- Opowiadanie: kmskee - Wy jesteście

Wy jesteście

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Wy jesteście

 

 

 

*

 

Aktualnie trwająca pora roku nie sprzyjała podobnym wypadom w teren. Końcówka listopada w końcu rzadko kiedy bywała ciepła i babioletnia, ale teraz bardzo wyraźnie dało się odczuć styk jesieni i zimy, w dodatku emanujący lodowym powietrzem prosto w twarz. Zwłaszcza, kiedy jechało się na rowerze pod wiatr. W lesie przymrozek już dość gęsto oblepiał jesienną ściółkę i nawet przebijające się niekiedy słońce było za słabe, by tenże rozpuścić. Jednakże, częściej niż słoneczniej było pochmurnie. W takich okolicznościach las na równi wydawał się miejscem dostojnym, jak i wyglądał na zakątek dla psychicznie chorych, którzy po ucieczce ze swoich leczniczych przybytków szukali resztek szaleństwa po uginających się od zimnego wiatru kniejach. Oczywiście z siekierami w rękach, jak to w lesie.

 

*

 

Jak można było spodziewać się po okolicznościach, było pustawo. Nie pusto całkowicie, bo od czasu do czasu, czyli z raz na godzinę widywało się przejeżdżającą jakimś składakiem postać w kapturze i wiatroodpornej kurtce, ale po chwili las znowu wył do siebie. W takim pogwizdywaniu jechaliśmy i my. Także uzbrojeni w kurtki, rękawiczki, (bo biada palcom w warunkach północno – wschodniej Polski późnojesienną porą), oraz w coś jeszcze. Coś, co wyróżniało nas od innych plączących się tą śródleśną zagubioną autostradą, i to dość wyraźnie. Na tyle, by ci inni mijając się z nami, odwracali głowy i stroili twarze w miny wyrażające zupełną niewiedzę. Bo co myśleć sobie, kiedy mija się na odludziu w bliskiej odległości dwóch jeźdźców, którym z plecaka wystają jakieś rurki oplątane przewodami, rękojeści od jakichś szufli albo saperek, a u pasa buja się beztrosko nóż? Co prawda bardziej kozik, ale zawsze. Latem pewnie by nie zdziwiło, bo wtedy nie dziwi widok żadnych cudaków, ale o tej porze roku? Kiedy lada chwila i w dzień ziemie skuje mróz? Grzybiarze, nawet ci ekstremalni, na pewno to nie byli. Pozostają zatem dwie opcje – raz, że jacyś geo, bio, albo inni lodzy, bo teraz kształci się od groma w tych kierunkach. To może być. I opcja druga, już mniej światła i kształtna – po prostu kłusownicy, tudzież grabieżcy vel szubrawcy. Szczerze, to w obu przypadkach mieli coś z racji, ale w żadnym wypadku nie trafili w sedno. My po prostu przyjechaliśmy sobie końcem listopada do lasu w nadziei, że znajdziemy jakiś skarb. Choćby były to stare łyżki wyrzucone z okna pociągu. A w plecakach mamy zwykłe, nisko-średniej klasy wykrywacze metali.

 

*

 

– I jak tam, daleko jeszcze? – zapytał pod wiatr Lems, który jechał ze mną jako drugi kopacz i wykrywacz. I który w te całe kopanie i wykrywanie mnie wciągnął.

– Jeszcze trochę – odpowiedziałem – Tak ze dwa, góra trzy kilometry.

Nie było to do końca prawdą, bo tam, gdzie go prowadziłem, jechało się z piętnaście, a my przejechaliśmy dopiero z osiem, może.

– Już naprawdę niedaleko – dodałem, by nie uruchamiać maszyny do jęczenia.

– No to dobrze, bo najchętniej to już bym zawrócił do domu.

On i jego wygodnictwo. Najlepszymi dla niego warunkami polowymi było plus dwadzieścia dwa stopnie w cieniu i lekka bryza znad morza, a jechał by najchętniej na rowerze z silnikiem lub latającym dywanem na te kopanie leciał. Nie ma tak łatwo, całe to wykrywanie skarbów, choć dotychczas było to wykrywanie złomu, nie licząc jakichś drugowojennych łusek, to świadome skazanie się na kilkugodzinny znój – pierw dojazd, jak teraz. Chwilę trwa przygotowanie sprzętu, a potem parę godzin skrupulatnego przeczesywania krok po kroku terenu, machając od lewa do prawa trzymanym w ręce detektorem. Detektor ów ma w zwyczaju czasem zapiszczeć, zasygnalizować tym samym, że pod sobą tkwi coś. Coś, co trzeba wykopać, męcząc się z materią ziemi, a co może okazać i najczęściej okazuje się kapslem/gwoździem/kawałkiem do niczego niepodobnej blachy/pazłotkiem i innymi podobnymi. Wtedy zakopuje się śmiecia razem z powstałą dziurą i idzie dalej. Za dwa metry to samo. I tak przez nieraz cały dzień, co potrafi znużyć i nakazać zwątpić, że to całe szumne "szukanie skarbów" to grubo nićmi szyta szydera z własnej osoby i własnego wolnego czasu, który w tych czasach jest cenniejszy od złota. Bywa i tak, ale mimo to na drugi dzień coś każe wstać i znowu pojechać w teren, bo może te coś właśnie znajdzie się na naszej drodze. Samo zapiszczenie wykrywacza daje niezłego kopa, a babranie się w ziemi, walka z tym żywiołem i wyrwanie mu jakiegoś przedmiotu, skrywanego od wielu lat to jakby rozwiązywanie zagadek, bo trafiają się i przedmioty niby nic niewarte, ale mające jakąś swoją historię i skłaniające do zastanowienia się – jaką. Tak jak dwusetletni na oko przyrząd do noszenia wiadra z wodą, lub kawałki porcelany znalezione przy starym garnku. Ma się wrażenie bycia wskrzesicielem upadłych dawno historii i to jest może ten największy skarb do znalezienia. Oczywiście, znalezieniem rzymskich monet czy wejścia do Bursztynowej Komnaty także byśmy nie pogardzili, ale na bezrybiu i zardzewiały dzwonek dla krowy dobry.

Tymczasem jechało się nam dalej, mimo że lodowaciejący z każdymi przejechanymi metrami wiatr wzmagał się swoim naporem nam prosto w twarz. Świadczyły o tym poczerwieniałe nosy i przeszklone oczy, przez które tenże wdzierał się do mózgu. A ten wysyłał sygnały, że może lepiej dać sobie dziś spokój, że może lepszym wyjściem było by siedzenie w domu z herbatą i czytanie w necie o bohaterach, którzy na ganku swojego domu znaleźli szwedzkie korony, kiedy my w temperaturze marznięcia wody prawie jedziemy w las szukać puszek po piwie z lat dziewięćdziesiątych. Twarz Lemsa wyrażała dokładnie to, słowo w słowo.

– Ty, może jednak.. – zaczął.

– Nie. – A ja skończyłem. – Już naprawdę niedaleko.

 

*

 

Sporo osób o niej wiedziało, jednak naprawdę mało kto ją widział. Większości zaś były znane opowiadane od paru pokoleń o niej historie – w ogromnej części banalne opowiastki, którymi straszyło się na ogniskach. Mimo to, jakaś dziwna złowrogość potęgowała się w powietrzu na same jej wspomnienie, złowrogość, która nawet tych wyśmiewających powstrzymywała od zapuszczenia się w jej rejony.

– Człowieku, daj spokój. Jakaś stara wieża ciśnień stoi sobie w lesie, a ludziska z bezrobocia chyba wymyślają o niej jakieś dziwy – zirytowany ciągnącą się podróżą Lems powiedział co wiedział. – Poza tym, tam nic nie ma. Tabuny tam łaziły z piszczałami i wykopali co do gwoździa.

– W tym drugim masz pewnie rację. Stój, to ci coś powiem.

Zatrzymaliśmy się, bo przekrzykiwanie się pod wiatr w czasie jazdy z rozmową miało wspólnego mało, o ile nic.

– Masz rację, najwyżej pewnie znajdziemy tam ślady epickich melanży – przyznałem.

– I tylko tyle.

– Ale że to jest wieża ciśnień, to tu się drogi kolego mylisz. Lems zareagował prawie oburzeniem:

– No a niby co innego? Wysoka konstrukcja w lesie. Wieża ciśnień albo latarnia morska. Z dwojga wybieram już to pierwsze – wysilił się na ironię, ale miałem argument przeważający:

– Po czym teraz jedziemy?

– Jak to po czym?

– No po czym, po prostu.

Lems rozejrzał się mniej więcej dookoła.

– No po starym nasypie kolejowym. – odpowiedział – Kiedyś jeździły tędy pociągi, ale linię zawieszono, a potem tory zabrały koleje państwowe i złomiarze.

Parę razy klasnąłem w dłonie na znak aprobaty.

– Co to ma do tej strasznej wieży? – zapytał, nie czekając na moje zamknięcie wątku.  

– A to, że jeśli była by to wieża ciśnień, jak nie tylko ty sądzisz, to w jakim celu ktoś budowałby ją dobre kilkaset metrów w głębi lasu, a nie od razu przy linii? Hę?

– Może dlatego, że była w jakiejś zajezdni, albo parowozowni ? Hę? – stary racjonalista nie dawał za wygraną, ale i na to pytanie miałem odpowiedź.

– Niestety też nie.

– Bo?

– Bo – przerwa na efektowną pauzę – bo twoją wieżę ciśnień otacza gęsto las stworzony ze starego drzewostanu, elementu pierwotnego, a nie jak na przykład teraz dookoła, grądu. Czyli lasu mieszanego. Często ludzką ręką. Mówiąc prosto – w czasach, gdy śmigały tędy wagony nie było żadnej parowozowni, bo drzewa przy wieży ciśnień już tam stały. Niedługo je zobaczymy.

Lems się uśmiechnął.

– Skąd ty to wiesz?

– Z opowieści, jakże by inaczej – uśmiechnąłem się ja, i zaśmialiśmy się razem.

– Dobra, dobra. Jak mamy dojechać jeszcze dziś do tej nie wieży ciśnień to jedziemy, bo zimno się robi – powiedział wsiadając na rower Lems, trochę bardziej zmotywowany i zaciekawiony przez te moje wywody, choć nie chciał się do tego przyznać.

Faktycznie, chwila bez ruchu i zaraz chłód oblepiał człowieka jak stare kalesony. Ruszyliśmy dalej.

 

*

 

– Z tym lasem to mnie zabiłeś.

– Jak to?

– No tak to. Las to do dzisiaj był dla mnie las, czyli dużo drzew a pomiędzy nimi grzyby rosną i sarny srają. A tu człowiek po ponad dwudziestu latach dowiaduje się, że i starodrzewa i grądy jakieś w tych lasach są. No, no.

– Hahaha.

 

*

 

Pomału dojeżdżaliśmy do pierwszego punktu, z którego od wieży dzieliło już nas parę przekręceń na osi. Faktycznie, towarzysząca nam od kilkunastu kilometrów po obu stronach drogi ściana sławnego już grądu zaczęła ustępować jednolicie stojącemu szpalerowi drzew ciemnych i o wiele starszych. Na zegarku w telefonie było parę minut po południu. Gęste i pozbawione kształtu chmury przesłaniały słońce, ale rozlewająca się po nich jasna plama sugerowała, że było nisko.

– No, za trochę ponad trzy godziny będzie już zmierzchać – ocenił Lems mrużąc oczy w kierunku poświaty rozmazanej na obłokach – prowadź do tej swojej wieżuni, mistrzuniu – najwidoczniej, nie wiedzieć czemu, humor mu wrócił. Humor, który za chwilę musiałem jednak trochę popsuć

– Słuchaj Lems, zanim wjedziemy w las..

– Przecież jesteśmy w lesie, hehe he hehe.. – przerwał mi i zaniósł się od gardłowego podśmiechiwania.

– …na chwilę przestań ujadać ,jest sprawa.

– No dobra, mów.

– Już wiem, że weźmiesz to za bajkę, ale słuchaj. Dwa lata temu, latem, gdzieś w te okolice poszła grupa ludzi. Turyści, ale nie jacyś Niemcy na wakacjach, tylko ekipa która jeździła po kraju i zaliczała różne atrakcje, zaprawiona w terenie i raczej niezdolna zgubić się w byle grądzie…

– Starolesie – poprawił Lems.

– …no tam, gdzie grzyby rosną i sarny sikają, mniejsza w to. No więc weszli, i ślad po nich zaginął. W telewizji nawet o tym wspominali, wynajęli wróżbitę, ale ten nic nie wysondował. W ogóle, to przez ostatnie lata sporo słyszało się o zaginięciach w tym lesie i regionie.

– Jakoś nie chce mi się w to wierzyć, ale coś jakbym słyszał o tym. Ale chyba coś innego.. W ogóle to po kiego grzyba tu przyjeżdżali? Przecież to zwykły las, przepraszam, staroleśny grądnik, w kraju co pięć kilometrów pewnie takie lasy rosną, no po co?

– Podobno jacyś eko-survivalowcy to byli, czy odkrywcy. Albo to i to. Czytałem trochę o tym. Dalej jest rezerwat żółwia błotnego, a ogólnie teren jest tu pagórkowaty, bagnisty, więc chcieli zobaczyć gadzinę a przy okazji pochodzić po linie nad moczarami, tak mniej więcej pisało. I podobno lubili to robić w nocy, większy skill i adrenalina.

– Więc?

– Więc pewnie potopili się w bagnach ratując jeden drugiego, taka poszła hipoteza.

Lemsowi jakby trochę zrzedła mina.

– I tu faktycznie takie mokradła są? – zapytał.

– Są, ale jak nie chodzisz nad nimi na sznurku w nocy to ich pewnie nawet nie zobaczysz. My będziemy trzymać się duktu.

– No to jedziemy tym duktem. Słońce już zahacza o drzewa.

Skręciliśmy z dotychczasowego gościńca, którym był stary kolejowy nasyp i wąską dróżką zjechaliśmy z górki ku wiecznie zielonym, choć była to zieleń brunatna, niepokojąca, ścianom lasu, który stał tu długo, długo przed naszym urodzeniem. Chwilę jechaliśmy wzdłuż niego, pobieżnie łypiąc na jego zawartość, ale wzrok nie przebijał się dalej niż tylko kilka metrów w głąb. Jakby las bronił dostępu do siebie.

– Ty, a w ogóle co mówią o tej wieży? Wiesz, ale jakieś fakty historyczne, nie bujdy leśników. Jak nie ciśnień, to jaka i kogo ta wieża? – zapytał nagle.

– Co mówią?

– Ehe.

– Tak naprawdę nikt nie wie dokładnie – spojrzałem na towarzysza z uniesieniem brwi – jedni, że jak jeszcze były to ziemie i lasy pańskie, to był sobie panicz, który miał taką fanaberię, że zamiast na dworze… no dworku, pałacyku.. to zamiast na nim, to wybudował sobie w swoim lesie tą właśnie wieżę i mieszkał w niej. Może nie lubił swojej żony. Albo teściowej. Nie wiem. Tak czy inaczej z dachu swojej wieży któregoś razu skoczył na główkę, ale czemu – też nie wiadomo. Może przez żonę i teściową, to możliwe.

– A inne wersje?

– Nie przekonuje cię pierwsza? Inna, że to stara wieża obserwacyjna do patrolowania zagrożeń pożarowych. Podobno kiedyś wybuchł taki pożar, że uciekały masowo dziesiątki zwierząt. Ogień dochodził już do wieży, strażnicy podnieśli alarm i sami zaczęli się ewakuować. Gdy dochodzili do drzwi, jakiś jeleń albo łoś tak w nie przywalił, że uwięził ich w środku. Ponoć nie było co zbierać, a wieża poszła w ruinę na kilkadziesiąt lat.

– I od tamtej pory tak stoi?

– Mówią, że nie. Że po tym pożarze wiele lat później jakiś astronom trochę ją z tych ruin podniósł i urządził obserwatorium. Uprzedzam pytanie – umarł naturalnie, ale nikt po nim już się nią nie interesował i stoi sobie jak stoi. Podobno służyła Niemcom za magazyn w drugiej wojnie też, ale partyzanci szybko ją odbili.

– No to może znajdziemy coś po nich – zapalił się.

– Być może, ale sam mówiłeś, że pewnie teren wokół wieży jest nieźle przeczyszczony.

Lems zamyślił się.

– Hmm.. niby tak, ale zawsze jest szansa, że coś w ziemi zostanie.

– Obyśmy nie odkopali jednak tego paniska co w dół na głowę poleciał, nie wiadomo jak głęboko się wbił z tej wysokości – pozwoliłem sobie zażartować z domniemanej makabry.

– Haha, dobry był, przechuj i chujarz w jednym, kwas na całego normalnie!

Śmiech poszedł echem między drzewami i nagle urwał się, jakby wpadł do dziury albo ktoś poderżnął mu gardło. W tym momencie zatrzymaliśmy się, bo właśnie dojechaliśmy do miejsca, z którego już oficjalnie zjeżdżaliśmy z traktu a wjeżdżaliśmy między gęstwinę. Spojrzeliśmy na piętrzący się przed nami mur drzew. Nie wstrząsany żadnym ruchem powietrza i rozciągający się bez końca. Szukałem w nim wyrwy o której słyszałem, że to przez nią należy się do wieży udać. Powiedziałem o tym Lemsowi i szukaliśmy razem. On pojechał bardziej w prawo, a ja zostałem mniej więcej w tym samym miejscu. Nie było żadnej ścieżki, żadnej nawet smugi i położonych na ziemi ździebeł świadczących, że ktokolwiek tędy chodził. Zrobiło mi się teraz trochę głupio, że ciągnąłem kumpla w takiej pogodzie przez tyle kilometrów, a nawet nie wiedziałem jak się do naszego celu dostać. Drzewa w moim rewirze tworzyły spójną i zwartą zasłonę, nic nie wskazywało na żadne wejście. Nagle Lems krzyknął żebym przyszedł i zobaczył. Wskazywał coś ręką jakieś czterdzieści metrów po mojej prawicy. Wziąłem rower za kierownicę i truchtem pospieszyłem tam gdzie wołał.

 

*

 

Spojrzałem na miejsce które wskazywał ręką przez cały czas – coś zauważalnie burzyło idealną prostą linii lasu. Podszedłem bliżej i zobaczyłem.. dwa drzewa. Stały obok siebie, ale były też do siebie pochylone, na wysokości kilku metrów przecinały się a jeszcze wyżej mieszały swoimi gałęziami. Specyficznie ułożone pnie faktycznie mogły przywodzić na myśl bramę, albo jakiś portal. Szeroki na około metr. Wystarczający, by przecisnąć przezeń rower i siebie.

– To ma być ta brama? – Lems spojrzał na mnie.

– Myślę.. że tak. To najbardziej ze wszystkiego przypomina wejście. – odpowiedziałem najlepiej jak umiałem.

Spojrzeliśmy na siebie tak, jakbyśmy bez użycia słów pytali się, czy idziemy, czy jednak nie. Lems powiedział to pierwszy.

– Najchętniej to wsiadłbym z powrotem na rower i pojechał do domu. Podłączył swoją Yamahę Pacificę, której jeszcze do końca nie spłaciłem, otworzył browara a potem położył się spać. Wcześniej jednak zjadłbym obiad z dokładką, bo wygłodniałem ostro. Zmarzłem już tak samo.

Słuchałem. A on kontynuował.

– Niestety nagadałeś mi tych bajek o tej ruinie i wiem, że po obudzeniu się, wypoczęty i najedzony, plułbym sobie w brodę że tego baraku jednak nie zobaczyłem. Nie wkurwiaj mnie i ładuj się ze swoim złomem w tą magiczną bramę, bo zaraz naprawdę stąd odjadę – pokręcił głową i wyszczerzył zębiska. Nie miałem innego wyjścia, jak tylko wziąć i przecisnąć się między drzewami.

 

*

 

Przez małą chwilę musiałem przyzwyczaić się, że między drzewami było ciemniej niż na nasypie – wyższe partie drzew skutecznie blokowały światłu, choć i tak marnemu, zejścia w przyziemne rejony, tworząc dość osobliwą atmosferę. Rozglądałem się, a w tym czasie przez przejście dostał się Lems.

– Ale ciemno – potwierdził to co pomyślałem ja.

Dało się jednak patrzeć, a za moment widzieliśmy całkiem normalnie. Tu ściółką nie były opadłe liście, jak poprzednio, tylko całkowicie, wręcz jadowicie zielony puchaty mech, w którym buty zatapiały się jak w jakimś perskim dywanie. Między drzewami rosły niskopienne choinki, i bardziej to wyglądało na małą ojczyznę wróżek i krasnali niż północno wschodzi las gdzieś w zimnej i szarej Polsce. Dziwnym trafem parę promieni przebiło z litej zasłony zachmurzenia i snopami spadło dookoła. Rozglądaliśmy się wokół siebie w czymś w rodzaju zachwytu. Wiedzieliśmy jednak po co tu przyjechaliśmy i ruszyliśmy dalej. Jechać nie dało rady, rowery musieliśmy prowadzić obok siebie i co jakiś czas podnosić, by pokonać poległe, zmurszałe pnie topiące się w pochłaniającym je mchu.

– Teraz miej oczy otwarte i szukaj jakichś wskazówek, gdzie może być wieża – powiedziałem do Lemsa, który mało co nie wpadł w zagajnik albo jakiś malinowy chruśniak, klnąc przy tym aż poszło echem.

– Ta, będę wypatrywał jakichś znaków albo tabliczek.

– Jeśli ci to pomoże – zachichotałem.

Na tym terenie niezbyt opłacało się instalować wykrywacze. W środku lasu szukanie czegokolwiek to była istna ruletka – owszem, można, czemu nie, ale prawdopodobieństwo było równe prawie zeru. Jeśli już, znajdowało się puszki po piwie opróżnione przez grzybiarzy w skończonym niedawno sezonie. Chodzenie więc z piszczałką w takim miejscu to była sztuka dla sztuki, element krajoznawczy i to najwyżej latem, a nie teraz. Przeciwwietrzne kurtki, kaptury i rękawiczki robiły jednak swoje i nie było tak lodowato jak podczas jazdy. Tu też nie piździło, było spokojnie i przytulnie wręcz. Jednak rowery, nieocenione gdy się na nich siedziało i jechało, teraz były kotwicami ocierającymi o mieliznę. Szukaliśmy wzrokiem czegoś co sugerowałoby na zmianę podłoża na bardziej ubite, jednak dookoła tylko mech i choinki. Prześwitujące z wyższych partii snopy światła pogasły, zrobiło się zimniej. Kluczyliśmy po tym bezludziu dobre paręnaście minut, wchodząc coraz głębiej. Szukaliśmy czegokolwiek. Nagle Lems krzyknął. Aż podskoczyłem.

– Patrz! Patrz! Widziałeś?! – spoglądał wyciągając szyję gdzieś bardziej na prawo od nas.

– Widziałem co?

– Kot! Między drzewami przebiegł kot! I wlazł za to przewalone, o tam!

– Kot? W lesie, na tych szerokościach geograficznych? – spojrzałem na niego badawczo – Pewnie zobaczyłeś zająca.

Lems odwzajemnił się spojrzeniem mówiącym, że na pewno zając to nie był.

– Chyba wiem, jak wygląda zając, a jak kot. – odparł – Schował się tam, za tamtym drzewem.

– No to idziemy zobaczyć.

Owe powalone drzewo było kilkanaście metrów od nas, oczywiście w towarzystwie kilku choinek niedużej wysokości i otoczone wszędobylskim mchem, który już wspinał się po próchnie. Nie dawałem po sobie tego poznać, ale historia z tym kotem trochę mnie skonsternowała – Lems nie był typem kogoś, kto ulegał jakimś przywidzeniom – to bardziej racjonalista, który wszystko starał się uziemić i wytłumaczyć, a każdy fantastyczny element wyśmiać. Tym bardziej dziwił mnie jego kot.

– A jak ten kot wyglądał? – zapytałem w drodze.

– Jak kot. Cztery łapy i ogon. To jeden z najbardziej kocich kotów jaki mógł być.

– I na pewno najbardziej koci w tym lesie – dodałem jawnie ironicznie. – A maść?

– Biały w jakieś kropki. Zaraz drania dopadniemy i spytamy się, co robi w lesie o tej porze. A jak nie, to do gazu z nim.

Zbliżaliśmy się do drzewa i ciekawi byliśmy, co za nim znajdziemy. Rowery zostawiliśmy parę metrów wcześniej. Przyspieszyliśmy kroku i z dwóch stron wpadliśmy naraz na jego drugą stronę, ale żadnego kota tam nie było. Lems najwyraźniej się zawiódł. I wkurzył.

– To był kot. – rzucił dobitnie – jak Boga kocham, za tym drzewem schował się przed chwilą jeden z tych miałczących pchlarzy, mlekożłopów jednych. Sterujących człowiekiem jak tylko chcą. Manipulatorów i aktorów, wykorzystujących swe parapsychiczne..

– Uspokój się już – przerwałem mu ujmujący wywód – czystego zła w postaci kota nie ma, ale jest co innego – i ręką wskazałem mu na delikatnie zarysowany szlaczek biegnący od tego miejsca i ciągnący się dalej. Który łatwo przeoczyć, ale który, gdy wpadło się na jego trop, niechybnie prowadzący dokądś. I może faktycznie był dziełem niedużego zwierzęcia. Być może nawet kota.

 

*

 

– Faktycznie, jakby przymknąć jedno oko to nawet to przypomina jakąś ścieżynkę – ocenił otwartym fachowym okiem Lems, ale nie potrzeba było do tego żadnej fachowości. Po prostu w tym mchu coś chodziło, to było jasne.

– Okej, zatwierdziłeś to, więc ja proponuję podążyć tym śladem.

– Prowadź.

 

*

 

Szlaczek wił się w lewo i w prawo, pod górę i w dół. Omijał inne poległe w służbie przyrody jej pomniki, umyślnie je obchodząc. Niechybnie wkraczaliśmy na wspomniany wcześniej teren trzęsawisk – teren od jakiegoś czasu widocznie się fałdował, stawał się także bardziej podmokły. Odzywać się zaczęły typowe dla tego środowiska ptaki, przeleciał gdzieś wysoko ponad lasem kruk, gardłowo porechotując. Co jakiś czas w chaszczach coś szeleściło i milkło, widocznie przez nas spłoszone. Czuliśmy się co najmniej nie u siebie. Mechowe podłoże pomału ustępowało na rzecz gruntu z jednej strony bardziej ziemistego, ale rozmokłego i ponownie zaliścionego. Choinki znikły, a pojawiły się sękate i karłowate krzewy i drzewka ogołocone z listowia i zastygłe w wykręconych od zimna pozach. Zmiana klimatu totalna. Prowadząca nas ścieżka ginęła w odmętach w które wkroczyliśmy. Pozostaliśmy sami.

– I co teraz? – zapytał Lems – droga znikła.

– Więc będziemy improwizować.

– Haha. Powodzenia w improwizowaniu w takim miejscu.

Złośliwość nie powstrzymała mnie jednak od detektywistycznego wytyczenia dalszego szlaku. Po prostu założyłem, że dróżka prowadzi prosto. I tak też poszedłem. A Lems mimo wszystko za mną. Stwierdził jednak, że już nie wierzy w żadną wieżę.

 Po kilkunastu metrach człapania w coraz gorszych warunkach, coś jakby mignęło mi w tym obszarze oczu które nie widzą centralnie, ale nadal rejestrują ruch i to co dookoła. To było coś wyraźnie odstającego, a nawet wręcz kontrastującego z brązami i czerniami wokół których chodziliśmy. I na pewno poruszało się. Dlatego po urywku chwili znikło. Przynajmniej jednak wiedziałem, w którym kierunku iść dalej.

To był dobry pomysł. W miejscu, gdzie teraz mi z kolei coś się przywidziało, znów natrafiliśmy na swego rodzaju szlak.

– Ten nie wygląda jak tamten – powiedział Lems po przypatrzeniu się mu – ale tu ktoś chodził. Nie ma innej opcji.

– Podążamy nim? – zapytałem.

– Nie ma innej opcji.

Poszliśmy. Szlak wyraźniał z każdą chwilą. Puściliśmy się nim między ponownie gęściejącym lasem, a coś jasnego na jego końcu, jak się nam zdawało, coraz bardziej prześwitywało przez coraz węższe odstępy między drzewami. Tak wąskie, że nie dało się już iść z rowerami. Uzgodniliśmy, że zostawiamy je tu – zawsze woziłem ze sobą blokadę na kluczyk, więc nie było problemu. Gdybym jej nie miał, także by nie było. Tak głęboko w lesie raczej nie musieliśmy obawiać się złodziei, jednak dmuchając na zimne spięliśmy oba dwukołowce i zawiązaliśmy wokół drzewa. Kliknięciem zamknąłem blokadę, a kluczyk z wbudowaną diodą schowałem do kieszeni.

– Strzeżonego Pan Bóg strzeże – dodałem jeszcze formalnie i mogliśmy ruszać. Poprawiliśmy plecaki, zawiązaliśmy poluzowane sznurówki w butach i podążyliśmy tam, gdzie wydawało się nam, że między drzewami panuje jakaś dziwna jasność.

 

*

 

Po około trzydziestu, czterdziestu metrach okazało się, że powodem "dziwnej jasności" było nagłe zniknięcie lasu. To znaczy las był, ale zjeżdżał pod dość ostrym kątem w dół, ku rozpostartemu na kilkadziesiąt metrów wąwozowi, więc z pomiędzy drzew wyglądało to tak, jakby go nie było. Jednak nie to było powodem tego, że obaj równocześnie złapaliśmy powietrze w płucach i przez dobrych kilka sekund nie mogliśmy go wypuścić. Na przeciwległym leśnym brzegu, za wąwozem, na ponownie wznoszącym się w górę terenie, stała samotnie smukła budowla, do połowy zakryta przez korony drzew. Stojąc na wyraźnym wzniesieniu, górowała tak samo nad wszystkim innym dookoła. Z tej odległości nie przypominała żadnej znanej nam konstrukcji, która mogłaby znajdować się tak głęboko w niedostępnym lesie. Popatrzyliśmy na siebie tym wzrokiem, wyrażającym totalną masakrę poznawczą, i przez chwilę staliśmy tak w tym wrażeniu.

– No i jest wieża – w końcu przemówił Lems, a głos miał zupełnie bezbarwny, jak u kogoś, kogo zawiodły wszystkie swoje argumenty i rozsądek.

U mnie widok wieży też nie spowodował spodziewanej ekscytacji – raczej przytłoczyła mnie swoją posturą, a przede wszystkim – obecnością. Jak mówiłem, nie pasowała mi do żadnego typu wież jakich można się spodziewać w takim miejscu. Ani to budowla strażnicza, ani o charakterze turystycznym, ani żadnym innym. Ciemna, odlana jakby z jednolitego materiału, wydawała się upiorna. Mimo tego, nie potrafiłem przestać na nią patrzeć. Poczułem szturchnięcie w ramię.

– Co robimy? – zapytał Lems.

Szczerze, nie bardzo wiedziałem. Wieża przyprawiała o dreszcze, ale zaszliśmy tak daleko..

– A co myślisz? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.

– Myślę, że drugi raz już tu nie wrócę. Ale teraz jestem tu, widzę tą wieżę i potem będzie mnie zżerało, że nic więcej nie zrobiliśmy, jeślibyśmy się teraz wrócili. Pierw jednak, racjonalnie, omówmy to co widzimy – powiedział i posłał spojrzenie czarnej budowli znad drzew. – Co to za wieża, ile ma metrów, z czego jest zbudowana.

 

*

 

Po chwili spędzonej na dyskusji, przerywanej konsumowaniem prowiantu, bo dopadł nas w końcu głód, ustaliliśmy tylko przybliżoną wysokość tej wieży.

 

*

 

– Coś pomiędzy trzydzieści a czterdzieści metrów – zaproponował Lems, a ja przystałem na to – Ciekawi mnie jednak bardziej, z czego toto jest zbudowane.

– Nie wygląda mi na cegły, drewno odpada tym bardziej, może kamień? – zapytałem.

Myśl zmarszczyła czoło Lemsa.

– Kamień mógłby pasować, ale tylko wtedy, gdyby był to jeden wielki kamienny fragment. Nie widzę stąd żadnych łączeń czy śladów zaprawy. No i jest czarny, albo ciemny.

Faktycznie, wieża, przynajmniej z naszej pozycji, wydawała się wielką rzeźbą zrobioną z jednego materiału i to, oprócz jej kształtu, na podobę gładkiego stalagmitu, nadawało jej grozę.

Po najedzeniu się, napojeniu i ustaleniu wstępnych faktów, teraz na poważnie należało się zastanowić, co robimy.

– Mamy koło dwóch godzin do zmierzchu – zauważyłem.

 – Czyli dobrą godzinę by dotrzeć do wieży i zbadać co się da.

– Czyli też dobrą godzinę, by akurat wyjechać z tego lasu na tyle daleko, by potem się nie zgubić.

Lems spojrzał na mnie srogo.

– A od kiedy ty taki na nie? To właśnie przez ciebie tu jesteśmy, ty to zaplanowałeś, a teraz chcesz podwijać ogon i do domku na herbatkę?

Faktycznie, miał rację. Miał cholerną rację, ale czas, w jakim zmienił swoje nastawienie co do wyprawy wydał mi się niepokojąco krótki. Nie mogłem jednak nijak oponować.

– Masz rację – potwierdziłem – Idziemy do tej wieży.

 

*

 

Pierw zeszliśmy po zboczu, by znaleźć się na zrębie, który wyglądał jak cmentarzysko. Rowery zostawiliśmy według planów na górze i poruszało nam się teraz o wiele lepiej. Plecaki jednak ciążyły na ramionach, ale mieliśmy tam cały dobytek który mógł nam uratować tyłki, były więc niezbędne. Wykrywacze mieliśmy również, jakżeby inaczej. Wieżę chwilowo straciliśmy z oczu, bo zasłaniało ją przeciwległe zbocze, po którym zaraz mieliśmy się wspinać. Mimo to, cały czas czuliśmy jej niesamowitość.

– Dziwna ta wieża, nie ulega wątpliwości – powiedział w końcu Lems, i myślałem, że jednak wrócił do normalności – Ale nie odpuszczę, jak choćby nie zobaczę jej z bliska.

Mimo swojego wahania, ja również chciałem ją zbadać. I to szybko, bo pogoda zaczynała się pogarszać. Zaczął prószyć lekki śnieg, łatwo unoszony przez wiatr we wszystkich kierunkach. Obejrzałem się dookoła i chyba dopiero teraz do mnie dotarło, jak daleko jesteśmy – pewnikiem w promieniu kilkunastu kilometrów wokół nas nie było niczego innego jak lasu. Lasu, który wydawał się nieoswojony, zmierzwiony, obcy jak inna planeta. Mimo tych beznadziejnych refleksji ponownie, któryś to z kolei dziś raz, weszliśmy między drzewa.

 

*

 

– Tam, tam, za tamtym krzakiem! – Lems krzykiem przywołał mnie do siebie.

– Co jest?

– To są jakieś jaja..

– Co jest? Mów!

Przygarbił się i oparł o własne kolana.

– Tam był znowu kot.

Dziwne.

– No okej, widziałeś go już wcześniej, więc i zobaczyłeś znowu. Może chodzi gdzieś wokół nas.

Lems spojrzał mi w oczy.

– Ten kot był czarny.

Bardzo dziwne.

– A nie była to jakaś kuna, wydra, bober czy cokolwiek innego leśnego? – teraz z kolei ja próbowałem racjonalizować jak tylko się dało.

– Głowy nie dam, ale poruszał się takim truchcikiem, jak to koty, przystanął i spojrzał na mnie. To był kot.

– Gdzie?

Lems wskazał mi niedalekie miejsce wśród poszycia z opadłych, żółtych liści.

– Potem uciekł w te chaszcze, tam dalej – wskazał mi szaroburą kępę oddaloną o około dwadzieścia metrów od nas.

– Nie mamy za bardzo czasu biegać za kotem – stwierdziłem – Już i tak jest późno, a musimy jeszcze zbadać wieżę.

– Racja – przytaknął Lems.

Ruszyliśmy w kierunku, gdzie jak wydawało nam się, powinna być wieża. Las był po tej stronie tak samo niepokojący i nieprzyjazny. Mokre liście na ziemi sprawiały wrażenie wyciągniętych na wierzch wnętrzności. Drzewa były wysokie, czarne i nagie, a w powietrzu unosiła się cisza. Gdzieniegdzie tylko wirowały drobinki śniegu, ale nieporównywalnie rzadsze niż na otwartej przestrzeni. Po piętnastu minutach marszu wydało nam się dziwnym, że nadal nie dotarliśmy do wieży, tylko cały czas walczyliśmy z materią przyrody.

– Powinna już chyba gdzieś tu być, nie? – zapytałem Lemsa.

– Powinna. Nie mogła znajdować się dalej jak pięćdziesiąt metrów od linii drzew.

– Nic to. Idziemy dalej – zadecydowałem.

 

*

 

– Która godzina?

– Chwilę po czternastej. Ale..

– Co?

Lems spojrzał na telefon i powiedział, że nie ma ani jednej kreski zasięgu.

Spojrzałem na swój i miałem tak samo.

 

*

 

Fioletowe. Coś fioletowego przyciągnęło nasz wzrok. Nie miało z tym problemu, bo nawet z daleka wybitnie kontrastowało z tymi wszystkimi odcieniami szarości dookoła. Ruszyliśmy do tego.

 

*

 

W miarę zbliżania się do tego koloru, coś wyłaniało się z bezkształtnej masy drzew, krzewów i liści. Coś, co przebijało się nawet przez szarugę lasu i pory roku. Jak pień olbrzymiego drzewa, wokół którego zbierają się pozostałe i oddają mu hołd, przed nami w końcu objawiła się tak pożądana wieża. Nie w całej okazałości, bo tego kryły rosnące wokół niej drzewa, ale i sama podstawa doskonale zdradzała jej rozmiar i ciężar. Wokół niej rósł pierścień ostrych krzewów, na których z kolei rosły fioletowe, drobne kwiaty, które przyciągnęły nasz wzrok. Podeszliśmy bliżej, próbując spojrzeć wyżej, ku jej szczytowi. Przez sieć gałęzi ujrzeliśmy tylko ginący w mglistym powietrzu zarys. Faktycznie, budowla wydawała się zbudowana, czy nawet odlana z z jednego kawałka jakiegoś materiału, który w wilgotnym powietrzu lekko połyskiwał.

– Ten żywopłot wokół wieży jakby jej bronił – zauważyłem.

– A takie kwiaty raczej nie powinny rosnąć praktycznie w zimie – dodał Lems.

– Tak czy siak, nie ma czasu. Rozkładamy piszczały i do roboty.

W parę minut potem, dokręciwszy ostatnią rurę, włączyliśmy nasze sprzęty i rozdzieliwszy się po obu stronach wieży, zaczęliśmy chodzić i sondować.

 

*

 

Sprzęty wydawały normalne odgłosy swojej pracy, czyli przeróżne trzaski, szumy, jednak w tych okolicznościach, wśród ciemnego lasu i dziwnej wieży obok, wydawały się nie z tego świata. Żaden jednak dźwięk nie zabrzmiał tak jak tego oczekiwaliśmy – nie było charakterystycznego piknięcia, które spowodowałoby szybszy bieg serca. Po kilku, kilkunastu minutach takiego bezowocnego machania, nasze drogi się zeszły.

– Nic. Zupełne nic – powiedział Lems, a w jego głosie nie było złości, raczej zdziwienie.

– Tak jakby od lat nikogo tu nie było.

– Właśnie. A przecież to niemożliwe, że nie znaleźliśmy choćby kapsla po piwie czy wieczka po konserwach. Nie w takim miejscu.

– No wiesz, jesteśmy dość daleko – zauważyłem.

– Bez przesady, to nie dżungla w Amazonii. Jasne, las jest duży, jak na kraj nawet bardzo, ale myślisz, że przez lata nie bylo tu żadnych grzybiarzy czy myśliwych, i nic po sobie nie zostawili?

– Fakt. W tych czasach śmieci są nawet na jeszcze nieodkrytych wyspach pośrodku oceanu.

– Spróbujmy raz jeszcze – zachęcił Lems.

– Dobra.

Gdy tylko zrobiłem krok w lewą stronę, wysoki pisk rozerwał leśną ciszę, aż podskoczyliśmy. Spojrzałem na Lemsa i z bijącym sercem skierowałem wykrywacz znów w te samo miejsce. Ciągły sygnał wypełnił powietrze, wskazówka na ekranie błyskawicznie znalazła się na końcu skali i telepała się szaleńczo, jakby próbując wyjść poza nią. Patrzeliśmy na to jakby nas zmroziło, nie mogąc wykonać żadnego ruchu. Po trzech sekundach tego szczytowania pisk zaczął słabnąć, a wskazówka równomiernie do niego powracała w swoje dawne miejsce. Zacząłem kołować wykrywaczem wokół tego miejsca, ale dźwięk cichł i na powrót zamilkł całkowicie.

– Niemożliwe – powiedział podbiegający do mnie Lems.

Faktycznie. Czasem pojawiają się takie sprzężenia widmo, ale na pewno nie o takiej mocy, trwające tak długo.

– Tam coś musi być – podjął i wyciągnął z plecaka saperkę. Wbił ją w ziemię, nie zdążył jeszcze dobrze zanurzyć, a z głośnika mojego wykrywacza dobiegać zaczęły dźwięki. Nie takie jak przed chwilą, oznajmiające znalezienie czegoś, a bardziej jak radio szukające fali. Gdzieś za tymi szumami rodziło się coś na podobę głosu, na który został narzucony przester.

 

  As asma. Tū assei. Mes asmei. Jūs astei.

 

Rzuciłem wykrywacz na ziemię.

 

Ja jestem. Ty jesteś. My jesteśmy. Wy jesteście.

 

 Nagle znalazłem się wśród drzew, ale nie takich jak wcześniej. Sękate dęby prawie otulały mnie swoimi ramionami, przez które gromadami błyskały gwiazdy, a pod nimi płonęło ognisko tchnące spokojem. Sekunda ciszy absolutnej, po której z ognia wyleciała nieduża kula, wzniosła się na wysokość koron i wybuchła światłem. Zmiotła noc i znalazłem się na otwartej przestrzeni. Stałem na wzniesieniu i patrzyłem na dolinę. Był letni dzień, kłębiaste chmury przetykane słońcem leniwie płynęły nad strzechami chat ukrytymi wśród złotokłosych pól. Odległe lasy, zielone jak jadeit, okalały wszystko dookoła. Czułem się zdrowy jak zdrowa była ta kraina. Zauważyłem postać idącą przez pola w moją stronę. i uradowało mnie to. Okazała się nią młoda kobieta, której uśmiech widoczny był już z daleka. Już, gdy mieliśmy się w zasięgu rąk i widziałem kolor jej oczu, słońce znikło. Rozlewający się wszędzie wokół cień gasił złoto zbóż i zieleń lasów. Spojrzałem do góry i nad nami i całą doliną wisiał przeogromny czarny krzyż, od którego, nasilając się, dochodziło złowrogie buczenie. Z tego buczenia wyłaniała się kakofonia złożona z ludzkich krzyków, po równi męskich, kobiecych, dziecięcych. Dźwięk narastał i narastał, i po chwili musieliśmy zasłaniać uszy dłońmi. Przebił się i przez nie, osiągając apogeum w postaci wybuchu, po którym..

 

  Jūs astei.

 

– Ej, co z tobą? Kontaktuj!

Przed oczami zwizualizował mi się Lems, a na sobie poczułem ponownie wilgoć i chłód, które jeszcze przed chwilą były tak przyjemnie nieobecne.

Było już szarawo, tak jak robi się o tej porze niedługo przed ciemnościami.

– Chodź, dawaj, szybko! – prawie krzyczał do mnie i ciągnął mnie za rękaw.

– Ale.. gdzie? Po co?

– Biegnij za mną. Teraz im nie odpuszczę.

– Komu?!

– Im. Kotom. Stały obok siebie i patrzyły na nas, kiedy odleciałeś.

Pociągnął mnie i mimowolnie zacząłem za nim biec. Obraz jeszcze miałem niewyraźny, drzewa i krzaki mazały mi się przed oczami, jak i sam Lems. Najbardziej dochodził do mnie odgłos biegu przez las. Liście, gałęzie, szelesty i trzaski, powtarzane wielokrotnie.

– Poczekaj, zwolnij.. – zawołałem, ale Lems biegł nie oglądając się za siebie. Nie mogłem zatrzymać się i tym samym rozdzielić nas. Biegłem za nim, niewiele rozumiejąc. Teren lekko zaczął się wznosić, jakbyśmy znów wchodzili na zbocze. Dziwnie strome zbocze, biorąc pod uwagę, że teren wokół był raczej płaski. Po parunastu metrach znów zrobiło się równo.

– Tam są! Widziałem ich ślepia świecąc..! – krzyknął Lems ale słowa nie dokończył, bo z automatu stanął w miejscu, a ja z rozpędu na niego wpadłem.

– Co się stało, czemu stanąłeś? – zapytałem go, ale po chwili sam zobaczyłem powód.

Przed nami wyrastały trzy kopuły, wysokie na coś pomiędzy metrem a półtora. Ciche, nieruchome, wyglądały jak miniaturowe kurhany. Dopiero po dokładniejszym przyjrzeniu się okazało, że są to

– Namioty – powiedziałem bardziej do siebie niż do Lemsa, ale i tak usłyszał.

Podeszliśmy bliżej. Ewidentnie stały tu już jakiś czas, bo ich kolory poszarzały, stelaże nie trzymały brył tak jak powinny, ale nie były w szczególnie opłakanym stanie. Czwarty namiot za to leżał poległy za tymi trzema. Znaleźliśmy też pozostałości ogniska i dwa blaszane kubki.

– Myślisz, że to obóz tej grupy, która kiedyś zniknęła? – zapytał Lems.

– Wszystko by się zgadzało. Cholera..

– Co?

– Za chwilę będzie noc. Mamy może z pół godziny – odpowiedziałem.

– Zawracamy.

– Nie ma szans. Do samego nasypu mielibyśmy z ponad godzinę, a i tak bylibyśmy jeszcze głęboko w lesie.

– Nie mów tylko, że..

– A masz inny pomysł?

 

*

 

Powierzchownie przejrzeliśmy namioty i jeden był praktycznie suchy. Pozostałe dwa przeciekały i zalegały tam resztki ubrań, jakieś śmieci po daniach błyskawicznych i batonach. Nie licząc koca, suchy był pusty. Bardzo dobrze.

Szybko pozbieraliśmy chrust i większe gałęzie. Zapałki na szczęście były nietknięte, Lems miał też trochę kory brzozowej w plastikowym woreczku, i po chwili na świat przyszedł pierwszy płomień. Praktycznie w tym samym momencie, kiedy wokół zrobiło się już absolutnie ciemno. Minutę później ogień już raźno trzaskał i grzał nasze wychłodzone organizmy.

– Wyobrażasz sobie, co by było bez tych namiotów? – zapytał Lems.

– Nie wyobrażam – odpowiedziałem i rzuciłem na nie okiem. Mimo że to znalezisko uratowało nas, to w blasku ognia wydawały się niepokojące. Ciche i porzucone. W jednym z nich mieliśmy też spędzić noc, ale nie podzieliłem się tą myślą z kumplem. Nocny las wokół był nieprzenikniony, nie licząc kilku najbliższych drzew, na które padało światło ognia. Czułem się lata świetlne od domu.

– W ogóle co ci się stało przy tej wieży? – zapytał – Ale czekaj, opowiesz zaraz – po czym zniknął w namiocie.

– O kurde! – po chwili dobiegł mnie jego głos.

 – Co?!

 – Zaraz zobaczysz.

Wyszedł, w jednej ręce trzymając jakąś butelczynę, a w drugiej niedużą książkę.

 – Było w tej kieszonce na ścianie namiotu – pomachał mi nią i siadł przy ognisku. Miał ze sobą dwa kubki, swój i mój, które wzięliśmy ze sobą. Butelczyną okazało się mocno napoczęte pół litra białego rumu, który rozlał i podał.

– Bez tego ani rusz – szarmancko rzucił i obaj się zaśmialiśmy, pierwszy raz od dawna. Rum był mocny, ale w sam raz na dzisiejsze przejścia. – Teraz opowiadaj.

Opisałem mu dokładnie swoją "wizję" i chyba tylko rum sprawił, że nie wziął mnie za szaleńca.

– A te słowa od razu zrozumiałem, choć usłyszałem je w tym dziwnym języku – powiedziałem i dorzuciłem do ognia, wzburzając w górę stado iskier.

– Jak to szło?

– Ja jestem. Ty jesteś. My jesteśmy. Wy jesteście.

– A zrozumiałeś ich sens?

– Pewnie tyle co i ty, sądząc po twojej twarzy.

– Hehe.

– Hehe.

Przez chwilę siedzieliśmy sącząc rum i wsłuchując się w nocny bezkres lasu. Ogień z jednej strony był jak zbawienie, ale z drugiej byliśmy przez niego widoczni jak na dłoni przez wszystko, co mogło czaić się tam, gdzie nie sięgał.

– Koty – powiedziałem w końcu – Co z nimi?

Oczy Lemsa zabłyszczały w ogniu.

– Nie mam pojęcia. Jak odkryliśmy te namioty, to zupełnie o nich zapomniałem – powiedział – Czekaj! Otwieraj tą książkę, bo zaraz i o niej zapomnimy!

Nagle, gdzieś w oddali, między drzewami, coś błysnęło. Coś małego, ale wystarczającego by przyciągnąć nasz wzrok. Zgasło, po czym pojawiło się znowu. Nieduże światełko. Za chwilę obok niego pojawiło się drugie. Trzecie. I czwarte.

– Co to ma być? Tam. Coś się świeci – zapytał niepewnie Lems a ogień zdradzał, że jest zdenerwowany.

– Nie wiem. Może nas ktoś szuka? Powiedziałeś komuś gdzie jedziemy?

– Nie. Nie wiedziałem, że zrobimy sobie biwak w tak miłych okolicznościach przyrody.

Światła jak zapaliły się, tak wisiały w powietrzu. Nie chciałem mówić tego na głos, ale wydawało mi się, że są mniej więcej tam gdzie znajdowała się wieża.

– Trzeba przygasić ogień – powiedziałem.

 – Zgoda – przytaknął Lems i zaczęliśmy grzebać kijami w popiele. Po jakimś czasie zrobiło się na tyle ciemno, że ledwo Lems rysował mi się w oczach. Światła tym samym zrobiły się wyraźniejsze. Nie widać ich było jak na dłoni, tylko chowały się trochę za drzewami i musieliśmy poruszać głowami, by je lepiej widzieć, a i tak nie widzieliśmy wszystkich czterech naraz. Faktycznie mogły uchodzić za światła latarek, ale ta nieruchomość raczej na to nie wskazywała. Nagle, jedno z nich zaczęło powoli przemieszczać się w lewą stronę, po czym znów znieruchomiało. Następne poszło w prawo.

– O cholera.. – szepnął Lems.

Trzecie z nich ustawiło się pod pierwszym znów z lewej strony. Czwarte zrobiło to samo, tylko z prawej. Teraz stały w wyraźnym szyku i jakby pociągnąć po nich linię, stworzyłyby prostokąt. W tym momencie zaczęły migać. Powoli przygasały i rozświetlały się dość mocno, jedne po drugim, choć coraz bardziej chaotycznie. Pierw powoli, ale z każdym rozświetleniem szybciej i szybciej. Po kilku sekundach byliśmy świadkami iście świetlnego spektaklu, iluminacji, a gdy szybkość migania osiągnęła apogeum, z kierunku świateł dobiegło, jakby coś ciężkiego głucho i z trzaskiem walnęło w ziemię. Spojrzeliśmy na siebie i w szeroko otwartych oczach Lemsa odbijała się czerwień dogasającego ogniska. Światła przestały migotać i znów stanęły nieruchomo. Po chwili jednak każde z nich ruszyło do środka i zlało się w jedno większe, o jasnej, stałej i ostrej barwie. Gdy patrzyło się na nie, widziało się wychodzące z niego szpilki światła, promieniujące we wszystkich kierunkach. Światło zaczęło się powiększać, a towarzyszył temu miarowy, pierw ledwo słyszalny, ale z każdą chwilą wyraźniejszy odgłos.

– One tu idzie – wymamrotał Lems, i miał rację. Światło szło, a jego odgłosem były kroki na ściółce. Coś deptało gałęzie i suche liście, trzaskało kijami, a przestrzeń wokół nas potęgowała ten dźwięk na tyle, że każdy krok był głośniejszy i wyraźniejszy od poprzedniego. Czasem niknęło na chwilę za drzewami, co było tylko potwierdzeniem tego, że było w ruchu.

– Jak myślisz, przyjdzie do nas? Czy pójdzie gdzieś dalej? – wyszeptał Lems.

Ognisko, choć ostatkami, jeszcze trochę się żarzyło i mogło zdradzić nasze położenie.

– Nie wiem, ciężko powiedzieć – odszeptałem. Mimo wszystko, nie mogliśmy przestać na te światło patrzeć.

– A jeśli jednak..

 

Tsz.

 

Spojrzeliśmy na siebie.

 

Tsz. Tszz.

 

Potem na lewo od ogniska.

 

Tszzyy.. Tszz. Tszyyyyy

 

Naraz we dwóch rzuciliśmy się w tamto miejsce. Całkowicie zapomnieliśmy o wykrywaczach. Lems dopadł pierwszy i przekręcił włącznik. Zapadła cisza i nawet odgłos kroków przestał być słyszalny. Czarna przestrzeń wokół nas znów rozlała się jak kosmos, a światło stanęło w miejscu i emanowało jak niedaleka gwiazda. Znieruchomieliśmy w oczekiwaniu.

– One chyba się zmniejsza – szepnąłem do Lemsa.

– Ty, faktycznie.

Jasność kuli rzeczywiście robiła się coraz mniej intensywna. Z kłującej w oczy, kurczyła się i po chwili była tylko blada, jak podpadnięta żarówka. Po kilku następnych sekundach wygasła całkowicie. Całkowicie też zrobiło się ciemno, bo i drwa zdążyły się już spopielić. Czarna próżnia dookoła podziałała zupełnie, totalnie dezorientująco.

– Widzisz coś? – zapytałem retorycznie.

– Tylko ciemność.

 

*

 

Igła wbita w ucho. W sam środek, do mózgu, rozrywanego przez nieziemsko wysoką częstotliwość, która znikąd nagle rozdarła monolit ciszy i czerni, w którym próbowaliśmy się odnaleźć od paru dobrych minut. Poraziło to nas jak elektryczność i dopiero po paru sekundach nerwy odebrały sygnał, że to nasze wykrywacze zanosiły się tym charakterystycznym jękiem i kakofonią, znamionującą wykrycie czegoś. Czegoś tak bliskiego, że przepaliło przewody, ale pierw doprowadziło dźwięk do wrzenia. Potem znów las rozbrzmiał zatykającą uszy ciszą. Na chwilę.

 

*

 

– Słyszysz? – szepnął Lems.

– Tak.

Trzask, może z dwie sekundy przerwy, i następny. Odgłos łamanych patyków i gniecionych liści. Z każdym trzaskiem coraz bliżej. We wszechogarniającej ciemni roznosił się tak, że dobiegał z każdej strony, choć dobrze wiedzieliśmy, że dochodził z miejsca w którym zgasło światło. Trzask. Siedzieliśmy jak wryci, i gdyby nadal płonęło ognisko, to prawdopodobnie już widzielibyśmy sprawcę. Kolejny trzask, i poczułem szarpanie za rękaw.

– Wchodzimy do namiotu, dawaj! – usłyszałem w uchu.

Odgłos przesuwanego zamka i niezgrabnie weszliśmy na czworakach do środka. Ponownie odgłos zamka. Nadal byliśmy w ciemnościach, ale te miały rozmiar klatki dla zwierząt, a nie kosmosu. Materiał słabo tłumił dźwięki i kroki były już naprawdę blisko. W namiocie było o wiele zimniej niż na zewnątrz, i jakbyśmy widzieli widmowe kłęby pary buchające z ust. Jedne za drugimi, na przemian. Tymczasem krok ewidentnie dobiegł nas z okolic ogniska. Stąpanie było nadal miarowe, powolne, choć doniosłe i ciężkie. Gdy kolejny krok został postawiony już przy samym namiocie, ale z boku, dosłyszeliśmy coś jeszcze – sapnięcie, jakby komuś kto je stawiał sprawiały duży wysiłek. Dziwne uczucie, gdy organizm domaga się tlenu, ale świadomie odmawia się mu go, by nie wytwarzać żadnych dźwięków. Mówiąc prościej – wstrzymywaliśmy oddechy, aż kręciło się nam w głowie. Kroki ewidentnie obchodziły namiot. My zastygliśmy w pozach, chociaż głowy delikatnie, tak jakby w absurdalnej obawie przed narobieniem ruchem hałasu, podążały za nimi. Gdy zatoczyły koło i ponownie były przed frontem namiotu, przetykane krótkimi spazmami oddechu, zamek namiotu zaczął powoli iść do góry. Nie zobaczyliśmy tego, ale usłyszeliśmy. Gdy już skrzydła drzwi były na tyle luźne, że zaczynały falować, a między nimi zamajaczyło coś ciemniejszego niż noc, wtedy usłyszeliśmy

– Koty – szepnął w nocną toń Lems, a te słowo poszło w nią kłębem pary.

– Koty – powtórzyłem, bo faktycznie – z dość bliska słychać było charakterystyczne tylko dla nich syczenie i charczenie. Ponownie usłyszeliśmy też kroki, ale nie ciężkie i powolne jak wcześniej, tylko przed namiotem odbywać się musiała istna bieganina. Z pewnością to właśnie koty były jej sprawcami, ale intensywność tego wszystkiego zadziwiała. Pojawiały się to z jednej, to z drugiej strony namiotu, jakby skakały na te odległości, cały czas burcząc, parskając i sycząc. Między nimi co jakiś czas dało się usłyszeć krok cięższy, a między krokami coś oddychało ciężko. W pewnej chwili zobaczyliśmy dwa żółte punkty między drzwiami namiotu, ale jak się pojawiły, tak też zniknęły. Tym bardziej było to dziwne, bo przecież oczy potrzebują jakiegokolwiek źródła światła by móc odblaskiwać. Chaos przed namiotem trwał nadal, ale jakby zaczynał się oddalać – razem z tym cięższym stąpaniem. Za kilkanaście sekund słyszeliśmy na powrót tylko łamane gałęzie i patyki. Potem rozpłynęło się to wszystko w czarnym powietrzu, a jedynym ruchem było okazjonalne falowanie skrzydełek drzwi namiotu, widoczne nawet po ciemku. Szybko jednak zamek scalił je w ścianę ruchem Lemsa.

 

*

 

Dopiero po zamknięciu namiotu usiedliśmy, bo cały czas tkwiliśmy w nim kucnięci, o czym świadczyły palące bólem łydki i uda. W ogóle dopiero teraz dotarły do nas trudy tej podróży – fizyczne jak i psychiczne. Oba po równo, w takim samym stopniu ogromne. Siedzieliśmy i oddychaliśmy głęboko jak po forsownym biegu. Ciemność jednak nie pomagała w odpoczynku – była nadal dezorientująca i niepokojąca. Przypomniałem sobie, że w kieszeni, przy kluczach, mam ledowe światełko. Wymacałem je, wyjąłem i zapaliłem. Blade światło wypełniło bryłę namiotu, rzuciło niepewne cienie i oświetliło nasze twarze. W niczym nie przypominały tych jeszcze sprzed kilku godzin, gdy zuchwale wjeżdżaliśmy do lasu. Lems miał zapadnięte policzki, powieki ciążyły mu ciężko na oczach, a ja czułem, że wcale nie wyglądam lepiej.

– Żyjesz? – dość retorycznie spytałem.

– Heh. Wszystko tak mnie boli, że to musi być życie. – odpowiedział Lems. Mimo, iż jak zawsze silił się na ironię, między słowami słychać było, że jest bardzo zmęczony. Jednak sam fakt próby ironizowania po tym wszystkim jakoś podnosił na duchu. Odeśmiałem się na tyle, na ile mogłem. Niedużo, ale zawsze. Czy było aż tak źle, że nadzieja znów musiała umierać ostatnia?

 

*

 

– Rozumiesz coś z tego wszystkiego? – usłyszałem pytanie. – Wjechaliśmy do lasu, był las, las i długo nic, stary, młody i jakikolwiek tam jest, zobaczyliśmy wieżę a teraz siedzimy w jakimś porzuconym namiocie, bo widzieliśmy światła i potem jakieś kroki wokół niego, aż w końcu dzikie leśne KOTY zaczęły prychać i znów zrobiło się cicho.

Faktycznie, streszczenie ostatnich paru godzin wydawało się tak abstrakcyjne, że ciężko było to logicznie sobie wytłumaczyć.

– Rozumiem tylko tyle, że miałeś rację – odpowiedziałem.

– Jak to?

– Tak to, że faktycznie lepiej o tej porze byłoby siedzieć gdziekolwiek gdzie jest ciepło, jasno i jest jedzenie.

– Ale smęcisz. Nażarłbyś się i siedział jak ten pączek w maśle i żałował, że zamulasz kolejny wieczór zamiast zrobić coś, co będziesz pamiętał na całe życie.

– Niech cię cholera chłopie, masz rację.

Śmiech. Nieduży, ale zawsze. 

 

*

 

Dobrze, że przed nocą załadowaliśmy nasze plecaki do namiotu. Na zewnątrz i tak byłyby na wyciągnięcie ręki, ale zasunięty zamek błyskawiczny namiotu wydawał nam się teraz zaspawany na amen, a nawet gdyby tak nie było, to chyba żaden z nas nie wyściubiłby nawet palca poza niego. Choć ciemność mogła wydawać się złowieszcza, to cisza działała uspokajająco. Resztkami sił wygrzebaliśmy z tobołów dodatkowe bluzy i okryliśmy się nimi jak kocami. Koniec listopada robił swoje i było okrutnie zimno, a od ziemi ciągnęło czystym, równie zimnym złem.

– Masz jeszcze tego rumu? – zapytałem Lemsa.

– Nie. Został przy ognisku.

– Ech. Byłoby pięknie znów mieć i rum, i ognisko.

– To byłoby porównywalne z posiadaniem miliona na koncie. Nie, czekaj. Lepsze.

– I znów masz rację. Jak jeszcze chyba nigdy dotąd.

 

*

 

Bladoszare światło weszło mi pod powieki i zmusiło do otwarcia ich. Chwilę zajęło mi uświadomienie sobie gdzie jestem, bo przez pierwsze kilka sekund umysł potraktował wydarzenia ostatnich kilkunastu godzin jak sen. Niska kopuła i porozwalane rzeczy dookoła niechybnie mówiły jednak, że to wszystko było prawdą i jesteśmy nadal tam gdzie byliśmy wcześniej. Przede wszystkim jednak, świadczyło o tym zimno.

– Masakra, jak się czuję – powiedziałem, z trudem dźwigając się z pozycji w której spałem – Gorzej niż wtedy na kacu z Sylwestra, dwa lata temu. Hehe. Pamiętasz go? Ale była rura. Ciekawe czy w tym powtórka będzie. A ty jak tam?

Cisza.

– Wstawaj chłopie, bo drugiej nocy w tym namiocie nie przeżyjemy – i w miarę energicznym ruchem zerwałem bluzę, którą w nocy się okrył.

Pustka.

Był tu, na pewno. Pamiętałem że rozmawiał ze mną, ale i samo wygniecenie w barłogu o tym świadczyło. Teraz jednak wyzierał z niego jego brak. Spojrzałem na zamek namiotu – był zasunięty tak samo jak wczoraj. Spokojnie. Pewnie poszedł się odlać i zaraz wróci. Usiadłem na powrót i okryłem się ubraniami.

 

*

 

Półstan. Ani to sen, ani jawa. Każda sekunda była odczuwalna, a dzień zamiast nadzieją, wypełniał środek zimową katatonią.

 

*

 

Telefon padł już w nocy. Czarny ekran głuchy na jakiekolwiek próby reanimacji. Ciężko było orzec, ile minęło czasu, bo czas logicznie, bez udziału odmierzających go urządzeń, tracił rację bytu. To byłoby nawet ciekawym doświadczeniem, gdyby nie to, że teraz liczyła się każda sekunda dnia.

 

*

 

Zostały jakieś resztki kanapek i coś do picia, gdy zajrzałem do swojego plecaka. Plecak Lemsa nadal tkwił w swoim miejscu. Posiliłem się tym co było, część zostawiając dla niego tu, a resztę pakując do siebie. Nie mogłem bezczynnie siedzieć w namiocie, bo i tak minęło już za dużo czasu odkąd stwierdziłem że go nie ma, a i on sam działał mocno na jego niekorzyść gdzieś tam w lesie. Pytałem sam siebie, co też mogło się z nim stać. Gdyby faktycznie poszedł za potrzebą, wróciłby już dawno temu, a nadal go nie było. Niebezpiecznie długo nadal. Dzień o tej porze roku trwał raptem parę godzin i obstawiałem, że zaraz minie druga od kiedy skończyła się noc. Trzeba było ruszać. Nagle, mój wzrok przyciągnęła nieduża rzecz, o której przez wydarzenia z nocy zupełnie zapomniałem. Książka, którą znalazł Lems – a raczej książeczka, gdyż przypominała notes. Okładka była przybrudzona i nieświeża i ciekaw byłem, jak wygląda sytuacja w środku. Parę minut mnie nie zbawi, pomyślałem, i otworzyłem ją. Pismo było dość lekarskie, chaotyczne, z pewnością spod męskiej ręki. Większość stron uległa zwilgotnieniu i tusz rozmazał się, kodując tym samym treść. Spore fragmenty były jednak czytelne.

 

W końcu sierpień i mogliśmy całą ekipą przyjechac w ten zakątek kraju. Bałem się, że nie damy rady, że znowu ktoś odpadnie, ale cudem wszyscy…

 

…oczywiście pierwszy dzień i noc nie miał nic wspólnego z badaniami, bo Wit i Mija podstępnie załadowali do bagażnika parę litrów "najlepszej" dyskontowej łychy i do świtu siedzieliśmy przy ognisku i śpiewaliśmy, aż przypomniały się studenckie czasy.

 

…bo nigdy nie ufałem elektronice i jak zawsze będę zapisywał swoje wrażenia na papierze. Najwyż..

