- Opowiadanie: Morgoth - Rude dziewczyny strzelają najcelniej

Rude dziewczyny strzelają najcelniej

Witam. Pra­gnę przed­sta­wić wam moją pracę na kon­kurs “Mi­to­lo­gie ina­czej”. Na bo­ha­ter­kę wy­bra­łem sobie Gi­new­rę. Nie­ste­ty prze­kro­czy­łem nieco limit, więc do­sta­nę ujem­ne punk­ty, ale po pro­stu na tę chwi­lę nie wiem, co wy­ciąć. Tak czy siak, baw­cie się do­brze.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

NoWhereMan

Oceny

Rude dziewczyny strzelają najcelniej

Wokoło rozciągały się tylko ogrodzone siatką farmy i stare kapliczki. Gdzieniegdzie pasły się stada baranów, czasem z ziemi wyrastały kikuty połamanych drzewek. Raz na jakiś czas przewijali się też ludzie bez wyjątku patrzący na nią spode łba, jeden odważył się nawet splunąć. Ale przynajmniej słonko miło grzało.

Zwolniła samochód koło przydrożnego sklepu, jedynego na jaki natrafiła, odkąd zjechała z głównej drogi koło Aberdaron i trafiła na to odludzie. Zaparkowała obok zardzewiałego auta towarowego, otaksowała wzrokiem karoserię, przygryzła wargę. Chciała już wysiadać, ale postanowiła jeszcze przejrzeć się w lusterku. Wszystko było w należytym porządku; blond włosy, ładne, niebieskie oczy, pełne usta, żadnej zmarszczki… W połączeniu z ciężkimi glanami, czarną koszulką Porthmadog FC i nałożoną na nią skórzaną kurtką prezentowała się naprawdę nieźle. Wyszła z auta i wkroczyła do sklepu.

Znudzona kasjerka czytała w kącie gazetę, jakiś mężczyzna z czapką Flint Town wrogo zerknął na jej koszulkę znad puszki fasoli, zaś czarnowłosy facet w bluzie z kapturem, kryjąc się za półką, próbował zwędzić kilka konserw i batoników. Ruszyła w jego stronę.

– Jedni napadają na banki, inni zwijają słodycze w sklepach – szepnęła, a mężczyzna wzdrygnął się i natychmiast odrzucił batoniki na półkę. Dwa spadły na ziemię. – Ale nawet ci ostatni zazwyczaj robią to sprytniej. I ciszej.

Zaśmiała się, a twarz faceta pokryła się lekkim rumieńcem. Odpowiedział jednak bez zająknięcia. Głos miał ciepły, miły dla ucha.

– Jeszcze innym brakuje na waciki – parsknął. – A nawet jakby je mieli, to maczaliby w wodzie i jedli, bo porządny obiad to szczyt marzeń. Ja naturalnie się do nich nie zaliczam. Bo ja nic nie kradłem.

– Na szczęście. Jesteś jedynym gościem w promieniu pięciu mil, który nie wygląda jakby baran narobił mu na buty. Szkoda byłoby, gdybyś okazał się kryminalistą.

– Bez znaczenia. Komenda leży daleko, a tu nie ma zasięgu. – Mężczyzna skrzywił się. – Mogłabyś wydzwaniać pół dnia, a ja spokojnie dokończyłbym swoje. Wiem, bo próbowałem zadzwonić do kumpla, żeby mnie przenocował. Tyle, że… Ja tu ci się zwierzam, a nawet nie wiem, jak się nazywasz.

– Sabrina – odparła z miłym uśmiechem kobieta. – A jak wołają podbieracza batoników?

– Allen. Nick Allen.

– Ładnie. Tak się składa, Nick, że potrzebuję pomocy, a ty wyglądasz na bardzo dobrego człowieka. Przy okazji ja mogłabym wspomóc ciebie.

Allen zmarszczył brwi, zbliżył się nieco do Sabriny.

– Zamieniam się w słuch.

– Coś mi się spaprało w samochodzie, nie chce ruszyć, a do tego cuchnie. Nie mam pojęcia co się dzieje, do tego szkoda paznokci. – Sabrina parsknęła. – Może wspomożesz damę w potrzebie?

– Z wielką przyjemnością. Gdzie masz wóz?

– Przed sklepem. Chodź. A przy okazji możesz mi wziąć Twixa, dzielny rycerzu.

Odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia. Nie musiała patrzeć, by wiedzieć, że po ostatnich słowach zrzedła Nickowi mina.

Wyszli na zewnątrz, pokazała Allenowi auto. Gdy zaglądał do środka, wykonała gest. Powietrze jakby lekko zafalowało, a Nick…

– Cholera – wymamrotał. – Rzeczywiście śmierdzi. Nie jestem mechanikiem, ale i tak wiem, że to sprzęgło… Przepalone. Lepiej jedź z tym do znawcy… – Pochylił się, zaczął majstrować. – O, i tu coś jeszcze… Psiakrew… Swoją drogą co cię tu sprowadza?

– Jadę do motelu moich rodziców. Pojechali na wakacje, więc ktoś musi się tym zająć. Budynek stoi niedaleko. Jedziesz prosto, na New Church, a na skrzyżowaniu w prawo. I tu przechodzimy do mojej propozycji. Nie chciałbyś, Nick, przespać się w ładnym miejscu? Przy okazji będzie obiad, lepszy niż maczane w wodzie waciki.

Allen wyprostował się, zmarszczył czoło. Sabrina patrzyła na niego, przygryzając wargę. Jednocześnie prawą dłonią kręciła kosmykiem włosów.

– Dziwna hojność – powiedział ostrożnie Nick. – Rzadko spotykana u tutejszych.

Sabrina zrobiła krok w jego stronę, położyła mu dłoń na piersi. Pachniał piwskiem, popcornem i olejem napędowym.

– Nie jestem zwyczajną tutejszą – szepnęła mu do ucha. – A hotel jest bardzo, bardzo duży. Będzie mi w nim smutno, tak bez towarzystwa.

Nick przez chwilę milczał, zastanawiał się. Sabrina wręcz czuła tę analizę; z jednej strony przespać się po raz pierwszy od tygodnia na czymś innym niż siedzenia wozu, z drugiej, podejrzana nieznajoma oferująca luksusy niemal za nic i to jeszcze z tym dwuznacznym uśmieszkiem…

– To głupie. – Allen pokręcił głową. – Gdzie jest haczyk? Na końcu każesz mi zapłacić? Znam takie jak ty, nic za darmo…

– Niesamowite jak szybko z miłej gadki przeszedłeś do obrażania mnie. – Głos Sabriny stał się lodowaty. – Wracaj do swoich wacików, Allen, sama sobie poradzę z wozem.

Chciała go minąć, ale zatrzymał ją, minę miał naprawdę zakłopotaną.

– Zaczekaj, trochę mnie poniosło… – powiedział. – Zrozum, tutejsza podejrzliwość. Cenię gest i w sumie… Niegrzecznie byłoby odmówić. Ale dopiero wieczorem. Muszę przewieźć towar do Uwchmynydd.

– Też mam parę spraw do załatwienia. Wpadnij o siedemnastej. Tylko bądź punktualny, Allen. Nie cierpię spóźnialskich.

Mroźny ton zniknął momentalnie. Nick pokiwał głową i wrócił do naprawiania. Szło mu dosyć topornie, więc Sabrina znów wykonała gest.

– O, chyba to mam… – wyjąkał Allen. – Dobra, spróbuj odpalić.

Naturalnie, silnik zadziałał bez zarzutu.

 

 

Nick Allen stanął o umówionej godzinie przed wejściem do hotelu. Zmierzył fasadę ponurym wzrokiem, spojrzał na szyld, skrzywił się. Sabrina wygięła wargi w mściwym uśmiechu. Stała przy oknie na czwartym piętrze. Padał deszcz, przybysz nie miał szans jej dostrzec.

Allen wszedł do środka, a ona nacisnęła przycisk w szufladzie jednej z komód i otworzyła przejście. Ruszyła ciemnym korytarzem prosto, a potem wąskimi schodkami w dół. Wkrótce obserwowała hol przez niewielki otwór tuż obok wazonu z kwiatami.

Nick zostawił płaszcz na wieszaku, dopiero teraz zauważyła, że krył pod nim bukiecik niezapominajek. Słodko, jak u Tristana i Izoldy. Sabrinie szkoda było Tristana.

Allen przywitał się z podstarzałym portierem, powiedział coś cicho. Portier wskazał mu schody, a potem dał kluczyki do pokoju 45. Sabrina zerknęła na zegar zawieszony nad wyjściem. Pięć po piątej. Wkrótce przybędą następni.

 

 

Nick siedział na łóżku, rozglądał się dookoła. Ciągle go obserwowała, miała Judasze zamontowane w ścianach niemal każdego pomieszczenia.

W pokoju unosił się ledwo wyczuwalny zapach jabłek. Chciała rozbudzić wspomnienia. Chyba się udało, bo mężczyzna wiercił się niemiłosiernie, aż zaczął krążyć w kółko po pokoju.

Za pięć minut wszystko miało się rozstrzygnąć.

– Drugi już idzie – szepnął za jej plecami portier. – Trzeciego wysłałem na schody.

Sabrina wzdrygnęła się, ale pokiwała głową.

– Jak zaklęcie? – spytała.

– Nie jestem w tym zbyt biegły – mruknął portier. – Ale powinno być w porządku. Długo nad tym siedziałem. Prawie tak długo jak nad twoją iluzją i czarem zagłuszającym dźwięki. Nie będziesz rozczarowana.

– Działa – szepnęła Sabrina. – Patrz.

Allen w pewnym momencie zatrzymał się, zmarszczył czoło w konsternacji. Potem zatoczył się w stronę łóżka, siadł ciężko… I wtedy drzwi do pokoju otworzyły się, a do środka wparował niższy, ale równie szeroki w barach facet w skórzanej kurtce. Czarne włosy opadały mu tłustymi kosmykami na czoło, brzuch miał jak pijaczek po pięciu latach praktyki, a brodę zaniedbaną, jakby urwał się z prosto z rynsztoka.

– Mamy to! – syknęła z satysfakcją Sabrina.

Przybysz stanął jak wryty, Nick natychmiast podniósł się z łóżka. Przez chwilę mierzyli się zdumionymi spojrzeniami.

– Ty… – wyjąkał Allen. – Ty przeklęty, szatański pomiocie!

– Skąd ty tu… – Przybysz wyglądał jakby miał zaraz wyjść z siebie. Najpierw pobladł okropnie, potem zrobił się cały czerwony. – Skąd ty się tu wziąłeś, gnoju?!

– O szlag, co jest… – W progu stanął trzeci mężczyzna. Młodszy, blondwłosy o niebieskich oczach i bystrym spojrzeniu. Ale bystrość ta niewiele mu dała, bo wyglądał na równie skonfundowanego jak reszta. – Co wy tu robicie, do jasnej cholery? Co tu jest grane…

– Nie wiem co jest grane – oznajmił złowrogo gruby. Zdecydowanym ruchem podciągnął rękaw kurtki. – Nie obchodzi mnie to. Ale jestem pewien, że nie wyjdziecie stąd żywi…

Ostatni z przybyłych zamknął drzwi. Nick Allen przez chwilę się wahał, ale ruszył w stronę grubego. Blondyn, wyglądał na niezdecydowanego, więc odsunął się pod ścianę.

– Wypruję ci flaki, Arturze – ostrzegł Allen. – A potem każę ci je zeżreć. Wepchnę ci je do gardła i…

Nagle stanął jak wryty, zaledwie krok od grubego.

– Co jest… – stęknął. – Nie mogę… Nie mogę się ruszyć…

Artur też spróbował, ledwo zdołał unieść stopę. Blondyn tylko patrzył oniemiały.

– Teraz – syknęła Sabrina.

Portier wykonał skomplikowany gest i przestał być portierem. Stał się niezbyt przystojnym, ale zdecydowanie młodszym chłopakiem o długich, sięgających ramion włosach i ciemnych oczach. Ona sama też się zmieniła. Przybyło jej nieco zmarszczek, zaś włosy najpierw pociemniały, a potem stały się krwistoczerwone. Usta straciły na kształcie, piersi nieco obwisły, oczy zzieleniały. Jedynie strój i determinacja pozostały takie same.

Otworzyła przejście i dumnie wkroczyła do pokoju.

– O mój Boże… – wystękał król Artur. – Nie, nie, nie… Tylko nie ty, tylko nie ty…

– Ginewra? – Allen wyglądał, jakby miał się zapaść pod ziemię. – Ginewra, ja…

Blondyn chciał coś wystękać, ale ruda przerwała mu gestem.

– Ty już swojej cegiełki nie dokładaj, Galahadzie – rzekła. – Daliście wystarczająco dosadnie znać, że jesteście zdziwieni.

Na chwilę zapadło milczenie.

– Smutno mi jednak, że nie przywitacie mojego przyjaciela i współpracownika – powiedziała kobieta.

– Nie witam się ze zdrajcami i sprzedawczykami – warknął Artur. Spróbował splunąć, ale ledwo był w stanie poruszać ustami.

– Mnie też miło cię widzieć, ojcze – oznajmił ze sztucznym uśmiechem Mordred. – Co prawda okoliczności są niesprzyjające, przynajmniej dla ciebie, ale spotkanie rodzinne zawsze cieszy. Zwłaszcza po tak długiej rozłące.

– Hotel Avalon – stęknął Nick. – Przeczuwałem, że coś jest nie tak. Gdyby nie Wyspa Bardsey…

– Wielka atrakcja turystyczna. – Ginewra stanęła tuż obok niego, oparła mu się na ramieniu. – Wyspa, na której pochowano legendarnego Artura… Avalonów w okolicy jak grzybów po deszczu. Lecz myślę, że powinniśmy już kończyć…

– Dziwka – syknął Artur. – Cholerna zdrajczyni! Powinnaś była zgnić na Avalonie…

– Ja? – Ginewra udała zdziwienie. Błyskawicznie znalazła się tuż przed królem, chwyciła go brutalnie za podbródek, by spojrzał jej w oczy. A nie były to zaiste łagodne oczęta. – Ja miałam zgnić? To ty powinieneś był sczeznąć setki lat temu, łapserdaku! Twoje kości powinny były zamienić się w pył! Po tym co próbowałeś mi zrobić…

Omotała wszystkich gniewnym spojrzeniem. Mordred wycofał się pod ścianę.

– Cała wasza paskudna banda stanowi tylko wrzód na społeczeństwie – warknęła Ginewra, a jej głos był bardziej jadowity niż węże, które pokąsały legendarnego Ragnara. – Chce mi się rzygać na sam wasz widok! Rycerze! Pieprzeni jeźdźcy na białych koniach! Zdrajcy, nie rycerze! Łapserdaki, sprzedawczyki, zasrani pijacy, zbrodniarze i najemnicy! Wróciliście z Avalonu po setkach lat i co? Jak was odnalazłam? Gnijecie w tym przeklętym miejscu, bezrobotny pijak, transporter za dwa pensy i kelner w taniej spelunie… Każdy biedny, każdy z przeżartym od taniej wódy mózgiem, bo jak inaczej wyjaśnić, że w ogóle zgodziliście się tu przyjść? – Kobieta zaśmiała się. – Przeżyliście, ale drugi raz wam się to nie uda. Już ja o to zadbam! Wróciliście, aby zdechnąć z mojej ręki!

– Ginewro – wtrącił Mordred. – Szkoda emocji na tych żałosnych…

– Zamknij się! – syknęła Ginewra, a potem zamilkła i przymknęła oczy. Oddychała głęboko. – Tak – mruknęła. – Spokój. Spokój jest istotny. Niech wiedzą, za co płacą… Artur, potężny król Celtów – zadrwiła. – Zwykły pijus, korzystający z każdej okazji by wychędożyć dziewkę w byle jakiej karczmie. Nawet nie wiesz, ile się przez ciebie wycierpiałam. – Jej głos drżał z gniewu. – Za każdym razem, gdy odwiedzałeś mnie w łożu miałam ochotę wbić ci nóż w to parszywe oko, zmazać ten pijacki uśmiech…

– Dlatego wskoczyłaś Lancelotowi do łóżka, dziwko? – przerwał jej Artur, wskazując na Nicka Allena.

Trzask. Król zajęczał, na policzku pojawił mu się czerwony odcisk.

– Mam ochotę zedrzeć z ciebie pasy – rzekła lodowato Ginewra. – Mam ochotę spalić cię na stosie, tak jak ty chciałeś spalić mnie. Ale nie bądźmy barbarzyńcami…

Odwróciła się, spojrzała na Lancelota.

– Ty nie jesteś lepszy – oznajmiła. – Tyle przysiąg, tyle nadziei. Ten lepszy Artur albo raczej człowiek, którym powinien być Artur. – Westchnęła, pokręciła głową. – Puste obietnice. Zwykły pijak, a do tego zdrajca.

– Uratowałem cię… – jęknął Lancelot. – Uratowałem cię przed nim! Przybyłem wraz z Galahadem, niemal wyrwałem cię z płomieni…

– By potem porzucić jak zużytą zabawkę. By porzucić upokorzoną i bez środków do życia. Zhańbioną kobietę, której nikt nie chciał przygarnąć. Ale tak było ci rzecz jasna wygodniej, rycerzu bez skazy i zmazy. Mogłeś się mnie wyrzec, uciec przed światem, udawać, że wszystko jest w porządku i że pokutujesz za swoje winy. Tchórzliwa, parszywa świnia! Gdyby nie Mordred… – Ginewra spojrzała czule na wspólnika. – Gdyby nie on, nie dałabym rady. Gdy mnie porwał, miałam go za kolejnego łajdaka, synka tatusia, ale okazało się, że prawda jest o niebo przyjemniejsza. Naprawdę wątpię, Arturze, żeby to był twój potomek. Jest coś warty i nie pije ciągle na umór. A wracając do ciebie, dzielny Lancelocie… Nic cię nie usprawiedliwia. Lata spędzone Mordredem oraz w klasztorze były lepsze niż twoje najczulsze uściski i pocałunki. Dziękuję Bogu, że mnie od ciebie zabrał. Ale twojej sytuacji to zasadniczo nie zmienia…

Spojrzała na Galahada. Najmłodszy z bandy miał strach w oczach, ale dzielnie się trzymał.

– Jesteś też i ty. – Ginewra otaksowała blondyna wzrokiem. – Najszlachetniejszy – zadrwiła. – Najlepszy spośród rycerzy. Zwykły bękart, owoc zdrady Lancelota i tej kurwy, Elaine! Nic nie sprawi mi większej przyjemności niż oglądanie jak giniesz, jak powoli ulatuje z ciebie ostatnie tchnienie, oczy ci martwieją, a skóra robi się lodowato zimna… A twój kochany tatuś będzie to oglądał, słyszysz? Będzie widział, jak zdychasz! Mordred…

Jej towarzysz był gotowy. Poszedł do łazienki, po chwili wrócił z niewielką torbą wcześniej ukrytą w spółeczce kibla. Wyciągnął z niej pistolet z tłumikiem; Ginewra wolała nie chodzić z nim po hotelu. Mordred podał jej broń, zapadła martwa cisza.

– Ginewro, proszę – wyszeptał zrezygnowanym głosem Lancelot. – Zabij mnie, jeśli chcesz. Oskarż mnie o wszystko, spal żywcem, obłup ze skóry, jeśli taka twoja wola… Ale oszczędź chłopca. Zrób to na naszą dawną miłość. Jest niewinny, nic ci nie zrobił, to wszystko moja wina. Jeśli jest w tobie jeszcze choć trochę kobiety, którą pokochałem…

Ginewra spojrzała mu głęboko w oczy, wzrok miała obojętny. Raptem prychnęła, odwróciła się i nacisnęła spust. Galahad jęknął, złapał się za brzuch, spomiędzy palców popłynęła mu krew, niemal tak czerwona jak wino, które tak często i chętnie pili przy Okrągłym Stole „rycerze”.

– Nie! Nie!!! Błagam… – Lancelot zaczął się szarpać, ale czary Mordreda działały bez zarzutu. A Galahad powoli opadał na podłogę. W oczach najpierw miał strach, potem zagościła w nich pustka i obojętność.

Gdy w końcu upadł i znieruchomiał, Ginewra spojrzała z satysfakcją na Lancelota.

– Ty dziwko – wysyczał rycerz. – Ty wstrętna, obłudna szmato!

– Karma zawsze wraca, Nicku Allen – szepnęła Ginewra. – Myśl o tym w drodze do piekła.

Strzał, zaraz za nim kolejny i jeszcze jeden. Lancelot z Jeziora stęknął, padł na łóżko, przez chwilę jeszcze drżał konwulsyjnie w kałuży krwi ozdobionej błękitnymi niezapominajkami.

Został tylko jeden.

– Błagam, Ginewro, zaklinam cię na wszystkich bogów tego świata! – Łzy w oczach króla lśniły niemal tak bardzo jak pot, który wystąpił mu na czoło, a złożone w błagalnym geście ręce trzęsły się niczym galareta. – Proszę, daj mi żyć… Nie hańb więcej swojego sumienia i…

– Nie hańb sumienia? – przerwała ostro Ginewra. – Nie, kochany. Moje sumienie zostało zhańbione już dawno temu, dawniej niż ci się zdaje. Będę wznosiła toasty z Szatanem w najgorszych czeluściach Otchłani. Ale ty… Ty trafisz tam pierwszy.

– Błagam, ja wiem, że zawaliłem! Wiem, że jestem parszywcem niegodnym życia, ale daj mi jeszcze jedną szansę!

– Dostałeś ją. Razem z Mordredem planowaliśmy sprzątnąć cię pod Camlann, ale wróciłeś. Powinieneś się cieszyć…

 – Nie, nie, błagam! Ja… Aaaaaach!

Dwa strzały, jeden w stopę, drugi prosto w głowę i było po wszystkim. Przez długi moment niepodzielnie panowała cisza. Atmosfera iście pogrzebowa.

– Nieźle strzelasz jak na rudego chuderlaka – rzucił wesoło Mordred. Wziął od Ginewry broń i włożył za pasek. Masakra nie zrobiła na magu żadnego wrażenia. Była królowa nie mogła powiedzieć tego samego o sobie.

Padła na kolana i porzygała się tuż obok stygnącego trupa króla Artura.

 

 

Walijskie klify w pobliżu Aberdaron robiły piorunujące wrażenie, zwłaszcza w tak piękną, gwieździstą noc, jak ta, gdy przybyli tam, by powyrzucać ciała.

Zaparkowali tuż przy krawędzi, pośród wysokich, falujących na lekkim wietrzyku traw. Księżyc oświetlał okolicę, z ust w białych kłębach ulatywała im para, a przed sobą mieli groźną, lecz prześliczną, dziką przyrodę.

Wyciągnęli z auta pierwszy worek, sądząc po wadze, chyba z Arturem. Przyciągnęli go na skraj, odpoczęli chwilę.

– Całkiem uroczo – skomentował Morderd. Ginewra spojrzała na niego badawczo. Miał jednak rację. Klify były wysokie i majestatyczne. W dole lodowate, granatowe fale rozbijały się z hukiem o wyrastające z dna, pokryte wodorostami skały, a dalej, gdzie woda była już nieco łagodniejsza, Ginewra dostrzegała jasne punkciki gwiazd odbijające się w lśniącej połaci. Nie miała pojęcia, gdzie kończy się morze, a gdzie zaczyna firmament. Czuła się jak pod olbrzymią kopułą z czarnego szkła.

– Wrzucamy? – spytał Morderd, wyrywając ją z kontemplacji. Pokiwała głową i przełknęła ślinę. Ciągle czuła w ustach palący posmak rzygowin.

– Raz, dwa i… trzy!

Opakowane w plastikowy worek ciało poleciało ciężko na dół. Huk rozbijających się fal stłumił plusk, ale Ginewra widziała białe bałwany w miejscu, gdzie poszło na dno. Przymocowali do worka kamienie, nic nie miało prawa wypłynąć. Odetchnęła. Mimo że jej żołądek się buntował, ona nie czuła się źle. Czuła się rześko. Czuła się wolna.

Nagle zachwiała się, poleciała na Mordreda i oparła mu na piersi.

–Zawroty głowy – mruknęła, a on pokiwał głową.

Reszta poszła szybko. Dwa czarne worki zrzucone z klifu, ostatnie spojrzenie na okolicę i…

– Nie próbuj mnie nawet dotykać, Mordredzie – ostrzegła Ginewra, odwracając się powoli w stronę czarnowłosego.

Mężczyzna zbladł lekko, odskoczył o krok i zaczął gorączkowo macać pasek u spodni.

– Tego szukasz? – spytała z drwiną kobieta. W dłoni trzymała pistolet. – Jedno niefortunne potknięcie przesądziło o twoim losie. Poza tym rzadko komplementujesz przyrodę. Chyba, że jesteś nerwowy. Chyba, że planujesz coś niegodnego. Na przykład, zepchnięcie mnie z klifu.

Mordred uśmiechnął się. Był to gniewny uśmiech, ale ukazywał też pewną dozę podziwu. Spodobał się Ginewrze.

– A miało wyjść tak pięknie – mruknął syn Artura. – Trzech martwych wrogów, zemsta i żadnych świadków. Wiesz, że nigdy cię nie kochałem, prawda, rudzielcu? Miło nam się współpracowało, ale w tej grze nie ma miejsca na sentymenty.

– Zabawne – zaśmiała się gorzko Ginewra. – Pomyślałam dokładnie o tym samym.

Nacisnęła spust. Mordred padł na ziemię jak podcięty, bezdźwięcznie, błyskawicznie. Ginewra zostawiła broń w samochodzie, przyniosła linę, znalazła odpowiedni kamień. Wkrótce morze znów się zapieniło, pierścienie wody rozchodziły się we wszystkie strony.

Ginewra odetchnęła głęboko. Powietrze pachniało solą, rybami i śmiercią. Ale i tak wdychała je z radością. Skończyły się czasy bycia potulną żoną. Nadszedł moment, by stać się silną, niezależną kobietą.

Wróciła do auta, włożyła kluczyk do stacyjki. Silnik zawarczał, a ona ruszyła drogą na północ, w stronę hotelu Avalon. Czekało na nią łóżko, coś do jedzenia i kolejny, zwyczajny dzień pracy.

Musiała znaleźć nowego portiera.

Koniec

Komentarze

Oj, dobrze się bawiłam.

Ależ charakterek ma ta Ginewra. I jak się sprawy potoczyły na koniec. Fajne. 

Świetny pomysł z portierem. 

 

“Skończyły się czasy bycia potulną żoną. Nadszedł moment, by stać się silną, niezależną kobietą.”

 

Może lepiej, żeby kobiety nie brały przykładu z Ginewry. ;)

Poza tym nie lubię określenia “silna, niezależna kobieta”. Ale może to temat do dyskusji gdzie indziej.

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie!

 

 

Sara

Dziękuję za miły komentarz, Saro! Bardzo mnie cieszy, że ci się podobało. Również nie jestem do końca pewny tej “silnej, niezależnej kobiety”. Sprawdzę w regulaminie czy mogę jeszcze edytować tekst do zakończenia przyjmowania zgłoszeń i ewentualnie spróbuję coś z tym zrobić. Jeszcze raz dziękuję!

Ale zmieniać chyba nie musisz. Do tekstu to pasuje. Do Ginewry też pasuje. Tylko mi nie pasuje :)

Sara

Na końcu karzesz mi zapłacić?

Ups. 

Niech wiedzą[+,] za co płacą…

Całkiem przyjemne opowiadanie. Może trochę zbyt łatwo Ginewrze przychodzi realizacja jej planu (ale rozumiem, magia) i nie podobał mi się fragment, w którym tłumaczy, za co kogo zabija – oni powinni to wiedzieć.

Ale czytało się dobrze :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dobre, pełnikrwiste, z pazurem, świetnie się czyta.

Hej, Anet! Dzięki za komentarz, błędy już poprawione. Wiem, że nie wszystko jest tak dobrze podbudowane jak powinno i jak sam bym chciał (mam na myśli łatwość w wykonaniu planu). Po prostu nie starczyło mi już miejsca, a chciałem w miarę obrazowo ukazać sposób działania Ginewry, jej motywację, a przy okazji nie zrobić z opowiadania czegoś w rodzaju krótkich scenek bardziej pasujących do filmowych kadrów. Co do uwagi o tłumaczeniach, wokół nich kręci się cała oś fabularna. Ginewra jest wściekła, trzymała w sobie złość przez setki lat, teraz miała swój własny moment, swoją dramatyczną scenkę. Chciała im to wygarnąć. A oni, jak to często bywa, poniekąd nie widzieli się jako złych ludzi, może poza Lancelotem, który jest tutaj, powiedzmy, jedynym nieco skruszonym człowiekiem. Jednak nawet jego skrucha wynika bardziej z chęci ratowania dziecka, nie mówiąc już o skrusze Artura, który chce jedynie ratować własny tyłek. W każdym razie cieszę się, że czytało ci się przyjemnie :)

Hej, Irka! Komentarz krótki, ale jakże mile łechce ego! Cieszę się, że ci się podobało!

Och, bo już nie mam siły. Komentuję i komentuję, a kolejka mi się ciąglę zwiększa. ;)

Od strony akcji i języka tekst przyzwoity. Ciekawe twisty, sceny pełne napięcia też utrzymują emocje. Historia za nimi – zemsta Ginewry – nawet niezła, tylko nie czuję się przekonany, czemu czekała aż do dwudziestego wieku.

Postacie przyzwoicie nakreślone.

Podsumowując: niezły koncert fajerwerków, choć przyznam, że po wszystkim ni ziębił, ni grzał. Zabrakło dla mnie bardziej pamiętliwej sceny, czegoś mocniejszego. Tym niemniej – daję klika.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Witaj, NoWhereMan! Dzięki za komentarz i za klika.

W tekście było wspomniane, że Ginewra i reszta obudzili się na Avalonie, który utożsamiłem z Wyspą Bardsey, i potem trafili, gdzie trafili; Ginewra prowadziła swój hotel, Artur się rozpił, Lancelot został kierowcą ciężarówki i tak dalej. I akurat wypadło na XX wiek, po prostu chciałem umieścić wtedy fabułę. Chyba rzeczywiście było to zbyt słabo nakreślone w tekście, stąd może wynikać niezrozumienie.

W każdym razie cieszę się, że wpadłeś i zostawiłeś pozytywne słowo!

Hmm. Trochę się różnią ci Twoi bohaterowie od postaci z legendy. Bardziej to wygląda na mafijne porachunki.

Też nie bardzo rozumiem, dlaczego Ginewra czekała aż tak długo z zemstą. OK, obudzili się na Avalonie. Ale przecież Artur zdążył się rozpić, reszta też nie świeciła przykładem…

IMO, można skracać opisy na początku. Czy to naprawdę ważne, co Ginewra ma napisane na koszulce?

Babska logika rządzi!

Hej, Finkla, miło, że wpadłaś. Z twojego komentarza wnioskuję, że opowiadanie niezbyt ci się spodobało. Tak czy inaczej, spróbuję odpowiedzieć na twoje wątpliwości.

Jeśli chodzi o charaktery, to zgadzam się, że moi bohaterowie i bohaterowie oryginalnych legend bardzo się różnią. Tak naprawdę spójnik stanowią tutaj ich nieco zmodyfikowane historie, które są też podstawą samej opowieści. Wydaje mi się jednak, że po tak wielu przeżyciach i tylu zmianach, które zaszły gwałtownie wokół nich, ich charaktery musiały przejść pewną metamorfozę. Artur, Lancelot i Galahad zmieniają się na gorsze, rozpijają się jeszcze bardziej, zwłaszcza ten pierwszy. Drugi dodatkowo ma problemy z kasą, trzeci z pracą. Tylko Ginewra i Mordred, napędzani chęcią zemsty, stają się bezwzględni i dają radę jakoś się podnieść. A zemsta w tym przypadku, istotnie, ma wszelkie znamiona mafijnych porachunków.

Co do czasu, to powtarzam: moim błędem było niesprecyzowanie tego w tekście, skupiłem się jednak przede wszystkim na własnej historii, niekoniecznie na jej przyczynach, stąd też takie problemy. W mojej wyobraźni widziałem zmartwychwstanie na Avalonie niekoniecznie jako coś, co zdarzyło się w jednym momencie. Bohaterowie zdążyli rozejść się po świecie, Ginewrze i Mordredowi zaś zajęło całkiem sporo odnalezienie ich, a potem sprowadzenie w odpowiednie miejsce. Rzecz jasna, mogli załatwić sprawę szybko i prosto, stwierdziłem jednak, że nic nie daje takiej satysfakcji jak zaplanowana w czasie, perfidna zemsta, która uświadamia ofierze, co zrobiła źle. Ponownie, mea culpa.

No i na koniec, opisy. Rozumiem, że nie każdemu musi się podobać taki sposób rozpoczęcia i że wielu znudzi, ja jednak często mam dość tekstów, które natychmiast rzucają czytelnika w wir wydarzeń, stąd też stwierdziłem, że spróbuję zrobić to spokojniej, stopniowo. Chciałem też oddać nieco klimat tamtej okolicy, nieprzychylne nastawienie ludzi, rywalizacje o drobnostki, takie jak chociażby kibicowanie innym zespołom. Próbowałem też uświadomić czytelnikowi na jakim odludziu znalazła się bohaterka. Jeśli zrobiłem to słabo, to przepraszam.

Podsumowując, dziękuję za komentarz i zachęcam do dyskusji.

Nie było źle, ale nie bardzo trafiłeś w mój gust.

Większość tekstu to po prostu egzekucja. Ofiary są bezbronne, nie mają szans. Takie sceny mnie nie pociągają, ale to nie Twoja wina. W końcówce robi się odrobinę ciekawiej – tam przynajmniej wywiązuje się jakaś walka.

Z cięciami nawiązywałam do przedmowy. To nie jest na tyle długi tekst, żeby zdążył się naprawdę znudzić.

Babska logika rządzi!

Czytałam bez przykrości, ale i przyjemności zbytniej nie zaznałam. Podejrzenie, że Sabrina ma niecne zamiary, zrodziło się z chwilą jej szczególnego zainteresowania przypadkowo spotkanym Nickiem. Przypuszczam, że pozostali panowie zostali zwabieni do hotelu w podobny sposób.

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że gdyby zemsty dokonała bohaterka zupełnie innej opowieści, w przeszłości mająca okoliczność z kilkoma panami, którzy narazili się jej w jakiś sposób, opowiadanie wyglądałoby podobne.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

cza­sem z ziemi wy­ra­sta­ły ki­ku­ty po­ła­ma­nych drze­wek. –> Kikuty to już chyba nie rosną.

Proponuję: …cza­sem z ziemi sterczały ki­ku­ty po­ła­ma­nych drze­wek.

 

Dwa spa­dły na zie­mię. –> Rzecz dzieje się w sklepie, więc: Dwa spa­dły na podłogę.

 

A przy oka­zji mo­żesz mi wziąć Twixa, dziel­ny ry­ce­rzu. –> A przy oka­zji mo­żesz mi wziąć twixa, dziel­ny ry­ce­rzu.

 

Jed­no­cze­śnie prawą dło­nią krę­ci­ła ko­smy­kiem wło­sów. –> Raczej: Jed­no­cze­śnie prawą dło­nią krę­ci­ła ko­smy­k wło­sów. Lub: Na palec prawej dłoni nawijała kosmyk włosów.

 

wró­cił do na­pra­wia­nia. Szło mu dosyć to­por­nie… –> Czy tu aby nie miało być: …wró­cił do na­pra­wia­nia. Szło mu dosyć o­por­nie

 

miała Ju­da­sze za­mon­to­wa­ne w ścia­nach nie­mal każ­de­go po­miesz­cze­nia. –> …miała ju­da­sze za­mon­to­wa­ne w ścia­nach nie­mal każ­de­go po­miesz­cze­nia.

 

za­czął krą­żyć w kółko po po­ko­ju. –> Masło maślane. Czy mógł krążyć inaczej, nie w kółko?

 

a brodę za­nie­dba­ną, jakby urwał się z pro­sto z rynsz­to­ka. –> Nie wydaje mi się, aby można się urwać z rynsztoka.

 

Omo­ta­ła wszyst­kich gniew­nym spoj­rze­niem. –> Chyba miało być: Omio­t­ła wszyst­kich gniew­nym spoj­rze­niem.

 

– Mam ocho­tę ze­drzeć z cie­bie pasy… –> – Mam ocho­tę drzeć z cie­bie pasy

 

Lata spę­dzo­ne Mor­dre­dem… –> Lata spę­dzo­ne z Mor­dre­dem

 

wró­cił z nie­wiel­ką torbą wcze­śniej ukry­tą w spół­ecz­ce kibla. –> A w jakąż to spółeczkę, i z kim, wszedł był kibel???

Pewnie miało być: …wró­cił z nie­wiel­ką torbą, wcze­śniej ukry­tą w spł­ucz­ce kibla.

 

przez chwi­lę jesz­cze drżał kon­wul­syj­nie… –> …przez chwi­lę jesz­cze drgał kon­wul­syj­nie

 

–Za­wro­ty głowy – mruk­nę­ła… –> Brak spacji po półpauzie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka