- Opowiadanie: Martyna - Likantrop

Likantrop

Hejka! Jakiś czas temu publikowałam tutaj znacznie bardziej okrojoną wersję “Likantropa”. Dostałam od wielu osób trafne rady, dotyczące tego co mogłabym poprawić. W końcu zebrałam się w sobie, by na serio się za to zabrać. Opowiadanie wzbogaciło się o kilka stron nowego tekstu. Wiem, że nadal nie jest idealnie i nadal liczę na rady, by cały czas móc się doskonalić. Ale czuję, że dzięki wskazówkom z tej strony zrobiłam jakiś progres! Ale już nie owijam w bawełnę i zapraszam do lektury! 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Likantrop

– A kogo my tutaj mamy? – Charczący głos sprawiał, że wszystko wokół zamierało. Kobieta zobaczyła go wyłaniającego się zza drzewa. Cała jego aparycja była przerażająca. Garbił się, przez co umięśnione ręce wydawały się dziwacznie długie. Chciała uciec, ale zdążył ją pochwycić. Był szybki, szybszy niż zwykły człowiek. Do tego poruszał się ciężko, jakby chciał rozbić grunt stopami, a mimo tego nie dało się usłyszeć jego kroków. Złapał ją mocno za biodra i uniósł barwną sukienkę.

– Chcesz tego? – warknął.

Kobieta stanowczo pokręciła głową, ale on tylko się roześmiał. Wiedział, że mimo tej odpowiedzi, i tak ją posiądzie. Popchnął dziewczynę, bez cienia delikatności, na ziemię, i usiadł na niej okrakiem. Składał na jej ciele mokre i gwałtowne pocałunki. Owłosiona twarz mężczyzny drażniła gładkie kobiece ciało. Poruszał się szybko, a ona pozostawała bez ruchu. Chciała krzyczeć, powiedzieć żeby przestał, ale nie potrafiła. Słowa zamarły kobiecie na ustach. Tylko łzy wyrażały jak bardzo tego wieczoru została skrzywdzona.

*

Jestem wybrykiem natury. Niektórzy nazywają mnie wilkołakiem, a inni potworem. Ja mówię na siebie likantrop, brzmi dostojnie. Od urodzenia całe moje ciało pokrywają krótkie włoski. Są wszędzie, na rękach, nogach, twarzy. Moje imię? Nawet nie wiem jak brzmi, albo czy w ogóle istnieje. Nikt mnie nigdy nie wołał, poza matką, a ona robiła to różnymi ruchami rąk i ciała, była niemową. Jeśli wierzyć ludziom we wsi, to przed moimi urodzinami mówiła dużo. Czasem nawet, w trakcie różnych obrządków, śpiewała ludowe przyśpiewki. Mężczyźni twierdzą, że czarowała głosem. Podczas każdego święta spędzonego z nią, można było zapomnieć o całym świecie i odłożyć zmartwienia na bok. Nie robić nic, zamknąć oczy i słuchać czystego, pięknego śpiewu. Był to śpiew niczym wtedy nieskalanej młodości. Zaniemówiła podczas Nocy Kupały, dwadzieścia jeden lat temu, zaraz potem jej brzuch zaczął rosnąć. Działo się to przez dziewięć miesięcy, aż do moich narodzin. Nikt nie wie co się wydarzyło w tamtą noc. Niektórzy mówią, że to klątwa. Inni, że ofiarowała duszę Welesowi, a jeszcze inni, że to Chors odebrał jej głos i zostawił potworne dziecko. Ja myślę, że to mój ojciec zgwałcił ją gdzieś w ciemnym zagajniku. Czasem zastanawiam się jak wyglądał, jak się poruszał. Gdy za bardzo się rozpędzę i stracę kontakt z rzeczywistością, nazywam go w myślach tatą. Lecz przecież ten człowiek nawet nie zasługuje by być nazywanym “ojcem”. Dzięki niemu żyję, ale przez niego matka utraciła dawny byt, młodość i radość. Został jej syn dziwak i bolesne wspomnienia. Nigdy nie dowiem się jak było naprawdę. Znam tylko plotki i przypuszczenia. Żałuję, że nie umiała mi tego opowiedzieć. Chciałbym znać jej historię taką jaką była naprawdę. Bez żadnych półprawd i niedomówień. Oboje byliśmy niepiśmienni, więc zostawały gesty. Gdy czule głaskała mnie po głowie, wydawało mi się jakby dawała mi całą miłość. Słowa nie były nam potrzebne. Matka była jedyną osobą która mnie kochała, w jej oczach nigdy nie widziałem wstrętu. Niedawno umarła. W jej ostatnim tchnieniu poczułem ogromne pokłady miłości. Byłem wtedy przy niej i trzymałem rękę z której powoli uciekało ciepło. Tydzień wcześniej przeziębiła się, przez to zmarła, ale we wsi i tak ludzie plotkują.

W nocy często opuszczam moją kryjówkę, młyn, i pod osłoną kaptura słucham tego co mówią w wiosce. Wiem, że to są tylko wymysły, ale i tak czuję ból i smutek: mówią, że byłem karą za jej bratanie się z bogami, albo, że ją zabiłem, że to moja wina. Osądzają mnie i ją, bez skrupułów. Nie chcą tego zrozumieć, szukają tylko okazji by mnie oskarżyć, by w ich małym światku coś się w końcu działo. Nieważne, że jest to okupione czyjąś tragedią. Pragną rewelacji i plotek, na które rzucają się jak dzikie zwierzęta na mięso i krew, a to mnie nazywają się potworem.

Dzisiaj też poszedłem słuchać pod karczmę. Z okien wylewa się ciepłe światło świec. Wystrój jest bardzo stonowany, tutaj nie jest ceniona ekstrawagancja. Zapomina się o dekoracjach. Tu liczy się tylko alkohol, dzięki któremu można na chwilę puścić w niepamięć życiowe problemy, znieczulić się. Nigdy nie wchodzę do środka. Zawsze stoję przed i wytężam słuch, sam już nie wiem po co to robię. Chyba tylko po to, by się czymś zająć. Przestać myśleć o tym, że zostałem sam. Nikt już mnie nie dotknie, nikt nie pocieszy. Potwory przecież tego nie potrzebują, prawda? A jednak, ja potrzebuję, zwłaszcza gdy płaczę zawinięty w liniane prześcieradło i uświadamiam sobie cały ten bezsens. Czasem wyję, lecz nie do księżyca, a do swojej beznadziejnej doli. W karczmie poza zawodzeniem i pijackimi przyśpiewkami, słyszę prowadzone chwiejnymi głosami rozmowy. Alkohol uruchamia w ludziach to co najgorsze i najlepsze jednocześnie. Tracą kontrolę, brak im ogłady, ale jednak są szczerzy do bólu. Chociaż szczerość też potrafi zaboleć. Żerca i kupiec siedzą przy jednym stole.

– Ty żeś słyszał o tym wilczku, co matkę swoją zabił? – odezwał się pierwszy z nich.

– Jakże bym miał nie słyszeć. Niewdzięczne demoniczne nasienie! – Splunął z pogardą.

Jak zawsze żałuję przyjścia tutaj. Mam ochotę tam wbiec, i skręcić im karki, wyobrażam sobie krew płynącą po moich rękach. Uczucie satysfakcji jest silne. Dziwnie, przerażająco silne. Przełykam głośno ślinę. Niczym sobie nie zasłużyłem na wypełnione jadem stwierdzenia. Oni natomiast zasłużyli na karę! Osuwam się po zimnej ścianie, i czuje na plecach przyjemny chłód. “Uspokój się, uspokój się…”, powtarzam te słowa w głowie, jak mantrę. Przymykam oczy, a moje myśli biegną w różnych kierunkach. Przeraża mnie to, co się przed chwilą wydarzyło. Dzikie pragnienie zemsty i rozlewu krwi. Co się ze mną dzieje? Siedziałem tak dłuższą chwilę bez wyraźnego celu. Gdy świt zbliżał się nieubłaganie, a przyśpiewki pijanych mężczyzn były zastępowane ich pochrapywaniem, postanowiłem wstać. Czas było wracać do małego, ciasnego młyna, który odkąd pamiętam nazywam domem. Wcześniej, gdy matka żyła często ktoś przychodził do nas zmielić ziarna na mąkę. Z tego żyliśmy. Pamiętam, że gdy ona zajmowała się gośćmi, ja siedziałem skulony w ciemnym kącie. Nie chciałem nikogo wystraszyć. Teraz młyn wygląda jakby był opuszczony, to matka wprowadziła do tego miejsca życie. Pamiętam jak chodziła rano po łąkach, by nazbierać kwiatów. Układała je w obitym dzbanku, który stawiała na stole. Odsuwała się potem dwa kroki i z dumą patrzyła na swoje dzieło. Najbardziej lubiła niezapominajki, miały kolor jej oczu. Teraz wazon nie stoi pusty, a mimo to jest bez życia. Nadal są w nim niezapominajki, lecz ich kolor nie jest już błękitny, ale brązowy. Powinienem był je wyrzucić, lecz czuję jakby one były jakąś częścią matki. Boję się ich dotknąć, wiem, że przez jedno muśnięcie mogą rozpaść się już na zawsze. Co mi wtedy zostanie po matce, poza smutkiem i bólem? Oszczędności skończyły się jakiś czas temu. Często kradnę. Muszę to robić. Szukałem innej pracy, potrafiłbym robić wiele rzeczy. Sprzątać, sprzedawać, nawet kuć podkowy, albo dalej mielić mąkę. Ale na mój widok najczęściej ludzi ogarnia strach. Są też tacy którzy sobie kpią. Tych drugich nienawidzę dużo bardziej. Myślą, że mogą sobie pozwolić na wszystko, bez konsekwencji, lecz jeszcze zobaczą…

Jestem złodziejem z przymusu. Najczęściej kradnę jedzenie, gdy sprzedawcy nie patrzą. Monety zabieram tylko tym, którzy mieli czelność się ze mnie nabijać. Najłatwiej jest mi z pijanymi, oni na drugi dzień nic nie pamiętają. Gdy zataczający się wracają do domu łapię ich, przeszukuję kieszenie i zabieram tyle ile mi potrzebne. Czasem próbują walczyć, ale jestem silniejszy. Uwielbiam to uczucie bezradności w oczach moich ofiar. Napawam się nim. Gdy przychodzi poczucie winy, przypominam sobie jakimi słowami mnie nazwali. Wyobrażam sobie ich twarze, wykrzywione w paskudnych uśmieszkach, gdy wymyślali coraz to gorsze obelgi na mój temat. Następnie widzę u nich bezsilność. Chcą bym dał im spokój, lecz czy oni mi go kiedykolwiek dali? Tyle razy miałem ochotę zabrać ze sobą nóż i zakończyć ich żywot. Marzyłem, by ich jeszcze ciepła krew oblepiła mi ręce, by rozlała się na ziemi. Jednak nigdy tego nie zrobiłem. Wiem, że mimo ich śmierci to mnie zabiłby wyrzuty sumienia.

Niebo z ciemnej granatowej barwy zaczynało powoli przechodzić w coraz to jaśniejsze tony. Księżyc nadal lśnił mi się nad głową. Wszystko wokół  jakby się uspokoiło. Wiatr delikatnie muskał moje policzki. Dzisiaj wizyta w karczmie przeciągnęła się, niemniej jednak cieszyłem się. Oczywiście nie z powodu tego co usłyszałem, lecz przez przyrodę. Czułem taki spokój wracając. Natura grała cichutką melodię, by mnie uspokoić  Do domu zwykle chodziłem jedną ścieżką, zawsze tą samą lecz dzisiaj coś usłyszałem. Sam nie wiem co. Jakiś szmer? Nie byłem pewny, czy sobie tego nie wyobraziłem. Stwierdziłem, że nic się nie stanie jak pójdę inną drogą. Jedna noc nic nie zmieni, prawda? Lecz było inaczej. Stawiałem kroki powoli i niepewnie. W jednym momencie wiedziałem gdzie jestem, a potem coś się zmieniło. Wszystko było inne. Wiatr dmuchał głośniej, drzewa wydawały się osobliwie powyginane. Krajobraz był zamglony, ale ja widziałem dobrze. Mimo szarości przed zbliżającym się porankiem, kolory były intensywne. Poczułem jakbym się wybudził  z letargu trwającego już bardzo długo, zbyt długo. Moje zmysły były wyostrzone. Wszystko docierało do mnie mocniej i bardziej. Słyszałem huk w głowie. Nagle przede mną pojawił się wilk, pierwotny i dziki. Jego sierść była piękna. Wyglądała na miękką. Jednakże jej zimny odcień przywodził na myśl zbroję. Cały jego powierzchowność była majestatyczna. Niesamowity i groźny jednocześnie. Pomyślałem, że zaraz umrę, że dla niego jestem tylko kawałkiem mięsa, lecz on nie zaatakował mnie. Zaczął wyć, śpiewać piękną pieśń do księżyca. Potem spojrzał na mnie, o dziwo bez brutalności. W jego spojrzeniu była mądrość, która zdawała się mówić, że już niejednego w życiu doświadczył. Spokój błękitnych oczu, ogarnął mnie bez pamięci. Nie wiem, jak długo tam stałem, kilka chwil, może dłużej. Potem wszystko minęło.

*

Obudziłem się obok studni. Ziemia na której leżałem, była wilgotna. Mgła zniknęła, i znów mogłem dostrzec księżyc. Czułem się jakoś inaczej. Jakbym w końcu mógł pozwolić sobie na silniejsze emocje. Wydawało mi się, że wcześniej byłem spętany, a teraz wszystkie ograniczenia spadły. Może wyrzuty sumienia byłby na tyle małe, że mógłbym stosownie ukarać niektórych? Nie! Przecież nie jestem kimś takim! Stwierdziłem, że czas wracać do domu, i nad wszystkim zastanowić się dopiero tam. Nie wiem czy biegłem, czy lunatykowałem, ale trafiłem tam w mgnieniu oka. Poszedłem do łóżka. Chwilę się wierciłem, nie mogłem zasnąć. To pewnie przez te przeklęte pohukiwania sów. Zaraz, od kiedy u nas we wsi są sowy? Nigdy wcześniej ich tutaj nie widziałem. Zasnąłem dopiero gdy, pierwsze promienie słońca wpadły przez okno. Następnego dnia wszystko było po staremu. Kolejne tygodnie mijały mi tak jak zawsze, wieczorami chodziłem słuchać do karczmy. Denerwowałem się, potem hamowałem swoje dzikie skłonności. Wracałem do domu i szedłem spać. Wyrzuciłem w końcu suche niezapominajki, teraz wazon stoi pusty. Może niedługo znajdę w sobie siły, by nazbierać nowe kwiaty. Czas wpuścić trochę świeżości i życia do młyna. Nie zaprzestałem kraść. Cały czas szukałem też innej pracy, ale nic nie znalazłem. Nie słyszałem już nic w drodze do domu, a żaden wilk się do mnie nie odezwał. Mimo tej pozornej normalności, zaczęło się ze mną dziać coś dziwnego. Czasem potrafiłem być w jednym miejscu, mrugnąć i być już zupełnie gdzie indziej. Jakbym bezwiednie się przenosił, nie wkładając w to żadnego wysiłku. Nie wiem co wtedy robiłem, ani co czułem. Cały czas uznawałem, że to pewnie skutki niedosypiania, zmęczenia, czy tęsknoty. Tak jakby luki w pamięci dało się logicznie wytłumaczyć

*

Minęło już dwadzieścia dziewięć dni od tego dziwnego spotkania z wilkiem. Dzisiaj nie poszedłem słuchać plotek, a może byłem tam i znowu zapomniałem? Nie, raczej nie byłem. Pamiętałbym. Zawsze pamiętam to okrucieństwo. Zacząłem zabierać ze sobą ostry nóż. Luki w pamięci czynią ze mnie nieobliczalną osobę, ale potrzebuję jakiejś ochrony. Muszę uchronić się przed złem. Złem tego świata. Okrutny, okrutny, okru… Stwierdziłem, że położę się dzisiaj wcześniej spać. Gdy tylko moje plecy zetknęły się z twardym materacem, oczy poraził przebijający się przez szczelinę w dachu blask księżyca. Pełnia. Potem chyba zasnąłem. Śniło mi się wiele rzeczy. Krzyki, ludzie, przerażone oczy. Krew… Dużo krwi, cudownej, lepkiej, jeszcze ciepłej. Obudziłem się bardzo wcześnie, słońce jeszcze nie wzeszło. W ustach poczułem osobliwy metaliczny posmak, a na rękach miałem jakąś dziwną, przyjemną w dotyku maź. Krew? Otworzyłem oczy. Gdzie mój materac z lnianym prześcieradłem? Gdzie młyn? I gdzie do cholery ukryła się moja matka? Nie mogła umrzeć! Czemu ona mi to zrobiła! Teraz kiedy potrzebuję, by pogłaskała mnie po głowie. Potrzebuję jej spojrzenia, które mówi, że wszystko będzie dobrze. Leżałem przy studni w kałuży czyjejś krwi. Na pewno nie była moja, potrafiłem to wyczuć. Sam nie wiem jak. Zacząłem łkać. Leżałam na zimnej ziemi i płakałem jak dzieciak. Nie chciałem zamykać oczu, bo gdy to robiłem, miałem przed sobą twarze, wykrzywione w grymasie strachu i przerażenia. Znowu zobaczyłem tego samego wilka, co wcześniej. Tym razem przemówił do mnie melodyjnym głosem. Ten głos był inny od wszystkiego co kiedykolwiek słyszałem. Delikatny i silny. Nie do powtórzenia. 

– Czy dostrzegasz jakąś zmianę, mój miły? – zapytał, a gdy się nie odezwałem kontynuował. – Teraz jesteś jednym z nas, likantropów, to ja cię wyszkolę, i pomogę ci nad sobą zapanować, będziesz mógł zabić wszystkich swoich wrogów, nikt już z ciebie nigdy nie zadrwi.

Pierwszą moją reakcją była radość, w końcu mogę ich zabić, w końcu będzie mnie na to stać! Poniosą karę. Ale potem przypomniałem sobie o tym, że nie jestem potworem. Mimo, że wszyscy to powtarzają, wiem, iż jest odwrotnie. Przypominam sobie oczy mojej mamy, wyglądały jak niekończąca się łąka niezapominajek. Były dobre i chciały widzieć dobro we mnie. Mamy już nie ma, ale jej wiara we mnie, daje mi siłę.

– Nie chcę – wyszeptałem stanowczo, w końcu całe życie starałem się nie być tym, którego inni we mnie widzą. Nie dać się ponieść emocjom, nie grać pod niczyje dyktando. Ludzie drwili, ja wiedziałem swoje. Mam teraz porzucić wszystkie te wartości, by być kimś kim nigdy nie chciałem? Kimś kim gardziłem?

– Wiem, co myślisz, miły.

– Nie wiesz co myślę! Zostaw mnie w spokoju! – Rzuciłem się na to zwierzę, nie miałem już nic do stracenia. Byłem wykończony, śpiący i głodny. Ale nie pragnąłem jedzenia, tylko krwi. Czerwonej, gęstej. Ludzkiej. Potwory potrzebują krwi, mieli rację, jestem nim, wszyscy mieli rację! Wszyscy poza mną! Na moment cały świat zniknął, a ja nie obudziłem się obok studni, tylko w jej środku. Wiem, że nikt do niej nigdy nie zagląda. Czy ja oszalałem? Chcę tu umrzeć, wtedy już nikogo nie skrzywdzę. Jestem tylko marnym potworem. Nie likantropem. Potworem. Ludzie od zawsze mieli rację. Czy ja tu umrę?…

 

Koniec

Komentarze

Jeśli dobrze pamiętam, Martyno, Twoje pierwsze opowiadanie wywarło na mnie lepsze wrażenie – tam był klimat i, mimo wtórności pomysłu, powiew czegoś świeżego. Po lekturze tamtego opowiadania miałam nadzieję, że – jeśli bohater wydostanie się ze studni – opiszesz jego dalsze losy. Niestety, nowy Likantrop okazał się  bardziej przegadaną wersją poprzedniego, a los bohatera nie zmienił się ani na jotę.

Wykonanie nadal pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

Wbrew wy­so­kie­mu wzro­sto­wi, gar­bił się… –> Wysokie osoby często się garbią, więc nie rozumiem, dlaczego ten garbił się wbrew wzrostowi.

 

Był szyb­ki, szyb­szy niż zwy­kły czło­wiek. Do tego po­ru­szał się cięż­ko… –> To mi się kłóci. Ktoś, kto porusza się ciężko, porusza się z trudem i chyba niezbyt szybko.

 

Skła­dał jej mokre i gwał­tow­ne po­ca­łun­ki. –> Można złożyć pocałunek na czyichś np.: ustach, na dłoni, na czole, ale nie można składać pocałunków komuś.

 

Ja mówię na sie­bie li­kan­trop, brzmi do­stoj­nie. –> Skąd bohater zna to słowo? Sam wymyślił?

 

Cza­sem nawet śpie­wa­ła lu­do­we przy­śpiew­ki w trak­cie róż­nych ob­rząd­ków. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Cza­sem nawet, w trak­cie róż­nych ob­rząd­ków, śpie­wa­ła.

 

można było za­po­mnieć o całym świe­cie i odło­żyć zmar­twie­nia na dal­szy plan. –> Dalszy plan brzmi zbyt współcześnie.

Proponuję: …można było za­po­mnieć o całym świe­cie i odło­żyć zmar­twie­nia na bok/ na potem.

 

słu­chać czy­ste­go, pięk­ne­go śpie­wu. Był to śpiew… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Ja myślę, że to mój oj­ciec zgwał­cił ją gdzieś w ciem­nym za­uł­ku. –> Wydaje mi się, że na wsi trudno o zaułek.

Proponuję: Myślę, że to mój oj­ciec zgwał­cił ją gdzieś w ciem­nym miejscu.

 

Cza­sem za­sta­na­wiam się jak wy­glą­dał, jakie miał gesty, jak się po­ru­szał. –> Gesty można wykonywać, ale nie można ich mieć.

Wystarczy: Cza­sem za­sta­na­wiam się jak wy­glą­dał, jak się po­ru­szał.

 

Zmar­ła ze sta­ro­ści, ale we wsi i tak lu­dzie plot­ku­ją. –> Czy na pewno ze starości? Z tekstu wynika, że kiedy została zgwałcona, była młodą kobietą, nazywasz ją dziewczyną. Likantrop ma dwadzieścia jeden lat, więc podejrzewam, że matka mogła mieć około czterdziestu. Trudno mówić o śmierci ze starości w tym wieku, nawet jeśli kiedyś ludzie żyli krócej.

 

Wy­strój jest bar­dzo sto­no­wa­ny, tutaj nie jest ce­nio­na eks­tra­wa­gan­cja. Za­po­mi­na się o de­ko­ra­cjach. –> Nie wydaje mi się, aby wychowany na wsi analfabeta używał takich słów.

Wiele zdań i słów w tym opowiadaniu zupełnie nie pasuje do opisywanych treści.

 

pu­ścić w nie­pa­mięć ży­cio­we pro­ble­my, znie­czu­lić się. –> Jak wyżej.

 

zwłasz­cza gdy pła­czę za­wi­nię­ty w ba­weł­nia­ne prze­ście­ra­dło… –> Mam wrażenie, że w dawnych czasach na wsiach używano lnu, nie bawełny.

 

“Uspo­kój się, uspo­kój się…”, po­wta­rzam te słowa w gło­wie, jak man­trę. –> Skąd likantrop zna słowo mantra?

 

Czas było wra­cać do ma­łe­go, cia­sne­go młyna, któ­re­go odkąd pa­mię­tam na­zy­wam domem. –> Czas było wra­cać do ma­łe­go, cia­sne­go młyna, któ­ry, odkąd pa­mię­tam, na­zy­wam domem.

 

Pa­mię­tam, że gdy ona zaj­mo­wa­ła się klien­te­lą… –> Zbyt współczesne słowo.

 

Wsta­wia­ła je na­stęp­nie do obi­te­go wa­zo­nu, który kła­dła na stole. –> Z położonego wazonu z pewnością wyleje się woda, a kwiaty zapewne wypadną. Na dawnych wsiach, jeśli już ustawiano gdzieś kwiaty, używano raczej dzbanków, nie wazonów.

Proponuję: Układała je w obitym dzbanku, który stawiała na stole.

 

pa­trzy­ła na swoją kom­po­zy­cję. –> Kolejny anachronizm.

 

Ale na mój widok naj­czę­ściej lu­dzie re­agu­ją stra­chem. –> Raczej: Ale na mój widok naj­czę­ściej lu­dzie ogarnia stra­ch.

 

Myślą, że mogą po­zwo­lić sobie na wszyst­ko, bez kon­se­kwen­cji… –> Raczej: Myślą, że mogą sobie po­zwo­lić sobie na wszyst­ko.

 

w coraz to ja­śniej­sze tony. Księ­życ nadal ja­śniał mi nad głową. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

cie­szy­łem się z tego. Oczy­wi­ście nie z po­wo­du tego… –> Powtórzenie.

 

Do domu zwy­kle cho­dzi­łem jedną trasą… –> Do domu zwy­kle cho­dzi­łem jedną drogą/ ścieżką

 

Czu­łem huk w gło­wie. –> Huk to odgłos, więc: Słyszałem huk w gło­wie.

 

Cały jego ma­je­stat był do­stoj­ny. –> Masło maślane. Dostojeństwo mieści się w pojęciu majestat.

 

Za­czął wyć, śpie­wać pięk­ną pieśń dla księ­ży­ca. –> Wilki wyją do księżyca, nie dla księżyca.

 

Nie wiem, jak długo tam sta­łem, kilka minut, może go­dzin. –> Czy likantrop wiedział, co to zegar?

Proponuję: Nie wiem, jak długo tam sta­łem, kilka chwil, może bardzo długo.

 

Dzi­siaj nie byłem słu­chać plo­tek, a może byłem i znowu za­po­mnia­łem? –> Czy można być gdzieś robić coś?

Proponuję: Dzi­siaj nie poszedłem słu­chać plo­tek, a może byłem tam i znowu za­po­mnia­łem?

 

Gdzie mój ma­te­rac z ba­weł­nia­nym prze­ście­ra­dłem? –> Raczej: Gdzie mój ma­te­rac z lnianym prze­ście­ra­dłem?

 

Nie chcia­łem za­my­kać oczu, bo gdy to ro­bi­łem, mia­łem przed ocza­mi twa­rze… –> Powtórzenie.

 

De­li­kat­ny i silny. Za­prze­czał sam sobie. –> Co to znaczy, że głos zaprzeczał sam sobie? Przecież delikatność i siła nie wykluczają się.

 

całe życie sta­ra­łem się nie być tym, co inni we mnie widzą. –> …całe życie sta­ra­łem się nie być tym, którego inni we mnie widzą.

 

–Nie wiesz co myślę! –> Brak spacji po półpauzie.

 

Rzu­ci­łem się na to zwie­rze… –> Literówka.

 

wszy­scy mieli rację! Wszy­scy poza mną! Wtedy wszyst­ko znik­nę­ło… –> Czy to celowe powtórzenia?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy Hmm, to nie miało być nic nowego, chciałam po prostu dopowiedzieć kilka rzeczy, bardziej zbudować klimat i poszerzyć trochę poprzednią wersję. Likantrop używa też bardziej skompilowanych słów, bo chciałam go wykreować na kogoś inteligentnego, jego ojciec nie był zwykłym człowiekiem ;) Mimo wszystko dziękuję za rady i zaraz wprowadzę poprawki! 

(Edit) Rady które uważałam za stosowne wprowadziłam. Do tych ze zbyt skomplikowanym słownictwem się nie zastosowałam, bo tak jak pisałam Likantrop nie był zwyczajnym wieśniakiem :D Ale reszta pozmieniana! Serio dziękuję za te poprawki!

Martyno, aby Twój bohater mógł używać, jak to nazywasz, bardziej skomplikowanych słów, musiałby je wcześniej gdzieś usłyszeć, a nie wydaje mi się to możliwe na dawnej wsi. Nie miał też szansy, aby gdzieś je przeczytać, bo przecież był analfabetą. Powinien, moim zdaniem, używać języka prostego, to znaczy takiego, jakim posługiwali się chłopi w jego wsi i we wsiach okolicznych, bo z takim językiem był osłuchany. To, że jego ojciec nie był zwykłym człowiekiem nie ma tu żadnego znaczenia, bo ojciec go nie wychowywał, nie miał z nim żadnej styczności, nie miał na nic wpływu. Dziecko najmądrzejszego uczonego, jeśli pozbawić je kontaktu z językiem mówionym, nie nauczy się mówić.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy Powiem Ci, że przemyślałam to sobie i z jednej strony masz rację, a z drugiej nie chcę by to spłyciło opowiadanie. Sama nie wiem jak mogę wyjść z tej sytuacji, czy zamienić kilka słów na prostsze, kosztem stylu, czy zmienić narratora, kosztem klimatu. Na razie nic nie zmieniam i prześpię się kilka dni z myślą, co może być najlepsze. Obiecuję, że tego tak nie zostawię, ale muszę pomyśleć :)) 

Więcej niestety nie zawsze oznacza lepiej.

Mam podobne odczucia, co Reg. To znaczy, że otrzymałem mocno przegadaną historię. Plusem poprzedniej była właśnie odpowiednia długość – tutaj natomiast dostałem więcej przemyśleń postaci. Co gorsza, nie są one jakoś odkrywcze w stosunku do obserwowanego świata, przez co zaczynają nużyć. Z bohatera łatwo zrobić gadułę, ale niekoniecznie czyni go to lepszym.

Podsumowując: nic nowego, za to bardziej rozwleczone niż poprzednia wersja. Tym razem koncert fajerwerków nie trafił.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka