze marzyłem o podróżach, nie tylko do mety. Tymczasem wybieram się po mleko.

Po niedługim czasie poczułem zmęczenie. Moje ambicje, związane z dalekimi wędrówkami, wyparowały jak krople wody na rozgrzanej blasze. Zimno, bardzo zimno. Widoczność ograniczona, biały puch zbiera się na rękawach kurtki i na nogawkach spodni. Zdałem sobie sprawę, że idę pod wiatr. Dlaczego ten sklep musi być tak kiepsko umiejscowiony? Zmierzam na północ. Kto stawia sklepy na tak dalekiej północy? Nie można było bliżej? W miastach jest więcej sklepów niż ludzi na wsiach. A tutaj muszę się męczyć i iść do tego jedynego, na skrzyżowaniu ulic Podarunkowej i Rabunkowej. Wspaniałe nazewnictwo. To tak jakby Święty Mikołaj kradł, aby rozdać prezenty. Brodaty Robin Hood. Ho, ho, ho. Wiem, mało celny żart.

Minąłem przystanek busów, zwany przeze mnie „przepustką do lepszego świata”. Nie to, żeby ktoś tam umarł. Za kilka błyszczących orzełków można przenieść się w zupełnie inne strony. Niestety, w weekendy nic stąd nie odjeżdża, szkoda. Mógłbym skrócić sobie męki. W pewnych warunkach te kilkaset metrów przechodzi się, jakby to były całe mile albo nawet stopnie szerokości geograficznej. Każdy fragment skóry błaga o litość. Nogi zapadają się w ziemię, ciężkie jak betonowe słupy. Przede mną najbielsza przestrzeń, jaką kiedykolwiek widziałem.

Stąpam po kruchym lodzie. Wokół nie ma życia, tylko jeden kolor. Barwa mleka. Zaspy są wyższe ode mnie. Zmierzam ku nieznanemu. Wiatr ucichł, śnieg opada miarowo wielkimi, geometrycznymi płatkami. Doskonały wzór, co za kunszt. Mistrz musiał wielce się natrudzić, aby stworzyć arcydzieło.

Wyciągnąłem przed siebie otwartą dłoń. Przyjrzałem się dokładnie kilku z nich. Nawet gdybym skończył studia matematyczne, nie potrafiłbym opisać wzorem ich wyrafinowanego kształtu. Zacisnąłem pięść i po chwili z powrotem ją otwarłem. To, co zobaczyłem, nie było już piękne, a mokre i nieciekawe. Woda w stanie ciekłym zawsze jest taka sama, nie ma w niej niczego, co można by porównać do sztuki, a mimo to zawdzięczamy jej życie. A jaki jest pożytek ze śniegu? Żaden.

Szedłem spokojnie, pewnie. Otrzeźwiałem zupełnie z porannej niedyspozycji. Podziwiałem wspaniałe widoki. Lód nie kruszył się już pod butami. Stał się twardy jak stal. Marsz powodował, że było mi coraz cieplej. Chciałbym tak iść, nie zatrzymując się, tylko ja i mój cień. Przez wieczną zmarzlinę. Wdychać rześkie, niemal odmładzające powietrze. Warto było przejść przez tę katorgę. Teraz jest znacznie lepiej. Doznałem katharsis, mogę iść dalej jako nowy człowiek.

Rozległ się głośny rumor. Od ciała lodowca odpadł potężny fragment, zsuwając się ciężko i niknąc w głębi morza. W oddali zobaczyłem białego niedźwiedzia. Płynął samotnie na krze lodowej, patrząc smutno w powierzchnię wody. Pewnie zastanawiał się nad swoim życiem. Albo próbował coś upolować.

Niedaleko. Jeszcze tylko kilka minut. Ustały wszelkie opady atmosferyczne, powietrze znieruchomiało. Może zaczynało zamarzać? Oby nie, będę musiał jeszcze tędy wrócić.

Sklep stał tam, gdzie zwykle. Niewielki budynek otynkowany na wściekłą żółć wyglądał teraz jak plama moczu na śniegu. Na jednej z szyb widniał napis informujący o dostawie świeżych pomarańczy. Przy wejściu stała reklama loterii, dającej szansę wygrania kuponu na następne losowanie. Prawdziwe pomniki dla handlu i naiwności.

Wszedłem do środka.

– Witam w sklepie „Biegun okazji”. Mam na imię Helena, jestem tu na zastępstwie – powiedziała zgrabna blondynka. Jej usta miały niesamowicie intensywną barwę karminu.

Poprzednią sprzedawczynię, panią Gargulcową, zapamiętałem jako kobietę brzydką, ponurą, w wieku co najmniej stu lat. Nowa ekspedientka była przeciwieństwem znanej mi staruszki.

– W czym mogę pomóc? – dodała z szerokim uśmiechem.

– Chciałbym kupić mleko – powiedziałem, patrząc jej w oczy, choć w sumie próbowałem ogarnąć ją wzrokiem w całości, nie chcąc uronić niczego z ponętnych kształtów.

– Ach, oczywiście. Jest na półkach po lewej. Proszę sobie wybrać.

Gdy wreszcie oderwałem od niej spojrzenie, zauważyłem wielki regał przepełniony różnorodnymi butelkami, kartonami, saszetkami. Niektóre miały narysowaną na etykiecie łaciatą krówkę, inne szeroko uśmiechnięte dzieci z ubrudzonymi na biało podbródkami, jeszcze inne po prostu napisy reklamowe w różnych językach. Stałem jak wryty, przygnieciony ogromem możliwości. Krowie, owcze, kozie, polskie, zagraniczne, zwykłe i wzbogacone witaminami. Nawet takie bez laktozy.

W końcu zdecydowałem się na dużą butelkę francuskiego mleka, obiecującą, jak było napisane w kilku miejscach: „muuurowaną przyjemność”. Lait entier.

Podszedłem do dziewczyny, będącej spełnieniem moich snów, moją muzą i radością, moją…

– Należy się cztery złote.

Sięgnąłem do kieszeni i serce, które do tej pory biło jak oszalałe, zatrzymało się na krótką chwilę.

Nie wziąłem pieniędzy.

A ta głupia krowa nie chciała dać mi mleka na kredyt. Nieempatyczna blond małpa o słodkim jak cukierek, zdradliwym głosie.

Wyszedłem na zewnątrz, pokonany i przybity. Usiadłem na ziemi, zrezygnowany, pełen wątpliwości. To moje Waterloo, pomyślał skurczony od mrozu kapral, zgarniając z policzka łzę. Moja armia jest w odwrocie, nie mam grosza przy duszy, jestem skończony.

Zostanę tu, nie powrócę do domu.

Osiądę na wyspie beznadziei, król bałwanów, skazany przez własną głupotę.

Koniec

Komentarze

Ostrzeżenie w przedmowie sugerowało, że przystępując do lektury Wyprawy po mleko wiele ryzykuję, a okazało się, że to tylko ot, taka sobie opowiastka o zimowym spacerze i niemożności nabycia butelki mleka drogą kupna.

Czytało się miło, ale nie udało mi się dostrzec fantastyki.

 

– Już idę! Idę! – Od­krzyk­ną­łem… –> – Już idę! Idę! – od­krzyk­ną­łem

Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Ręka zna­la­zła bez­piecz­ne opar­cie na szaf­ce noc­nej obok łóżka. –> Może wystarczy: Ręka zna­la­zła bez­piecz­ne opar­cie na szaf­ce noc­nej.

Szafki nocne zazwyczaj stoją obok łóżka.

 

Za­ło­ży­łem cie­płe ubra­nia do­pa­so­wa­ne do po­go­dy… –> Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach, a odzież którą mamy na sobie to ubranie, więc: Za­ło­ży­łem cie­płe ubra­nie do­pa­so­wa­ne do po­go­dy… Lub: Ubrałem się ciepło, stosownie do pogody

 

Ho ho ho. –> Ho, ho, ho.

 

Mam na imię He­le­na, je­stem tu na za­stęp­stwie. – po­wie­dzia­ła zgrab­na blon­dyn­ka. –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

– Chciał­bym kupić mleko. – po­wie­dzia­łem… –> Jak wyżej.

 

pa­trząc jej w oczy, choć w sumie pró­bo­wa­łem ogar­nąć wzro­kiem w ca­ło­ści, nie chcąc uro­nić ni­cze­go z jej po­nęt­nych kształ­tów. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za przeczytanie! Fakt, może przesadziłem z przedmową albo zbyt okroiłem fragment, wskazujący że chłopak dotarł aż na biegun, aby zdobyć mleko, co miało być kluczem do sensu opowiadania. I odcieniem fantastyki.

Wskazane potknięcia poprawię.

Pozdrawiam. :)

No, dla chłopaka to pewnie było przeżycie, ale czytelnik towarzyszący mu w ciepły czerwcowy wieczór, w dodatku mający zapas mleka w lodówce – widzi tę rzecz zgoła inaczej. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Moim skromnym opowiadanie poprawne o niczym, no i brak tu fantastyki. Fajnie byłoby gdybyś swój warsztat wykorzystał do opisania ciekawszej historii. Widzę potencjał we wspomnianym przez Ciebie pomyśle na to, żeby wysłać bohatera aż na biegun – taki absurd się ceni (trochę jak u Rolanda Topora?). Wiem, że każdy ma swój styl, ale polecam lekturę: https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/56843912 jeżeli jeszcze tego nie zrobiłeś, mi osobiście ten artykuł dał dużo do myślenia i pokochałem oszczędność formy.

 

Wiem, poniosła mnie ambicja napisania opowiadania o czymś zwykłym w niezwykły sposób, tyle tylko, że chyba nie wyszło xd A słaby temat pozostał.

Dziękuję, że wpadłeś, wskazany artykuł przeczytam w wolnej chwili.

Pozdrawiam.

Wrzaskliwy głos wybudził mnie z głębokiego snu

Zasadniczo to zdanie jest poprawne – ale nie jest ładne. Czemu? Ot, choćby temu, że "wrzaskliwy głos" można zastąpić "wrzaskiem", po prostu, zamiast komplikować. Less is more.

wpadał do pokoju złoty topór światła, próbując rozwalić mi głowę

Trochę przesadna metafora. Choć może dobrze opisuje ogrom tego kaca…

impreza u Igora nie była aż tak pijacka, aby jej wspomnienie wciąż pulsowało wewnątrz mojej czaszki.

Hmm. Purpurowe.

niemożliwe, abym

Ciut za wysokie.

Chodź tu do cholery

Chodź tu, do cholery. Reszta kwestii jakaś dziwna. Nienaturalna – może to dalej uzasadnisz, zobaczymy.

Podźwignąłem się do pozycji półleżącej

Coś za dużo tych p, to nie brzmi.

Konieczność wyjścia na zewnątrz w najbliższym czasie, przy temperaturze niewiele przekraczającej, przynajmniej w moim odczuciu, zero bezwzględne, była wizją nader nieprzyjemną.

Purpurowe i nienaturalne. Mam wrażenie wydumania.

ubierz się, jak należy

Bez przecinka.

wynalazek zaprojektowany przez Igora.

Niepotrzebnie rozdęte: wynalazek Igora.

Założyłem ciepłe ubranie dopasowane do pogody, gdyż paprocie z drobinek lodu, pojawiające się na powierzchni okien, dawały wyraźny sygnał, że nie obejdzie się bez wszelkich możliwych barier ochronnych, izolujących mnie od arktycznego powietrza.

Aż śmieszne w swojej epickiej purpurowości. Jak to ujął jeden z królów spartańskich, zły to szewc, który na każdą nogę robi but tego samego rozmiaru – wiem (chyba) co chcesz osiągnąć, ale należy jednak dostosować formę do treści.

uchyliłem delikatnie drzwi

Tak, pogłaskałem je i przemówiłem do nich czule. Ech. Ostrożnie, nieznacznie, na centymetr. Ale nie "delikatnie".

Rano, czyli w okolicach dziesiątej, światło wbijało mi się w oczy jak sztylet, a chwilę później pada śnieg?

… hem? Chyba ciągle są okolice dziesiątej? Czegoś nie rozumiem.

Dopiero teraz zrozumiałem, ile jest prawdy w ludowych mądrościach:

Uch, jakie to kliszowate.

Dowódca armii cieni.

… what? Straszny bałagan w tym akapicie.

Furtka, oddzielająca

Bez przecinków, imiesłów robi tu za przymiotnik, a nie wytwarza wtrącenie.

zgrzyt przypominający dźwięk

Nie wygląda to dobrze. Może tak: zgrzyt, jakby pękał lód?

podróżach, nie tylko do mety

Meta to cel, więc marzył o podróżach bez celu. Co ma w zasadzie sens.

sklep musi być tak kiepsko umiejscowiony?

Hem?

geometrycznymi płatkami

Geometrycznymi?

otynkowany na wściekłą żółć

Dziwnie to brzmi.

pomniki dla handlu

Raczej: pomniki handlu.

Nowa ekspedientka była przeciwieństwem znanej mi staruszki.

Uprościłabym: Byłe jej przeciwieństwem.

inne, szeroko uśmiechnięte dzieci

Bez przecinka.

 

Całkiem miłe w czytaniu, ale to raczej wprawka.

Wiem, poniosła mnie ambicja napisania opowiadania o czymś zwykłym w niezwykły sposób

Sam cel dobry, ale droga jego osiągnięcia – niekoniecznie. Purpura nie czyni niczego niezwykłym, jak makijaż nie czyni dziewczyny piękną. Jeśli jest brzydka, to nic jej nie pomoże, a jeśli umaluje się nieumiejętnie, będzie wyglądała śmiesznie. Działaj dalej.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dziękuję Tarnino. Muszę przyznać, że od chwili zakolejkowania przez Ciebie mojego opowiadania, czekałem na ten komentarz. Nie bez obaw, bo wiem, że znajdujesz błędy w tekście bardzo sprawnie i z chirurgiczną dokładnością.

Tym bardziej cieszę się, że wpadłaś przeczytać!

Co prawda trudno to będzie poprawić, bo musiałbym zmienić kolor całego opowiadania z purpurowego, na jakiś bliższy fantastyce (może oktarynowy?), ale naprawdę jestem wdzięczny za Twój wkład. Chyba wrócę do szortów, bo mi lepiej wychodzą. :)

Pozdrawiam.

No, long to to nie jest :) Spokojnie, zrobisz lepsze kiedy indziej.

 

ETA: Zerknij tu.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Ech… I cóż Ci ja mogę napisać, dobry człowieku? Mogę tylko zgodzić się z przednikami, że opowiadanie jest o niczym. Parafrazując Czechowa, to zwiesiłeś na ścianie z tuzin strzelb i żadna nie wypaliła. A naprawdę czekałem z nadzieją do końca, że cokolwiek huknie, błyśnie, skręci się, chociaż uśmiechnie. A tu, motyla noga, nic.

A szkoda, bo całkiem przyjemnie jest napisane, pomijając kwestie techniczne. Osobiście wychodzę z założenia, że w krótkiej formie każde zdanie musi być pisanie po coś. Owszem szczególny są ważne, robią klimat, ale nie mogą przesłaniać clou opowieści. Niestety U ciebie zadziało się zupełnie odwrotnie.

Także, tak.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

No cóż mogę odpowiedzieć, dobry człowieku? :) Dziękuję, że mimo wszystko wytrwałeś do końca. Wielu poległo w drodze po mleko znacznie wcześniej.

Nihil novi – koncept wyprawy po mleko opisany w nawet interesującej konwencji. Czyta się dobrze, ale po wszystkim ucieka, bo nie ma trwalszych, zapadających w pamięć treści. Tym niemniej – technikalia okej, teraz trzeba coś mocniejszego w to ubrać :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Adulescentia est tempus discendi – Wszystkiego jeszcze się nauczę. :) Dziękuję za przeczytanie.

Nowa Fantastyka