- Opowiadanie: tsole - Noosfera

Noosfera

O się­ga­niu po owoc z drze­wa po­zna­nia dobra i zła.

Opowiadanie było publikowane w zbiorku autorskim “Muzyka Sfer Niebieskich”, W drodze, 2009

Edit: spe­cjal­nie dla użyt­kow­ni­ka Chro­sci­sko zre­zy­gno­wa­łem z wer­sa­li­ków w ty­tu­le, mam na­dzie­ję, że do­ce­ni :)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Noosfera

Mo­cu­jąc się z cięż­ki­mi drzwia­mi, Dawid Bloch wszedł do świą­ty­ni i usiadł w ławce bocz­nej nawy. Pa­nu­ją­ca tu cisza, z rzad­ka prze­ry­wa­na zwie­lo­krot­nio­nym przez po­głos stu­ko­tem ob­ca­sów, obej­mo­wa­ła go z wolna, lecz w ni­czym nie ła­go­dzi­ła na­pię­cia, które rosło w nim od dłuż­sze­go czasu, aż w końcu przy­wio­dło go tutaj. La­wi­na zda­rzeń ostat­nich dni zbu­rzy­ła jego sta­bil­ny dotąd świat, po­chło­nę­ła spo­kój i ogo­ło­ci­ła z pew­no­ści sie­bie. Ośmie­lo­ny tym strach wy­pełzł z za­ka­mar­ków świa­do­mo­ści i na­peł­niał go po­wo­li, lecz nie­ubła­ga­nie. Dawid bro­nił się reszt­ka­mi zdro­we­go roz­sąd­ku, któ­re­go prze­cież za­wsze miał pod do­stat­kiem. Nie­ste­ty, strach nie dzia­łał sam. Sprzy­mie­rzy­ła się z nim roz­ter­ka: co dalej? Dawid sta­rał się chłod­nym umy­słem roz­wa­żyć racje jed­nej i dru­giej stro­ny, które wa­dzi­ły się w nim, lecz żadna z nich nie umia­ła zdo­być prze­wa­gi.

– Spa­lić do­ku­men­ta­cję, wy­ka­so­wać dyski – pod­po­wia­dał strach.

– A co to da? Prze­cież i tak ktoś kie­dyś wpad­nie na ten sam trop – ri­po­sto­wa­ła roz­ter­ka.

– “Niby racja” – po­my­ślał. – “Może po­wi­nie­nem szu­kać dalej? Może znaj­dę spo­sób na wpro­wa­dze­nie ja­kiejś blo­ka­dy? Z Ro­ber­tem pew­nie byśmy się z tym upo­ra­li” – wes­tchnął, po­pra­wia­jąc się w ławce.

Z pół­mro­ku wy­ło­ni­ł się sta­ry za­kon­ni­k. Ob­ser­wu­jąc jego płyn­ny, nie­spiesz­ny chód, Dawid po­czuł otu­chę: oto ktoś jesz­cze po­tra­fi oprzeć się cza­so­wi, który z taką ła­two­ścią pod­po­rząd­ko­wał sobie świat.

Może wła­śnie ta otu­cha ka­za­ła mu ze­rwać się z ławki i po­spie­szyć w kie­run­ku mni­cha?

– Ojcze, pro­szę za­cze­kać – po­wie­dział go­rącz­ko­wo, kła­dąc mu rękę na ra­mie­niu. Za­kon­nik ob­ró­cił po­wo­li głowę.

– Słu­cham synu.

Spe­szo­ny jego spo­koj­nym, uważ­nym spoj­rze­niem Dawid nie wie­dział jak za­cząć.

– Po­trze­bu­ję po­mo­cy…

– Tak? W czym mogę ci pomóc?

– Czy… czy mo­gli­by­śmy po­roz­ma­wiać?

– Chcesz się wy­spo­wia­dać?

– Nie. To zna­czy tak… chyba tak – wy­mam­ro­tał Dawid, uni­ka­jąc wzro­ku za­kon­ni­ka.

– Do­brze – mnich wciąż lu­stro­wał go tym swoim uważ­nym spoj­rze­niem. – Chyba rze­czy­wi­ście po­trze­bu­jesz spo­wie­dzi. Idź tam – mnich wska­zał na le­d­wie wi­docz­ny w pół­mro­ku kon­fe­sjo­nał. – Za chwi­lę do cie­bie przyj­dę – po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu. – Za chwi­lę – po­wtó­rzył i po­czła­pał dalej.

Dawid wszedł do ka­bi­ny pe­ni­ten­ta. Gdy za­sło­nił kur­tyn­kę, zro­bi­ło się cał­kiem ciem­no. Gdzieś z od­da­li do­cie­rał śpiew chóru – pew­nie ćwi­czy­ła pa­ra­fial­na scho­la. Wsłu­chał się uważ­nie: Panis an­ge­li­cus Ce­sa­ra Franc­ka. Me­lo­dia wsią­ka­ła w świa­do­mość, kieł­zna­ła roz­bie­ga­ne myśli, przy­no­sząc wy­raź­ną ulgę. Roz­ter­ka opusz­cza­ła go, jak gdyby wsy­sa­na przez pa­nu­ją­cą wokół ciem­ność. Wraz z nią cofał się strach a ich miej­sce znów zaj­mo­wa­ła przy­tom­ność umy­słu, któ­rej brak tak do­tkli­wie od­czu­wał w ostat­nich dniach.

– Tego mi było trze­ba – po­my­ślał. Za­mknął oczy i oddał się kon­tem­pla­cji.

 

Te trina De­itas una­que po­sci­mus

Sic nos tu vi­si­ta sicut te co­li­mus

Per tuas se­mi­tas duc nos quo ten­di­mus

Ad lucem quam in­ha­bi­tas[1]

 

W tej chwi­li mu­zy­kę za­kłó­cił szmer do­bie­ga­ją­cy z dru­giej stro­ny krat­ki prze­sło­nię­tej ma­to­wą szybą. Spoj­rzał przez nią, lecz zo­ba­czył tylko le­d­wie po­ły­sku­ją­cą po­świa­tę. Ły­si­na mni­cha?

Szme­ry usta­ły. Dawid cze­kał chwi­lę, lecz za­kon­nik mil­czał.

– Na co on czeka? – po­my­ślał. Dawno nie był u spo­wie­dzi, nie pa­mię­tał, co po­wi­nien robić. – Jak to było? Aha…

 

***

– Po­bło­go­sław mnie ojcze, bo zgrze­szy­łem.

– Wy­znaj swe grze­chy przed Panem, synu.

– Moim grze­chem jest to, że gła­dzi­łem ludz­kie grze­chy.

– Nikt nie może gła­dzić grze­chów, synu, tylko Bóg.

– Po­wie­dział­bym to ina­czej: tylko Bóg nie po­peł­nia grze­chu, gła­dząc grze­chy.

– Nie, synu, to za mało. Nikt poza Bo­giem nie ma mocy od­pusz­cza­nia grze­chów.

– Skąd ta pew­ność ojcze?

– Tę pew­ność daje wiara. Ja też, sie­dząc w kon­fe­sjo­na­le, od­pusz­czam grze­chy Jego mocą. Takie upraw­nie­nia daje sa­kra­ment ka­płań­stwa. Ale ty, synu nie je­steś ka­pła­nem?

– Nie, je­stem fi­zy­kiem.

– Fi­zy­kiem, czyli ba­da­czem ma­te­rii, świa­ta za­war­te­go w cza­sie i prze­strze­ni. Tym­cza­sem złe uczyn­ki, dobre uczyn­ki, eg­zy­stu­ją w zu­peł­nie innej prze­strze­ni, do któ­rej wy, fi­zy­cy z tą całą swoją ma­szy­ne­rią ba­daw­czą nie macie do­stę­pu.

– W tym sęk wła­śnie, że ten do­stęp ist­nie­je.

– Do­praw­dy? Nie śle­dzę po­stę­pów fi­zy­ki na bie­żą­co, ale taka re­we­la­cja z pew­no­ścią nie umknę­ła­by mojej uwa­dze, zwłasz­cza, że wkra­cza w ob­szar kom­pe­ten­cji osoby du­chow­nej. Ja­kieś nowe od­kry­cie?

– Można tak po­wie­dzieć.

– Opo­wiedz, z chę­cią wy­słu­cham.

– To długa hi­sto­ria, ojcze.

– Mów śmia­ło. Mię­dzy krat­ka­mi kon­fe­sjo­na­łu czas nie bie­gnie. Poza tym, jako spo­wied­nik, chciał­bym zro­zu­mieć isto­tę two­je­go grze­chu, bo póki co, wy­glą­da mi to na jakiś kom­pleks uro­jo­nej winy.

– Uro­jo­nej czyli nie­rze­czy­wi­stej. Ale czy uro­jo­na wina nie jest źró­dłem cier­pie­nia i fru­stra­cji dla jej wła­ści­cie­la? Dla niego ona jest rze­czy­wi­sto­ścią, praw­da? A jak jest w tej, jak to oj­ciec po­wie­dział, „zu­peł­nie innej prze­strze­ni”? Czy są tam je­dy­nie winy obiek­tyw­nie ist­nie­ją­ce, czy te uro­jo­ne także?

– To wie je­dy­nie Bóg, synu.

– I tym się róż­nią fi­zy­cy od teo­lo­gów. Na­po­ty­ka­jąc na trud­ne py­ta­nia, my szu­ka­my od­po­wie­dzi, a wy za­sła­nia­cie się Bo­giem.

– Jesz­cze tro­chę i nie bę­dzie wia­do­mo, kto tu jest pe­ni­ten­tem, a kto spo­wied­ni­kiem. Wy­znaj więc swoje grze­chy – nie­waż­ne: uro­jo­ne czy nie – naj­le­piej jak po­tra­fisz. Ja z kolei będę sta­rał się cie­bie zro­zu­mieć naj­le­piej jak po­tra­fię. A to może być trud­ne, bo z fi­zy­ką nie mia­łem do czy­nie­nia od cza­sów stu­diów…

– Myślę, że o ta­kiej fi­zy­ce, którą się pa­ra­łem, oj­ciec w ogóle nie sły­szał. Więk­szość au­to­ry­te­tów w na­ukach przy­rod­ni­czych uważa, że to jest szar­la­ta­ne­ria, mó­wiąc de­li­kat­nie.

– Nie dzi­wię się im. Skoro obiek­tem ba­da­nym był grzech, wy­kro­czy­łeś znacz­nie poza ob­szar za­in­te­re­so­wa­nia fi­zy­ki.

– Ob­szar za­in­te­re­so­wa­nia, ob­szar kom­pe­ten­cji… Dla mnie, ojcze, takie my­śle­nie jest ana­chro­nicz­ne – a w przy­pad­ku epi­ste­mo­lo­gii wręcz nie­do­pusz­czal­ne. Prze­cież ist­nie­je jedna rze­czy­wi­stość! Nie jest tak, że mię­dzy świa­tem ma­te­rii i świa­tem ducha zieje prze­paść. Są one ze sobą ści­śle po­wią­za­ne i pod­le­ga­ją wza­jem­nym re­la­cjom. Ktoś te re­la­cje po­wi­nien badać. To ża­ło­sne, żeby ta­kie­go ba­da­cza de­pre­cjo­no­wać, a nawet ska­zy­wać go na za­wo­do­wy ostra­cyzm tylko dla­te­go, że po­sta­wił nogę poza apo­dyk­tycz­nie wy­zna­czo­ny­mi gra­ni­ca­mi kom­pe­ten­cji swo­jej dys­cy­pli­ny. Wie oj­ciec, co to jest no­os­fe­ra?

– Nie wiem.

– Do­praw­dy? Prze­cież oj­ciec jest je­zu­itą, praw­da? Nie zna oj­ciec myśli swo­je­go za­kon­ne­go współ­bra­ta Te­il­har­da de Char­din, który wpro­wa­dził to po­ję­cie?

– Oj­ciec Te­il­hard nie był zbyt­nio pro­mo­wa­ny w na­szym za­ko­nie.

– Po­dob­nie jak w całym Ko­ście­le Po­wszech­nym. Ale za­pew­ne wie oj­ciec, że Te­il­hard de Char­din za­sy­mi­lo­wał kon­cep­cję ewo­lu­cji na grunt chrze­ści­jań­stwa? Twier­dził, że cała rze­czy­wi­stość ma cha­rak­ter dy­na­micz­ny i ewo­lu­cyj­ny, dąży od punk­tu Alfa do punk­tu Omega, mając swój po­czą­tek i ko­niec w Chry­stu­sie. W tej wizji celem czło­wie­ka i świa­ta jest jed­ność du­cho­wa…

– To wszyst­ko wiem, ale o tej, jak jej tam… no­os­fe­rze nie sły­sza­łem.

– Ter­min ten Te­il­hard wpro­wa­dził na ozna­cze­nie ko­lej­ne­go etapu ewo­lu­cji ko­smicz­nej, pod­czas któ­re­go w bios­fe­rze po­ja­wia się czło­wiek a wraz z nim świa­do­mość i myśl. Tak, jak geo­s­fe­ra jest prze­strze­nią ewo­lu­cji che­micz­nej, bios­fe­ra – prze­strze­nią ewo­lu­cji bio­lo­gicz­nej, tak no­os­fe­ra jest prze­strze­nią, w któ­rej do­ko­nu­je się ewo­lu­cja du­cho­wa. Bo­wiem wraz z po­ja­wie­niem się czło­wie­ka ewo­lu­cja wkro­czy­ła w nową, wła­śnie du­cho­wą fazę. Dotąd jej mo­to­rem na­pę­do­wym była walka o byt, odtąd – twier­dzi Te­il­hard – bę­dzie nim mi­łość.

– Chcesz po­wie­dzieć, że ta no­os­fe­ra po­wsta­ła wraz z po­ja­wie­niem się czło­wie­ka?

– Nic po­dob­ne­go. No­os­fe­ra ist­nia­ła za­wsze – jeśli to ma w ogóle sens, bo uży­wa­nie tutaj re­la­cji cza­so­wych jest ry­zy­kow­ne. Mó­wiąc wa­szym ję­zy­kiem po­wie­dział­bym, że jest to prze­strzeń Lo­go­su. Na­to­miast re­la­cje mię­dzy no­os­fe­rą i świa­tem fi­zycz­nym roz­wi­ja­ły się stop­nio­wo, w miarę po­wsta­wa­nia coraz bar­dziej zło­żo­nych form ma­te­rii.

– I co? Zor­ga­ni­zo­wa­łeś jakąś eks­pe­dy­cję, misję ba­daw­czą do tej no­os­fe­ry, synu?

– Ojcze, iro­ni­zo­wa­nie nie jest tu na miej­scu, za­pew­niam. Od­dzia­ły­wa­nie mię­dzy no­os­fe­rą i ma­te­rią ob­ser­wo­wa­ne jest z po­wo­dze­niem i to od dawna. Weźmy choć­by efekt Kir­lia­na, za­gad­ko­we za­cho­wa­nia zwie­rząt (szczu­ry ucie­ka­ją­ce z to­ną­ce­go okrę­tu to tylko jeden z licz­nych przy­kła­dów), psy­cho­tro­ni­ka, wszel­kie zja­wi­ska pa­ra­nor­mal­ne…

– Ow­szem, pole do po­pi­su dla wszel­kiej maści szar­la­ta­nów i magów.

– Cóż po­ra­dzić, gdy po­waż­ni ba­da­cze, de­pre­cjo­nu­jąc ten typ zja­wisk, od­da­li pole szar­la­ta­nom. Znany fizyk Lau­ren­ce Bey­nam po­wie­dział, że eks­ko­mu­ni­ko­wa­nie uczo­nych ba­da­ją­cych nie­zna­ne, a zatem dla fi­zy­ka nie­moż­li­we do przy­ję­cia ener­gie, nie jest żad­nym roz­wią­za­niem. Ale to je­dy­nie głos wo­ła­ją­ce­go na pu­sty­ni. Ja na­to­miast wspo­mnia­łem ojcu o tych zja­wi­skach, by zi­lu­stro­wać twier­dze­nie, że mię­dzy prze­strze­nią fi­zycz­ną a prze­strze­nią du­cho­wą nie zieje prze­paść, tylko roz­wi­ja się wza­jem­ne od­dzia­ły­wa­nie. W rze­czy samej, gdy przyj­rzeć się temu bli­żej, oka­zu­je się, że od­by­wa się ono na ele­men­tar­nym po­zio­mie kwan­to­wym. Oczy­wi­ście, do­ty­czy to mózgu, który jest wszak sie­dli­skiem na­szych myśli. Sły­szał oj­ciec o kwan­to­wej teo­rii świa­do­mo­ści?

– Nie.

– Wy­cho­dzi ona z za­ło­że­nia, że po­ni­żej „klasycz­nego” po­zio­mu kwan­to­we­go ist­nie­je po­ziom sub­kwan­to­wy, na któ­rym lo­ku­je się wszel­kie do­świad­cze­nie pod­mio­to­we. Świa­do­mość po­zo­sta­je tu w re­la­cji ze świa­tem fizy­cznym po­przez wek­tor stanu, na­zy­wa­ny w me­cha­ni­ce kwan­to­wej funk­cją fa­lo­wą, która opi­su­je od­dzia­ły­wa­nia kwantowo-mecha­niczne, sta­no­wią­ce o dzia­ła­niu sy­naps jako prze­łącz­ni­ków. Otóż funk­cja fa­lo­wa może ule­gać dwo­ja­kie­go ro­dza­ju zmia­nie. Do­pó­ki jest po­zo­sta­wio­na sama sobie i nie jest przed­mio­tem ob­ser­wa­cji, zmie­nia się zgod­nie z rów­na­niem fa­lo­wym Schrödin­ge­ra, w któ­rym ope­ra­tor zwany ha­mil­to­nia­nem okre­śla jej ewo­lu­cję. Na­to­miast przy udzia­le czyn­ni­ka świado­mości ha­mil­to­nian zmie­nia się dra­stycz­nie i w spo­sób nie­cią­gły – wek­tor stanu ulega ko­lap­so­wi…

– Wy­star­czy synu, je­steś w kon­fe­sjo­na­le, nie na sali wy­kła­do­wej. Chcesz mi dać do zro­zu­mie­nia, że je­stem dy­le­tan­tem w two­jej dzie­dzi­nie? Nie mu­sisz, bo to i tak oczy­wi­ste.

– Prze­pra­szam, tro­chę się za­ga­lo­po­wa­łem. Ale nie wci­skam ojcu kitu. Na­praw­dę jest tak, że…

– Że gła­dzisz grze­chy za po­mo­cą ha­mil­to­nia­nu? Ja czy­nię to zna­kiem krzy­ża. Czy tak nie jest pro­ściej?

– Pro­ściej i uczci­wiej, nie prze­czę. Oj­ciec jakby za­po­mniał, że to z tego „gła­dze­nia grze­chów ha­mil­to­nia­nem” przy­sze­dłem się wy­spo­wia­dać.

– Rze­czy­wi­ście. Kon­ty­nu­uj zatem. Tylko – jeśli można pro­sić – w miarę przy­stęp­nie.

– Wła­ści­wie było nas dwóch – mło­dych fi­zy­ków na­pa­lo­nych na roz­wią­zy­wa­nie za­ga­dek Wszech­świa­ta, uf­nych w moż­li­wość prze­ła­ma­nia wszel­kich ba­rier po­zna­nia i po­zba­wio­nych uprze­dzeń co do owych „ob­sza­rów kom­pe­ten­cji”. Dla­te­go nie wzdra­ga­li­śmy się przed wej­ściem w re­jo­ny pa­ra­fi­zy­ki, zwłasz­cza, że w fi­zy­ce „kla­sycz­nej” był za­stój i wszy­scy go­ni­li w pięt­kę. Ja spe­cja­li­zo­wa­łem się w me­cha­ni­ce kwan­to­wej, Ro­bert w teo­rii uni­fi­ka­cji. Ja roz­wi­ja­łem kon­cep­cję za­po­cząt­ko­wa­ną przez no­bli­stę Bria­na D. Jo­se­ph­so­na, który pierw­szy po­sta­wił hi­po­te­zę o wpły­wie czyn­ni­ków świa­do­mo­ści (wola, wiara) na prze­bieg zda­rzeń o cha­rak­te­rze fi­zycz­nym. Jej isto­tę usi­ło­wa­łem przed chwi­lą wy­ło­żyć ojcu przy uży­ciu pojęć rodem z me­cha­ni­ki kwan­to­wej…

– I nie pró­buj tego wię­cej!

– Ro­bert z kolei in­te­re­so­wał się aspek­ta­mi to­po­lo­gicz­ny­mi Wszech­świa­ta. Uwa­żał, że naj­bar­dziej obie­cu­ją­ce są mo­de­le geo­me­trycz­ne. To on pierw­szy wpadł na po­mysł, że prze­strzeń du­cho­wa może być ho­mo­mor­ficz­nym ob­ra­zem cza­so­prze­strze­ni.

– Mów ja­śniej, synu.

– Tak jak cza­so­prze­strzeń jest za­krzy­wia­na przez ma­te­rię, tak to­po­lo­gia no­os­fe­ry, ro­zu­mia­nej tu jako prze­strzeń ak­sjo­lo­gicz­na, może być kształ­to­wa­na przez war­to­ści – kon­kret­nie dobre i złe uczyn­ki.

– Aha, czyli każdy taki uczy­nek po­zo­sta­wia trwa­ły ślad, jakby pięt­no w no­os­fe­rze? Za­czy­na mi się to po­do­bać…

– Do­kład­nie. Geo­me­tria no­os­fe­ry jest więc wy­pad­ko­wą wszyst­kich ludz­kich uczyn­ków i jako taka kształ­tu­je z kolei „kon­dy­cję ak­sjo­lo­gicz­ną” in­dy­wi­du­al­nych i zbio­ro­wych (spo­łecz­nych) ele­men­tów prze­strze­ni du­cho­wej. Sprzę­że­nie zwrot­ne, ro­zu­mie oj­ciec. Do­sko­na­le tłu­ma­czy to wiele zja­wisk – choć­by po­wsta­wa­nie kon­flik­tów zbroj­nych. Na­ra­sta­ją­ce na­pię­cia eska­lu­ją zło, znie­kształ­ca­jąc krzy­wi­znę no­os­fe­ry w kie­run­ku, na­zwij­my to, ujem­nym, co z kolei wzmac­nia ten­den­cję do czy­nie­nia zła. W ten spo­sób two­rzy się coś, co z braku lep­sze­go po­rów­na­nia na­zwał­bym „tor­na­dem zła” ogar­nia­ją­cym mniej­sze lub więk­sze ru­bie­że no­os­fe­ry.

– A co z „tor­na­da­mi dobra”? Też masz ja­kieś przy­kła­dy?

– Ow­szem, choć­by znane w wielu re­li­giach wspól­no­ty mo­dli­tew­ne. W tej opty­ce są one ośrod­ka­mi wzmac­nia­ją­cy­mi ener­gię in­dy­wi­du­al­nych mo­dlitw, pra­gnień i wy­obra­żeń, która może po­ma­gać wier­nym w osią­gnię­ciu skut­ków, ja­kich pra­gną.

– Hmm… nie za­uwa­ży­łem, żeby po­wszech­ne, ogól­no­świa­to­we modły o pokój za­po­bie­gły ja­kie­muś kon­flik­to­wi…

– Je­stem szcze­rze zdu­mio­ny, sły­sząc takie wy­zna­nie z ust ka­to­lic­kie­go księ­dza! Nie wie­rzy oj­ciec w moc mo­dli­twy???

– Wy­bacz, synu, chwi­lę sła­bo­ści.

– Nie za­mie­niaj­my się miej­sca­mi, ojcze, to ja je­stem pe­ni­ten­tem. Zresz­tą w dużej mie­rze ma ksiądz rację. Gdy do­pra­co­wa­li­śmy model ma­te­ma­tycz­ny opi­su­ją­cy geo­me­trię no­os­fe­ry i jej dy­na­mi­kę, oka­za­ło się, że roz­wią­za­nia rów­nań nie są sy­me­trycz­ne.

– To zna­czy?

– To zna­czy, że jest ona znacz­nie bar­dziej po­dat­na na znie­kształ­ce­nia ujem­ne niż do­dat­nie.

– Czyli zło ma „fory”?

– Dziwi to ojca? W grun­cie rze­czy wiemy o tym od dawna. W tym świe­cie czy­nie­nie zła przy­cho­dzi nam o wiele ła­twiej niż czy­nie­nie dobra. Ła­twiej bu­rzyć, niż bu­do­wać. Ła­twiej po­róż­nić się, niż po­go­dzić. Ła­twiej rzu­cić oszczer­stwo, niż je od­wo­łać.

– Na­stęp­stwa grze­chu pier­wo­rod­ne­go synu… Do­my­ślam się, że to „od­kry­cie” nie było wam w smak i od razu za­czę­li­ście my­śleć, jak temu za­ra­dzić?

– Po­dzi­wiam prze­ni­kli­wość ojca. Ale nie tak znów od razu. Model zbu­do­wa­ny przez Ro­ber­ta był nie­ska­zi­tel­ną pod wzglę­dem ma­te­ma­tycz­nym, lecz tylko teo­re­tycz­ną kon­struk­cją. Przej­ście od niego do moż­li­wo­ści mo­ni­to­ro­wa­nia, a na­stęp­nie wpły­wa­nia na geo­me­trię no­os­fe­ry, było dłu­gie i żmud­ne. I tutaj wła­śnie oka­za­ły się przy­dat­ne moje ba­da­nia nad kwan­to­wą teo­rią świa­do­mo­ści.

– Nie pró­buj tylko…

– Do­brze ojcze, pa­mię­tam. By­li­śmy do­brzy. Mię­dzy po­wsta­niem wzoru e = mc2 a zbu­do­wa­niem bomby ato­mo­wej upły­nę­ło czter­dzie­ści lat, nam udało się już po sze­ściu la­tach.

– Co się udało?

– Zbu­do­wać urzą­dze­nie zdol­ne do mo­dy­fi­ka­cji geo­me­trii no­os­fe­ry. Pomny prze­stróg ojca, po­mi­nę szcze­gó­ły tech­nicz­ne. Po­wiem tylko, że punk­tem wyj­ścia była z jed­nej stro­ny kwan­to­wa teo­ria świa­do­mo­ści, z dru­giej – kon­cep­cja psy­chia­try Jana Eh­ren­wal­da, który twier­dził, że mu­si­my wy­rzec się idei punk­to­wej, ego­cen­trycz­nej lo­ka­li­za­cji świa­do­mo­ści na rzecz teo­rii roz­pro­szo­nej lo­ka­li­za­cji pro­ce­sów umy­sło­wych. Ozna­cza to, że oso­bo­wość ludz­ką na­le­ży trak­to­wać w ka­te­go­riach sys­te­mu po­ten­cjal­nie otwar­te­go. Teo­ria ta za­kła­da ist­nie­nie pola oso­bo­wo­ści roz­cią­ga­ją­ce­go się po­przez gra­ni­ce od­dzie­la­ją­ce ści­śle izo­lo­wa­ne in­dy­wi­du­al­no­ści…

– Li­to­ści, synu…

– Prze­pra­szam. Ko­niec koń­ców po dwóch la­tach udało się nam skon­stru­ować urzą­dze­nie do mo­ni­to­rin­gu geo­me­trii no­os­fe­ry. Ob­ser­wu­jąc na ekra­nie kom­pu­te­ra roz­my­te, zry­wa­ją­ce się i mi­go­czą­ce jej po­fał­do­wa­nia (przy­po­mi­na­ło to nieco obraz two­rzo­ny przez ul­tra­so­no­graf) czu­łem unie­sie­nie, jakie to­wa­rzy­szy za­pew­ne każ­de­mu na­ukow­co­wi pod­czas od­kry­cia. Mimo to czu­łem się jak zło­dziej.

– Zło­dziej?

– Tak. Mia­łem prze­czu­cie, że wdzie­ra­my się do stre­fy za­ka­za­nej.

– Drze­wo wia­do­mo­ści złego i do­bre­go?

– Można tak to ująć. Z dru­giej stro­ny uspo­ka­ja­łem się tym, że mamy prze­cież szla­chet­ne in­ten­cje. Asy­me­tria no­os­fe­ry ob­ja­wia­ją­ca się w pre­fe­ro­wa­niu zła wy­da­wa­ła nam się skazą na rze­czy­wi­sto­ści. Cóż złego w tym, że dą­ży­my do usu­wa­nia, czy też choć­by mi­ni­ma­li­zo­wa­nia ta­kich skaz? Cóż złego w pro­te­zach, sztucz­nych ser­cach, an­ty­bio­ty­kach?

– Tak samo uspra­wie­dli­wia­li się twór­cy broni ją­dro­wej, eks­pe­ry­men­tu­ją­cy na ge­nach, ludz­kich za­rod­kach, klo­nu­ją­cy…

– Nie wie­rzy oj­ciec, że ich in­ten­cje były szcze­re?

– Nie wiem synu, nie wiem. Jeden Bóg zna ich in­ten­cje. Oj, chyba zaraz po­wiesz, że…

– Nic nie po­wiem. Dziś wiem, że nic mnie nie uspra­wie­dli­wia. Ina­czej by mnie tu nie było.

– Wróć­my do te­ma­tu.

– Od tej chwi­li wszyst­ko szło gład­ko. Już nie błą­dzi­li­śmy, par­li­śmy do celu we­dług pre­cy­zyj­nie opra­co­wa­ne­go planu. Po czte­rech na­stęp­nych la­tach z dumą i sa­tys­fak­cją pa­trzy­li­śmy na sto­ją­cy przed nami „od­ku­rzacz”.

– Od­ku­rzacz??

– Tak na­zwa­li­śmy urzą­dze­nie po­zwa­la­ją­ce re­du­ko­wać ujem­ną bie­gu­no­wość geo­me­trii no­os­fe­ry. We­dług za­my­słu po­win­no ono nie­ja­ko „od­sy­sać” skłon­ność do zła, stąd ta nieco za­baw­na nazwa. Przy­szedł czas na pierw­sze eks­pe­ry­men­ty. Po dłu­gich dys­ku­sjach zde­cy­do­wa­li­śmy spró­bo­wać ze „Świ­sta­kiem”.

– Prze­cież urzą­dze­nie nie mogło dzia­łać na zwie­rzę­ta!

– Ojcze, „Świ­stak” to była ksywa jed­ne­go z ło­trzy­ków gra­su­ją­cych w na­szym mie­ście. Pew­ne­go mgli­ste­go li­sto­pa­do­we­go wie­czo­ru pod­je­cha­li­śmy na­szym mi­ni­va­nem z za­in­sta­lo­wa­nym „od­ku­rza­czem” w po­bli­że Plan­tów…

 

***

Pew­ne­go mgli­ste­go li­sto­pa­do­we­go wie­czo­ru Dawid Bloch i Ro­bert Kar­ski pod­je­cha­li mi­ni­va­nem z za­in­sta­lo­wa­nym „od­ku­rza­czem” w po­bli­że Plan­tów. Wcze­śniej z wozu wy­sia­dła Ad­rian­na, stu­dent­ka, która zgo­dzi­ła się wziąć udział w eks­pe­ry­men­cie. Zbli­ża­ła się wła­śnie do ogro­du Stra­dom. Ko­ły­sząc bio­dra­mi le­d­wie skry­ty­mi za mi­ni­spód­nicz­ką wy­glą­da­ła bar­dzo sek­sow­nie. Chyba tylko gej nie zwró­cił­by na nią uwagi. Ale „Świ­stak” nie był gejem. Le­d­wie ją uj­rzał, po­dą­żył za nią jak chart za za­ją­cem. Gdy skrę­ci­ła w alej­kę, za­mru­czał z za­do­wo­le­niem i przy­spie­szył kroku.

Park był pusty. Świa­tło sty­lo­wych la­tar­ni z tru­dem prze­bi­ja­ło się przez otu­li­nę mgły. Dawid uważ­nie śle­dził na mo­ni­to­rze syl­wet­kę „Świ­sta­ka”. Obraz pod­ska­ki­wał w rytm kro­ków Ad­rian­ny, która miała za­in­sta­lo­wa­ną ka­me­rę w ka­pe­lu­szu. Sprzę­żo­ny z ka­me­rą dal­mierz po­ka­zy­wał wciąż zmniej­sza­ją­cą się od­le­głość. „Świ­stak” przy­spie­szał.

Ro­bert wpa­try­wał się w drugi ekran, na któ­rym ma­ja­czy­ła gra­ficz­na pro­jek­cja no­os­fe­ry.

– Krzy­wi­zna lo­kal­na ma nie­wiel­ką ten­den­cję spad­ko­wą – po­wie­dział w pew­nym mo­men­cie. – Jak tam u cie­bie?

– Spo­koj­nie, wszyst­ko pod kon­tro­lą. Bądź gotów – mruk­nął Dawid. Jed­nak ten spo­kój był po­zor­ny. Kur­czo­wo ści­skał w dłoni pa­ra­li­za­tor przy­go­to­wa­ny na wy­pa­dek, gdyby eks­pe­ry­ment za­koń­czył się fia­skiem i trze­ba było wy­cią­gać Ad­rian­nę z opa­łów.

 „Świ­stak” był le­d­wie kilka me­trów za dziew­czy­ną. Czuł na­ra­sta­ją­ce mro­wie­nie w lę­dź­wiach. Sapał coraz gło­śniej. Ad­rian­na także ob­ser­wo­wa­ła jego syl­wet­kę w ma­leń­kim mo­ni­to­rze za­in­sta­lo­wa­nym w oku­la­rach. Nie czuła lęku, miała trze­cie kyu w stylu sho­to­kan i nie­jed­no do­świad­cze­nie „bli­skie­go spo­tka­nia” z oprysz­ka­mi, któ­rzy na jej widok na­tych­miast prze­łą­cza­li my­śle­nie z mózgu na fiuta. Obej­rza­ła się, jak to było umó­wio­ne i, uda­jąc prze­stra­szo­ną, przy­spie­szy­ła kroku. „Świ­stak” po­czuł jesz­cze więk­sze pod­nie­ce­nie i także przy­spie­szył. Ad­rian­na pi­snę­ła i pu­ści­ła się bie­giem. Skrę­ci­ła w bocz­ną, go­rzej oświe­tlo­ną alej­kę pro­wa­dzą­cą w kie­run­ku ulicz­ki, przy któ­rej par­ko­wał van. „Świ­stak” po­tknął się o jakiś kamyk, po­śli­znął na war­stwie je­sien­nych liści, za­ma­chał roz­pacz­li­wie rę­ka­mi i, zła­paw­szy rów­no­wa­gę, po­biegł za swoją ofia­rą. Dziew­czy­na kon­tro­lo­wa­ła od­le­głość tak, aby „Świ­stak” zrów­nał się z nią w wy­zna­czo­nym przy czwar­tej ławce punk­cie „zero”. Udało się. Mi­ja­jąc ławkę, po­czu­ła na ra­mie­niu cięż­ką łapę oprysz­ka.

– Teraz! – krzyk­nął Dawid wprost do ucha Ro­ber­ta.

Ro­bert bły­ska­wicz­nie prze­su­nął dźwi­gnię joy­stic­ka. Wi­docz­na na mo­ni­to­rze krzy­wi­zna no­os­fe­ry drgnę­ła i drżąc fe­brycz­nie jęła od­kształ­cać się w drugą stro­nę. Z za­par­tym tchem ob­ser­wo­wa­li, co dzie­je się w parku. Ro­bert trzy­mał rękę na klam­ce drzwi, gotów w każ­dej chwi­li biec dziew­czy­nie z po­mo­cą.

Ad­rian­na i „Świ­stak” stali na­prze­ciw sie­bie. Męż­czy­zna dy­szał cięż­ko i wciąż trzy­mał dziew­czy­nę za ramię. Czuł w gło­wie dziw­ny zamęt, cał­kiem inny niż pod­czas upo­je­nia al­ko­ho­lo­we­go czy po kilku jo­in­tach. Mro­wie­nie w lę­dź­wiach usta­ło. Zu­peł­nie nie ro­zu­miał, dla­cze­go tu stoi i trzy­ma tę dziew­czy­nę, dla­cze­go ją gonił. Wy­tę­żał pa­mięć, lecz myśli wę­dro­wa­ły ospa­le, jak dżdżow­ni­ce po as­fal­to­wej dróż­ce. Pod­su­wa­ły mu ja­kieś dziw­ne ob­ra­zy. W pew­nej chwi­li uj­rzał matkę: pa­trzy­ła na niego, za­nu­rzo­na po szyję w bia­łych opa­rach mgły. Jej twarz była smut­na i bo­le­sna. Osłu­piał. Po­trzą­snął głową i nagle do­znał ilu­mi­na­cji. Przy­po­mniał sobie, dla­cze­go gonił dziew­czy­nę.

– Prze­pra­szam… prze­pra­szam naj­moc­niej panią – wy­mam­ro­tał. – Nie wie pani przy­pad­kiem, gdzie jest naj­bliż­szy przy­sta­nek dzie­więt­nast­ki?

 

***

– Prze­pro­wa­dzi­li­śmy kilka ta­kich eks­pe­ry­men­tów. Nie tylko na in­dy­wi­du­al­nych osob­ni­kach, także na więk­szych i mniej­szych zbio­ro­wo­ściach. Naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­ny efekt za­ob­ser­wo­wa­li­śmy pod­czas meczu pił­kar­skie­go Cra­co­vii z Wisłą, które tra­fi­ły na sie­bie w roz­gryw­kach o Pu­char Pol­ski. An­ta­go­nizm ki­bi­ców tych dru­żyn jest wie­lo­let­nią tra­dy­cją i za­wsze do­cho­dzi­ło do za­mie­szek w trak­cie lub po meczu. Two­rzą­ca się na sta­dio­nie aura wro­go­ści w no­os­fe­rze miała tak dużą moc i dy­na­mi­kę, że jej skon­tro­wa­nie za po­mo­cą na­sze­go urzą­dze­nia wy­da­wa­ło się nie­moż­li­wo­ścią. A jed­nak udało się. Z try­um­fem pa­trzy­li­śmy, jak ki­bi­ce obu ze­spo­łów wspól­nie robią mek­sy­kań­ską falę.

– Cze­goś nie ro­zu­miem. Mó­wi­łeś synu o gła­dze­niu grze­chów, tym­cza­sem z tego, co tu opo­wia­dasz wy­ni­ka, że wy po pro­stu za­po­bie­ga­li­ście ich po­peł­nia­niu!

– Bo to do­pie­ro po­czą­tek hi­sto­rii. Nie po­prze­sta­li­śmy na tym, gdy zo­rien­to­wa­li­śmy się, że efek­ty na­szej in­ge­ren­cji w geo­me­trię no­os­fe­ry przy­no­szą tylko do­raź­ne skut­ki. Kilka dni po eks­pe­ry­men­cie „Świ­stak” za­szlach­to­wał bez­dusz­nie mło­de­go di­le­ra nar­ko­ty­ków. Pod­czas re­wan­żo­we­go meczu Cra­co­vii z Wisłą do­szło do za­mie­szek, w któ­rych po­waż­ne ob­ra­że­nia od­nio­sło kil­ka­na­ście osób.

– A co, spo­dzie­wa­li­ście się efek­tów na­wró­ce­nia?

– Może nie­ko­niecz­nie na­wró­ce­nia, ale li­czy­li­śmy na to, że takie trau­ma­tycz­ne do­świad­cze­nie po­zo­sta­wi w na­szych „kró­li­kach do­świad­czal­nych” jakiś trwal­szy ślad.

– Dusza czło­wie­ka jest bar­dziej zło­żo­na niż ci się wy­da­je, synu…

– Bar­dziej zło­żo­ne niż przy­pusz­cza­li­śmy oka­za­ły się re­la­cje mię­dzy nią a no­os­fe­rą. Do ich ba­da­nia zbu­do­wa­li­śmy urzą­dze­nie po­zwa­la­ją­ce na mo­ni­to­ring o więk­szej roz­dziel­czo­ści. Oka­za­ło się, że każda osoba, czy też, jak oj­ciec woli – dusza, jest po­łą­czo­na z no­os­fe­rą.

– My­śla­łem, że jest jej czę­ścią!

– To za­le­ży od punk­tu wi­dze­nia. Ob­ser­wu­jąc „dolne par­tie” no­os­fe­ry wi­dzi­my mro­wie wy­pu­stek kształ­tem przy­po­mi­na­ją­ce kurki…

– Kurki???

– Tak, kurki. To taki mały żółty grzyb ja­dal­ny. Can­tha­rel­lus ci­ba­rius. Bar­dzo smacz­ny, o spe­cy­ficz­nym aro­ma­cie i lekko ostrym po­sma­ku. Nie jadł oj­ciec?

– Ja­dłem. Po pro­stu ina­czej sko­ja­rzy­łem. Z dro­biem.

– Ro­zu­miem. A więc każda taka wy­pust­ka zwią­za­na jest jed­no­znacz­nie z kon­kret­ną duszą, dla­te­go na­zwa­li­śmy je psy­cho­stre­fa­mi. „Ka­pe­lu­sze” tych wy­pu­stek łączą się ze sobą płyn­nie, two­rząc sfa­lo­wa­ną po­wierzch­nię – „dolną par­tię” no­os­fe­ry. Wę­dru­jąc w kie­run­ku jej „gór­nych par­tii” za­ob­ser­wo­wa­li­śmy, że lo­kal­ne wy­brzu­sze­nia i wklę­śnię­cia wy­gła­dza­ją się, przez co geo­me­trycz­na struk­tu­ra staje się coraz bar­dziej jed­no­li­ta.

– Im „wyżej” tym bar­dziej pła­sko?

– Tym bar­dziej gład­ko. A czy pła­sko? Z po­mia­rów, jakie udało się nam prze­pro­wa­dzić, nie dało się tego stwier­dzić jed­no­znacz­nie. Wy­glą­da na to, że no­os­fe­ra jako ca­łość jest rze­czy­wi­ście sferą, czyli ma do­dat­nią krzy­wi­znę, któ­rej war­tość jest bli­ska zeru. Lecz mając na wzglę­dzie prze­dział błędu po­mia­ro­we­go, rów­nie do­brze można twier­dzić, że to jest płasz­czy­zna, lub nie­znacz­na krzy­wi­zna ujem­na.

– Jak tu sie­dzę i słu­cham ludz­kich wy­znań to myślę, że po­win­na mocno ujem­na być.

– Bo też oj­ciec po­zna­je tylko jedną stro­nę. Z do­brych uczyn­ków lu­dzie się nie spo­wia­da­ją.

– Też racja. Kon­ty­nu­uj synu.

– Nasze nowe urzą­dze­nie po­zwa­la­ło dość pre­cy­zyj­nie śle­dzić dy­na­mi­kę geo­me­trii no­os­fe­ry za­rów­no w skali mikro jak i makro, za­leż­nie od usta­wie­nia zoomu. Mo­gli­śmy je ogni­sko­wać na po­szcze­gól­ne psy­cho­stre­fy i ob­ser­wo­wać ich in­dy­wi­du­al­ne ewo­lu­cje oraz ich wpływ na ewo­lu­cję no­os­fe­ry jako ca­ło­ści.

– Ob­ser­wo­wa­li­ście grze­chy in statu na­scen­di?

– Tak, i coraz mniej mi się to po­do­ba­ło. Za to Ro­bert był za­chwy­co­ny. Mógł go­dzi­na­mi ślę­czeć przed mo­ni­to­rem i ma­ni­pu­lo­wać joy­stic­kiem, ogni­sku­jąc urzą­dze­nie na kim po­pa­dło.

– Pod­glą­dac­two?

– Nie do końca. Krzy­wi­zna psy­cho­stre­fy ewo­lu­uje pod dyk­tan­do złych, czy do­brych uczyn­ków (jak się póź­niej oka­za­ło, także słów i myśli), lecz jest to tylko sy­gnał ich za­ist­nie­nia. Żad­nych kon­kre­tów.

– A w jaki spo­sób ludz­kie uczyn­ki wpły­wa­ją na kształt no­os­fe­ry?

– De­for­ma­cja psy­cho­stre­fy dry­fu­je wzdłuż lejka niby roz­cho­dzą­ca się fala. Do­cho­dzi do „ka­pe­lu­sza” i „roz­le­wa się” po całej dol­nej par­tii, in­ter­fe­ru­jąc z fa­la­mi po­cho­dzą­cy­mi z in­nych lej­ków, więc trud­no ją śle­dzić do­kład­nie. Z rzad­ka zda­rza­ło się, że wy­jąt­ko­wo silne wy­brzu­sze­nie po­cho­dzą­ce z kon­kret­nej no­os­fe­ry przez jakiś czas do­mi­no­wa­ło w tym ob­ra­zie in­ter­fe­ren­cyj­nym.

– Zbio­ro­wy mord?

– Nie­ko­niecz­nie, także jakaś miej­sco­wa Matka Te­re­sa. Ojca, jak za­uwa­ży­łem, bar­dziej in­te­re­su­je ta ciem­na stro­na…

– Każdy z nas od­czu­wa fa­scy­na­cję złem. Je­stem zwy­kłym grzesz­ni­kiem synu.

– Ro­ber­ta rów­nież bar­dziej po­cią­ga­ły ujem­ne wy­brzu­sze­nia. Coraz bar­dziej mnie nie­po­ko­ił jego pęd do ob­ser­wa­cji, był wręcz ob­se­syj­ny. Ale Ro­bert nie po­prze­stał na ob­ser­wa­cjach. Gdy pew­ne­go dnia przy­szedł z po­my­słem zbu­do­wa­nia „że­laz­ka”, ostro się po­kłó­ci­li­śmy…

– Ja­kie­go że­laz­ka?

– Za­pro­jek­to­wał urzą­dze­nie umoż­li­wia­ją­ce mo­dy­fi­ka­cję geo­me­trii psy­cho­stre­fy.

– Mie­li­ście upodo­ba­nie do oso­bli­wych nazw…

– Mło­dzień­cza fan­ta­zja, ojcze. Jak przed chwi­lą mó­wi­łem, wsku­tek uczyn­ków zmie­nia się krzy­wi­zna psy­cho­stre­fy. Ro­bert zna­lazł spo­sób na to, aby te de­for­ma­cje li­kwi­do­wać, nie­ja­ko „za­pra­so­wy­wać” – stąd ta nazwa.

– O co się po­kłó­ci­li­ście?

– Za­pro­te­sto­wa­łem, ar­gu­men­tu­jąc, że za mało wiemy o isto­cie zja­wi­ska i taka in­ge­ren­cja grozi nie­kon­tro­lo­wa­ny­mi efek­ta­mi, któ­rych skut­ki mogą być opła­ka­ne. Ro­bert na to, że ogra­ni­czy­my się tylko do „za­pra­so­wy­wa­nia” krzy­wizn ujem­nych – czyli tych, które po­wsta­ją wsku­tek złych uczyn­ków, przez co ogra­ni­czo­ny zo­sta­nie ich wpływ na całą no­os­fe­rę.

– Ach, już ro­zu­miem! Więc to jest to urzą­dze­nie do gła­dze­nia grze­chów!

– Ow­szem, dzię­ki grze słów nawet w sen­sie do­słow­nym. Ro­bert prze­ko­ny­wał mnie tak długo, aż ule­głem jego per­swa­zjom. W ciągu kilku mie­się­cy zbu­do­wa­li­śmy „że­laz­ko”. Był jed­nak pro­blem z jego te­sto­wa­niem.

– Dla­cze­go?

– Mu­sie­li­śmy zna­leźć kogoś, kto z jed­nej stro­ny byłby ob­ser­wo­wa­ny w spo­sób cią­gły, z dru­giej cał­ko­wi­cie nie­świa­do­my, że pod­le­ga eks­pe­ry­men­to­wi, bo taka świa­do­mość za­kłó­ca­ła­by efek­ty na­szych dzia­łań.

– Krót­ko mó­wiąc, mu­siał to być ktoś bli­ski.

– Tak. Ro­bert bez wa­ha­nia za­pro­po­no­wał Kry­sty­nę, swoją żonę.

– Krok ra­czej de­spe­rac­ki.

– Ow­szem. Pró­bo­wa­łem mu to wy­per­swa­do­wać, ale bez skut­ku. Ro­bert pałał opty­mi­zmem i był cał­ko­wi­cie we wła­da­niu cze­goś, co na­zwał­bym żądzą po­znaw­czą. Dla niej był gotów zło­żyć w ofie­rze naj­więk­sze świę­to­ści.

– Na­le­ża­ło go po­wstrzy­mać.

– Dziś to wiem, ale wów­czas… chyba też tro­chę ule­ga­łem tej żądzy, choć w za­ka­mar­kach świa­do­mo­ści tliła się jesz­cze iskier­ka zdro­we­go roz­sąd­ku. Po­my­śla­łem sobie, że jeśli się zgo­dzę, będę miał wpływ na bieg zda­rzeń i w razie czego po­wstrzy­mam Ro­ber­ta przed po­chop­ny­mi de­cy­zja­mi. A może tylko po­trze­bo­wa­łem uspra­wie­dli­wień ma­ją­cych za­głu­szyć moje obiek­cje? Trze­ba jed­nak po­wie­dzieć, że Kry­sty­na była ide­al­ną kan­dy­da­tką na „kró­li­ka do­świad­czal­ne­go” w tym eks­pe­ry­men­cie. Wy­cho­wa­na w tra­dy­cji ka­to­lic­kiej, bar­dzo po­boż­na, o wraż­li­wym su­mie­niu…

– Jakie to ma zna­cze­nie?

– Ogrom­ne. Chyba oj­ciec zdaje sobie spra­wę, że lu­dzie bez su­mie­nia są ślepi na zmia­ny krzy­wi­zny swo­jej psy­cho­stre­fy? I na od­wrót: lu­dzie wraż­li­wi „widzą” je bar­dzo wy­raź­nie.

– Rze­czy­wi­ście, to lo­gicz­ne.

– Eks­pe­ry­ment ru­szył. Pracy mie­li­śmy nie­wie­le, bo prze­cież Kry­sty­na nie na­le­ża­ła do za­twar­dzia­łych grzesz­ni­ków i ujem­ne krzy­wi­zny po­ja­wia­ły się w jej psy­cho­stre­fie z rzad­ka. Skru­pu­lat­nie je „za­pra­so­wy­wa­li­śmy”, ob­ser­wu­jąc jej re­ak­cję. Ja­kież było nasze zdu­mie­nie, gdy z cza­sem stwier­dzi­li­śmy, że za­czy­na ich przy­by­wać! Kry­sty­na, z pew­no­ścią nie­świa­do­mie, po­grą­ża­ła się w ja­kichś złych uczyn­kach. Na­le­ga­łem, by prze­rwać eks­pe­ry­ment, ale Ro­bert był nie­ubła­ga­ny. Twier­dził, że to muszą być błędy po­mia­ro­we apa­ra­tu­ry mo­ni­to­ru­ją­cej, bo prze­cież kto jak kto, ale on zna żonę jak wła­sną kie­szeń i nie widzi żad­nych zmian w jej za­cho­wa­niu. Rze­czy­wi­ście, Kry­sty­na ufała mu bez­gra­nicz­nie i mó­wi­ła o wszyst­kim, bez żad­nych za­ha­mo­wań, jak na spo­wie­dzi.

– A pro­pos – czy ona cho­dzi­ła do spo­wie­dzi?

– Ow­szem, nawet czę­sto. Lecz ta czę­sto­tli­wość zma­la­ła pod­czas eks­pe­ry­men­tu. Na­wia­sem mó­wiąc, dla Ro­ber­ta był to ko­ron­ny ar­gu­ment wa­dli­we­go dzia­ła­nia sys­te­mu mo­ni­to­ru­ją­ce­go. Prze­cież gdyby rze­czy­wi­ście po­peł­nia­ła wię­cej grze­chów, wzro­sła­by w niej po­trze­ba wy­spo­wia­da­nia się – ar­gu­men­to­wał.

– Nie wziął pod uwagę tego, że mogła się zmniej­szyć wraż­li­wość jej su­mie­nia.

– Tra­fił oj­ciec w dzie­siąt­kę. Tak wła­śnie się stało. Lecz gdy się zo­rien­to­wa­li­śmy, było już za późno. Pew­ne­go pięk­ne­go ma­jo­we­go po­po­łu­dnia po­ja­wi­ła się w jej psy­cho­stre­fie po­kaź­na de­for­ma­cja ujem­na. Po­my­śla­łem, że zda­rzy­ło się coś bar­dzo nie­do­bre­go. „Za­pra­so­wa­li­śmy” ją, oczy­wi­ście, lecz Ro­bert dziw­nie zmar­kot­niał. Chyba po raz pierw­szy zwąt­pił w swoją teo­rię o błę­dzie po­mia­ro­wym. A potem wy­pad­ki po­to­czy­ły się bły­ska­wicz­nie. Wie­czo­rem od­pro­wa­dzi­łem Ro­ber­ta do domu. Po­że­gna­li­śmy się przy furt­ce. Czła­pa­łem wolno, po­chło­nię­ty my­śla­mi…

 

***

Wie­czo­rem Dawid Bloch od­pro­wa­dził Ro­ber­ta Kar­skie­go do domu. Po­że­gna­li się przy furt­ce. Dawid czła­pał wolno, po­chło­nię­ty my­śla­mi. Wciąż nie opusz­cza­ło go nie­do­bre prze­czu­cie, które po­ja­wi­ło się, gdy uj­rzał na ekra­nie mo­ni­to­ra po­kaź­nych roz­mia­rów znie­kształ­ce­nie psy­cho­stre­fy Kry­sty­ny. Był w roz­ter­ce. Roz­trop­ność na­ka­zy­wa­ła mu za­wró­cić i spraw­dzić, co się dzie­je w domu Kar­skich, z dru­giej stro­ny po­czu­cie przy­zwo­ito­ści do­ma­ga­ło się usza­no­wa­nia pry­wat­no­ści swego przy­ja­cie­la.

Prze­szedł­szy nie­ca­łe sto me­trów, za­wró­cił. Za­kradł się przez ogród. Drzwi ta­ra­su były uchy­lo­ne. Wszedł, roz­glą­da­jąc się jak zło­dziej. Mięk­ki dywan tłu­mił jego kroki. Po­dą­żył w kie­run­ku, z któ­re­go do­bie­ga­ły nie­wy­raź­ne głosy. Wyj­rzał ostroż­nie na ko­ry­tarz. Kry­sty­na sie­dzia­ła w kucki obok drzwi do ła­zien­ki, ko­ły­sząc się jak au­ty­stycz­ne dziec­ko w szoku. Ro­bert klę­czał przed nią.

– Co ci jest? Co się stało? – po­wta­rzał, gła­dząc jej włosy.

Nie od­po­wia­da­ła. Wciąż bu­ja­ła się z jakąś nie­wia­ry­god­ną de­ter­mi­na­cją. Dawid uzmy­sło­wił sobie, że ta scena musi już trwać do­brych kilka minut, które mi­nę­ły od czasu, gdy Ro­bert wszedł do miesz­ka­nia.

– Mu­sia­ło się stać coś okrop­ne­go – po­my­ślał. Znał do­brze Kry­sty­nę, była to nie­zwy­kle po­god­na, zrów­no­wa­żo­na i ufna ko­bie­ta o eks­tra­wer­tycz­nym uspo­so­bie­niu. Wy­glą­da­ło na to, że jest w głę­bo­kim szoku; takie za­cho­wa­nie nie le­ża­ło w jej na­tu­rze.

Ro­bert objął żonę i przy­tu­lił, ko­ły­sząc uspo­ka­ja­ją­co. Dawid ob­ser­wo­wał z ukry­cia jej twarz, na któ­rej do­mi­no­wa­ły sze­ro­ko roz­war­te, nie­obec­ne oczy. Po kilku chwi­lach, które wlo­kły się w nie­skoń­czo­ność, po­ja­wi­ły się na niej ledwo uchwyt­ne tiki. Ich na­tę­że­nie gwał­tow­nie rosło. Usta roz­war­ły się, łap­czy­wie chło­nąc po­wie­trze. Oczy roz­bły­sły łzami, które ospa­le wę­dro­wa­ły w dół twa­rzy, wijąc ser­pen­ty­ny. Nagle całym cia­łem wstrzą­snął spazm. Wy­cho­dząc z ka­ta­to­nicz­ne­go stanu, Kry­sty­na od­re­ago­wy­wa­ła hi­ste­rycz­nym szlo­chem. Ro­bert wciąż ją przy­tu­lał i gła­dził po wło­sach.

– Już do­brze, już do­brze ma­leń­ka – po­wta­rzał bez­rad­nie.

Szloch wzma­gał się i Da­wi­do­wi prze­mknę­ła przez głowę myśl, aby we­zwać ka­ret­kę, lecz w tej chwi­li ko­bie­ta ode­zwa­ła się, prze­ła­mu­jąc łka­nie.

– Ro­bert… Ro­bert, coś dzie­je się ze mną strasz­ne­go… ja… ja nic z tego nie ro­zu­miem… o Boże! Matko Prze­naj­święt­sza! Ro­ber­cie, pomóż mi!

– Do­brze już do­brze, ko­cha­nie – Ro­bert wciąż bez­rad­nie po­wta­rzał te słowa niby jakąś man­trę.

– Nie jest do­brze, jest bar­dzo źle! Chyba je­stem opę­ta­na!

– Opę­ta­na? Non­sens! Nic ci nie jest skar­bie, po pro­stu masz gor­sze dni.

– Gor­sze dni, o tak, o wiele gor­sze, coraz gor­sze! – wo­ła­ła pi­skli­wym, za­ła­mu­ją­cym się gło­sem. – Za­czę­ło się od paru drob­nych świń­ste­wek i nagle od­kry­łam, że to mi się po­do­ba. Wie­dzia­łam, że robię źle a we­wnętrz­nie czu­łam, że… że… Ro­bert, cał­kiem jakby ktoś ukradł mi su­mie­nie! A dziś… dziś po­szłam do łóżka z zu­peł­nie obcym fa­ce­tem niby jakaś zdzi­ra! – wy­krzy­cza­ła roz­pacz­li­wym gło­sem. – I po­do­ba­ło mi się, bar­dzo mi się po­do­ba­ło!

– Nic się nie stało, ko­cha­nie, tylko się uspo­kój – po­wie­dział Ro­bert mięk­kim gło­sem i mocno przy­tu­lił.

Ze­sztyw­nia­ła. Po­wo­li lecz zde­cy­do­wa­nie jęła się wy­zwa­lać z jego objęć. Była blada, jakby cała krew od­pły­nę­ła jej z głowy. Wpa­try­wa­ła się w Ro­ber­ta prze­ra­żo­nym wzro­kiem.

– Nic się nie stało? Ro­bert? Po­wie­dzia­łeś, że nic się nie stało? O Boże wszech­mo­gą­cy! – wy­szep­ta­ła.

Znów za­czę­ła się ko­ły­sać, a na twarz po­wró­ci­ły tiki. Ro­bert po­trzą­snął nią raz, dwa razy – bez re­zul­ta­tu. Pa­trzy­ła na niego tępym, nie­obec­nym wzro­kiem. Pró­bo­wał ją pod­nieść, ale bez­wład­nie prze­le­wa­ła mu się przez ręce. Po kilku mi­nu­tach zre­zy­gno­wał. Usiadł obok i scho­wał twarz w dło­niach.

Dawid wy­szedł z kry­jów­ki.

– Ro­ber­cie – po­wie­dział pół­gło­sem. Tam­ten ze­rwał się prze­ra­żo­ny. Uj­rzaw­szy Da­wi­da, spu­ścił głowę i roz­ło­żył bez­rad­nie ręce. Stali tak chwi­lę w mil­cze­niu pa­trząc to na sie­bie, to na Kry­sty­nę, która wciąż ko­ły­sa­ła się z re­gu­lar­no­ścią me­tro­no­mu, bez­myśl­nie pa­trząc przed sie­bie.

– Za­dzwo­nię po ka­ret­kę – po­wie­dział cicho Dawid i się­gnął po ko­mór­kę.

 

***

– Kry­sty­na tra­fi­ła na od­dział za­mknię­ty szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go. Le­ka­rze stwier­dzi­li kom­plet­ny roz­pad oso­bo­wo­ści.

– Ro­bert nie po­wi­nien jej wtedy mówić, że nic się nie stało.

– Do­kład­nie tak samo po­wie­dział psy­chia­tra. Kry­sty­na na krót­ką chwi­lę wy­szła z ka­ta­to­nii, gdy Ro­bert ją przy­tu­lił. Kiedy mu wy­zna­ła, że go zdra­dzi­ła, pod­świa­do­mie ocze­ki­wa­ła gwał­tow­nej re­ak­cji, sceny za­zdro­ści, tym­cza­sem spo­tka­ła ją obo­jęt­ność. Po­czu­cie sa­mot­no­ści spo­tę­go­wa­ło się. To był gwóźdź do trum­ny.

– Jakie były ro­ko­wa­nia le­ka­rzy?

– Nie da­wa­li żad­nych szans na wyj­ście z tego stanu. W toku te­ra­pii prze­pro­wa­dzi­li sze­reg se­an­sów hip­no­tycz­nych. Spo­sób, w jaki Kry­sty­na po­grą­ża­ła się w cho­ro­bie, był dla nich kom­plet­nie nie­zro­zu­mia­ły, sprzecz­ny z całą wie­dzą, ja­kiej do­ro­bi­ła się psy­chia­tria. Przy oka­zji po­zna­li­śmy dość do­kład­nie sce­na­riusz zda­rzeń, które ro­ze­gra­ły się od chwi­li, gdy roz­po­czę­li­śmy eks­pe­ry­ment. Szcze­gó­ły tych „świń­ste­wek”, które ro­bi­ła Kry­sty­na. Dla mnie, były to małe, nie­win­ne grzesz­ki, jed­nak w skali war­to­ści Kry­sty­ny ja­wi­ły się jako ogrom­ne nie­go­dzi­wo­ści. Szcze­gól­nie prze­ra­ża­ją­ce dla niej było to, że ich czy­nie­nie ją raj­cu­je. Dla­te­go są­dzi­ła, że jest opę­ta­na. Brak zgod­no­ści uczuć i myśli, jed­no­cze­sne wy­stę­po­wa­nie sprzecz­nych sądów i war­to­ścio­wań ku­mu­lo­wa­ły w niej roz­dar­cie psy­chi­ki… no i tak się to skoń­czy­ło.

– Spraw­dza­li­ście jej psy­cho­stre­fę?

– Oczy­wi­ście. Była zde­ge­ne­ro­wa­na i mar­twa.

– Mar­twa?

– Może na­le­ża­ło­by po­wie­dzieć – sta­tycz­na. Żad­nych ru­chów, żad­nych de­for­ma­cji. Po­dob­ną ob­ser­wo­wa­li­śmy u zwie­rząt do­mo­wych.

– A co z Ro­ber­tem? Za­ła­mał się?

– Ow­szem, wpadł w de­pre­sję, ale szyb­ko się otrzą­snął. Czuł od­po­wie­dzial­ność za to, co się stało. Wi­dząc bez­rad­ność le­ka­rzy, po­sta­no­wił, że sam wy­cią­gnie Kry­sty­nę z tego stanu.

– Jak? Prze­cież chyba nie miał po­ję­cia o psy­chia­trii!

– Uwa­żał, że można zre­ge­ne­ro­wać psy­cho­stre­fę Kry­sty­ny tym samym spo­so­bem, w jaki zo­sta­ła znisz­czo­na. Gnany tą na­dzie­ją, rzu­cił się w wir pracy. Nie spał, nie jadł… chwi­la­mi my­śla­łem, że także po­padł w obłęd. Było mi go żal, wi­dzia­łem jak cier­pi, a byłem prze­ko­na­ny, że błą­dzi. Uwa­ża­łem, że jeśli co­kol­wiek może wy­pro­wa­dzić Kry­sty­nę z cho­ro­by, to odro­bi­na mi­ło­ści, cier­pli­wej opie­ki i współ­o­bec­no­ści da­ją­cej jej szan­sę wy­rwa­nia się z tej pu­łap­ki sa­mot­no­ści, do któ­rej wpa­dła. Tym­cza­sem Ro­bert nawet jej nie od­wie­dzał. Nie zna­czy to, że o niej nie my­ślał, prze­ciw­nie. Ogar­nię­ty ob­se­sją uzdro­wie­nia żony, po­grą­żał się w pracy. Ry­chło stra­ci­łem ro­ze­zna­nie w kon­cep­cjach, nad któ­ry­mi pra­co­wał. Kon­stru­ował ja­kieś urzą­dze­nia do po­bu­dza­nia psy­cho­stre­fy na za­sa­dzie re­zo­nan­su, czy re­pli­ka­cji jej struk­tur we­dług wzor­ców po­bie­ra­nych z in­nych psy­cho­stref… Wszyst­ko na próż­no. Psy­cho­stre­fa Kry­sty­ny po­zo­sta­wa­ła mar­twa. Od­rzu­ca­ła te wszyst­kie „prze­szcze­py”.

– To były „prze­szcze­py” od kon­kret­nych osób?

– Tak. Po­cząt­ko­wo Ro­bert po­bie­rał wzor­ce od osób o nie­po­szla­ko­wa­nej opi­nii, uwa­ża­nych za au­to­ry­te­ty mo­ral­ne. Ta­kich jak Jan Paweł II, Matka Te­re­sa… Potem zo­rien­to­wał się, że każda psy­cho­stre­fa ma uni­ka­to­wą struk­tu­rę ba­zo­wą, ana­lo­gicz­ną do DNA w bios­fe­rze i za­pew­ne dla­te­go do­cho­dzi do od­rzu­ca­nia „prze­szcze­pu”. Pró­bo­wał więc wzor­ców po­cho­dzą­cych od krew­nych Kry­sty­ny. Też bez skut­ku. Jed­nak nie usta­wał w wy­sił­kach. Był jak ktoś, kto roz­pacz­li­wie usi­łu­je re­ani­mo­wać bli­ską sobie osobę, która ule­gła ob­ra­że­niom w wy­pad­ku.

– Prze­ra­ża­ją­ce.

– Naj­gor­sze jesz­cze przed nami ojcze. Pew­ne­go wie­czo­ru Ro­bert za­dzwo­nił do mnie z la­bo­ra­to­rium. Zdzi­wi­łem się, bo od dawna pra­co­wał sam…

 

***

Pew­ne­go wie­czo­ru Ro­bert Kar­ski za­dzwo­nił do Da­wi­da Blo­cha z la­bo­ra­to­rium. Dawid zdzi­wił się, bo jego przy­ja­ciel już od dawna pra­co­wał sam, nie wy­ka­zu­jąc naj­mniej­szej ocho­ty na wcią­ga­nie go w ko­lej­ne eks­pe­ry­men­ty.

– Mo­żesz przy­je­chać? – spy­tał bez ogró­dek.

– Oczy­wi­ście. Stało się coś?

– I tak i nie. Po­spiesz się, pro­szę.

Dawid zna­lazł w gło­sie Ro­ber­ta coś nie­po­ko­ją­ce­go. Jakiś spo­kój, gro­bo­wy spo­kój. Ale może było to tylko złu­dze­nie. Wcią­gnął palto i wy­biegł z domu. Uru­cho­mił sil­nik sa­mo­cho­du i z im­pe­tem ru­szył w kie­run­ku In­sty­tu­tu.

W la­bo­ra­to­rium pa­no­wał nie­opi­sa­ny ba­ła­gan. Wszę­dzie wa­la­ły się ja­kieś na­rzę­dzia, przy­rzą­dy, pa­pie­rzy­ska. Pety z prze­peł­nio­nej po­piel­nicz­ki le­ża­ły roz­sy­pa­ne na bla­cie stołu, tonąc w ka­łu­ży roz­la­nej kawy. Ro­bert sie­dział wpa­trzo­ny w mo­ni­to­ry. Na od­głos otwie­ra­nych drzwi obej­rzał się. Dawid spoj­rzał w jego wy­chu­dzo­ną, zmę­czo­ną twarz i ogar­nę­ła go li­tość. Przy­siągł­by, że w za­ka­mar­kach oczu przy­ja­cie­la cza­iło się prze­ra­że­nie.

– Mu­sisz to zo­ba­czyć – Ro­bert wska­zał na jeden z mo­ni­to­rów.

Dawid usiadł, nie ścią­gnąw­szy nawet palta. Na mo­ni­to­rze ja­śnia­ła dolna war­stwa no­os­fe­ry. Z wy­sta­ją­cy­mi od dołu wy­pust­ka­mi psy­cho­stref wy­glą­da­ła jak gro­te­sko­wa chmu­ra z ty­sią­ca­mi ma­leń­kich tor­nad.

– I co? – spy­tał Ro­ber­ta, nie do­strze­gł­szy ni­cze­go szcze­gól­ne­go.

– Patrz tutaj – Ro­bert za­czął wo­dzić po ekra­nie kur­so­rem myszy. Dawid po­dą­żył wzro­kiem jego śla­dem. Doj­rzał le­d­wie do­strze­gal­ne ja­śniej­sze pasma roz­cho­dzą­ce się pro­mie­ni­ście we wszyst­kich kie­run­kach. Ich źró­dłem był ka­pe­lusz jed­nej psy­cho­stre­fy. Po­czuł chłód wę­dru­ją­cy wzdłuż ple­ców.

– To ona? – spy­tał gar­dło­wym gło­sem.

– Tak – od­po­wie­dział głu­cho Ro­bert, zwięk­sza­jąc zoom ob­ra­zu. Psy­cho­stre­fa Kry­sty­ny nadal wy­glą­da­ła jak mar­twa, lecz w miarę jak rosło po­więk­sze­nie, do­strze­gał de­li­kat­ne mro­wie­nia pły­ną­ce w górę z bocz­nych ścia­nek lejka, na po­do­bień­stwo pa­pie­ro­so­we­go dymu.

– Co to jest? – spy­tał.

– Za­ka­że­nie – wy­mam­ro­tał Ro­bert.

– Co???

– Za­ka­że­nie. Ona in­fe­ku­je całą no­os­fe­rę.

– In­fe­ku­je? Czym?

– Trud­no po­wie­dzieć. Ale roz­cho­dzi się to wszę­dzie. Wzdłuż i wszerz. W prze­szłość i w przy­szłość.

– W prze­szłość i w przy­szłość? Żar­tu­jesz!

– Od­kry­łem, że re­la­cje prze­strzen­no-cza­so­we w no­os­fe­rze mają inny cha­rak­ter niż w świe­cie ma­te­rial­nym. Kon­kret­ne psy­cho­stre­fy po­zwa­la­ją się dość ści­śle lo­ka­li­zo­wać w cza­so­prze­strze­ni, lecz nie­ozna­czo­ność tej lo­ka­li­za­cji w gór­nych par­tiach wy­pust­ki ro­śnie wy­kład­ni­czo – tak, że u wy­lo­tu lejka re­la­cje te roz­ma­zu­ją się, po­dob­nie jak to ma miej­sce w czar­nych dziu­rach.

– I co się dzie­je z tymi… hmm… smu­ga­mi?

– Prze­ni­ka­ją do in­nych psy­cho­stref.

– Do wszyst­kich?

– Tylko do nie­któ­rych.

– Zna­la­złeś jakąś pra­wi­dło­wość?

– Ow­szem. Zo­bacz – Ro­bert po­ma­ni­pu­lo­wał coś przy apa­ra­tu­rze, wy­brał kur­so­rem myszy ja­kieś menu na ekra­nie. Dzia­łał tak szyb­ko, że Dawid le­d­wie na­dą­żał wzro­kiem.

Obraz na ekra­nie zmie­niał się. Miał wra­że­nie, że płyną czy też ra­czej fruną nad dolną war­stwą no­os­fe­ry. Od dołu prze­świ­ty­wa­ły mi­ja­ne w za­wrot­nym tem­pie wy­pust­ki psy­cho­stref. Ro­bert znów do­tknął ja­kie­goś po­krę­tła. Zmie­nił kąt wi­dze­nia i zwięk­szył zoom. Obraz za­trzy­mał się na wy­bra­nej psy­cho­stre­fie. Dawid do­strzegł świe­tli­stą smugę le­ni­wie opa­da­ją­cą w dół lejka.

– Kto to?

– Młody, nie­speł­nio­ny ma­larz au­striac­ki. Wie­deń, 1908 rok.

Ro­bert po­now­nie uru­cho­mił menu. Znów prze­miesz­cza­li się w no­os­fe­rze. Ze­szli „w dół”, za­trzy­mu­jąc się przy ko­lej­nym lejku, do któ­re­go wpły­wa­ła świe­tli­sta smuga.

– Tbi­li­si, rok 1898. Młody alumn w se­mi­na­rium du­chow­nym. Za rok go wy­le­ją.

Ro­bert od­szedł od apa­ra­tu­ry i za­pa­lił pa­pie­ro­sa.

– Prze­ba­da­łem kil­ka­dzie­siąt ta­kich przy­pad­ków. Prócz tych dwóch panów są wśród nich także Je­an-Bap­ti­ste Car­rier, Ta­la­at Pasza, Pol Pot, przy­wód­ca rwan­dyj­skich re­be­lian­tów z ple­mie­nia Hutu i wielu im po­dob­nych.

– Jezu Chry­ste…

– Wnio­ski są prze­ra­ża­ją­ce. Smuga in­fe­ku­je wy­bra­ne psy­cho­stre­fy, dez­in­te­gru­jąc su­mie­nie.

– To zna­czy, że…

– To zna­czy, że za­ini­cjo­wa­łem nie­kon­tro­lo­wa­ny pro­ces de­struk­cji su­mień w całej an­tro­po­ge­ne­zie. Wszel­kie zło, jakie w hi­sto­rii zo­sta­ło wy­rzą­dzo­ne: wy­pra­wy krzy­żo­we, na­wra­ca­nie ogniem i mie­czem, pa­le­nie he­re­ty­ków na sto­sach, ho­lo­kaust, wojny, lu­do­bój­stwa, które się po­ja­wi­ły lub do­pie­ro się po­ja­wią – wszyst­ko to jest kon­se­kwen­cją moich eks­pe­ry­men­tów na no­os­fe­rze.

– Na­szych, Ro­ber­cie.

– O nie, moich! – Ro­bert pod­niósł głos, nie­mal krzy­czał. – Ty wy­łą­czy­łeś się, zanim do­szło do tych nie­kon­tro­lo­wa­nych za­bu­rzeń. Je­stem pe­wien, że to efekt moich prób wy­cią­gnię­cia Kry­sty­ny z cho­ro­by!

Usiadł, od­dy­cha­jąc cięż­ko. Po­wo­li uspo­ka­jał się. Po chwi­li dodał zre­zy­gno­wa­nym gło­sem.

– Poza tym wie­lo­krot­nie mnie ostrze­ga­łeś Da­wi­dzie. To ja się­gną­łem po owoc z drze­wa wia­do­mo­ści złego i do­bre­go, nie ty. To ja je­stem prze­klę­ty.

 

***

– Nie wie­dzia­łem, co mam zro­bić. Ro­bert za­cho­wy­wał się jak obłą­ka­ny, ogar­nię­ty po­tęż­nym kom­plek­sem winy. Bo prze­cież z pew­no­ścią prze­sa­dzał, przy­pi­su­jąc sobie winę za wszel­kie zło tego świa­ta…

– Uro­jo­na czy rze­czy­wi­sta wina jest źró­dłem cier­pie­nia i fru­stra­cji dla jej wła­ści­cie­la. Dla niego ona jest rze­czy­wi­sto­ścią. To twoje słowa, synu.

– Wiem, pa­mię­tam.

– Co się stało z Ro­ber­tem?

– Od­wio­złem go do szpi­ta­la. Był w takim sta­nie, że oba­wia­łem się naj­gor­sze­go. Nie­ste­ty, naj­gor­sze stało się. Ty­dzień póź­niej Ro­bert prze­chy­trzył szpi­tal­ne­go pie­lę­gnia­rza i po­wie­sił się.

– Strasz­ne. Re­qu­ie­scat in pacem. Zo­sta­łeś więc je­dy­nym suk­ce­so­rem winy synu. Wy­bacz to py­ta­nie: ty nie my­śla­łeś o sa­mo­bój­stwie?

– Nie. Czu­łem, że je­stem po­trzeb­ny Kry­sty­nie. Od­wie­dzi­łem ją na­za­jutrz po po­grze­bie Ro­ber­ta. Usia­dłem obok na szpi­tal­nym łóżku i gła­dzi­łem jej rękę. Kry­sty­na była jak posąg, nie­ru­cho­ma i blada. Za­czą­łem do niej mówić, naj­bar­dziej cie­płym gło­sem, na jaki było mnie stać. I wtedy zda­rzył się cud. Spoj­rza­ła na mnie! Potem znów za­pa­dła w ten swój ka­ta­to­nicz­ny stan, ale…

– Może ci się zda­wa­ło synu.

– To nie mogło być złu­dze­nie, ojcze! Zresz­tą jest coś jesz­cze. Wy­szedł­szy ze szpi­ta­la po­je­cha­łem do la­bo­ra­to­rium i uru­cho­mi­łem apa­ra­tu­rę Ro­ber­ta. Psy­cho­stre­fa Kry­sty­ny była czy­sta! Już nie pro­mie­nio­wa­ła tymi smu­ga­mi.

– Ożyła?

– Nie, wciąż po­zo­sta­je sta­tycz­na, nie re­agu­je. Nic dziw­ne­go, skoro Kry­sty­na nadal jest w szpo­nach cho­ro­by. Ale prze­cież po­ja­wi­ło się świa­teł­ko w tu­ne­lu – już ni­ko­go nie in­fe­ku­je. Wie­rzę, że z tego wyj­dzie. Że ofia­ra Ro­ber­ta nie była da­rem­na. Trzy­mam się tej myśli jak al­pi­ni­sta ra­tun­ko­wej liny. Wie­rzę, że ktoś trzy­ma jej drugi ko­niec. Być może teraz trze­ba już tylko zma­za­nia mojej winy…

– Nie po­my­śla­łeś, aby użyć „że­laz­ka”?

– Pro­szę mnie nie drę­czyć ojcze, wy­star­cza­ją­co drę­czy mnie su­mie­nie. Nie dość mocno sprze­ci­wia­łem się tym eks­pe­ry­men­tom na Kry­sty­nie, przez co wy­lą­do­wa­ła w psy­chia­try­ku. Opu­ści­łem Ro­ber­ta, po­zwo­li­łem, by ob­se­sja w nim na­ra­sta­ła, choć prze­cież wie­dzia­łem, że błą­dzi. A teraz… teraz nie mam po­ję­cia, co z tym zro­bić? Co po­cząć z wie­dzą, którą bez skru­pu­łów ukra­dli­śmy z za­ka­za­ne­go drze­wa? Je­stem je­dy­nym jej po­sia­da­czem, mogę wszyst­ko znisz­czyć: urzą­dze­nia, do­ku­men­ta­cję… Ale jeśli nam się udało, innym też może. Furt­ka jest uchy­lo­na…

– Po­trze­ba ci wię­cej uf­no­ści w Pana. Jeśli po­zwo­lił wam ją uchy­lić…

– Po­zwo­lił? Ojcze, zro­bi­li­śmy to bez Jego po­zwo­le­nia! Skoro dał nam wolną wolę, na­praw­dę wolną, jest bez­sil­ny wobec na­szych wy­bo­rów!

– Oj synu, synu, epa­tu­jesz się pa­ra­dok­sa­mi typu „czy Bóg wszech­mo­gą­cy może stwo­rzyć tak wiel­ki ka­mień, któ­re­go sam nie po­do­ła udźwi­gnąć”. One nie­uchron­nie to­wa­rzy­szą wszel­kiej nie­skoń­czo­no­ści! Po­rzuć te in­te­lek­tu­al­ne pu­łap­ki, ufaj w Jego Moc i Mi­ło­sier­dzie a włos z głowy ci nie spad­nie. A teraz żałuj i przyj­mij roz­grze­sze­nie z rąk moich. Deus, Pater mi­se­ri­cor­dia­rum, qui per mor­tem et re­sur­rec­tio­nem Fílii sui…

 

***

– Deus, Pater mi­se­ri­cor­dia­rum, qui per mor­tem et re­sur­rec­tio­nem Fílii sui mun­dum sibi re­con­ci­lia­vit et Spi­ri­tum Sanc­tum ef­fu­dit in re­mis­sio­nem pec­ca­to­rum…

Dawid Bloch spu­ścił wzrok i z dy­go­cą­cym ser­cem słu­chał for­mu­ły roz­grze­sze­nia.

– …per mi­ni­ste­rium Ec­c­le­siae in­dul­gen­tiam tibi tri­bu­at et pacem. Et ego te ob­so­lvo a pec­ca­tis.[2]

Głos za­milkł nie­spo­dzie­wa­nie. W tej samej chwi­li wnę­trze kon­fe­sjo­na­łu za­la­ło silne świa­tło. Dawid pod­niósł głowę i spoj­rzał przez ma­to­wą szyb­kę W otwar­tych drzwiach zo­ba­czył syl­wet­kę wcho­dzą­ce­go mni­cha i osłu­piał.

– Prze­pra­szam cię synu za spóź­nie­nie – po­wie­dział za­kon­nik, lo­ku­jąc się w kon­fe­sjo­na­le. – Nie­spo­dzia­nie przy­szedł kon­ser­wa­tor za­byt­ków, mu­sie­li­śmy uzgod­nić kilka szcze­gó­łów… No, ale już je­stem. Cie­szę się, że cze­ka­łeś. Mo­że­my za­czy­nać spo­wiedź.

Zdu­mio­ny Dawid nie mógł wy­krztu­sić słowa. Wy­ba­łu­szo­ny­mi ocza­mi pa­trzył na roz­my­tą w ma­to­wej szyb­ce syl­wet­kę nad­sta­wia­ją­ce­go ucha za­kon­ni­ka. Ciszę, która za­pa­dła w kon­fe­sjo­na­le znów wy­peł­ni­ła mu­zy­ka: chór ćwi­czył teraz Te Deum.

Miserére no­stri, Dó­mi­ne, miserére no­stri.

Fiat mi­se­ri­cór­dia tua,

Dó­mi­ne, super nos,

quemádmo­dum sperávimus in te.[3]

– No, słu­cham, synu… – rzu­cił za­chę­ca­ją­co mnich.

– Kiedy ja… – roz­po­czął Dawid. – Ojcze, ja wła­śnie….

– Roz­my­śli­łeś się?

– Nie… to zna­czy tak! Prze­pra­szam ojcze. I dzię­ku­ję. Bar­dzo mi oj­ciec po­mógł.

Wy­szedł z ka­bi­ny pe­ni­ten­ta i ru­szył w kie­run­ku wyj­ścia. Za­kon­nik pa­trzył za nim zdu­mio­nym wzro­kiem. Po chwi­li po­krę­cił głową, wy­cią­gnął bre­wiarz i za­nu­rzył się w mo­dli­twie.

Dawid był już pod chó­rem, gdy usły­szał łopot skrzy­deł. Spoj­rzał w górę i zo­ba­czył ptaka le­cą­ce­go przez nawę głów­ną w kie­run­ku otwar­te­go okna. Pew­nie za­błą­kał się jakiś szpak, któ­rych pełno bu­szu­je w oka­la­ją­cych ba­zy­li­kę drze­wach.

 

--------------------------------------------------

 

[1] Cie­bie, Boże, w Trój­cy je­dy­ny pro­si­my,

Tak nas na­wie­dzaj jako Cię tu chwa­li­my,

A ścież­ka­mi Twemi pro­wadź z tych ciem­no­ści

Do Twej nie­bie­skiej świa­tło­ści.

(Prze­kład wg Księ­gi Gra­du­ału Rzym­skie­go z 1919 r.)

[2] Bóg, Oj­ciec mi­ło­sier­dzia, który po­jed­nał świat ze sobą przez śmierć i zmar­twych­wsta­nie swo­je­go Syna i ze­słał Ducha Świę­te­go na od­pusz­cze­nie grze­chów…

… przez po­słu­gę Ko­ścio­ła niech ci udzie­li prze­ba­cze­nia i po­ko­ju…

… I ja od­pusz­czam tobie grze­chy.

 

[3] Zmi­łuj się nad nami, Panie,

zmi­łuj się nad nami.

Niech mi­ło­sier­dzie Twoje, Panie,

okaże się nad nami,

jako my w Tobie uf­ność po­kła­da­my.

 

Koniec

Komentarze

Czytałem jednym okiem, a więc nie zwracałem uwagi na stronę techniczną tekstu. Strasznie dużo fizycznego “bełkotu”, a ja z fizyką ostatni raz miałem kontakt w liceum. A tak w zasadzie to nigdy nie miałem żadnego poważnego, bo moje nauczycielki nie nadawały się do niczego i z ich lekcji mogłem wynieść co najwyżej kredę. Opowiadanko zatem raczej nie dla mnie, ale z pewnością znajdą się ludzie, którzy bardziej je docenią.

 

Frapuje mnie pewna rzecz. Czy w seminarium jest fizyka? Czy może ten sukienkowy najpierw studiował fizykę, ale przerwał studia i poszedł do seminarium? Trochę to dziwnie napisane. Należałoby doprecyzować.

Dziękuję za wizytę i komentarz. Ciut się odniosę.

Strasznie dużo fizycznego “bełkotu”

Wielu czytelników miało pretensję, że za mało :). A ja uważam, że w sam raz. Byłoby nawet więcej, gdyby nie to, że ojczulek hamuje bohatera, gdy ten zbytnio się zapędza w obszary fizyki. Ale nawet humaniści uważali, że co prawda nie zrozumieli pewnych fragmentów (głównie z powodu fizycznego żargonu), ale załapali sens przekazu. Niemniej uznaję, że opowiadanie jest adresowane głównie dla miłośników hard SF.

Czy w seminarium jest fizyka?

W seminariach uczą filozofii, w tym filozofii przyrody, a w jej ramach także fizyki (na różnym poziomie; w niektórych wykładana jest nawet kosmologia). Poza seminariami są Wydziały Teologiczne na uniwersytetach, z których korzystają także klerycy. Nadto trzeba pamiętać, że to mamy do czynienia z jezuitą, a w tym zakonie nauki ścisłe cieszą się dużym zainteresowaniem (np. jeden z najwybitniejszych kosmologów XX w. Georges Lemaître który stworzył Teorię Wielkiego Wybuchu był jezuitą i właśnie w kolegium jezuickim pobierał nauki). Poza tym nie sądzę, żeby była potrzeba rozbudowywania opowiadania o takie szczególiki (może w powieści znalazłoby się na to miejsce).

 

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Docenił, docenił.

 

Przeczytałem. Nie bardzo wiem, czemu zakładałeś, że tekst mi się nie spodoba.

Z komentarzem co do całości na razie się wstrzymam. Tekst jest na tyle wartościowy, że nie warto traktować go po macoszemu. Muszę się z nim przespać i skomentować na spokojnie.

Na razie klikam bibliotekę. Poniżej masz kilka drobnostek wyłapanych w czasie lektury.

 

Chyba tylko gej nie zwróciłby na nią uwagi.

I tu się mylisz, panie kolego. Nawet jeżeli potraktujemy geja stereotypowo, to może nie zwróciłby uwagi na nią jako na obiekt seksualny, ale zwróciłby uwagę choćby na styl i ciuchy, które ma na sobie. Piękno jest uniwersalne, nie ma płci.

 

„Świstak” był ledwie kilka metrów za dziewczyną. Czuł narastające mrowienie w lędźwiach.

Rozjeżdża Ci się narracja. Do tej pory była prowadzona z punktu widzenia Dawida. Skąd w takim on wie, że Świstak czuje mrowienie w lędźwiach?

 

Mrowienie w lędźwiach ustało.

Widzę tu niekonsekwencję. Dlaczego usunięcie pierwiastka zła, poskutkowało zanikiem podniecenia? Nagle dziewczyna mu się przestała podobać? Podniecenie na widok dziewczyny samo w sobie nie jest złe, to tylko biologia. Zła jest utrata kontroli nad nim i chęć gwałtu. Mrowienie jest tylko objawem naturalnej reakcji fizjologicznej.

IMHO, podniecenie powinno pozostać, natomiast usunięcie pierwiastka zła, powinno objawić się zanikiem złych intencji względem dziewczyny, ewentualnie wstydem za swoje pierwotne zamiary… co kilka zdań później w istocie się dzieje.

 

Najbardziej spektakularny efekt zaobserwowaliśmy podczas meczu piłkarskiego Cracovii z Wisłą, które trafiły na siebie w rozgrywkach o Puchar Polski.

Ekonomika tekstu – czy to, że grali akurat o Puchar Polski ma jakiekolwiek znaczenie dla fabuły? Śmiało można ten szczegół pominąć, a zdanie stanie się lżejsze.

Przymiotnik “piłkarski” też raczej jest zbędny, bo wynika z kontekstu. Mecz, meksykańska fala, zamieszki, Cracowia i Wisła – czy to mogłaby być jakakolwiek inna dyscyplina sportu? ;)

 

– Tak, kurki. To taki mały żółty grzyb jadalny. Cantharellus cibarius. Bardzo smaczny, o specyficznym aromacie i lekko ostrym posmaku.

Troszkę mało naturalne zdanie. Rozumiem, że Twój bohater jest naukowcem, ale nie przesadzajmy. Czy fizyk zna łacińskie nazwy grzybów?

 

NB. humor dość sympatyczny.

 

Dziękuję za wizytę i komentarz. Trochę się odniosę.

Nie bardzo wiem, czemu zakładałeś, że tekst mi się nie spodoba.

Wcale nie zakładałem. Prowokowałem :)

Tekst jest na tyle wartościowy, że nie warto traktować go po macoszemu. Muszę się z nim przespać i skomentować na spokojnie.

Szacun za to zdanie. Tak zachowują się ludzie bez intelektualnych kompleksów.

może nie zwróciłby uwagi na nią jako na obiekt seksualny, ale zwróciłby uwagę…

Ale tu chodzi właśnie o zainteresowanie w wymiarze seksualnym; należy domniemać, że bohaterowie co nieco o “Świstaku” wiedzieli (w szczególności czym go sprowokować)

usunięcie pierwiastka zła, powinno objawić się zanikiem złych intencji względem dziewczyny

Przyznaję rację, jest tu niedoróbka.

Rozjeżdża Ci się narracja. Do tej pory była prowadzona z punktu widzenia Dawida.

Opowiadanie ma dwuwarstwową strukturę narracyjną: pierwsza to dialog bohatera ze spowiednikiem, druga to narracja zewnętrzna. Przejście między nimi – zapożyczone od Bułhakowa w powieści “Mistrz i Małgorzata”:

“Pewnego mglistego listopadowego wieczoru podjechaliśmy naszym minivanem z zainstalowanym „odkurzaczem” w pobliże Plantów…

***

Pewnego mglistego listopadowego wieczoru Dawid Bloch i Robert Karski podjechali minivanem z zainstalowanym „odkurzaczem” w pobliże Plantów.

wskazuje tę zmianę narracji (podjechaliśmy – podjechali).

czy to, że grali akurat o Puchar Polski ma jakiekolwiek znaczenie dla fabuły?

Może niekoniecznie dla fabuły, ale wynika z pewnych okoliczności: w czasach gdy pisałem to opko Wisła i Cracovia grały w różnych ligach i chciałem od razu zaznaczyć, dlaczego drużyny ze sobą grały. Ale przyznaję, że tu ciut przegadane (nie tylko tu, w ogóle mam tendencje do gadulstwa). Podobnie przegadany jest moment z kurkami, choć moją intencją było rozładowanie nastroju zabawną grą słów. Ale łacina to już przegięcie laugh

Raz jeszcze dziękuję i czekam na uwagi/refleksje w wymiarze merytorycznym.

 

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Duży plus za sf z fizyką w tle i naukowe podejście bohaterów do problemu. Parę kwestii chętnie widziałabym ciut inaczej (np. te “zarażające smugi” trochę takie urwane z sufitu mi się wydały), ale ogólnie dobrze się czytało, zaciekawiłeś mnie. No i dowiedziałam się o teorii noosfery, o czym wcześniej nie wiedziałam :)

Opowiadanie jest ambitne, ale niestety dość ciężkie. Zarówno tematyka (fizyka kwantowa połączona z filozofią), jak i narracja (może i Bułhakow wielkim klasykiem jest, ale zapewne nie bez powodu jego typ narracji nie stał się w literaturze powszechny), stawiają poprzeczkę wysoko, ale niestety również zawężasz przez to krąg odbiorców.

Twój z resztą wybór, czy wolisz pisać ciężkie teksty dla pojedynczych koneserów, czy lżejsze dla szerszego odbiorcy.

Co do mocnych stron opowiadania to zdecydowanie na plus jest poprawność językowa i gramatyczna. Mówiąc, krótko, widać jakość i doświadczenie.

Kolejny plus to wiedza i swobodne posługiwanie się językiem nauk ścisłych, czy też „bełkotem fizycznym” jak to nieładnie określił przepiśca, choć racji mu odmówić nie mogę.

Widać, że rozumiesz, to co piszesz i czerpiesz z tego garściami.

Wreszcie plus za koncept. Połączenie twardej fizyki ze strefą duchową wyszło Ci na tyle przekonywująco, że gdyby pozbawić tekst fantastycznej otoczki, to niejeden ezoteryk byłby Ci skłonny uwierzyć.

Na plus również humor, dialogi w konfesjonale, pomijając ów nieszczęsny bełkot naukowy, momentami bardzo udane.

Teraz czas na wady, czyli dlaczego tekst jest tylko dobry, a nie genialny.

Przede wszystkim jest zbyt ciężki w odbiorze. Jesteś tego świadomy, każesz spowiednikowi co rusz przerywać naukowe dywagacje, i nawet dzięki temu nieco opowiadanie ratujesz, ale w mojej opinii, niewystarczająco.

Proporcja „infodumpów” (mających zaznajomić czytelnika z niuansami Twojego świata, których to znajomość jest niezbędna) do właściwiej akcji/fabuły jest niekorzystna. Również fakt, że połowy z tych rzeczy dowiadujemy się w formie opowieści/spowiedzi nie pomaga.

Znowu tutaj próbujesz ratować sytuację poprzez drugą narrację i wstawki z życia, ale jest ich zdecydowanie za mało, „a pieprzenia dziadygi w konfesjonale” za dużo.

Również nie zaszkodziłoby rozwinąć nieco kwestie obyczajowe dla rozrzedzenia tych fizycznych rozważań. Zamiast opowiadać o Adamie czy Dawidzie, lepiej byłoby pokazać dwie, trzy dodatkowe sceny z ich życia. Jak dochodzą do odkrycia, jakie są relacje z żoną, itp. Pokazać, a nie opowiadać.

Osiągnąłbyś w ten sposób to samo, przekazał ten sam zasób niezbędnych informacji, lecz forma byłaby bardziej przyswajalna, a bohater stałby się czytelnikowi bliższy. Niechby czytelnik z nim odkrywał krok po kroku zakamarki kwantowej fizyki i ich wpływ na duszę. Niechby się wahał, czy eksperymentować na żonie, czy nie. Ty zaś serwujesz czytelnikowi poniekąd streszczenie/podsumowanie.

Dość ciekawa jest scena, jak żona mówi mu, że go zdradziła. Dlaczego nie pójść bardziej w tym kierunku. Nagle nasz bohater staje się żywym człowiekiem, z emocjami i dylematami widzianymi wprost, a nie przez pośrednictwo konfesjonału. Bardzo mi się ta scena spodobała.

Na koniec jeszcze wspomnę o kwestii meczu Wisła – Cracovia oraz wpływu emocji dużych grup ludzkich na sferę duchową. Nie wiem czy jest to Twój pomysł, czy też skądś zaczerpnięty, ale jest bardzo zbliżony do koncepcji myślo-kształtów, popularnej wśród ezoteryków.

Moja ocena: 5.05/6

(specjalnie dla Ciebie wyszedłem poza schemat i rozszerzyłem moją skalę do setnych po przecinku)

Bellatrix: Dzięki za wizytę i komentarz, cieszę się, że opko zainteresowało, a nawet pozwoliło Ci o czymś się dowiedzieć. Zaś co do “zarażających smug” – pisząc już myślałem o ekranizacji zatem także o tym jak zwizualizować niektóre elementy… żartuję oczywiście; coś jest na rzeczy w tej Twojej uwadze, bo miałem komentarze, że tu ciut przegiąłem.

Pozdrawiam i zapraszam do innych opowiadań skoro lubisz sf z fizyką (ogólniej nauką ścisłą) w tle. Myślę o tych co już tu zamieściłem (zwłaszcza “Chmura” i “Nivriti stream”), ale także w następnych bo mnie tu (wraz z chroscisko) trochę zmobilizowaliście :)

 

chroscisko: Nie wiem jak to skomentować, chyba tylko tak, że “z ust mi to wyjąłeś”, bo myślę o tym opowiadaniu bardzo podobnie. W szczególności tam, gdzie sugerujesz że “nie zaszkodziłoby rozwinąć nieco” – i to nie tylko kwestie obyczajowe, ale wiele innych wątków. Na poparcie Twojej tezy przytoczę opinię jednej komentatorki, która uskarżała się na zupełny brak identyfikacji z bohaterami:

Nie opisujesz postaci – nie wiem, jak wyglądają i jak myślą. Brak mi w nich charakterystyczności, historii i otoczenia – nie mówię tutaj, by streścić całe ich życie, duchowe rozterki i relacje z rodziną – wystarczy, byś zasugerował, że takowe istnieją.

A to właśnie w identyfikacji z bohaterem tkwi wiele możliwości uwiedzenia czytelnika. Na przykład, mogłabym utożsamić się z Dawidem i Robertem tak mocno, tak im zawierzyć, żeby razem z nimi szukać świata bez grzechu. Razem z nimi popełnić zbrodnię. Razem z nimi poczuć strach, szaleństwo i wyrzuty sumienia.

Zbieżność jest oczywista, prawda?

I ja się z tym w pełni zgadzam. Lecz żebym temu mógł zaradzić, musiałbym:

– po pierwsze umieć. A ja koncentrując się na pomyśle gnam z akcją a troskę o rys psychologiczny bohaterów olewam (mówiąc mało elegancko)

– po drugie rozwinąć opko w powieść. A ja nie czuję się na siłach. I brakuje mobilizacji. No bo właściwie po co? Żeby potem użerać się z wydawcami?

wolisz pisać ciężkie teksty dla pojedynczych koneserów, czy lżejsze dla szerszego odbiorcy

Bingo. Dlatego cenię sobie takie dyskusje jak choćby ta wyżej, niż ochy i achy klakierów :)

Moja ocena: 5.05/6

Mocno przeszacowałeś ale miło mi :)

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Mocne strony tekstu to niewątpliwe wzięcie na warsztat ciekawej teorii, stworzenie z tego bazy do dobrej fabuły, przemyślana konstrukcja tekstu i dobre wykonanie.

Mocno kontrowersyjne są te wszystkie infodumpy z początku. Nie chcę być tu źle zrozumiany – moim zdaniem ich obecność jest uzasadniona oraz dobrze kreśli klimat naukowy tekstu. Sęk w tym, że w dzisiejszych czasach niestety zbyt mocne poleganie na tego typu zabiegach zraża niemało osób. To więc ryzykowny ruch. Ja je akurat kupuję.

Czy dałoby się je lepiej wpleść w tekst? Nie wiem. Na pewno w obecnej wersji, gdzie czytelnik mimowolnie przyjmuje punkt widzenia spowiednika, trochę jednak czułem, że jest nadmiarowe.

Podsumowując: pomimo mocnego przesycenia naukowymi wypowiedziami, jest to bardzo dobry koncert fajerwerków, który przyjemnie się czytało :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo dziękuje zarówno za wizytę jak też interesujący komentarz. Zgadzam się z Tobą w kwestii tych infodumpów. Mam też świadomość tego, że dziś inne mody, inne atrakcje przyciągają czytelnika. Ja ten ryzykowny ruch podejmuję, bo na masowym odbiorze mi nie zależy, lecz na czytelniku, który gotów jest poświęcić troszkę czasu i trudu na tekst, który “sam się nie czyta” :) Więc jest mi miło, że mogę Cię do tego grona zaliczyć.

Podobne opinie odnośnie tego opka spotykam wśród jego czytelników. Jeden z komentatorów napisał: Osobiście nazwałbym ten tekst sfabularyzowanym popularno-naukowym esejem. Przy czym naukę rozumiem tutaj w najszerszym jej znaczeniu.

Czy dałoby się je lepiej wpleść w tekst?

Z pewnością, może nawet mnie by się udało, gdybym się lepiej przyłożył. Lecz nie sądzę, że grono czytelników wówczas radykalnie by się powiększyło :) A skoro nie mam ambicji o to grono walczyć… :)

Zatroszczyłem się tylko o kilka “rozładowaczy” w stylu "mów jaśniej, synu", "litości, synu…", czy "I nie próbuj tego więcej!". „Jestem szczerze zdumiony, słysząc takie wyznanie z ust katolickiego księdza! Nie wierzy ojciec w moc modlitwy???”

– Wybacz, synu, chwilę słabości.”

Dziękuję raz jeszcze, pozdrawiam i zapraszam do innych tekstów!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Ech, Tsole, musiałeś tam jeszcze anioła pakować?

Znasz już moją opinię na temat łączenia nauki i ezoteryki, to po prostu nie moja bajka.

Nadal jednak czyta się dobrze, mnie osobiście infodumpy nie przeszkadzają, aczkolwiek forma rozmowy ze spowiednikiem jest trochę męcząca. A tak w ogóle czemu ten zakonnik po łacinie go rozgrzesza. To znaczy, rozumiem, że to nie był zakonnik, ale pytanie pozostaje. I czemu się ów uczony tej łacinie nie dziwi?

 

Ech, Irka, tam nie ma żadnego anioła. Czy nie zauważyłaś, że “Spowiednik” wypowiada niekompletną formułę rozgrzeszenia? “– …per ministerium Ecclesiae indulgentiam tibi tribuat et pacem. Et ego te obsolvo a peccatis.” Co powinno być za tymi słowami? Czytelnik zaintrygowany tym, że formuła jest po łacinie powinien sprawdzić, jak brzmi kompletna (no cóż, osoby starsze pamiętające jeszcze msze przedsoborowe pamiętają ją z dzieciństwa… Żebyś nie musiała guglać, dopiszę ją tu: in nomine Patris, et Filii, + et Spiritus Sancti czyli “w imię Ojca i Syna + i Ducha Świętego”. Teraz już powinnaś domyślić się, kto był spowiednikiem. No kto? Szpak, oczywiście!

Uczony się łacinie nie dziwi, bo jest miłośnikiem łaciny (nawet nazwy grzybów zna na pamięć, zauważyłaś?)

A w ogóle to nie ma tu przecież żadnej wiedzy tajemnej, tylko poczciwa nauka zaprawiona troszkę religią. A przecież wiara i rozum są jak dwa skrzydła… tu zakończę, w imię tolerancji dla wszystkich stron światopoglądowego sporu. Dzięki że dałaś rady przeczytać ten męczący (nie ukrywam) tekst. Pozdrówka!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Szpak, mówisz. A nie przypadkiem gołąbek? Co prawda większe to od szpaka, ale w tych nerwach mógł się pomylić. ;)

Nic na to nie poradzę, że trafiłeś na okrutnego sceptyka, któremu na dodatek z bogami (wszelakimi) nie po drodze. A twoje opki jakoś, kurcze, i tak lubię. :)

Też tak miałem za młodu :) Nie znasz dnia ani godziny kiedy cały ten sceptycyzm szpak trafi :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

:D

Czytało się całkiem nieźle i choć muszę powiedzieć, że z naukowych wywodów niewiele zrozumiałam, to pokładam ufność w Tobie, Tsole – z pewnością wiedziałeś o czym piszesz.

Muszę też wyznać, że z dużą niechęcią podchodzę do wszelkich mariaży nauki z religią. Ta warstwa opowiadania, mimo że to fantastyka, zupełnie do mnie nie przemówiła.

 

– Niby racja – po­my­ślał. – Może po­wi­nie­nem szu­kać dalej? Może znaj­dę spo­sób na wpro­wa­dze­nie ja­kiejś blo­ka­dy? Z Ro­ber­tem pew­nie byśmy się z tym upo­ra­li – wes­tchnął, po­pra­wia­jąc się w ławce. –> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Z pół­mro­ku wy­ło­ni­ła się po­stać sta­re­go za­kon­ni­ka. Ob­ser­wu­jąc jego płyn­ny, nie­spiesz­ny chód… –> Piszesz o postaci, a ta jest rodzaju żeńskiego, więc w drugim zdaniu winno być: Ob­ser­wu­jąc jej płyn­ny, nie­spiesz­ny chód… A tak w ogóle to uważam, że ta wyłaniająca się postać jest zupełnie zbędna.

Proponuję: Z pół­mro­ku wy­ło­ni­ł się sta­ry za­kon­ni­k. Ob­ser­wu­jąc jego płyn­ny, nie­spiesz­ny chód

 

Ale to je­dy­nie głos wo­ła­ją­ce­go na pu­sty­ni. –> Jeśli miałeś na myśli głos kogoś wołającego po próżnicy/ na pustkowiu, to zdanie winno brzmieć: Ale to je­dy­nie głos wo­ła­ją­ce­go na puszczy.

Głos wołającego na puszczy, to związek frazeologiczny, czyli forma ustabilizowana, utrwalona zwyczajowo, której nie korygujemy, nie dostosowujemy do współczesnych norm językowych, nie parafrazujemy, nie adaptujemy do aktualnych potrzeb piszącego/ mówiącego.

 

nam udało się już po 6 la­tach. –> …nam udało się już po sześciu la­tach.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

że Kry­sty­na była ide­al­nym kan­dy­da­tem na „kró­li­ka do­świad­czal­ne­go”… –> Raczej: …że Kry­sty­na była ide­al­ną kan­dy­da­tką na „kró­li­ka do­świad­czal­ne­go”

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję Reg za komentarz, zdumiało mnie że tak skromna ta łapanka, pewnie się śpieszyłaś :) Zdumiał mnie też punkcisz bibliotekarski, bo to tutaj, jak rozumiem, pewna forma wyróżnienia jest, a Ty przecież nie ukrywasz, że

z dużą niechęcią podchodzę do wszelkich mariaży nauki z religią

Tu bardziej z wiarą niż z religią. Oczywiście, masz do tego pełne prawo podobnie jak ja do tego by takie mariaże lubić i tworzyć. Myślę że mam, bo jedno z takich opowiadań (”Muzyka Sfer Niebieskich”) przeczytał wybitny polski kosmolog a jednocześnie duchowny ks. prof. Michał Heller i ani mnie nie zgromił ani nie ekskomunikował tylko bardzo opko komplementował. W ogóle moją ambicją jest SF inspirowane myślą chrześcijańską; bardzo jej u nas niewiele, choć to zależy od tego, co kto uważa za taką inspirację.

głos wołającego na pustyni.

Wydaje mi się, że obie formy są dopuszczalne (victionary pisze że są synonimami). Zwrot pochodzi z Pisma św.:

Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak rzekł prorok Izajasz.

Tyle Pismo Święte, w którym, jak nietrudno zgadnąć, od samego początku była wskazana pustynia. Skąd zatem wzięła się puszcza? To już wynalazek czysto polski i zasługa jezuity księdza Jakuba Wujka, który w latach 1584-1593 dokonał przekładu Biblii. (…) duchowny uznał, że nieznaną w Polsce pustynię lepiej zastąpić dobrze znaną puszczą. W tym przypadku sens jest dokładnie ten sam – głusza, miejsce odosobnione, gdzie wypowiadane słowa trafiają w próżnie. Dlatego też w tym jednym przypadku językoznawcy uznają, że „pustynia” i „puszcza” to synonimy.

https://kurierhistoryczny.pl/artykul/dlaczego-w-polsce-jan-chrzciciel-jest-glosem-wolajacego-na-puszczy,415

Krystyna była idealną kandydatką na „królika doświadczalnego”

 

Niech Ci będzie, choć widzę tu presję dzisiejszej nowomowy każące pani poseł być panią posłanką, pani minister być panią ministerką etc :)

Pozdrówka!

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Cześć. Bardzo interesująca praca. Porusza fascynujące mnie kwestie związane z przekraczaniem kolejnych granic poznania i przepaści, jaka dzieli naukowców od zwykłych ludzi. Vide "miej litość (…) u Ciebie i" fizyczny belkot" w komentarzach. Osobiście, mam problem z miksem nauka&religia, uważam, że dyskusja między tymi światami prowadzi donikąd. Stąd trudno mi łyknąć koscielna scenografię i formule spowiedzi ową. Jako utwór, całość spisuje się ok, przeczytałem bez znużenia i większych potknięć. Jedyne, co mnie tu uwiera, to nienaturalne dialogi, w które poupychales mini wykłady. To azi podczas lektury. Dla mnie to wartościowy tekst. Jest trochę retro, wchodzi w interesująca mnie tematykę i jest sprawnie napisany. Klikne go, hej że ha!

Dzięki wielkie za tę wizytę i komentarz. Jakkolwiek obydwu nas fascynują “kwestie związane z przekraczaniem kolejnych granic poznania”, to każdego z nas na swój sposób :) Ty masz problem z miksem nauka&religia, ja na odwrót – jest on fundamentem moich fascynacji. Z zastrzeżeniem że nie tyle nauka/religia co rozum/wiara. “Wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy…“ napisał św. Jan Paweł II w encyklice Fides et Ratio. I to zdanie stawiam niejako w opozycji do Twojego poglądu, że “dyskusja między tymi światami prowadzi donikąd”. Więcej wiary! Aby Ci dodać otuchy (albo zdenerwowaćlaugh) mój komentarz zakończę stosownym cytatem z opowiadania:

“między przestrzenią fizyczną a przestrzenią duchową nie zieje przepaść, tylko rozwija się wzajemne oddziaływanie.”

Wierzyć, nie wierzyć, ale podumać warto!

Raz jeszcze dziękuję i pozdrawiam serdecznie

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Zdu­miał mnie też punk­cisz bi­blio­te­kar­ski, bo to tutaj, jak ro­zu­miem, pewna forma wy­róż­nie­nia jest, a Ty prze­cież nie ukry­wasz, że

z dużą niechęcią podchodzę do wszelkich mariaży nauki z religią

Owszem, Tsole, wyznałam prawdę, ale też nie mogłam nie dostrzec, że opowiadanie porusza zajmujące sprawy, a przy tym jest ciekawie i porządnie napisane. Opowiadanie może nie do końca trafia w mój gust, ale, moim zdaniem, jest to opowiadanie zasługujące na Bibliotekę. ;)

 

głos wo­ła­ją­ce­go na pu­sty­ni.

Wy­da­je mi się, że obie formy są do­pusz­czal­ne (vic­tio­na­ry pisze że są sy­no­ni­ma­mi). Zwrot po­cho­dzi z Pisma św.:

Jam głos wo­ła­ją­ce­go na pu­sty­ni: Pro­stuj­cie drogę Pań­ską, jak rzekł pro­rok Iza­jasz.

Tyle Pismo Świę­te, w któ­rym, jak nie­trud­no zgad­nąć, od sa­me­go po­cząt­ku była wska­za­na pu­sty­nia.

Od zawsze jestem przywiązana do powiedzenia w brzmieniu głos wołającego na puszczy i wymieniona tu puszcza zawsze była dla mnie synonimem pustaci, wielkiej pustej przestrzeni.

Dodam jeszcze, że dla mnie bardziej wiarygodnym źródłem rozstrzygającym kwestie językowe, jest Słownik języka polskiego PWN https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/glos-wolajacego-na-puszczy;7857.html, co nie zmienia faktu, że to jest Twoje opowiadanie i będzie napisane takimi słowami, które Ty uznasz za najwłaściwsze. ;)

 

Kry­sty­na była ide­al­ną kan­dy­dat­ką na „kró­li­ka do­świad­czal­ne­go”

 Niech Ci bę­dzie, choć widzę tu pre­sję dzi­siej­szej no­wo­mo­wy ka­żą­ce pani poseł być panią po­słan­ką, pani mi­ni­ster być panią mi­ni­ster­ką etc :)

I tu się mylisz, Tsole. Od ministerki zdecydowanie wolę panią minister, akceptuję posłankę, ale nie widzę powodu, by o pani pretendującej do jakiejś roli, mówić kandydat, podczas gdy istnieje uznana żeńska forma tego słowa – kandydatka.

O pani, która pomaga szefowi w pracach biurowych, powiem sekretarka, ale panią sprawującą ważny urząd w ministerstwie, wolę nazwać sekretarzem stanu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie może nie do końca trafia w mój gust, ale, moim daniem, jest to opowiadanie zasługujące na Bibliotekę. ;)

I tu chylę czoła!

nie widzę powodu, by o pani pretendującej do jakiejś roli, mówić kandydat, podczas gdy istnieje uznana żeńska forma tego słowa – kandydatka.

Widzę to w innej optyce. Interesuje mnie, by podkreślić nieistotność płci kandydata. Użycie słowa “kandydatką” w tym miejscu może być odebrane jako “tylko z grona kobiet”, przynajmniej ja bym tak pomyślał.

I tu się mylisz, Tsole. Od ministerki zdecydowanie wolę panią minister

I tu się cieszę, że się mylę :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Hej hej, nie zdenerwowałeś, no co Ty. P. S. Dumajmy ile wlezie, to czynność chyba coraz bardziej przez ludzi zaniedbywana.

In­te­re­su­je mnie, by pod­kre­ślić nie­istot­ność płci kan­dy­da­ta.

Tyle że pisząc o Krystynie idealny kandydat, podkreślasz formę męską, co z imieniem żeńskim brzmi raczej dość średnio. A przecież wspominając o przygotowaniach do eksperymentu zaznaczyłeś, że Robert i Dawid rozpatrywali wiele możliwości, nim zdecydowali, że to będzie żona Roberta.

Jednakowoż, aby wilk był syty, a owca cała, proponuję: …że Krystyna była idealnym kandydatem na „królika doświadczalnego” –> że kandydatura Krystyny była idealna na „królika doświadczalnego”

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Widzę Reg, że masz wyjątkowe zdolności koncyliacyjne :) Myślę, że zostawię idealną kandydatką jak proponowałaś, przecież wiesz, że lubię się droczyć :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Dziękuję, Tsole. ;)

Dość często uważam, wzorem Mistrza Jonasza Kofty, że nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kiedy widzisz, Twoja sygnaturka wcale tej koncyliacyjności nie zapowiada :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Pamiętasz taki tygodnik Dookoła Świata? Tam właśnie, pacholęciem będąc, przeczytałam tę myśl i wtedy bardzo mi ona przypadła do gustu, a dziś podoba mi się jeszcze bardziej. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No to ja już nie wiem, co o Tobie myśleć… :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Najlepiej w ogóle nie zaprzątaj sobie mną głowy, myśl o sprawach naprawdę wartych przemyśleń. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

OK, właściwie Twoja sygnaturka dotyczy tych, którzy źle o Tobie myślą. Ja do nich nie należę, więc mnie nie dotyczy :) ergo, mogę sobie o Tobie myśleć co chcę, byle nie źle, bo wtedy wpadam w obszar jej zastosowania… :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Skoro tak to ze sobą uzgodniłeś… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się, kliknęłabym bibliotekę, ale już niepotrzebne:)

Więcej napiszę jutro;)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję, czekam z niecierpliwością. A co do biblioteki, z tego co wyczytałem trzeba uzbierać 5 punktów?

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Widziałam, że Łosiot kliknął:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

W rzeczy samej napisał że kliknie ale efektu nie widzę.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Bo to jest tak, że wcale nie kliknąłem, tylko zacząłem używać portalowej gwary i pisząc, że klikam, tak naprawdę pisze w Hyde parku (wątek "nominacje do biblioteki") wskazując opowiadanie i jacyś tajemniczy Użytkownicy przyznają te punkty. To zajmuje im parę dni z reguły. Pozdro.

Dzięki za owo tajemnicze kliknięcie i objaśnienie. Zaiste złożone tu reguły niemożebnie :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Dobry wieczór, jużem wolna jak ptak, lecz nie szpak, acz nie na długo;)

Co mnie zauroczyło, lecz pewnie będzie przeplatanka z tymi na „nie”: 

*falowość – bo kwantowość to interferencja z samym sobą i fale, a nie korpuskuły:) (to ciągle pozostaje dla mnie niepojęte!); acz te żelazka trochę mnie raziły, choć z drugiej strony śmieszyły, bo porównanie dobre, a w sumie to, nie mam zdania jak to literacko oddać, można byłoby:) Smugi też mnie zatrzymały, lecz nie mam pomysłu na to, jak to oddać inaczej.

*konfesjonał i retrospekcje – zdecydowanie na plus plus, choć przejścia w przypadku żony były gwałtowne jak tornado, zabrakło mi trochę – częściowo rozumienia ludzkiego. Pojmuję, że to naukowcy, a jednak to jak obserwowanie robaka, i nie mam na myśli tego, że Robert Karski zdecydował się przeprowadzić eksperyment na żonie (bez złośliwości się nie obędzie – na najbliższej sobie osobie), lecz bardziej chodzi mi o sposób opisu tej sytuacji, zwłaszcza ostatnia scena w szpitalu mnie zatrzymała, tu pewnie psychiatryczno-psychologicznie bym coś skorygowała, ale to betka, bo generalnie ok, chyba bym to zintensyfikowała i powyrzucała trochę zbędnych słów [ale wtedy to byłoby moje, a nie Twoje, gdybym miała podać przykłady, które mnie zatrzymały to byłby to – kompletny rozpad osobowości; seanse hipnotyczne; jeśli to była katatonia to przez ręce nie mogła mu się przelewać, ale i tak kupiłam;) ; te replikacje z innych psychosfer – były interesujące jako pomysł, acz wytłumaczenie słabe, ale to dopiero dzisiaj wiemy, lecz eh tu mi czegoś brakuje]. Wybacz:(

*zastanowiło mnie, że podczas spowiedzi, że Bloch używał sformułowania „młodzieńcza fantazja”, akceptowalne lecz zatrzymałam się – czas, kiedy to się wydarzyło, myślałam, że tuż po samobójstwie Roberta i pewnie tak było. 

 

Podsumowując bardzo mi się podobało i zapamiętam, za noosferę :DDD. Czytało się szybko i gładko:), dobrze piszesz dla mnie w sensie zdań. Dla mnie nie jest oldskulowe, lecz czegoś jeszcze brakuje, nie wiem czego. Może emocji, ale nie umiem tego uchwycić, no oczywiście myślę tylko w kontekście swojego czytania. Pójdę teraz do Papy Smerfa:)

pzd srd :), a

 

PS. Z tymi kliknięciami sprawa jest i prosta, i złożona:) Jeśli masz piórko (przyznaje je Loża), to możesz klikać tak, że od razu się to ujawnia w linijce Biblioteka, jeśli nie masz go – to czekamy, kiedy NWM “zaktualizuje stan”, lecz już jest w niej :). Na wszelki wypadek też zapodam. 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, dzięki serdeczne za ten głos, bardzo spontaniczny i dlatego szczery. Wzruszyłaś mnie, więc szczegółowo skomentuje jutro gdy ochłonę :)

Błękitnych snów! :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Zgodnie z zapowiedzią skomentuję Twoje niektóre uwagi:

te żelazka trochę mnie raziły, choć z drugiej strony śmieszyły

w zamyśle miały rozbawić. Nazywam takie gadżety “rozładowaczami” bo ich zadaniem jest dać umysłowi czytelnika trochę luzu w wyczerpujących partiach tekstu.

Zaś co do smug, to zwróciła już tu uwagę Bellatrix, i tak jej odpisałem (wklejam żebyś nie musiała szukać):

“Zaś co do “zarażających smug” – pisząc już myślałem o ekranizacji zatem także o tym jak zwizualizować niektóre elementy… żartuję oczywiście; coś jest na rzeczy w tej Twojej uwadze, bo miałem komentarze, że tu ciut przegiąłem”.

choć przejścia w przypadku żony były gwałtowne jak tornado, zabrakło mi trochę – częściowo rozumienia ludzkiego. Pojmuję, że to naukowcy, a jednak to jak obserwowanie robaka

To jest motyw, który wzbudza najwięcej kontrowersji i stwierdzeń, że jest niedopracowany. Rzeczywiście drzemie tu potencjał większy niż udało mi się wykorzystać. W rzeczy samej jest to motyw faustowski, przy czym “epitet” ten bardziej dotyczy Karskiego, który dla zaspokojenia żądzy rozwikłania tajemnicy gotów jest wykorzystać własną zonę w roli królika doświadczalnego – on też płaci za to największą cenę. A w wątku dot. tragedii Krystyny należało poszukać konsultacji z psychiatrą; akurat nie miałem “pod ręką” takiej możliwości.

Bloch używał sformułowania „młodzieńcza fantazja”, akceptowalne lecz zatrzymałam się – czas, kiedy to się wydarzyło, myślałam, że tuż po samobójstwie Roberta i pewnie tak było. 

Nie do końca rozumiem, co masz na myśli. Termin ten pada w kontekście skonstruowania “żelazka”, grubo przed samobójstwem Karskiego.

Dla mnie nie jest oldskulowe

A dla mnie jest, podobnie jak sam autor :)

Pójdę teraz do Papy Smerfa:)

To bardzo miłe, ciekaw jestem czy Cię zaskoczy bo to zupełnie inna bajka :)

Dziękuję, za miłą memu sercu, choć nie bezkrytyczną opinię, także za klik i pozdrawiam

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Rewelacyjnie się czytało! Inteligentny tekst wymagający fundamentu kulturowego, to lubię! No i pewnej wiedzy. Koncepcja noosfery nie nowa, ale podana atrakcyjnie. Słaba strona? Chałupnictwo dwóch naukowców – to dziś zajęcie dla całych konsorcjów, a Ty ująłeś sferę wdrożenia niczym twórca "Długiej ziemi": Bierzemy otóż ziemniaka i klikamy…;D. Ale ode mnie masz klika.Zasłużonego. P.s. A teraz jak rybak dla tsoe:a o koncepcji Sądu Ostatecznego dla duszy w pianie wszechświatów myślałeś kiedy? Jako jedynym sposobie pogodzenia wolnej woli człowieka i Boskiej omnipotencji? I dopiero hmmm zsumowanie wszystkich sald danej duszy z wszystkich możliwych jej warantów dawałoby Zbawienie albo Oderwanie… Co Ty na to? Mój copyright masz poradziłbyś sobie z tym śpiewająco :D. Pozdr

Dzięki rybaku za wizytę i dobre słowo! Lawina przyjemnych zdarzeń mnie dziś spotyka: peany rybaka, debiut w bibliotece i wygrana piłkarzy, czegóż trzeba więcej? :)

Chałupnictwo dwóch naukowców…

W rzeczy samej trochę surrealistyczne ale nie mogłem opanować pokusy zmierzenia się z motywem faustowskim :)

Bierzemy otóż ziemniaka i klikamy

Powiem, że jeszcze gorzej: Pratchett zamieszcza w swojej książce schemat krokera a ja nawet nie zdradzam kształtów “odkurzacza “ i “żelazka” :)

zsumowanie wszystkich sald danej duszy z wszystkich możliwych jej warantów dawałoby Zbawienie albo Oderwanie…

Przecież to się dzieje tutaj: zsumowanie wszystkich nominacji utworu do biblioteki daje mu Nieśmiertelność albo Wieczną Tułaczkę po Poczekalni :)

Raz jeszcze dziękuję i pozdrawiam wzajemnie, zapraszając do innych moich eksperymentów :)

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Wszystkim Przyjaciołom, którzy przez swą nominację umożliwili mi debiut w Bibliotece serdecznie dziękuję!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

tsole, teraz czas na Piórko! Nie wiem, jak je dostać, zdaje się, że trzeba napisać świetny tekst :)

W piórka w tym wieku już się nie obrasta laugh

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Udane skrzyżowanie fizyki z teologią. Bardzo spodobał mi się pomysł, że uporczywe majstrowanie przy sumieniu powoduje jego chorobę. Też mi się wydaje, że tak to powinno działać i dlatego nie wolno przeprowadzać doświadczeń, które mogą się wymknąć spod kontroli.

Żelazko uważam za dobrze dobrane – wszak one kiedyś miały dusze, świetnie się nadają. ;-)

Tak, trochę te infodumpy uwierają.

Mnie też zgrzytnęła młodzieńcza fantazja. Przecież panowie musieli najpierw skończyć studia, zdobyć swobodny dostęp do laboratorium, zbudować odkurzacz… Sam wspominasz, że tu parę lat, tam parę lat… Trudno mówić o młodzieńczości.

Mocując się z ciężkimi drzwiami, Dawid Bloch wszedł do świątyni

Taka konstrukcja zdania oznacza równoczesność obu czynności. A przy standardowych drzwiach najpierw się człowiek mocuje, potem przechodzi, potem ewentualnie mocuje jeszcze raz, zamykając. A tam jeszcze był dalszy ciąg, o siadaniu w ławce…

Babska logika rządzi!

Dzięki za komentarz, komplementy i wartościowe uwagi krytyczne. Postaram się je ze swej strony skomentować. Nie to, żebym, się bronił, ale podroczyć zawsze się można :)

Żelazko uważam za dobrze dobrane – wszak one kiedyś miały dusze, świetnie się nadają.

W rzeczy samej, ale dopiero teraz dzięki Tobie to skojarzyłem. Pewnie dlatego, że w moim rodzinnym domu, gdzie prąd elektryczny założono dopiero w 1971 roku, mieliśmy żelazko na węgiel drzewny, nie na duszę :)

Trudno mówić o młodzieńczości

W czasach mojej młodości limit wieku młodzieńczego określony był przez statut ZMS (Związek Młodzieży Socjalistycznej) na 35 lat, a I Sekretarz Komsomołu w najbardziej awangardowym państwie świata miał 54 lata :) Poza tym można dysponować młodzieńczą fantazją w dowolnym wieku (np. ja, gostek, który niedawno ukończył 70 lat, takową posiadam laugh yes)

Taka konstrukcja zdania oznacza równoczesność obu czynności

Co racja to racja. Jednak babska logika rządzi!!!!

A serio – największy problem mam z pierwszym zdaniem. Potem już jakoś leci. Dlatego wciąż marzę by przedostać sie do historii literatury czymś na miarę “Ogary poszły w las”, czy “W obliczeniach był błąd” (czyje to, koteczku?)

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

No, mnie się właśnie wydawało, że 35 to panowie już mieli ukończone. Hmm, wydaje mi się, że bardzo długo można czuć się młodo, mieć ułańską fantazję, dziecko w sobie itp., ale młodzieńczą fantazję mają tylko nastolatki. Jednak nie zamierzam się o to sprzeczać. Ty lepiej wiesz, co masz. ;-)

No pewnie, że babska logika rządzi. Ech, umieściłam to zdanie pod tysiącami opowiadań, a ludzi ciągle mają wątpliwości… ;-)

Ogary Żeromskiego. Podobno bardzo długo nad tym myślał i na rękopisie widać liczne poprawki. A to drugie nie wiem, ale podświadomość szepcze nieśmiało, że Lem.

Babska logika rządzi!

Znakomicie, szacun dla podświadomości! Tak zaczyna się “Eden” Lema!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Nie porwało mnie :(

Znam tylko pięć liter ;)

A szkoda! Tak czy owak dziękuję za wizytę i pozdrawiam.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Nowa Fantastyka