- Opowiadanie: fizyk111 - O tym jak król Artur Okrągły Stół odzyskał i co z tego wynikło

O tym jak król Artur Okrągły Stół odzyskał i co z tego wynikło

Gdy wy­bie­ra­łem po­stać i zo­ba­czy­łem “Artur” to od razu wie­dzia­łem że to dla mnie. Bo Artur to ja, Artur to ry­ce­rze okrą­głe­go stołu, a okrą­gły stół to moja hi­sto­ria. Motyw do bólu oczy­wi­sty, ale mu­sia­łem się z nim zmie­rzyć. Mam na­dzie­ję, ze do­star­czy wam choć odro­bi­ny przy­jem­no­ści i uśmie­chu.

Wprowadziłem kilka poprawek, sugerowanych przez komentujących. (19.05 23:26)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy, Finkla

Oceny

O tym jak król Artur Okrągły Stół odzyskał i co z tego wynikło

Owego dnia wra­cał król Artur ze zna­mie­ni­ty­mi ry­ce­rza­mi Okrą­głe­go Stołu, panem Lan­ce­lo­tem, panem Ga­la­ha­dem, panem Ga­re­tem, panem Co­oro­nym i wie­lo­ma jesz­cze in­ny­mi dziel­ny­mi wo­ja­mi, z wo­jen­nej wy­pra­wy, po­ko­naw­szy nie­zli­czo­ne za­stę­py okrut­ne­go króla Ma­go­lo­wi­go­ra, który nie­zmier­nym uci­skiem gnę­bił swo­ich pod­da­nych. Ci, gdyż sły­sze­li o wiel­kiej spra­wie­dli­wo­ści władcy Camelotu i jego ry­ce­rzy, zwró­ci­li się do nich o pomoc i wy­zwo­le­nie od pod­łe­go Ma­go­lo­wi­go­ra. Król Artur wiel­kich tam czy­nów do­ko­nał, o któ­rych bar­do­wie licz­ne pie­śni uło­ży­li, i w wal­nej bi­twie sam oso­bi­ście od­rą­bał głowę okrut­ni­ka, a jego zie­mie przy­łą­czył do swo­je­go kró­le­stwa. Wra­cał więc Artur rad wiel­ce ze zwy­cię­stwa do zamku swo­je­go Ca­me­lot i do uko­cha­nej Gi­new­ry. Zbli­ża­jąc się do zamku, zo­ba­czył, że na ich po­wi­ta­nie cią­gnie or­szak, na któ­re­go czele je­cha­ła Gi­new­ra.

– Po­patrz, Lan­ce­lo­cie, wieść o na­szych wiel­kich czy­nach do­tar­ła do zamku przed nami. Wszy­scy wy­le­gli, aby po­wi­tać zwy­cię­skich wo­jow­ni­ków. – Rzekł król do swgo rycerza, nie wie­dział bo­wiem, iż zu­peł­nie inny powód to spra­wił. Zro­zu­miał swoją po­mył­kę, gdy zo­ba­czył łzy mał­żon­ki i wszyst­kich to­wa­rzy­szą­cych jej nie­wiast oraz smu­tek i za­tro­ska­nie ry­ce­rzy.

– Panie mój i królu – za­szlo­cha­ła Gi­new­ra, gdy się spo­tka­li – wiel­kie nie­szczę­ście na­wie­dzi­ło tej nocy Ca­me­lot.

– Mów szyb­ko, co się stało, bo serce mi pęka, gdy pa­trzę na twój smu­tek

– Ar­tu­rze, dzi­siej­sze­go ranka, gdy uda­łam się do sali Okrą­głe­go Stołu, aby przy­stro­ić ją na wasz przy­jazd, od­kry­łam, że Okrą­gły Stół znik­nął.

A stół ów był ol­brzy­mi…

– Za­iste, ta­jem­ni­cza to spra­wa – rzekł Artur i wraz z ry­ce­rza­mi ru­szył pędem do Ca­me­lo­tu. Gdy tam do­tar­li, udali się nie­zwłocz­nie do sali aby na wła­sne oczy prze­ko­nać się, iż Okrą­głe­go Stołu nie było tam, gdzie zwykli przy nim za­sia­dać.

– Stań­cie w miej­scach, gdzie znaj­do­wa­ły się wasze sie­dzi­ska – na­ka­zał ry­ce­rzom, krze­sła bo­wiem znik­nę­ły wraz ze sto­łem – i radź­cie, co czy­nić wobec tak wiel­kiej stra­ty.

Wiele go­dzin tak ra­dzi­li, za­sta­na­wia­jąc się, kto i jakim cudem ta­kiej nie­cnej i zu­chwa­łej kra­dzie­ży mógł do­ko­nać. I nic by nie ura­dzi­li, gdyby nie mą­drość Gi­new­ry, która aku­rat przy­szła z in­ny­mi nie­wia­sta­mi, nio­sąc je­dze­nie i wino, gdyż ry­ce­rze nic w ustach nie mieli od przy­by­cia.

– Panie mój – zwró­ci­ła się do Ar­tu­ra – nie jest w ludz­kiej mocy, aby wy­nieść z Ca­me­lo­tu Okrą­gły Stół tak, aby nikt nic nie wi­dział i nie sły­szał. Nie­chyb­nie stało się to za spra­wą wiel­kich cza­rów i tylko Mer­lin może coś za­ra­dzić.

 

Wy­słał więc Artur pię­ciu ry­ce­rzy na po­szu­ki­wa­nie sta­re­go cza­ro­dzie­ja. Ty­dzień cały minął bez żad­nych wie­ści, po­słał więc Artur na­stęp­nych pięć­dzie­się­ciu na po­szu­ki­wa­nia, które nie­chyb­nie za­koń­czy­ły­by się fia­skiem, Mer­lin bo­wiem uwię­zio­ny zo­stał w gro­cie przez Nimue. Ta jed­nak do­wie­dzia­ła się o nie­szczę­ściu, jakie spo­tka­ło Ca­me­lot, króla Ar­tu­ra i wszyst­kich jego ry­ce­rzy, i zli­to­wa­ła się nad nimi. Przy­by­ła do Ca­me­lo­tu i po­wie­dzia­ła:

– Po­nie­waż twój smu­tek jest wiel­ki, a stra­ta nie­chyb­nie po­grą­ży całe kró­le­stwo w woj­nie, uwol­nię na krót­ki czas Mer­li­na, aby po­mógł ci od­na­leźć Okrą­gły Stół. Wiedz jed­nak, że wkrót­ce potem on umrze.

Król Artur ze smut­kiem zgo­dził się na okrut­ne wa­run­ki Nimue, po­nie­waż na sercu le­ża­ło mu przede wszyst­kim dobro kró­le­stwa. Jesz­cze tego sa­me­go dnia Mer­lin przy­był do Ca­me­lo­tu i za­mknął się w kom­na­cie Okrą­głe­go Stołu. Prze­by­wał tam sześć dni i nocy bez je­dze­nia, nie wpusz­cza­jąc ni­ko­go poza służ­ką przy­no­szą­cą mu raz dzien­nie wodę. Po tym cza­sie przy­wo­łał Ar­tu­ra i jego ry­ce­rzy i rzekł do nich:

– Wiel­kie, za­iste, dzia­ła­ły tu czary, któ­rych w na­szym świe­cie nie znamy. Stół po­rwał wiel­ki cza­ro­dziej, który w kraju od­le­głym za­rów­no w prze­strze­ni, jak i w cza­sie wiel­kich dzieł do­ko­nu­je. Stół ten po­trzeb­ny mu jest, aby od­na­leźć Świę­te­go Gra­ala, zwa­ne­go w jego świe­cie Demos Kra­tos. Nie jest w mojej mocy, aby Okrą­gły Stół mu ode­brać i spro­wa­dzić do Ca­me­lo­tu.

Wiel­ce się za­smu­cił król Artur tymi wie­ścia­mi.

– Szla­chet­ny Mer­li­nie, jakże mam teraz rzą­dzić kró­le­stwem? Czy ry­ce­rze moi za­sia­dać mają na ziemi? Po­śmie­wi­skiem sta­nie się Rada Okrą­głe­go Stołu, oko­licz­ni kró­lo­wie prze­sta­ną mnie po­wa­żać i An­glia nie­chyb­nie upad­nie. Czyż nie ma dla mnie żad­nej na­dziei?

– Po­wie­dzia­łem, królu, że nie jest w mojej mocy, aby Stół spro­wa­dzić do Ca­me­lo­tu. Mogę jed­nak wy­słać cie­bie, królu, i wszyst­kich two­ich ry­ce­rzy do od­le­głe­go kraju, w któ­rym znaj­dziesz to, czego szu­kasz. W kraju tym spotkasz czarnoksiężników, którzy małym patykiem potrafią zabijać na odległość, i rycerzy niezwyciężonych, których kopie straszliwym ogniem zioną.

– Jakże mamy więc, cny Mer­li­nie, wal­czyć z ta­ki­mi cza­ro­dzie­ja­mi? Czy wy­słać chcesz nas na nie­chyb­ną śmierć?

– Czyż śmierć nie jest czymś lep­szym dla ry­ce­rza niż okry­cie się nie­sła­wą na wiecz­ność? – za­py­tał Mer­lin.

Za­my­ślił się dumny i prawy król nad sło­wa­mi cza­ro­dzie­ja i po­sta­no­wił, iż pier­wej umrze, wal­cząc z ho­no­rem o od­zy­ska­nie sym­bo­lu Ca­me­lo­tu, niż po­zwo­li, aby po wsze czasy na­zy­wa­no go kró­lem Ar­tu­rem Bez Stołu.

 

Wy­ru­szył więc król Artur wraz z Mer­li­nem na czele swo­je­go woj­ska do od­le­głej kra­iny, aby od­zy­skać Okrą­gły Stół, a to­wa­rzy­szy­li mu naj­zna­mie­nit­si ry­ce­rze. I tak za kró­lem je­cha­li pa­no­wie Lan­ce­lot, Par­cy­wal i Ga­la­had, za nimi pa­no­wie Garet, Gawen i Co­oro­ny, i jesz­cze dwu­dzie­stu czte­rech dziel­nych ry­ce­rzy – tylu bo­wiem Mer­lin mógł prze­pro­wa­dzić do da­le­kie­go kraju. Słoń­ce chy­li­ło się już ku za­cho­do­wi, gdy zbli­ży­li się do wą­wo­zu tak wą­skie­go, że je­dy­nie dwóch jeźdź­ców mogło je­chać obok sie­bie. Tutaj Mer­lin ich za­trzy­mał i prze­mó­wił w te słowa:

– W kraju, do któ­re­go przez ten wąwóz was po­pro­wa­dzę, wiel­kie czary na­po­tka­cie, przed któ­ry­mi ni tar­cze, ni zbro­je was nie ochro­nią. Mie­czy wa­szych prze­ciw­ko czar­no­księż­ni­kom mu­si­cie użyć, zanim po­ra­żą was swo­imi cza­ra­mi. Spo­tka­cie tam ry­ce­rzy w zbro­jach, któ­rych żadna kopia prze­bić nie może, ci zaś będą mieć kopie zie­ją­ce smo­czym ogniem, któ­re­mu i stu ry­ce­rzy się nie oprze. Jest tylko jeden spo­sób, by ta­kie­go ry­ce­rza po­ko­nać – trze­ba smo­czą pasz­czę jego kopii za­tkać takim oto ma­gicz­nym wor­kiem, który dam każ­de­mu z was. Wtedy ry­cerz smo­czym ogniem się za­dła­wi, który uj­ścia in­ne­go nie mając, roz­puk­nie go od środ­ka.

Po­wie­dziaw­szy to wszyst­ko, skie­ro­wał swo­je­go konia do wą­wo­zu i po­pro­wa­dził ry­ce­rzy wprost w gęstą mgłę wy­peł­nia­ją­cą jar. Długo tak je­cha­li, aż nagle zo­ba­czy­li przed sobą ol­brzy­mią bu­dow­lę, która do ni­cze­go, co im było zna­jo­me, nie była po­dob­na.

– Ar­tu­rze – ode­zwał się Mer­lin – w tej wła­śnie bu­dow­li ukry­ty jest Okrą­gły Stół. Broni go dwóch czar­no­księż­ni­ków, a ry­ce­rzy nie ma ni­g­dzie w po­bli­żu.

Ru­szył więc król Artur, pro­wa­dząc ry­ce­rzy do ataku. Jed­ne­go z dwóch czar­no­księż­ni­ków, któ­rzy za­stą­pi­li im drogę, sam po­wa­lił kopią, a dru­gie­go, tnąc mie­czem, po­zba­wił życia pan Gawen. Po­pro­wa­dził ich Mer­lin dalej, po­przez ol­brzy­mie kom­na­ty i nie­zmie­rzo­ne cze­lu­ści lo­chów, aż do miej­sca, w któ­rym zna­leź­li Okrą­gły Stół. A stało się tak, że król owej krainy, nikczemny Wocech, aby stół ukryć w lo­chach, po­dzie­lił go na trzy­dzie­ści czę­ści, a tylu wła­śnie ry­ce­rzy pro­wa­dził król Artur. Zo­ba­czyw­szy to na­ka­zał, aby każdy ry­cerz jedną część stołu wło­żył na grzbiet swo­je­go wierzchowca. Gdy to zro­bi­li zwró­cił się do cza­ro­dzie­ja:

– Od­zy­ska­li­śmy Okrą­gły Stół. Pro­wadź nas, Mer­li­nie, z po­wro­tem do zamku Ca­me­lot, abym po­now­nie mógł za­siąść przy nim z moimi ry­ce­rza­mi i dalej wiel­kie dobro dla kró­le­stwa mo­je­go czy­nić.

– O biada nam, królu Ar­tu­rze, al­bo­wiem wielu ry­ce­rzy nad­cią­ga, aby nas za­trzy­mać, a każdy z nich okry­ty zbro­ją, któ­rej nasze kopie nie prze­bi­ją, i każdy z nich ma kopię smo­czym ogniem zie­ją­cą.

Prze­ra­ził się Artur nie­zmier­nie, nie wie­dząc, co czy­nić. Wów­czas zo­ba­czył czło­wie­ka uwię­zio­ne­go w ma­lut­kiej celi, który wy­ma­chi­wał rę­ka­mi i wołał coś do nich.

– Mer­li­nie, czy ro­zu­miesz, co ten czło­wiek mówi? – za­py­tał Artur.

– Mówi, że zo­stał uwię­zio­ny przez okrut­ne­go i złego króla Wo­ce­cha, i błaga, aby­śmy go uwol­ni­li, a on po­ka­że nam bez­piecz­ną drogę, która po­zwo­li unik­nąć okrut­nych ry­ce­rzy ze smo­czy­mi ko­pia­mi. I mówi jesz­cze, że on sam jest kró­lem prze­śla­do­wa­nym przez Wo­ce­cha, który wszyst­kich jego ry­ce­rzy wtrą­cił do lochu, a pod­da­nych gnębi okrut­nie, każąc pra­co­wać ponad siły i za­bie­ra­jąc wszel­kie dobra, bo sam po­padł w długi wobec jesz­cze po­tęż­niej­szych wład­ców.

– Za­py­taj, jak go zwą, i po­wiedz mi, mądry Mer­li­nie, czy można mu za­wie­rzyć nasz honor i nasze życie?

– Za­iste, można mu wie­rzyć, widzę bo­wiem, iż okrut­nie był przez Wo­ce­cha prze­śla­do­wa­ny. Zwie się król Lec z Wasa.

Na­ka­zał król Artur swoim ry­ce­rzom, aby uwol­ni­li więź­nia. Na­tarł więc naj­pier­wej Ga­la­had kopią na dźwie­rza, które się na dwie czę­ści roz­pa­dły. Po nim Co­oro­ny po­rą­bał je mie­czem na drob­ne szcza­py, i przywiódł nie­szczę­śni­ka przed ob­li­cze króla, a ten roz­ka­zał.

– Po­sadź Mer­li­nie, króla Leca przed sobą na koniu i pro­wadź­cie nas do Ca­me­lo­tu.

Po­dą­ża­jąc za wska­zów­ka­mi szla­chet­ne­go króla Leca, prze­mie­rza­li ry­ce­rze króla Ar­tu­ra kom­na­ty i lochy nie­zmie­rzo­ne, wy­peł­nio­ne przed­mio­ta­mi nie­zna­ny­mi w całej Bry­ta­nii ani nawet w Rzym­skim Ce­sar­stwie. Zda­rzy­ło się jed­nak, że jed­ne­mu z Wo­ce­cho­wych ry­ce­rzy oku­lał wierz­cho­wiec i za­trzy­mał się w miej­scu, w któ­rym król Lec się go nie spo­dzie­wał za­stać. Takim to zrzą­dze­niem losu wy­pro­wa­dził Ar­tu­ra, Mer­li­na i wszyst­kich ry­ce­rzy wprost na smo­czą kopię. Ci, mając konie ob­cią­żo­ne czę­ścia­mi Okrą­głe­go Stołu, rzu­ci­li się pie­szo na sto­ją­ce­go im na dro­dze ry­ce­rza.

– Worki w pasz­cze, worki w kopie! – krzy­czał za nimi Mer­lin.

I ru­szy­li do ataku – każdy ry­cerz z mie­czem w jed­nej i ma­gicz­nym wor­kiem w dru­giej dłoni – aby po­ko­nać zło­wro­gie­go ry­ce­rza. Ten zaś na­szy­ko­wał swoją kopię i plu­nął smo­czym ogniem, za­bi­ja­jąc sied­miu zna­mie­ni­tych ry­ce­rzy, w tym pana Ga­re­ta i pana Ga­we­na, który wsła­wił się uprzed­nio za­bi­ciem cza­ro­dzie­ja.

– Och, wiel­ka to stra­ta dla ca­łe­go Ca­me­lo­tu! – za­wo­łał Artur. – Muszę po­mścić śmierć moich ry­ce­rzy! – Zrzu­cił hełm i zbro­ję, oddał Eks­ka­li­bur Mer­li­no­wi i w te pędy ru­szył w kie­run­ku wroga. Wsa­dził ma­gicz­ny worek w pasz­czę jego kopii, a ten w wiel­kim ogniu roz­padł się na ka­wał­ki. Tak oto Król Artur od­zy­skał Okrą­gły Stół i wiel­ką chwa­łą się okrył, za­cho­wał bo­wiem swój honor oraz ko­ro­nę.

 

Wiel­ka ra­dość za­pa­no­wa­ła w Ca­me­lo­cie i całym kró­le­stwie. Ucztom i fe­sty­nom na zam­kach i wśród po­spól­stwa nie było końca. Jeden tylko czło­wiek cho­dził smut­ny. Był nim Lec z Wasa, oca­lo­ny przez Ar­tu­ra król z da­le­kiej kra­iny.

– Królu Ar­tu­rze – rzekł pew­ne­go dnia do wład­cy Ca­me­lo­tu – wiel­ki smu­tek mnie prze­peł­nia, al­bo­wiem kraj mój cięż­kie jarz­mo Wo­ce­cho­we cier­pi. Je­dy­nym ra­tun­kiem jest od­na­le­zie­nie Demos Kra­tos, któ­re­go wy zwie­cie Świę­tym Gra­alem.

– Wra­caj więc, królu Lecu, do swego kró­le­stwa, zbierz ry­ce­rzy i walcz z pod­łym Wo­ce­chem, a gdy szczę­śli­wie zwy­cię­żysz, udaj się na po­szu­ki­wa­nie Gra­ala.

Usły­szaw­szy to, król Lec tak bar­dzo się za­smu­cił, że padł na ko­la­na, zalał się rzew­ny­mi łzami i w te słowa się ode­zwał:

– Ry­ce­rzy pra­wych w moim kró­le­stwie nie­wie­lu się osta­ło. Wszyst­kich naj­zna­mie­nit­szych król Wo­cech w lo­chach po­za­my­kał, a resz­ta po la­sach i ja­ski­niach się ukry­wa, tak że trud­no ich od­na­leźć. Jakże mam sa­mo­pas Wo­ce­cha i jego sta­lo­wych ry­ce­rzy po­ko­nać?

Wiel­ka li­tość ogar­nę­ła serce pani Gi­new­ry, sto­ją­cej obok króla, gdy pa­trzy­ła na smu­tek i łzy tak dziel­ne­go męża, toteż zwró­ci­ła się ona do Ar­tu­ra:

– Panie mój, nie godzi się tak wiel­kie­go ry­ce­rza bez po­mo­cy ode­słać. Czyż nie ma w twoim kró­le­stwie ry­ce­rzy, któ­rzy go­to­wi są pójść z kró­lem Lecem, aby wal­czyć ze złym Wo­ce­chem i uwol­nić lud od jego uci­sku? Czyż nie ma w Ca­me­lo­cie wy­star­cza­ją­co złota, aby armię w kró­le­stwie Leca wy­szy­ko­wać?

Wszy­scy ry­ce­rze, któ­rzy mowę Gi­new­ry sły­sze­li, za­czę­li wołać, że są go­to­wi udać się na wy­pra­wę, aby po­ko­nać Wo­ce­cha i przy­wró­cić pokój oraz spra­wie­dli­wość w kró­le­stwie szla­chet­ne­go Leca. Za­wsty­dził się król Artur swo­imi sło­wa­mi i wi­dząc zapał ca­łe­go ry­cer­stwa, zgo­dził się, aby ochot­ni­cy po­dą­ży­li za kró­lem Lecem do da­le­kiej kra­iny. Ostrzegł ich też, że z wy­pra­wy tej nie ma po­wro­tu, gdyż cza­ro­dziej Mer­lin nie może się z nimi tam udać. Na to ode­zwał się król Lec:

– Królu Ar­tu­rze, dzię­ku­ję ci z ca­łe­go serca za twoją szczo­drość. Bo­ha­ter­stwo two­ich ry­ce­rzy pój­dzie jed­nak na marne, jeśli Okrą­gły Stół nie po­wró­ci wraz ze mną. Bez niego nie od­zy­ska­my Demos Kra­tos i lud mój nadal cie­mię­żo­ny i znie­wo­lo­ny po­zo­sta­nie.

Za­wrza­ło wiel­kim gnie­wem serce Ar­tu­ra na takie zu­chwa­łe i ha­nieb­ne słowa.

– Nik­czem­ny Lecu, czyż nie wy­świad­czy­łem ci dobra, od­da­jąc moich ry­ce­rzy? Czyż nie oka­za­łem ci szla­chet­no­ści, obie­cu­jąc złoto z mo­je­go skarb­ca? A ty aro­ganc­ko żą­dasz ode mnie rze­czy, za którą życie od­da­ło sied­miu naj­zna­mie­nit­szych ry­ce­rzy? Szy­kuj się na śmierć, podła isto­to! – wy­krzyk­nął Artur, wy­cią­ga­jąc z po­chwy swój miecz Eks­ka­li­bur.

 

Nie­chyb­nie jed­nym cio­sem po­zba­wił­by życia króla Leca z Wasa, zda­rzy­ło się jed­nak, że do Ca­me­lo­tu przy­był wła­śnie or­szak zna­mie­ni­tych ar­ty­stów i rze­mieśl­ni­ków, przy­sła­ny przez sa­me­go Ce­sa­rza Rzymu. Mieli oni za za­da­nie ozdo­bić sie­dzi­bę kró­lew­ską tak, by nie ustę­po­wa­ła pięk­nem i wy­go­da­mi sie­dzi­bie sa­me­go Ce­sa­rza. Ce­sar­ski wy­słan­nik, wi­dząc, jak król Artur za­mie­rza po­zba­wić głowy klę­czą­ce­go przed nim ry­ce­rza, wy­krzyk­nął:

– Królu, cze­muż to chcesz ode­brać życie temu mę­żo­wi?!

– Muszę go zabić – od­po­wie­dział Artur – al­bo­wiem ob­ra­ził mnie śmier­tel­nie, żą­da­jąc rze­czy, któ­rej dać mu nie mogę, a która kosz­to­wa­ła życie sied­miu szla­chet­nych ry­ce­rzy. A ty kim je­steś, że ośmie­lasz się prze­szka­dzać pra­wo­wi­te­mu kró­lo­wi w wy­peł­nia­niu jego woli?

– Jam jest Mar­kus Emi­liusz, ce­sar­ski wy­słan­nik. Przy­wio­złem ci, królu, licz­ne i dro­go­cen­ne dary od sa­me­go Ce­sa­rza. Przy­wio­dłem rów­nież wielu rzeź­bia­rzy, ma­la­rzy i in­nych rze­mieśl­ni­ków, aby uczy­nić twoją sie­dzi­bę tak pięk­ną, jak sie­dzi­ba ce­sa­rza, al­bo­wiem ten uzna­je cię za rów­ne­go sobie. Po­wiedz, pro­szę, o szla­chet­ny, kim jest i czego od cie­bie żąda ten czło­wiek, któ­re­go chcesz zgła­dzić.

I opo­wie­dział król Artur ce­sar­skie­mu wy­słan­ni­ko­wi, kim jest Lec z Wasa i jak zna­lazł się w Ca­me­lo­cie. Wy­słu­chaw­szy tej opo­wie­ści, Mar­kus Emi­liusz tak po­wie­dział:

– Twój gniew jest słusz­ny, wstrzy­maj jed­nak swój miecz, al­bo­wiem czło­wiek ten nie chciał cię ob­ra­zić. Ja mogę spra­wić, aby jego proś­ba zo­sta­ła speł­nio­na, a Okrą­gły Stół po­zo­stał w Ca­me­lo­cie.

– Wjedź zatem do mo­je­go zamku, wy­pra­wię na twoje po­wi­ta­nie ucztę, w trak­cie któ­rej wy­ja­wisz mi swój plan – od­parł za­cie­ka­wio­ny król Artur, da­ru­jąc w tej samej chwi­li życie kró­lo­wi Le­co­wi.

I wy­pra­wił ucztę, o któ­rej długo opo­wia­da­no w całym kró­le­stwie, ta­kiej bo­wiem mu­zy­ki i ta­kich tan­ce­rzy w Ca­me­lo­cie ani innym zamku w Bry­ta­nii jesz­cze nigdy nie wi­dzia­no. Na­sy­ciw­szy oczy i pod­nie­bie­nie, król Artur wy­słu­chał pro­po­zy­cji ce­sar­skie­go wy­słan­ni­ka i wiel­ce rad był, że może speł­nić proś­bę króla Leca i mał­żon­ki swo­jej Gi­new­ry, nie do­zna­jąc uszczerb­ku na ho­no­rze i re­pu­ta­cji Ca­me­lo­tu. Na­stęp­ne­go ranka król zwo­łał na­ra­dę wszyst­kich ry­ce­rzy, któ­rzy za­sie­dli przy Okrą­głym Stole, tak że tylko jedno prze­klę­te miej­sce po­zo­sta­ło puste, i pod­ję­to wtedy de­cy­zje, z któ­rych wiel­kie kon­se­kwen­cje miały wy­nik­nąć.

 

Mie­siąc póź­niej, w dniu pięć­dzie­siąt­ni­cy, po mszy od­pra­wio­nej przez ar­cy­bi­sku­pa Can­ter­bu­ry i pię­ciu in­nych bi­sku­pów, przy­wo­łał król Artur wszyst­kich ry­ce­rzy Okrą­głe­go Stołu oraz króla Leca i tak do nich rzekł:

– Obec­ny tu król Lec z Wasa pra­gnie wy­zwo­lić swoje kró­le­stwo spod wła­dzy nie­cne­go Wo­ce­cha, który gnębi pod­da­nych i wol­ność im od­bie­ra. Wol­ność tę za­pew­nić może tylko Świę­ty Graal, zwany Demos Kra­tos, któ­re­go zdo­być może, za­sia­da­jąc przy Okrą­głym Stole. Mał­żon­ka moja, szla­chet­na pani Gi­new­ra, pro­si­ła mnie, abym dał kró­lo­wi Le­co­wi ry­ce­rzy i złoto, na co z chę­cią przy­sta­łem, a ce­sar­ski wy­słan­nik Mar­kus Emi­liusz wy­ko­nał kopię Okrą­głe­go Stołu, która po­mo­że w zdo­by­ciu Demos Kra­tos. Królu Lecu z Wasa, ru­szaj na czele tych dziel­nych ry­ce­rzy wy­zwo­lić swoje kró­le­stwo spod wła­dzy Wo­ce­cha.

I wy­ru­szył król Lec z Wasa, pro­wa­dzo­ny przez cza­ro­dzie­ja Mer­li­na, na czele dziel­nych ry­ce­rzy, któ­rych było dwu­dzie­stu pię­ciu, a naj­zna­mie­nit­szy­mi byli pan Co­oro­ny, pan Ma­zo­wek i pan Ge­rem­lak. Wiel­ką sławą wszy­scy oni się okry­li, za­sia­da­jąc przy Okrą­głym Stole, zdo­by­wa­jąc Demos Kra­tos dla króla Leca i do­ko­nu­jąc wiel­kich czy­nów, o któ­rych śpie­wa­li bar­do­wie i różne inne roc­ko­we ka­pe­le. Król Lec rzą­dził jed­nak krót­ko i szyb­ko po­padł w za­po­mnie­nie, jako że ani po­ko­nać, ani nawet wtrą­cić do lochu okrut­ne­go Wo­ce­cha nie zdo­łał.

Koniec

Komentarze

 

Niestety nie moje klimaty.

Merlin chyba ze trzy razy wspominał o czarnoksiężnikach, zbrojach, których żadna kopia przebić nie może i kopiach ziejących smoczym ogniem.

Sądziłam, że opowiadanie będzie kręcić się wokół odbicia Okrągłego Stołu. A poszło im to za szybko, za gładko, zbyt prosto. Później jeszcze ten król Lec. 

 

Pomysł z kradzieżą Okrągłego Stołu ciekawy, ma potencjał, ale mam wrażenie, że niepotrzebnie od razu przeszedłeś do wątku z królem Lecem. 

Ale może coś mi umknęło między wierszami. Nie wiem…

Dzięki Sara za uwagi.

Rzeczywiście trzykrotne powtórzenie tej sekwencji przez Merlina to może być o jedną za dużo, sprawdzę czy da się coś z tym zrobić.

Król Lec jest ważny i rzeczywiście coś Ci chyba umknęło, wpadnij jeszcze raz za jakiś czas to może coś się wyjaśni.

Witaj Fizyku, mnie nie umknęło. :) Zorientowałam się, co ci po głowie chodzi dość szybko i ucieszyłam się, że się nie pomyliłam. Szczerze mówiąc trochę jestem zaskoczona, że w ogóle może umknąć, ale cóż… różnica pokoleniowa. ;)

Pomysł przedni, styl starej kroniki pasuje tu bardzo dobrze, językowa stylizacja też mi się podobała. Myślę, żeś zacnie ten archaiczny język naśladował. Władza ludu, jako święty Graal też pasuje. Polemizowałabym tylko, czy oni tego Graala rzeczywiście znaleźli.

Fajnie, że napisałeś to tak lekko i z humorem, że nie wpadłeś w patos. Myślę, że twojego opka przeczyta z przyjemnością każdy, bez względu na to, jak ocenia naszą historię. No, może poza skrajnymi oszołomami. ;)

Krótko mówiąc, dobra robota. Jeśli za dwa dni nie będzie cię jeszcze w bibliotece, to wrócę i kliknę. Mam nadzieję, że komentarz jest dostatecznie merytoryczny. :)

Idąc dalej tropem postaci arturiańskich w konkursie, trafiłem tutaj.

Sam nie wiem. Czy to satyra? Czy może humoreska? Na pewno politycznie "zaangażowana" i dosyć karkołomnie umiejscowiona w historii współczesnej. Coś dla nieistniejących już "Szpilek". Temat potraktowałeś dla odmiany bardzo lekko, ale tej lekkości ciut zabrakło Twojej opowieści.

Całość opiera się właściwie na jednym skojarzeniu nazw pewnego mebla. Żart jak żart, czy wystarczy na sukces w konkursie mitologicznym? Nie jestem pewien, ale chyba to jedyny reprezentant tego gatunku.

Historia napisana z przymrużeniem oka i przesiąknięta humorem, który do mnie akurat nie trafia, ale może znajdzie swoich zwolenników. Ja po prostu nie jestem odbiorcą takich tekstów.

Technicznie nie jest źle, piszesz nawet wartko i dosyć zręcznie (chociaż wciskanie tych polityczno-historycznych aluzji odbywa się już z mniejszą gracją), trzymasz się konsekwentnie pewnej stylizacji językowej i gatunkowej. Trochę tu opowiastki rycerskiej, a trochę gawędy czy może nawet bajki. Może zbyt często powtarzasz frazę "zdarzyło się jednak", a już na stracie, w pierwszym akapicie, Artur i Król Artur pada zbyt wiele razy.

Zdarza się, że gubisz kropki, interpunkcja jest chyba autorskiej produkcji. Masz pewne problemy za zapisem dialogów. Sporo konstrukcji szwankuje z różnych powodów.

Przykłady:

 

– Popatrz, Lancelocie, wieść o naszych wielkich czynach dotarła do zamku przed nami. Wszyscy wylegli, aby powitać zwycięskich wojowników. – Nie wiedział bowiem, iż zupełnie inny powód to sprawił. – tutaj chyba zabrało jakiegoś "rzekł" czy "powiedział" po myślniku.

 

Gdy tam dotarli, udali się niezwłocznie do sali aby na własne oczy przekonać się, iż Okrągłego Stołu nie było tam, gdzie zwykł przy nim zasiadać. – pomieszałeś podmioty lub liczbę. Powinno być "zwykli przy nim zasiadać".

 

Zobaczywszy to nakazał, aby każdy rycerz jedną część stołu włożył na grzbiet swojego. – swojego wierzchowca miałeś zapewne na myśli ale zapomniałeś wspomnieć.

 

Co jeszcze. Woce pojawia się nagle w połowie akapitu, zupełnie niezapowiedziany i niespodziewany. Imiona postaci, nawiązujące do tych polskich, historycznych, wyszły moim zdaniem mocno "tak sobie".

Po przeczytaniu spalić monitor.

Gdy tam dotarli, udali się niezwłocznie do sali[+,] aby na własne oczy przekonać się, iż Okrągłego Stołu nie było tam, gdzie zwykł przy nim zasiadać.

Stół zwykł zasiadać? Uważaj na podmiot!

Zobaczywszy to nakazał, aby każdy rycerz jedną część stołu włożył na grzbiet swojego. Gdy to zrobili[+,] zwrócił się do czarodzieja:

Na czyj grzbiet?

No, nie porwało mnie :(

Znam tylko pięć liter ;)

@Irka_Luz

Dzięki za miłe słowa, bardzo się obawiałem tej stylizacji, że może być po prostu niestrawna. Co się tyczy Graala, to jasne że można polemizować – ale to temat na trochę dłuższy tekst.

 

@mr.maras

Wielkie dzięki za pochylenie się na tym tekstem. Potrafiłeś w każdym akapicie (a czasem i w jednym zdaniu) umieścić i pochwałę i krytykę. smiley Przykłady usterek biorę sobie do serca i jeszcze zdążę je do północy poprawić. Chciałbym jednak zaprotestować przeciwko sformułowaniu,

Wciskanie tych polityczno-historycznych aluzji

To nie jest żadne wciskanie, ponieważ to opowiadanie rozgrywa się w tych historycznych czasach i takich właśnie realiach.

I jeszcze, na koniec, byłbym wdzięczny za wyjaśnienie dlaczego uważasz że opowieść jest 

dosyć karkołomnie umiejscowiona w historii współczesnej.

“Król Lec jest ważny i rzeczywiście coś Ci chyba umknęło, wpadnij jeszcze raz za jakiś czas to może coś się wyjaśni.”

 

Irka pisze:

“Szczerze mówiąc trochę jestem zaskoczona, że w ogóle może umknąć, ale cóż… różnica pokoleniowa.”

 

Ok, ok. Rozumiem, o co chodzi z tym Lecem i Okrągłym Stołem. No ciężko się nie kapnąć. I stół okrągły. I demos kratos. Bardziej chodziło mi o to, że od historii o odbiciu Okrągłego Stołu nagle przeszedłeś do Leca. Kończy się jedna część i zaczyna jakby odrębna, o królu Lecu z Wasa. Ten łącznik mnie nie przekonał, po prostu.

 

Fajnie Saro, że wróciłaś i przepraszam za moje niecne posądzenie. ;)

Nie wiem czy to coś wyjaśnia, ale to właśnie czarnoksiężnik Wocecha wykradł stół, aby Lec nie mógł świętego Graala odnaleźć.

Jestem mistrzem w ukrywaniu przed czytelnikiem ważnych faktów.

Fajnie Saro, że wróciłaś i przepraszam za moje niecne posądzenie. ;)

 

Nie szkodzi. Ja też niejasno się wyraziłam. 

Hmm, temat ujęty ciekawie, tylko lekkości języka zabrakło.

Piszesz w konwencji humoreski pomieszanej z baśnią. Jednak język, jakiego używasz, wydał mi się częściej dziecinny (proste wyrażenia, proste zdania), a innymi razy toporny (częste powtórzenia, np. imienia Artur). W efekcie nie byłem w stanie wejść i bawić się skądinąd ciekawym porównaniem obu Okrągłych Stołów.

Same żarty i humor niczego sobie – dużo zależy, czy trafią w gust czytelnika.

Podsumowując: pomysł był, ale dla mnie całość zabił niedopasowany, mały lekki język.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereManie, z pokorą przyjmuję zarzut braku lekkości języka, bronić jednak muszę jego “dziecinności” i zbić zarzut o jego niedopasowaniu. Próbowałem stylizować opowiadanie na mniej (Green) lub bardziej (Boulenger) zbliżonych do oryginału wersjach legendy. Poniżej próbki tekstu z obu wspomnianych źródeł, na ile udało mi się go naśladować – to już właśnie waszej ocenie poddaję.

 

Owóż kiedy młodzieniaszkowie i ich słudzy uwalniali jeńców składali oddział, Gaheriet ozwał się znów do Galesyna:

– Zapytaj teraz brata mego, Agrawena, czy wciąż jeszcze spieszno mu spotkać dzieweczkę?

– Gaheriecie – odparł Agrawen wilkiem na niego poglądając – mniej byłeś skory do prześmiewek w godzinie bitwy.

– Widzi mi się, że i ty, gdyby cię wówczas i najpiękniejsza o miłość prosiła, słowem byś się do niej nie ozwał!

Na to Agrawen chwyta za drzewce włóczni i puty wali w hełm Gaherietowy, aż się drzewce w drzazgi rozleciało. Ale młodszy brat nie oddaje mu razów!

– Jeśli uderzysz go raz jeszcze, biada ci! – woła Gowen.

Jacques Boulenger (tłum. K. Dolatowska, T. Komundant)

 

Słowa te strapiły i zdumiały króla Artura.

– Zaprawdę, zachowując honor, nie mogę ci ofiarować życia żadnego z nich. Sir Balyn jest moim gościem.

– A ja nie przyjmę niczego innego! – zawołała Pani Jeziora.

Kiedy usłyszał to Balyn, zdało się, iż owładnęło nim szaleństwo.

– Niegodziwa! Zawołał. – Chcesz mojej głowy, tak? Prędzej sama stracisz swoją!

Nie czekając ani chwili, skoczył i na oczach króla Artura jednym cięciem skrócił Panią Jeziora o głowę.

R. L. Green (tłum. Ł. Jerzyński)

Jeszcze tak koło roku 1992-1993 dobrze bym się bawił czytając to opowiadanie. Dzisiaj po prostu szkoda mi tego tu króla Artura, bo go wykorzystano i oszukano. 

I tak oto poglądy polityczne wpływają na odbiór literatury. Jeśli odpowiesz, że również na jej kształt, to nie bedę zaprzeczał. Dzięki że wpadłeś, przeczytałeś i przypomniałeś sobie czasy młodosci. :)

Zgodnie z obietnicą, dałam klika. :)

Drobna literówka:

“swgo rycerza”

 

Irko – dziękuję bardzo za pamięć.

Wilku – zapraszam ponownie, widziałem, obiecałeś. :)

No będę próbował :-) Poczytam jeszcze kilka opowiadań, wrócę i mam nadzieję tym razem doczytam do końca :-)

Ci, gdyż słyszeli

Coś mi tu nie ryszktosuje. W stylizacji dałabym raczej: "słysząc", a najlepiej "zasłyszawszy".

ciągnie orszak, na którego czele jechała Ginewra.

Może jednak "jedzie Ginewra".

łzy małżonki i wszystkich towarzyszących jej niewiast oraz smutek i zatroskanie rycerzy.

Hmm. Trochę jakby przedłużone.

Mów szybko, co się stało, bo serce mi pęka, gdy patrzę na twój smutek

Tu też coś szwankuje stylizacja.

odkryłam, że Okrągły Stół zniknął

Wiesz, po średniowiecznym zamku pętała się stale kupa ludzi. Stąd wniosek, że stół zniknął niedługo przed wejściem królowej…

udali się niezwłocznie do sali aby

Przecinek przed "aby".

on umrze

To "on" jakieś takie…

Stół ten potrzebny mu jest, aby odnaleźć Świętego Graala, zwanego w jego świecie Demos Kratos.

heart

Gdy to zrobili zwrócił

Gdy to zrobili, zwrócił.

dźwierza

Dźwierze.

drobne szczapy

Prawidłowe, ale brzmi dziwnie.

pan Coorony, pan Mazowek i pan Geremlak.

Ech.

 

Trochę Ci ta stylizacja nie wychodzi, niestety. Sam pomysł niezły, tylko… no, właśnie. Kogo tu wyśmiewasz? Nie było trudno zgadnąć, kim jest Lec i jego wrogowie, ale jak na polityczną satyrę tekst jest zdecydowanie letni.

Nie wiem czy to coś wyjaśnia, ale to właśnie czarnoksiężnik Wocecha wykradł stół, aby Lec nie mógł świętego Graala odnaleźć.

Co powinieneś był pokazać. Bo tak, jak jest, fabuła nie bardzo się trzyma w kupie. Ktoś (nie wiadomo, kto) gwizdnął stół, Artur musi go odzyskać, kogoś przy tym ratuje, ale właściwie przypadkiem… Sama nie wiem, może to wina limitu. Całość wydaje mi się dość skrótowa.

I tak oto poglądy polityczne wpływają na odbiór literatury.

Wszystkie poglądy wpływają.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dzięki Tarnino za komentarz i miłe heart i ech. Nie wyszła stylizacja – trudno, następne opko napiszę normalną polszczyzną. Jeśli chodzi o wyśmiewanie i satyrę, to są one trochę produktem ubocznym pomysłu na połączenie obu okrągłych stołów.

fizyk111 nie tyle poglądy co bezmiar rozczarowania.  Facet, który był idolem, który kojarzył się ze zmianą na lepsze, bo w moje podstawówce zamiast oranżady w foliowych torebkach pojawiła się coca cola, a z nią gumy turbo. Walkman i comodore 64 przestały być niedostępnym cudem z peweksu a dały się kupić na targowiskach zamienił się …. Wiesz co zamiast bu bezproduktywnie wylewać moje żale napiszę opowiadanie. 

 

 

Ja, w pewnym zakresie, rozumiem rozczarowanie, ale trochę dziwne jest, że po tylu latach rzutuje ono na odbiór trochę humorystycznej opowiastki, która nie była intencjonalnie zaangażowana politycznie. Oczywiście, mam jakiś stosunek do tamtych wydarzeń, ale nie o to przecież chodziło, aby je poprzez ten tekst wyrażać. Ciekaw jestem, jaki owoc wyda ta moja inspiracja – jeszcze w życiu nie byłem dla nikogo “muzą”. wink

No niestety nie jestem przekonany. Przede wszystkim stylizacja – ja rozumiem cały stojący za nią zamysł, ale niestety nie najlepiej się to czyta. Jak to zresztą ze stylizacjami czasem bywa – to ryzykowna sprawa. Tutaj niestety moim zdaniem nie wyszło. Sztywne to wszystko, nienaturalne i w ogóle. Co innego czytać tekst z epoki – wtedy inaczej się do języka podchodzi. 

Sam pomysł też jakoś specjalnie mnie nie bawi. Stwierdzenie, że skojarzenie okrągłych stołów jest mało odkrywcze, byłoby grubym niedopowiedzeniem. Najprostsza, najłatwiejsza droga skojarzeń jaką tylko mogłeś pójść. Do tego cała ta zabawa w przekręcanie imion i nazw – no moim zdaniem to po prostu słabo wypada. 

Jedyny element, w którym dostrzegłem tutaj cień potencjału na coś ciekawego, to skojarzenia idei demokracji z Graalem. No ale niestety wszystko to spłyciłeś do “wzięli i znaleźli Graala”. A w całej sprawie z Graalem chodziło o to, że poszukiwania były bezowocne, i nawet jeśli ktoś zdołał zobaczyć Graala, to ze zdobyciem go już sobie nie radził (pomijając Galahada). I takie podejście do demokracji czy wolności mogłoby być ciekawe.

No trochę surowy ten komentarz wyszedł, ale nic na to nie poradzę. Humor, który miał być chyba głównym argumentem tego opowiadania, w ogóle do mnie nie trafił. I do tego dziwi cię, że gdy piszesz opowiadanie tego typu to poglądy polityczne wpływają na jego odbiór. Mnie dużo bardziej dziwi, że twierdzisz, że opowiadanie nie jest intencjonalnie zaangażowane politycznie. Bo całość wygląda na mocno zaangażowaną satyrę. 

Szkoda tylko, że w oczach Irki zostałem oszołomem :) 

Arnubis, dzięki za komentarz. Nie dam rady teraz napisać teraz tego co mi w głowie siedzi po jego przeczytaniu. Zajrzyj proszę jutro wieczorem, to się do Graala i satyry odniosę.

która nie była intencjonalnie zaangażowana politycznie.

Erm… rośnie nam nowy Shamalayan? Skrzyżowany z Wachowskimi?

Sorry, ale jak zatrudnisz Seana Beana, to przynajmniej go zabij :D

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

@Arnubis

Stylizacja – no cóż, nie mam się już co dłużej łudzić, nie wyszło – (w) większości się nie podoba.

Pomysł – napisałeś

Najprostsza, najłatwiejsza droga skojarzeń…

raczej pierwsza, którą ujrzałem – i nie chciała się ode mnie odczepić. Już przedmowie już zaznaczyłem że zdaję sobie sprawę z oczywistości pomysłu.

 

Co do Świętego Graala, zarzucasz mi że 

niestety wszystko to spłyciłeś do “wzięli i znaleźli Graala

zarzut tylko częściowo słuszny, spowodowany bowiem niedoskonałością wykonania. Przedostatnie zdanie opowiadania jak najbardziej uzasadnia Twoją interpretację. Wydawało mi się, (jakoś tak podświadomie) że każdemu czytelnikowi narzuci się takie kanoniczne skojarzenie – Święty Graal jako przedmiot, którego się wiecznie szuka, a on najprawdopodobniej nie istnieje – i taki był mój zamysł. Aby to naprawić dorzucam jeszcze jedno zdanie do zakończenia:

“Demos Kratosa, zaś król Lec gdzieś zawieruszył i od tej pory jego rycerze po całym świecie go szukają, liczne a bezskuteczne przy tym wojny wszczynając.” 

 

I na koniec jeszcze takie pytanie (tak z czystej naukowej ciekawości) dotyczące zdania: "Bo całość wygląda na mocno zaangażowaną satyrę." Z Twojego punktu widzenia, po której stronie jest ta satyra zaangażowana?

Wielkie dzięki za komentarz, jakkolwiek surowy by nie był.

 

@Tarnina

Ja to trochę słaby jestem w kino i nie łapię (skrzyżowanie Shamalayana z Wachowskimi). Podrzuć przynajmniej jakieś słowo – klucz do interpretacji.

O, Arnubisie, czuję się wywołana do odpowiedzi. Pisząc o oszołomach miałam na myśli ludzi, którzy postrzegają tamten okres i postać Leca z Wasa jako jedną wielką zdradę.

Czytałam tego opka nie jako satyrę, ale jako wspomnienie. Może dlatego nie widzę tutaj politycznego zaangażowania i może dlatego wydawało mi się, że przynajmniej dla tych, którzy te wydarzenia osobiście przeżyli, będzie to piękna podróż w przeszłość. W czas, kiedy miałam wrażenie, że jestem świadkiem czegoś ważnego, że wokół mnie walą się kolejne mury i w czas, kiedy rycerze naszego okrągłego stołu stanowili jeszcze jedną drużynę. Dla mnie to po prostu nostalgiczne wspomnienie czasów, które dawno minęły. Czasów, które być może dla ciebie są tylko mitem, ale ja tam, kurcze, byłam.

Demos Kratosa, zaś

Tu bez przecinka.

Ja to trochę słaby jestem w kino

Kurczaczki, ja też – byłam pewna, że nazwiska zrozumiałe uniwersalnie :( No, nic, objaśniam: i Shamalayan, i Wachowscy wsławili się najpierw kosmicznymi wizjami, a potem kosmicznym nieróbstwem, kiedy nie próbowali nawet spojrzeć na swoje dzieła z zewnątrz (kadr pochodzi z filmu “Jupiter Ascendant”, powszechnie uznanego za tak bezdennie głupi, że aż fajny). Chodziło mi o to, że trudno oczekiwać od czytelnika, że nie pójdzie dalej po nitce tego rodzaju aluzji, kiedy już ją złapie, tylko się zatrzyma w tym miejscu, w którym chcesz, żeby się zatrzymał. Tutaj (przy patrzeniu z zewnątrz, znaczy) przydaje się jednak beta.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Mnie tam stylizacja nie przeszkadzała. Natomiast nie cierpię w fantastyce bieżących (prawie ;)) wątków politycznych, czemu dałem wyraz w recenzji któregoś z ostatnich numerów NF.

Toteż – wysiadam!

Aha, technicznie bardzo dobrze. Gdzieś tam chyba kropki nie było, za to nie wyłapałem żadnego babolka. Zmęczony jestem czy dziadzieję ;)?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

@Tarnina

Dzięki za wyrozumiałość i belferską cierpliwość. Niestety moja pani Wena przychodzi najczęściej poganiana batem dedlajnu – następnego konkursu nie widać horyzoncie, to może uda mi się coś napisać powoli.

@Staruch

Cieszę się że nie wysiadłeś zbyt wcześnie :)

Rozkwitasz w stresie, co? :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No, niestety, Fizyku. Nie dość, że opowiadanie okazało się dla mnie niezbyt interesujące i nijak nie zdołało rozbawić, to wykorzystanie prościutkiego skojarzenia dwóch okrągłych mebli o tej samej nazwie, wydało mi się pójściem na łatwiznę. Mariaż legendy arturiańskiej z niezbyt odległymi wydarzeniami w naszym kraju, także nie jest, moim zdaniem, dobrym pomysłem.

I nic nie poradzę, że od pierwszego zetknięcia z królem Lecem, cały czas myślałam o Stanisławie Jerzym – satyryku i aforyście.  

 

– Po­patrz, Lan­ce­lo­cie, wieść o na­szych wiel­kich czy­nach do­tar­ła do zamku przed nami. Wszy­scy wy­le­gli, aby po­wi­tać zwy­cię­skich wo­jow­ni­ków. – Rzekł król do swgo ry­ce­rza… –> …po­wi­tać zwy­cię­skich wo­jow­ni­ków – rzekł król do swego ry­ce­rza

 

Czy ry­ce­rze moi za­sia­dać mają na ziemi? –> Czy ry­ce­rze moi za­sia­dać mają na podłodze/ posadzce?

Nie podejrzewam, aby w sali Okrągłego Stołu było klepisko. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 – Och joł – westchnął krecik.

Dzięki za komentarz, Reg. Przykro mi że się nie podobało, następnym razem postaram się bardziej.

W takim razie, Fizyku, do następnego razu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pogubiłam się. Podejrzewam w tej humoresce jakieś polityczne (pewnie przez Demosa Kratosa) podteksty, których nijak nie łapię. Żenienie mitologii arturiańskiej z komedią wydawałoby się, po Monty Pythonie, oczywistym samograjem, ale tu – może przez niekonsekwentną i średnio przekonującą stylizację – pozostaję nieprzekonana.

A mnie się podobało. Sympatyczne i wesołe opko.

W wykorzystywaniu Arturowego mebla do szukania Graala Demos Kratosa dostrzegam pewną głębię. To świetne narzędzie – ten stół nieprzypadkowo miał właśnie taki kształt. Serduszko albo zbiór Mandelbrota by się nie sprawdziły. Przy okrągłym stole nie ma uprzywilejowanych miejsc.

Babska logika rządzi!

@ninedin – Nie ma żadnych podtekstów, wszystko jest na wierzchu, jeśli ktoś się czegoś doszukuje, to ma to znamiona klasycznej interpretacji wiersza. Do tego tekstu pewnie Cię już nie przekonam, ale spróbuję tak jak Reg – następnym tekstem.

@Finkla – Przywracasz mi wiarę w ludzkość. Dzięki za miłe słowo i za klika oczywiście. 

Nowa Fantastyka