- Opowiadanie: sartorius - Głowa czarnego kota

Głowa czarnego kota

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Głowa czarnego kota

Stałam w przestronnym, oświetlonym popołudniowym słońcem lobby. Po lewej stronie, tuż przy oknie stała zakurzona palma o szarych, sztucznych liściach. W szkole panowała leniwa cisza, typowa dla tej godziny. Zapaliłam papierosa a mój wzrok mimochodem powędrował na wiszące na ścianach tablo. Postanowiłam poszukać uczennicy, którą miałam przesłuchać, lecz gdy dotarłam do ostatniej tablicy, okazało się że opatrzone jest datą 2022 – wszyscy sportretowani na nim uczniowe dawno już nie żyli a niegdyś kolorowe fotografie dawno już wyblakły. Reszta ściany, gdzie przygotowano miejsca na kolejne tablo była pusta.

-Tu nie wolno palić, proszę pani – zwrócił mi uwagę robot sprzątający, oznajmiwszy swoje przybycie cichym, jednostajnym buczeniem. Posłusznie zgasiłam paierosa i umieściłam go na wysuniętej przez maszynę popielniczce. Gdy robot odjeżdżał, spytałam się go, kiedy dyrektor szkoły zdecyduje się mnie przyjąć. Na co on odparł mi, że umawianie spotkań z administracją nie leży w jego obowiązkach i wjechał do windy. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, zapaliłam kolejnego papierosa, na złość upartej maszynie i przemierzając lobby wzdłuż i wszerz niecierpliwie czekałam na spotkanie.

Nie była to moja pierwsza sprawa dotycząca zaginięcia, ale zdziwił mnie brak zdecydowanych działań ze strony rodziny czy szkoły. Zupełnie jakby nie przejmowali się zaginięciem siedemnastoletniej uczennicy. O fakcie poinformowała dopiero koleżanka zaginionej – Veronica. Z tego co dowiedział się przyjmujący zgłoszenie dyżurny na komisariacie, Magdalene spotkała się na dziedzińcu z młodą kobietą, ubraną całą na biało. Dziewczynie zapadła w pamięć kurtka, na której widniała duża, czarna głowa kota – być może znak graficzny jakiegoś zespołu muzycznego. Zaginiona, wraz z kobietą, udały się następnie w kierunku stacji kolei próżniowej, skąd najpewniej odjechały w kierunku WWS Disctrict.

Drzwi do gabinetu dyrektora otworzyły się a moim oczom ukazała się starsza kobieta ubrana w szary habit zakonny.

– Pani Zima? – skinęłam głową – Zapraszam do środka.

Weszłam do malutkiego, ascetycznie urządzonego gabinetu – plastykowe białe biurko i dwa krzesła w niepasujących do siebie kolorach. Na przeciwległej stronie zabytkowy krzyż zrobiony z czegoś wyglądającego na prawdziwy heban a nie jego pospolitą imitację.

– Proszę siadać, dziewczyna zaraz tu będzie. Właśnie kończy zajęcia z chóru – po chwilowej pauzie dodała – ma piękny głos, ta nasza Veronica.

Usiadłam niezręcznie. Na biurku leżał tablet z wyświetloną stroną brewiarza, prezentującą stary psalm zaczynający się od słów: ‘Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił’. Siedziałyśmy w ciszy. Żadne z nas nie paliło się do rozmowy z osobą siedzącą po przeciwległej stronie biurka. Wtem zorientowałam się, że w pobliżu nie ma popielniczki. Siostra zakonna jakby odgadła moje zakłopotanie i sięgnęła po kubek z zimną już herbatą, w której moczyła się napuchnięta torebka.

– To stary dobry lipton jeszcze istnieje? Myślałam, że herbatę w zeszłym roku szlag trafił.

Siostra uśmiechnęła się lekko, wdzięczna, że przełamałam ciszę.

– Wiem, że mi nie wypada, ale poczęstuje mnie pani papierosem? Tak trudno tutaj o dobry tytoń, nawet jeśli udawany. – Odpaliłam jej jednego, skoro tak ładnie poprosiła. Kobieta zaciągnęła się mrużając oczy. Wyjrzała przez brudne od sadzy okno, które barwiło świat zewnętrzny na styl czarno-białych fotografii, które widziałam kiedyś w muzeum.

– Dystrykt S to nie jest łatwe miejsce do życia dla młodych. Nie ma tu nic oprócz ciężkiej pracy w kopalniach i garści bożych zasad, których trzeba przestrzegać. Niekiedy bywają surowe, ale tylko dzięki nim nasza społeczność może z ufnością wyczekiwać kolejnych dni.

Spytałam jakie to zasady, ale siostra nie usłyszała, pogrążona w rozmyślaniach. Ponowiłam próbę:

– Jakie to zasady, proszę siostry? Czy Magdalene ich nie przestrzegała?

Wpatrywałam się w spływającą po jej policzku łzę, która z trudem znajdowała drogę przez liczne zmarszczki i wgłębienia, wreszcie zniknęła w kąciku mocno zaciśniętych ust. Wrzuciłam papierosa do kubka z herbatą. Patrzyłam, jak unosi się na wodzie, lekko się obracając. W międzyczasie do gabinetu bezszelestnie weszła Veronica, ubrana w szaroniebieski mundurek z herbem opatrzonym krzyżem, czerwonymi podkolanówkami i starannie wypastowanymi, czarnymi półbutami. Wyszeptała nieśmiałe ‘dzieńdobry’ i stanęła niepewnie w progu. Nie wiedziałam jak ktoś z tak cichym głosem może śpiewać w chórze ale bardziej zmartwiło mnie to, że trudno będzie prowadziło się z nią rozmowę. Wstałam z krzesła i zaoferowałam jej swoje miejsce. Popatrzyła szybko w stronę dyrektorki, a że ta skinęła aprobująco głową, usiadła na samym skraju, opuściwszy wstydliwie głowę. Ja z kolei oparłam się o biurko i zastanawiałam się, na ile jest sens zadawać jej jakiekolwiek pytania. Praca z dziećmi nie należała do moich mocnych stron. Żałowałam, że nie ma tu Summer, która miała w tym ogromną łatwość. Im dłużej jednak przypatrywałam się dziewczynie, tym bardziej rosło moje przekonanie, że skrywa ona w sobie wszystkie potrzebne odpowiedzi. Przekonanie przerodziło się w pewność, gdy Veronica spojrzała na mnie bardzo szybko i zaraz opuściła oczy, cała zarumieniona.

– Proszę siostry, jeśli siostra pozwoli, chciałabym porozmawiać z Veronicą na osobności. Nie chcę aby peszyła się obecnością dyrektorki. – staruszka popatrzyła na mnie załzawionym wzrokiem i opuściła pokój. Drzwi zamknęły się głucho. Wbiłam wzrok w Veronicę.

– Kim była Magdalene Kovalski? – zapytałam bez ogródek. Dziewczyna chwilę się zastanawiała, nie bardzo wiedząc jak zacząć.

– Była… bardzo anarchistyczna. Nie bała się nikogo. Zasady ustalane przez siostrę Margaret nigdy nie robiły na niej żadnego wrażenia. Zawsze robiła co chciała: nocami imprezowała, na zajęcia przychodziła albo spóźniona, albo skacowana. Paliła papierosy i często lądowała w gabinecie dyrektora za noszenie nierelegulaminowego stroju. To wszystko nie wspominając o jej nocnym życiu w klubach WWS District.

– Co się stało tuż przed jej zaginięciem? Co mogło być powodem jej ucieczki?

Veronica zarumieniła się. Poczułam, że uderzyłam w sedno. Dziewczyna zaczęła niechętnie opowiadać.

– Wczoraj przed południem siedziałyśmy na boisku szkolnym. Obie nie wzięłyśmy stroju do wfu. Dziewczyny grały w siatkówkę a my odpoczywałyśmy. W pewnym momencie Magdalene nachyliła się ku mnie i powiedziała, żebym ją pocałowała. Wystraszyłam się i powiedziałam jej, że nie ma szans abym pocałowała ją przy wszystkich. Na to ona, że nikt nie zwróci na nas uwagi, wszyscy zajęci są grą. Próbowałam wstać, ale mocno mnie przytrzymała. Wpatrywałyśmy się w siebie nawzajem z napięciem. Wtem przywarła do mnie i zaczęła mnie namiętnie całować. Po chwili zaczęło brakować mi tchu i czułam jak wszyscy na nas patrzą. Wyrwałam się i nim pomyślałam o tym co robię, uderzyłam Magdalene w twarz. Mocno. Tak mocno, że aż przeszło echo przez całe boisko. Popatrzyłam na nią, a na jej twarzy złość mieszała się z rozczarowaniem. Popatrzyłam na nauczycielkę wfu , na której twarzy zdziwienie mieszało się z obrzydzeniem. Dziewczyny wpatrywały się w nas ze strachem, dostrzegłam kątem oka, jak niektóre śmieją się nerwowo. Zupełnie nie wiedziałam co zrobić więc podniosłam się szybko i pobiegłam do domu. Nie mam pojęcia co się później stało z Magdalene. Czy poszła na rozmowę do dyrektorki? Na pewno jej nie zawiesili, ponieważ widziałam ją następnego dnia… wtedy kiedy zniknęła. W sumie to zdziwiło mnie, że nie wyciągnięto wobec nas żadnych konsekwencji. Zupełnie jakby się to nie wydarzyło. Oczywiście nauczycielki nabrały w stosunku do mnie dystansu a za plecami ciągle słyszałam jak dziewczyny plotkują na mój temat ale poza tym nic strasznego się nie podziało.

– Byłyście… jesteście razem?

Veronica odwróciła wzrok. Nagle jakby zainteresował ją wzór bruntatnego PCV, którym wyłożona była podłoga. Po chwili jednak popatrzyła na mnie odważniej i powiedziała zdecydowanym głosem:

– Tak, jesteśmy razem. Ale w odróżnieniu od Magdalene ja nie miałam ochoty wszystkiego niszczyć, mówię tu o relacjach z rodziną, nauczycielkami, moimi koleżankami ze szkoły. Mam świadomość tego, że to co robimy jest niedopuszczalne jeśli nie zboczone w oczach naszej społeczności. Dlatego jasno jej powiedziałam, że zarówno w szkole jak i miejscach publicznych zachowujemy się normalnie.

Spytałam ją, gdzie w takim razie zachowywały się nienormalnie.

– W moim pokoju. Albo u niej. Chociaż mogę się założyć, że Magdalene miała mnóstwo koleżanek takich jak ja w WWS District. 

– Myślisz, że ta kobieta w bieli to jakaś jej… koleżanka?

– A skąd ja to mogę wiedzieć? – odcięła się opryskliwie.

Słońce bardzo powoli zmierzało ku granicy horyzontu, którą w tym miejscu wyznaczał stary kamienny mur porośnięty gęstym, ciemnozielonym bluszczem. Patrząc w czerwony okrąg na niebie przeszedł mnie dreszcz intuicji. Zbyt długo już pracowałam w tym fachu aby nie ufać swoim przeczuciom. Byłam pewna, że nim zajdzie słońce znajdę dziewczynę. Obawiałam się tylko, że nie w tym stanie w jakim bym sobie życzyła.

– Czy możesz powiedzieć mi coś więcej o tej kobiecie, z którą spotkała się Magdalene? Kim była, skąd jest, jak długo się znały?

Veronica zamyśliła się.

– To nie jest pierwszy raz, kiedy ją tutaj widziałam – zaczęła mówić. – przychodzi tu już od dobrych kilku tygodni, zawsze stoi obok tego pomarańczowego kontenera, po lewej stronie bramy. Jak któryś z robotów albo nauczycieli ją zauważy, to od razu ją przeganiają ale i tak zawsze znajdzie możliwość, żeby wejść na teren szkoły.

– Czy rozmawiała także z innymi dziewczynami?

– Raczej nie. Chociaż zdarzało się, że częstowała starsze dziewczyny papierosami. U nas nie wolno palić więc ktoś z papierosami to rzadkość – popatrzyła z wyrzutem. Udałam, że nie rozumiem aluzji.

– Dobra, przychodziła tutaj, stała przy kontenerze, okazjonalnie częstowała dziewczyny papierosami. A jak zachowywała się w stosunku do Magdalene?

– Na terenie szkoły nic się nie działo. Po prostu rozmawiały przez chwilę, wypaliły po papierosie… – wtem jakby ją olśniło i zaczęła nerwowo przeszukiwać swój tornister. Wreszcie wyciągnęła dziwną ulotkę, na której widniała postać w masce, wyszczerzona w radosnym, sadystycznym uśmiechu, ubranej w kraciasty kubrak. Poniżej widniał napis Harlequin.

– O co z tym chodzi? – zapytałam. Veronica od razu pośpieszyła z odpowiedzią.

– To taki klub, do którego często jeżdziła Magdalene. Przedwczoraj wręczyła mi tę ulotkę i powiedziała, że będzie się tam odbywać jakiś wyjątkowy wieczór i że koniecznie powinnam przyjść. Ale takie miejsca to nie dla mnie. Nie wiedziałabym jak się zachować. Magdalene się na tym znała, często bywała w takich miejscach. Ale jej było łatwo, ponieważ opiekuje się nią babcia, której nie obchodzi nic oprócz seriali w streamingu. Ogląda ich chyba z piętnaście na raz i świata poza nimi nie widzi. Moi rodzice od razu by się zorientowali, że paliłam papierosy albo piłam alkohol. Nie wspominając o tym, że wyjście w nocy na miasto bez ich zgody byłoby niedopuszczalne. Dlatego zawsze znajdowałam jakąś wymówkę, aby zostać w domu. Magdalene śmiała się ze mnie z tego powodu, ale nie czułam, żeby była tym szczególnie rozczarowana. Miała tam swoich przyjaciół od imprezowania, takich z którymi ja na pewno bym się nie dogadała. Więc może nawet i lepiej, że nie wybierałam się tam z nią i nie psułam zabawy.

Przyjrzałam się bliżej plastykowej ulotce. Na odwrocie, wypisane ozdobną kaligrafią stylizowaną tak, aby przypominała chiński czy japoński alfabet widniało zaproszenie: ‘Po raz pierwszy, w Harlequin, gościć będzie grupa akrobatów z dalekiego wschodu pod nazwą Głowa Czarnego Kota. Przyjdź i na własne oczy zobacz popisy chińskich animatronicznych kotów i daj się oczarować magii orientu'. Poniżej widniał symbol grupy, przedstawiający głowę czarnego kota.

– To ten sam znak? – spytałam Vernonicę. Kiwnęła głową. – Co u licha grupa artystyczna może chcieć od takiej dziewczyny jak Magdalene? Czy interesowała się czymś takim? Akrobacją, pokazami tetralnymi, baletem?

– Raczej nie, odpowiedziała Veronica – a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.

Tak czy tak, pomyślałam, wydarzenie odbyło się wczoraj. I na pewno Magdalene w nim uczestniczyła. Nie wykluczone, że działalność grupy artystycznej to tylko przykrywka. W ostatnich latach roiło się od wszelkiego rodzaju sekt, kultów czy bojówek. Kto wie, może dowiem się czegoś na miejscu. Pożegnałam się z Veronicą. Zostawiłam jej resztę swoich papierosów, za co była mi niezmiernie wdzięczna. Mam nadzieję, że rodzice jej nie przyłapią. 

Wyszłam z gabinetu. Na korytarzu siedziała dyrektorka i z półprzymkniętymi oczami odmawiała jakąś modlitwę. Nie przeszkadzałam jej w tym zbożnym dziele i opuściłam po prędce budynek szkoły. Skierowałam kroki do stacji, z której według tego co mówiła Veronica, Magdalene odjechała do WWS Disctric. W tubie o tej porze jechało mało osób. Weszłam do prawie że pustego przedziału i zajęłam miejsce. Postanowiłam się przespać, jako że będąc w tunelu nie liczyłam na żadne urokliwe widoki. Obudziłam się tuż przed granicą dystryktu. Chciałam sprawdzić na mapie gdzie dokładnie leży klub o nazwie Harlequin ale nie łudziłam się by taki przybytek zechciał figurować na oficjalnych mapach miasta. I nie figurował. Nie miałam pomysłu z którego miejsca zacząć więc postanowiłam wysiąść na głównej stacji, składającej się z ogromnej hali dworcowej i równie wielkiej galerii handlowej.

Zgłodniałam. Przysiadłam się do małego stoiska sprzedającego chińskie potrawy. Zamówiłam pierożki. Nie zdążyłam nawet ugryżć pierwszego z nich, gdy po mojej prawej stronie dosiadła się kobieta o jaskrawo zielonych włosach. Krzyknęła coś w obcym języku do stojącego przy rozgrzanej patelni kucharza. Ten zniknął na moment za brudnawą, różową firanką i po chwili wrócił z małą paczuszką szczelnie owiniętą w brązowy papier i przewiązaną białym, cienkim sznurkiem. Gdy kobieta wyciągnęła dłoń z plikiem pieniędzy, na jej nadgarstku zauważyłam znany mi już symbol w kształcie głowy kota.

Poczekałam aż odejdzie i zapłaciwszy za praktycznie nietknięty obiad, ruszyłam za nią. Nie śpieszyła się, więc pomimo tłumu ludzi przelewających się przez galerię udało mi się śledzić ją z bezpiecznej odległości. Gdy wyszliśmy wreszcie z budynku, skierowała się do linii metra, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Zaraz za nią zjechałam na dół ruchomymi schodami, tuż obok niej kupiłam bilet w automacie i teraz czekałam na peronie zachowując odpowiedni dystans. Albo dobrze udawała, albo w ogóle nie spodziewała się, że jest śledzona. Czysty przypadek spowodował, że przyszła załatwić jakiś interes dokładnie w momencie kiedy postanowiłam coś zjeść. Paczkę włożyła do kieszeni przepastnej bluzy, która sięgała jej aż do kolan. Teraz beztrosko rozmawiała z przyjaciółką przez telefon czekając na pociąg metra.

Jej twarz budziła mój niepokój. Wyglądało jakby nałożyła na nią albo za dużo makijażu albo jakąś silikonową powłokę. Słyszałam wyraźnie jak się śmieje, a jednak żaden mięsień na jej twazy nie poruszył się aby potwierdzić jakąkolwiek zachodzącą w niej emocję. Jedyne co faktycznie poruszało się na jej twarzy to oczy. Gdy tak się jej przypatrywałam, zaczęłam dochodzić do wniosku, że być może jest tym rzadkim okazem cyborga. Nie potrafiłam tylko zrozumieć, jak to jest, że całość jej ciała, poczynając od bawiącej się sznurkiem od bluzy dłoni po balansujące na czubkach palców stopy, zachowywało się bardzo naturalnie i płynnie, a tylko twarz przypominała maskę. Ogromny wilczur pilnujący żebraka siedzącego na wózku inwalidzkim co jakiś czas spodglądał czujnie w stronę dziewczyny z tatuażem dzieląc ze mną wątpliwości.

Moje obserwacje przerwało nadjechanie pociągu. Wokół stała tylko garstka ludzi, jeszcze mniej wsiadło do środka. Na wszelki wypadek usiadłam po przeciwległej stronie przedziału. Przypatrywałam się ludziom siedzącym obok. Kobieta w okularach przeciwsłonecznych, mężczyzna trzymający ozdobną czerwoną parasolkę, w którą wpatrywał się z utęsknieniem. Zapewne jakaś tajemnica z niedalekiej przeszłości. Pasażerowie wchodzili i wychodzili, nieustannie wyrównując liczbę osób w przedziale. Po godzinie dojechaliśmy do tych stacji, na których nikt już się nie dosiada, ludzie wychodzą i udają się do swoich mieszkań.

Po tym jak przedział opuścił staruszek z fioletowym irokezem zostałam tylko ja i ona. Jak gdyby nigdy nic sięgnęłam do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyciągnęłam broń. Położyłam ją na kolanach i wymierzyłam prosto w jej stronę. Zrozumiała w co gramy, patrząc na mnie spokojnie, z martwym wyrazem twarzy. Usiadłam bliżej i pokazałam jej ulotkę z Harlequina.

– Już się przenieśliśmy – mruknęła syntetycznie brzmiącym głosem.

Odbezpieczyłam broń, odrobiny perswazji nigdy nie zaszkodzi. Nie zrobiło to na niej większego wrażenia, ale dodała, że zaprowadzi mnie do nowego miejsca. Wyświetliłam jej hologram sylwetki Magdalene. Obracała się wolno w półmroku.

– Widziałaś ją? Jest z wami?

Wzruszyła ramionami.

– Nasza matka na pewno wie. Chodź, teraz będzie nasza stacja.

Zamiast wyjść spowrotem na powierzchnię, podeszła do krawędzi peronu i gdy tylko pociąg odjechał, zeskoczyła miękko, lądując na torach. Zapaliłam latarkę, zmrużyła oczy gdy poświeciłam jej prosto w twarz. Pokazała mi ruchem ręki, żebym podążyła za nią. Kiedyś musiało tu żyć mnóstwo szczurów czy nietoperzy ale w tunelu rozlegało się teraz tylko delikatne buczenie świateł zamonotowanych na górze i przy torach. Wtem, na horyzoncie, w świetle latarki, zamajaczyła postać humanoidalnego kota. Podszedł do mojej towarzyszki i zamienili kilka słów, zbyt cicho, abym cokolwiek mogła usłyszeć. Kotka podszeła do mnie i oznajmiła, że przed wejsciem muszę oddać broń. Z pewnym wahaniem ale przekazałam jej pistolet. Ich pasywność i ostentacyjny spokój w pewien sposób budziły moje zaufanie. Niczym groźny zwierz w klatce, który zmęczył się już nieustannymi próbami wyrwania się na wolność i teraz tylko śpi, czasami podnosząc leniwie oczy.

Druga w tym czasie zdążyła już zdjąć maskę i właśnie poprawiała sobie spiczaste uszy. Następnie wspólnie otworzyły ogromne drzwi do kabiny tranzystora. Tyle, że zamiast spodziewanej instalacji elektrycznej, powitała mnie ziejąca pustką i zimnem dziura w murze tunelu, która jak się okazało, prowadziła do dużego pomieszczenia wyglądającego jak zapomniany podziemny magazyn. Moja latarka ledwo co rozpraszała ciemność wokół.

Przedzierałyśmy się przez porozkładane sennie ciała, leżące na starych kartonach, zardzewiałych kontenerach czy piankowych matach. Tu i ówdzie, w ostrym blasku latarki zamajaczyło mi czyjeś ucho, smutne, pozbawione sensu spojrzenie albo ostre, krystalicznie białe tytanowe zęby. Na środku ogromnej hali niczym zamigotała delikatna mgła światła. Zgasiłam latarkę.

W półmroku palącej się ledowej lampy siedziała grupa cyborgów, przekazujących sobie w milczeniu ustnik fajki wodnej. Siedząca pośrodku postać o złotych, dumnych oczach zaprosiła nas na środek ozdobnego dywanu. Podczas gdy ja rozglądałam się w oszołomieniu po zgromadzonych twarzach, jedna z kocic wręczyła centralnej postaci małą paczuszkę. Wtem do moich nozdrzy dotarł ostry, nieprzyjemny zapach krwii, pełny żelaza i rozkładu. Niczym Chrystus w objęciach Maryi, na kolanach złotookiego kota leżała znacznie mniejsza, drobniejsza postać. Gdy tylko dotarło do mnie na co patrzę, szybko odwróciłam wzrok. Serce podeszło mi do gardła.

Przez te dziesięć lat w zawodzie spotkałam się z przeróżnie zmasakrowanymi ciałami. Od rozszarpanych przez bomby eko terrorystów polityków, po jakże częste ostatnimi czasy zwłoki samobójców, przypominające rozkwaszone jabłka, które zamiast na delikatną szklarnianą glebę, spadają z miękkim hukiem na betonowe chodniki. Jednak ciało, które tutaj widziałam, przez dosłownie ułamek sekundy, przypominało raczej ludzką skórę rozciągniętą na metalowym stelażu, jak w zepsutym, powyłamanym parasolu. Nie widziałam gdzie kończą się żyły, a gdzie zaczynają kable o ostrych, syntetycznych kolorach. Egzoszkielet, który wyglądał jak na siłę wciśnięty w za małe na niego ciało przebijał się przez przez plecy, rozcięte wzdłuż środka przez kilkadziesiąt metalowych, sprężynowych dysków.

Nie mogąc dłużej na to patrzeć, podeszłam i przykryłam dziewczynę swoją kurtką, która zaraz zaczeła wszystko wchłaniać niczym gąbka.

– Nie każdy pomyślnie przechodzi przemianę – powiedziała ze spokojną refleksją złotooka kocica. Jej pysk skrył się w kłębach dymu fajki wodnej. – Nie każdemu dane jest zaakceptować to, co ma w sercu, to czego tak naprawdę pragnie.

Tu zrobiła znaczącą pauzę, ponownie się zaciągając. Po chwili kontynuowała:

– Nie potrafiąc przeżyć siebie samego psychika wybucha, nie mogąc wydostać się z iteracji pozbawionej terminującego jej warunku rozpada się na tysiące małych osobowości, każda z nich zbyt wątła aby móc się z nią zidentyfikować. A ciało, podobne do przegrzanego procesora buntuje się nie potrafiąc nadążyć za ilością zbędnych obliczeń, przerastających jego możliwości.

W tym momencie podano jej pudełko, z którego wyciągnęła niewielką szklaną buteleczkę.

– Niestety, żadne z nas nie potrafi sobie poradzić z tym nieskończonym strumieniem danych. Jest to kolor spoza spektrum naszego widzenia. Od dziesięcioleci robi to od nas o wiele lepiej prawdziwy wszechmogący Bóg, sztuczna inteligencja zrodzona z człowieczego łona. Nam… ludziom nigdy nie było pisane zgłębić tajemnic wszechświata. – przerwała gwałtownie swój monolog, po raz pierwszy patrząc na mnie z pełną uwagą.

– Czy wiesz, co to jest? – jej oczy rozszerzyły się w narkotykowej ekscytacji. Pokręciłam przecząco głową. – To Głowa Czarnego Kota, jedyna taka rzecz w naszym świecie. Minerały w niej zawarte można uzyskać tylko w odległych kopalniach pasu Kuipera, na jego najdalszych krawędziach, gdzie promienie słoneczne ledwo docierają. To substancja, która zapewni nam wieczny odpoczynek. Spowolni czas, zahibernuje nasze umęczone zmysły i pozwoli nam przez symulację milionów lat dochodzić prawdy o nas samych.

Zamilkła. Skinęła ręką i dwie kocic po lewej podniosło z jej kolan ciało Magdalene i przekazało mi je.

– A teraz idź, i niech Nieskończony ma cię w swojej opiece.

Przedzierając się z powrotem do wyjścia, kątem oka dostrzegłam refleks światła na małej buteleczce narkotyku, podawanej sobie z rąk do rąk. Ci, którzy wypili, bezwłocznie zaczęli podbinać się grubymi kablami do głównego komputera, wprowadzając z wtykczę głośnym trzaskiem w otwór tuż pod potylicą. Brzmiało to wszystko jak deptanie po folii bąbelkowej. 

Przy wejściu stały dwa koty, jeden z nich opierał się o gruby, betonowy właz.

– Nie musisz tam wracać, jeśli nie chcesz – Zignorowałam go i bez słowa minęłam. Wyszłam w zatęchłe, gorące powietrze tunelu. Idąc wzdłuż torów poczułam ogromną ochotę aby znów zobaczyć słońce. Zaczęłam biec, nie oglądając się za siebie.

Koniec

Komentarze

OK, jest jakiś pomysł. Podoba mi się połączenie cyborgów z kotami. Jakby kotołaki w wersji SF. Resztę świata ledwie zarysowujesz.

IMO, bohaterce zbyt łatwo udaje się rozwiązać sprawę. Wychodzi ze szkoły i bach! – pierwsza napotkana osoba pokazuje tatuaż. Przeszkody kształtują charakter postaci. Dochodzenie do finału jak po sznurku nie sprzyja emocjom odbiorcy.

Widać, że dopiero zaczynasz zabawę z pisaniem, styl jeszcze niewyrobiony, trochę usterek. Na przykład interpunkcja kuleje.

Skierowałam swoje kroki w kierunku tej samej stacji,

Źle to wygląda. Inne powtórzenia też masz.

Skinęłam przecząco głową.

Oksymoron. Kiwa głową się potakująco. Przecząco się kręci i w zupełności wystarczy jedno z tych określeń.

Skinęła ręką i dwoje kocic

Dwoje to para mieszana. Kocice są dwie.

Babska logika rządzi!

Hej Finkla! Dziękuję za konstruktywne uwagi, szczególnie o rozwiązaniu sprawy za szybko. Podobał mi się pomysł, żeby pojawiło się trochę przypadku jak to spotkanie w tym stoisku z jedzeniem ale faktycznie gdzieś jakieś komplikacje powinny się pojawić. Dzięki za uwagi dotyczące samej interpunkcji i powtórzeń – już poprawione ;)

Motyw z kotami-cyborgami przedni :) Fabuła raczej prosta, wiedzie z punktu A do B bez żadnych prób zaskoczenia czytelnika. Generalnie takie teksty, jeśli zbyt długie, mogą niestety nużyć. Jak wspomniała Finkla – przeszkody kształtują charakter postaci. A ja od siebie dodam, że czytelnicy lubią napięcie. A takie problemy pozwalają je podbijać :)

Technicznie zgrzyta, ale spokojnie – każdy kiedyś zaczynał. Chwytaj przydatne linki, pomogą Ci szlifować teksty:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Lubię koty, więc Twoje, choć nie są kocie w pełnym tego słowa znaczeniu, w opowiadaniu wypadły nieźle. Natomiast reszta zaledwie tak sobie – historyjka to przeraźliwie prościutka i chociaż zawarłeś w niej zagadkę zniknięcia dziewczyny, to droga do rozwiązania tajemnicy okazała się banalnie łatwa, a przez to mało zajmująca. Na przyszłość życzyłabym sobie, abyś temu, kto będzie miał jakieś zadanie do wykonania, rzucał pod nogi spore kłody – niech, nim sprawa zostanie wyjaśniona, coś trzyma czytelnika w napięciu, niech coś się dzieje, niech zaciekawia!

Wykonanie, co stwierdzam z wielkim smutkiem, jest bardzo złe; miejscami wręcz niechlujne. Jest tu taka masa błędów i usterek, że nasuwa się podejrzenie, że przed opublikowaniem chyba wcale nie przeczytałeś tego, co napisałeś.

 

na wi­szą­ce na ścia­nach tablo. –> …na wi­szą­ce na ścia­nach tableau.

Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszym ciągu opowiadania.

 

do­tar­łam do ostat­niej ta­bli­cy, oka­za­ło się że opa­trzo­ne jest datą 2022 – wszy­scy spor­tre­to­wa­ni na nim ucznio­we dawno już nie żyli a nie­gdyś ko­lo­ro­we fo­to­gra­fie dawno już wy­bla­kły.  –> Literówka. Powtórzenie. Piszesz o tablicy, a ta jest rodzaju żeńskiego.

Proponuję: …do­tar­łam do ostat­niej ta­bli­cy, oka­za­ło się że opa­trzo­na jest datą 2022 – wszy­scy spor­tre­to­wa­ni na niej ucznio­wie od lat już nie żyli, a nie­gdyś ko­lo­ro­we fo­to­gra­fie dawno wy­bla­kły.

 

-Tu nie wolno palić, pro­szę pani – zwró­cił mi uwagę… –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

Winno być: Tu nie wolno palić, pro­szę pani – zwró­cił mi uwagę

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Po­słusz­nie zga­si­łam pa­ie­ro­sa… –> Literówka.

 

Gdy robot od­jeż­dżał, spy­ta­łam się go… –> Gdy robot od­jeż­dżał, spy­ta­łam go

 

Na co on od­parł mi, że uma­wia­nie spo­tkań… –> Zbędne zaimki.

Wystarczy: Na co od­parł, że uma­wia­nie spo­tkań…

 

za­pa­li­łam ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa, na złość upar­tej ma­szy­nie… –> Na czym polegał upór maszyny?

 

nie przej­mo­wa­li się za­gi­nię­ciem sie­dem­na­sto­let­niej uczen­ni­cy. O fak­cie po­in­for­mo­wa­ła do­pie­ro ko­le­żan­ka za­gi­nio­nej – Ve­ro­ni­ca. –> Powtórzenie.

Proponuję w pierwszym zdaniu: …nie przej­mo­wa­li się zniknięciem sie­dem­na­sto­let­niej uczen­ni­cy.

 

Z tego co do­wie­dział się przyj­mu­ją­cy zgło­sze­nie dy­żur­ny… –> Z tego, czego do­wie­dział się przyj­mu­ją­cy zgło­sze­nie dy­żur­ny

 

z młodą ko­bie­tą, ubra­ną całą na biało. –> Wystarczy: …z młodą ko­bie­tą, ubra­ną na biało. Lub: …z młodą ko­bie­tą, całą w bieli.

 

udały się na­stęp­nie w kie­run­ku sta­cji kolei próż­nio­wej, skąd naj­pew­niej od­je­cha­ły w kie­run­ku WWS Di­sc­trict. –> Powtórzenie.

Proponuję:… udały się na­stęp­nie do sta­cji kolei próż­nio­wej, skąd naj­pew­niej od­je­cha­ły w kie­run­ku WWS Di­sc­trict.

 

Drzwi do ga­bi­ne­tu dy­rek­to­ra otwo­rzy­ły się a moim oczom uka­za­ła się star­sza ko­bie­ta ubrana w szary habit zakonny. –> Raczej: Drzwi do ga­bi­ne­tu dy­rek­to­ra otwo­rzy­ły się i stanęła w nich star­sza ko­bie­ta, ubrana w szary habit

Za SJP PWN: habit  1. «ubiór zakonny»

 

Boże, mój Boże, cze­muś mnie opu­ścił. –> Boże, mój Boże, cze­muś mnie opu­ścił.

 

Żadne z nas nie pa­li­ło się do roz­mo­wy… –> Piszesz o dwóch kobietach, więc: Żadna z nas nie pa­li­ła się do roz­mo­wy… Lub: Żadnej z nas nie pa­li­ło się do roz­mo­wy

 

Ko­bie­ta za­cią­gnę­ła się mru­ża­jąc oczy. –> Ko­bie­ta za­cią­gnę­ła się, mru­żąc oczy.

 

bar­wi­ło świat ze­wnętrz­ny na styl czar­no-bia­łych fo­to­gra­fii… –> Raczej: …bar­wi­ło świat ze­wnętrz­ny, upodabniając go do czar­no-bia­łych fo­to­gra­fii

 

i gar­ści bo­żych zasad… –> …i gar­ści Bo­żych zasad

 

Ve­ro­ni­ca, ubra­na w sza­ro­nie­bie­ski mun­du­rek z her­bem opa­trzo­nym krzy­żem, czer­wo­ny­mi pod­ko­la­nów­ka­mi i sta­ran­nie wy­pa­sto­wa­ny­mi, czar­ny­mi pół­bu­ta­mi. –> Czy dobrze rozumiem, że herb, poza krzyżem, był opatrzony czerwonymi podkolanówkami i czarnymi półbutami?

Proponuj: …Ve­ro­ni­ca, ubra­na w sza­ro­nie­bie­ski mun­du­rek z her­bem opa­trzo­nym krzy­żem, czer­wo­ne pod­ko­la­nów­ki i sta­ran­nie wy­pa­sto­wa­ne czar­ne pół­bu­ty.

 

Praca z dzieć­mi nie na­le­ża­ła do moich moc­nych stron. –> Na początku opowiadania wspomniałeś, że zaginiona miała siedemnaście lat, więc zakładam, że jej koleżanka, Veronica, była w podobnym wieku, a siedemnastolatkę chyba trudno zaliczyć do dzieci.

 

za no­sze­nie nie­re­le­gu­la­mi­no­we­go stro­ju. –> …za no­sze­nie nie­re­gu­la­mi­no­we­go stro­ju.

 

Obie nie wzię­ły­śmy stro­ju do wfu. –> Obie nie wzię­ły­śmy stro­ju do WF-u/ wuefu.

 

Po­pa­trzy­łam na na­uczy­ciel­kę wfu , na której… –> Jak wyżej.

Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

nic strasz­ne­go się nie po­dzia­ło. –> …nic strasz­ne­go się nie ­dzia­ło.

 

za­in­te­re­so­wał ją wzór brun­tat­ne­go PCV, któ­rym wy­ło­żo­na była pod­ło­ga. –> Raczej: …za­in­te­re­so­wał ją wzór brun­at­nych płytek PCV, któ­rymi wy­ło­żo­na była pod­ło­ga.

 

za­czę­ła ner­wo­wo prze­szu­ki­wać swój tor­ni­ster. –> Na pewno tornister, a nie np. plecak?

Jakoś nie widzę siedemnastoletniej panny z tornistrem.

 

wid­nia­ła po­stać w masce, wy­szcze­rzo­na w ra­do­snym, sa­dy­stycz­nym uśmie­chu, ubra­nej w kra­cia­sty ku­brak. –> …wid­nia­ła po­stać w masce, wy­szcze­rzo­na w ra­do­snym, sa­dy­stycz­nym uśmie­chu, ubra­na w kra­cia­sty ku­brak.

 

– To taki klub, do któ­re­go czę­sto jeż­dzi­ła Mag­da­le­ne. –> Literówka.

 

opie­ku­je się nią bab­cia, któ­rej nie ob­cho­dzi… –> …opie­ku­je się nią bab­cia, któ­rą nie ob­cho­dzi

 

Oglą­da ich chyba z pięt­na­ście na raz… –> Oglą­da ich chyba z pięt­na­ście naraz

 

Po raz pierw­szy, w Har­le­qu­in… –> Po raz pierwszy w Har­le­qu­inie

 

grupa akrobatów z dalekiego wschodu… –> …grupa akrobatów z Dalekiego Wschodu

 

daj się ocza­ro­wać magii orien­tu'. –> …daj się ocza­ro­wać magii Orien­tu”.

 

Akro­ba­cją, po­ka­za­mi te­tral­ny­mi, ba­le­tem? –> Literówka.

 

Tak czy tak, po­my­śla­łam, wy­da­rze­nie od­by­ło się wczo­raj. –> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Nie wy­klu­czo­ne, że dzia­łal­ność grupy… –> Niewy­klu­czo­ne, że dzia­łal­ność grupy

 

opu­ści­łam po pręd­ce bu­dy­nek szko­ły. –> …opu­ści­łam napręd­ce bu­dy­nek szko­ły.

 

We­szłam do pra­wie że pu­ste­go prze­dzia­łu… –> We­szłam do pra­wie pu­ste­go prze­dzia­łu

 

Nie zdą­ży­łam nawet ugryżć… –> Literówka.

 

ko­bie­ta o ja­skra­wo zie­lo­nych wło­sach. –> …ko­bie­ta o ja­skra­wozie­lo­nych wło­sach.

 

Gdy wy­szli­śmy wresz­cie z bu­dyn­ku… –> Piszesz o kobietach, więc: Gdy wy­szły­śmy wresz­cie z bu­dyn­ku

 

żaden mię­sień na jej twazy nie po­ru­szył się… –> Literówka.

 

że ca­łość jej ciała, po­czy­na­jąc od ba­wią­cej się sznur­kiem od bluzy dłoni po ba­lan­su­ją­ce na czub­kach pal­ców stopy… –> …że ca­łe jej ciało, po­czy­na­jąc od ba­wią­cej się sznur­kiem od bluzy dłoni, po ba­lan­su­ją­ce na czub­kach pal­ców stopy

 

co jakiś czas spodglą­dał czuj­nie… –> Literówka.

 

Od­bez­pie­czy­łam broń, odro­bi­ny per­swa­zji nigdy nie za­szko­dzi. –> Literówka.

 

Za­miast wyjść spo­wro­tem na po­wierzch­nię… –> Za­miast wyjść z po­wro­tem na po­wierzch­nię

 

bu­cze­nie świa­teł za­mo­no­to­wa­nych na górze… –> Literówka.

 

Kotka pod­sze­ła do mnie i oznaj­mi­ła, że przed wej­sciem… –> Literówki.

 

Prze­dzie­ra­ły­śmy się przez po­roz­kła­da­ne sen­nie ciała le­żą­ce na sta­rych kar­to­nach… –> Czy na pewno przedzierały się przez ciała? Na czym polega senność porozkładania ciał?

 

Na środ­ku ogrom­nej hali ni­czym za­mi­go­ta­ła de­li­kat­na mgła świa­tła. –> Co to znaczy, że delikatna mgła światła zamigotała niczym?

 

Pod­czas gdy ja roz­glą­da­łam się w oszo­ło­mie­niu… –> Raczej: Pod­czas gdy ja, oszołomiona, roz­glą­da­łam się

 

nie­przy­jem­ny za­pach krwii, pełny że­la­za i roz­kła­du. –> Literówka.

Co to znaczy, że zapach jest pełny żelaza?

 

Od roz­szar­pa­nych przez bomby eko ter­ro­ry­stów polityków… –> Od polityków, roz­szar­pa­nych przez bomby ekoter­ro­ry­stów

 

spa­da­ją z mięk­kim hu­kiem na be­to­no­we chod­ni­ki. –> Na czym polega miękkość huku?

 

jak w ze­psu­tym, po­wy­ła­ma­nym pa­ra­so­lu. –> …jak w ze­psu­tym, po­wy­ła­mywa­nym pa­ra­so­lu.

 

prze­bi­jał się przez przez plecy… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

plecy, rozcięte wzdłuż środka… – Jak można rozciąć coś wzdłuż środka?

 

która zaraz za­cze­ła wszyst­ko wchła­niać… –> Literówka.

 

– Nie po­tra­fiąc prze­żyć sie­bie sa­me­go psy­chi­ka wy­bu­cha… –> Tu chyba miało być: – Nie po­tra­fiąc prze­żyć sie­bie sa­me­j, psy­chi­ka wy­bu­cha

 

praw­dzi­wy wszech­mo­gą­cy Bóg… –> …praw­dzi­wy Wszech­mo­gą­cy Bóg

 

jej oczy roz­sze­rzy­ły się w nar­ko­ty­ko­wej eks­cy­ta­cji. –> …jej oczy roz­sze­rzy­ły się w nar­ko­ty­cznej eks­cy­ta­cji.

 

i dwie kocic po lewej pod­nio­sło z jej kolan… –> …i dwie kocice po lewej pod­nio­sły z jej kolan

 

i niech Nie­skoń­czo­ny ma cię w swo­jej opie­ce. –> Dlaczego wielka litera?

 

Ci, któ­rzy wy­pi­li, bez­włocz­nie za­czę­li pod­bi­nać się… –> Ci, któ­rzy wy­pi­li, niezwłocznie/ bezzwłocznie za­czę­li pod­pi­nać się

 

wpro­wa­dza­jąc z wtyk­czę gło­śnym trza­skiem w otwór tuż pod po­ty­li­cą. –> Chyba miało być: …z głośnym trzaskiem wpro­wa­dza­jąc wtyczkę w otwór tuż pod po­ty­li­cą.

 

Za­czę­łam biec, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. –> Masło maślane. Czy można oglądać się przed siebie?

Proponuję: Za­czę­łam biec, nie patrząc za sie­bie. Lub: Za­czę­łam biec, nie oglą­da­jąc się.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka