- Opowiadanie: Amaranthine - Anioł stróż

Anioł stróż

Jest to moje pierwsze opowiadanie tutaj, ale proszę o szczere, konstruktywne opinie :)  

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Anioł stróż

– Kanareczko? Hej… Kanareczko, obudź się.

Nawet wygłodzona i brudna sierota miała po co żyć. Dla Kanarki takim powodem był Fenek – piękny jak cherubin z burzą kruczoczarnych loków okalających twarz. Nie był jej rodzonym bratem, ale Kanarka nie potrafiła sobie wyobrazić większej więzi z kimkolwiek innym.

Podniosła zmęczone powieki, by ujrzeć parę niesamowicie srebrnych oczu, w których zawsze mogła dostrzec radość i rozmarzenie. Radość z powodu kolejnego przeżytego dnia, jak sam mawiał, a rozmarzenie wywołane nieustanną wizją, że gdzieś tam czeka na nich lepsze życie.

– Kiedyś zamieszkamy w cudownym zamku. Będziemy sypiali w pierzynach do południa i będą nam podsuwać jedzenie pod nos. Będziemy mieli mnóstwo wolnego czasu i żadnych zmartwień. Będziemy tańczyli w ogromnych komnatach i spoglądali w gwiazdy z wysokich wież. Obiecuję ci to, Kanareczko.

Kanarka miała dopiero dziewięć lat, ale wiedziała, że marzenia Fenka, choć piękne jak on sam, były tylko marzeniami. Słuchała tych obietnic z zapartym tchem i zarumienionymi policzkami, ale w głębi duszy nigdy nie liczyła na ich spełnienie.

– No, wstawaj. Zobacz co mam! – szepnął, a jego oczy zabłyszczały jeszcze bardziej niż zwykle.

Fenek trzymał w dłoni bochenek chleba. Cały bochenek! Dziewczynka przetarła ze zdziwienia oczy i otworzyła szeroko usta. Chleb miał złocistą skórkę, a od spodu był wciąż przyprószony mąką. Nie pamiętała, kiedy ostatnio widziała coś równie pięknego.  

– Skąd masz?

– Od Rudej Nissy. – Głos wręcz drżał mu z powodu zdobycia takiego skarbu, ale dziewczynka dostrzegła w jego oczach jakiś dziwny błysk, gdy kontynuował: – Poprosiła, żebyśmy później do niej przyszli.  

Kanarka nie lubiła Rudej Nissy. Zawsze zachowywała się bardzo mile dla Fenka, za to ją traktowała z niechęcią. Twarz Rudej Nissy niezmiennie szpecił sztuczny uśmiech i odrażające spojrzenie. Była wredna i opryskliwa, jednak wiodło jej się dużo lepiej od wielu innych ludzi, tych poczciwych i miłosiernych. Kanarka nie uważała takiego stanu rzeczy za sprawiedliwy. Ona i jej brat musieli pracować prawie całą dobę, by móc cokolwiek włożyć do ust. Ruda Nissa podobno pracowała tylko kilka godzin, a posiadała duży dom i nigdy nie chodziła głodna.

– Nie chcę do niej iść. Jest brzydka i okropnie dla mnie niemiła – odpowiedziała dziewczynka, wydymając usteczka. 

– Ale dała nam to! Poza tym to tylko na chwilę. Podobno ma dla nas jakieś zadanie. – Chłopak usiadł na kocu obok dziewczynki, zręcznie zakładając nogę na nogę. – Ale póki co, musimy spróbować tej pyszności.

 

 

Posiadłość Rudej Nissy była największym i najlepszym domem w całej Dzielnicy Burzy. Chociaż nie był ładny – w wielu miejscach farba łuszczyła się, ukazując brudny kamień, kilka okiennic zostało zerwanych, a ogród już dawno przeżył swe najlepsze lata, to i tak Kanarka zawsze marzyła, aby w takim zamieszkać. Co prawda białe ściany w połączeniu z morelowymi zasłonami nie wyglądały dobrze, ale najważniejsze, że dach nie przeciekał, a na suficie nie dostrzegała pleśni.

Ona i Fenek wizytowali u kobiety już trzykrotnie i w międzyczasie Kanarka zdążyła przyuważyć, że w domu, nazywającym się „Anielica” mieszkało wielu ludzi, ale jeszcze więcej do niego przychodziło. Dziewczynka za nic nie mogła pojąć, dlaczego ktokolwiek chciałby z własnej woli odwiedzać Rudą Nissę.

Może ona jest taka okropna tylko dla mnie? Albo każdemu daje coś tak wspaniałego, jak nam bochenek chleba?

– Fenku… – zagadnęła chłopaka.

– Słucham, Wróbelku. – Na twarzy wystąpił mu uśmiech tak ujmujący, że dziewczynka od razu pomyślała, że mógłby nim wypędzić ze świata całe zło.

– A czym tak właściwie zajmuje się ta Ruda Nissa?

Momentalnie słodki uśmiech Fenka przygasł. Pomiędzy brwiami pojawiła się zmarszczka, a oczy posmutniały. 

– Ruda Nissa, hm… – Odkaszlnął. – Ruda Nissa zajmuje się… Cóż, ona sprzedaje pewne… usługi.

– Jakie usługi? Jest zielarką, jak Ana?

– Zielarką? Hm, tak. Coś w tym rodzaju.

– Ale co robi? – Kanarka nie zamierzała ustąpić. Gdy była czegoś ogromnie ciekawa, to potrafiła stać się bardzo uparta.

Fenkowi było to wyraźnie nie w smak i z całych sił starał się znaleźć odpowiednie słowa.

– Widzisz, Kwiatuszku… Kiedy człowiekowi jest źle, to idzie do zielarki. Ona sprzedaje mu swoje uzdrowicielskie usługi i człowiekowi jest lepiej. Czasami jednak proste zioła nie wystarczają i wtedy z pomocą przychodzi Ruda Nissa i jej pomocnicy. Oni posiadają pewne zdolności, wielką moc.

– Ale co dokładnie robią?

Fenek pokręcił głową, rozrzucając swoje loki dookoła i rozczochrał dłonią włosy Kanarki.

– Używają magii.

– Magii?

– Może wrócimy do tego kiedy indziej, co?

Dziewczynka już chciała zaprotestować, ale właśnie stanęli przed tylnymi drzwiami „Anielicy”. Chłopak zapukał trzy razy szybko i dwa razy wolno.

Choć dom Rudej Nissy z przodu prezentował się niesamowicie, to z tyłu nie różnił się od żadnej innej chaty w Dzielnicy Burzy. Kanarka nie czuła w tym miejscu anielskiej ochrony. Pomimo bycia brudną, bezdomną sierotą, Kanarka musiała zasłonić nos dłonią.

– Co my tu robimy? Zawsze wchodziliśmy inaczej. Fujka!

– Ruda Nissa ma jakiegoś ważnego gościa i kazała od rewersu… – Fenek kaszlnął przeciągle i oczy mu załzawiły. – Na bogów, co za odór!

Kanarka zarechotała i już miała przygotowaną odpowiedź, kiedy to z otwartych drzwi spojrzała na nich łysa głowa mężczyzny, którego twarz była niewidoczna z powodu mroku dochodzącego ze środka. Jednak w jego spojrzeniu można było dostrzec coś dziwnego, jak gdyby skrzętnie ukrywany sekret.  

– Nie lza tak telepać, szczeniaki jedne! – świsnął.

– My do Rudej Nissy.

– Hasło.

Chłopiec odchrząknął.

– Miłość to zawiłość, zawiłość to losu echo wygłosu.

Kanarka spojrzała na Fenka osobliwie, a ten w odpowiedzi wzruszył ramionami. Jego spojrzenie mówiło: „nie ja to wymyśliłem”.

– No, wchodźcie. Ino nie hałasujcie, bo porachuję kości.

Szybko weszli do środka, zostawiając smród za sobą.

 

 

Od razu po przekroczeniu progu posiadłości, oboje poczuli, jakby weszli do innego świata. Nagle nic na zewnątrz nie miało znaczenia – ważny był tylko ten przepych i splendor. Ściany obite pikowaną kaszmirową wykładziną i podłoga wyłożona eleganckim ciemnym drewnem przypominały w ich wyobrażeniach zamek królewski. Półmrok nie sprawiał przerażającego czy odpychającego wrażenia. Wręcz przeciwnie – czuło się atmosferę tajemniczości i dystynkcji. Podkreślał to intensywny zapach kadzideł.

Nie chcąc, żeby zauważył ich ktokolwiek ważny, Fenek i Kanarka wślizgnęli się w korytarz prowadzący okrężną drogą na górę. Pokój Rudej Nissy znajdował się na drugim piętrze, w najdalszym jego miejscu, więc Fenek poczuł lekki dyskomfort – prawie na pewno po drodze natkną się na jakiegoś pomocnika, aroganckiego i bezpośredniego.

Miał czternaście lat. Wystarczająco, żeby wiedzieć, że czarownia Rudej Nissy, choć znajdująca się w Dzielnicy Burzy, była jedną z lepszych w kraju. A to oznaczało, że jego właścicielka istniała jako niezwykle potężna i wpływowa kobieta. Kobieta, która wciąż pamiętała o swych korzeniach, toteż zdarzało jej się pomagać różnym sierotom, przybłędom i bezdomnym. Jednak ta pomoc zawsze zawierała w sobie okrutną cenę, a Fenek trwożnie czekał, aż Ruda Nissa każe mu ją zapłacić.

Chłopak szedł pierwszy, co rusz spoglądając na idącą z tyłu blondwłosą dziewczynkę. Nie była jego siostrą, ni kuzynką, ale i tak oddałby za tę małą życie. Podobno rodziny się nie wybiera, ale patrząc na łączącą ich zażyłość, można się było nie zgodzić.

Wychowywał się bez ojca, więc gdy stracił matkę w wieku dziesięciu lat, nagle został na świecie sam. Na dodatek w mieście, gdzie każdy martwił się tylko o siebie. Na ulicach Kołatki żyło już tyle sierot, że nikt nie przejął się kolejną.

Kilka miesięcy później spotkał Kanarkę – brudną, kościstą pięciolatkę. Siedziała na moście ze spuszczoną głową, wymachując bosymi nóżkami. Dziewczynka była tak wymizerowana i zobojętniała, że chłopak, sam nie wiedząc czemu, przebiegł szybko pod konnymi i powozami, przysiadł się do niej i zapytał:

– Co robisz?

Kanarka wydawała się nie dostrzegać chłopca, gdyż dalej smętnie wpatrywała się w zachodzące słońce.

– Słucham ulicy – odpowiedziała.

– Dlaczego?

– Bo to moja przyjaciółka. Tylko z nią jedną mogę porozmawiać.

– A gdzie twoi rodzice? – dopytywał się czarnowłosy chłopiec.

Wtedy właśnie spojrzała na niego po raz pierwszy i było to spojrzenie zupełnie inne od tych, jakie dotychczas widział. Krył się w nich taki sam ból duszy, jaki jeszcze niedawno wyzierał i z jego wzroku – tych kilka miesięcy wystarczyło, by potrafił go ukryć, utworzyć wokół siebie mur. Miał nadzieję, że jego serce otoczył kolczasty ogród, ale wystarczyło jedno spojrzenie tej umorusanej dziewczynki, by kolce zniknęły. Jedyne, czego wtedy zapragnął, to przygarnąć ją do piersi i ochronić przed całym światem. Sprawić by i z jej oczu znikła pustka. Te szmaragdowe oczy ukazały wszystko to, czego słowa nigdy oddać nie potrafiły. Ogromną stratę.

Mimo to, nie wydawała się osobą smutną. Raczej taką, która nigdy nie zaznała radości. A to o wiele gorsze.

Jednakże nie uściskał wtedy dziewczynki, bo byłaby to czułość, której ulica oglądać nie powinna. Szybko przemógł żal, który ścisnął mu serce, i wesoło odpowiedział:

– A może ja stanę się twoim przyjacielem? Wtedy mogłabyś rozmawiać ze mną.

Najwidoczniej taka interesowność i otwartość była dla dziewczynki nowa, bo wzruszyła chudymi ramionami, wytarła nos ręką, a usta prawie przybrały kształt uśmiechu.

– W porządku.

– Ja jestem Fenek, a ty? – zapytał rozradowany.

– Dea, ale…

Nie dokończyła i wcale nie musiała. Fenek znał przyczynę. Sieroty zawsze nadawały sobie nowe imiona, ponieważ stare zbyt kojarzyły im się z poprzednim życiem, ze stratą albo nieprzyjemnymi wspomnieniami.

– To co w takim razie powiesz na inne?

Dziewczynka znowu potrząsnęła ramionami, wprawiając w ruch długie kosmyki swoich szafranowych włosów.

– Może… Wróbelek? Nie, chwila… znam chłopca o takim imieniu… Albo Jaskółka? Nie, zbyt powszechne. Prawie każda dziewczyna w Dzielnicy Dołków tak się teraz nazywa.

Fenek zamilkł na parę minut, usilnie próbując znaleźć imię na tyle oryginalne, aby pasowało do tak niezwyczajnej dziewczynki. Dziewczynki, która dalej niewzruszenie machała nóżkami do melodii, rozbrzmiewającej tylko w jej własnej głowie.

– Czy to kanarek? – spytała prędko, odwracając jasną główkę.

Wtedy po raz pierwszy zobaczył u niej radość. Była przejmująca. Powodem okazał się pewien kupiec, który na jednym z pobliskich stoisk ustawił klatkę z tym ptaszkiem. Dziewczynka zaskakująco umiejętnie zagwizdała w odpowiedzi na jego ćwierkanie.

– Kanarek… Kanarka… Tak! Idealnie! – Chłopiec szybko zerwał się na nogi. – Podoba ci się?

Mała przymknęła oczy, wsłuchując się w melodię wyśpiewywaną przez szafranowego ptaka. Zawtórowała mu dźwięcznie, po czym uśmiechnęła się leciutko.

– Podoba.  

I tak oto Fenek zajmował się Kanarką, a Kanarka nim. Choć mieli odmienne charaktery, to w jakiś cudowny sposób zespoliły się sprawiając, że doskonale się dogadywali i na dodatek nigdy się sobą nie nudzili. Fenek był odważnym marzycielem o niezwykłej wyobraźni, każdy dzień był dla niego wyzwaniem, starał się wszędzie znajdywać pozytywne strony. Pomimo bycia bardzo kontaktowym i otwartym, często bujał w obłokach i tworzył nierealistyczne plany. To Kanarka, zazwyczaj cicha, choć wielce inteligentna, musiała sprowadzać Fenka na ziemię. Miała tylko dziewięć lat, lecz gdyby nie prostolinijność chłopca, zupełnie odizolowałaby się od ludzi. Oboje byli bardzo ciekawi świata, chcieli go zwiedzać i zmieniać, ale z tą różnicą, że Fenek wierzył, że każdy człowiek jest w głębi duszy dobry, a dla Kanarki świat był miejscem, gdzie dzieje się niesprawiedliwość, jednak z wiarą, że tak wcale nie musi być.

Nagle z rozmyślań wyrwał go młody mężczyzna z niemal przezroczystą skórą i czarnymi jak węgiel oczami. Miał na sobie sięgającą ziemi czerwoną szatę.

– O, to znowu ty… – zauważył ze znudzeniem. – Przemyślałeś moje słowa?

Fenek zmierzył go wyzywającym spojrzeniem.

– Przyszliśmy do Nissy.  

– Ach! Szkoda, szkoda… No to… żegnaj, Fenku. Już się nie zobaczymy.

– Taką mam właśnie nadzieję – odparł z rozdrażnieniem.

Kanarka jeszcze nigdy nie widziała, żeby Fenek był złośliwy wobec kogoś, kto nie dał mu po temu wyraźnego powodu. Jednak wierzyła w jego ocenę i nie zamierzała zwracać mu uwagi.

Co dziwne, nieznajomy uśmiechnął się w odpowiedzi. Lecz było w tym uśmiechu coś niepokojącego – jak gdyby mężczyzna ich mocno żałował. Kanarka wzdrygnęła się.

– Powodzenia więc – rzekł smutno i odsunął się. – Szerokiej drogi.

Mijając ich, przeniósł spojrzenie na dziewczynkę. Nie wiedząc czemu, pokręcił głową.

Gdy mężczyzna odszedł, zostawiając ich samych, Fenek oparł się plecami o ścianę. Jego oblicze przybrało niezdrowy odcień, wzrok zaszedł mgłą, a zaciśnięte usta nieznacznie pobladły. Ani trochę nie wyglądał, jak Fenek, ale jak ktoś, kogo Kanarka doskonale znała, choć pamiętać nie chciała. Wyglądał, jak struchlała sierota, która idąc przez zatłoczony rynek jest uczepiona rąbka spódnicy mamy. Mamy, która raptownie staje na środku i szepcze do swego dziecka: „Zostań tu na chwilę. Zaraz wrócę”. „Ale gdzie idziesz, mamusiu? Mogę iść z tobą? Proszę! Nie będę przeszkadzać”. „Za minutkę będę z powrotem! Mamusia musi coś załatwić”. Więc odchodzi, zostawiając dziecko z ręką wciąż jakby uczepioną sukienki. Ludzie o obcych twarzach, groźnych oczach i dzikiej fizjonomii, trącają dziecko. A ono czeka. Minutę. Dwie. Trzy. W końcu i godzinę. A mama nie wraca. Iść szukać czy zostać? W tak wielkim i pełnym ludzi mieście to pytanie staje się nagle najważniejszą decyzją dla dziecka, zaważy na wszystkim. Iść czy zostać? Iść. Zostać.

– Fenku, Fenku… Co się stało? O co chodziło? – spytała cichutko Kanarka. Spojrzenie wyrażało więcej niż troskę. Wręcz błagało o odpowiedź.

Fenek przełknął ślinę i jeszcze raz odetchnął.

„Nie… nie mogę…”, myśli świdrowały mózg Fenka, jak igły.

– Ruda Nissa. Ona wie. Oczekuje. Po to nas wezwała – bełkotał niewyraźnie. 

– Fenku… Feneczku mój drogi, kochany, nie rozumiem. – Szarpała chłopca za rękaw. – Proszę, proszę powiedz, o co chodzi! 

„Nie mogę się tak załamywać. Nie, kiedy mała patrzy. Przy niej muszę być twardy. Jeśli to dziś przyszedł czas zapłaty, to zapłacę. Ale Kanareczka nie może wiedzieć”.

Zmiana zaszła w nim momentalnie. Spojrzenie miał znów pełne zdecydowania, wyprostował się. Wnet ukląkł przy Kanarce i pogłaskał ją po policzku.

– O nic takiego, Serduszko. Tamten mężczyzna… przypomniał mi o czymś, a ja jak głupi dałem się ponieść emocjom. Chodźmy, Nissa na nas czeka.

Nie dając dziewczynce zaprotestować, chwycił ją mocno za rączkę i poprowadził do ostatnich drzwi na korytarzu. Metalowych, ciężkich drzwi, które wyraźnie kazały trzymać się z daleka.  

 

W środku było pusto. Nie licząc posągów i statuetek, jedynymi obliczami były ich własne, wpatrujące się w nich z mnóstwa większych i mniejszych luster. Mieli więc czas, aby się rozejrzeć. Pokój ozdobiony został z wielką starannością – nic nie wydawało się przypadkowe. Kotary pasowały do baldachimu, a pościel do dywanu. Pomieszczenie było ciemne i groźne, jak jego właścicielka. Dominowała czerń i krwista czerwień. Oboje nie czuli się tam dobrze. Szczególnie, że oblepiała ich duchota i gorąco.

Czekanie przedłużyło się i Fenek pomyślał, że Nissa o nich zapomniała, jednak ta nadzieja, i tak już nikła, szybko została rozwiana przez nagłe otwarcie się drugich drzwi, ukrytych za panelami.

Do komnaty weszła szczupła, prawie czterdziestoletnia, ale wciąż piękna kobieta z długimi, rudymi włosami. Chłopak uniósł wyzywająco podbródek i czekał. Kanarka jak zawsze schowała się w jego cieniu.

Spojrzenie kobiety było beznamiętne i jakoś nieprzyjemnie bezpośrednie. Dostrzegłszy jednak gościa, od razu przybrała radosną maskę. Aczkolwiek temu uśmiechowi łatwo można zarzucić nieszczerość.

– Ach, Fenek, kochany! Przyszedłeś. Myślałam, że o mnie zapomniałeś, mój drogi. Podejdź, proszę.

Gdy tylko Nissa otworzyła usta, Kanarka nastroszyła się. Z każdej, dosłownie z każdej litery wypływał jad, który bolał dziewczynkę gorzej, niż gdyby była to prawdziwa żmija. Ruda Nissa była jedyną znaną Kanarce osobą, potrafiącą zawrzeć nawet w tak błahym rozpoczęciu rozmowy groźbę, kpinę i rozkaz.

Fenek wraz z Kanarką uczepioną jego koszuli postąpili krok naprzód. Dziewczynka wolała zamiast tego uciec jak najdalej od tej czerwieni, jadu i gryzącego zapachu, ale nie zamierzała zostawić Fenka samego.

– I co sądzisz, Vesso? – spytała czule kobieta.

Z ciemności wyłoniła się koścista staruszka z dużym, zakrzywionym nosem. Oboje nie wierzyli, jak mogli nie zauważyć jej wcześniej.

– Piękny chłopiec, piękny jak cherubinek – wycharczała siwa kobiecina. – I silny.

– A nie mówiłam, moja droga – wymruczała aksamitnym głosem Ruda Nissa.

Na każdym jej palcu błyszczał pierścionek, wokół nadgarstków zaciśnięte miała pozłacane bransoletki, a ogniste włosy upięte zostały za pomocą, również złotych, długich szpili. Na cały jej strój składała się turkusowa suknia, sięgająca ziemi, ale z ogromnym rozcięciem po boku. Im dłużej Kanarka przyglądała się jej, tym bardziej dostrzegała, że kobieta wcale nie była taka piękna. Nos miała zbyt duży, a oczy zbyt małe. Miała krzywy zgryz. I za wąską talię.

Nissa jak gdyby usłyszała to, albo wyczytała z oczu dziewczynki, bo przeniosła na nią swe ciężkie spojrzenie i wykrzywiła wargi. Kanarka nie zdążyła nawet mrugnął, a ta już stała naprzeciwko.

– Małą Kałamarnice też przyprowadziłeś, jak prosiłam.

– Kanarkę – warknęła dziewczynka.

– Kałamarnica, Kanarka – jeden pies – roześmiała się uroczo.

– Ruda Nisso, podobno miałaś dla nas jakieś dobrze płatne zadanie – odezwał się Fenek, drżąc z wściekłości.

– Zadanie? Ach… Tak powiedziałam? Tak, tak oczywiście, mój drogi.

Szybko podskoczyła do staruszki i zaczęły ze sobą cicho rozmawiać. Fenek chwycił mocno Kanarkę za dłoń. Dziewczynka nic nie rozumiała. Czuła, że zaraz zdarzy się coś okropnego.  

– Wszystko będzie dobrze, Malutka. Zobaczysz – szepnął.

– Ale o co chodzi? Fenku, Fenku, powiedz mi! – poprosiła ze łzami w oczach.

– Wszystko… – odpowiedział drżącym głosem. – Wszystko będzie dobrze… Tylko pamiętaj, że zawsze będę przy tobie – mówił bardzo cicho, ale dla Kanarki ten dźwięk stał się nagle całym światem.

Dziewczynka spojrzała mu głęboko w oczy i nie dostrzegła nawet śladu po iskierkach rozmarzenia i radości. Jego oczy były puste, a twarz tak blada, że prawie przezroczysta. A to przeraziło ją bardziej od czegokolwiek innego.

– No. Dobra – charknęła starucha do Rudej Nissy. – Niech ci będzie. Ale tej małej nie chcę. Zbyt przywiązana do chłopaka.

– Co? I co ja mam niby z nią zrobić?!

– Wyrzuć na ulicę, zostaw u siebie, sprzedaj komu innemu. Nigdy nie miałaś z tym większego problemu. Pamiętaj o obietnicy. – Staruszka zmierzyła młodszą kobietę bystrym okiem, ale ta milczała. – Ork! Rolf!

Starucha wyglądała na cichą i spokojną kobiecinę, ale krzyk wydobywała z siebie tak głośny, że Kanarka aż podskoczyła. Jednak serce zabiło jej jeszcze mocniej, jak tylko do pomieszczenia weszło dwóch postawnych mężczyzn. Mogliby ją nadepnąć i nawet nic by nie poczuli.

– Bierzcie chłopaka, wychodzimy.

– Co? Nie! – krzyknęła dziewczynka, uczepiwszy się dłoni Fenka najmocniej jak tylko mogła.

– Nie taka była umowa, Nissa. Nigdzie nie pójdę dopóki nie zapewnisz jej opieki. – Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale ogromne ramiona jednego z wielkoludów pozbawiły go tchu.

Kanarka zaczęła tamtego kopać i bić małymi piąstkami. Odciągnął ją drugi mężczyzna. Jego mocna dłoń bezlitośnie zacisnęła się na jej przegubie.

– Nissa! Nissa!! – wrzeszczał i wił się Fenek. – Nie taka była umowa! Nissaaaa!!!

Krzyki na nic się nie zdały. Kobieta spuściła głowę i wycofała się w głąb pokoju, aż skrył ją mrok.

– Fenku, co oni robią? Nie chcę być znowu na tamtym moście! – wyła Kanarka ze łzami w oczach. Ogarnęła ją furia. Ugryzła wielkoluda, by wyswobodzić się z uścisku. Podbiegła do chłopaka i uczepiła się jego nóg.

– Nie pozwolę wam go skrzywdzić! Nissa, Nissa, proszę, zrób coś!

Starucha prychnęła.

– Dość tych ceregieli. Zabierz ją, Ork. Idziemy.

– Nie! Nieeee!!!

Ten drugi, Rolf, ciągnął rzucającego się chłopca do wyjścia, podczas gdy Ork raz jeszcze chwycił dziewczynkę, ale tym razem obiema dłońmi.

– Zostaw! Zostaw mnie! Zostaw mówię!

Ork parsknął rozwścieczony i rzucił małą mocno o ścianę. Dziewczynka jęknęła i nie dała rady podnieść się z podłogi.

Dziewczynce tak szumiało w głowie i błyskało przed oczyma, że nie dotarło do niej nic, co zdarzyło się później. Dlatego właśnie była taka zaskoczona i zdezorientowana, kiedy obudziła się następnego dnia.

 

 

Bardzo bolała ją głowa. Próbowała przypomnieć sobie dlaczego, ale przed oczami tańczyły jej gwiazdy.

– Fenku… – zaczęła z przyzwyczajenia.

Wtedy zauważyła, że posłanie obok jest puste i raptem wszystkie wspomnienia wróciły. Przycisnęła piąstki do oczu, bo nie chciała płakać, jednak gdy tylko je odjęła, łzy popłynęły ciurkiem po twarzy. Zaczęła cicho chlipać.

– Fenku, och Feneczku mój! Tak bardzo tęsknię!

Istotnie tęsknota rozrywała jej serce, ale dużo gorszym uczuciem była złość.

Nienawidziła Rudej Nissy i tej staruchy, Vessy. Zabrały jej kawałek duszy i wywiozły nie wiadomo gdzie. Nienawidziła też losu, że na to pozwolił.

– Gdyby tylko istniał sposób, żebyś mógł być tu znowu…

Nagła myśl poderwała ją. Starła z policzków mokre ślady łez.

– Tak, właśnie tak, Fenku! Jest przecież sposób! Zaraz cię znajdę i uratuję, tak jak ty kiedyś mnie, pamiętasz? – zawołała.

Chwyciła te parę ubrań, które posiadała oraz drobne zapasy i spakowała je do tłumoka podróżnego. Na koszulę zarzuciła obszerny sweter, a koc dopakowała do tłumoka. Była gotowa do drogi.

Gdy tak stała w powiewach chłodnego, wieczornego wiatru, zdała sobie sprawę, że nie wie, dokąd pójść. Znowu jej serce przygasło, a oczy zdawały się łzawić.

– Chwileczkę… – wyszeptała. – Ja nie wiem, gdzie jesteś, ale jest ktoś, kto na pewno wie. Pora, abym sama wybrała się do Rudej Nissy.

 

Niełatwo było się wspinać po pnączach w blasku księżyca, ale Kanarka nie miała innego wyjścia – nie mogła przecież wejść drzwiami, jak ostatnio, ponieważ tym razem nikt nie mógł o niej wiedzieć. Miała nadzieję znaleźć w pokoju Rudej Nissy jakieś poszlaki.

W drodze na górę widziała mnóstwo ludzi w rozjaśnionych oknach. Trwało jakieś przyjęcie, co złościło ją, ale też radowało. Denerwowała się, że bawią się, kiedy Fenka może właśnie biją, lecz zabawa ta maskowała jej obecność.

Do pokoju Nissy dotarła bez większych problemów. Zdziwiło ją, że kobieta zostawiła otwarte okno, ale na pewno nie zamierzała teraz nad tym rozmyślać. Księżyc w pełni dawał wystarczająco światła, aby nie musiała zapalać świecy. Wszystko szło jak po maśle. Do czasu.

Bowiem najważniejsze znalezisko stanowił list, którego nie umiała do końca rozczytać. Fenek uczył ją liter, ale wciąż miała problemy z niektórymi wyrazami. Tylko tyle udało jej się zrozumieć:

 

„Nisso:

Z odn z tnicą wysyła z tym list  pieniądze w ra łat . T n Fenek bar mi się  oba, niest nie jest . Spokoj , rodziłam bie z gorsz i przy kami, mam n t kich spos . Jest  już na ście, więc w poł  drogi. Oby druga poł  z nas w pod nych  unkach”.

Vessa

 

List podpisany przez Vessę, nadany do Nissy, mówiący o Fenku – czyli wszystko, czego potrzebowała. Ale im dłużej się w niego wpatrywała, tym bardziej bolała ją głowa. Słysząc kroki na korytarzu, szybko schowała go do kieszeni i wymknęła się oknem.

List, który powinien był ją zadowolić, doprowadził do wrzenia. Jak miała cokolwiek z tego zrozumieć, szczególnie, że Vessa pisała bardzo niewyraźnie i niedbale? Powinna znaleźć kogoś, kto by jej pomógł, ale ulice były puste, a liczyła się każda sekunda. Z tego, co zrozumiała, byli już w połowie drogi! 

Ze złości kopnęła leżący obok kamień.

– Spokojnie, bo jeszcze zaboli – usłyszała nagle.

Zza cienia wyłonił się czarno ubrany mężczyzna.

– Kto ty?!

– Już się widzieliśmy – odpowiedział niskim głosem.

Faktycznie, gdy padło nań światło księżyca, dziewczynka przypomniała sobie o gburowatym odźwiernym z „Anielicy”. Widzieli się zaledwie kilka godzin temu. Kanarkę zdjął strach. Jeśli widział, jak wspinała się po budynku…

Powinna wziąć nogi za pas, ale naraz wezbrał w niej gniew. Zacisnęła piąstki.

– Pracuje pan dla niej – wysyczała.

To oskarżenie wprawiło mężczyznę w zadumę. Przestąpił z nogi na nogę.

– Tak, zgadza się. Tak jak i ty i ten chłopak – przypomniał. – Ale dzisiaj bardziej pracowałem dla ciebie.

– Hę? – żachnęła się dziewczynka. – Dla mnie?

Mężczyzna postąpił kilka kroków do przodu.

– Nie zdziwiło cię, że tak dobrze ci szło? Nie było strażników, miałaś otwarte okno, a w szperaniu nie przeszkodziła ci Ruda Nissa we własnej osobie. Jest tego zbyt dużo, żeby mówić o zwykłym szczęściu. Zaiste, ciesz się, że ci pomogłem, boś działała jak zwykły nowicjusz.

– Mam dopiero dziewięć lat! – oburzyła się Kanarka.

Wiedziała, że powinna mu podziękować, ale nie spodobała jej się prawdziwość jego słów. Faktycznie, nie przygotowała się i gdyby nie on, zostałaby złapana, przekreślając tym jakiekolwiek szanse uratowania Fenka.

– Ach, a myślałem, że sześć! – wykrzyknął. – Nieważne. Daj mi ten list, który znalazłaś. – Wyciągnął dłoń.

Przestrzeń między nimi jeszcze bardziej się zmniejszyła. Teraz mogła zauważyć liczne zmarszczki zdobiące jego twarz. Łysina lśniła w blasku księżyca.

– Nie! – krzyknęła i zaczęła się wycofywać.

– Aha, więc zrozumiałaś wszystko, co tam było? Bo widziałem cię i marszczyłaś brwi, aż miło!

Kanarka wyciągnęła niemrawo list, rozprostowując go na kolanie.

– Jak mam uwierzyć, że powie mi pan prawdę? – zaczęła, ale nie dokończyła, bo mężczyzna szybko chwycił list i wyrwał go jej z ręki.

– Hej! – zawołała, ale mężczyzna wcale nie uciekł, jak się spodziewała. Zdawał się ustawić kartkę na światło księżyca i marszczył brwi, próbując odczytać bazgroły. – To moje!

– Technicznie to list panny Nissy – odburknął jedynie.

Kanarka skrzyżowała ręce na piersi, próbując wyglądać na obrażoną. Wydęła usta i dreptała w miejscu. Tak naprawdę jednak nie mogła się doczekać, co mężczyzna odczyta z listu.

– Na bogów, jak ta kobieta bazgroli! – sapnął. – Na szczęście umiem czytać – tu spojrzał znacząco na Kanarkę – więc wiem, o co chodzi.

– No i?! – pisnęła podekscytowana. Nie potrafiła dłużej utrzymywać pozorów. Myślała, że umrze z przejęcia.

– A więc: „Zgodnie z obietnicą wysyłam z tym listem pieniądze w ramach zapłaty. Ten Fenek bardzo mi się podoba, niestety nie jest posłuszny. Spokojnie, radziłam sobie z gorszymi przypadkami, mam na takich sposoby Jesteśmy już na Moście, więc w połowie drogi. Oby druga połowa zastała nas w podobnych warunkach”. Albo jakoś tak. Nie jestem pewien, czy mówi o „odpadkach” czy „przypadkach”. No i to ostatnie zdanie mi jakoś nie pasuje, ale…

– To wszystko?! – wyrwała się Kanarka. – „Jesteśmy na Moście?!” Co to niby znaczy?! Myślałam, że będzie coś więcej! Ten list wcale mnie do niczego nie przybliżył.

– Tak się składa, że wiem, o jakim miejscu mowa i zaufaj mi: ten list powinien powiedzieć ci wszystko, czego potrzebujesz – rzekł mężczyzna i kontynuował zanim zdążyła odpowiedzieć. – Powiem ci, ale pod warunkiem, że będę mógł pójść z tobą.

– Ale dlaczego miałby pan…

– Skończ już z tym panem! – przerwał jej wzburzony. – Możesz mi mówić Bradiaga.

– No dobrze – ciągnęła niewzruszona. – To dlaczego miałbyś chcieć iść ze mną, Bradiago?

Tutaj mężczyzna zasępił się. Jego ciemne oczy wydały się ciemniejsze, nozdrza mu się rozszerzyły. Wyglądał na człowieka, noszącego wielki ból.

– Bo Ruda Nissa też mi kogoś zabrała. Syna.  

 

 

Trzynaście miesięcy później…

 

 

Okolona rozłożystymi świerkami i wyniosłymi pąkami róż posiadłość prezentowała się niezwykle majestatycznie. Spoglądała z góry na malutkich mieszkańców i Kanarka nie mogła oprzeć się wrażeniu, że budynek prycha na nią z odrazą. Nie mogła również powstrzymać się przed porównaniu z nim „Anielicy”. Zaśmiała się w duchu, jak mogła uważać ruderę Rudej Nissy za wyjątkową. Prawdziwa posiadłość stała właśnie przed nią.

– …słuchasz mnie?

Donośny głos ocknął ją z rozmyślań. Bradiaga rzucił na nią swym nieprzyjemnym wzrokiem. Zestarzał się w ciągu ostatnich miesięcy; zmarszczki pokrywały mu już całą twarz, a jedyne pozostałe włosy mieniły się siwizną. Mimo to, zdawał się być bardziej zdeterminowany z każdym następnym dniem. Nigdy nie opuszczał go ten tajemniczy uśmiech i iskierka rozmarzenia błyszcząca w stalowych oczach.

– Tak, oczywiście – odpowiedziała zbyt szybko za co zganiła się w myślach.

– Ach tak? To o czym mówiłem, przypomnij mi proszę.

– Coś zgryźliwy jesteś dzisiaj – rzuciła z przekąsem dziewczynka.

– A ty wyjątkowo dziecinna, jak na tak ważny dzień.

– Halo, mam dziesięć lat! – zawołała. – Poza tym Fenka tam nie ma. Nie czuję jego obecności – dodała ze smutkiem.

Tyle czasu… Gdy trzynaście miesięcy temu podążyła wraz z Bradiagą w pobliże Mostu, myślała, że już następnego dnia będzie dusiła Fenka z radości. Nie spotkali jednak ani jego, ani Vessy tamtego dnia. Tak jak i kolejnego.

Jej serce z każdą godziną usychało z rozpaczy, dlatego też nie potrafiła wykrzesać z siebie takiej determinacji jak robił to Bradiaga. Wiedziała, że Fenek wciąż żył, poczułaby, gdyby było inaczej, aczkolwiek bała się, że nigdy więcej nie ujrzy tych radosnych oczu, które zawsze zapewniały ją, iż wszystko będzie dobrze.

– Mimo to jesteśmy bliżej niż kiedykolwiek – obiecał mężczyzna.

Nie skomentował jej więzi z Fenkiem, bo zdążył się już przekonać, że warto na niej polegać.

Bradiaga ustalił, że Vessa mieszka w tej posiadłości, a uwielbiała otaczać się służbą. Nie wiedział po co staruszka miałaby jechać tak daleko jedynie po służącego, jednak nie miał wątpliwości, że gdzie była Vessa, tam powinien być i Fenek.

– Wejdziesz do budynku i się rozejrzysz. Zobaczymy, czy moje nauki nie poszły na marne – oznajmił mężczyzna.

W wolnych chwilach Bradiaga nauczał ją skradania i umiejętności obserwacji. Umiała już zwracać uwagę na otoczenie i nie zwracać uwagi na siebie.

Przebrała się w strój służącej, czyli w długą, białą tunikę z dopasowanymi do niej spodniami i związała włosy. Nie było możliwości, żeby Vessa ją zauważyła.

 

 

Serce dudniło jej w rytm stawianych kroków. Pot spływał po plecach, a policzki nabiegły krwią. Bała się. Pierwszy raz od dawna była tak daleko od Bradiagi i jego pomocy. Teraz wszystko zależało od niej.

Czuła, że ma na czole napisane: „nie powinno mnie tu być”, chociaż właściwie nikt nie zwracał na nią uwagi.

Szybko udało jej się ustalić, że Vessa przebywa w swojej komnacie. Zamierzała trzymać się jak najdalej od niej.

– Hej ty i ty! – zawołała nadchodząca kobieta. Wskazała palcem na kogoś za dziewczynką, a następnie wprost na nią. – Zanieście wino do komnaty pani Mildrof. No już, raz dwa!

Kanarka nie mogła zrobić nic innego, jak tylko posłusznie podążyć za służącą na górę, do paszczy lwa, bowiem pani Mildrof była tylko jedna i miała na imię Vessa.

– Co ci jest? – szepnęła służąca do Kanarki na widok jej rozbieganego spojrzenia i drżących dłoni. – Uspokój się, bo jeszcze ci zwróci uwagę.

Dziewczynka głęboko odetchnęła.

„Ta kobieta zabrała ci Fenka. I tylko ona wie, gdzie jest. Nie zapominaj o tym. Nienawidzisz jej. Niech to będzie twą siłą, nie słabością”.

Kanarka wzięła się w garść i już chwilę potem gniew rozgrzał jej serce. Nienawidzę Vessę. Nienawidzę, powtarzała jak mantrę.

Droga na górę nie trwała długo i minutę później weszły do obszernej komnaty. W środku byli dwaj słudzy, rosły mężczyzna i ona, pani Mildrof. Ona i mężczyzna trwali podczas rozmowy, ale nie przerwali ze względu na służące. Właściwie, nawet ich nie zauważyli.

– …wygrałam więc, jak zwykle – powiedziała Vessa.

– Zaiste. Zazdroszczę ci zawodników. Szczególnie ten nowy jest interesujący. Wydawał się delikatny, ale walczy jak mało kto.

Mężczyzna miał donośny głos i ogorzałą od słońca twarz. Ubierał się w jaskrawe kolory. Dosyć szybko poprosił o wino. Kanarka podała mu je, starając się nie zostać zauważona przez Vessę.

Kobieta jednak wydawała się całkowicie obojętna. Myślała jedynie o pieniądzach, które właśnie udało jej się zarobić.

– Ach, mówisz o Wilku. Taaak… Dokonałam na nim pewnego szantażu – odparła Vessa.

– Zainteresowałaś mnie.

– Z początku istotnie nie chciał walczyć, odmawiał wzięcia do ręki broni. Aczkolwiek przekonałam go, że jest to jego jedyna szansa na zobaczenie siostry żywej. Ot, taka drobnostka – wymruczała.

Kanarkę wzięło na wymioty. Miała ochotę wydrapać kobiecie oczy, ponieważ wiedziała, była pewna jak mało czego, że kobieta mówiła o Fenku. O jej kochanym Feneczku, którego nie widziała tyle czasu.

Nic więcej nie słyszała, bo rozmowę zagłuszało jej głośne bicie serca. Musiała jak najszybciej dołączyć do Bradiagi.

 

 

– To jest takie okropne… – lamentowała Kanarka. – Mój biedny Fenek zmuszony do czegoś takiego… Och, i jeszcze na dodatek myślał, że coś mi grozi.  

Łza popłynęła jej po policzku. Jedna, jedyna czysta łza, która spadła na piasek, marszcząc jego spokojne lico. Chmury zasłaniające słońce sprawiały, że wydawało się jakby pogoda również podzielała smutny los jaki spotkał tę dwójkę dzieci.

– Obrzydliwa kobieta – skwitował Bradiaga. – Na domiar złego to nam utrudnia zadanie, bo Fenek na pewno będzie mocno pilnowany.

– Musimy spróbować!

– Oczywiście, oczywiście, ale… Słuchaj, mała. Musisz przygotować się na to, że jeśli go znajdziemy, to znaczy kiedy, kiedy go znajdziemy może nie być już tym samym chłopcem, rozumiesz?

– Ja-jak to? – wyjąkała dziewczynka.

 – To, co ta paskudna kobieta kazała mu robić… Walczył z innymi, możliwe nawet że ich zabijał. Takie rzeczy zmieniają człowieka.

Kanarka zerwała się z kamienia, na którym przysiadła.

– Nieważne! Może mnie już nawet nie kochać, tylko żeby znowu był ze mną! – rzuciła, ale drżenie głosu wskazywało, że tak naprawdę nie przeżyłaby odtrącenia przez Fenka.

Bradiaga zmierzył ją bacznym wzrokiem, po czym wzruszył ramionami.

– Walki na pewno organizowane są na tej ogromnej arenie, którą widzieliśmy, a z tego co wiem, zawodnicy trzymani są pod nią. Chodźmy.

 

 

 

Znalezienie tylnego wyjścia zajęło im pół dnia, więc na dworze zdążyło się ściemnić. Gwiazdy otulały ich podczas tej niebezpiecznej przeprawy, a chłodny wiatr niósł nadzieję powodzenia.

Zanim weszli w wylot kanalizacji, Bradiaga zatrzymał Kanarkę.

– Dobrze, jesteśmy – jak gdyby zawyrokował, po czym przybrał swoją hardą maskę. – Posłuchaj: gdy już wejdziemy do podziemi, spróbuję odciągnąć uwagę strażników, żebyś mogła bez przeszkód uwolnić Fenka. Ponieważ nie wiem, co może się stać, nie myśl o mnie tylko o nim, rozumiesz? Nie oglądajcie się za siebie.

– Co mówisz, Bradiago? Nie zostawię cię. Przyszliśmy tu razem. A Fenek… na pewno chciałby cię poznać.

– Wiem, malutka. Ja jego również bardzo chciałbym poznać – odrzekł mężczyzna lekko łamiącym się głosem. – Jednak ten chłopak jest dużo więcej wart od takiego starego zrzędy jak ja.

Kanarka nie była pewna, czy to nie przez srebrne światło księżyca, ale wydawało jej się, że dostrzegła łzę w oku Bradiagi.

– Obiecaj mi, że zrobisz jak mówię – nakazał mężczyzna.

Dziewczynka wahała się, ale zrozumiała, że jest to dla niego bardzo ważne.

– No dobrze, obiecuję.

W jednej chwili Bradiaga przemienił się na powrót w zdeterminowanego mężczyznę i wszedł do podziemi.

W środku było całkiem ciemno, więc musieli przytrzymywać się śliskich ścian. Przez długi czas jedynym słyszalnym dźwiękiem było ciche chlupotanie wody. Korytarz wydawał się ciągnąć bez końca, jednak wkrótce dostrzegli nikłe światło w oddali. Przyśpieszyli kroku.

Światłem okazała się być samotna pochodnia uczepiona metalowego uchwytu. Jest to małe, okrągłe pomieszczenie, w którym z lewej strony rozpoczyna się kolejny korytarz, lecz tym razem oświetlony innymi pochodniami. Gdy wstąpili w ów korytarz, zaczęli słyszeć przytłumione głosy i następujące po sobie dźwięki – śmiech, głośne kroki, uderzenia o stół, brzdęk metalu. Kanarka wstrzymała oddech.

Jednakże Bradiaga nie zwolnił, wręcz przyśpieszył i dziewczynka musiała się mocno postarać, aby za nim nadążyć.

Ten korytarz również kończył się kolistym pomieszczeniem, ale w odróżnieniu od poprzedniego tutaj znajdowały się żeliwne drzwi. Zza drzwi tych dało się słyszeć grupę mężczyzn.

– To tutaj – wyszeptał Bradiaga. – Będziesz musiała wykazać się niezwykłą zręcznością i sprytem, ale wiem, że dasz sobie radę, słyszysz? – Kucnął i złapał ją za ramiona. Jego oczy jarzyły się niezwykłym blaskiem. – Dasz radę. Kieruj się intuicją i sercem. Miłość do Fenka wskaże ci drogę. I… – zawahał się. – Pamiętaj o czym ci mówiłem. Cokolwiek się tutaj zdarzy, macie uciekać. Przytaknij.

Przytaknęła.

– Dobrze. Dobrze… Gdy wyjdę, odczekaj dokładnie minutę. Później biegnij, jakby cię sam diabeł gonił.

Kanarka patrzyła nieobecnym wzrokiem jak mężczyzna bierze zaczepioną na ścianie pochodnię i wychodzi przez drzwi. Obejrzał się na nią i posłał jej pełen czułości uśmiech. Sekundę później go nie było.

Po dwudziestu sekundach usłyszała głośne nawoływania strażników i zakryła dłonią usta, gdy tupot ich stóp rozbrzmiewał z całą siłą. Nie weszli do pomieszczenia, za to wyraźnie pędzili dalej.

Dziewczynka starała się myśleć tylko o kolejnych liczbach: czterdzieści, czterdzieści jeden, czterdzieści dwa. Jednocześnie czuła całym sercem, że Fenek jest w pobliżu. Po prostu to czuła.

– …sześćdziesiąt – wyszeptała, po czym wzięła głęboki oddech.

Wyskoczyła z pomieszczenia i popędziła ciemnymi korytarzami. Jednak nikt jej nie ścigał. Nie zamierzała przez to zwolnić, lecz bardzo ją to zdziwiło. Nie myślała, że Bradiadze aż tak się powiedzie.

Biegła całkowicie na oślep. Spróbowała wsłuchać się we własną duszę i następny zakręt pokonała całkiem świadomie. Nie umiałaby wytłumaczyć, dlaczego skręciła właśnie w prawo, a nie w lewo, ale była pewna, że dobrze robi.

Po kilku minutach dotarła do dużego pomieszczenia, w którym znajdowały się cele. Był tutaj tylko jeden strażnik, drzemiący pod przeciwległą ścianą. Z tego co Kanarka zauważyła, większość cel była pusta. Tylko gdzieniegdzie dostrzegała nieruchome ciężkie sylwetki. W jednej zaś zauważyła skrytą w cieniu, drobną postać, która ewidentnie na nią patrzyła. Kanarka podeszła szybko i trzymając się krat, szepnęła:

– Fenek…?

Postać drgnęła. Dziewczynka nie zdążyła nawet mrugnąć, a już wpatrywała się w srebrne, duże oczy. Fenek delikatnie wyciągnął poranioną dłoń i dotknął policzka dziewczynki.

– Nie wierzę… Czy jesteś prawdziwa? – wyszeptał zbolałym, łamiącym serce głosem.

– Tak, Fenku. Najprawdziwsza! Żeby ci to potwierdzić, zaraz cię stąd wypuszczę.

Podeszła powoli do śpiącego strażnika i zaczęła bardzo delikatnie szukać kluczy. Zrobiła to tak zręcznie, że strażnik jedynie westchnął przez sen. Choć starała się równie finezyjnie otworzyć cele, zamek głośno jęknął. Napędziło jej to niezłego stracha, lecz strażnik dalej mocno spał.

Już w następnej chwili Fenek tulił ją do serca tak mocno, że aż zabrakło jej tchu. Zmierzwił jej blond włosy i spojrzał głęboko w oczy. Nie musiał nic mówić; Kanarka doskonale wszystko zrozumiała.

Gdy pędzili do wyjścia wyglądając jak dwa straszne cienie nocy, poczuli słaby zapach siarki, a kilka zakrętów później dojrzeli dym. Fenek złapał dziewczynkę mocniej i pobiegli jeszcze szybciej. Kanarka przełknęła ślinę, wspominając Bradiagę niosącego pochodnię. Bała się, że posunął się za daleko.

Z oddali słyszeli nawoływania, ale udało im się wślizgnąć za żeliwne drzwi zanim prawie spotkali się z grupą strażników. Każdy z nich niósł wiadro wody. Pożar.

„Coś ty narobił, Bradiago?”, pomyślała Kanarka.

– Szybko! – krzyknął Fenek, ciągnąc dziewczynkę naprzód.

Znowu biegła po omacku w zupełnych ciemnościach. Tym razem trwało to znacznie dłużej. Chciała, żeby to się już skończyło.

Wprost z tuneli potoczyli się po trawie. Dyszeli ciężko ze zmęczenia i emocji. Gwiazdy mrugały im na powitanie, a wiatr całował rozgrzane policzki.

– Kanarko, uratowałaś mnie! Jak w ogóle tu dotarłaś, ty szalona dziewczyno? – zawołał Fenek, znów biorąc ją w objęcia.

– Miałam pomoc. Samej nigdy by mi się nie udało… – odszepnęła, patrząc rozgorączkowanym wzrokiem na wylot tunelu. Może jeszcze się zjawi? – Muszę… muszę wrócić po niego.

Chłopiec nie chciał jej puścić.

– Nie możesz! Spójrz na ten dym, ogień jest wszędzie. Cudem udało nam się uciec!

– Muszę! – oponowała.

Jednak nie zdążyła wyrwać się z objęć Fenka, gdy wielki wybuch rzucił ich do tyłu. Cała arena płonęła i wybuchały kolejne beczki z prochem. Widok był okropny, jak z najgorszego koszmaru. Prawie oboje zginęli w wybuchu.

Kanarka rozpłakała się na myśl o przyjacielu, który pomógł jej uratować Fenka, a następnie oddał życie, aby nikt nie mógł ich złapać. Nigdy nie spotkała się z większym poświęceniem. Jednak musiała przyznać, że ten pożar był na swój sposób piękny – ta arena nie miała prawa istnieć.

 

 

– Kanareczko? Hej, Kanareczko obudź się.

Nawet głodna i brudna sierota ma po co żyć. Jednak Kanarka nie była już nigdy więcej ani głodna, ani brudna. Razem z Fenkiem postanowili nie wracać do rodzimego miasta, które obojgu kojarzyło się jedynie źle. Zamiast tego wybrali życie nomadów, polując i zbierając jedzenie. Nie byli wcale bogatsi niż wcześniej, ale cieszyli się pełną swobodą życia.

Kanarka myślała kiedyś, że największą radość dałoby jej mieszkanie w zamku, ale taki sposób życia podobał jej się dużo bardziej.

– No dalej, bo prześpisz wschód słońca – ponaglał ją Fenek.

Ostatnio mawiał, że do szczęścia wystarczy mu poranny blask słońca i ona, gdyż przez długi czas nie miał ani tego, ani tego.

– Jest przepiękny – westchnęła.

– Tak, to prawda – przytaknął, po czym przytulił Kanarkę. – A teraz opowiedz mi jeszcze trochę o Bradiadze i waszych przygodach – poprosił.

– Och, Bradiaga był dużo bardziej zdeterminowany ode mnie, żeby cię znaleźć…

I tak wśród szumu porannego wiatru, jak gdyby zwierzając się samemu słońcu dziewczynka opowiadała o mężczyźnie, który w pewien sposób uratował ich oboje, a którego nie miała czasu zbyt dobrze poznać. Na zawsze jednak miała pamiętać o jego poświęceniu i już do końca życia czuła, jakoby był jej aniołem stróżem, tak jak ona była dla Fenka, a on dla niej.  

Koniec

Komentarze

No cóż, Amaranthine, Twoja opowieść, niestety, nie przypadła mi do gustu. Być może dlatego, że, jak mniemam, jest przeznaczona dla dzieci, nie dla dorosłych. Historia to prościutka, by nie rzec naiwna i choć w pewnym momencie dochodzi do zawalenia się świata bohaterów, to już niebawem, całkiem łatwo, nie natrafiając na najmniejsze przeszkody, na żadne trudności, dziesięcioletniej dziewczynce udaje się uwolnić przyjaciela.

Owszem, przez ostatni rok dzieckiem opiekuje się dorosły, ale nie znam powodu, dlaczego to robi, dlaczego zależy mu na uwolnieniu chłopca.

Brakło mi też opisania sytuacji miasta i jakiegoś wytłumaczenia, dlaczego jest w nim tak wiele sierot, które nikogo nie obchodzą. Brakło mi też w tej historii jakiegokolwiek napięcia, jakieś niepewności, jak potoczą się losy dzieci. Brakło mi także fantastyki.

Nudna to opowieść, w której wszystko się udaje, zło zostaje pokonane, a bohaterów czeka jasna przyszłość. Tak dzieje się tylko w bajkach dla najmłodszych.

Wykonanie, co stwierdzam z przykrością, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

Ka­nar­ka nie po­tra­fi­ła sobie wy­obra­zić więk­szej więzi do ko­go­kol­wiek in­ne­go. –> Ka­nar­ka nie po­tra­fi­ła sobie wy­obra­zić więk­szej więzi z kimkolwiek innym. Lub: Ka­nar­ka nie po­tra­fi­ła sobie wy­obra­zić większego przywiązania do ko­go­kol­wiek in­ne­go.

 

Ścia­ny obite pi­ko­wa­ną kasz­mi­ro­wą wy­kła­dzi­ną i pod­ło­ga wy­ło­żo­na ele­ganc­kim ciem­nym drew­nem przy­po­mi­nał w ich wy­obra­że­niach zamek kró­lew­ski. –> Raczej: Ścia­ny obite pi­ko­wa­ną kasz­mi­ro­wą wy­kła­dzi­ną i pod­ło­ga wy­ło­żo­na ele­ganc­kim ciem­nym drew­nem, przy­po­mi­nały zamek kró­lew­ski z ich wyobrażeń.

 

ale i tak od­dał­by za małą życie. –> …ale i tak od­dał­by za małą życie.

 

Szyb­ko prze­mógł żal, który ści­snął go za serce… –> Szyb­ko prze­mógł żal, który ści­snął mu serce… Lub: Szyb­ko prze­mógł żal, ści­skający mu serce

 

– A może ja stanę się twoim przy­ja­cie­lem? Wtedy mo­gła­byś roz­ma­wiać ze mną.

Naj­wi­docz­niej taka in­te­re­sow­ność i otwar­tość była dla dziew­czyn­ki nowa… –> Co interesownego było w propozycji chłopca?

A może miało być: Naj­wi­docz­niej taka bezin­te­re­sow­ność i otwar­tość były dla dziew­czyn­ki czymś nowym

 

ku­piec, który na jed­nym z po­bli­skich sto­isków usta­wił… –> …ku­piec, który na jed­nym z po­bli­skich sto­isk usta­wił

 

żeby Fenek był zło­śli­wy dla kogoś… –> …żeby Fenek był zło­śli­wy wobec kogoś

 

Mi­ja­jąc ich, prze­niósł swe spoj­rze­nie na dziew­czyn­kę. –> Zbędny zaimek. Czy mógł przenieść na dziewczynkę cudze spojrzenie?

 

„Zostań tu na chwilę. Zaraz wrócę.” „Ale gdzie idziesz, mamusiu? Mogę iść z tobą? Proszę! Nie będę przeszkadzać.” „Za minutkę będę z powrotem! Mamusia musi coś załatwić.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

„Nie… nie mogę…”, myśli świdrowały mózg Fenka, jak igły. –> Albo kursywa, albo cudzysłów. Ten błąd pojawia się wielokrotnie także w dalszej części opowiadania.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

ob­le­pia­ła ich du­cho­ta i gorąc. –> …ob­le­pia­ła ich du­cho­ta i gorąco.

 

otwar­cie się dru­gich drzwi, ukry­tych za po­mo­cą pa­ne­li. –> Raczej: …otwar­cie się dru­gich drzwi, ukry­tych za pa­ne­lami/ pod panelami.

 

z każ­dej li­te­ry wy­pły­wał jad, który kąsał dziew­czyn­kę go­rzej, niż gdyby była to praw­dzi­wa żmija. –> Jad nie kąsa, kąsa żmija i wsącza jad.

Proponuję: …z każ­dej li­te­ry wy­pły­wał jad, który dziew­czyn­ka odczuwała boleśniej, niż gdyby kąsała ją praw­dzi­wa żmija.

 

ogni­ste włosy upię­te zo­sta­ły za po­mo­cą, rów­nież zło­tych, dłu­gich szpu­li. –> Nie przypuszczam, by szpule mogły posłużyć do upięcia włosów.

Pewnie miało być: …ogni­ste włosy upię­te zo­sta­ły za po­mo­cą, rów­nież zło­tych, dłu­gich szpil.

 

– Małą Ka­ła­mar­ni­ce też przy­pro­wa­dzi­łeś… –> Literówka.

 

– Ka­ła­mar­ni­ca, Ka­nar­ka – jeden pies.Ro­ze­śmia­ła się uro­czo. –> – Ka­ła­mar­ni­ca, Ka­nar­ka – jeden pies – ro­ze­śmia­ła się uro­czo.

 

ale krzyk miała tak gło­śny… –> Nie wydaje mi się, aby krzyk można mieć.

Proponuję: …ale wydała krzyk tak gło­śny/ donośny

 

– Nie taka była umowa, Nissa. Ni­g­dzie nie pójdę do­pó­ki nie za­pew­nisz jej opie­ki– Chciał po­wie­dzieć coś jesz­cze… –> Brak kropki po wypowiedzi, brak spacji przed półpauzą.

 

W dro­dze na górę wi­dzia­ła mnó­stwo ludzi z roz­ja­śnio­nych okien. –> Kim/ czym są ludzie z rozjaśnionych okien?

A może miało być: W dro­dze na górę, w roz­ja­śnio­nych oknach wi­dzia­ła mnó­stwo ludzi.

 

męż­czy­zna szyb­ko chwy­cił za list i wy­rwał go jej z ręki. –> …męż­czy­zna szyb­ko chwy­cił list i wy­rwał go jej z ręki.

 

– Na szczę­ście umiem czy­tać – tu spoj­rzał zna­czą­co na Ka­nar­kę – więc wiem, o co cho­dzi. –> – Na szczę­ście umiem czy­tać.Tu spoj­rzał zna­czą­co na Ka­nar­kę.Więc wiem, o co cho­dzi.

Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Oko­lo­na roz­ło­ży­sty­mi świer­ka­mi i wy­nio­sły­mi pą­ka­mi róż po­sia­dłość… –> Czy wyniosłe pąki róż rosnące wokół posiadłości nie rozwijały się, nie rozkwitały?

A może posiadłość okalały krzewy róż.?

 

–…słu­chasz mnie? –> Brak spacji po półpauzie.

 

które za­wsze za­pew­nia­ły ją, iż wszyst­ko bę­dzie do­brze.

– Mimo to je­ste­śmy bli­żej niż kie­dy­kol­wiek – za­pew­nił męż­czy­zna. –> Powtórzenie.

 

Prze­bra­ła się w ubra­nie słu­żą­cej… –> Brzmi to nie najlepiej.

Proponuję: Prze­bra­ła się w strój słu­żą­cej

 

żeby Vessa za­uwa­ży­ła.

Serce dud­ni­ło jej w rytm sta­wia­nych kro­ków. Pot spły­wał jej po ple­cach… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

na widok jej roz­bie­ga­ne­go spoj­rze­nia i trzę­są­cych dłoni. –> …i trzę­są­cych się dłoni. Lub: …i drżących dłoni.

 

Ona i męż­czy­zna trwa­li pod­czas roz­mo­wy, ale nie prze­rwa­li ze wzglę­du na słu­żą­ce. –> Co to znaczy trwać podczas rozmowy i nie przerwać ze wzglę­du na słu­żą­ce?

A może miało być: Ona i męż­czy­zna prowadzili roz­mo­wę i nie prze­rwa­li jej, gdy weszły słu­żą­ce.

 

–… wy­gra­łam więc, jak zwy­kle – po­wie­dzia­ła Vessa. –> Brak spacji po półpauzie. Zbędna spacja po wielokropku.

 

sta­ra­jąc się nie zo­stać za­uwa­żo­ną przez Vessę. –> …sta­ra­jąc się nie zo­stać za­uwa­żo­na przez Vessę.

 

szan­sa na zo­ba­cze­nie sio­stry żywą. –> …szan­sa na zo­ba­cze­nie sio­stry żywej.

 

roz­mo­wę za­głu­sza­ło jej gło­śne bicie serca. –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …roz­mo­wę tłumiło gło­śne bicie jej serca.

 

łza, która spa­dła na pia­sek, marsz­cząc jego spo­koj­ne lico. –> Jak wygląda lico piasku?

 

W jed­nej chwi­li Bra­dia­ga prze­mie­lił się… –> CO zrobił???

A może miało być: W jed­nej chwi­li Bra­dia­ga prze­mie­nił się

 

W środ­ku było cał­ko­wi­cie ciem­no… –> Raczej: W środ­ku było cał­kiem/ zupełnie ciem­no

 

więc mu­sie­li pod­trzy­my­wać się śli­skich ścian. –> Podtrzymywać można kogoś/ coś, ale nie można podtrzymywać się ścian.

Proponuję: …więc mu­sie­li przytrzymywać się/ trzymać się śli­skich ścian.

 

je­dy­nym sły­szal­nym dźwię­kiem było ciche chlu­po­ta­nie ich butów. –> Buty nie chlupoczą. Chlupotać mogła woda po której szli.

 

wkrót­ce do­strze­gli lek­kie świa­tło w od­da­li. –> Czy światło może być lekkie lub cieżkie?

Proponuję: …wkrót­ce do­strze­gli nikłe świa­tło w od­da­li.

 

–…sześć­dzie­siąt – wy­szep­ta­ła, po czym wzię­ła głę­bo­ki od­dech. –> Brak spacji po półpauzie.

 

na­stęp­ny za­kręt do­ko­na­ła cał­kiem świa­do­mie. –> Pewnie miało być: …na­stęp­ny za­kręt po­ko­na­ła cał­kiem świa­do­mie.

 

drob­ną po­stać, która ewi­dent­nie się w nią pa­trzy­ła. –> …drob­ną po­stać, która ewi­dent­nie na nią pa­trzy­ła. Lub: …drob­ną po­stać, która ewi­dent­nie w nią się wpa­trzy­ła.

 

Dziew­czyn­ka nie zdą­ży­ła nawet mru­gnąć, a już wpa­try­wa­ła się w srebr­ne, duże oczy. Fenek de­li­kat­nie wy­cią­gnął po­ra­nio­ną dłoń i do­tknął po­licz­ka dziew­czyn­ki. –> Powtórzenie.

 

Choć sta­ra­ła się rów­nie fi­ne­zyj­nie otwo­rzyć cele, zamek gło­śno jęk­nął. –> Literówka.

 

po­czu­li słaby za­pach siar­ki, a kilka za­krę­tów póź­niej doj­rze­li dym. –> Jak mogli dostrzec dym, skoro wcześniej pisałaś, że w korytarzu było tak ciemno, że musieli trzymać się ścian?

 

Coś ty na­ro­bił, Bra­dia­go…?, po­my­śla­ła Ka­nar­ka. –> Po pytajniku nie stawia się przecinka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wrzuciłam do kolejki, ale wyrzucę, jeśli nie zobaczę, że tekst jest poprawiony.

Znam tylko pięć liter ;)

Dziękuję bardzo regulatorzy za odwiedziny i długi komentarz. To naprawdę niesamowite, że tak się natrudziłaś! Ogólnie wymienione przez Ciebie błędy mnie nie zdziwiły oprócz jednego: czy ja naprawdę napisałam tam “przemielił”? Okropne! :P 

Zgadzam się we wszystkim co napisałaś. Następnym razem się bardziej postaram. Dzięki!

Bardzo proszę, Amaranthine. Cieszę się, że mogłam pomóc. ;)

 

Ogólnie wymienione przez Ciebie błędy mnie nie zdziwiły…

Mnie natomiast mocno zaskoczył brak Twojego zdziwienia. Czyżbyś wiedziała, że te błędy są w tekście? Jeśli tak, to dlaczego wcześniej, przed opublikowaniem opowiadania, nic z nimi nie zrobiłaś?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie nie, to nie tak, że je widziałam. Jakby tak było to bym je poprawiła oczywiście. Po prostu jak zobaczyłam te błędy, to pomyślałam: “no tak, naturalnie, że tyle ich popełniłam” ;) 

No cóż, Amaranthine, będziesz musiała przysiąść fałdów i mocno popracować nad warsztatem.

Powodzenia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmm, no nie wiem, trochę to o niczym. Jeśli zapraszasz czytelnika do jakiegoś świata, to wypadałoby go jakoś przedstawić. A tu nic. Co to za miasto? Dlaczego w nim tyle sierot? Czy matki porzucają tu swoje dzieci, a jeśli tak dlaczego? O co chodzi z tymi mostami? Kim był mężczyzna, który pomagał Kanarce? Za dużo pytań zostaje bez odpowiedzi.

Fantastyki też nie widzę. Nissa jest okrutna, ale zwyczajna, ludzka.

Opuściłaś to, co w tego typu tekstach najlepsze, czyli przygody w drodze i to jak ta podróż zmienia bohatera. Kanarka ma nie tyle anioła stróża, co kogoś, kto robi praktycznie wszystko za nią. Sugerujesz, że mężczyzna czegoś ją uczył, ale nie pokazujesz tej nauki. Nie pokazujesz, jak dziewczynka się zmienia, nie wiem, czy ona w ogóle się zmienia.

 

Aby już nie marudzić, pomysł niezły, ale wymaga jeszcze trochę pracy. ;)

Podpisuję się obiema rękoma pod opinią Irki_Luz. Od siebie dorzucam garść przydatnych linków:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka