- Opowiadanie: Piotr Wałkówski - 2422

2422

Prolog mojej powieści łączącej w sobie cechy smoczego fantasy, postapo oraz przede wszystkim political fiction (dlatego przypisanie tekstu do kategorii “Inne” jest chyba najlepszym rozwiązaniem).  2422 to moja krytyczna odpowiedź na obecny po dziś dzień w fantastyce nurt “polskiego imperium”.  Całość można pobrać z mojego dysku Google. LINK:  https://drive.google.com/drive/u/1/folders/1MyF74O5mVE5vppboTYtfODIDByLLdsTK

Oceny

2422

Niespokojny czas nastał w Cesarstwie Polskim. Powszednie życie z dnia na dzień niemal zamarło – stanęła większość zakładów pracy, a najważniejsze ze strategicznego punktu widzenia miejsca pokroju aerodromów czy składnic militarnych zajmowały smoki z brygadami dobrze uzbrojonych cywili na grzbietach. Od czasu do czasu dochodziło do krótkich, powietrznych potyczek ze służbami porządkowymi, aczkolwiek wierne dotychczasowym władzom siły szybko poddawały się lub nawet dołączały do paramilitarnych smoczych formacji.

Zachariasz Kuźmiński nie urodził się ze szczególnym darem cierpliwości, a dwie dekady, jakie poświęcił na pracę w zawodzie powietrznego posłańca, nie sprzyjały umacnianiu stoickiej natury, która zresztą była obca większości spośród kilkunastu tysięcy gońców dostarczających paczki na obszarze całej Europy. Z drugiej strony ludzie wykonujący fach Kuźmińskiego, przy swoich partnerach – małych, kurierskich smokach, mogli uchodzić za wzór cnoty zdyscyplinowania. Posłańcze rasy miały opinię łagodnych, ale jednocześnie rozbrykanych. Nie inaczej sprawa miała się ze smoczycą, którą Kuźmiński od niemalże piętnastu lat starał się wychować.

– Junona! – Kurier przywołał samiczkę, która myszkowała po pobliskich zaroślach. – Chodź do mnie!

Smoczyca od niechcenia zniszczyła łapą obwąchane kretowisko, po czym niespiesznie dołączyła do mężczyzny, rzucając mu wyczekujące spojrzenie, które spotkało się z pobłażliwym, ojcowskim uśmiechem.

– Kiedy wreszcie przyleci tutaj twój kuzyn? – spytała z irytacją. – Jestem strasznie głodna i zmęczona!

– Wiem, co czujesz – odparł Kuźmiński, którego od dłuższego czasu również ssało w żołądku. – Szkoda, że na razie nic na to nie poradzimy. Konwój ma opóźnienie.

Niezadowolona Junona usadowiła się przy człowieku, domagając się pieszczot. Z racji przynależności do rasy Pelmarisów, mogła poszczycić się wielkością dwóch ustawionych obok siebie koni pociągowych, dzięki czemu transportowanie na grzbiecie kilku dorosłych osób albo dużych worków wypełnionych przesyłkami nie sprawiało jej żadnego problemu.

Miejsce, które jeszcze o zachodzie słońca Kuźmiński wybrał na odpoczynek, wydawało się najrozsądniejszym przystankiem pośród porośniętej gęstym lasem okolicy. Tak przynajmniej było w świetle dnia, kiedy stare zabudowania opuszczonych wapienników sprawiały wrażenie doskonałej kryjówki do przeczekania ulewy. Po zapadnięciu zmroku stary zakład pracy opanowała jednakże ponura atmosfera. Kuźmiński żałował maratonu filmów grozy, który urządził dla siebie oraz Junony na krótko przed opuszczeniem Warszawy. Do niedawna znudzona smoczyca również zaczynała się niepokoić. Kres oczekiwania miał na szczęście nadejść jeszcze przed północą, gdy na horyzoncie pojawiły się światła.

– Już są! – ożywiła się samiczka.

– Widzę, moja droga – mruknął Kuźmiński, sięgając do kieszeni po racę, którą następnie odpalił i rzucił przed siebie.

Konwój, który wylądował na placu przed wapiennikami, tworzyła para osobników ciężkiej smoczej rasy Mohtotów. Przysłuchując się przez moment toczonej przez nich rozmowie, Kuźmiński wywnioskował, że prowadziły o coś zacięty spór. Nie było jednak czasu na dołączenie do dyskusji, ponieważ dowodzący konwojem oberbrygadier zadecydował, żeby po wysadzeniu Wieczorka natychmiast ruszać w dalszą drogę do aerodromu w Koszycach.

– Janie! – ucieszył się Kuźmiński, obejmując kuzyna. – Kopę lat żeśmy się nie widzieli. Wszystko u ciebie w porządku?

– Gdzie tam! – prychnął Wieczorek. – Ostatni raz w swoim nędznym życiu pracowałem dla tego sukinsyna Bogatki.

– Cześć! – przywitała się Junona, mrugając nieśmiało pomarańczowymi ślepiami.

Wieczorek pogłaskał stworzenie, a Kuźmiński zajął miejsce w smoczej uprzęży, przypinając się pasem z karabińczykami.

– Wskakuj! – rzucił do kuzyna. – Pora wreszcie zawitać do cywilizacji, gdzie będziemy mogli porządnie odpocząć.

Moment później Junona wzbiła się w powietrze, obierając wskazany przez Kuźmińskiego kurs na północny zachód.

– Powiedz mi, co się dzieje w tym przeklętym kraju – zaczął Wieczorek. – Od paru dni jestem odcięty od euronetu.

– To ty o niczym nie wiesz? – zdumiał się kurier. – Doskonale rozumiem, że im dalej na wschód, tym trudniej o najświeższe wieści, ale aeronauci, z którymi pracowaliście, musieli przecież coś wiedzieć.

Wieczorek wzruszył ramionami, dziwiąc się podekscytowanemu tonowi swojego krewnego.

– Kilka dni temu doszło w Warszawie do starć – wyjaśnił Kuźmiński. – Połowa Cesarskich Sił Podniebnych zbuntowała się przeciwko władcy.

– Niech mnie kule biją! – zagwizdał z wrażenia Wieczorek. – Co z pozostałymi miastami w Cesarstwie? Nie wierzę, żeby stary Kazik nie zdołał zdławić buntu.

– Jeśli faktycznie byłoby to takie proste, to dlaczego do tej pory mu się nie udało? Walki rozlały się już po całym kraju. Cesarskie Siły Podniebne przegrywają ze zwykłymi robolami i wieśniakami.

– Cesarz przebywa jeszcze w stolicy?

– Straszny z niego tchórz, więc wątpię. Zapewne wolał na jakiś czas uciec do Krakowa albo Budapesztu, gdzie zdecydowanie mniej go nienawidzą. Natomiast pewne jest, że wierne mu siły odpierają ataki puczystów na Górną Warszawę. Prawie cały kraj jest odcięty od sieci. Czasem, jeśli dopisze szczęście, można na wschodzie wysłać wiadomość tekstową. Przekaźniki w Kołomyi jeszcze działają, ale nikt nie ma pojęcia, jak długo to potrwa.

– W Warszawie jest teraz bardzo niebezpiecznie – wtrąciła Junona. – Zastanawiałam się, czy nie powinniśmy polecieć do naszego drugiego domu we Lwowie.

Kurier znał bojaźliwe skłonności swojej smoczycy, które u małych Pelmarisów nie były niczym nadzwyczajnym. Tym razem jednak Junonie należało przyznać rację. Obranie kursu na spokojniejsze, a przy tym znacznie bliżej położone miasto wydawało się całkiem rozsądną propozycją.

– Nie mam nic przeciwko – powiedział Kuźmiński. – Kuzynie, chcesz lecieć do Warszawy, tak jak było wcześniej umówione, czy wolisz zatrzymać się we lwowskim lokum mojego zmarłego szwagra?

– Niestety nie. W stolicy muszę załatwić pewne sprawy.

– Niby jakie? – zapytała niezadowolona z decyzji Wieczorka Junona.

– Oberbrygadier Strechaj poprosił mnie o dostarczenie przesyłki jego znajomemu, który przebywa gdzieś na Bielanach.

– Kim jest adresat? – zainteresował się Kuźmiński. – Może jego nazwisko wyryło mi się w pamięci. W końcu znajdzie się trochę ludzi, dla których dostarczam przynajmniej kilka paczek miesięcznie.

– Strechaj mówił, żeby pytać o Wolfganga Brauna.

– Wolfganga Brauna? – Kurier zrobił wielkie oczy.

– Znasz go?

– Nie z widzenia, aczkolwiek o panu Braunie słyszy się to i owo. To były powietrzny partyzant, który zadaje się teraz z EPPK.

– Komunista?

– Raczej naiwny dzieciak, z którego Europejska Powszechna Partia Komunistyczna nie ma chyba większego pożytku. No, może oprócz tego, że pewien Mohtot imieniem Ahzrukhal wybrał go na swojego oberbrygadiera. Założę się, że przesyłka od Strechaja jest tak naprawdę przeznaczona dla Ahzrukhala albo kogoś z EPPK. Ciekawe, co tak przykładnego lojalistę może łączyć z komunistami? Nie zastanawiałeś się nad otwarciem koperty?

– Jeszcze nie zwariowałem – obruszył się Wieczorek. – W dzisiejszych czasach lepiej nie narażać własnego tyłka.

 

***

 

Marcowy poranek był rześki i słoneczny. Junona powoli pokonywała kolejne kilometry, które dzieliły ją od Warszawy. Dla Kuźmińskiego latanie było chlebem powszednim, dlatego przez większość czasu podróży drzemał, budząc się jedynie podczas postojów. Jego kuzyn z kolei bywał na smoczym grzbiecie rzadkim gościem, więc godzinami chłonął piękne widoki, nie zważając za bardzo na zmęczenie.

Cesarstwo Polskie sprawiało wrażenie bardzo biednego kraju. Jego zrujnowane od dziesiątek lat miasta, w których ludzie gnieździli się razem ze smokami, łączyła licząca sobie przeszło czterysta stuleci sieć popękanych szos i autostrad, na których roiło się od wraków. Między większymi miejscowościami biegły rozpadające się, nieużywane od dawien dawna, zarośnięte linie kolejowe kontrastujące z zanieczyszczonymi rzekami, przez które trudno było znaleźć przeprawę. Zresztą nikt specjalnie nie przejmował się brakiem mostów, ponieważ podróżowanie lądem należało do rzadkości. Wszystkie towary dało się przetransportować na grzbiecie przedstawiciela wystarczająco silnej smoczej rasy, a żyjący przez lata obok olbrzymich, inteligentnych stworzeń ludzie nie odczuwali strachu przed lotem na majestatycznym Mohtocie albo ziejącym ogniem Perycie.

– Zachariasz! – Wieczorek poklepał po ramieniu siedzącego przed nim krewnego. – Myślałeś kiedyś o tym, jak funkcjonowała Polska przed trzecią wojną światową?

– Nie! – odburknął poirytowany wybudzeniem z drzemki Kuźmiński. – Mam ważniejsze sprawy na głowie. Historycznych pierdół o tym, co było czterysta lat temu, nie czytam nawet do poduszki.

– Może jednak powinieneś od czasu do czasu zastanowić się, kim byli ludzie żyjący tu przed nami i co po sobie pozostawili – ciągnął Wieczorek, nie zważając na niezadowoloną minę kuzyna.

– Stary świat już nie wróci i możemy nad tym ubolewać. Nuklearna wojna definitywnie nas od niego odcięła. Szkoda tylko, że minęło już tyle lat, a my nawet porządnie nie wysprzątaliśmy tego kraju.

Wieczorek westchnął smętnie. Z własnego doświadczenia wiedział, jak ciężkim zadaniem była rekultywacja obszarów dotkniętych efektami eksplozji bomb atomowych, które ludzkość niegdyś bezmyślnie zrzuciła. Jednocześnie nie dawało mu spokoju, że owoce jego ciężkiej, niezdrowej pracy zgarnia ktoś inny, niewiele w zamian płacąc. Cesarstwo Polskie opierało się na wielkiej własność ziemskiej, więc nie mógł liczyć, że na starość osiądzie na własnym gospodarstwie. Co bogatsi chłopi, którzy nie pracowali w posiadłościach obszarniczych, opłacali czynsz za wynajmowaną od dziedzica ziemię, lecz najemny robotnik mógł tylko o tym pomarzyć.

 

***

 

Troska o własną przyszłość opuściła Wieczorka, dopiero gdy Junona doleciała nad przedpola Warszawy. Już taka odległość wystarczyła, aby odnieść wrażenie, że w mieście dzieje się coś niedobrego. Kominy fabryk nie dymiły, a przestrzeń powietrzna była pusta, chociaż o poranku zwykle widywało się ciężkie smoki dostarczające surowce do zakładów przemysłowych.

– Jest jeszcze gorzej niż przedwczoraj – powiedział Kuźmiński.

– Lećmy w kierunku Placu Centralnego. Może tam czegoś się dowiemy – zaproponował Wieczorek.

Doleciawszy nad strefę ubogich dzielnic mieszkalnych, Junona obniżyła pułap. Jej ślepiom ukazał się nędzny obraz baraków, które wznoszono wokół niedbale wybrukowanych placów stanowiących miejsce bytowania dla smoków zwykle pracujących razem z zajmującymi zabudowę ludźmi. Czasami, zamiast baraku, widywało się jeszcze lichszy kontener albo nawet namiot. Najbiedniejszym pozostawało koczowanie w stojących jeszcze gdzieniegdzie zrujnowanych budynkach powstałych przed trzecią wojną światową. Kuźmiński wyciągnął z torby podróżnej lornetkę i przystawiwszy ją sobie do oczu, zaczął rozglądać się na wszystkie strony, wypatrując zagrożenia. Wieczorek patrzył na mijane budowle oraz podwórza, które w pierwszej chwili wydały mu się tak samo opustoszałe, jak drogi między miastami. Dopiero dłuższa obserwacja pozwoliła na dostrzeżenie czekających tu i ówdzie smoków oraz krzątających się wokół nich ludzi.

– Może powinniśmy polecieć do Górnej Warszawy? – przerwała milczenie zaniepokojona Junona. – Przez skórę czuję, że tutaj prędzej czy później wpadniemy w jakieś kłopoty.

– Bez ważnej przepustki wolę nie ryzykować – odparł Kuźmiński. – Lojaliści ostrzelają nas bez ostrzeżenia.

Rozpościerająca się nad opuszczonymi od dekad, zamienionymi w gigantyczne śmietniska regionami Białołęki i Targówka Górna Warszawa była dzieckiem techniki w służbie cesarza. Białe, eklektyczne budowle wzniesione na lewitujących, połączonych ze sobą platformach ze specjalnymi bateriami antygrawitacyjnymi wyglądały niczym mityczny Olimp. Miasto na niebie stanowiło ozdobę Cesarstwa Polskiego. To właśnie tam znajdował się Pałac Monarchy oraz wille najważniejszych dostojników zarówno świeckich, jak i kościelnych. Za największą chlubę Górnej Warszawy uchodziły jednak przybytki kulturalne, czyli najlepsze w całym kraju teatry, filharmonie, kasyna oraz ekskluzywne kluby dla dżentelmenów. O pełne brzuchy bogaczy dbały kapiące złotem restauracje serwujące przysmaki z całego świata, a świetne miejsca na spacer albo piknik zapewniały pokaźnych rozmiarów ogrody botaniczne. Wszystkie te wspaniałości powietrznego miasta ludzie pokroju Wieczorka mogli znać jedynie z plotek. Wstęp do Górnej Warszawy mieli tylko przedstawiciele najwyższych warstw społeczeństwa oraz służba, która była wpuszczana na czas pracy bądź też mieszkała w domach swoich chlebodawców. Kuźmiński odwiedził Górną Warszawę zaledwie kilka razy w zastępstwie za chorego kuriera, który miał urzędowe zezwolenie na dostarczanie przesyłek na obszary ograniczonego dostępu.

Pełna obaw Junona leciała w stronę Placu Centralnego Dolnej Warszawy. Kuźmiński zastanawiał się, czy nie powinni zawrócić i poszukać bezpiecznego miejsca na przedpolach, gdzie dałoby się bezpiecznie przeczekać do zmroku i dopiero wtedy podjąć próbę dolecenia na Żoliborz.

– Hej, tam coś się pali! – zawołał kurier, dostrzegając chmurę dymu, która nieoczekiwanie buchnęła znad Placu Centralnego i uniosła się ku platformom Górnej Warszawy.

– Niech to szlag! – zaklął Wieczorek. – Myślę, że dość już widzieliśmy. Proponuję zwiewać stąd, dopóki jeszcze możemy.

Junona, skłaniając się ku propozycji swojego pasażera, zawróciła na południe. Gdy Kuźmiński był już niemal pewien, że uda im się bez przeszkód odlecieć znad stolicy, na horyzoncie pojawiły się trzy ciężkie smoki.

– Para Vukatali w towarzystwie Mohtota. – Kurier zacisnął palce na lornetce. – Chyba zostaliśmy przez nich dostrzeżeni.

– To Cesarskie Siły Podniebne? – zapytał Wieczorek.

– EPPK. – Kuźmiński wziął głęboki oddech. – Spójrz! Mają czerwone bandery z białą gwiazdą.

– Skąd się tutaj wzięli?

Zanim kurier zdążył odpowiedzieć, w podłączonych do radia słuchawkach nieoczekiwanie zatrzeszczał męski głos, w którym wyraźnie pobrzmiewał niemiecki akcent.

– Tu Larionimo do niezidentyfikowanego Pelmarisa, tu Larionimo do niezidentyfikowanego Pelmarisa! Zgłoście się!

– Tu kurier Kuźmiński na Junonie! Słucham cię, Larionimo!

– Co robicie w strefie ograniczonego dostępu? Nie słyszeliście naszych ostatnich przekazów radiowych?

– Przykro mi, ale żaden do nas nie dotarł. Być może to wina tych przeklętych zakłóceń, które utrudniają komunikację w promieniu stu kilometrów od Warszawy.

– Psiakrew! Parszywe skurwysyny znowu majstrują przy łączności! – prychnął rozmówca Kuźmińskiego.

– Czy powinniśmy stąd odlecieć?

– Nie tak prędko. Co prawda nie wyglądacie mi na dywersantów, ale dostałem jasny rozkaz, żeby sprawdzać każdego, kto nie powinien się tutaj znaleźć. Lądujcie w Parku Łazienkowskim. Kuźmiński wydał swojej smoczycy polecenie skierowania się na zachód, gdzie rozciągały się pozostałości po dawnych Łazienkach. Dalszy lot przebiegł pod eskortą jednego z Vukatali, który odłączył się od swojej formacji.

Łazienki były ponurym miejscem. Historyczny park zatracił dawny, reprezentacyjny charakter, a jego piękne niegdyś zabytki popadły w ruinę, stając się nic niewartą kupą gruzu porośniętą przez zmutowaną roślinność, która opanowała prawie cały teren wokół pałacyku.

– Mam nadzieję, że w twoim bagażu jest licznik Geigera albo chociaż dozymetr – mruknął do swojego kuzyna Wieczorek, kiedy Junona szykowała się do lądowania nad brzegiem brunatnego, niemiłosiernie cuchnącego szlamem bajora.

– Wystarczy, że będziemy trzymali się z daleka od tych powykręcanych drzew – odparł Kuźmiński, który już wcześniej miał nieprzyjemność odwiedzić Park Łazienkowski i wiedział, czego powinno się w nim unikać.

Eskortujący Junonę smok również znalazł wygodne miejsce do usadowienia się, co nie było już takie proste, ponieważ Vukatale zaliczały się do najcięższych smoczych ras. Wprawdzie nie dorównywały wielkością Mohtotom, jednak dzięki długiemu, poskręcanemu porożu sprawiały wręcz onieśmielające wrażenie. Nie bez znaczenia pozostawała również ich ciemnobrunatna łuska oraz wielkie, żółte ślepia przeszywające wszystkich charakterystycznym, świdrującym spojrzeniem.

– Nie ruszajcie się z grzbietu, dopóki do was nie podejdziemy! – zawołał przez megafon ktoś z brygady Vukatala.

Kuźmiński niezbyt cieszył się z konieczności słuchania rozkazu wydanego przez ludzi, których nie poważał. Byle powietrzny bojówkarz EPPK nie zaliczał się do osób mających prawo czegoś od niego żądać.

– Oberbrygadier Nedo na Svetezorze – przedstawił się młodzieniec, który podszedł do Junony w obstawie dwóch kompanów dzierżących pistolety maszynowe. – Powtórzcie, z kim mamy przyjemność!

Kuźmiński tasował wzrokiem brudnych, odzianych w robocze drelichy mężczyzn. Nie przypominali mu typowych, wyszkolonych przez Cesarskie Siły Podniebne aeronautów, a raczej odciągniętych od maszyn obszarpańców.

– Nedo! – ucieszył się Wieczorek, rozpoznając znajomą twarz. – Niech mnie kule biją, chłopie! Kopę lat.

– Janie! – Nedo uścisnął z radością dłoń dawno niewidzianemu kompanowi. – Nie sądziłem, że się jeszcze kiedykolwiek spotkamy.

– Ja też nie. Wydawało mi się, że po ostatnim kontrakcie chciałeś na zawsze wrócić do domu, do Dalmacji.

– To prawda, ale rozsądek kazał z tego zrezygnować, kiedy w Warszawie dostałem nową pracę – odparł ze smutkiem Nedo. – W domu bywam rzadko, mimo że na dobrą sprawę nie leży wcale za granicą. Trzeba oszczędzać każdy grosz.

– A to kto? – zapytał Wieczorek, wskazując głową na Vukatala. – Kiedy, u licha ciężkiego, udało ci się zostać smoczym oberbrygadierem?

– Przedwczoraj! – Nedo uśmiechnął się do swojego smoka, który wyraźnie zniecierpliwiony nieprzewidzianym lądowaniem w Łazienkach, trząsł łbem i rozgrzebywał szponami wilgotną ziemię. – Wprawdzie Svetezora poznałem już w dniu przydziału do kombinatu, lecz dopiero niedawno nadarzyła się sposobność do wykoncypowania czegoś ciekawszego od męczącej roboty przy transporcie skrzyń z surowcem.

– Mógłby mi pan wyjaśnić, co się wyprawia w tym mieście? – zabrała głos Junona, uprzedzając Kuźmińskiego, który już zamierzał zadać Nedo to samo pytanie. – Kto tu z kim walczy?

– Cesarskie Siły Podniebne walczą przeciwko nam wszystkim, jednak to już długo nie potrwa. Tchórzliwe trepy uciekają z kraju, a my wreszcie stajemy się wolni!

– Co pan wygaduje, panie Nedo? – zirytował się Kuźmiński. – Skąd macie tę broń i nielegalną komunistyczną banderę? Wydawało mi się, że wymierzonym w cesarza zamachem stanu dowodzi marszałek Ostrowiecki, a przecież ten człowiek jest znany ze swojego chorobliwego antykomunizmu.

– Ostrowiecki należy do przeszłości, bandera jest już legalna, a uzbrojenie dostaliśmy w Aerodromie Trójcy Świętej, który odbili nasi bracia. Rany, ludzie, wy naprawdę musieliście przez ostatnich kilka dni przebywać w innym świecie!

– Razem z Junoną wybieramy raczej mało uczęszczane szlaki powietrzne, a śpimy pod gołym niebem jak wszyscy oszczędni kurierzy. Niby jakim cudem EPPK tak szybko zebrało swoje siły? Przecież partyzanci już dawno zostali wyparci poza Wschodnią Rubież, gdzie mogli tylko dogorywać na napromieniowanych terenach.

– Tak twierdziła propaganda – odezwał się rudowłosy mężczyzna, który towarzyszył oberbrygadierowi Nedo. – To prawda, że część walczących od lat towarzyszy musiała wycofać się daleko na wschód, jednak to wcale nie oznaczało porzucenia naszej sprawy. Epepekowska konspiracja cały czas działała w miastach, dzięki czemu szybko udało się sformować regularne powietrzne bojówki.

– To wy jesteście taką bojówką, co? – Kuźmiński spojrzał krytycznie na rudowłosego.

– Świeżo sformowaną, lecz już mogącą się poszczycić pierwszymi sukcesami! Wyparliśmy stąd większość lojalistów, a te niedobitki, które jeszcze się bronią, wkrótce również będą musiały uciekać albo się poddać.

– Nie obawiacie się, że Cesarskie Siły Podniebne niedługo zbiorą się do kupy i wzmocnione posiłkami z aerodromów na południu podejmą kontratak na wasze pozycje?

– Nie działamy w pojedynkę, panie kurier – roześmiał się Nedo. – Cały czas wspierają nas towarzysze ze Zjednoczonej Europejskiej Konfederacji Pracy. Dostaliśmy cynk, że w ciągu najbliższej doby otoczą Warszawę powietrznym kordonem, przez który nie przedrą się żadni pieprzeni lojaliści.

– A co z cesarzem? – Wieczorek zmarszczył czoło. – Jesteście pewni, że skurwiel już dał dyla ze stolicy?

– Jeśli ruszył na północ, to być może wpadnie na formacje ZEKP, a gdyby jednak został w Warszawie, to my go dopadniemy.

– Jak długo jeszcze będziemy musieli się tutaj kisić? – Svetezor warknął na swojego oberbrygadiera. – Larionimo mówił, żebyśmy sprawdzili tych intruzów najszybciej jak to tylko możliwe i natychmiast do niego wracali. Kończ te pogaduszki!

– Nie wiem, czy jest sens przetrzepywać wam bagaże – stwierdził Nedo. – Naprawdę, nie wydaje mi się, żebyście parali się dywersją albo posiadali cokolwiek, co mogłoby zostać uznane za ważne dla EPPK.

– Nie znasz się na ludziach, przyjacielu – odrzekł serdecznie Wieczorek. – Tak się składa, że mam przesyłkę dla waszego towarzysza, Wolfganga Brauna.

– Od kogo?

– Wręczył mi ją oberbrygadier Józef Strechaj, kiedy tylko mu wspomniałem, że wybieram się do Warszawy.

– Daj mi kopertę, a osobiście przekażę ją Braunowi.

Wieczorek bez większych oporów spełnił prośbę Nedo. Co prawda Strechaj nalegał, żeby list został dostarczony bezpośrednio do rąk odbiorcy, jednakże staremu znajomemu wstyd było nie okazać zaufania.

– Możemy teraz odlecieć? – spytał Kuźmiński. – Nie będzie problemu z przedostaniem się stąd na Żoliborz?

– A nie zamierzacie nam pomóc? – Nedo pokręcił głową z niedowierzaniem. – Jeżeli nie, to w takim razie odeskortujemy was do bezpiecznej strefy.

– Warto byłoby pomyśleć o odnowieniu kontaktów – powiedział Wieczorek. – Kupiłeś sobie wreszcie elektrohend?

– Pewien ekskluzywny sklep zaledwie wczoraj świętował wizytę swojego stutysięcznego klienta, którym okazała się moja skromna osoba – rzekł prześmiewczo Nedo. – Otrzymałem parę ciekawych drobiazgów całkowicie za friko.

Kuźmiński odburknął coś z niesmakiem, lecz zrobił to tak cicho, iż ani jeden ze stojących przy Junonie mężczyzn go nie usłyszał.

– W drogę! – zawołał Wieczorek, machając na pożegnanie Nedo, który razem z towarzyszami ruszył z powrotem w stronę Svetezora.

Minutę później obydwa smoki ponownie znalazły się nad Warszawą. Junona leciała kilkanaście metrów przed nieufnym Vukatalem, który ani na moment nie zamierzał spuścić jej z oczu.

– Tutaj oberbrygadier Nedo, odbiór! – rozbrzmiał głos w słuchawce Kuźmińskiego. – Obierzcie kurs na północny wschód i pod żadnym pozorem z niego nie schodźcie. Rozstaniemy się za Platformą Cat-Mackiewicza.

– Przyjąłem – potwierdził kurier.

Platforma Cat-Mackiewicza była najbardziej wysuniętym na północ obszarem Górnej Warszawy i pełniła funkcję punktu kontrolnego przeznaczonego dla wszystkich smoków, których oberbrygadierzy musieli, w obecności policyjnych inspektorów lub funkcjonariuszy Agencji Pinkertona, potwierdzić swoje uprawnienia do przelotów w obrębie powietrznego miasta.

– Uch… – Skrzywił się Kuźmiński, gdy do jego nozdrzy dotarł odór spalenizny. – Co się tam, u diabła, tak fajczy?

Unosząca się znad Placu Centralnego chmura gęstego dymu zdążyła już zasnuć pół Dolnej Warszawy.

– Podaj mi lornetkę! – poprosił swojego kuzyna Wieczorek.

Otrzymawszy pożądany przedmiot, mężczyzna spojrzał na Plac Centralny, na którym wzniesiono największy rzymskokatolicki kościół w Cesarstwie Polskim – Bazylikę Najświętszej Marii Panny Odkupicielki.

– Kurczę! – zachichotał złośliwie Wieczorek. – Kumple Nedo jednak postarali się o porządne fajerwerki.

– Co ty wygadujesz? – spytał Kuźmiński.

– Bazylika i pół Placu Centralnego idą równo z dymem! – Wieczorek oddał kuzynowi lornetkę. – Przekonaj się na własne oczy!

Fasada Bazyliki zamieniła się w kupę gruzów, a wszystkie nawy ogarnął pożar. Wokół Placu Centralnego latało kilkanaście walczących ze sobą smoków. Powietrzna bitwa rozgorzała na dobre, a Kuźmiński miał nadzieję, że przemkną obok niej niezauważeni.

 

***

 

W lokum Kuźmińskiego panowały warunki typowe dla mieszkań niezamożnych warszawiaków. Wszystkie wygody musiała zapewnić jedna izba, do której gospodarz wstawił zarówno meble kuchenne, jak i sypialniane. Wyposażenie było jednak kiepskiej jakości, a szarobure ściany w niektórych miejscach porastał grzyb. Brakowało również łazienki, którą musiał zastąpić współdzielony ze śpiącymi na podwórzu smokami dół kloaczny wykopany za budynkiem oraz rozklekotana pompa przy bramie. Jedynym cennym przedmiotem w skromnym mieszkanku był holowizor.

– Nie będę ci przeszkadzał? – zapytał Wieczorek, patrząc, jak Junona bez skrępowania zagląda do środka przez otwarte okno, aby obwąchać blat kuchenny.

– Spokojnie! – Kuźmiński wyciągnął z szafki czajnik, aby zagotować wodę na herbatę. – Zawsze będziesz dla mnie miłym gościem. Powiedz lepiej, kuzynie, czy przelali ci na konto wypłatę za ostatnie zlecenie? Przydałaby się nam z Junoną mała pożyczka.

– Sądzę, że jakoś się dogadamy. – Zaśmiał się pobłażliwie Wieczorek. – Tylko przyznaj, że wydałeś na ten holowizor więcej, niż zakładałeś.

– Właściciel podniósł niedawno czynsz – odparł zdegustowany Kuźmiński. – Poza tym nie zdziwiłbym się, gdyby przez tę aferę w kraju poszły w górę ceny zwierząt i nie mielibyśmy z Junoną co do pyska włożyć. Jeśli masz kilka cyfrozłotych na zbyciu, to chętnie zdradzę ci tajemnicę, gdzie można najtaniej w Warszawie zakupić uczkiera.

– Koniecznie musisz mu o tym mówić?! – zapiszczała Junona. – Przecież tamten sprzedawca nie ma ich wcale tak dużo.

– Och, nie bądź taką egoistką! – Kurier zganił swoją smoczycę. – Gwarantuję ci, że dla nas nie zabraknie.

– Dobrze – burknęła Junona nie do końca przekonana słowami Kuźmińskiego. – Możemy teraz pooglądać holowizor?

Kurier włączył urządzenie pilotem, lecz okazało się, że nie działa żaden program. W takiej sytuacji jedyną rozrywką pozostawała rozmowa przy herbacie.

– Mam wrażenie, że budynek jest pusty – powiedział Wieczorek, biorąc ostrożnie kubek z gorącym napojem. – Cicho tutaj jak makiem zasiał.

– Zaczekajcie – poprosił Kuźmiński, po czym podniósł się z dziurawej kanapy. – Sprawdzę, czy sąsiedzi są w swoich izbach.

Wieczorek odprowadził wzrokiem wychodzącego na zewnątrz kuzyna, a następnie wyjrzał przez okno na brudne podwórze, po którym wiatr roznosił zalegające od wielu dni śmieci. Nigdzie nie bawiło się ani jedno dziecko, ani nie odpoczywał żaden smok.

– Pusto – oznajmił Kuźmiński, powracając do swojego lokum. – Pukałem do każdych drzwi. Nawet u Orosza nikogo nie ma, a to bardzo dziwne, bo ten stary dziadyga nigdzie nigdy nie wychodzi.

– Może lepiej byłoby opuścić miasto? – zaproponowała nieśmiało Junona.

– To nie jest głupi pomysł – rzekł Wieczorek. – Cholera wie, kto niedługo może tutaj wpaść, kuzynie.

Kuźmiński już zamierzał przyznać swojemu krewnemu rację, gdy wtem ze stojącego na kuchennym stole radia dobiegła podniosła, rewolucyjna muzyka.

– Mieszkańcy Cesarstwa Polskiego! – przemówił ochrypły, niewyraźny głos. – Ostatnie dni wypełnione były strachem i niepewnością, ale dzisiaj nie ma już żadnych wątpliwości… hszzz… – transmisję zaczęła przerywać seria szumów, przez które dało się z niej usłyszeć tylko wyrywki. – Cesarz stracił władzę, a nieliczne wierne mu jeszcze siły składają broń albo uciekają w stronę granicy… EPPK i ZEKP dominują już prawie we wszystkich regionach… Zdecydowano o powołaniu Tymczasowego Dyrektoriatu, który zastąpi Rząd Cesarski… Hszzz… Wolne wybory parlamentarne są kwestią… Hszzz…

– Spróbuję podregulować ten szmelc – powiedział Wieczorek, kładąc dłoń na gałce trzeszczącego urządzenia.

– Wątpię, czy cokolwiek zwojujesz – odparł sceptycznie Kuźmiński. – Zakłócenia są na pewno od nich.

– …na mocy amnestii wszyscy więzieni za przekonania zostaną wypuszczeni z obozów karnych. Drugą decyzją Tymczasowego Dyrektoriatu jest natychmiastowe zamrożenie czynszów oraz wstrzymanie zwol…

– Teraz powinno być dobrze – rzekł Wieczorek, skończywszy regulowanie odbiornika.

– Naszymi celami: wolność, równość, sprawiedliwość! – Spiker zdawał się kończyć przemowę. – Wierzymy, że wszyscy, wedle własnych możliwości, zrobią, co tylko się da, abyśmy mogli jak najszybciej zacząć nowe, lepsze życie.

Przemówienie zakończyła melodia jakiejś wzniosłej pieśni, która zarówno Kuźmińskiemu, jak i Wieczorkowi wydała się dziwnie znajoma, ale żaden z nich nie potrafił przypomnieć sobie ani jednego jej słowa.

Koniec

Komentarze

Proponuję zamieścić całość, fragmenty nie cieszą się tu powodzeniem.

Znam tylko pięć liter ;)

Nie jestem pewien, czy całość się tutaj zmieści. Rozmiar plików możliwych do załadowania zapewne jest ograniczony.

Całości powyżej 80k też nie cieszą się wzięciem. I w ogóle nie wiem, jak administracja portalu zapatruje się na takie wrzucanie kawałka i linku do całości. Sugerowałabym wrzucić jakąś zamkniętą całość, na “reklamę” powieści będzie czas, kiedy użytkownicy poznają Cię jako autora opowiadań.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jestem właśnie w trakcie pisania opowiadania, ale z akcją umiejscowioną w uniwersum tej powieści.

Z uniwersum problemu nie ma, byle opowiadanie było fabularnie i światotwórczo zrozumiałe. Kilka osób (w tym ja) pisze głównie w konkretnym uniwersum, więc to jest ok na portalu.

 

Chwytaj bardzo przydatny portalowy poradnik survivalowo-savoir vivre’owy:

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Choć to prolog, miałam wrażenie, że zostałam wrzucona w sam środek jakichś zamieszek, w wyniku których nastąpiła zmiana władzy. Dowiedziałam się też, że w tym świecie ludzie latają na smokach.

Przykro mi, ale raczej nie jestem zainteresowana dalszym ciągiem tej opowieści.

 

– Ju­no­na! – ku­rier przy­wo­łał sa­micz­kę… –> – Ju­no­na! – Ku­rier przy­wo­łał sa­micz­kę

Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Kuź­miń­ski za­pa­lił nie­wiel­ką lampę przy­cze­pio­ną do smo­czej uprzę­ży, po czym zajął w niej miej­sce, przy­pi­na­jąc się pasem z ka­ra­biń­czy­ka­mi. –> Czy dobrze rozumiem, że Kuźmiński zajął miejsce w lampie?

 

im dalej na wschód, tym cię­żej o naj­śwież­sze wie­ści… –> …im dalej na wschód, tym trudniej o naj­śwież­sze wie­ści

 

rze­ka­mi, przez które cięż­ko było zna­leźć prze­pra­wę. –> …rze­ka­mi, przez które trudno/ niełatwo było zna­leźć prze­pra­wę.

 

– Para Vu­ka­ta­li w to­wa­rzy­stwie Moh­to­ta – za­ci­snął palce na lor­net­ce ku­rier. –> Raczej: – Para Vu­ka­ta­li w to­wa­rzy­stwie Moh­to­ta.Kurier za­ci­snął palce na lor­net­ce.

 

Czy po­win­ni­śmy stąd od­le­cieć?

Nie tak pręd­ko. Co praw­da nie wy­glą­da­cie mi na dy­wer­san­tów, ale do­sta­łem jasny roz­kaz, żeby spraw­dzać każ­de­go, kto nie po­wi­nien się tutaj zna­leźć. Lą­duj­cie w Parku Ła­zien­kow­skim. Kuź­miń­ski wydał swo­jej smo­czy­cy po­le­ce­nie skie­ro­wa­nia się na za­chód… –> Zły zapis. Brakuje półpauz, rozpoczynających wypowiedzi. Powinno być:

Czy po­win­ni­śmy stąd od­le­cieć?

Nie tak pręd­ko. Co praw­da nie wy­glą­da­cie mi na dy­wer­san­tów, ale do­sta­łem jasny roz­kaz, żeby spraw­dzać każ­de­go, kto nie po­wi­nien się tutaj zna­leźć. Lą­duj­cie w Parku Ła­zien­kow­skim.

Kuź­miń­ski wydał swo­jej smo­czy­cy po­le­ce­nie skie­ro­wa­nia się na za­chód

 

Vu­ka­ta­le za­li­cza­ły się do naj­cięż­szej klasy smo­czych ras. –> Czy ciężkie były klasy, czy smoki?

Proponuję: Vu­ka­ta­le za­li­cza­ły się do  klasy najcięższych smo­czych ras.

 

Wszyst­kie wy­go­dy mu­sia­ła za­pew­nić po­je­dyn­cza izba… –> Czy bywają podwójne izby?

Może wystarczy: Wszyst­kie wy­go­dy mu­sia­ła za­pew­nić jedna izba…

 

Kuź­miń­ski wy­cią­gnął z szaf­ki czaj­nik, aby za­pa­rzyć wodę na her­ba­tę. –> Wody się nie zaparza. Pewnie miało być: …aby zagotować wodę na her­ba­tę. Lub: …aby zagotować wodę i zaparzyć her­ba­tę.

 

żaden z nich nie po­tra­fił przy­po­mnieć ani jed­ne­go jej słowa. –> Chyba miało być: …żaden z nich nie po­tra­fił przy­po­mnieć sobie ani jed­ne­go jej słowa.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za porady. Jaka jest twoja ogólna ocena techniczna tekstu?

Hm, wspomniałaś, że brakuje w jednym miejscu półpauz. Faktycznie, chociaż zżarło je przy wrzucaniu tekstu na portal. Sprawdziłem w pliku tekstowym i wszystkie są tam, gdzie powinny.

Piotrze, tekst jest napisany nie najgorzej, choć pewne zdania sformułowałbym nieco inaczej, ale skoro nie zauważyłam usterek, nie ruszałam ich – to w końcu Twoje opowiadanie, nie moje.

Czytało się nieźle, a pewnie mogło być lepiej, gdybym nie została zarzucona i przytłoczona zbyt wieloma informacjami, nazwami czy skrótami – niewiele z nich zostanie mi w pamięci, a tak po prawdzie, to już ich nie pamiętam.

Od prologu oczekuję, że mnie zaintryguje, zaciekawi i sprawi, że zechcę czytać dalej. Że bohaterowie okażą się tak zajmujący, że będą chciała z wypiekami śledzić ich losy. Po lekturze Twojego prologu takie chęci mnie nie naszły.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeszcze raz dzięki za zainteresowanie. Wszystko mi się przyda w przyszłości. Może skusisz się na opowiadanie, które za jakiś czas tutaj trafi? Co prawda jest ono osadzone w tym samym uniwersum, ale pojawia się w nim mniej bohaterów, fabuła jest bardziej skondensowana, a całość będzie krótsza.

 

Czasem obawiam się zostać uznanym za autora-nudziarza, ale drugiej strony lubię, gdy informacji jest sporo, bo wtedy czytelnik dostaje najlepszy – w moim mniemaniu – obraz świata literackiego.

Może skusisz się na opowiadanie, które za jakiś czas tutaj trafi?

Pewnie tak, bo staram się czytać wszystkie opowiadania

 

…lubię, gdy informacji jest sporo, bo wtedy czytelnik dostaje najlepszy – w moim mniemaniu – obraz świata literackiego.

Zważ jednak, że są i tacy czytelnicy, którzy lubią korzystać z własnej wyobraźnie i wykładanie kawy na ławę nie zawsze im odpowiada. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Piotrze, po pobieżnym przejrzeniu tekstu zasadniczo zgadzam się z Reg. Ale ponieważ jestem althistory nazi, to dodam coś od siebie: z prologu chciałabym dowiedzieć się choćby jakiegoś minimum odnośnie alternatywnej historii i alternatywych realiów. Nie chodzi, brońcie bogowie!, o infodump i prolog, w którym wszystko po kolei wyjaśniasz. Ale Cesarstwo Polskie? Skąd ono się wzięło, kiedy, jak? Dlaczego jacyś obszarnicy? Kiedy była wojna nuklearna? Powtarzam: nie chodzi o to, żebyś wrzucił akapit, w którym to wszystko umieścisz, ale żeby można było czegokolwiek się domyślić z rozmów albo narracji. Zwłaszcza że nie tworzysz prostej altenatywy w rodzaju w rodzaju Hitler wygrał wojnę lub zupełnie inaczej: II RP trwa dalej, bo nie było II wojny (to zresztą tylko pozornie łatwa sprawa, każda althistoria to pole minowe), ale całkowicie odmienną rzeczywistość, którą trudno powiązać z jakimś punktem rozejścia się historii.

Nawiasem mówiąc, smoki trochę jak u Naomi Novik, tyle że realia inne, no i u niej jednak ciekawiej wymyślone.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hm, rozumiem. Dzięki za uwagi. Pamiętam o tych wszystkich kwestiach i mam nadzieję za jakiś czas je wyjaśnić, ale to raczej w oddzielnym opowiadaniu, które będzie miała formę wspomnień spisywanych przez ocalałych z wojny atomowej oraz tych żyjących już jakiś czas po niej. Teraz zresztą zamierzam skupić się na krótszych formach. Przynajmniej przez jakiś czas.

 

Trafne spostrzeżenie z tym podobieństwem. Bardzo trafne, aczkolwiek to nowe uniwersum. Starałem się eksperymentować, mieszając smocze fantasy z postapo, czy raczej już światem postpostapo, bo po czterystu latach można chyba zbudować coś trwalszego niż wioskę a la Mad Max. W każdym razie zachęcam do obserwacji mnie. Może opowiadania bardziej Cię przekonają do tego świata.

Może dla tego że urodziłem się w PRL to jakoś w tą równość w wykonaniu EPPK jakoś nie wierzę. Smocze klimaty w stylu Noami Novik, ale tam smoki były większe.

 

 

Nowa Fantastyka