 

…tak tu jest pięknie. Bukowe lasy jakich brak w naszej części kraju, powietrze też innej jakości, aż szkoda że to nie wakacje, tylko zaraz trzeba brac się..

 

Trzeci dzień badań. Tomski już na sto procent trzeźwy i to słychac, widac i czuc. Ekipa w pełnej gotowości i jesteśmy na drugiej działce. W pierwszej nie było zbyt dużo do roboty, przekopaliśmy ile można było i ruszyliśmy dalej. Skany ziemi racz…

 

Znaleźliśmy dziwne kamienie. Znaczy wykopaliśmy. Czarne, gładkie, lekko błyszczące. Zaskakujące tym bardziej, że właśnie mniej więcej w tym miejscu zakładaliśmy, że przebiegała granica, a te kamienie właśnie tu? To byłby zadziwiający zbieg okoliczności, ale nie..

 

…dziewczyny wróciły wieczorem z lasu, gdzie poszły sobie porobic te swoje artystyczne zdjęcia i powiedziały, że ktoś robił sobie z nich żarty. Widziały jakieś postaci chowające się za drzewa, słyszały kroki za sobą, błyskały jakieś światła. Potem wszystko ustawało i nie było widac i słychać nic ani nikogo. Jeśli to miejscowi robili sobie z nas jaja, to robili to całkiem nieźle. Mija i Kat nie należą przecież do strachliwych dziewczyn, a wróciły z lasu nieźle przestraszone. Nazaju..

 

Tak jak zakładaliśmy, te leśne doliny to nie dziedzictwo zlodowacenia, ale faktyczne pozostałości po grodzisku. Wały, majdan, a nawet przerwa świadcząca o obecności bramy wjazdowej. Zaczynamy tu kop..

 

..źliśmy ceramikę i przedmioty użytku codziennego lub te, które były wkładane do grobów, w tym i biżuterię. Nasza historyczka Mija jest niemal pewna, że to rzeczy należące albo do Sasinów albo Pomezan, bo właśnie w miejscu naszych badań graniczyły ze sobą te dwa ludy. Jeszcze nigdy nie widziałem Miji tak podekscytowanej.

 

W końcu znaleźliśmy też szczątki – co daje nam stuprocentową pewnośc co do naszych założeń. Kości były na głębokości trochę ponad metra, obok nich oczywiście znaleźliśmy osobiste rzeczy zmarłych. Wieczorem otworzyliśmy przedostatnią butelkę whisky i cał..

 

Było już grubo po północy kiedy do mojego namiotu wpadła Kat i powiedziała, że Mija zaczęła ostro gorączkowac. Poszedłem z Witem sprawdzic to i faktycznie, Mija leżała pod kocem, cała rozpalona i półprzytomna. Wcześniej czuła się dobrze, nawet wypiła małego drinka. Nie mogliśmy uwierzyc że w ciągu paru godzin tak mocno ją wzięło, ale daliśmy jej leki, wodę i gdy zasnęła, sami poszliśmy do siebie spać. Jutro znów dużo pracy. Gdy wracałem do namiotu mógłbym przysiąc, że gdzieś daleko za drzewami zamajaczyły mi jakieś światła, ale zignorowałem to i posz..

 

Pogoda się popsuła. Zrobiło się szaro i wietrznie, deszcz wisiał w powietrzu. Las zmienił się diametralnie. Nie mogliśmy jednak porzucić badań, a nawet jeśli to Mija cały czas leżała prawie bez sił i mamrotała coś pod nosem, no więc musieliśmy jeszcze tu być.

 

Piszę to w nocy, w środku nocy, zamknięty w namiocie. Wit siedzi z Kat i Miją, Tomski też u siebie. W dzień kopaliśmy, ale wszyscy mieliśmy jakieś dziwne wrażenie, że nie jesteśmy tu sami. Po zmroku się zaczęło. Pierw otoczyły nas światła. Ruszały się dookoła naszego obozu, mieniły. Myśleliśmy że to miejscowi chcą nas znów nastraszyc, ale to musieliby byc cholernie uzdolnieni pranksterzy, żeby zrobic coś takiego. Mija zaczęła się rzucać i gada coraz głośniejsze i dziwaczniejsze rzeczy, jak w jakimś innym języku.

 

"Wargaisegints. Jus. Perejingiskan humanisks"

 

Nikt nic z tego nie rozumie, a brzmi to w jej ustach strasznie.

 

Jakoś przetrwaliśmy noc, ale nikt prawie nie spał – no, oprócz Miji, bo ta teraz śpi jak dziecko. Gorączka jednak nadal ją trzyma. Było tak chłodno, że rozpaliliśmy ogień i usiedliśmy przy nim. Próbowaliśmy wytłumaczyc sobie zdarzenia z nocy i nie wiem czy chcieliśmy je wyprzec, bo stanęło na tym, że to jacyś dziwni lokalsi próbują nas wystraszyc. Wit dodał, że i tak pewnie zobaczymy się w internecie, więc nie możemy im się dać.

 

Kolejna noc i od kilkunastu minut światła znów migają wokół obozu. Tym razem wznieciliśmy duży płomień – nie będziemy kulić się w ciemnościach jak wczor..

 

Skubani. Podeszli na tyle blisko, że słyszymy jak chodzą wokół nas, ale na tyle daleko, by nie było ich widać w świetle ogniska.

 

Cholera. Nie trzeba było dawać Witowi whisky. Pił cały wieczór i gdy to się znów zaczęło, zaczął drzeć się by dali nam spokój, a potem wybiegł z obozu i poszedł w las, w tą ciemność i między te światła..

 

Mija zaczęła krzyczeć. Znów w tych przeklętych słowach.

 

"Naktis! Ilgims naktis! Panzdaumanjann sendowuns en median!"

 

Coraz głośniej, coraz wyżej, by za chwilę zdarła sobie głos i chrypiała przerażająco. Wita nie było już koło godziny i..

 

Przyszli. Widzieliśmy postaci stojące wokół obozu, niby ludzkie, ale było w nich coś zupełnie obcego. Ogień odbijał się im w czarnych oczach, kiedy stali nieruchomo i spoglądali na nas. Wszyscy którzy zostali, to jest ja, Kat i Tomski, schowaliśmy się do namiotu w którym leżała Mija. A ona.. już mało co przypominała siebie. Już nie krzyczała, ale jakby gryzła powietrze, kłapała zębami, poruszała głową w jakiś nienaturalny sposób i przewracała oczami. Wtedy dosłyszeliśmy z zewnątrz słowa chyba w tym czymś, w tym języku, w którym darła się wcześniej Mija. Tylko teraz były śpiewne, układały się w dziwną melodię, która dobiegała z nocy. Po chwili i Mija ją podjęła, co było bardziej straszne niż wszystko co spotkało nas wcześniej. Śpiewała z nimi, a jej wzrok, dotychczas rozbiegany, zaczął skupiać się na każdym z nas po kolei. W tym czasie jakieś ciężkie kroki i potworny głos usłyszeliśmy tuż przed naszym namio..

Jakieś długie, chude ręce wyciągają nas

 

Tu dziennik się kończył. Na powrót znalazłem się w namiocie, choć podczas czytania ostatnich wpisów i tak miałem wrażenie że w nim przebywam, tym bardziej, że znajdowałem się w tym samym w którym to się wydarzyło. Rozejrzałem się i zdałem sprawę, że leżałem nawet pod tym samym kocem pod którym leżała ta dziewczyna. Te słowa – te, które były zapisane w dzienniku. Kiedy czytałem nie zauważyłem tego, ale teraz – wiedziałem, co one znaczyły.

 

"Wargaisegints. Jus. Perejingiskan humanisks"

 

i

 

"Naktis! Ilgims naktis! Panzdaumanjann sendowuns en median!"

 

Złoczyńcy. Wy. Ludzie przyszłości.

Noc. Długa noc. Ostatnia w tym lesie.

 

Mniej więcej tak.

 

*

 

Ubrałem się najcieplej jak tylko mogłem, plecak załadowałem najpotrzebniejszymi rzeczami, i odsunąłem zamek namiotu.

 

*

 

Nie było o wiele zimniej niż w namiocie, pewnie przez to, że warstwy ubrań robiły swoje. Grunt był jednak zauważalnie pokryty przymrozkiem – liście i trawy były obleczone srebrzystymi konturami i chrupały lekko pod butami. Wszystko inne rozmywało się we mgle. Drzewa dookoła majaczyły zamiast być widoczne i szybko ginęły na drugim, trzecim planie. Martwa cisza unosiła się wokół. Niebo miało taki sam kolor jak mgła i zlewały się w jedną, duszną przestrzeń. Spojrzałem na obozowisko – zapadnięte namioty działały równie przygnębiająco i tylko przyprószone popiołem wypalone drwa przypominały, że działo się tu coś więcej niż tylko bierne czekanie w nieskończoność. Świadomość tego, co działo się w tym miejscu, też nie pomagała. Oddech wydobywał się na zewnątrz parą, a wykrywacze leżały obok ogniska, lekko zaszadzone przez zimno. Nie wziął swojego, więc tym bardziej nie wiadomo było, po co wychodził. Zresztą one i tak raczej nie działały. Cisza wokół była wręcz namacalna. Mimo tego postanowiłem dać znak. Gwizdnąłem przez palce i przeszywający dźwięk rozszedł się w las, aż dreszcze przebiegły po karku. Niezbyt mądre zachowanie, ale może Lems to usłyszy, bo przy takiej pogodzie stracenie orientacji to kwestia chwili. Gwizd zatonął we mgle i nic nie przyszło w odpowiedzi. To źle, czy może jednak dobrze?, pomyślałem. Obojętnie którą opcję bym wybrał, należało ruszać. Myśli kołowały jednak wokół tego, co powiedział mi dziennik tego gościa. Fakt, to, że gdzieś koło piętnastego wieku żyły tu pruskie plemiona był mi znany, ale wszystko inne to jakaś fantastyka. Fantastyka, która przydarzyła się i nam. Skąd też rozumiałem, co znaczyły słowa w ich języku? Przez wizję? Zapewne. Tym bardziej to wszystko wydawało się pokręcone i bez sensu. Nie było jednak czasu na rozmyślania, bo gdzieś tam był kumpel, którego trzeba było jak najszybciej znaleźć. Poprawiłem raz jeszcze plecak i ciuchy, i ruszyłem w tylko jedną sensowną stronę, w jaką należało się udać. Z powrotem do wieży.

 

*

 

Droga wyraźnie biegła w dół i teraz widziałem, że to nie jakaś górka, tylko wybudowany ludzką ręką ziemny wał. Faktycznie, obóz poszukiwaczy stał w środku grodu. To by znaczyło, że widziane przez nas światła musiały być na wysokości kilku metrów, a nie przy ziemi, jak nam się wydawało. Droga od wieży do namiotów którą pokonaliśmy za kotami biegła w miarę prosto, więc nie liczyłem na jakieś kłopoty. Niestety, mgła nie ustępowała, a po zejściu z nasypów jeszcze jakby przybrała na sile. Coś mignęło mi po lewej. Coś smukłego, co równie dobrze mogło być drzewem, jak i postacią. Przyspieszyłem kroku i kształt rozpłynął się we mgle. Nie odwracałem się. Kierowałem się jak najszybciej w stronę wieży, a towarzyszyła mi tylko coraz szybciej wydychana para z ust.

 

*

 

Zakląłem. Tam, gdzie spodziewałem się że znów ujrzę tą dziwną, czarną konstrukcję, jak wszędzie dookoła były tylko drzewa. I drzewa. I jeszcze więcej drzew. Usiadłem pod jednym z nich by odpocząć i zebrać myśli. Nie zdążyłem nawet tego zacząć, gdy kątem oka, gdzieś w górze, zarejestrowałem szybki ruch, który.. przeskoczył mi nad głową i biegł dalej. Coś niedużego skakało z gałęzi na gałąź, z drzewa na drzewo. Bardzo szybko. Zerwałem się na nogi i wymijając drzewa próbowałem biec za tym, co było trudne, bo łatwo było zderzyć się z konarem i stracić to z oczu. Jakoś jednak utrzymywałem pogoń, mimo że kształt regularnie ginął we mgle. Po chwili zniknął na dobre, rozpłynął się, uciekł. Zasapany zgiąłem się w pół klnąc po raz drugi, jednak zarys ścieżki który zobaczyłem nie pozwolił mi zakląć po raz trzeci.

 

*

 

Czy to był jeden z tych kotów? – pytałem sam siebie, gdy podążałem tym szlaczkiem ledwie wijącym się po gruncie. W głowie miałem lekkie deja vu z dnia wczorajszego, gdy nastąpiła podobna sytuacja. Wtedy jednak doprowadziło to nas gdzieś, i teraz również miałem na to nadzieję. Niech doprowadzi gdziekolwiek, bo ten las doprowadzał mnie już do obłędu.

 

*

 

Nie szło zauważyć tego z daleka, nie przy takiej pogodzie. Dopiero gdy podszedłem bliżej, mgły odsnuły się na tyle, by ukazać równą połać białości otoczoną dalej koroną lasu. Śródleśne jezioro, na tyle spore, by być już odnotowane na mapach, ale te, które studiowałem przed wyjazdem, żadnego jeziora nie uwzględniały. Jezioro było też zamarznięte. Nie to jednak było najdziwniejszym – na jego środku, jak czarny cierń, wznosiła się wysoka i smukła konstrukcja, mocno kontrastując z jego białą taflą. Na środku jeziora, które było zamarznięte, stała wieża. Tak samo czarna jak tamta, ale ta była większa. O podwójnym szczycie, który przypominał górską grań i straszył wszystko wokół. Wyglądała jak potwór który wyszedł z wody i znieruchomiał w niej. Zamarzł. Z jednej strony wiedziałem co muszę zrobić, ale z drugiej byłem tego zupełnie niepewny. Wyszedłem z drzew i stanąłem nad brzegiem. Lód wydawał się cienki i musiał być taki, bo temperatura nie była ujemna i oscylowała koło zera. Lekko wysunąłem nogę by sprawdzić jak się trzyma, i okazał się w miarę solidny. Postawiłem drugą, i choć lekko skrzypnął, to nie było żadnych pęknięć ani rys. Kolejny krok i nadal pewnie stałem na lodzie. W następnej chwili uderzył we mnie podmuch mocnego wiatru, dosłownie znikąd. Drzewa dookoła mnie i jeziora, dotąd niewzruszone i nieme, zafalowały i zaszumiały. Kolejny podmuch, tym razem z przeciwnej strony. Coś zauważyłem kątem oka. Wysoka, chuda i ciemna postać stała niedaleko brzegu po mojej prawej stronie. Po lewej dostrzegłem, że stoi tam coś zgarbionego, pokracznego, ale nadal humanoidalnego. Instynktownie obejrzałem się do tyłu i nie myliłem się – za mną, w odległości mniej więcej trzydziestu metrów, na czworakach stała czy już leżała może, kolejna ciemna sylwetka. Wszystkie spoglądały na mnie i czułem to mimo dzielącej nas odległości. Czwartą postacią była wieża i tylko w tym kierunku mogłem iść, tym bardziej, że pozostałe trzy.. ruszyły. Nie biegiem, jak można by przypuszczać, ale każde w swój przedziwny sposób. Postacie poruszały się jakby w zwolnionym tempie, jak gdyby walczyły z otaczającym je powietrzem, ale mimo to parły do przodu i metr za metrem zbliżały się do tafli. Cały czas były zwrócone swoimi twarzami prosto na mnie, ale były zbyt daleko bym mógł wyłapać jakieś szczegóły. Nie musiały być wcale blisko, by wzbudzać przerażenie. Kim, czym one były? Spojrzałem na wieżę. Spojrzałem jeszcze raz na nie. W świetle dnia, chociaż szarym, wydało się to teraz oczywiste. I stwory, i wieża, były z tego samego materiału. Budulca. Tworzywa. Ciała? Lekko połyskiwały, co szło łatwo wyłapać przy ich powolnych ruchach. Wieża przede mną również mieniła się jakby poklatkowo, zero-jedynkowo w rytm mojego poruszania się do niej. Wiatr już nie wiał, cisza znów unieruchamiała wszystko wokół, a one szły.

 

*

 

Wykonałem kolejny krok i byłem w miejscu na lodzie w którym ma się wrażenie, że stoi się w powietrzu. Chyba przez świadomość tego, że pod sobą ma się kilka lub kilkanaście metrów wody, na której przecież normalnie stać nie można, ale przez pewne zjawiska niemożliwe staje się możliwe. Nie mogłem jednak stać, bo i one nie stały. Były już na lodzie i na tyle blisko, że zacząłem się czuć osaczany. Mogłem już dostrzec rysy w miejscach, gdzie powinny mieć twarze. Miały otwory na oczy przypominające oczodoły, ale nie tak głębokie, bardziej wyrzeźbione, widoczne przy ich ruchu. Owalne wgłębienie poniżej ich mogło uchodzić za usta. Całość tworzyła przedziwne, wykrzywione w upiornym grymasie lico. Przyśpieszyłem kroku, bo wieża była jeszcze bliżej. Po dwóch sekundach znów uderzył we mnie powiew wiatru, tym razem jeszcze mocniejszy niż wcześniej. I to prosto we mnie, aż zatrzymałem się i musiałem się zaprzeć, by nie zacząć się cofać. Oprócz fizycznego podmuchu poczułem jeszcze jakiś smutek, zwątpienie, jakby wszystko już było na nic. Było to tak silne że przestałem iść, padłem na kolana, a wokół zrobiło się szaro tak, że ledwo widziałem co się wokół mnie dzieje. Zdjąłem plecak. I tak mi się już nic z niego nie przyda. Przede mną tylko ciemniała ogromna sylweta tego czwartego potwora, która nadal wiała we mnie desperacją i beznadzieją. Z mojej lewej, prawej, a i pewnie też z tyłu, powolnym ruchem z szarości wyłoniły się trzy pozostałe, patrząc na mnie ślepo i strasznie.

 

*

 

Przebłysk jak ukłucie bólu, krótki, ale mocny. Oczy. Nie puste miejsca po nich, ale prawdziwe, wilgotne i błyszczące, i posiadające kolor. Potem zniknęły jak za pomocą mrugnięcia. Znów byłem w szarości, a nade mną pochylały się one, wykonując eliptyczne ruchy głowami. Nie miały normalnych ust więc to nie z nich, ale z ich głów dobiegał głuchy, niski pomruk, który jak gdyby przenosił się z jednej postaci do następnej. Smutek tężał.

 

Apwarētweí

  Wańgań

  Perejīngiskan humānisks

 

Znowu oczy, ale nie tylko. Twarz, nie skorupa. Kolor niebieski. Włosy złote. Uśmiech. Widziałem go już.

Nagle pomyślałem, że to nie koniec. Nie pokonali mnie. Mam przyszłość, choć jestem.. bo jestem, jestem człowiekiem z niej.

Pomruk ucichł, a ich głowy przestały się ruszać. Teraz. Nie wiało już, widoczne nie było takiej potrzeby. Pomyłka. Wstałem i ruszyłem biegiem, nie oglądając się za siebie. Ślizgałem się na lodzie, ale nie zatrzymywałem się. Wieża przede mną stawała się coraz bardziej wyraźna, coraz bardziej namacalna. W radości z tego faktu przeszkodził suchy trzask gdzieś z dołu, a po nim jeszcze jeden. Chwilę później poczułem lodowatą ciecz, która zalała mi but. Jakoś się z niej wydostałem, ale potem znów, w drugim. Cud nieważkości przestawał nim być. Zapadłem się jeszcze głębiej i już nie biegłem, ale nadal parłem na przód. Wieża zasłaniała mi widok całą sobą. Jeszcze trochę, odrobinę.. Nogi miałem już mokre i kolejny trzask, i już leżałem na lodzie, mogąc tylko się czołgać. Łokciami robiłem dziury przez które wylewała się woda, nie zostawiając na mnie suchej nitki. Było tak blisko, wieża wznosiła się nade mną tak, że nie widziałem szczytu. Wyciągnąłem rękę i czubkami palców musnąłem ją, a lód załamał się całkowicie, zostawiając mnie na pożarcie zimnej jak morze toni.

 

*

 

Nawet nie czułem zimna. Opadałem tylko jak to pod wodą w zwolnionym tempie, ale z chwili na chwilę coraz szybciej, by w końcu uderzyć i zaryć w czymś twardym – na tyle, by się gwałtownie zatrzymać, ale się nie połamać. Na twarzy i w ustach czułem piasek. Splunąłem i otworzyłem oczy. Do nich i ust nie wpadała woda. Nie było mi zimno. Leżałem na piaszczystym brzegu, a przede mną, kurwa, znów był las. Takiego jednak jeszcze nigdy nie widziałem na oczy.

 

*

 

Drzewa o szarych, jakby umarłych pniach, które uginały się pod koronami o gęstych, jasnofioletowych, luminujących dziwną aurę liściach. Drzewa były wielkie, dębopodobne, i porastały spore wzgórze które rozciągało się jak okiem sięgnąć. Obejrzałem się do tyłu, ale widok przesłaniała mi ściana mgły, spośród której dochodził tylko cichy szum.. morza. Lub wielkiego jeziora. Na szarym firmamencie nieba unosiła się zielona wstęga jakby zorzy polarnej, a niebo szło. Poznaczone było pasmami szarości o różnych odcieniach, i przesuwały się one względem zorzy, wydając swój własny, podobny do cichego gromu, przestrzenny dźwięk. Czasami jednak zdarzała się wyrwa, spod której wyzierało atramentowe, nocne niebo upstrzone skrzącymi się jak cekiny gwiazdami. Wszystko to tworzyło obraz absolutnie nierealny. Niemożliwy.

 

*

 

 Nie było zimno. W zasadzie w ogóle nie odczuwałem temperatury. Rozpiąłem kurtkę, ale nie ściągnąłem jej. Mgła z tyłu zupełnie nie nadawała się jako kierunek wędrówki z oczywistych względów. Nawet gdyby nie szumiało z niej, to i tak wejście w to byłoby samobójstwem. Pozostało iść między drzewa, które mimo niesamowitego wyglądu też nie wyglądały zachęcająco. W tym momencie doszło do mnie, że skąd w ogóle pewność, że Lems tu będzie? Może wcale go tu nie ma, może dalej snuje się po tamtym lesie i szuka mnie tak samo jak ja jego? Myśl byłe na tyle ciężka, że przez chwilę odechciało mi się wszystkiego. Nie, nie wszystkiego. Chciałem wejść w mgłę za mną i żeby się to już wszystko skończyło. My tylko pojechaliśmy do lasu pobawić się. Nikomu nie robiliśmy krzywdy. W zamian dopadł nas jakiś koszmar i trwał nadal. Trwał. Trwa.. Podniosłem głowę. Nie, tak nie można. Dopóki to się dzieje, jest nadzieja. Byliśmy świadkami niemożliwego i jestem teraz. Może zadziała to też na naszą korzyść. Wstałem z kolan, mimo że stałem, i ruszyłem między te dziwne, niesamowite, emanujące fioletową aurą drzewa.

 

*

 

Między nimi było wyjątkowo jasno. Raczej nie przez kolor liści i ich blask, bo korony były dość wysoko, ale przez pnie. Jasnoszare, gładkie, na pierwszy rzut oka martwe. Mimo to na ich gałęziach rosły liście i emanowały światłem. Mimo wszystko, wcale mnie to nie dziwiło. Ziemia była czarna, żyzna, urodzajna. Nie było na niej nawet małego listka. Kątem oka wyłapałem ruch. Niebieski świetlny punkcik przeleciał może z dziesięć metrów ode mnie i zniknął za drzewem. Spodziewałem się, że za sekundę wyleci zza niego i zobaczę go znów, bo leciał dość szybko, ten jednak nie pojawił się. Dziwna rzecz, ale wcale mnie to nie zdziwiło. Nie minęły kolejne trzy sekundy, a zobaczyłem następne dwa niebieskie świetliki. Trochę z boku i dalej, i te już kręciły się wokół drzew, jakby mnie obserwując. Po mojej lewej stronie pojawiło się kolejnych kilka, i swobodnie pływały w powietrzu, z gracją omijając pnie. Za mną też już latały, nie było ich tylko przede mną. Jakby sugerowały mi drogę. Teren zaczął się wznosić i domyśliłem się, że to było te wzgórze, które widziałem znad brzegu mgły. Powiedziałbym, że obchodziłem je koło godziny, ale te wyrażenie nie miało tu racji bytu. Tak jak nie czułem temperatury, tak i nie czułem i czasu. To miejsce po prostu było i jest nadal, i skądś to wiedziałem. Kluczyłem na granicy wzniesienia i parłem naprzód. Niebieskie światła nadal podążały za mną, w jeszcze większej liczbie niż ostatnio. Gdy odwracałem głowę rozlatywały się we wszystkich kierunkach, choć gdy szedłem naprzód, podążały za mną wolno i uważnie. Z każdej strony otaczały mnie drzewa. Wszędzie takie same, szare pnie i fioletowe korony. Kiedyś widziałem w telewizji, jak morze odsłaniało jakieś starożytne pozostałości po drzewach i te pnie właśnie tak wyglądały. Niemożliwie stare, ale i tak samo mocne. Nagle przypomniało mi się, że przy pierwszej wieży, to znaczy wokół niej, też rosły jakieś podobnego koloru zarośla. Otaczały ją i jak gdyby chroniły. Czy była między nimi jakaś zależność? Idąc dalej, na ziemi zauważyłem kawałek kija, który po podniesieniu okazał się całkiem dobrze robić za kostur pomagający w przemieszczaniu się, a i mógł przydać się w samoobronie. Świetliki były pasywne, ale po wcześniejszych przejściach z czarnymi stworami warto było mieć coś pod ręką, albo w ręce. Na wprost mnie zrobiło się jaśniej, jakby drzewa w oddali przerzedzały się. Białe światło wyraźnie kontrastowało z niesamowitym kolorem liści i niebieskimi punktami po mojej lewej, prawej i z tyłu. To był mój kierunek, bez dwóch zdań. Przechodziłem po ogromnych korzeniach, które ciągnęły się jakby od drzewa do drzewa i obchodziłem je same, ciągnąc do tego światła przede mną jak ćma. Wyraźniało z każdym krokiem i powoli zalewało mi sobą oczy. Kuśtykając z kijem w dłoni i klucząc, w końcu dotarłem na jego skraj i aż musiałem zakrywać ręką wzrok, bo było tak oślepiające. Po chwili jednak blask zelżał i oczy ponownie wychwyciły rzeczywistość. Przede mną, w ciągnącej się setkami kilometrów w dal dolinie, leżało coś przypominającego niedużą osadę. Wokół niej nie było nic oprócz fioletu drzew, który rozciągał się po horyzont, ale sama ona wydawała się istnieć jakby na karczowisku. Nie to jednak było najdziwniejsze. Z osady bił w niebo snop czarnego dymu, który docierał do chmur, przebijał je i niknął tam. Snop, co dziwne, czym wyżej się wznosił tym bardziej się zwężał, najszerszy był przy samej podstawie. Nagle, na odległych planach lasu zobaczyłem co najmniej dziesięć podobnych zjawisk, tak samo wchodzących w poszycie chmur. Były one jednak dziesiątki, jeśli nie setki kilometrów od tego przede mną. Kątem oka zauważyłem jakiś ruch. Pojedynczy, fioletowy liść kreślił w powietrzu półkoliste ruchy, po czym nagle poleciał w stronę tego wszystkiego na co spoglądałem. Nie wiedziałem, czy starczy mi czasu. W tej samej chwili odwróciłem się szybko, chcąc nadać trzymanemu w ręku kijowi odpowiednią siłę, ale poczułem uderzenie w głowę i spłynąłem w dół jak woda po zboczu. Ostatnim obrazem była kość w rękach tego, kto mi to zrobił.

 

*

 

Rozdzierający dźwięk trąby przywołał mnie do zmysłów. Urwał się, ale zaraz zabrzmiał znowu i aż wszystko wokół się zatrzęsło. Kaganki jeszcze parę sekund po ustaniu drugiego dźwięku lekko bujały się, oświetlając miejsce w którym się znajdowałem. Mimo to i tak nie było wiele widać, większość przestrzeni pozostawała czarna i nieodgadniona. Jednak gdy jedna ze świeczek znów rzuciła trochę światła na przeciwległy kąt, błysnęły w nim dwa punkty, a wokół nich zarysował się kształt postaci. Podskoczyłem i przykleiłem się do ściany.

– Sẽn pàkaí – przemówiła do mnie istota, a ja znów ją rozumiałem.

– Spo.., spokojnie?

– Jō̃.

– Gdzie jestem? Gdzie jesteśmy?

Światło uspokoiło się, ale i tak z ciemności spoglądały na mnie jej oczy. Musiały być duże, skoro tak absorbowały ten słaby ogień z kaganków.

– Wí ẽn waĺnanjań deíktań.

– To jest te lepsze miejsce? Ta jaskinia? – spytałem, i aż prychnąłem z poczucia absurdu chwili.

– Nḗ, nḗ. Stwen – po czym ujrzałem jej rękę wynurzającą się z mroku w obręb światła i pokazującą mi sklepienie. To była raczej ludzka ręka, tylko że chuda. Bardzo chuda. Po chwili wróciła na swoje miejsce. Oczy nie ruszały się stamtąd, cały czas ich błysk skierowany był na mnie. Nagle podniosły się w górę. Postać wstała. Znalazła się dość blisko kaganka i zobaczyłem ludzką, kobiecą twarz, ale z nieludzkimi oczami.

– Tū́ ẽit. Mes ẽit. – powiedziała. Głos miała też niby normalny, ale dźwięczało w nim coś dziwnego.

– Idziemy? Gdzie?

Podniosła głowę ku sklepieniu i wtedy po raz trzeci zagrzmiała trąba.

 

*

 

Wyszliśmy przez zmyślnie zamaskowane wyjście. Mimo szarości dnia zostałem całkowicie oślepiony. Poczułem uścisk na ramieniu. Z pewnością pochodził od chudych palców i chudej dłoni.

– Si ãudṓti? – zapytałem.

– Zobaczysz.

Oczy znów odzyskały sprawność, a po zobaczeniu tego co przed nami, prawie nie odnotowałem, że ona przemówiła do mnie w polskim, a ja w jej. W ogóle co to był za język? Tych ludzi z tych ziem? W sumie mało mnie to teraz obchodziło, bo wcale nie znajdowałem się w osadzie, jak to myślałem gdy byłem na zboczu wzgórza. To był jakiś rodzaj cmentarza, a nad nim, a teraz i nad nami wznosiła się kolumna dymu o kilkunastometrowej średnicy. 

 

*

 

Miejscem z którego wyszliśmy był trawiasty kopiec, nad którym unosiła się cienka strużka dymu i długą nicią podążała ku kolumnie, lekko przy tym falując. Zobaczyłem też inne kopce, nad którymi również zachodziło to zjawisko. Teren pomiędzy nimi usiany był zaś dziwnymi, niedużymi kawałkami drewna. Całe to miejsce wyglądało jak

– Kàpurnṓ – powiedziałem.

Dziewczyna zwróciła się twarzą do mnie i dopiero teraz zobaczyłem jej niebieskawy kolor skóry i nienaturalnie duże źrenice.

– Tak. Bo to jest cmentarz – odpowiedziała.

Oprócz dziwnych oczu i skóry wyglądała dość.. normalnie, wręcz współcześnie. Ciemne włosy miała splecione w długi warkocz, a ubrana była tylko w coś na kształt długiej, lnianej sukni z jakimiś ornamentami w różnych kolorach. Dziewczyna zaczęła powoli prowadzić mnie między kurhanami, ale zatrzymałem się i przyjrzałem się bliżej jednemu z nagrobków. Bezkształtny na pierwszy rzut oka kawałek drewna, wysoki na ponad metr. Podszedłem bliżej, by się mu przyjrzeć. Na środku miał otwór wielkości pięści. Nie, to nie był otwór, tylko coś w rodzaju kuli, szklanej kuli. W jej środku jak ryba pływało małe, niebieskie światełko, które wyraźnie ożywiło się gdy podszedłem. Wokół kuli widniały runy, które odczytałem jako LANGWENNE

 

to miały być już ostatnie tygodnie zimy. Tak mówili pogodowieszczcy. Dla ludzi było to prawie zaraz, bo zima trwała w tych stronach blisko pięć miesięcy. Dwa, trzy tygodnie więc to było jak nic, skoro tyle się już przeżyło. Wioski praktycznie odcięte od siebie, prawie żadnych wieści od tak długiego czasu. Dopiero z roztopami pewnie ludzie dowiedzą się, komu nie dane było dożyć następnej wiosny. Nikt jednak nie czekał na nią tak bardzo jak Langwenne. Ojciec widział, jak dziewczynka codziennie wyglądała przez okno w nadziei, że zalegająca wokół domu śnieżna warstwa jest mniejsza, na razie jednak pozostawała niezmienna. Widząc jej zawód, brał ją szybko na ramiona i biegając po całej izbie, obiecywał że już naprawdę zaraz, niebawem się to skończy. Wiedział, że zima działała tak na córkę nie tylko dlatego, że po prostu była to ciężka i smutna pora roku. W nocy też słyszał pukanie do drzwi i okien, chichoty i piski. Wiedział, że Langwenne słyszy to o wiele głośniej. Powtarzało się to co kilka księżyców, były więc też spokojne noce. Jednak gdy zjawiali się, Langwenne przechodziła katusze, a on nie mógł jej pomóc. Musiała zmierzyć się z tym sama, by strach nie wpełzł jej pod skórę i nie został tam do końca jej życia. Mogła dzięki temu być kimś wyjątkowym, bo nie każde dziecko się z tym borykało. Ta próba była nadana od bóstw nie jako kara, ale nagroda. Na razie jednak pukanie przyprawiało ją o gorączkę. Patrzyła przez okno i widziała masywną, dziwną postać która stała niedaleko domu i spoglądała. To była trzecia zima z rzędu, odkąd to się zaczęło. Ojciec mówił jej, że jeśli będzie dzielna, następnej zimy będzie tylko słońce i ślizganie się po zamarzniętym jeziorze obok osady. Była dzielna. Przytakiwała i odzyskiwała humor, jednak gdy robiło się ciemno, i choć noc zapowiadała się na spokojną, ona wpadała w niepokój i panicznie unikała patrzenia w okno. Na drzwi też spoglądała podejrzliwie. Noce mijały, lepsze lub gorsze, ale już w powietrzu czuć było, że zima dobiega końca. Zaspy we wiosce zmniejszyły się, a w dzień słońce pojawiało się już na dłużej niż chwilę. Ludzie wychodzili z chałup, życie pomału wracało na taki tor, jaki Langwenne pamiętała i lubiła. Zawsze jednak noc i tak się pojawiała, nieważne jak piękny był dzień ją poprzedzający. Tym razem Langwenne była spokojna. Dokładała drwa do paleniska i śpiewała z ojcem legendę o powstaniu lasu z nieba, którą uwielbiała. Płaska ziemia była kiedyś zupełnie pusta, i przez to bardzo smutna. Była tylko ona, ziemia, cierpiąc wielką samotność. Pewnej nocy rozpętał się wielki deszcz spadających gwiazd, aż przestraszył ziemię. Gdy nadszedł dzień, ziemia zobaczyła, że wszędzie wokół zaczął rosnąć las, który został zesłany jej pod postacią spadających gwiazd, albo nasion. Drzewa połączyły się z ziemią i tak zaczęło tworzyć się życie. Jedne bez drugiego nie miało by racji bytu. Z lasu w końcu wyszedł pierwszy zmõi, czyli praprzodek Langwenne, jej ojca i innych ludzi, których znała. Człowiek z deszczowego nieba, przybyły by troszczyć się o ziemię i być jej towarzyszem. Dlatego tak bardzo jej lud las i ziemię miłował. Owszem, bór bywał czasem straszny, ale to pozostałość po smutku ziemi, gdy była jeszcze sama. Trzeba być silniejszym niż ten smutek. Ojciec opowiadał jej tę historię zawsze zimą, zawsze przy trzaskającym ogniu. Wtedy nic pukało i nie stukało. Dziś też nie będzie.

Z meandrów snu wybudziło ich walnięcie w drzwi. I drugie. Zerwali się równocześnie. Z okna dochodziła jakaś jasność, ale było o wiele za wcześnie na świt. Poza tym, ta jasność żyła i emanowała. Gdzieś z oddali ktoś krzyczał. Poznała w tym krzyku Mawcze i Grasima, jej zaprzyjaźnione rodzeństwo, z którym trzy dni temu zapaliła na Dobry Rok lampion, a potem poszła turlać się z Hoszczej Górki. Też na Dobry Rok. Teraz krzyczeli. Ojciec pobiegł do drzwi, barykadując je własnym ciałem. Langwenne tylko oczy wystawały zza kołdry. Pierwszy raz widziała ojca w takim stanie. Mimo to, patrzył na nią częściej jak ten ojciec, którego znała i podziwiała. Który nie bał się niczego. Były jednak sekundy, że zmieniał się i nie mogła go poznać. Coś tak przywaliło we wrota, że aż odrzuciło go w głąb izby. Poleciały na niego drzwi. W prostokącie wejścia, z ciemności, pojawiła się wysoka postać, która weszła do środka. Za nią weszła kolejna. Potem trzecia. Padły słowa w jakimś języku. Brzmiał twardo i bezwzględnie. Czy to oni? Ci co pukają i szepczą pod oknami? W końcu przyszli? Myślała Langwenne i przykryła się kołdrą najmocniej jak potrafiła. Jedna z postaci zrzuciła drzwi z ojca, a dwie pozostałe dźwignęły go i wyprowadziły na zewnątrz. Na pewno spojrzał na ukryte w rogu nieduże łoże. Byle tylko one tego nie zrobiły. Nie oponował, nie protestował. Chciał, by jak najszybciej go stamtąd zabrali, i tak też zrobili. Po chwili Langwenne została sam na sam z pustką i chłodem bijącym z miejsca, gdzie jeszcze niedawno stały drzwi broniące ich przed wszelkim złem. Do teraz. 

Wszystko ucichło i zgasło. Nie było już krzyków i falującej jasności na zewnątrz, którą widziała w środku. Przerażała ją ta wyrwa, która łączyła ich dom, tę oazę którą niegdyś był, z tą krainą strachu przed którą co noc uciekała. Teraz strach wchodził do niej razem z wiatrem. Kołdra była za cienka. Tak go nie powstrzyma. Ojciec mówił jej, że ma się mu przeciwstawiać. A przynajmniej nie ulec. Zrzucenie kołdry było już obiema tymi rzeczami, ale to za mało. Langwenne wstała, wzięła swoje zimowe nakrycie, i przez ten straszny portal wkroczyła do tego świata, którego bała się ponad wszystko. Dla niego

 

– Smutna historia. Tak jakby wygrała i przegrała jednocześnie – odpowiedziała dziewczyna. Nie wiem, skąd i dlaczego opowiedziałem jej tę historię, ale mógłbym przysiąc, że jej oczy zrobiły się mniej dziwne. Bardziej ludzkie.

Spojrzałem na drewniany nagrobek, ale w kuli nie było już niebieskiego światełka. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak dużo tych nagrobków było wokół. Z każdego unosiła się strużka dymu, która łączyła się z tą wielką kolumną, wyglądającą zupełnie jak niema trąba powietrzna. Też wiła się, ale potężnymi, powolnymi ruchami, po czym w połowie ginęła w szarej ścianie nieba.

– Chodź. Już czas – powiedziała dziewczyna.

Kluczyliśmy wokół innych kopców i nagrobków. Na niektórych umieszczone były czaszki, z których oczodołów, nozdrzy i zębatych, choć często szczerbatych szczęk wychodziły czarne nicie, podążające tam gdzie my.

 

*

 

Wokół nas zaczęły pojawiać się chude, wybałuszone postaci odziane w strzępy ubrań, które nosiły naręcza kości. Poznałem od razu – to jeden z nich przyłożył mi w głowę, przez co znalazłem się tu i teraz. Wszyscy jednak wyglądali podobnie i wszyscy nosili tyle kości, że chyba dałoby się z tego zbudować wiele kompletnych szkieletów – niektóre części aż spadały im na ziemię, tyle tego było. Dziwne postaci intonowały cicho jakąś melodię. Wszystkie również zmierzały w kierunku czarnego kłębu, który coraz to wyraźniał.

 

*

 

Na ziemi zauważyłem pająki. Przeważnie kątniki i kosarze. Wyjątkowo te, których nie lubiłem najbardziej. Nie było ich zatrzęsienie, ale gdzie tylko spojrzeć na ziemie, widziało się ruch. Zdawało mi się że podążały za tymi postaciami od kości – i słusznie, a nawet więcej – pająki chodziły po nich. Tamci nic sobie z tego nie robili, skupieni tylko na tym, co trzymali w rękach. Z niektórych innych kurhanów zaczęli wychodzić, podobnie jak wcześniej ja, inni ludzie. Również mógłbym przysiąc, że gdyby nie te ubrania, wyglądaliby całkiem współcześnie. Mimo trupio niebieskawej skóry i tęczówek wypełnionych źrenicami po brzegi. Zdawali się nas dostrzegać, ale nie reagowali. Obdarzali upiornym spojrzeniem po czym obierali kierunek współgrający naszemu. Niebo, a raczej przestrzeń wokół nas też nie była pusta – prawie o głowy zaczęły nam obijać się Zmierzchnice, ćmy z gatunku acherontia, z trupimi głowami na odwłokach. Wszystko to tworzyło jakiś dziwny, tchnący śmiertelnością nastrój, od którego aż pęczniało powietrze. Coś jakby miało się stać, coś wisiało w tym powietrzu, a my zmierzaliśmy właśnie w tego centrum. Czarny wir już przesłaniał sporą część szarego nieba. Niby niemy, ale samą obecnością na tyle poruszał powietrze, że wydawało się, że grzmi, że ryczy.

 

*

 

Kości poleciały na ziemię, aż wszędzie wokół zachrzęściło. Nosiciele upadli na kolana i podnieśli chude ręce ku górze, a ich intonacje zmieniły się w pieśni. Wszyscy inni podnieśli tam wzrok. Szare, dotychczas wręcz zabetonowane niebo rozwarło się, ukazując atramentowe, głębokie tło, na którym tysiące świetlnych punktów tworzyło trójwymiarowe oko łypiące na ten padół skrzącą od gwiazd tęczówką, pośród której jak czarna dziura tkwiła źrenica. Wypełniała gwiezdne oko w podobnym stopniu jak źrenice oczu tych ludzi wokół. Spoglądała na to wszystko bezdenną, kosmiczną czernią. Śpiew kościarzy stawał się coraz bardziej wysoki, jak gdyby naprawdę słali go do nieba. Dopiero teraz zauważyłem, że ruch zniknął. Pająki stanęły w miejscu, tak samo jak ćmy. Te zawisły w miejscu – dosłownie unosiły się w powietrzu, w jednym punkcie. Ludzie też stali. Oko ruszyło. Razem z wyrwą w chmurach zaczęło płynąć po niebie, aż dotarło do leja. Ten płynnie połączył się ze źrenicą, tworząc przedziwne połączenie, wyglądające zupełnie surrealistycznie. Po kilku sekundach chmury zaczęły się na powrót zagęszczać, by po chwili czarny wir znów przebijał ich poszycie. Oko zniknęło. Czas ruszył znowu, owady na powrót rozbiegały i rozlatały się dookoła, a ludzie znów zaczęli iść. Ci od kości pozbierali je i ruszyli też.

– Co to było? – zapytałem towarzyszkę.

– Dẽinaínṓ.

– Gwiazda Poranna?

– Jō̃ – odpowiedziała.

Znów pomieszanie języków. Mimo że rozumiałem, to nie rozumiałem o co chodzi.

Tymczasem wyszliśmy poza drewniane nagrobki i wszystkie te kopce, i w końcu zobaczyłem, że dziesiątki tych nici które wylatywały znad mogił, podążały do podstawy leja, który nie stykał się z ziemią, ale unosił nad nią jakieś dziesięć metrów. Wyglądało to jak ogromna pajęczyna i chyba nią było, bo niektóre pająki chodziły po tych nitkach. Kolumna leju obracała się. Z daleka nie było tego widać, ale teraz szło zauważyć że wirowała, nawlekając na siebie płynące ze wszystkich stron strużki. Wokół zbierało się coraz więcej osób. Mężczyźni i kobiety, nawet kilkoro dzieci. Wszystkie ubrane w te białe szaty, wszyscy z nienaturalnymi oczami. Dziewczyna złapała mnie i kazała się zatrzymać. Dowiedziałem się teraz, po co były te kości. Nosiciele układali z nich kręgi leżące pod samym lejem. Pierw wielkości samego leja, szeroki na kilkanaście metrów. Następny większy. Trzeci, ostatni, największy. Trzy koła złożone z każdej możliwej ludzkiej kości. Nagle, ludzie z bezkształtnej zbieraniny zaczęli przemieszczać się i zajmować miejsca przy największym okręgu, sami tworząc okrąg. Ten największy. O dziwo, tu powietrze i ziemia były wolne od pająków i ciem. Te zostały poza. I wtedy go zobaczyłem. Stał prawie naprzeciw, również odziany w dziwny strój, z oczami czarnymi od źrenic. Nie miał tylko tego niebieskawego odcienia skóry, ale zwykłego również nie. Nie widział mnie. Patrzył na to wszystko zupełnie tak, jak gdyby widział coś w swojej głowie, nie tu, zresztą jak pozostali. Niechybnie wyróżniałem się spośród towarzystwa, ale zupełnie nikt nie zwracał na to uwagi. Staliśmy prawie pod samą podstawą kolumny. Ta nadal powolnymi ruchami poruszała się, a strużki nici oblekały ją z wielu stron. W środku była pusta jak tunel, ale przez poruszanie się, nie było widać jej końca. Tak czy siak w połowie ginęła w niskim sklepieniu chmur. Nagły odgłos trąby aż mną wstrząsnął. Był o wiele wyraźniejszy i potężniejszy niż te słyszane z kopca. Nagle, jakby losowo, z kilku miejsc koła wystąpiło pięć osób. Udały się centralnie pod kolumnę i ustawiły w linii prostej. Z ich naprzeciwka, uszkadzając ludzki krąg, wyszło z niego również piątka. Ta jednak wyglądała zupełnie inaczej niż wszystkie. Przynajmniej dwoje z nich było kobietami. Wszystkie jednak ubrane były podobnie – nosiły skórzane uniformy i coś na kształt płaszczy z kapturami, spod których twarze emanowały im gwieździście. W rękach mieli długie kije. Oblicza mieniły im się, co chwilę jakieś drobinki jaśniały, by za chwilę gasnąć i być zastępowanymi przez inne. Miały jednak oczy, którymi zimno spoglądali na stojącą przed nimi grupę ludzi. Ich twarze nie wyrażały niczego – tępo, bez nawet mrugnięcia okiem patrzyli na ciemno odzianych ludzi, od których biło coś nieziemskiego. Ci po paru sekundach zaczęli zginać swoje kije i teraz zrozumiałem, że to nie jakieś tam patyki, tylko łuki. Bez specjalnych ornamentów czy zdobień, ale widać było, że wyszły spod ręki kogoś, kto się na tym znał. Sięgnęli za plecy i spod peleryn wydobyli po czarnej strzale, które umieścili na cięciwach. Promień był czarny, tak samo jak grot. Na lotkach strzał coś migało, niczym posypane brokatem. Ludzie w białych szatach podnieśli do góry ręce, jakby chcieli sięgnąć do wiru. Kościarze znów intonowali monotonnie. Zamaskowani wznieśli łuki, naciągnęli, padło jakieś słowo, i po półsekundowym świście strzały nagle, z głuchym odgłosem, znalazły się w piersiach pięciorga. Jedni osunęli się płynnie, drudzy padli na kolana i dopiero wtedy scalili się z ziemią. Nie zdążyłem nawet jęknąć ze strachu, gdy z ust poległych coś zaczęło wychodzić. Długie, czarne kształty, które powoli formowały się w coś, co już widziałem. Wstrząsały bezwładnością martwych, ostatni raz wprawiając ich ciało w ruch, po chwili jednak opuściły je, i przed nami klęczało pięć tych czarnych potworów, przed którymi uciekłem aż tu. Przez chwilę miały jeszcze zarysy twarzy osób z których wyszły, jednak w ciągu parunastu sekund uległy one zatarciu i zostały tylko wydrążone oczodoły i dziwny grymas. Grom przetoczył się po całym niebie, tak potężny, że dźwięki trąby były przy nim śmieszne. Stwory uniosły długie, patykowate ręce i wzniosły się w powietrze, by zostać pochłoniętymi przez wir. Na ich miejscu zostało pięć chaotycznie rozrzuconych ciał. Ich zabójcy wydawali się niewzruszeni. Twarze im nadal błyszczały, a pośród tego ich oczy. Nosiciele kości uprzątnęli zastrzelonych, wyciągając ich za ręce gdzieś za krąg ludzi. Z niego ponownie wystąpiło kilka osób. Dziesięcioletni może chłopiec, kobieta i mężczyzna w więcej niż średnim wieku, dziewczyna koło dwudziestki, i.. Lems. Podążał pod wir jak gdyby szedł do sklepu. Ustawili się w rzędzie. Podnieśli ręce do góry. Odgłos naprężanych cięciw.

– Stójcie!

Błyszczące twarze spojrzały na mnie, potem po sobie. Jedna z nich wyszła z szyku, podbiegła do mnie i ostro wyciągnęła z kręgu. Przyprowadziła przed oblicza reszty. Z bliska dało się dostrzec ich rysy. Kurtyna upstrzona gwiazdami zakrywała je tylko z daleka.

– Perejīngiskan humānisks – przemówił jeden z nich, a głos choć mocny, przepełniony był melodycznością – Będziemy zatem rozmawiać w pośrodku. Ani w twoim języku, ani w moim.

Budził respekt. Wysoki, odziany w ten strój, z bronią która przed chwilą zabiła.

– Dlaczego przerwałeś wyczekiwany od lat proces? – zapytał, i czuć było w tym wrogość.

Zaschło mi w gardle, mówienie nagle wydało mi się jakąś nienaturalną czynnością.

– Bo ich zabijacie – wychrypiałem w końcu, spoglądając na stojącą grupę uzbrojonych postaci, w których szeregach było poruszenie.

Ruch ust zza zasłony sugerował, że osobnik uśmiechnął się.

– Tak to wygląda tylko z twojej perspektywy, człowieku z przyszłości.

– A jak wygląda z twojej? Człowieku.. z przeszłości?

– Chcesz wiedzieć? – zapytał, po czym zerwał ze mną kontakt wzrokowy i rozejrzał się dookoła.

– Tak. Chcę.

– Tak naprawdę powinieneś wziąć udział w procesie i być za to wdzięczny – w jego głosie znów dało się usłyszeć echa gniewu. – Jednak doszło nas, że dwoje z przybyłych wykazuje zdolności w rozumieniu naszej mowy – spojrzał na mnie i na moją towarzyszkę, która cały czas stała z ludźmi w kręgu. Ona patrzyła na niego. – A to nie zdarzyło się od początków przyjścia Jutrzenki. Sprawiedliwego Czasu. Wyrównania. Oczywiście nawet to nie sprawiłoby, że zostalibyście niewzięci. Ale przemówiłeś, człowieku z przyszłości. Pomimo tego, że impertynencko przerwałeś Święto Wzięcia, to przemówiłeś. Zaciekawiło mnie, z jakich pobudek.

Mimo iż mówił wręcz kwieciście i widocznie delektował się swoimi słowami, to wyczuwalnym było zimne podłoże, na którym budował swoje zdania. Bawił się ze mną.

– Nie chciałem, byście zabili mojego przyjaciela. I innych ludzi – powiedziałem tych parę słów, a czułem się jakbym powiedział ich tysiące.

– Jak już mówiłem, my nie zabijamy.

– To tylko tak wygląda z twojej perspektywy – rzuciłem mu w skrzącą się od świateł twarz. – Zmieniacie ich w te potwory. To równoznaczne z tym, jakby umarli! A pewnie nawet gorzej.

Ruch oczu pod kurtyną mógł zwiastować wszystko.

– Niestety do tego doszło. Już nie nam oceniać, czy to jest śmierć, bo to efekt tego, co zdarzyło się kiedyś, a co nie zostało zapomniane. Wielka krzywda nie poszła w próżnię. Jutrzenka okazała się sprawiedliwa. Ci, którzy teraz pokutują za przeszłość, czy to według ciebie zabici, czy według mnie nie, spłacają dług wielkiej krzywdy i powinni cieszyć się, że mogą. Bo wy jesteście. Dzięki wam sprawiedliwość wygrywa. Prawda wraca. My tylko lekko przykładamy do tego rękę, puszczając palce na cięciwie.

– To nie my wyrządziliśmy wam krzywdę. Najechał na was inny lud. Rycerze z krzyżami na płaszczach. Poza tym, człowieku z przeszłości, jak ma oddać sprawiedliwość zmienianie nas w te potwory?

– Gorącyś.

– Bardzo.

– A więc – tak, owszem. To skrī̃zjań wõldwìkṓ spalili nasze grody, zabili nas i wycięli lasy. Podobno jednak przyszli na zaproszenie was, a jesteście potomkami tych, którzy ich wpuścili na nasze ziemie. Wykażcie się odpowiedzialnością, i zapłaćcie za błędy przeszłości. To byłoby bardzo honorowe.

– Człowieku.. To było kilkaset lat temu..

– Nie próbuj. Już dawno zatraciliśmy umiejętność odczuwania czasu jak wy. Mamy tylko tu i teraz. A tamto wydarzyło się najdalej wczoraj.

– Dobrze. Wiesz co? Rozumiem. Znaczy mogę zrozumieć. Ale jak to ma spłacać dług, że robicie z nas potwory? To bez sensu.

Człowiek z przeszłości tym razem się zaśmiał. Po raz pierwszy.

– To ma wielki i prosty zarazem sens. – powiedział.

– Jaki?

– Będziemy was zmieniali i porywali tak długo, aż zmienimy was tylu, ilu nas zginęło przez wasze błędy. Bo jū́s astei. Wy jesteście.

– Aż będziemy kwita? Tak?

– Jeśli to znaczy, że sprawiedliwość zostanie nam zwrócona, to tak. Wtedy będziemy.. kwita.

Byłem totalnie skołowany. To wszystko nie miało sensu, ale jednocześnie ten sens w tym wszystkim gdzieś tam był.

– Przykro mi, wyróżniający się z tego motłochu – spojrzał na niepełny już krąg ludzi z mojej epoki – człowieku z przyszłości, jutra i teraz, ale tak musi być. Naprawdę zyskasz, zyskacie, szacunek mój i reszty mojego ludu, jak to się stanie. Żegnaj. Deiwūtiskan. Nazywam.. nazywałem się Nisdraw. Wczoraj.

Wziął mnie za ramię i poprowadził do Lemsa i reszty. Był miłosierny – zastąpiłem w szeregu tego chłopca. Stanie się potworem trochę później. Gdy już stałem ze wszystkimi, spojrzałem na jego gwiezdne lico i zobaczyłem, że uśmiechnął się. Tylko i aż tyle. Sam wrócił do swojej grupy i zlał się z nimi w ten milczący, czarny pluton. Wyciągnęli strzały i umieścili je na cięciwach. Podnieśli łuki. Znajomy odgłos naprężenia. Nad nami kotłował się cicho i potężnie czarny lej. Spojrzałem na Lemsa. Wyciągnął ręce w górę jak pozostała trójka. Potem tylko świst trwający małą część sekundy..

 

*

 

..a po dwóch nadal staliśmy. Przecież strzały zostały wystrzelone. Jak to? Odpowiedź była przed nami, w postaci malutkiego niebieskiego światełka, które wisiało w połowie drogi między naszą piątką a łucznikami, a przed światełkiem lewitowało pięć czarnych strzał ze skrzącymi się lotkami.

Sytuacja ta wprawiła w osłupienie również naszych niedoszłych morderców. Nisdraw stał nadal z uniesionym łukiem i patrzył wielkimi oczami na to co się działo. Nagle jeden z łuczników podbiegł do światełka i odrzucił kaptur. Broda i długie czarne włosy pokrywały prawie całą twarz, ale poznać szło, że ten człowiek istniał o wiele za długo niż powinien.

– Dū́kti, dū́kterin! – krzyczał do niego, a ja natychmiast poznałem w nim tego kogoś, za kim nieduża dziewczynka poszła kiedyś, dawno temu w las.

Strzały zaczęły drgać. Pierw lekko, ale z chwili na chwilę telepały się coraz mocniej. Nie było czasu. Rzuciłem się na ludzi i Lemsa stojących obok. Gdy tylko padliśmy na grunt, dwie strzały błyskawicznie wbiły się w ziemię obok nas, a jedna poleciała za ostatni okrąg, o głowę mijając ludzi. Jednak podwójny dźwięk, jaki dobiegł niedaleko nas, nie wróżył dobrze. Gdy odwróciłem się w jego kierunku, na ziemi leżały dwie osoby, a z ich ust sterczało już coś obrzydliwie czarnego.

 

*

 

Nagle poczułem uderzenie. Mocne. Na tyle, że obraz zalała mi ciepła ciecz. Potem przesłonił mi go jakiś cień. Przez zalane oczy zobaczyłem ciemną sylwetę, która szykowała się do kolejnego ciosu. Gdy już łuk opadał na mnie i zacisnąłem zęby, coś z biegu wskoczyło na Nisdrawa i razem przeturlali się na bok. Przetarłem oczy i spojrzałem w czyjeś wielkie, żółte i piękne. Przede mną stał duży ryś, a w głowie usłyszałem

 

Wstawaj

 

Spełniłem polecenie. Na Nisdrawie siedział drugi wielki kot, prawdopodobnie żbik, i dotkliwie drapał i gryzł.

 

  Bierz, kogo dasz radę. Pomogą ci małe

 

Nie ma jak słuchanie zagadek w takich okolicznościach, pomyślałem. Mimo to spiąłem się i rozejrzałem dookoła. Biegło na mnie trzech innych łuczników, ale nagle powstrzymał je ojciec Langwenne. Za mną usłyszałem uderzenie w ziemię. Odwróciłem się. Dwa czarne stwory wylazły z ludzi i już stały przede mną, kręcąc głowami i patrząc na mnie tymi swoimi wypustkami. Między nas wkroczył powolnym, pełnym godności ruchem ryś.

 

  No już. Idź.

 

Ponownie spełniłem polecenie i ruszyłem tam, gdzie mogłem się na coś przydać. Za mną usłyszałem odgłos gwałtownych ruchów i syczenia, czasem przerywany przez wysoki pisk zwierzęcia, któremu zadano ból. Zobaczyłem Lemsa, który wstał z ziemi i wyglądał inaczej niż jeszcze kilkanaście minut temu. Oczy wróciły mu do normalnego stanu, ale był zdezorientowany i przestraszony. Podszedłem do niego i zapytałem, czy dobrze się czuje. Kiwnął mi, odpowiedział, czyli coś co jeszcze niedawno było niemożliwe. Podbiegł do nas ktoś jeszcze. Towarzyszka. Również o wiele bardziej świadoma niż dotychczas. Wtedy zobaczyłem, o co chodzi rysiowi. Wokół naszej trójki były trzy koty, dokładnie te, które widzieliśmy w naszym lesie. Każde spoglądało na nas, próbując zwrócić naszą uwagę, co im się udało. Nagle rozbiegły się w kilku kierunkach. Podbiegły do ludzi stojących w okręgu, którzy nadal wyglądali jak wyglądali. Wspięły się na nich – wskoczyły im na nogi, potem na barki, aż w końcu były na ich głowach, i zaczęły przegryzać i przecinać pazurami ciągnące się ze wszystkich stron smużki, które nakręcały się na wir. Biegały po całym okręgu, po ludziach, i niszczyły każdą nić. Tak skupiliśmy się na tym co robiły że nie zauważyliśmy, że jeden czarny stwór podszedł do nas na tyle, że rzucił się na mnie i przygwoździł do ziemi. Znów poczułem wzbierającą gorąc na czole, ale Lems i dziewczyna ściągnęli go ze mnie na tyle skutecznie, że mogliśmy zacząć biec. Urwane nici zwisały jakiś metr nad ziemią, ale z chwili na chwilę były coraz wyżej. Dziewczyna upadła. Jeden z łuczników wyswobodził się z objęć swojego dawnego kompana i przyszpilił ją do ziemi. Lems kopem w twarz pozbawił go sił. Skokiem dopadliśmy do nici, złapaliśmy się nich i zaczęliśmy wznosić. Już byliśmy na wysokości, na której prawie byliśmy bezpieczni, gdy Lems puścił nić.

– Lems! Dawaj! Co ty robisz?! – krzyczałem, ale on biegł gdzieś między trwającymi walkami i nie słyszał. Dziewczyna nagle puściła swoją nić, wylądowała na ziemi i złapała mnie za nogę.

– Musimy poczekać! – wykrzyczała.

Grzmot i trąba jednocześnie. Prawie puściłem się, tak to uderzyło znikąd. Piekielna kakofonia, dźwięk zdolny rozrywać planety. Poczułem że znów zaczynam się wznosić, razem z dziewczyną trzymającą mnie za nogę, ale ją w ostatniej chwili złapał za suknię ryś. Pokrwawiony, obity, ale nadal piękny. Zapierał się w ziemi i aż darł w niej. Mimo to wir nas wciągał. Centymetr po centymetrze szliśmy wszyscy do góry. Owszem, to był nasz ratunek, ale jeśli wszyscy się tam nie dostaniemy, to przegramy. Wtedy puściło na dobre. Ryś został na ziemi z kawałkiem sukni w pysku, a ja wraz z nią lecieliśmy już w trzewia tej trąby. No to koniec. Nie daliśmy rady. Nie wszyscy. Nagle zobaczyłem, że podbiega pod nas jakaś postać. Pochyliła się. Nie, tylko nie Nisdraw. Tylko nie jego kompani.. A jednak. Tą postacią był człowiek bez kaptura, czarnowłosy i czarnobrody. Po jego plecach dwie inne przebiegły i w ostatniej chwili złapały dziewczynę za nogi, za obie. Po tym skoku mężczyzna padł na ziemię. W jego boku tkwiła czarna strzała, z której lotek sypały się malutkie iskry. Lecieliśmy w górę, ale zdążyłem jeszcze zobaczyć, że na dole stanęło obok siebie kilka zwierząt: ryś, żbik i trzy koty, na które szło dwoje łuczników, Nisdraw i czarny, pokraczny stwór. Potem wciągnęło nas na dobre i zrobiło się ciemno.

 

*

 

Co sześć lat według waszego pojmowania czasu odbywa się Swentikai Imtūn, na wasz będzie to Święto Wzięcia. Żniwa Sprawiedliwości. Od wczoraj, od kiedy tylko się zaczęło, nigdy nie zostało przerwane. Aż do dziś.

 

*

 

Ciemność, a potem uczucie wylądowania twardo, z dużej wysokości. Skądś to już znałem. Tylko wtedy byłem sam, nie wiedząc gdzie, a teraz oprócz mnie leżały na ziemi trzy osoby. Wszyscy ubrani w białe szaty, w tym jedna w porwaną. W lesie, gdzieś w północno-wschodniej Polsce, wyglądali zupełnie dziwacznie. Wylądowaliśmy przy wieży, którą znaleźliśmy na początku. Do połowy była zarośnięta przez oplatający ją żywopłot, na którym rosły te fioletowe kwiaty. Rozejrzeliśmy się po sobie. Oprócz mnie, Lemsa i dziewczyny, czwartą osobą był ten mały chłopaczek, którego zastąpiłem w szeregu. Wydawał się bardzo przestraszony i wielkimi oczami od strachu patrzył po naszej trójce. Nie wyglądał jednak jak wtedy – żadne nie wyglądało. Zmęczeni, głodni, ale nic więcej. Lems zauważył jego zachowanie.

– Nie bój się – powiedział do niego. – Z nami nie zginiesz.

Chłopaczek pokiwał głową, ale nie było to zbyt przekonywujące.

– Jak masz na imię? – zapytała teraz dziewczyna.

– Ty.. Tymek.

– Ładnie. Ja jestem.. – zrobiła minę, jakby wysilała pamięć – Mija. Tak na mnie mówią.

Czyli jednak.

– Znaleźliśmy wasz obóz. Przykro mi z powodu twoich przyjaciół – powiedziałem.

Dopiero po tych słowach zobaczyłem, że przypomniała sobie wszystko. Przetarła oczy i szybko, niesamowicie szybko doszła do siebie i już nie dała niczego po sobie poznać.

– Walczyli o ciebie do końca, jeśli chcesz wiedzieć. I opiekowali się.

Lems patrzył z pytaniem na twarzy to na mnie, to na nią, ale nie ciągnął tematu.

– Teraz musimy zatroszczyć się o niego – powiedziała – Jeśli mamy wyjść z tego lasu, to chodźcie.

 

*

 

Opuściliśmy okolice wieży, przy okazji podpytując Tymka czy pamiętał jak się znalazł tam gdzie się znalazł. Powiedział, że dosłownie wczoraj poszedł na skraj lasu się pobawić, bo mieszkał niedaleko, i wtedy zobaczył potwora. Potem już tylko jakieś dziwne obrazy, niekończące się morze i gwiazda która do niego spadała, aż obudził się w tym kręgu gdy zastąpiłem go przed egzekucją. Mija i Lems również pamiętali jakieś motywy morza i bezkresu, do którego coś nadciąga. Ta spadająca gwiazda już prawie dotykała tafli, gdy się wybudzili.

 

*

 

Dałem młodemu kurtkę, bo jako jedyny miałem jakąkolwiek odzież wierzchnią. Mija twardo oponowała gdy zaproponowałem jej bluzę. Lems za to bardzo chętnie by przyjął, jak to powiedział. Cóż, musiał obejść się smakiem.

 

*

 

Pogoda była zimna, pochmurna i las wyglądał tak jak wtedy, gdy go opuściliśmy. Beznadzieja tej pory roku w pełnej krasie. Staraliśmy się iść w kierunku naszych rowerów – stamtąd najłatwiej było znaleźć drogę do wyjścia z lasu, ale gęstwina była ciężka do nawigowania w niej. Nie mieliśmy nic, plecak zgubiłem dawno temu, a było w nim trochę jedzenia i rzeczy. Tymek wyglądał na bardzo głodnego. My zresztą też. Pocieszeniem było to, że było dość rano i mieliśmy dobrych parę godzin, by wyjść z tego labiryntu. Coś rozerwało odgłosy łamanych patyków pod butami które powodowaliśmy.

– Czy to normalne? – powiedziała Mija po usłyszeniu tego.

Potężny odgłos grzmotu przetoczył się wszędzie nad nami i jeszcze chwilę pobrzmiewał nad czubkami drzew, wśród których się snuliśmy i patrzeliśmy w górę. Tymek aż przytulił się do dziewczyny, przestraszony.

– Koniec listopada to raczej nie pora na burze – powiedział Lems.

– Więc przyspieszamy.

 

*

 

Po kilkunastu metrach znów coś usłyszeliśmy. Tym razem coś wysokiego i skrzekliwego, co mogło pochodzić z paszczy jakiegoś zwierzęcia, ale tu nie było takich zwierząt, które mogłyby wydać z siebie tego rodzaju dźwięk.

 

*

 

Przedzieraliśmy się przez las prawie forsownym marszem i nawet zmęczony i zlękniony Tymek nie oponował, choć ciężko mu było dorównać trzem dorosłym osobom. Miało się to opłacić, bo po jakiejś godzinie drzewostan uległ przerzedzeniu i znaleźliśmy ślad czegoś, co pewnikiem było kiedyś torem kolejowym. Świadczyły o tym ledwo widoczne, zmurszałe podkłady szynowe, które układały się w ścieżkę. Dało to nam nadzieję i po trzydziestu minutach wędrówki ukazały nam się jakieś zabudowania.

– Jesteśmy już blisko! To jest stara parowozownia! – krzyknął Lems i miał rację. Faktycznie w lesie, ale już niedaleko miasta, była nieczynna od wielu dziesięcioleci parowozownia. Z racji swego położenia nie popadła w całkowitą ruinę, chociaż nie raz dotarli to złomiarze i grafficiarze, tworząc typowy dla tego kraju pomnik nędzy i rozpaczy. Nagle zacząłem się śmiać. Cała trójka spojrzała na mnie skonsternowana. Mogłem tylko wskazać ręką na wieżę ciśnień i wysoki komin obok niej.

– Co w tym takiego śmiesznego? – zapytali prawie jednocześnie Lems i Mija.

– To, że prawdopodobnie ten komin i ta wieża ciśnień to był powód naszej wyprawy tu.

– A nie mówiłem? 

 

*

 

Parowozownia prezentowała się dość postapokaliptycznie. Półokrągły, gdzieniegdzie przeszklony pawilon dla lokomotyw, obrotownia, i sporo betonu i metalu którego jeszcze nie wykradli.

– To którędy teraz? – spytała Mija.

Gdzieś z granicy drzew znów zaskrzeczało przeraźliwie.

– Do środka – krzyknąłem, i wbiegliśmy do pawilonu.

 

*

 

Z zewnątrz nie było tego widać, ale w środku wydawał się ogromny i przestrzenny. Wielkie, często pobite okna wpuszczały sporo światła. Na ziemi leżało od groma śmiecia – drewna, beczek, były nawet jakieś stare wagony transportowe w stanie półrozkładu. Gdzieś w kącie mignęły nam jakieś zafajdane materace poustawiane wokół wygaszonego ogniska. Z dziedzińca zauważyliśmy ruch. Ktoś biegał po obrotowni. Schowaliśmy się za jeden z wagonów.

– Chcę już.. do domu – wyszeptał Tymek łamanym głosem. Mija uspokoiła go głaskaniem po głowie. Dobrze, że z nami była. Sekundę później, okropny odgłos tłuczonego szkła prawie zatrzymał nasze serca. Zagłuszył nawet pisk chłopca. Ktokolwiek to był, był z nami w środku.

– Czarny stwór. – wycedził przez zęby Lems.

– Ale wtedy nie krzyczały. – zauważyłem.

– A teraz krzyczą. I tak trzeba przed nimi uciec – dodała Mija.

Zaczęliśmy na kuckach przemieszczać się w głąb budynku. Czy one widziały? Chyba tak, choć nie miały oczu, tylko te oczodoły. Prawdopodobnie jednak były głuche, bo kilka razy zawadziliśmy o coś co wydało lekki hałas, a stwór nadal był tam gdzie wcześniej, niewzruszony. Następny krzyk. Czyli było ich już dwóch. Cholera. Znów zatrzymaliśmy się, tym razem za barykadą z beczek. Wychyliłem się za nich i zobaczyłem, że stwory zbliżyły się do siebie, jakby naradzając się. To były te które ścigały mnie po jeziorze, poznałem je po sposobie poruszania się. Tym razem był już jednak płynny i zwinny. Kończyny kończyły im się czarnymi pazurami, choć wcześniej ich nie miały. Na grzbiecie zaś wyrosło im coś w rodzaju futra, wyglądały więc o wiele bardziej masywnie. Najwyraźniej przeszły jakąś metamorfozę. Wszystko wskazywało na to, że na gorszą dla nas. Nagle zwróciły łby w stronę harmidru, jaki zapanował za ich plecami. Do parowozowni weszły dwa inne stwory, a przynajmniej tak wyglądały przez warstwy ubrań jakie na siebie nałożyły, Przez stan upojenia poruszały się z trudem, ale zatrzymali się jak wryci, widząc dwa czarne monstra które zwróciły na nich uwagę.

– Ja ci mowyem, że ta wótka chszczona czymś jes – powiedział jeden do drugiego, ale drugi już uciekał w zadziwjająco trzeźwym tempie, a i zaraz dogonił go jego kompan.

Potwory tylko patrzyły za nimi wykonując te dziwne, eliptyczne ruchy głowami. Teraz. Przeszliśmy przez wyłom w ścianie i byliśmy na cementowym placu porośniętym dziką roślinnością, jaka zawsze porasta takie miejsca. Musieliśmy przez niego przejść i znów uciec między drzewa, choć każdy z pewnością miał odruch zwrotny na samą myśl o tym. Nie było jednak innego wyjścia – las mimo wszystko dawał jakąś ochronę. Na otwartym terenie byłoby po nas. Więc teraz. Nie przebiegliśmy pięciu metrów gdy znów dobiegł nas ten wysoki skrzek. Trzeci stwór patrzył na nas z obrotowni, po czym zaczął galopować w naszą stronę. Instynkt podlany paniką kazał nam biec w stronę wieży ciśnień. Dobiliśmy do drzwi, ale te były zamknięte na amen. Obiegliśmy ją z drugiej strony i zobaczyliśmy okrągłą pozostałość po oknie, tyle że na wysokości dwóch metrów. Z Lemsem szybko wgramoliliśmy tam Tymka, a potem Miję. Zostaliśmy we dwóch i spojrzeliśmy na siebie.

– Ty – powiedział Lems i podstawił mi ręcę.

– Nie. Ty – odpowiedziałem i zrobiłem tak samo.

Wiedzieliśmy, że nic z tego nie będzie. W tym samym momencie zerwaliśmy się i zaczęliśmy uciekać w niedaleki już las. Wieża robiła nam za tarczę. Wskoczyliśmy w drzewa w momencie, gdy potwór wychynął zza kolistej ściany wieży i stanął pod oknem wpatrując się w nie. Z jednej strony byliśmy bezpieczni, ale też rozdzieleni.

– Masz jakiś pomysł? – zapytał Lems.

 – Trzeba ich jakoś uratować.

– Dobrze wiedzieć. No to działaj, całkiem niezły w tym jesteś.

– Ty też nie najgorszy – odpowiedziałem, mając w pamięci jak wrócił się po chłopaka.

Sytuacja nie przedstawiała się dobrze. Wieża ciśnień z Miją i Tymkiem była oblegana przez stwora, a dwa inne kręciły się gdzieś po parowozowni albo mogły być dosłownie wszędzie. Pięć innych poleciało przez wir, ale nie mieliśmy pojęcia gdzie. Byliśmy jak te pionki na szachownicy. Grom znów przewalił się po całym nieboskłonie, a za chwilę lunął deszcz. Gęsty, rzęsisty i aż wszystko wokół syczało. Widoczność zmalała na tyle, że nie widzieliśmy wieży. Potem dostałem mokrą pięścią w twarz.

 

*

 

Padało tak że nie widziałem nawet, kto przewrócił mnie na ziemię i próbował udusić. Jakaś postać, zamazana przez nawał strug jakie spadały z nieba, siedziała na mnie i zaciskała palce na szyi. Nie wiedziałem czy pierw mnie udusi, czy też się utopię, bo tyle wody dostawało mi się do otwartych szeroko ust. Między bombardującymi wszystko kroplami deszczu dostrzegłem jednak znajome, czarne i dziwne oczy.

– Spokojnie. Zaraz będzie po wszystkim – powiedział do mnie Lems. Głos miał opanowany i wręcz kojący. Wyrwałem kolano spod niego i uderzyłem. Poskutkowało, bo zwolnił uścisk i mogłem walnąć go ręką w głowę. Puścił mnie całkiem. Przewróciłem go i zacząłem uciekać. Padało cały czas, a ja mijałem w biegu dziesiątki drzew, nie wiedząc gdzie tak naprawdę biegnę. Za sobą usłyszałem wołanie. Na chwilę odwróciłem się, ale szara ściana deszczu i drzew nie pozwalała widzieć dalej niż na kilka metrów. Pobiegłem dalej, i coś zaczęło wyłaniać się z ulewy. Od razu poznałem przysadzistą bryłę wieży ciśnień. Stała sama, pośród szarego, pustego tła z deszczu. Ostrożnie podszedłem bliżej. Na szczęście, nigdzie nie było widać czarnych dziwadeł. Czyżby.. drzwi były otwarte? Tak. Wszedłem do środka. Bałagan. Spiralne schody prowadziły do góry. Powoli zacząłem się wspinać. Z zewnątrz nie było tego widać, ale tu wieża wydawała się wysoka. Gdzieś tam kapała woda, rozchodząc się echem po pustce budowli. Minąłem jedno z okrągłych okien. Na zewnątrz nadal lało, ale jakby gdzieś daleko, z oddali. Dotarłem w końcu na sama górę. Nie było tam nikogo. Jakieś pordzewiałe rury i gruz. Nagle coś zgrzytnęło za mną. Obejrzałem się i zobaczyłem Miję i Tymka. Patrzyli na mnie tymi oczami czarnymi od rozszerzonych źrenic, z dziwnym odcieniem błękitu na twarzach. Zaczęli się zbliżać. Cofnąłem się aż pod ścianę, powoli przesuwając się po niej. Gdy byłem blisko barierki, przeskoczyłem za nią i spadłem na schody. Szybko zbiegłem na dół i wybiegłem znów na deszcz, który chlastał ogłuszająco o wszystko. Gdzieś z boku skrzek. Z następnego kolejny. Znów w las. Przez drzewa i gałęzie. Biegłem, po czym straciłem ziemię pod nogami i poleciałem w dół. Turlałem się kilkanaście sekund, boleśnie obijając się o wykroty i korzenie. W końcu się zatrzymałem. Otworzyłem oczy i zobaczyłem wokół pełno kopców i drewnianych nagrobków między nimi, które oświetlał księżyc w pełni i zalewał wszystko swoją trupią łuną.

 

*

 

Z księżyca zaczął rozchodzić się blask. Punkt po punkcie zapalały się wokół niego światła, tworząc misterną pajęczynę w kształcie oka zawieszoną prawie na całym niebie. Księżycowa źrenica patrzyła prosto na mnie, a za chwilę zagrzmiał głos. Potężny, jakby z sali kinowej wielkości stadionu.

 

No i spotykamy się, człowieku z jutra.

 

Co odpowiedzieć takiemu czemuś? Chyba tylko:

 

– Kim jesteś?

 

Odgłos przypominający zryw śmiechu.

 

I tak tego nie pojmiesz.

 

– Więc po co ze mną rozmawiasz?

 

Z ciekawości.

 

– Z ciekawości? Ciekawości czego?

 

Mimo wszystko jesteście ciekawi. Mali, nieważni, ale z ambicjami chcącymi dorównywać nieśmiertelności. I na swój sposób te ambicje spełniacie.

 

– Dlaczego tak każesz nas, mój lud, za to, czego nie popełniliśmy?! – krzyknąłem w niebo.

 

Znów śmiech jak grzmot.

 

Również z ciekawości.

 

– Więc jesteś podłym, złym czymś, czego nie rozumiem.

 

Ludzie z twojego wczoraj nazywają to sprawiedliwością. Gotowi są czcić za możliwość doświadczenia tej.. emocji. Ja im tylko tu umożliwiłem, dałem narzędzia. Sam nie mrugnąłem okiem, by to się zdarzyło.

 

– Właśnie. Patrzysz i podoba ci się, to co widzisz.

 

Potraktuj to jako.. badania. Tak jak wy rozkopujecie ich, wczorajszych mogiły, które powinny być oazami spokoju, by czegoś się dowiedzieć. Ja robię to również dlatego, by czegoś się dowiedzieć.

 

Teraz ja parsknąłem.

 

– I czego się dowiedziałeś?

 

Że mimo wszystko jesteście ciekawi. Tak bardzo jak potraficie być okrutni wobec siebie, wobec waszego świata. Tak bardzo jak potraficie rzucić wszystko by czasem spróbować uratować ten świat. To bardzo interesujący dualizm, który tam, skąd pochodzę, budzi wiele zainteresowania. Powinniście już dawno opuścić tę planetę i zostawić ją lepszym od was, ale macie, jak to mówicie, przebłyski. Te gorsze są dla nas równie interesujące, jak te lepsze.

– To jakieś sprawdziany?

 

Badania. Tylko badania, choć wy lubicie nazywać to inaczej, myśleć że poddawani jesteście boskim próbom. Ale rezultaty tych badań są interesujące. Powinniście cieszyć się z naszej atencji, mimo wszystko.

 

– Pewnie. Nie ma jak być napuszczonymi na siebie w imię wyższych celów, i jeszcze trzeba być za to wdzięcznym. Nie wstyd wam za taką logikę?

 

Myślisz emocjonalnie i jednostkowo. To tak typowe dla waszej gromady. Jedna staje potem naprzeciwko drugiej, mimo błahych różnic w postaci innego sposobu porozumiewania się, czy różnych pór istnienia. O równie błahych różnicach anatomicznych nie wspominając.

 

– Tu.. muszę się z tobą zgodzić. – odpowiedziałem.

 

Nie smuć się jednak, człowieku. Wasz czyn, przebłysk, czymś zaowocował. Narzędzia ludziom z wczoraj zostaną im odebrane. Nie będzie więcej Świąt Wzięć, jak to nazwali. Co zrobią jednak z tym co jest w nich, to już nie moja sprawa. Ja będę tylko dalej spoglądał, jak to robiłem dotychczas.

 

Spojrzałem na tą niesamowitą iluminację świetlną przede mną.

 

Nic nie mówisz. Cieszy mnie to. Czasem za dużo mówicie i co ciekawe, nie rozumiecie się przez to jeszcze bardziej. Żegnaj zatem. To było na swoj sposób.. interesujące.

 

Po czym zgasła i poczułem, jak ktoś szarpie mnie za ramiona. Przede mną stał Lems, Mija i Tymek. Odruchowo odskoczyłem, ale wyglądali normalnie.

 – Człowieku, co z tobą? Zacząłeś mnie bić, chciałem cię uspokoić, ale ty jak oparzony wyrwałeś się i pobiegłeś do tej wieży.

– Serio? – zapytałem niewinnie.

– No serio! Nie wiem czy to przez ten deszcz, ale nie było tam tych stworów, a ty jakoś otworzyłeś drzwi. Potem znów gdzieś pobiegłeś. W tym czasie widziałem jak Mija z chłopakiem uciekają w las i poszedłem za nimi. Znaleźliśmy cię jak stałeś i patrzyłeś gdzieś w niebo. Trochę to było dziwne.

– Jakby od dwóch dni było normalnie – powiedziałem z lekkim uśmiechem. Teraz wydawało mi się to nawet śmieszne.

– Tak było – dodała Mija. – Siedziałam z Tymkiem w tej wieży, dziwoląg chodził wokół niej i drapał w ścianę, a potem zaczęło padać tak mocno..

– I się baliśmy się! – dorzucił Tymek.

– .. i po kilku minutach słyszymy, jak coś wyłamało drzwi..

– Wtedy to już w ogóle się baliśmy..

– Myśleliśmy, że to ten stwór. Schowaliśmy się za jakimiś rurami, a tu wszedłeś ty.. Ale jakiś nieswój. Chcieliśmy do ciebie podejść, ale skoczyłeś na schody i pobiegłeś. Za chwilę przestało padać i uciekliśmy do lasu.

– No i potem cię znaleźliśmy – zakończył opowieść Lems.

– Dzięki.

– Co ci się w ogóle stało? – zapytała Mija.

– Za długo by opowiadać. Możliwe jednak, że powstrzymaliśmy to co się tu działo.

– Nie ma już tych czarnuchów? – spytał z nadzieją w głosie Lems.

– Tego nie wiem. W sumie to wiem tylko, że niby już to ma się nie powtarzać, ale czy tak będzie, to nie wiem.

– To co ty wiesz? – mruknęła Mija.

– Chyba tylko to, żeby w końcu stąd wyjść, na miłość boską.

 

*

 

I znów byliśmy w drodze, i znów byliśmy w lesie. Tymek już ledwo co przebierał nogami. Wszyscy byliśmy zmęczeni, a ja swoje spotkanie z tym czymś traktowałem prawie jak objaw właśnie wyczerpania. Mimo to myślałem nad tymi słowami. Były.. interesujące.

– Gdzie my do cholery jesteśmy? – nagle wykrzyknął Lems.

Faktycznie, miał rację. Ten las nie mógł być aż tak duży, byśmy kręcili się po nim tyle czasu. Parowozownia świadczyła, że musieliśmy być już gdzieś na obrzeżach. My jednak, po następnych kilkudziesięciu minutach marszu nadal widzieliśmy tak samo jednolite środowisko jak wcześniej. Mija krzyknęła krótko. Tymek padł na ziemię jak długi. Pochyliliśmy się nad nim, cali bladzi od strachu. Na szczęście żył. Żył, ale nie było z nim dobrze. Drżał i majaczył. Od zimna, głodu i wycieńczenia. Lems od razu wziął go i zarzucił sobie na plecy. Wtedy wrzask. Niby jeden, ale składał się tak naprawdę z kilku i trwał, nie urywał się jak tamte. Miał warstwy, które wchodziły nam pod skórę. Wszyscy naraz, instynktownie, zaczęliśmy biec. Po nim usłyszeliśmy odgłos grzmotu, tylko że nie wypełniał całego nieba jak wcześniej, ale dochodził gdzieś z lewej, zza drzew.

I to nie był grom, tylko pociąg.

 

*

 

– Przecież pociągi nie jeżdżą tu od kilkudziesięciu lat! – krzyknął do mnie Lems podczas biegu.

– Wiem, i mnie też to dziwi. – odpowiedziałem.

To musiał być pociąg. Chociaż dźwięk trochę różnił się od typowego, a bardziej przypominał..

– Ciuchcię. Słyszę ciuchcię – wymamrotał Tymek.

– Zawiezie nas do domu – zapewnił Lems. Był z niego naprawdę dobry wujek

Zza drzew zobaczyliśmy ruch. Coś długiego nadciągało z lewej strony.

– Nie wierzę.. – wyszeptała Mija gdy wylecieliśmy ze ściany lasu, a obok nas przejeżdżała stara, czarna jak węgiel lokomotywa, z której komina bił długi obłok dymu. Mijając nas zagwizdała. Ciągnęła jeden wagon, również starodawny, a za nim cztery puste platformy.

– Na co tak patrzycie? Biegniemy! – rozkazał Lems.

Pobiegliśmy. Wykrzesywaliśmy z siebie ostatki sił, ale biegliśmy. W międzyczasie, gdzieś z nieopodal znów dobiegł nas znany odgłos. Paskudny, złowróżbny, bliski jak nigdy. Z lasu wyleciały trzy czarne kształty, które biegiem zaczęły się do nas zbliżać. Podbiegliśmy do pierwszej platformy i Lems rzucił na nią Tymka. Na szczęście pociąg nie jechał zbyt szybko. Na następną platformę wgramoliliśmy Miję. Potem potknąłem się i przewróciłem na ziemię. Trzecia platforma właśnie nas minęła, zanim Lems pomógł mi wstać. Czwarta zaczęła przejeżdżać obok nas. Chwyciliśmy się czegoś, wskoczyliśmy i po chwili obaj byliśmy na pokładzie. Teraz to, że pociąg jechał wolno było ogromnym problemem, bo stwory praktycznie nas dogoniły. Wstaliśmy i przeskoczyliśmy na trzeci wagon – platformę. Za sobą usłyszeliśmy huk i zobaczyliśmy, że w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą leżeliśmy, stały teraz dwie czarne kreatury. Świdrowały nas pustymi oczodołami. Jedna z nich zaczęła biec w naszą stronę, a wtedy znalazłem się w ciemnościach.

Gdzieś daleko przebijało tylko małe światło, jak bardzo odległa gwiazda. Miało jednak swój blask, który dzielnie sprzeciwiał się nacierającej zewsząd czerni.

 

Spotykamy się po raz trzeci, człowieku. Uznaj to za ogromne wyróżnienie. Mam dla ciebie propozycję.

 

– Nie mam czasu. Zaraz będzie po nas.

 

Tu mamy prawie tyle czasu, ile tylko zechcemy. Posłuchaj i nie przerywaj.

 

– Pewnie i tak nie mam wyboru, byle szybko!

 

No tak, no tak. Zapomniałem, że w swojej śmiertelności macie zakodowany pośpiech wszędzie i zawsze. To musi być męczące. Wybór jednak jak najbardziej mieć będziesz.

 

– Mówże, do cholery!

 

Nie opieraj się im. Nic ci się nie stanie. Za bezpieczeństwo twoich kompanów nie ręczę, ale ty nie pożałujesz. Sam nie wiem dlaczego to robię, ale proponuję ci to.

 

– Co? Nie rozumiem. Nie mam czasu.

 

Dam ci szansę zobaczyć. Zrozumieć tyle, ile jesteś w stanie. Niedużo, ale i tak ta wiedza oniemiałaby uczonych twojego rodzaju. Będziesz świadkiem innych badań, jakie przeprowadzamy.

 

– Jesteś więc jednym z wielu?

 

Oczywiście. Wasz teraźniejszy koncept jednego.. boga, jak to nazywacie, odbija się echem wzbudzanym przez nasze rozbawienie. Wasi wczorajsi byli w tym dokładniejsi, choć również podobnie zabawni. Mniejsza jednak w to. Decyduj się, człowiecze.

 

– Spieszy ci się?

 

Tobie owszem. Nawet my nie umiemy zatrzymywać biegu zdarzeń. Sekundy, jakimi go mierzycie, a raczej ich setne ułamki, biegną zawsze. Umierają prawie wieczne dla waszej percepcji gwiazdy. Decyduj się zatem. Wystarczy że zechcesz, pójdziesz do przodu, a to się stanie. Czy kilkoro zupełnie zwyczajnych z was jest wartych tyle, ile możesz osiągnąć, co daję ci w zamian? Może nawet osiągniesz to, czego cały wasz gatunek pragnie. Wiedza jednak jest ważniejsza niż nieśmiertelność. Miej to na uwadze.

 

Światło, choć odległe, błyszczało piękną, kuszącą barwą. Migotało, jakby uśmiechało się do mnie i zapraszało. Złapałem się na tym, że wystawiłem do przodu jedną nogę. Gdzieś z tyłu jednak dobiegało mnie wytłumione nawoływanie. Obejrzałem się, ale tam nic nie było.

 

Teraz, człowieku.

 

– Wy jesteście, odpowiedziałem i skoczyłem.

 

*

 

Wszystko znów ruszyło, przesuwało się, mijało. Las po bokach był rozmazany przez ruch a uszy atakował hałas, jaki to wszystko wokół wydawało. Czarny kształt pędem zbliżał się do nas. Przeskoczył na naszą platformę, wyciągnął opazurzoną rękę i zamachnął się. Spojrzałem tylko na Lemsa, a potem krótko na Miję i Tymka. Prawie czułem zbliżający się cios, ale nagle coś trafiło go w łapę i wytrąciło impet uderzenia. Zdezorientowany spojrzał na boki, a wtedy wbiła się mu w głowę kolejna strzała. Jasna. Za chwilę trzecia trafiła go w pierś. Wykręcił się w bólu i rozsypał na popiół. Drugi nie spasował, również rzucił się na nas, ale gdy skoczył, w powietrzu dosięgnęły go prawie naraz dwa pociski. Wyleciał zza platformę i nawet nie dotknął ziemi, zmieniając się w kurz. Ostatni chciał uciec, widząc co się stało z jego towarzyszami, ale szybko kilka strzał wbiło się w niego i podzielił ich los, zostając pyłem rozrzuconym w pędzie, z jakim jechaliśmy. Instynktownie spojrzeliśmy tam, skąd nadleciały strzały. Na skraju drzew unosiły się dwa niebieskie światła – mniejsze i większe. Z lasu wyszły też zwierzęta – trzy koty, żbik i ryś. Gromadka stała i wpatrywała się w nas i za chwilę dołączyło do nich kilka postaci. Wszyscy trzymali łuki. W jednej z nich poznałem dziewczynę, która kiedyś uśmiechnęła się do mnie i od tego wszystko się zaczęło. Teraz też się śmiała. Pozdrowiliśmy się nawzajem, wszyscy. Potem pociąg skręcił i straciliśmy ich z oczu.

 

*

 

Platforma miała w rogach barierki, i schowaliśmy się pod jedną. Mija tuliła Tymka, który zaczął dochodzić do siebie, mimo że nadal był potwornie wycieńczony. Ja z Lemsem usiedliśmy obok. Jechaliśmy teraz i po tej wielokilometrowej wędrówce to było jak rozbicie banku. Straciliśmy rowery, wykrywacze, plecaki, oni nawet ubrania, ale nie siebie. My byliśmy.

 

*

 

Po niedługim czasie przekroczyliśmy most kolejowy, który rozdzielał dwa ramiona jeziora na północne i zachodnie. Wyszło słońce i tafla mieniła się tysiącami rozbłysków. Nie rozmawialiśmy w ogóle, mimo że co jakiś czas posyłaliśmy sobie porozumiewawcze uśmiechy. Byliśmy już blisko.

 

*

 

Jakieś dwa kilometry za mostem pociąg zatrzymał się. Mija i Tymek nawet przysnęli. Obudziliśmy ich i wszyscy zeskoczyliśmy z wagonu na ziemię. Lokomotywa stała potężna, milcząca, zaparowana, a przed nią nie było już torów. Kończyły się i została tylko ścieżka i stare podkłady, po których kiedyś biegły. Skinąłem głową za ratunek, ktokolwiek to zrobił, i ruszyliśmy przed siebie. Gdy obejrzeliśmy się za jakiś czas, żadnej lokomotywy i żadnych wagonów już nie było. W miejscu gdzie jeszcze przed chwilą stała, unosiła się tylko mgła, ale i ona została rozwiana.

 

*

 

Między drzewami zaczęły pojawiać się budynki. Pierw infrastruktury kolejowej, potem z daleka widzieliśmy dachy magazynów, a to był znak, że opuszczaliśmy las. Z przeciwnej strony zobaczyliśmy zbliżającą się do nas postać. Nawet lekko się wystraszyliśmy, bo ostatnie spotkania z czymkolwiek nie należały do najsympatyczniejszych, ale okazał się nią starszy pan na rowerze, z wędkami i resztą sprzętu. Gdy nas zobaczył aż się zatrzymał, co nas zbytnio nie zdziwiło – mały chłopak w za dużej kurtce, plus dwie osoby w jakichś piżamach, i ja brudny i z zaschniętą krwią na twarzy. Dość osobliwa zbieranina.

– Niech pana uważa! – odezwał się nagle Tymek. – Na trujące grzyby i potwory w lesie! A tak w ogóle to nie pamiętam kiedy coś jadłem.

Wędkarz przeżegnał się, rzucił nam pod nogi swój dzisiejszy połów, wykręcił składakiem i popędził w stronę miasta. Wszyscy zgodnie wybuchliśmy śmiechem. Potem poszliśmy już prosto w kierunku wież dwóch kościołów, panoramy miasta, które mieliśmy już jak na dłoni. Las, bogów, śmierć i zimno zostawiliśmy za sobą. Gdzieś przed nami, w odległości kilkudziesięciu metrów, przebiegł po drodze kot. Mimo że był czarny, potraktowaliśmy to jako dobry znak.

 

***

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Kmskee, opowiadania liczące ponad 80000 znaków nie wchodzą do grafiku dyżurnych, nie mogą też być nominowane do piórka.

Oczywiście nie ma zakazu publikowania długich opowiadań, ale musisz liczyć się z tym, że zazwyczaj nie znajdują one zbyt wielu czytelników.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za info. Cóż, no trudno :)

 

Jeszcze małe zapytanie techniczne – jak sprawić, by gwiazdki między “rozdziałami” były na środku strony? Próbowałem edytować to ale potem znów były po lewej.

 

Pozdrawiam.

Przykro mi, Kmskee, ale nie wiem. Nigdy niczego tu nie zamieszczałam. :(

Zapytaj może na shoutboksie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Gwiazdki. Edytujesz tekst, ustawiasz się w akapicie z gwiazdkami, klikasz ikonkę od wyśrodkowywania tekstu (gdzieś z prawej strony, nie pamiętam dokładnie).

 

Hmmm. Przeczytałam trzy pierwsze części i nie wciągnęło. Bardzo oszczędnie dawkujesz informacje – pierwsza część mówi tylko o tym, że jest listopad (no, może jeszcze ci biegający po lesie chorzy okażą się czymś więcej niż dekoracją). Druga część – że bohaterowie mają wykrywacze metalu. Trzecia – że kumpel narratora marudzi i że nie każdy metal zagrzebany pod ziemią to skarb (dość oczywiste).

I ja to potrafię streścić jednym zdaniem, Ty potrzebujesz dość długiego akapitu.

Warto – szczególnie przy tak długim tekście – zainteresować czymś czytelnika. Dać mu jakąś zagadkę albo postawić (najlepiej już polubionego) bohatera w niebezpiecznej sytuacji… Trudno to osiągnąć opisami listopadowej pogody. Każdy z nas niejedną końcówkę jesieni widział, żadna rewelacja.

O ile mi wiadomo, archeolodzy bardzo nie lubią, kiedy poszukiwacze skarbów im grzebią w ziemi. Niszczą warstwy, wzajemne położenie artefaktów… Kłusownictwo po prostu, a straty nie do odrobienia.

latającym dywanem na te kopanie leciał.

To kopanie. “Te” to liczba mnoga.

kawałkiem do niczego niepodobnej blachy/pazłotkiem

Ale dlaczego “pazłotko”? Poradnia językowa proponuje różne formy tego słowa i jeszcze kilka synonimów, ale pazłotka akurat nie poleca.

Babska logika rządzi!

Również nie dałem rady przeczytać w całości, ale to nie dlatego, że tekst jest kiepski, tylko z potwornego braku czasu, który mocno upośledza ostatnio moją działalność na forum. 

Rzeczywiście, rzecz wydaje się mocno przegadana i długość nożna byłoby solidnie ograniczyć bez straty jakości. Jednak są tacy, którzy doceniają taki styl narracji i nie mogę jednoznacznie uznać rozgadania za poważną wadę. Zwłaszcza, że historia wydaje się być interesująca, a styl, choć bez fajerwerków, jest porządny i solidny. No chyba, że później coś się posypie. Tak czy owak myślę, że w wolniejszej chwili do tekstu wrócę. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Kmskee, przeczytałam jedną piątą opowiadania i choć mam wrażenie, że cały czas coś zapowiadasz, lektura okrutnie mnie znużyła, no bo jak długo można opisywać błądzenie po lesie i zbliżanie się do wieży.

Do nie najlepszego odbioru przyczyniło się także wykonanie, pozostawiające, delikatnie mówiąc, bardzo wiele do życzenia.

Pewnie jeszcze tu wrócę, bo mimo wszystko chciałabym się dowiedzieć, co dalej, ale łapanki już robić nie będę – zbyt wiele jest tu do poprawiania.

 

w wa­run­kach pół­noc­no – wschod­niej Pol­ski… –> …w wa­run­kach pół­noc­no-wschod­niej Pol­ski

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy; bez spacji.

 

Coś, co wy­róż­nia­ło nas od in­nych plą­czą­cych się… –> Coś, co wy­róż­nia­ło nas wśród in­nych, plą­czą­cych się… Lub: Coś, co róż­ni­ło nas od in­nych, plą­czą­cych się

 

w dzień zie­mie skuje mróz? –> Literówka.

 

że jacyś geo, bio, albo inni lodzy… –> …że jacyś geo-, bio-, albo inni -lodzy

 

przy­je­cha­li­śmy sobie koń­cem li­sto­pa­da do lasu… –> Chyba miało być: …przy­je­cha­li­śmy sobie z  koń­cem li­sto­pa­da do lasu

 

zwy­kłe, ni­sko-śred­niej klasy wy­kry­wa­cze me­ta­li. –> Raczej: …zwy­kłe, bardzo śred­niej klasy wy­kry­wa­cze me­ta­li.

 

I który w te całe ko­pa­nie i wy­kry­wa­nie mnie wcią­gnął. –> I który w to całe ko­pa­nie i wy­kry­wa­nie mnie wcią­gnął.

 

– Jesz­cze tro­chę – od­po­wie­dzia­łem – Tak ze dwa, góra trzy ki­lo­me­try. –> – Jesz­cze tro­chę – od­po­wie­dzia­łem. – Tak ze dwa, góra trzy ki­lo­me­try. Lub: – Jesz­cze tro­chę – od­po­wie­dzia­łem – tak ze dwa, góra trzy ki­lo­me­try.

Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

bo tam, gdzie go pro­wa­dzi­łem… –> …bo tam, dokąd go pro­wa­dzi­łem

 

je­chał by naj­chęt­niej na ro­we­rze… –> …je­chałby naj­chęt­niej na ro­we­rze

 

za­sy­gna­li­zo­wać tym samym, że pod sobą tkwi coś. –> …za­sy­gna­li­zo­wać tym samym, że pod nim tkwi coś.

 

że to całe szum­ne szu­ka­nie skar­bów to grubo nićmi szyta szy­de­ra… –> …że to całe szum­ne szu­ka­nie skar­bów, to grubymi nićmi szyta szy­de­ra

 

wła­sne­go wol­ne­go czasu, który w tych cza­sach jest cen­niej­szy od złota. –> Powtórzenie.

 

bo może te coś wła­śnie znaj­dzie się… –> …bo może to coś wła­śnie znaj­dzie się

 

Tak jak dwu­set­let­ni na oko przy­rząd do no­sze­nia wia­dra z wodą… –> Tak jak dwu­stu­let­ni, na oko, przy­rząd do no­sze­nia wia­der z wodą

Przyrząd do noszenia wiader z wodą nazywa się koromysło, więc może: Tak jak dwustuletnie, na oko, koromysło

 

ka­wał­ki por­ce­la­ny zna­le­zio­ne przy sta­rym garn­ku. Ma się wra­że­nie bycia wskrze­si­cie­lem upa­dłych dawno hi­sto­rii i to jest może ten naj­więk­szy skarb do zna­le­zie­nia. Oczy­wi­ście, zna­le­zie­niem rzym­skich monet… –> Powtórzenia.

 

wiatr wzma­gał się swoim na­po­rem nam pro­sto w twarz. –> Raczej: …wiatr wzma­gał się, wiejąc nam pro­sto w twarz.

 

Świad­czy­ły o tym po­czer­wie­nia­łe nosy i prze­szklo­ne oczy… –> Oczu nie można przeszklić.

Proponuję: Świad­czy­ły o tym po­czer­wie­nia­łe nosy i załzawione oczy

 

lep­szym wyj­ściem było by sie­dze­nie w domu… –> …lep­szym wyj­ściem byłoby sie­dze­nie w domu

 

kiedy my w tem­pe­ra­tu­rze mar­z­nię­cia wody pra­wie je­dzie­my w las… –> Czy chodzi o wodę prawie marznącą, czy o to, że prawie jadą w las?

A może miało być: …kiedy my, w tem­pe­ra­tu­rze prawie mar­z­nię­cia wody, je­dzie­my w las

 

– Ty, może jed­nak.. – za­czął. –> – Ty, może jed­nak – za­czął.

Wielokropek ma zawsze trzy kropki!

Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

A to, że jeśli była by to wieża ci­śnień… –> A to, że jeśli byłaby to wieża ci­śnień

 

– Może dla­te­go, że była w ja­kiejś za­jezd­ni, albo pa­ro­wo­zow­ni ? –> Zbędna spacja przed pytajnikiem.

 

drze­wa przy wieży ci­śnień już tam stały. –> Drzewa nie stoją, drzewa rosną.

 

chłód ob­le­piał czło­wie­ka jak stare ka­le­so­ny. –> Kalesony nie oblepiają człowieka, ale, co najwyżej, jego nogi.

 

że i sta­ro­drze­wa i grądy ja­kieś w tych la­sach są. –> …że i sta­ro­drze­wy i grądy ja­kieś w tych la­sach są.

 

– …na chwi­lę prze­stań uja­dać ,jest spra­wa. –> Zbędna spacja przed przecinkiem, brak spacji po nim.

 

Skrę­ci­li­śmy z do­tych­cza­so­we­go go­ściń­ca, któ­rym był stary ko­le­jo­wy nasyp… –> Nie wydaje mi się, aby o drodze na starym nasypie można powiedzieć, że to gościniec.

 

Jak nie ci­śnień, to jaka i kogo ta wieża? –> Jak nie ci­śnień, to jaka i czyja ta wieża?

 

Pod­łą­czył swoją Yama­hę Pa­ci­fi­cę… –> Pod­łą­czył swoją yama­hę pa­ci­fi­cę

http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

ładuj się ze swoim zło­mem w  ma­gicz­ną bramę… –> …ładuj się ze swoim zło­mem w  ma­gicz­ną bramę

 

w tym cza­sie przez przej­ście do­stał się Lems. –> …w tym cza­sie przez przej­ście przedostał się Lems.

 

niż pół­noc­no wscho­dzi las… –> …niż pół­noc­no-wscho­dni las

 

Dziw­nym tra­fem parę pro­mie­ni prze­bi­ło z litej za­sło­ny… –> Dziw­nym tra­fem parę pro­mie­ni prze­bi­ło się przez litą zasłonę

 

Roz­glą­da­li­śmy się wokół sie­bie w czymś w ro­dza­ju za­chwy­tu. –> Roz­glą­da­li­śmy się wokół sie­bie czymś w ro­dza­ju za­chwy­tu.

 

klnąc przy tym aż po­szło echem. –> Echo nie chodzi.

Proponuję: …klnąc przy tym,echo niosło.

 

co su­ge­ro­wa­ło­by na zmia­nę pod­ło­ża na bar­dziej ubite… –> … o su­ge­ro­wa­ło­by zmia­nę pod­ło­ża na bar­dziej ubite…

 

Owe po­wa­lo­ne drze­wo… –> Owo po­wa­lo­ne drze­wo

 

i spy­ta­my się, co robi w lesie… –> …i spy­ta­my, co robi w lesie

 

z dwóch stron wpa­dli­śmy naraz na jego drugą stro­nę… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

jeden z tych miał­czą­cych pchla­rzy… –> …jeden z tych miauczą­cych pchla­rzy

Sprawdź, co znaczy miałczeć.

 

prze­rwa­łem mu uj­mu­ją­cy wywód… –> Co ujmującego było w tym wywodzie?

 

 

wkra­cza­li­śmy na wspo­mnia­ny wcze­śniej teren trzę­sa­wisk – teren od ja­kie­goś czasu wi­docz­nie się fał­do­wał… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

prze­le­ciał gdzieś wy­so­ko ponad lasem kruk, gar­dło­wo po­re­cho­tu­jąc. –> Od kiedy kruki rechoczą?

 

Me­cho­we pod­ło­że po­ma­łu ustę­po­wa­ło… –> M­cho­we pod­ło­że po­ma­łu ustę­po­wa­ło

 

ale roz­mo­kłe­go i po­now­nie za­li­ścio­ne­go. –> …ale roz­mo­kłe­go i po­now­nie pokrytego liśćmi.

 

Po­zo­sta­li­śmy sami. –> A czy wcześniej byli z kimś?

 

Dla­te­go po uryw­ku chwi­li zni­kło. –> Pierwszy raz zetknęłam się z urywkiem chwili.

 

Pu­ści­li­śmy się nim mię­dzy po­now­nie gę­ście­ją­cym lasem, a coś ja­sne­go na jego końcu, jak się nam zda­wa­ło… –> Pu­ści­li­śmy się nim mię­dzy po­now­nie gęstniejącym lasem, a czymś jasnym na jego końcu, co, jak się nam zda­wa­ło

 

spię­li­śmy oba dwu­ko­łow­ce i za­wią­za­li­śmy wokół drze­wa. –> Czy dobrze rozumiem, że zawiązali rowery wokół drzewa???

 

więc z po­mię­dzy drzew wy­glą­da­ło to tak… –> …więc spo­mię­dzy drzew wy­glą­da­ło to tak

 

obaj rów­no­cze­śnie zła­pa­li­śmy po­wie­trze w płu­cach… –> …obaj rów­no­cze­śnie zła­pa­li­śmy po­wie­trze w płu­ca… Lub: …obaj rów­no­cze­śnie zatrzymaliśmy po­wie­trze w płu­cach

 

przez chwi­lę sta­li­śmy tak w tym wra­że­niu. –> Wrażenia można doznać, ale nie wydaje mi się, aby we wrażeniu można stać.

 

głos miał zu­peł­nie bez­barw­ny, jak u kogoś, kogo za­wio­dły wszyst­kie swoje ar­gu­men­ty i roz­są­dek. –> …głos miał zu­peł­nie bez­barw­ny, jak ktoś, kogo za­wio­dły wszyst­kie ar­gu­men­ty i roz­są­dek.

 

ra­czej przy­tło­czy­ła mnie swoją po­stu­rą… –> Obawiam się, że wieżą nie ma postury.

 

Ale teraz je­stem tu, widzę wieżę… –> Ale teraz je­stem tu, widzę wieżę

 

je­śli­by­śmy się teraz wró­ci­li. –> …je­śli­by­śmy teraz wró­ci­li.

 

wy­da­wa­ła się wiel­ką rzeź­bą zro­bio­ną z jed­ne­go ma­te­ria­łu i to, oprócz jej kształ­tu, na po­do­bę gład­kie­go sta­lag­mi­tu… –> …wy­da­wa­ła się wiel­ką rzeź­bą zro­bio­ną z litego ma­te­ria­łu i to, oprócz jej kształ­tu, upodabniającego do gład­kie­go sta­lag­mi­tu

 

po­go­da za­czy­na­ła się po­gar­szać. Za­czął pró­szyć… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– A nie była to jakaś kuna, wydra, bober czy co­kol­wiek… –> – A nie była to jakaś kuna, wydra, bóbr czy co­kol­wiek

Sprawdź, czym jest bober.

 

wy­da­ło nam się dziw­nym, że nadal nie do­tar­li­śmy do wieży… –> …wy­da­ło nam się dziw­ne, że nadal nie do­tar­li­śmy do wieży

 

Coś, co prze­bi­ja­ło się nawet przez sza­ru­gę lasu i pory roku. –> Tam, moim zdaniem, nie było szarugi i dodam, że nie ma czegoś takiego, jak szaruga lasu.

 

Nie w całej oka­za­ło­ści, bo tego kryły ro­sną­ce wokół niej drze­wa… –> Nie w całej oka­za­ło­ści, bo kryły ją ro­sną­ce wokół drze­wa

 

sama pod­sta­wa do­sko­na­le zdra­dza­ła jej roz­miar i cię­żar. –> Obawiam się, że podstawa niczego nie zdradzała – rozmiar chłopcy mogli określić sami, a skoro nie było wiadomo, z czego wieża jest zbudowana, nic nie mogła powiedzieć o ciężarze, poza tym, że prawdopodobnie był znaczny.

 

Wokół niej rósł pier­ścień ostrych krze­wów, na któ­rych z kolei rosły fio­le­to­we, drobne kwiaty… –> Powtórzenie.

Proponuję: Otaczał ją pierścień ostrych krzewów, pokrytych drobnymi, fioletowymi kwiatami

 

Fak­tycz­nie, bu­dow­la wy­da­wa­ła się zbu­do­wa­na… –> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: Fak­tycz­nie, bu­dow­la wy­da­wa­ła się wzniesiona

 

czy nawet od­la­na z z jed­ne­go… –> Dwa grzybki w barszczyku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie się podobało :)

Nowa Fantastyka