- Opowiadanie: syf. - Kałuża pełna psów

Kałuża pełna psów

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Kałuża pełna psów

 

 

 

Ciemność.

– Co jest, skurwysynu, wciąż ci mało?

Krzesło. Na nim worek do boksowania. Siedemdziesiąt pięć kilo wciąż żywego, pulsującego mięsa. Do tego poszarpany mundur, trzy metry sznura i opaska na oczach. Obok puste wiadro. Lodowata woda spłynęła po skórze i wsiąkła w drewnianą podłogę. Lampa, zapach stęchlizny, dwóch mężczyzn.

Skrzypienie drzwi. Trzech.

– Cwaniaczek jeszcze nie zmiękł? – Głos wchodzącego. Podeszwy jego butów z mlaskiem odrywają się od wilgotnych desek. – Kiepsko.

– Staramy się – odpowiada facet od bicia.

– Ja wam, kurwa, dam staranie się! – Ryk. – Siedzicie tu z tym chujem już trzy godziny i gówno się dowiedzieliście. Pójdę do starego i powiem mu, żeby was wypierdolił na mróz. Wtedy dopiero zaczniecie się starać.

Mlaskanie, skrzypienie, trzask.

– Cwel – rzuca facet od pytań. – Jebnij mu.

Seria łupnięć. Twarz jest jak maska, tak opuchnięta, że ból już przez nią nie przechodzi. Pozostaje za to dźwięk.

Zgrzyt pękającego zęba.

– Gdzie są leki z Czerwonego Krzyża? – Gardło zdążyło ochrypnąć od krzyczenia. – Gdzie szczepionki?

– Jestem żołnierzem – szepce – pomyliliście się. Złapaliście niewinnego…

Mięsiste łupnięcie. Krzesło się przewraca. Przesłuchiwany uderza skronią o podłogę i nieruchomieje.

– Idziemy na papierosa, bo już nie mogę.

– A stary?

– W dupie go mam. Niech tu sam przyjdzie i się męczy. To nie na moje nerwy.

Znika poblask światła lampy, przezierający przez szmatę na oczach.

 

*

Rafał leży na ziemi i myśli o Ewce.

Dziewczyna miała dwadzieścia lat, jak się poznali, a cztery miesiące po tym, jak zaszła w ciążę, na Warszawę spadły bomby. Zły czas…

Czuje, jak z odbytu cieknie mu krew, czuje smród gówna. Przesłuchujący nie są wybredni, jeżeli chodzi o narzędzia. Dobrze, że nie mają pod ręką akumulatora.

…zły czas na życie i dawanie go innym.

On był trochę starszy i nieco mniej ucieszył się na nadejście dziecka. Mimo wszystko pojechali za miasto świętować syna i oświadczyny. Czternastego lipca – tę datę pamiętali wszyscy, oprawcy i ich ofiary, ci, którzy dziś są syci i tamci, przymierający głodem – o świcie niebo rozdarł jęk.

Głowice jak martwe mewy spadały w szarą toń miasta.

Obudzeni hałasem, wyszli na zewnątrz i patrzyli w otępieniu na puchnącą kulę popiołów. Potem na szczęście oprzytomniał. Wepchnął dziewczynę do domku, owinął kocami i przykrył własnym ciałem.

Tamtego dnia – zanim wszystko się zaczęło – przez moment czuł się szczęśliwym człowiekiem. Teraz leży w kałuży własnych rzygowin, miotając się jak zdychający karp.

 

*

Upadając, rozharatał o coś dłoń.

Skrępowanymi rękoma nerwowo bada przestrzeń za plecami. Trafia na przewrócone metalowe wiadro. Syczy z bólu i przyciąga je do siebie. Ostra krawędź wbija się w palec i urzyna kawał paznokcia.

Ile może trwać przerwa na papierosa?

Rafał wije się, próbując rozciąć więzy na nadgarstkach. Zgina nogę tak bardzo, jak pozwala krzesło, by piętą przyblokować wiadro. Pobudzone serce gwałtownie pompuje krew. Ciało ożywa. Pot rosi czoło.

Skrzypi rozcinany sznurek, skrzypi podłoga. Cholera, skrzypią nawet łokcie i żebra. Jak to jest, myśli, że własne ciało może tak zdradzać człowieka.

Kroki na korytarzu.

Rafał zamiera, przestaje nawet oddychać, byleby sobie o nim nie przypomnieli. Nie wie, czy odepchnąć wiadro. Jak ktoś wejdzie, to od razu się zorientuje. Połamaliby mu nogi i więcej nie próbowałby uciekać. Puls łomocze w skroniach.

Każdy kolejny krok jest jak uderzenie młotka w gwoździe wieka trumny.

 

*

Wystarczy chwila nieuwagi i człowiek ląduje po szyję w gównie. Nawet głębiej. Tak, że ledwo jest w stanie utrzymać nos nad powierzchnią szamba.

Zbyszek trochę za szybko prowadził gazik. Aneta nie mogła dojść do siebie po tym, co się stało z wolontariuszami Czerwonego Krzyża. Krzyczała, a potem zwymiotowała. Kierowca bardziej był przejęty koleżanką niż prowadzeniem. I nie zauważył śladów na śniegu na drodze.

Prymitywna kolczatka. Gwoździe wbite w dechy. Wybuch opony, uderzenie w drzewo, błysk bólu.

Czyjaś paskudna twarz z pożółkłymi zębami, oddech cuchnący wrzodami, w tle okrzyki, radość jak po polowaniu.

– Jesteśmy – Rafał wydukał pomimo bólu – Wojskiem Polskim. Tak nie można…

– Mamy was, skurwysyny.

 

*

Zdrajcą okazał się mięsień prawej łydki.

Kroki cichną. Mężczyzna wrócił do piłowania węzłów. Już niemalże czuje jak sznur się rozpada, jak wolnymi rękoma będzie można oswobodzić oczy, by wreszcie wstać, gdy gdzieś na zewnątrz rozległ się skowyt. Wtedy napiętą nogę paraliżuje skurcz i wiadro najzwyczajniej w świecie z dudnieniem odjeżdża poza zasięg palców.

Po chwili ktoś podchodzi do drzwi. Otwiera. Wraca plama światła.

– Ale drze mordę – mówi wchodzący. – Boisz się?

– Tak.

– To dobrze. – Mężczyzna zdaje się być obrzydzony własnymi słowami. – Będziemy cię katować, aż powiesz nam, co żeście zrobili z zaopatrzeniem.

Na zewnątrz ktoś wyje..

– To twój kumpel – dodaje oprawca. – Ten grubas.

– Zbyszek – szepce.

– Co to ma za znaczenie. Dla chłopaków to tylko kupa mięcha do zaszlachtowania – odpiera oprawca. – Trochę im to zajmie. Mają tępe noże. Wprawy też im brakuje.

– Dlaczego to mnie trzymacie?

– Grubas i tak by się niedługo przekręcił. Jego złamana noga cuchnie jak stary ser. Panienka wsadziła sobie drut w oko. Zostałeś tylko ty, kolego. I kilogramy leków, które podpierdoliliście z Czerwonego Krzyża.

– Nic nie zabraliśmy – przeczy. – Ktoś napadł na lekarzy, a myśmy tylko badali miejsce.

– Skurwysynu! – Oprawca bierze zamach i kopie leżącego w udo tak mocno, że krzesło przesuwa się pod ścianę.

Krzyk wypełnia salę.

 

*

Mawiają, że człowiekowi, gdy słychać już skrzypienie kostuchy, przed oczami przelatuje całe życie. Ból jest jednak silniejszy od śmierci. Rafał myśli tylko o szalonej akcji Zbycha, który jakiś rok wcześniej, jeszcze w czasie prawdziwej wojny, uratował go przed kalectwem.

– Trzymaj! – medyk powiedział do sanitariusza. – Ja pierdolę, chyba trzeba będzie amputować.

– Nie – warknął Zbychu. Miał osmaloną twarz. Był przerażony i cały się trząsł. Przez otyłość wyglądał jak słoń z napadem epilepsji. – Facet wyciągnął dwóch chłopaków z płonącego czołgu. To bohater, a ty masz zamiar ujebać mu nogę?

– Tak trzeba! – odparł medyk. – Chcesz, żeby się przekręcił?

– Kolego. Słyszysz mnie?

– Tak – wyszeptał Rafał. – Nie pozwól mu…

– Nie ma mowy. Albo leczymy go po mojemu, albo stąd wychodzę.

– Nigdzie, kurwa, nie idziesz – wydukał Zbyszek. Potem wziął głęboki oddech i, ryzykując spotkanie z plutonem egzekucyjnym, odbezpieczył pistolet. – Jeden krok, a odstrzelę ci ten durny łeb.

Zbyszek uratował mu nogę. Ciekawe tylko, jakim kosztem; ile tamten lekarz mógł zrobić, zamiast marnować pół nocy na jednego człowieka. Co za ironia. Teraz sam umarł przez połamanego kulasa.

 

*

Pamiątka po pożarze boli. Zabliźniona skóra rozdarła się i krew zaczęła wsiąkać w spodnie. Czerwony wykwit jest jak wyłażący z poczwarki motyl.

Przerwa na papierosa musiała oznaczać coś innego, a może tamci dwaj nie byli aż tak twardzi, by całą noc katować człowieka. Rafał szarpie nadpiłowanymi więzami, potem drugi i trzeci raz. Ma szczęście – sznur nie był zbyt mocny – więc w końcu wyswobadza ręce. Zrywa szmatę z oczu. Rozwiązuje nogi. Próbuje wstać.

Pada na ziemię.

 

*

Prowizoryczny obóz dla uciekinierów był przepełniony. Dotarli tam pod wieczór. Generatory pozwalały na oświetlenie jedynie polowego szpitala, z którego dochodziły jęki i krzyki. Zdrowi byli cisi. Dziesiątki zakutanych w brudne ubrania postaci obsiadły kręgi wokół koksowników i ognisk. Żółte światło odbijało się od ich mętnych oczu.

– Zostaniemy tu? – zapytała Ewka.

– Myślę, że tak – odparł. – Usiądź, poszukam jakiejś pomocy.

– Dobrze. – Uśmiechnęła się.

Posadził ją przy jednym z ognisk. Jej brzuch już się wyróżniał, więc zaraz znalazło się miejsce. Rafał zniknął w tłumie.

Wrócił z godzinę później. Przyniósł jakieś jedzenie i przyprowadził pielęgniarkę.

– Masz. – Zostawił dziewczynie posiłek i kubek z herbatą. – Pani się tobą zajmie.

– Który miesiąc? – zapytała kobieta.

– Prawie piąty.

– Dobrze. Proszę za mną.

Dziewczyna zatrzymała się.

– A ty nie idziesz?

– Nie mogę – odparł po chwili wahania. – Niedaleko Ciechanowa jest punkt, gdzie organizują oddziały wojskowe. Jestem zdrowy, więc będę tam bardziej potrzebny. Muszę pójść.

– Proszę… – zaczęła szlochać.

– Nie płacz – odpowiedział. – Takie czasy, tak trzeba.

– Młody – powiedziała pielęgniarka – to wróci. Chodź, dziewczyno, do doktora.

Pocałował Ewkę w czoło i przytulił. Poczekał, aż obie znikną w namiocie, wziął głęboki oddech, a potem raźnym krokiem ruszył przed siebie.

 

*

Wstaje. Skoro był w stanie przejść z ciężarną kobietą kilkadziesiąt kilometrów, to nie zatrzyma go rana na nodze. Myśli nagle o dziecku – czy się urodziło. Miałoby już chyba roczek, może dwa. Zatracił poczucie czasu.

Łapie krzesło, zapiera się i wyłamuje drewnianą nogę. Po omacku odnajduje drzwi. Przez chwilę nasłuchuje, a potem je uchyla. Szeroki korytarz tonie w półmroku – z zewnątrz przez duże okna wpada trochę światła z ognisk. Budynek wygląda na starą szkołę.

Mężczyzna nagle orientuje się, że ucichły krzyki Zbyszka. Opiera się o ścianę i próbuje opanować oddech. Powietrze gryzie w oskrzelach. Z niższych pięter dochodzą szmery rozmów.

Na schodach dudnią czyjeś kroki.

Jęzor światła liże sufit.

Mężczyzna chowa się za załomem. Poznaje charczący oddech – ciężki i astmatyczny; przepona walczy z obwisłym brzuszyskiem. Nie widział oprawcy, ale w wyobraźni zdążył stworzyć sobie jego obraz – zarośnięta morda, dłonie jak bochny, spracowane i twarde, mięśnie wyrobione fizyczną pracą. Smród z pyska.

Facet wspina się po schodach i sapie, chcąc pewnie odbębnić kolejną turę pytań i ciosów.

Rafał myśli o swoich kompanach – Ani i Zbyszku – wybebeszonych przez tych zezwierzęconych bandytów.

Wychyla się zza rogu, gdy oprawca zdobył szczyt schodów, i wali go w czerep pałą. Potem drugi. I trzeci. Lampa spada na podłogę, gaśnie. I czwarty, i piąty. Ciało tłustego składa się wpół jak szmaciana lalka.

Z dołu nie słychać jakiejkolwiek reakcji.

Mężczyzna zrywa z trupa kurtkę. Zabiera też jego buty. Schodzi po schodach.

 

*

Oficer sztabowy wszedł do namiotu.

– Zbierajcie się – zaczął. – Odnotowaliśmy atak na konwój z zaopatrzeniem medycznym. Nasi żołnierze weszli w kontakt ogniowy z nieprzyjacielem, a wolontariusze z Czerwonego Krzyża spanikowali i pojechali gdzieś w cholerę. Straciliśmy z nimi kontakt radiowy. Trzeba ich odnaleźć.

– I po co tu przyjeżdżali? – zapytał Zbychu.

– Młodzież chce zbawić świat, ruszyć zatwardziałe sumienia Zachodu – odparł oficer sztabowy. – Pokazać skutki natowskiej bezradności.

– Dobra – przerwał Rafał, przypomniawszy sobie, że poznał jedną z wolontariuszek z tego konwoju. – Bierzemy sektor drugi.

Szkoda dziewczyny, pomyślał, ale już za późno.

 

*

Schodzi na najniższe piętro. Tu jest najcieplej. W salach i na korytarzu śpią ludzie – głównie kobiety i dzieci. Jeden obok drugiego leżą przepocone barłogi. Muszą być pełne wszy i pcheł. Ktoś kaszle, inny z trudem oddycha, kwili niemowlę. Nad śpiącymi unosi się swąd gorączki. Ilu z nich umrze do wiosny – nie można się dziwić, że mężczyźni sięgają po najbardziej brutalne metody, byleby dostać leki.

Nagle do niego dociera, że sam mógł trafić w takie miejsce. Gdyby wtedy został z Ewką w obozie, gdyby musiał opiekować się nią i dzieckiem… Wybrał ojczyznę. Dwa razy przecież o mało nie zginął. Z rany na nodze wciąż sączyła się krew.

Otrząsa się ze zamyślenia i, przesłoniwszy lampę, rusza ku wyjściu z budynku.

 

*

– Ty – Rafał uspokoił jednego z szeregowców – przestań już machać tym karabinem. Jeszcze komuś krzywdę zrobisz. Cicho być, łączymy ze sztabem.

W świetle księżyca stara leśniczówka wyglądała upiornie. Prószył śnieg, a wiatr szarpał koronami drzew. W oddali słychać było ujadanie zdziczałych psów, które najwyraźniej zwęszyły krew.

– Święty Mikołaj. Odbiór! – W polowej radiostacji trzeszczało. – Tu Dziadek Mróz. Odnaleźliśmy naszych towarzyszy z Czerwonego Krzyża…

Spojrzał jeszcze raz na ułożone pod murem zwłoki, rozrzucone w bezładzie rzeczy, rozbryzganą na śniegu krew.

– …niestety nie żyją. Ile? Cztery ciała. Zielone ludziki już tu były. Typowa egzekucja. Medykamenty? Zagrabione. Mieli pecha. Okropny widok. Tak. Bez odbioru.

Mężczyzna odwiesił słuchawkę.

– Ja, Zbychu i Anka jedziemy do sztabu, zdać pełny raport ze zdarzenia. – Pomyślał, że nie ma sensu marznąć w lesie. – Maliniak, obejmiesz dowodzenie, posprzątacie tu.

– A zwłoki? – zapytał żołnierz.

– Niech chłopaki wrzucą do szopy i spalą. Inaczej psy rozwloką je po całej okolicy.

 

*

Dwa niemal nagie ciała leżą na śniegu. Widocznie w nocy nikomu już nie chciało się kopać grobu. Ubrania jednak ukradli.

Mężczyzna dostrzega drugiego z katów, palącego papierosa i popijającego wódkę. Kryje się w cieniu. Tamten w końcu obraca się i idzie w kierunku budynku. Rafał zarzuca mu pętlę na szyję i sprawnie wciąga w krzaki.

– Co teraz, śmierdzący skurwysynu. Myślałeś, że mnie załatwisz? – szepce umierającemu do ucha. – Przyszedł twój koniec, chujku.

Tamten wreszcie nieruchomieje.

 

*

Po paru godzinach Rafał dociera do obozowiska. Obawia się, że nikogo już nie zastanie. Kilku żołnierzy siedzi jednak przy ognisku i rozmawia. W jednym z namiotów leżą pakunki z lekami.

Kiedy się zbliża, Maliniak celuje w niego z pistoletu.

– Mniej do podziału – mówi.

Rafał nic nie odpowiada. Patrzy w otchłań lufy.

– Żartowałem, kurwa!

Wszyscy wybuchają śmiechem.

Koniec

Komentarze

Bardzo Twoje. Pełno brudu, bólu i beznadziei. Żadnych przyjemności.

Jak często – postawiłeś za wysoko poprzeczkę obrzydliwości świata, żebym chciała do niego zaglądać i przejmować się bohaterami. Wszystkie instynkty raczej drą się, żeby rzucić w cholerę te paskudztwa. Tu nic nie działa tak, jak powinno. No, może bomby wybuchają zgodnie z planem…

Babska logika rządzi!

Finkla dobrze prawi, mogę (mogę? :p) się podpisać pod jej komentarzem. Mocne, szlamowate, bezlitosne, dokładnie takie jakie powinno być patrząc na historię. Tylko fantastyki mi tu zabrakło, albo przeoczyłam. Ale to akurat zdecydowanie najmniej istotne. Zgłoszę do biblio:)

Możesz. No, przynajmniej obiecuję, że nie będę Cię ścigać za plagiat czy coś. ;-)

Nie no, fantastyka jest – mamy wojnę atomową w Europie. Ale diabli wiedzą, po co i dlaczego.

Babska logika rządzi!

Ogólnie rzecz biorąc, opowiadanko powstało w czasie, jak był ten konflikt na Ukrainie. Wtedy też przeczytałem takie opracowanie dotyczące manewrów wojsk rosyjskich w hipotetycznej wojnie przeciwko Polsce, których rezultat był taki, że w drugiej dobie wojny ofensywa rosyjska by zahamowała, a na Warszawę zrzucono kilka ładunków nuklearnych w celu dezorganizacji państwa i zniechęcenia ewentualnej odsieczy natowskiej. 

Czy mógłby zaistnieć wtedy, chociażby przejściowo, taki syf i chaos jak w opowiadaniu – jest to całkiem możliwe.

A poza tym, jak wiadomo, lubię pisać opowiadania o obrzydliwości i braku nadziei :) 

I po co to było?

Wiadomo, wiadomo… :-) Że też lubisz takie rzeczy. Nie mogę się nadziwić.

Babska logika rządzi!

Mam trochę wątpliwości co do trybu narracji – jest tak blisko bohatera, zwłaszcza na początku, że chyba bardziej pasowałby zwykły pierwszoosobowy. Prawdę mówiąc, przy pierwszym didaskalium (szepce) pomyślałem, że masz literówkę.

Fajnie, Syfie, że znowu jesteś.

Czytam sobie te Twoje paskudztwa i się uczę ;)

Nie lubię pierwszoosobowej narracji :) 

Trzecioosobowa pozwala to się przybliżać, to dystansować względem postaci. Nie wiem, czy w tym opowiadaniu mi się to udało, ale zamierzenie było takie, żeby na początku narracja znajdowała jak najbliżej punktu widzenia protagonisty, by wzbudził on nieco sympatii i współczucia; po to, by potem pokazać go z nieco szerszej perspektywy, a na koniec – wiadomo :) 

 

I po co to było?

Mocno. Twardo. Obrazowo. Straszny świat, bez miejsca na spokój. Nawet końcówka na kilka sposobów pełna pesymizmu. Nic tu nie kieruje w dobrą stronę.

Solidne opowiadanie. Bez lania wody.

 

Co do tych ładunków – sporo by ryzykowali, bo geografia taka, że jakby powiało w ich stornę, to sobie by też zaszkodzili, jakby w Europę, to jakaś  reakcja by jednak była.

 

Co do narracji… Nie zastanawiałem się  nad tym przy czytaniu, ale po zobaczeniu komentarza Cobolda stwierdzam, że połączenie narracji “skrajnie bliskiej postaci” z jednoczesnie zachowaną trzecią osobą pasuje do tego opowiadania. Bo ta główna postać to człowiek, który już chyba  sam zaczyna czuć potworną odległość  od świata, w którym tkwi.

No widzisz – ja przez chwilę podejrzewałem, że to jest pisane z perspektywy czegoś, co w tym człowieku siedzi, ale człowiekiem nie jest.

O, ciekawa interpretacja.

Zadałem sobie pytanie co może siedzieć w człowieku i człowiekiem nie być. Odpowiedź przyszła natychmiast (”Sumienie”). Nie pasuje do treści, ale jest stanowi ciekawy zaczątek do rozmyślań, a nawet osobnego opowiadania.

Poczekał, aż obie zniknął w namiocie,

 

Rewelacyjny tekst. Stężenie wrażeń na tyle wysokie, że aż człowiek cieszy się, że siedzi spokojnie w domu i tylko o tym czyta. Mam wrażenie, że nie ma tutaj przekolorowania, że wojna tak wyglądała i tak mogłaby wyglądać dziś. Okrutne, straszne i przez to niebezpiecznie realne.

Trzecioosobowa narracja pasuje tutaj jak ulał. Tworzy dystans między bohaterem, a czytelnikiem, bo miłość i ból są odgrodzone od tego, który tylko patrzy, chociaż widzi przecież wszystko.

Zakończenie idealne. Uwierzyłem, że po tym wszystkim to się naprawdę może skończyć kulką w łeb. Ostatnimi czasy modny jest memowy wisielczy humor, ale to jest zupełnie inny poziom. Poziom, który można osiągnąć tylko po doświadczeniu czegoś okrutnego.

Cieszę się, że parę osób zwróciło uwagę na końcówkę, bo dla mnie był to chyba najmocniejszy/najbardziej zapadający w pamięć element opowiadania. Bo owszem, wcześniejsza część jest straszna, ale w jakiś sposób przywykło się do czytania czy oglądania podobnych scen. A te ostatnie zdania wywołują zupełnie inny rodzaj przerażenia; mieszankę emocji, których nie potrafię nawet nazwać.

Ogólnie właściwie nie planowałam czytać, weszłam tylko z ciekawości, zobaczyć, co wrzuciłeś. Ale poleciało. Po części na pewno dlatego, że styl masz dobry, angażujący, po części – bo cały czas było gęste. I o ile ogólnie lubię, jak w opowiadaniach jest syf i beznadzieja, o tyle tutaj, w takim stężeniu, nawet dla mnie było już tego trochę za dużo. Cóż, nie mogę powiedzieć, że nikt nie ostrzegał – pamiętam, jakie masz pisarskie upodobania i mimo wszystko po następne teksty pewnie też sięgnę.

Zakończenie najlepsze i wszystko do niego prowadzi.

Trzecioosobowa narracja lepsza. 

Świetne pióro, ale… ukryłeś fabułę, wszystko i zbudowałeś z obrazów, to rodzaj dziennika, trochę żal.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Świetny tekst, aż ciarki po plecach przechodzą, jak się czyta. Okrutne, przerażające, a jednocześnie takie… takie jakieś realne, co czyni opowiadanie jeszcze bardziej przerażającym. No i do tego rewelacyjne zakończenie. Gratuluję naprawdę udanego tekstu i klikam.

Dzięki za komentarze! 

I po co to było?

O żesz, aleś dał czadu. Aż mi tchu zabrakło. Zakończenie po prostu powala.

Ponieważ sama taki tekst zakończyłabym dokładnie tak jak Ty, więc spodziewałam się finału.

Ale i tak mogę napisać tylko – szkoda, że tak rzadko ma się okazję przeczytać coś Twojego.

Ale i tak mogę napisać tylko – szkoda, że tak rzadko ma się okazję przeczytać coś Twojego.

 

Miło mi, no ale nie ma czasu, nie ma weny :) 

I po co to było?

Niemożliwe;) i szkoda!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bardzo to mocne, obrazowe, aż ciarki przechodzą po plecach. Ciekawy styl.

We właściwy sobie dosadny i wstrząsający sposób opisałeś paskudną historię i myślę, że aby wszystko należycie wybrzmiało, nie można było opowiedzieć jej inaczej. Świetne zakończenie.

 

Ostra kra­wędź wbija się w palec i użyna kawał pa­znok­cia. –> Ostra kra­wędź wbija się w palec i urzyna kawał pa­znok­cia.

 

Opraw­ca bie­rze za­mach i kupie le­żą­ce­go w udo… –> Literówka.

 

– Pro­szę… – Za­czę­ła szlo­chać. –> – Pro­szę… – za­czę­ła szlo­chać.

 

Łapie za krze­sło, za­pie­ra się i wy­ła­mu­je drew­nia­ną nogę. –> Łapie krze­sło, za­pie­ra się i wy­ła­mu­je drew­nia­ną nogę.

 

Potem po omac­ku od­naj­du­je drzwi. Przez chwi­lę na­słu­chu­je, a potem je uchy­la. –> Powtórzenie.

 

Po­zna­je char­czą­cy od­dech – cięż­ki i ast­ma­tycz­ny; prze­po­na wal­czy z cięż­kim brzu­szy­skiem. –> Powtórzenie.

 

– Bie­rze­my sek­tor 2C. –> – Bie­rze­my sek­tor dwa C.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za komentarze.

 

Literówki poprawione ;) 

I po co to było?

Bardzo proszę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj!

 

Dobre. Na dłuższą metę mogło by męczyć, ale dłuższe nie jest :)

Zakończenie trafione.

O ile nie specjalnie przepadam za narracją rozrzuconą w czasie, o tyle tutaj przeszło bez większych zgrzytów z mojej strony. Zabieg z bliskością bohatera i poszerzaniem perspektywy całkiem udany.

Czas sięgnąć po jakieś inne Twoje opka.

 

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dzięki, zapraszam :)

I po co to było?

Rzeczywiście paskudne. Na koniec zostaje w środku taka wielka gruda okraszona niesmakiem. Pewbie to właśnie chciałeś osiągnąć. Bardzo dobry tytuł, choć niejak nie rozumiem jak się ma do opowiadania. 5/6

Czytałem tydzień temu, stempel jakości zostawiłem, a na hrabiowskie słowo czas nadszedł dopiero teraz.

Podobało mi się.

Przede wszystkim z powodu intensywności doznania – jest bezpośrednio, mocno, ale i nieprzesadnie. Gdybyś ciągnął tę stylizację dalej, mógłbyś przerysować opowiadanie i cały klimat szlag by trafił, Ty jednak wiedziałeś w którym momencie się zatrzymać i pozwolić wybrzmieć treści. Zresztą nie po raz pierwszy ;)

Podobał mi się też gęsty klimat, napięcie wybrzmiewające z każdego akapitu i zakończenie. Bomba, która przez te 13 tysi znaków miarowo tykała, wreszcie wybuchła.

Dobra robota.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Chrościsko, jeśli dobrze rozumiem tytuł, to “kałuż a” jest tym, co zostało z cywilizowanego świata na opisanym terenie. Syf, czy dobrze kojarzę?

 

Gdybyś ciągnął tę stylizację dalej, mógłbyś przerysować opowiadanie i cały klimat szlag by trafił

 

Ogólnie rzecz biorąc, lubię pisać historie, które lecą ostro do mety, dzięki temu można sobie pozwolić na wylanie wiadra totalnego syfu z założeniem, że czytelnik się nie znuży, a wręcz przeciwnie – z uwagi na ograniczoną objętość wchłonie wszystko :) 

 

Chrościsko, jeśli dobrze rozumiem tytuł, to “kałuż a” jest tym, co zostało z cywilizowanego świata na opisanym terenie. Syf, czy dobrze kojarzę?

 

Z tytułem to jest tak, że albo coś samoistnie naturalnie się nasunie i będzie pasować, albo nie :P Tutaj po prostu nic lepszego nie wymyśliłem, sam tytuł w miarę fajnie zaś brzmi. Zdaję sobie co prawda sprawę, że kałuża zbytnio nie wiąże się wizualnie z ciężką zimą, która jest w opowiadaniu – z drugiej strony zwierzęta, stłoczone w uciążliwym miejscu, a zatem agresywne wobec siebie, taplające się w brudzie, stanowią dość trafne podsumowanie sytuacji naszych bohaterów. Dlatego tytuł został. 

I po co to było?

Mocny, brutalny i brudny tekst. Warsztatowo i ogólnie literacko poziom godny pozazdroszczenia. W zaledwie kilkunastu tysiącach znaków zawarłeś solidną, wciągającą i bogatą historię z intrygującym tłem. Może nie jest to jakieś wybitnie oryginalne tło, może fabuła nie jest zbyt wyszukana i skomplikowana, ale wszystko świetnie funkcjonuje i mamy tu naprawdę sporo emocji. A całość jest taka bardzo… prawdziwa, prawdopodobna i zwyczajnie życiowa. I robi wrażenie. Po trochu także dlatego, że dotyka nas, nasze swojskie klimaty i okolice.

Wybrałeś precyzyjnie i z wyczuciem – zarówno akurat ten okrutny fragment z życia postaci, jak i poszczególne sceny, przeplatając je zręcznie w retrospekcjach i czasie teraźniejszym akcji.

Zakończenie wali po głowie. Świetna puenta bez puenty. Wszystko jest względne. Nic nie jest łatwe do oceny i zależy od punktu widzenia. Pewne jest tylko to, że wojna i ekstremalne sytuacje znieczulają i budzą w nas bestie. I że bycie ojcem to zadanie trudniejsze od ratowania świata. Łatwiej uciec, walczyć za ojczyznę lub iść na manowce niż podjąć się tego zadania (mówię jako ojciec dwóch synów i córki ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hmmm. Nie chciałam w tym grzebać, a jednak trzeba.

I sama nie wiem.

Napisane z dużą wprawą, tego Ci nie można odmówić.

Ale nie mogę ustalić, co tam w końcu zaszło.

Albo Rafał i jego ludzie ukradli te medykamenty, albo nie. Albo są złym wojskiem, albo dobrym.

W pierwszym wypadku – dlaczego żaden z nich nie puścił pary podczas bicia? OK, Rafał jeszcze jakoś się trzymał, mógł mieć nadzieję na coś. Ale Zbyszek? Noga musiała go naprawdę boleć, nie próbowałby wytargować dla siebie środków przeciwbólowych w zamian za resztę dla oprawców? Musieli ci zbójcy bardzo słabo znać swój fach, skoro z nikogo nie wydusili zeznań.

I scenka opisująca, że konwój został zaatakowany – czy to kłamstwo? Jeśli ktoś napadł na medyków, to dlaczego zostawił cenny łup następnym rzezimieszkom? Wojsko tak skorumpowane, że wszyscy biorą udział w machlojach? Teoretycznie możliwe, ale mało prawdopodobne.

Ewentualnie druga opcja – to dobre wojsko, a wartownik żartował. Tylko wydaje mi się, że w dobrym wojsku za mierzenie do dowódcy (i to w kiepskim stanie, ciężko pobitego) idzie się pod sąd…

Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że poświęciłeś w diabły logikę, byle tylko zagrać na emocjach. A mnie się takie zagrywki nie podobają.

Czy mógłbyś rozwiać moje wątpliwości?

Babska logika rządzi!

Ogólnie jest trochę rzeczy, których nie wkładałem do opowiadania, bo wydawało mi się, że zasadniczo wynikają z konwencji (dezorganizacja wojska, rozkład morale etc.) albo po prostu nie są na tyle istotne, by nimi spowalniać akcję (np. detale akcji z lekami). 

Ja to sobie rozplanowałem w ten sposób, że Rafał jest w szajce – z uwagi na wyższe stanowisko – osobą odpowiedzialną za tuszowanie zdarzeń, on zdaje raport w sztabie z oględzin miejsca w taki sposób, by nie nabrano podejrzeń, że w ataku brali udział żołnierze. Realnego ataku na konwój zapewne nie było, żołnierze z szajki wywieźli tych wolontariuszy w las i tam zastrzelili, by podebrać leki.

Zatem zasadniczo jest Rafał blisko sztabu, który nakręca i tuszuje akcję oraz paru żołnierzy liniowych, którzy akcję realizują. 

Zbychu i dziewczyna nie musieli być i nie byli w szajce; to byli ludzie, którzy pojechali z Rafałem na patrol poszukiwawczy (Zbychu kierowca, Anetka z jakiegoś sekretariatu sztabu). Fakt jest taki, że zapomniałem tę kwestię wyeksponować w opowiadaniu, co jeszcze dodałoby naszemu protagoniście charakteru – ale trudno :)

Zbójcy ze szkoły to w zasadzie są zwykłe Janusze, próbujące załatwić żarcie i leki dla swoich dzieci i w związku z tym z desperacji i upływającego czasu sięgające po najgorsze metody – zasadniczo w zwykłym życiu im obce. 

 

I po co to było?

Dziewczyna miała dwadzieścia lat, jak się poznali, a cztery miesiące po tym, jak zaszła w ciążę, na Warszawę spadły bomby.

Wolałabym:

"Dziewczyna miała dwadzieścia lat, gdy się poznali, a cztery miesiące po tym, jak zaszła… 

Zwłaszcza, że zaraz potem znowu masz jaka. 

 

Ale więcej nie będę czepiał się spraw technicznych, bo tekst jest napisany naprawdę dobrze. Ostry, poszarpany, dynamiczny, "filmowy" styl świetnie gra z mocną i brutalną treścią. Podzielenie tekstu na krótkie scenki, dodatkowo poszatkowane retrospekcjami, nadaje opowiadaniu teledyskową (w dobrym znaczeniu) emocjonalną intensywność, jednocześnie budując konkretną fabułę. Wszystko to oddane w sposób plastyczny, sugestywny i łatwy do wyobrażenia. Dobra robota! 

Ale tekst dostał piórkową nominację, więc trzeba podrążyć. 

Nie jest to opowiadanie pełne. Dość dobrze oddaje to Twój ostatni komentarz – wyjaśnia rzeczy, które, gdyby zostały wyraźniej zaznaczone w tekście, bardzo wzbogaciłyby jego paletę emocjonalną i zredukowały fabularną prostolinijność. W obecnej postaci opowiadanie jest jak utwór grany na blastbeacie – energetycznie potężny, ale jednostajny. Przydałoby sie więcej przestrzeni, miejsca na uspokojenie tempa, na melodyjne solówki. Tekst aż prosi się o rozwinięcie – co to za wojna i jaki ma charakter, jakie są relacje Rafała i jego grupy (i kto jest jego grupą, skoro Zbyszek i dziewczyna są przypadkowi…) Generalnie, wolałbym dłuższy, bardziej zróżnicowany tekst o mniej jednostajnym ładunku emocjonalnym.

No i ów element fantastyczny – polskie imiona sugerują fantastyczną wojnę na naszym terenie, dorzucasz do tego atak nuklearny na stolicę (!?) Odpuszczając sobie parę słów na temat spadających głowic (choć w sumie mogłyby to być konwencjonalne głowice – mało to miast się obecnie bombarduje) i zmieniając imiona, można byłoby umieścić tekst w jednym z licznych, ogarniętych paskudnym konfliktem rejonów świata. Zero fantastyki. 

Dlatego, choć tekst jest dobry, zachwycony nie jestem.

P.S.

Zbyszek trochę za szybko prowadził gazik.

To jest urocze. Kto jeszcze teraz używa słowa "gazik" na określenie auta terenowego? ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki za komentarz :) 

 

Odpuszczając sobie parę słów na temat spadających głowic (choć w sumie mogłyby to być

konwencjonalne głowice – mało to miast się obecnie bombarduje) i zmieniając imiona, można byłoby umieścić tekst w jednym z licznych, ogarniętych paskudnym konfliktem rejonów świata. Zero fantastyki. 

 

Wtedy to byłaby po prostu opowieść o wojnie, a nie historia o tym, że dzisiaj żyją w Polsce ludzie, którzy raz-dwa mogą zamienić się w potwory :) 

Z drugiej strony wydaje się mi się, że do rozchwiania administracji publicznej w takim stopniu, by możliwe było zaistnienie okoliczności opisanych w opowiadaniu, potrzeba nadprzeciętnej wręcz katastrofy, jaką byłyby np. bomby atomowe.

 

Tekst aż prosi się o rozwinięcie – co to za wojna i jaki ma charakter, jakie są relacje Rafała i jego grupy

Myślę, że przy naszej sytuacji geopolitycznej jest jeden kierunek, skąd takie bomby mogłyby spaść, więc wyszło mi, że bardziej szczegółowe opisywanie tej kwestii nie byłoby celowe i przysłoniłoby główny temat opowiadania.

Jeżeli zaś chodzi o postać Rafała, to chciałbym podkreślić, że fabuła w istocie jest zbudowana w oparciu o ujawnianie coraz to bardziej negatywnych informacji o bohaterze, co znajduje finał, i jest jednocześnie puentą tekstu, w jednoznacznym wskazaniu, że protagonista należy do szajki bandytów. Rozwinięcie zatem tematu szajki byłoby zatem sprzeczne z opisanym wyżej założeniem fabularnym.

I wreszcie jest trzecia kwestia, na którą zwracano również uwagę we wcześniejszych komentarzach – dłuższa forma utrzymana w takiej atmosferze mogłaby być niestrawna. Jednocześnie w tej historii nie ma miejsca na żadne pozytywne wątki, a rozwinięcie tematu wojny, czy zbrodniczych działań żołnierzy jedynie zwiększyłoby objętość tekstu, nie pozwoliłoby na wprowadzenie lżejszego klimatu. 

 

Stąd też – o ile rozumiem zamiłowanie do dłuższych opowiadań – obawiam się, że tej akurat historii rozrost objętości mógłby nie wyjść na dobre :) 

I po co to było?

No, to jest jakieś wyjaśnienie całej historii. Szkoda, że nie wynika za bardzo z tekstu. Ale OK, przekonałeś mnie.

Babska logika rządzi!

Wprawnie napisane, jednak w moim odczuciu kompozycja nieco kuleje. Gubię się w przeskokach czasowych, nie wiem, czy on w przeszłości idzie przez jakiś szpital czy cokolwiek, czy też już w przyszłości; wątek (sztampowy, ale taka stylizacja) z ciężarną dziewczyną dość mocno zarysowany gdzieś w środku historii, potem zaniechany, nieistotny. Początek jest mocny, rozwinięcie nieco chaotyczne, zamknięcie przyzwoite. Bohaterowie wrzucani w akcję i porzucani. Jedynym mocno zarysowanym jest główny bohater, reszta zdała mi się statystami; nawet gdy Grubas wyje, to jest to wyjaśniane w dialogu, i to IMO przerysowanym, co odejmuje scenie dramaturgii. Mogłoby to – zamiast dialogu – być pokazane w domysłach bohatera. Potem nieco ratują sytuację jego retrospekcje.

Dla mnie jest ok, ale bez szału.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Dzięki za komentarz :) 

I po co to było?

Świetny, szybki i dynamiczny styl. Oszczędna forma bez lania wody – bardzo mi się podobała. Minimalnie nie pasowały mi pojedyncze rzeczy, np: swąd gorączki, kontakt ogniowy (imho żołnierz powie: kontakt, ale rozumiem, że laik może nie załapać).

Historia bezkompromisowa, moralnie niejednoznaczna – bardzo to lubię, świat nie jest czarno-biały. Etyczny twist na końcu – nie zrozumiałem za pierwszym razem, ale po którymś przeczytaniu załapałem. Nagromadzenie plugastwa duże, ale bez przesady, nie popadasz w absurd, dobrze że nie przesadziłeś – było blisko.

Świetna rozrywka, dzięki za dobrze spędzony czas.

Podoba mi się, jak minimalną ilością słów potrafisz budować sugestywne opisy, klimat i pokazywać odczucia postaci. To co warte analizowania :)

Sama historia to taki drobny epizod z życia po lokalnej zagładzie (miałem skojarzenia z “Xawrasem Wyżrynem”) pokazany od stron postaci. Wspomniane akapit wyżej opisy budują klimat brudu i beznadziei.

Tak więc ten koncert fajerwerków klimatem stoi, a zaraz za nim podążają sugestywnie napisane postacie. Styl to najmocniejsza część całości. Dla mnie na plus.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Czas na komentarz jurorski, bo te uwagi o narracji to takie koleżeńskie rozważania tylko były.

To jest opowiadanie z gatunku tych, które żeby zadziałać, muszą czytelnika znokautować. Rozumiesz: przez jedną, dwie rundy markujesz ciosy, po czym wyprowadzasz jedno, zaskakujące a celne uderzenie, po którym gość leży przed Tobą na deskach. A ja ustałem, choć oszołomiony, bo cios w moim kierunku był nieczysty. Nie trafiło do mnie w sposób wystarczająco błyskawiczny i porażający, co się tam wydarzyło, musiałem postać i pomyśleć. I zostałem z wątpliwościami. Nie było wystarczająco jasne, czy oddział Rafała wymordował wolontariuszy, czy tylko odnalazł i zagrabił ich leki. Szukałem nawiązań i dalszego ciągu wątku z dziewczyną i dzieckiem. I nijak nie podejrzewałem, że Zbyszek i Anka są spoza układu. A entuzjastyczne komentarze innych czytelników tylko pogłębiały moją konsternację, bo wskazywały, że jest tam coś jeszcze, czego nie wyłapałem – to już nie Twoja wina, tylko ryzyko funkcjonowania portalu i pewnie też Twojej marki. Bo to jest dobre opowiadanie, ale mam poczucie, że niewiele brakło, żeby było świetne. Trzymając się bokserskiej metafory, wyprowadzony w finale cios o centymetry minął moją szczękę i trafił w miejsce nieprzygotowane odpowiednio wcześniejszymi uderzeniami.

Dzięki za komentarze!

 

Szukałem nawiązań i dalszego ciągu wątku z dziewczyną i dzieckiem.

 

Doszedłem do wniosku, że dostatecznym domknięciem tematu będą przemyślenia Rafała podczas ucieczki ze szkoły i hipokryzja, jaka się za nimi kryje. Może być jednak tak, że dla części czytelników to za mało :)

Z drugiej strony doszedłem do wniosku, że jak ją zostawił, to już jej nie ma, gość się uwolnił od ciężaru, czasem pomyśli “co by było gdyby”, ale w gruncie rzeczy jest zadowolony z wolności :) 

 

Nie było wystarczająco jasne, czy oddział Rafała wymordował wolontariuszy, czy tylko odnalazł i zagrabił ich leki.

Moim zdaniem zabili tych wolontariuszy, ale jeżeli ktoś dojdzie do wniosku, że jednak po prostu okradli zwłoki z leków – to i tak nie umniejsza ich odpowiedzialności wobec cywilów, a nadto obie sytuacje jakoś tam usprawiedliwiają brutalność januszów ze szkoły.

Może rzeczywiście należało pewne rzeczy sklaryfikować, z drugiej strony nie wiem, czy nie wpłynęłoby to negatywnie na klimat opowieści i nie obnażyło pewnej prostoty fabuły. Na dwoje babka wróżyła :)

I po co to było?

No więc mnie jako czytelnika pewien poziom dosłownego opisywania obrzydliwości znieczula na wszystko w tekście. I paradoksalnie – nie chodzi o to, że opowiedziałeś brutalną, brudną historię. To bym zaakceptowała. Raczej o język, o przeładowanie właśnie tym bezpośrednim brutalizmem. I znów: nie mam nic przeciwko używaniu dowolnego słownictwa (i obrazowania, bo tu też o to chodzi) w literaturze, ale jeśli jego udział procentowy przekracza jakąś masę krytyczną, to jak dla mnie zabija to tekst. Zaczyna się epatowanie brudem i brutalnością zamiast jego artystycznego wykorzystania.

I jak dla mnie tutaj ta granica została przekroczona, miałam przemożne uczucie przesytu, które sprawiło, że oddech ulgi na sam koniec – koniec pozbawiony katharsis, co potęguje wrażenie – jest oddechem ulgi jurorki, która skończyła czytać coś, przez co musiała przebrnąć do końca, a nie czytelniczki, którą powaliła groza opisywanej rzeczywistości i chce uciekać z tego świata.

 

Świat wykreowałeś ciekawy, aczkolwiek nie ukrywam, że dopiero lektura komentarzy otwarła mi oczy na pewne szczegóły. Może należało je wydobyć, kosztem paru wulgaryzmów i obrzydliwości. Końcówka jest dobra i mocna, ten brak katharsis to nie zarzut, ale dla mnie wybrzmiałaby lepiej, gdyby opowiadanie było nieco fabularnie jaśniejsze, bohater lepiej scharakteryzowany itd. Zmiana perspektyw czasowych mi odpowiada, to akurat lubię. I ogólnie mam wrażenie, że temu tekstowi niewiele brakuje, żebym uznała go za bardzo dobry, a może i wybitny, ale jednak zabrakło.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki za komentarz :)

 

No więc mnie jako czytelnika pewien poziom dosłownego opisywania obrzydliwości znieczula na wszystko w tekście.

 

Ja, nie ukrywając, mam nieco odchylone poczucie wrażliwości i, jak pisałem opowiadanie, to wydawało mi się, że poziom brutalizacji i brudu jest w historii ustawiony na taki poziom średni +. :) 

I po co to było?

;)

 

A na mnie z kolei znacznie większe wrażenie robią opowieści, które brutalność, okrucieństwo fabuły, świata, bohaterów, potrafią przekazać językiem tych cech pozbawionym lub prawie pozbawionym. Mam zbyt często wrażenie (np. u Marka Krajewskiego), że brutalizacja języka i opisu jest wyrazem niewiary autora w moc opowiadanej historii. Że musi być tak obrzydliwie na każdym możliwym poziomie, żeby czytelnik nie miał żadnych wątpliwości, że jest obrzydliwie. Podczas gdy znacznie bardziej przerażający może być ktoś w białych rękawiczkach i wyrażający się elegancko.

Jasne, jak opisujesz żulowatych typków i nieuczciwych żołnierzy, to jakiś tam poziom wulgaryzacji języka jest potrzebny. Aczkolwiek właśnie Rafała zrobiłabym kimś takim, komu wydaje się – kto pozuje? – że jest ponad przeklinającym motłochem. Kto jako punkt widzenia będzie usiłował nie widzieć rzygowin, kału i krwi. Dla mnie ktoś taki byłby jako bohater bardziej przerażający i dający do myślenia, bo bardziej “jeden z nas”. Skądinąd dajesz tego tropy i to jest na plus, ale postać jest dla mnie niekonsekwentna w sposób niezamierzony oprócz zamierzonego.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Że musi być tak obrzydliwie na każdym możliwym poziomie, żeby czytelnik nie miał żadnych wątpliwości, że jest obrzydliwie. Podczas gdy znacznie bardziej przerażający może być ktoś w białych rękawiczkach i wyrażający się elegancko.

 

Ja się niewątpliwie dałem ponieść w tym opowiadaniu konwencji świata, zgodnie z którą wszystko musi być brudne i syfiaste i nie ma miejsca na żadne rękawiczki :) 

 

Dla mnie ktoś taki byłby jako bohater bardziej przerażający i dający do myślenia, bo bardziej “jeden z nas”. Skądinąd dajesz tego tropy i to jest na plus, ale postać jest dla mnie niekonsekwentna w sposób niezamierzony oprócz zamierzonego.

 

Trafna uwaga. Z założenia on siebie postrzegał jako kogoś innego i lepszego od tej hałastry, ale może rzeczywiście trzeba by było poprawić wykonanie tego motywu. 

I po co to było?

Moim zdaniem zabili tych wolontariuszy, ale jeżeli ktoś dojdzie do wniosku, że jednak po prostu okradli zwłoki z leków – to i tak nie umniejsza ich odpowiedzialności wobec cywilów, a nadto obie sytuacje jakoś tam usprawiedliwiają brutalność januszów ze szkoły.

OK, mogłoby być tak, albo tak. Ale nie mogło być równocześnie tak i tak. Chodzi mi o to, że gdybym po ostatnim zdaniu został z jednym albo drugim, byłbym wstrząśniety. A ja zostałem z mindfuckiem: co się właściwie wydarzyło? I ta wątpliwość rozmyła mi siłę końcowego twistu.

Bez czytania komentarzy mogłaby być jeszcze trzecia interpretacja – znaleźli ciała, przy których już nie było i nic nie ukradli, a jedynie czarny humor im się uruchamia, jakaś przekładka w mózgu, gdy już koszmarna rzeczywistość staje się codziennością.

No ciekawe, mi się wydawało to o tyle jednoznaczne, że cały czas jest o tym mowa ze strony typów w szkole, a ostatnia scena potwierdza ich podejrzenia. 

 

 

Nadto w tekście był zostawiony taki fragment, wskazujący, że już przed poszukiwaniami Rafał wiedział, że los wolontariuszy jest jednoznaczny:

 

– Dobra – przerwał Rafał, przypomniawszy sobie, że poznał jedną z wolontariuszek z tego konwoju. – Bierzemy sektor drugi.

Szkoda dziewczyny, pomyślał, ale już za późno.

 

No, ale wiadomo – każdy inaczej odbiera tekst. Tak czy inaczej – zapraszam do kolejnych opowiadań :) 

 

 

Bez czytania komentarzy mogłaby być jeszcze trzecia interpretacja – znaleźli ciała, przy których już nie było i nic nie ukradli

 

Ta wersja chyba nie przejdzie – jakkolwiek jest równie ciekawa – bo o obecności leków namiocie żołnierzy mowa jest w wypowiedzi narratora :)

I po co to było?

Doskonały tekst. Piórko w pełni zasłużone. Ale świat w nim ukazany – jednak ciut za ciemny Brak pezeciwwagi, jakiejkolwiek, fałszuje nieco proporcje. Opisywany kraj nie jest przecież jeszcze w stanie pistapo. A Ty zrobiłeś z Polski Dom Zły…

 

Dobry tekst, bardzo w Twoim stylu, wali po pysku raz za razem. Ładnie poprowadzona narracja.

Dzięki za komentarze!

I po co to było?

Dlaczego psów? Tytuł fajny, ale nie łapię o jakie psy chodzi. Spodziewałem się tekstu o policjantach. :P

Syf i brud mi nawet nie przeszkadzał, bo pasuje do tematu. Zakończenie mocne, zaskakujące, ale miałem podobnie jak Cobold. To znaczy miałem zaskoczenie zmieszane z poplątaniem i dopiero lektura komentarzy mi rozjaśniła. Załapałem, że brał udział w zajumaniu leków, ale zabrakło jednoznaczności kiedy jak i z kim. Na przykład nie domyśliłem się z tekstu, że Zbychu też nie był zły.

Także mocna końcówka, która mogłaby wybrzmieć mocniej.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Podobało mi się :)

Niestety, mnie nie podeszło. Językowo miałem problem z niezrozumiałymi przejściami od suchego, telegraficznego skrótu do “poezji”, niekiedy przesadnej. Głowice jak martwe mewy spadały w szarą toń miasta. Dialogi również słabe. Np. to: – …niestety nie żyją. Ile? Cztery ciała. Zielone ludziki już tu były. Typowa egzekucja. Medykamenty? Zagrabione. Mieli pecha. Okropny widok. Tak. Bez odbioru. Kto powtarza do siebie pytania, zanim na nie odpowie?

 

Przede wszystkim jednak nie ma tu historii. Jest tło, raczej słabo zarysowane, i trochę scen jak z tortur w “Casiono Royale”. Jest związek, ciąża, ale nic z tym się nie dzieje, facet zbywa to jednym zdaniem. Co tu ma ruszać? Opisy bicia? Opowieści w tym brak, to ledwie jedna scena ucieczki, rozciągnięta mocno, podrasowana wspomnieniami o jakimś konflikcie.

 

 

Nowa Fantastyka