- Opowiadanie: Żongler - Mój całkiem własny mit

Mój całkiem własny mit

Oczywiście na ostatnią chwilę, proszę wybaczyć wszelkie usterki.

 

Fragmenty gadaniny Eneasza pochodzą z “Eneidy” Wergiliusza w tłumaczeniu Tadeusza Karyłowskiego.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Mój całkiem własny mit

Kiedy sięgam pamięcią do mojego pierwszego dnia w Orkusie, przypominam sobie głos naszego stróża. Czysty i donośny, oznajmił mi prawdę o szpitalu i przepowiedział mój los, choć była to tylko odpowiedź na głupie dziecięce pytanie.

– Trzymamy tu bogów, herosów i najprawdziwsze potwory. Lubimy powtarzać opowieści. Przyrzekam ci, nigdzie tak dobrze nie nauczysz się historii.

– Mitologia to nie historia. Może zaszła jakaś pomyłka. Nazywam się…

– Zobaczymy, jak się nazywasz. – Argusowi marszczyło się czoło, jakby miał tam trzecie oko. – Ale póki co nie mamy żadnych nowych mitów. Będziesz musiał dzielić jeden z Eneaszem.

Mit był bardzo skromny. Miał ściany z białej, krzywo nałożonej farby, której odpryski pokrywały górną pryczę jak łupież. Sufit zdawał się mieć brodę, kędzierzawą i jakby spuchniętą, a czasami wydawało się, że potrząsa nią, otrzepując się z całego tego białego prochu. Choć może zamknięto mnie tutaj z powodu podobnych przemyśleń. Kiedy oznajmiłem Eneaszowi, że nie chcę spać na górnej pryczy, on odparł, że chętnie by się ze mną wymienił, ale wtedy wszystko wokół kołysze się jak na pokładzie statku. Wyjawił, że krzyczy czasami w nocy, a wtedy przychodzi Argus.

Jeszcze tego samego dnia dowiedziałem się, że przyjścia Argusa należy unikać za wszelką cenę. Następnego zgodziłem się spać na górnej pryczy. Wciąż wydawało mi się, że sufitowy starzec drapie się po brodzie, choć nie miał dłoni ani twarzy. Kiedy powiedziałem to Eneaszowi, on stwierdził, że widzi tam co innego. Nie zdradził co, ale całą noc trząsł się na pryczy, aż zrozumiałem, co miał na myśli, mówiąc o kołysaniu. Lodowaty wiatr wdzierał się do nas przez szczeliny w suficie. Były dla mnie przymrużonymi oczami. Kiedy rozchylały na chwilę powieki, wicher wpadał do środka. Smakował zimnem piwnicy, w której mieszkałem, gdy byłem jeszcze zdrowy.

Czasami Eneasz opowiadał o sobie, wtedy, kiedy nie odwiedzały nas Harpie. Tak je nazywano, chociaż były tylko smukłymi kobietami w długich, białych fartuchach. W przednich kieszeniach nosiły lśniące długopisy. Było na nich napisane: "Oddział Psychiatryczny Zamknięty".

– To są szpony – powiedział mi szeptem Eneasz. – Ostrzą je i skrobią nimi o kamień, wiecznie głodne. A w sakwach noszą gałki oczne, zrabowane nieszczęśnikom na wodach bez horyzontu.

Gałki oczne okazały się drobnymi, kolorowymi tabletkami, których połknięcie znaczyło koniec ostrzenia szponów. Wydawało mi się, że Eneasz, gdyby chciał, mógłby zostać pisarzem. Słowa, których używał, często znaczyły inne słowa, a to znaczy wyobraźnię, a ta z kolei znaczy, że można być niezłym pisarzem. Wydawało mi się, że Eneasz mógłby nim być, ale nie wiedziałem, czy umie pisać. Z drugiej strony wydawało mi się niezmiernie dużo, właśnie dlatego musiałem tutaj mieszkać.

Eneasz nie łykał wszystkich gałek ocznych. Harpie były zajęte skrobaniem i nie widziały, że chował niektóre za podszewkę stroju. Strój wiązano od tyłu i nie było łatwo coś pod niego wsunąć, ale Eneasz powiedział, że nie takie rzeczy robił. Pokazał mi też plastikowy nożyk, który ukradł kiedyś podczas śniadania. Przechwalał się, że to miecz, który musi być zawsze w dłoni Trojańczyka.

W końcu zapytałem go, co tutaj robi.

– Tułam się – odpowiedział. – Moja tułaczka nigdy się nie skończy. Myślałem, że założyłem miasto, ale jaki dureń buduje miasto na środku morza? Obawiam się, że będę wędrował jeszcze trochę.

Wędrował, jak mówił. Czasami spędzał godziny chodząc po naszej sali, innym razem zwijał i rozwijał prześcieradło, a raz nawet związał obie nasze kołdry, twierdząc, że robi nowy żagiel.

– Lepiej przestań – ostrzegałem go. – Nie ma tu wody, tylko w plastikowych kubkach podczas obiadu. – Podczas obiadu wszystko było plastikowe, odkąd ktoś okaleczył Odyna, dźgając go w oko metalowym widelcem. Później krzyczał i płakał, że bardzo go boli, ale Harpie nie przyszły i Odyn próbował powiesić się na prześcieradle. Wisiał dziewięć minut, aż zdjął go Argus, klnąc głośno, że nie potrafi nawet zawiązać porządnego węzła. – Jeżeli chcesz sobie popływać, musisz stąd wyjść. Kiedyś mój brat pozwolił mi wejść na żaglówkę. One pływają po wodzie, ale tej w morzu, nie w kubku.

– Przestań – zdenerwował się Eneasz. Kiedy był zły, jego różowe blizny po poparzeniach rozciągały się brzydko. – Całą wieczność namawiasz mnie, żebym stąd odszedł. Rzuć ziemie okrutne, rzuć chciwców siedliska! Och, Polidorze!

I tak dostałem swoje imię, choć przy śniadaniu Wergiliusz powiadomił mnie, że nie żyję. Powiedział, że musiałem zginąć, żeby było ciekawiej. I że jest niezłym pisarzem. Usiadłem z nim, bo obraziłem się na Eneasza, a poza tym ze stolika antycznych pisarzy lepiej było widać kwitnące kasztany. Większość starców była ślepa, było więc marnotrawstwem, żeby to akurat oni siedzieli przy oknie. Wergiliusz miał dobrą wyobraźnię, ale nie chciałem, żeby pisał więcej historii. Nie podobało mi się to, że nie żyję. Ale jeszcze bardziej nie podobało mi się, że jest to historia Eneasza, nie moja.

 

*

 

Pewnego dnia, kiedy świat znowu pachniał zimną, spleśniałą piwnicą, dostałem paczkę. Miła Harpia powiedziała, że przyszła na święta, a ja tylko uśmiechnąłem się i kiwnąłem głową, bo nie mogłem sobie przypomnieć, jakie mamy święta.

W środku była pocztówka, na której było słońce, morze i plaża. Plażą szły białe krowy. Zostawiały w brązowym piasku ślady kopyt, prawie jak pismo. Skupiłem się na jego rozszyfrowaniu bardziej niż na odwrocie kartki, na której faktycznie były słowa. Uparłem się i już. Było mi trochę przykro, bo Eneasz zniszczył pocztówkę, zanim zdążyłem wszystko przeczytać. Zobaczył ją, wyrwał mi z ręki i podarł, krzycząc, że nie można składać ofiary ze stadka byków. Przyszedł Argus i kiedy pojawiły się Harpie, Eneasz był już cicho, choć oko miał sine i fioletowe przez całe święta. Wyobrażałem sobie, że w Orkusie tak właśnie obchodzi się święta.

Woźny, Delficki, powiedział potem, że święta się skończyły, i w całym zakładzie będzie teraz spokojnie i cicho.

Bardzo skłamał.

Bardzo. Mogłem myśleć tylko o tym słowie. Było bardzo głośno, a Eneasz tak bardzo krzyczał. Sufitowy staruch z białą brodą trząsł się tak bardzo, że sufit spadł na górną pryczę. Miałem nadzieję, że za sufitem będzie twarz, a ja w końcu udowodnię Eneaszowi, że mam rację, ale za brodą były płomienie. Bardzo ogromne i bardzo gorące. Cały korytarz wył albo płakał, tylko Sylwester cieszył się, że ma dzisiaj imieniny. Inni krzyczeli tak bardzo, jak czasami, kiedy przychodziły do nich Harpie, ale Harpii nie było, zniknęły. Drzwi były zamknięte, a bez Argusa nie miał kto ich otworzyć.

– A czyni cuda wielkie, tak iż i ogień z nieba zstępuje przed oczyma ludzi na ziemię! – recytował Janek, który zawsze powtarzał, że w końcu nadejdzie najgorsze.

Wołałem, uderzałem pięściami drzwi i kaszlałem, bo ciężko było mi oddychać.

– Fajerwerki! – krzyczał z zachwytem ktoś. – Fajerwerki w zlewie! Fajerwerki w rurach!

Słyszałem strzały, tak jak strzela popcorn w mikrofalówce, ale bałem się, bo wiedziałem, że tym razem to nie popcorn.

Bardzo się bałem. Jak dawniej, w piwnicy, kiedy usłyszałem kroki na schodach i już wiedziałem, że wszystko się zmieni.

Aż wtedy ktoś złapał mnie mocno za ramię. Obróciłem się i zobaczyłem Eneasza. Na czole i policzkach miał sadzę, a na rozczochranych włosach popiół. Wczepił się we mnie palcami, uśmiechając się.

– Nie zwlekajmy: Jowisza wspomaga nas ręka!

– Jowisza trafił piorun – przypomniałem mu cicho. – Argus źle zamknął drzwi wyjściowe i Jowisz wybiegł goły w burzę. Pamiętasz?

Wciąż się uśmiechał. Oczy miał wielkie i błyszczące, ale nie puste, jak po wizytach Harpii, lecz pełne czegoś dziwnego. To coś sprawiło, że nagle przestałem się bać. Potem Eneasz wskazał ręką na swoją pryczę.

Odsunąłem ją, choć nie było to łatwe, bo materac i kołdra płonęły. Nasza kamienna ściana nie była cała. Wydawało mi się, że była to wina sufitowego starucha i jego brody, która rozsypała się wielkimi kamieniami po kątach. To, co zobaczyłem, przypomniało mi piwnicę. Biło od niej zimno, choć wszędzie było gorąco.

– Tajnym wyjściem z płonącej Troi – szepnął Eneasz. Usta mu zadrżały, jakby chciał zachichotać, ale nagle zrobił się poważny. Przetarł brudną twarz i zrobił to samo z moją. Objął mnie i mocno przytulił. – Boję się – powiedział. – Boję się, Polidorze.

Ja już się nie bałem. Chciałem wrócić do piwnicy. Byłem pewien, że będzie tam chłodniej.

Złapałem Eneasza za przedramię i też się uśmiechnąłem.

– Znajdziemy sobie nową Troję – powiedziałem mu.

Kiwnął głową. Podał mi swój plastikowy nożyk.

Gdy zeszliśmy do piwnicy, wszystko nad nami ucichło. Nigdy w życiu nie czułem się tak dobrze.

Kiedy sięgam pamięcią do mojego ostatniego dnia w Orkusie, przypominam sobie uśmiech Eneasza i jego radość, kiedy wszystko powoli cichło. Okazało się, że Wergiliusz miał rację, to była historia Eneasza.

– I co teraz? – spytał mnie Eneasz, kiedy było już zimno.

– Nie wiem – odparłem, bo rzeczywiście nie wiedziałem. – Może założymy miasto?

– Tak. – Eneasz był bardzo zadowolony. – Chodźmy.

Więc poszliśmy dalej.

Może nadszedł czas na mój własny mit?

Koniec

Komentarze

Orkusie

Finkla w połowie wyrazu wpada w szał bojowy!

 

W końcu zapytałem go, co tutaj robi.

– Tułam się

Mocne. Bardzo mocne, jeśli weźmie się pod uwagę pełen kontekst.

 

Miła Harpia

Tu dla odmiany prychnąłem :D  Mimo powagi tekstu :D

 

Tekst bardzo mi się podobał w tym ponurym znaczeniu podobania się. Brak fantastyki mi nie przeszkadza, jako dramat jest bardzo solidny. Od razu przypomina się “Kuracja” (warto obejrzeć, choć o czymś zupełnie innym).

Jako całość bardzo, bardzo smutne i straszne. Zwłaszcza, że wygląda to trochę tak, jak gdyby główna postać niekoniecznie zasłużenie wylądowała w miejscu, w którym z czasem zaczynała tracić poczucie realności (nie wiem czy to dobrze odczytuję? bo lekkie odrealnienie jest już na początku, ale dopiero potem zaczyna powstawać wiara w świat tworzony przez innych pacjentów?).

 

Gdzieś w tekście zawieruszyła się paczka, ale… Zastanawiam się czy nie bł to celowy zabieg. Kartka, w której zdjęcie było ważniejsze od treści (której jednak nieprzeczytanie sprawiło przykrość i gniew na winnego nieprzeczytaniu) może tu sugerować różne niedopowiedziane przyczyny pominięcia tego fragmentu.

 

Cholera, ponure bardzo.

 

Fajne opowiadanie, świetnie się czyta.

Umiejscowienie akcji w szpitalu psychiatrycznym sprawia, że historia staje się od razu mniej fantastyczna (a bardziej urojeniowa) i w tym kontekście nie widzę Eneasza przeniesionego gdzieśtam, tylko chorego psychicznie tworzącego odpowiednie (pasujące) wizje.

Natomiast śmiało mogę powiedzieć, że miło spędziłam czas :)

Znam tylko pięć liter ;)

przepowiedział mój los, choć była to tylko odpowiedź

Troszeczkę nie rozumiem – dlaczego "choć"? Co tu się wyklucza i z czym?

Będziesz musiał dzielić jeden

Anglicyzm. Może: Będziesz musiał się podzielić?

ściany z białej, krzywo nałożonej farby

Ściany – z farby?

wymienił

Zamienił. Wymienia się rzeczami, które do nas należą. Miejscami można się tylko zamienić.

on stwierdził

Jesteś pewna?

Nie zdradził co

Nie zdradził, co.

to znaczy wyobraźnię

Anglicyzm. To świadczy o wyobraźni. Chociaż może i dobrze, jeśli facet ma zaburzenia myślenia?

wydawało mi się niezmiernie dużo

Hem?

że jest to

Naturalniej: że to jest.

była pocztówka, na której było

Dwa razy "było".

bardziej niż

Bardziej, niż.

 

No, i znowu wszyscy mamy źle w głowach, że żyjemy… ale opisałaś to solidnie.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Górna Grupa mi się od razu przypomniała. Był taki głośny pożar w szpitalu psychiatrycznym w latach 80. Koszmar.

Fantastyki tu owszem, nie ma, są klimaty z jednej z lepszych polskich powieści powojennych czyli z “Obłędu” Krzysztonia, jest solidne opowiadanie. Jest nastrój i solidna narracja.

Ode mnie klik.

 

Straszne to. I niesamowite. Bardzo plastycznie i wiarygodnie opisujesz świat widziany przez głównego bohatera. Aż zaczyna się tracić poczucie rzeczywistości. Podziwiam kreatywność i swobodę tworzenia obrazów.

 

Powodzenia! :)

Posępna i bardzo przygnębiająca historia, zgoła niefantastyczna, ale sugestywnie oddająca klimat miejsca, w którym znalazł się Polidor.

Czytało się naprawdę dobrze, bo powiedzieć, że z przyjemnością, chyba nie byłoby właściwe.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie za mało tu fantastyki?

Jako obyczaj przepiękne, chociaż nienowe. Ładnie wykorzystana i konstruowana dziecięca, zaburzona percepcja i wyobraźnia (nawet jeżeli nie jest dzieckiem, jego świat wewnętrzny jest infantylny), wiele metafor, wiele nawiązań, całość domknięta, choć w pewnej chwili pojawia się niesprecyzowany, wprowadzony w nieco szarpany sposób chaos (w tym samym miejscu, gdzie pojawia się byłoza, którą usprawiedliwiam przywilejami dziecięcej narracji). Przyjemnie się czytało, chociaż wydaje mi się, że jak na tak ciekawą konwencję, ledwie błysnęłaś pomysłem, po czym zaraz spakowałaś manatki i uciekłaś.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Ależ mi miło ;)

 

Wydaje mi się, że powiedziałam tyle, ile chciałam powiedzieć. Gdybym pociągnęła dalej, na trzysta procent przekroczyłabym limit, a wtedy poszłyby w ruch nożyce i nie mam wątpliwości, że tekst by ucierpiał (bo ja nie umiem ni w cholerę przyciąć, nawet kartki). I tak, sporo było celowych powtórzeń, dziecięcych przemyśleń, trochę niezręczności (pewnie niektóre niezamierzone, ale ciii).

 

Co do braku fantastyki – pisząc to, miałam z tyłu głowy, że końcówkę da się interpretować w sposób inny od tego sugerowanego w tekście. W końcu narrator ma nieco inną percepcję, wielokrotnie zaznacza, że wiele mu “się wydaje”. Ale wtedy będzie horror pełną gębą.

Przeczytałem i osobiście nie jestem tak oczarowany jak przedpiścy. To znaczy… czytało mi się nawet przyjemnie, ale przyznam się, że chyba nie rozszyfrowałem wszystkich odniesień i urojeń tj. nie do końca umiałem sobie całą fabułę przełożyć na zdarzenia w realnym świecie (brak znajomości “Eneidy” z pewnością nie pomagał). Może po prostu tekst nie jest skierowany do mnie (pamiętam, że przy Twoich “Łzach skarabeusza” było podobnie).

No, mnie brak fantastyki trochę przeszkadzał.

Fajnie dopasowałaś mityczne terminy do realiów szpitala. Argus bardzo udany.

A dlaczego akurat Eneasz? IMO, Odys bardziej by pasował do tułania się. No, ale niech Ci będzie.

Finkla w połowie wyrazu wpada w szał bojowy!

Wilku, ale o co chodzi?

Babska logika rządzi!

O orków, Finklo. Pod którymś innym opowiadaniem wyraziłaś jasno swój stosunek do takowych ;-)

Taaak? Nie pamiętam. Nie przepadam za klasycznym fantasy, a orków nie uważam za zbyt mądrych, ale żeby od razu pałać do nich jakimiś gorącymi uczuciami… W którymś z moich pierwszych opowiadań orki wystąpiły.

Ale przede wszystkim – pamiętam, że w “Eneidzie” Orkus to jakaś nazwa geograficzna.

Babska logika rządzi!

Masterze, nie sądzę, żeby znajomość Eneidy była niezbędna ;) Chodzi głównie o to, że tułaczka Eneasza była jego szaleństwem, za co go zamknięto w psychiatryku, który spłonął (jak Troja). Ale bardzo mi miło, że wpadłeś!

 

Eneasz, bo czytając o tych jego niepowodzeniach miałam wrażenie, że gość musiał zwariować. Wszystko mu sfajczyli, rodzina i baba poumierali, polazł do podziemi, przepowiadali mu rychły koniec, a koniec końców stracił nawet założone przez siebie miasto. Odyseusz to chociaż do domu dopłynął. No i potrzebny był mi ktoś z podstawami pod arsonofobię.

 

Orkus to właściwie świat podziemii, taka ponura piwnica ;)

Szczegółów nie pamiętałam. Może być i świat podziemi. :-)

Babska logika rządzi!

Przepiękna proza poetycka, jak zwykle jestem pod wrażeniem.

Doskonale wykreowana atmosfera obłędu, zacieranie granic między rzeczywistością, szaleństwem i mitem. Wyrazy uznania za warsztat, błyskotliwą narrację i organiczny styl, o którym już wcześniej wspominałam. Niektóre cytaty można by oprawić w ramki:

 

Ale póki co nie mamy żadnych nowych mitów. Będziesz musiał dzielić jeden z Eneaszem.

Nie podobało mi się to, że nie żyję. Ale jeszcze bardziej nie podobało mi się, że jest to historia Eneasza, nie moja.

 

Przekonuje mnie też umiejscowienie akcji na oddziale psychiatrycznym i poszczególne obrazy literackie nawiązujące do mitów. Trochę tylko szkoda, że tak krótko, bo czytało się świetnie.

 

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Ja tam jestem zwolennikiem stylu pisania stn-żonglerka i jemu kibicuję:). Oby się rozwijał:) Jego przejawy są i we „wianku na głowie byka” (czemu „byka", dotąd nie wiem, lecz kiedy znajdę cza to podpytam we właściwym miejscu tj. pod opowiadaniem) oraz tutaj.

Opowiadanie podobało mi się (bardziej niż „wianek”, gdyż było bardziej Twoje, w sensie zdarzeń, przynajmniej tak mi się wydaje, chociaż doceniam tamten opis/narrację). Z Górną Grupą też mi się skojarzyło jak Rybakowi, ale bardziej z Brunonem Schulzem.

Abym mogła bibliotekować muszę napisać coś więcej, chyba;)

Język na plus i pojawiły się inne, dla mnie nieznane metafory słodko-gorzko-zabawne (może ta zabawność nie jest dobrym określeniem, lecz słowa znaleźć nie potrafię innego, ten komizm tkwi w rzeczywistości, niby sytuacyjny, taki ogląd rzeczywistości).

Z brakiem fantastyki się nie zgodzę, ponieważ kluczem miało być osadzenie boga w rzeczywistości niealternatywnej, co determinowało granice i miało „dawać” fantastykę. W związku z tym, każda uwaga dotycząca obyczajowości tekstu po prostu mnie dziwi, przecież takie było zamierzenie – bóg dzisiaj, wczoraj i w niedalekiej przyszłości.

Klikam bbtekę, to jasne.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

#Stn-Żongler-Lynch-VonTrier-Team

A może Larsa wyrzucilibyśmy z towarzystwa, trochę sobie nagrabił? ;)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

"Królestwo" dobry miniserial :)

A czym nagrnbił?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

 

Gdzieś mignęły mi dwa powtórzenia, ale co tam :) Na jedno z nich już ktoś wyżej zwracał uwagę. Bardzo ładnie napisane, działa na wyobraźnię i oczywiście nasuwa na myśl te wszystkie dobre filmy/książki z podobną akcją:) Zwłaszcza pomyślałam o "Locie nad kukułczym gniazdem" oraz "Ptaśkiem" Whartona. Fantastyki niezbyt wiele, osobiście mnie to nie przeszkadza, bo tekst jest bardzo dobry. Powodzenia w konkursie o do zobaczenia pod Twoim piórkowym opkiem, mam je na liście od jakiegoś czasu :)

Bardzo mi się podobało :) Piękne, mroczne, smutne, metaforyczne, przygnębiające, prawdziwe… Wszystko to, co lubię najbardziej. A do tego napisane obrazowym, sprawnym językiem. Jestem wyjątkowo zadowolona z lektury i oczywiście klikam bibliotekę :)

Powtórzenia celowe ;)

 

Dzięki wam bardzo za wizytę i miłe słowa! Witam Żyri :d

 

Stn-Żonglerowe chyba następnym razem.

Słowa, których używał, często znaczyły inne słowa, a to znaczy wyobraźnię, a ta z kolei znaczy, że można być niezłym pisarzem. Wydawało mi się, że Eneasz mógłby nim być, ale nie wiedziałem, czy umie pisać. Z drugiej strony wydawało mi się niezmiernie dużo, właśnie dlatego musiałem tutaj mieszkać.

Piękne. :D

Smutny ten tekst, gorzki trochę, ale dobrze napisany i bardzo mi się podobał. :)

Czy inspiracją dla Ciebie był pożar szpitala w Górnej Grupie, o którym śpiewał Gintrowski?

Bardzo mi się podobało. Klimatyczne. Dobrze przedstawione choroby psychiczne i ich powiązanie z mitami. Fakt, być może tacy, a nie inni bohaterowie oraz miejsce akcji niejako automatycznie neutralizują zawartą w tekście fantastykę, no ale czy to jest wada? Dla mnie nie. :)

Aha, no i kolejny plus za imiona, które nadawał pacjentom Eneasz – że jak ktoś stracił oko to Odyn, trafiony piorunem to oczywiście Jowisz itp. :D Spotkałem się już z takim “stylem” nadawania ludziom ksywek i niezmiernie mnie on bawi. 

Historia natomiast nie była horrorem, przynajmniej w moim odczuciu. Zgodzę się z Naz, że to bardziej obyczaj. 

Trochę mało rozwinięta fabuła. W zasadzie jest tutaj opis sytuacji, potem wybucha pożar i jedyne, co bohaterowie muszą zrobić, to odsunąć łóżko. Zakończenie również niewiele wnosi, bo przecież nadal znajdują się na terenie szpitala. Sytuacja tak naprawdę się dla nich nie zmienia. Bohater stwierdza, że założą miasto, ale my wiemy, że nie założą. No, chyba że rzeczywiście w jakiś sposób istnieją oni jako postacie mitologiczne, ale z wcześniejszego tekstu wynikałoby coś zgoła odmiennego.

Tak czy inaczej, bardzo mi się podobało.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Ładne to. Mi też się trochę skojarzyło z "Lotem nad kukułczym gniazdem". Podobało się.

Dziwne, ale fajne. “Mityczne” postacie w psychiatryku, oglądane od strony obyczajowej – bo napięcia horrorowego tutaj nie czułem. Nie do końca wyłapałem motyw z założeniem miasta. Jako pacjenci na pewno go nie założą, a drugiego dna nie za bardzo się dopatrzyłem.

Styl masz wyrobiony, łatwo tworzysz klimat, dlatego tekst czyta się przyjemnie. Treść mniej zagadkowa od poprzednich tekstów, ale nadal ma posmak pewnej symboliki. Dla mnie koncert fajerwerków na plus.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przetworzyłaś w bardzo efektowny sposób opowieści mityczne, które znam (także z wersji literackiej, taka praca :D ) na pamięć – i udało ci się mnie przy tym zaskoczyć. Niezwykle podobał mi się zarówno nastrój tego tekstu (wynikający w dużej części z pomysłu na osadzenie akcji w szpitalu psychiatrycznym), jak i pomysły fabularne, przetwarzające losy postaci. Oryginalne i pomysłowe opowiadanie, które należało do moich ulubionych w konkursie. Klik do nominacji do Piórka ode mnie.

Nowa Fantastyka