- Opowiadanie: CM - Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną

Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną

Ponieważ dawno nie było nic o Quetzalcoatlu...

 

UWAGA CZYTELNIK!

Opowiadanie nie jest kontynuacją tekstu na Geofantastykę. Więcej! Nie ma z nim nic wspólnego.

Nawet Quetzalcoatl jest inny. :)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną

Leżał wpatrzony w bezmyślnie wybrany punkt chaty. W mrok. Niedokończony sen uciekł mu zbyt daleko, by mógł go ponownie złapać myślami. Kogoś gonił? Przed kimś uciekał? Nie potrafił sobie przypomnieć. Na głowie miał już zresztą coś zupełnie innego: imperium Azteków. Zgliszcza imperium. Nie. Nawet nie to. Imperium już przecież nie było. To rodziła się nowa posiadłość kolonialna. Trwalsza. Lepsza. Zwrócona ku jedynemu Bogu.

Nowa Hiszpania.

Quetzalcoatl skrzywił się na myśl o tym tworze. Wolałby trafić w każde inne miejsce. Nową Hiszpanię miał za wyrok śmierci. Cortésa, jej zarządcę, za samego diabła. I właśnie tutaj musieli go strącić! Symbol azteckiej wiary!

Powrót od początku był nieunikniony. Quetzalcoatl pojmował to doskonale. Kiedy państwo Azteków upadło, siłą rzeczy musiał „upaść” i on. Było już jednak świństwem pchnąć go w tę paszczę lwa. Rzucić na żer hiszpańskim bestiom, grzebiącym symbole obcej religii. Niedługo zresztą zajęło, nim został złapany. Krążąc bez celu po mieście wpadł na żołnierzy Cortésa. Jak ostatni osioł. Pozbawiony wsparcia i mocy nie miał się nawet jak bronić. Później, pewno z braku lepszego pomysłu, zamknięto go w jakiejś obskurnej chacie. Nie jako boga, ma się rozumieć. Jako dziwadło. Miał pióra. Miał dłonie. Mówił. Ani więc człowiek, ani ptak. Boga też w nim nikt nie rozpoznał.

Zostawało dziwadło.

Quetzalcoatl westchnął głęboko, czując rosnącą frustrację. Wszystko w tym miejscu było nie tak i nawet zaczynał rozumieć, dlaczego.

Nie chciał wracać. Lubił być bogiem.

Westchnął ponownie, po czym podniósł się z ziemi i energicznym pchnięciem spróbował sforsować drzwi. Nic z tego. Trzymali go w tej chacie jak jakieś zwierzę. Może zresztą właśnie za zwierzę go mieli?

Niebawem drzwi uchyliły się jednak. Gość, choć spotykali się po raz pierwszy, z całą pewnością wyglądał znajomo. Pamiętał tę twarz. Podłą. Parszywą. Z okazałą długą brodą. Ile razy, jeszcze w tamtym świecie, marzył o tym, żeby ją obić. Nakłaść za wszystkie krzywdy, które ta zachłanna hiena wyrządziła jego imperium.

Teraz nie był już tak odważny.

Quetzalcoatl cofnął się odruchowo, z najwyższym trudem ukrywając zdumienie. Każdego mógł się spodziewać, tylko nie jego. Zresztą, będąc zupełnie uczciwym, od początku oczekiwał właściwie jednego. Śmierci. Ale to mógł zapewnić mu każdy z żołnierzy. Czego zatem chciał Cortés?

Wyszli na zewnątrz. Światło dzienne poraziło go tak, że przez dłuższą chwilę bał się otworzyć oczy. Cortésowi towarzyszyła młoda dziewczyna. Chyba nie Hiszpanka. Wyglądała raczej na miejscową. Może tłumaczka?

– Quetzalcoatl? – zapytał Cortés.

Nie. Nie poznał go. Musiał słyszeć od swoich ludzi, jak pojmane dziwadło powtarzało to imię. Żołnierzom najpewniej obce. Cortésowi już jednak zupełnie znajome. To przecież za Quetzalcoatla właśnie wziął go Montezuma, gdy tamten przybywał na ziemie Azteków.

Cortés, nie czekając odpowiedzi, dodał coś jeszcze. Krótki treściwy przekaz. Na pewno nie pytanie. Wiedział to, choć z całego zdania nie zrozumiał nawet pół słowa.

– Nie zginiesz – wyjaśniła dziewczyna.

Było w tym oświadczeniu coś osobliwego. Żadnego „pan Cortés mówi”, ani „pan Cortés zdecydował”. Nawet akcent usiłowała odtworzyć. Quetzalcoatl spojrzał w oczy tamtego. Biła z nich taka pewność, jakby usiłował powiedzieć: „Widzisz? Nic nie możesz poradzić. Twój los zależy wyłącznie ode mnie”.

Widzę, odpowiedział w myślach Quetzalcoatl. I cały wzbierający w nim gniew uleciał.

Cortés milczał. Jakiś czas gnębił go jeszcze tym bezdusznym spojrzeniem. I ciszą. Nie tą głuchą, w której słyszało się własne myśli, ale nerwową. Napiętą do granic możliwości. W końcu przemówił. Znów krótko. Dziewczyna zawahała się, jakby niepewna, czy dobrze zrozumiała. Później oświadczyła.

– Nawrócisz Azteków na chrześcijaństwo.

Quetzalcoatl zdębiał. W jego wnętrzu kotłowały się chyba wszystkie możliwe emocje. Był tak zdumiony, jak może być tylko ktoś, kto w obliczu niemożliwego pozostał przy zdrowych zmysłach. W miarę jak pojmował znaczenie słów Cortésa czuł, że to jakiś absurd. Że tego nikt nie ma prawa od niego wymagać. Znów uderzył go ton wypowiedzi tamtego. Ani rozkaz. Ani pytanie. Oświadczenie. Jakby przynosił wieści o nadchodzącym deszczu.

Trzeba było protestować. Stawić opór. On tymczasem nie znajdował żadnych słów. Jakich argumentów miał użyć? Był bogiem? Owszem, był. Słabym. Śmiertelnym. Bezsilnym jak dziecko.

Quetzalcoatl zagryzł wargi. Nic mu nie powiem – pomyślał.

Ale tamten wcale na to nie czekał.

 

W kolejnych dniach zgłębiał Quetzalcoatl dogmaty nowej wiary. Słuchając nauk hiszpańskich księży w duchu wymyślał im od najgorszych. Cholery można było dostać z tym ich Bogiem. Stworzył wszystko. Był wszędzie. Pan Świata! Król Nieba! Zbawiciel! Chyba tylko nad diabłem nie miał żadnej kontroli.

Quetzalcoatl wściekły był na Cortésa, że wyrządził mu takie świństwo. Potraktował go jak jakiegoś smarkacza. Czy tamten uwierzył w spotkanie bóstwa? Oczywiście, że nie! Który bóg dałby się zamknąć chacie? Cortés z pewnością nie dał mu wiary. Aztekowie jednak mogli. Kto miał ich skutecznie nawrócić, jak nie wielkie miejscowe bóstwo. Quetzalcoatl przybywa, by przedstawić wam jedynego Boga. Nie piękne? Takie płynne przejście do nowej wiary. I bezkrwawa agonia starej, zarazem. Quetzalcoatl oddaje cześć Bogu, stając się piewcą dobrej nowiny.

Zacisnął pięści.

Było w tej wizji coś monstrualnego. Bodaj wolałby i zginąć, niż wcielać ją w życie.

Myślał tak, choć, rzecz oczywista, wcale tego nie pragnął. Bał się śmierci. Co mogło czekać go później? Lepszy świat? Toż lepszego świata właśnie go pozbawiono.

Myślał najintensywniej jak mógł. Trzeba się będzie tego Boga nauczyć. Wypytać, co i jak, znaleźć słabe punkty i uderzyć. Czym? Proste! Miał przecież broń. Tysiące wiernych, oddanych wyznawców. Cortés był chytry. W jednym omylił się jednak. Upadek imperium nie oznacza końca religii, ani nie są Aztekowie zabawką w rękach bogów. Gdy przyjdzie potrzeba, wtedy nawet słabi, nawet pobici, będą walczyć. Nie porzucą wiary budowanej przez setki lat. Wystarczy impuls. Promień nadziei. Powrót boga!

Trzeba ich będzie zorganizować. Nie jawnie, ma się rozumieć. Poszeptem. Półsłowem. Wszystko pod hasłem gorliwej posługi. Później zaś, gdy przyjdzie właściwy moment, gdy już zda się Cortésowi, że wszystko idzie jak trzeba, ruszą do walki. Obronią swoją wiarę, odbiją imperium, a na końcu, kiedy wróci moc, pośle Cortésa do wszystkich diabłów razem z tym jego Bogiem.

Quetzalcoatl grzązł w niechcianej religii, snując jednocześnie wizje śmiałej rewolty. Wzniecał powstania, podnosił bunty, zwracał przeciwko Bogu. Był po trosze ostatnią nadzieją, znakiem odrodzenia i zbawcą Azteków. Na pierwszą misję wyruszał już pewny zwycięstwa. Kroczył dumnie na czele duchownych, naraz dziwnie spokojny, że wszystko pójdzie, jak trzeba. Szybko jednak zniknął ów spokój, bo Aztekowie nie poznali swojego boga. Szumnie głoszony powrót Quetzalcoatla zwykli przyjmować z głęboką niewiarą. Więcej! Mieli nawet pretensje, że w tak perfidny sposób wpierano im ułudę (dawnego!) bóstwa.

Quetzalcoatl, porażony tym zapomnieniem, zrazu zamilkł zupełnie, spoglądając na Azteków wzrokiem tak rozpaczliwym, jakby pytał ich: „wyznawcy moi, czy mnie widzicie?!”. Gdy zaś w końcu zdołał przemówić, dukał jedynie wykute formułki, nie beznamiętnie, jak to sobie założył, ale pełnym emocji głosem, znów niemal w głębi duszy pytając: „Aztekowie kochani, czy mnie słyszycie?!”.

Klęskę tę przeżywał długo. Z początku poddał się nawet zupełnie, nawracając już zgodnie z wolą Cortésa. Dopiero później, gdy nieco ochłonął, wrócił do swoich poprzednich zamiarów. Ostatecznie, jak sądził, nic złego się jeszcze nie stało. Nie poznali go? Wielkie rzeczy. Trzeba się będzie przypomnieć. Dzieje Azteków znał w drobnych szczegółach. Długo zajmie, nim ich przekona?

Quetzalcoatl podjął walkę na nowo, już jednak bez tej pierwotnej pewności siebie. Obłudnej wiary w postawę i czyny, do których nigdy w tym świecie nie będzie zdolny. Teraz stał się ostrożny. Niepewny. Nadzieję czerpał z wracającej myśli, że przecież żadna religia nie upada z dnia na dzień. Znów jednak rozczarował się okrutnie, bo Aztekowie przyjmowali chrzest coraz chętniej. Nowy Bóg był dobry. Lepszy! Nie karmił się krwią. Nie wymagał ofiar. Nie oczekiwał wojen, ani walki o jeńców. Przede wszystkim jednak wypełniał pustkę po dawnej wierze. Quetzalcoatl, wściekły jak sto czortów o tę uległość, począł nawracać tym usilniej, im bardziej w niego wątpiono. Nie był to ruch szczególnie rozsądny. Ani przecież Aztekom tym szkodził, ani sobie przynosił ulgę. Czuł się jednak w pewien sposób usprawiedliwiony. Postawa ta, bezmyślna i dziecinna, zdawała mu się jakoś szalenie ludzka. I właśnie owa „ludzkość” uderzyła go najmocniej. Jakby w końcu przyznał przed sobą, że naprawdę nie był już żadnym bogiem.

Jakiś czas mamił się jeszcze wizją ucieczki. Powtarzał sobie, że już, zaraz, najdalej jutro rzuci wszystko w diabły i umknie. I tu nie był jednak ze sobą w pełni szczery. Gasił pragnienie, bo dawano mu pić. Zabijał głód, bo dawano mu jeść. Bez wsparcia księży pół dnia by nie przeżył. Czy w tej sytuacji mógł myśleć o ucieczce?

Już bez żadnych złudzeń wrócił Quetzalcoatl do swoich zadań. Z czasem też jego stosunek do wiary począł ulegać pewnej przemianie. Mniej złościł się na Boga. Nie wyszydzał go już, całą uwagę skupiając na postawie księży. Było coś niezwykłego w energii, którą czerpali z niesionej posługi. Podziwiał misterium, zawarte w każdej zmawianej modlitwie. Razu pewnego złapał się na tym, że i on próbował rozmawiać z Bogiem. W samotności, półgłosem opowiadał mu o wszystkim. W jakimś przypływie totalnej niemocy wyrzucał z siebie wszelkie troski i żale. Prosił o wsparcie w pojęciu świata, który niósł mu tyle bólu i cierpienia. Na końcu przystąpił do modlitwy. Mówił powoli. Świadomie. Przeżywając każde wypowiedziane słowo. Wtedy też stała się rzecz niezwykła. Poczuł jak napięte, zmęczone mięśnie stają się naraz cudownie wolne. Było to zupełnie tak, jakby jakaś potężna siła wypełniła całe jego ciało wiarą? Nadzieją? Nie potrafił dobrze ocenić. Cały proces przebiegał samoistnie. Zupełnie bez jego zgody i udziału. Quetzalcoatl miał sobie zresztą za złe tę uległość woli. Wpuszczenie do środka obcego intruza, bo i tak zwykł nieraz Boga nazywać. Jakiś czas walczył jeszcze. Znów wbrew sobie. Uczucie to było mu przecież zupełnie miłe. W końcu się poddał.

On naprawdę uwierzył w Boga.

 

Quetzalcoatl zbudził się nazajutrz dziwnie spokojny. Było jednak w tej klęsce coś szalenie budującego. Nie musiał się już starać. Szargać nerwów. Bóg osaczał go z każdej strony i czuł się z tym najzupełniej dobrze. Jak gdyby tym jednym ruchem zdjął z siebie całe egzystencjalne brzemię. Poza tym zmieniło się całkiem niewiele. Dalej nawracał. Nauczał wiary. Tyle że w końcu znajdował w tym sens. Bóg był mu swoistym gwarantem, że wszystko w tym świecie miało jednak swój powód i znaczenie.

 

Tego dnia udał się na pierwszą samodzielną misję. Jego cel stanowiła grupa odludków. Ponoć wyjątkowo odporna na Boga. Posłać w bój Quetzalcoatla znaczyło w tym wypadku tyle, co rzucić do walki samego diabła. On sam cieszył się na to zadanie. Liczył, że tamci zdołają go poznać. Skoro tak chętnie tłumili obcą wiarę, to może raz jeszcze poczuje się przy nich bogiem. Szedł tedy przez las, snując wizje spotkania i ani się spostrzegł, gdy dotarł na miejsce.

Okolica sprawiała wrażenie wymarłej. Brudny, zabłocony, cuchnący plac. Na nim dwa rzędy drewnianych chat, z których większość (znać to było od razu) lata swej świetności dawno miała za sobą. Teraz walczyły jedynie o to, by nie rozpaść się od pierwszej lepszej wichury. Quetzalcoatl zwolnił kroku, by przyjrzeć im się nieco bliżej. Za jedną z nich wypatrzył głęboką dziurę, w której walały się resztki przegniłego jedzenia.

To stąd ten paskudny odór!

Nieco dalej jakaś stara babina kręciła się wokół placu bez wyraźnego powodu. W końcu zniknęła w jednej z chat.

Ciekawe, gdzie była reszta?

Quetzalcoatl zrobił jeszcze kilka kroków, po czym zsunął się po łagodnym wzniesieniu – ostatniej przeszkodzie dzielącej go od tych „wspaniałych” włości. Plac mieścił się nieco poniżej poziomu drogi. Otrzepawszy się z ziemi, ruszył powoli w kierunku chaty. Tej, w której zniknęła stara kobieta.

Dotarłszy, zastukał do drzwi. Były, co prawda, nieco uchylone, uznał jednak, że nie należy pchać się do środka bez pytania. Przynajmniej na razie.

Nikt nie otwierał. Wobec braku reakcji spróbował zastukać raz jeszcze. Później nadstawił ucha. Wewnątrz chaty słychać było słaby przeciągły szmer. Zupełnie jakby ktoś szorował po ziemi, nie odrywając stóp od podłogi. W końcu ucichł. Drzwi tymczasem pozostały nietknięte. Nie słyszała?

Quetzalcoatl pchnął drzwi i bezszelestnie wsunął się do środka. Zmierzchało, a on potrzebował noclegu. Celowo zresztą wybrał taką porę licząc, że zdoła zostać na dłużej. Wewnątrz panował półmrok. Ostrożnie, niemal po omacku, począł przesuwać się w głąb chałupy. Coś zaskrzypiało. Za nim? Niepewny, odwrócił się w stronę drzwi.

O, szlag!

Jakiś twardy, tępy przedmiot uderzył go w tył głowy.

Quetzalcoatl poleciał przed siebie, chwiejnie wytaczając się na podwórze.

Co to było?

Przysiadł, wsparty na jednej ręce, wpatrując się w półotwarte drzwi chaty. Z głębi wyłoniła się stara kobieta. Zgarbiona. Wynędzniała. O twarzy tak potwornie zmęczonej życiem, jakby przez jego większość przebrnęła jedynie za karę. W dłoni trzymała kamień. Wcale nie tak wielki, jak myślał przy uderzeniu.

– Więc to ty mnie zdzieliłaś! – wrzasnął wściekły. – Czaszkę mi mogłaś rozłupać! Tyle masz szacunku do dawnego boga?!

– Quetzalcoatl? – spytała zmieszana kobieta.

– Quetzalcoatl!

Na ten wrzask z pozostałych domostw poczęli wybiegać ich ukryci mieszkańcy.

Więc jednak byli!

– Quetzalcoatl! – powtórzyła kobieta, po czym dwóch młodych mężczyzn złapało go za ramiona. Zupełnie, jakby bali się, że ucieknie. Nic już z tego nie rozumiał.

Reszta ustawiła się w niewielkim okręgu, tocząc między sobą ożywioną dyskusję. Quetzalcoatl słyszał ją i nie słyszał jak gdyby. Spomiędzy kilku cichutkich głosów i dziesiątek złowrogich szeptów, zdołał w pełni zrozumieć jedno zaledwie słowo.

Zdrajca.

Spojrzał na swoją dłoń. Teraz dopiero przypomniał sobie, że wciąż jeszcze trzyma w niej krzyż. Czy przez niego…? Należało przypuszczać, że tak. Tamci skończyli rozmowę. Po chwili część z nich rozeszła się po chałupach. Niebawem wrócili. Jedni trzymali w dłoniach pochodnie. Inni nieśli obszerny stół. Na końcu, niespiesznie kroczył najstarszy. Niski. Krępy. O włosach białych jak śnieg. W dłoni trzymał nóż z obsydianu.

Jasna cholera!

Quetzalcoatl szarpnął się raz i drugi. Tamci ani myśleli odpuszczać. Miotał się, ile tylko miał sił. Przez moment sądził, że zdoła im umknąć. Wtedy jednak doskoczyli kolejni i już razem ułożyli go siłą na stole.

Zastygł w bezruchu. Strach ścisnął go z taką mocą, że nie mógł nawet złapać oddechu. Nachodziło go teraz tyle myśli, że i w kilku głowach nie zmieściłby wszystkich. W pełni zdołał pojąć jedynie ostatnią. Spomiędzy kłębów niejasnych wniosków wyrwało się naraz jego własne, krótkie: Jezu! Przecież ja zaraz zginę!

Raz jeszcze spróbował się wyrwać.

Nic. Nic!

Starzec nadchodził. W jego lekko drżącej dłoni falował przeklęty nóż.

Bydlaki!

Quetzalcoatl dyszał ciężko, błądząc bezradnie wzrokiem po okolicy. Trzeba się ratować! Natychmiast!

Nie szarpał się już, ale rzucał. Unosił i skręcał swoje ciało, desperacko szukając odrobiny swobody. Ciągle bez skutku.

Słabł. Jego ciało, zmęczone i spięte, nie chciało już udzielić żadnego wsparcia. Jakże gorzkie były mu teraz wszystkie złożone ku jego czci ofiary. Jakże głupi i brutalny wydawał się ten obrzęd, fundament azteckiej wiary, tak niegdyś ważny, tak niezbędny w dbałości o nastroje bogów. Teraz, z perspektywy ofiary, nie był mu już ów obrzęd niczym więcej jak tylko szczytem bezpotrzeby. Tamten był coraz bliżej. Jeszcze tylko kilka kroków…

Chciał rozluźnić mięśnie. Nie mógł tego zrobić. Strach pętał go bez litości. Łapiąc zachłannie hausty powietrza, szukał w sobie resztek energii. Stary stanął nad jego ciałem. Reszta wzmocniła uchwyty, gotowa do złożenia ofiary.

Niechby ich wszyscy diabli!

Quetzalcoatl zadrżał. Serce podeszło mu do gardła. Mimo to nie dawał za wygraną. Poderwał się! I jeszcze raz! I kolejny! Bez żadnych efektów. Tamci byli zbyt silni.

Starzec uniósł nóż. Nie mogąc zrobić już nic więcej Quetzalcoatl, w ostatnim przypływie rozpaczy, przemknął jeszcze wzrokiem po twarzach tamtych. Zawziętych. Zdeterminowanych. A jednocześnie tak pełnych strachu i respektu, jakby naprawdę wciąż był potężnym bogiem…

 

Koniec

Komentarze

A jednak jakiś ślad powiązania z “Czekając na…” jest :-) Nie w treści i nie w formie, raczej jakby zupełnie nowy sposób rozwinięcia któregoś z zupełnie początkowych punktów pomysłu :-) Wyszło ciekawie. Na dodatek choć temat poważniejszy niż w “Czekając na…”, czyta się lżej. Jedna rzecz powieliła się z “Czekając na…”:

Zacisnął pięści.

Pamiętasz, prawda? :-) Oczywiście pytanie, czy przypadkiem tutaj nie było innej wersji węża, może tu faktycznie miał ręce – ale w takim przypadku warto by to gdzieś wspomnieć, np. przytaczając w początkowej części opowiadania opis jego wyglądu. W którym warto tez wspomnieć o rozmiarach, bo w trakcie lektury ma się wrażenie, że on jakiś bardzo mały (bo jak miałby się rzucić w oczy patrolowi? a gdyby duży, to tak łatwo by go nie zamknęli w szopie).

Jeśli miał mieć ręce, to ok. Jeśli nie, to jeszcze fragmenty:

Przysiadł, wsparty na jednej ręce

dwóch młodych mężczyzn złapało go za ramiona

Spojrzał na swoją dłoń

 

No i pukanie, które mogło być za pomocą ogona, ale wtedy tez trzeba by zaznaczyć w opisie, żeby nie było dezorientacji. No chyba, że jednak wąż z mackami chwytnymi ;-)

 

Końcówkę  można było napisać trochę bardziej w stronę jakiejś emocji (którejkolwiek), bo sygnalizujesz taki kierunek, tworzysz idealne pole do jakiegoś mocnego akcentu, a kończysz tylko częściowo wykorzystując ten potencjał. To jednak nie zarzut, przeciwnie, czytało się dobrze!

 

Witaj, CM. Tak naprawdę, to jednak dałoby radę potraktować to jako sequel "Czekając na…", mimo zupełnie innej konwencji. Odnośnie tej ostatniej, mam tu kłopot. Ciężko mi strawic narrację, w której narrator siedzi w głowie bohatera i opowiada, co się tam dzieje, mieszając to z fabułą. Coś takiego trzeba umieć robić, a Tobie to wyszło w sumie całkiem dobrze. Mimo to, wyobrażalem sobie tu ciągle narrację w pierwszej osobie. To tylko i wyłącznie kwestia gustu, mnie osobiście takie teksty podobają się niezmiernie rzadko. Pomysł na całość bardzo dobry. Pisanie – naprawdę się rozwijasz. Końcówka – dla mnie bardzo dobra. Pozdrawiam!

Hej :) Przeczytałem, to się wypowiem. Najpierw jakieś drobne uwagi (Nie błędy, a mój osobisty odbiór):

Bzdury totalne! – To, jak i parę innych zwrotów, jakoś niekoniecznie pasowało mi do czasów, w których umieściłeś swoją historię.

 

W kolejnych dniach zgłębiał Quetzalcoatl dogmaty nowej wiary.

Już bez żadnych złudzeń wrócił Quetzalcoatl do swoich zadań. – Rozumiem, że umyślnie w ten sposób budowałeś zdania, jednak jakoś dziwnie mi się to czyta i pozamieniałbym kolejnością słowa. Nie tylko w tych zdaniach przeszkadzał mi szyk.

 

Słuchając nauk hiszpańskich księży w duchu wymyślał im od najgorszych. – Dlaczego wymyślał im? Dziwnie jakoś. Może wyzywał ich od najgorszych? Przeklinał ich w duchu? Czy coś w tym stylu.

 

Co do treści, powiem tak: Czyta się dobrze. Krótkie, zwięzłe zdania. Dużo akapitów. Lubię to :)

Ale… Rozumiem, że Quetzalcoatl jest u Ciebie upadłym bogiem, albo już w ogóle nie jest bogiem, ale mimo to był dla mnie strasznie ciapowaty, że się tak wyrażę. Daje się zamknąć w szopie, nie potrafi uciec, daje się podejść STARUSZCE, a na koniec obezwładnić. W zasadzie spotkała go, przynajmniej z poziomu mordujących, zasłużona śmierć. Mi jednak czegoś w końcówce zabrakło. W zasadzie gdy tylko dostał kamieniem w łeb już wiedziałem, że go zabiją. Nie było zaskoczenia. I jak mówiłem, nie widziałem potencjału tego bohatera, wydał mi się fajtłapą, przez co jakoś nieszczególnie jego losy mnie przejęły. Rozumiem, że miał być słaby, że miał się nawrócić itd. ale… . I Jak dla mnie, trochę za dużo samej narracji (dość osobliwej) i rozważań, a za mało akcji i konkretów. 

Jednak ogólnie czytało mi się przyjemnie, czasu nie zmarnowałem, dzięki za lekturę i powodzenia :)

Wilku,

podziękował za tak ekspresowe zapoznanie się z tekstem. Widząc pierwszy komentarz bodaj godzinę po wrzuceniu opowiadania, byłem pewien czegoś w stylu: “przebrnąłem przez pierwszy fragment, ale nie da się tego czytać”.

Pamiętasz, prawda? :-)

Pamiętam. :-) Ale ten Quetzalcoatl jest inny. Od tamtego odcinam się wszelkimi możliwymi sposobami. Na wszelki wypadek dorzuciłem informację w przedmowie.

I tak. Ten Quetzalcoatl ma ręce. :-) 

O wzroście postaram się wspomnieć.

 

Z końcówką masz całkowitą rację. Budowałem ją pod emocje, miały tam być, tyle że… w pewnym momencie miałem już serdecznie dość tego tekstu i chciałem go po prostu skończyć. Jakkolwiek. Po Twoim komentarzu dopisałem na kolanie parę zdań, bo jednak trochę tego fragmentu szkoda. Wiele one pewnie nie pomogą, ale pojawi się przynajmniej jakaś namiastka emocji.

Jeszcze raz dziękuję za odwiedziny i wszelkie uwagi. Jak widać po tempie zmian okazały się one nad wyraz użyteczne. :-)

 

Łosiocie,

ten tekst spokojnie mógł być sequelem, gdyby nie fakt, że tamten nierozgarnięty bożek nie do końca mi tu pasował. To miał być jednak poważny tekst, dlatego raz jeszcze odcinam się od “Czekając na…”. Na potrzeby tego opowiadania przyjmuję, że tamto nigdy nie istniało. :-)

Mieszanie tego typu narracji z fabułą nie jest pewnie zbyt fortunnym pomysłem. Tekst traktowałem jednak głównie w kategoriach wprawki, dlatego dałem sobie pozwolenie na takie rozwiązanie. Na razie jestem na etapie sprawdzanie czego i jak bardzo nie umiem, więc czasem pozwalam sobie na więcej niż powinienem. :-)

Dziękuję, że zechciałeś podzielić się opinią. Bez nich ciężko o wnioski i rozwój.

Pozdrawiam!

 

Realucu

Tobie również dziękuję za przeczytanie i obszerny komentarz.

 

Odnośnie średnio pasujących zwrotów mogę tylko posypać głowę popiołem. Przyznam Ci szczerze, że pisząc ten tekst kompletnie o tym nie pomyślałem.

Inna rzecz, że przy tym opowiadaniu w ogóle myślałem nad wyraz niewiele. :-)

Dziwny szyk zdania i osobliwa narracja w moim przypadku były absolutną koniecznością. Napisanie normalnego tekstu bez żadnych dziwactw stanowczo przekracza moje możliwości. :-)

 Dlaczego wymyślał im? Dziwnie jakoś. Może wyzywał ich od najgorszych? Przeklinał ich w duchu? Czy coś w tym stylu.

W kolejnym zdaniu miałem “ich”, dlatego za wszelką cenę próbowałem uniknąć powtórzenia. Nic mądrzejszego nie udało mi się wymyślić.

 

Z tą przesadną ciapowatością możesz mieć rację. Jak w ogóle łapię się ostatnio na tym, że chcąc zaakcentować jakąś cechę mam tendencje do przedobrzania. Fajnie, że zwróciłeś na to uwagę, bo to problem, który jednak się powtarza i trzeba będzie zwrócić na niego uwagę.

Nadmiar rozważań i niedobór akcji to z kolei efekt tego, że za bardzo często koncentruje się na tym, czego chcę ja, nie bardzo pamiętając przy tym o czytelniku. Kiedyś pewnie się z tego wyleczę, ale na razie, kiedy jestem w fazie “testów i nauki” takie rzeczy mogą się zdarzać.

Jeszcze raz dziękuję za obszerny komentarz. Bardzo dużo z niego wyniosłem.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Jeszcze raz dziękuję za obszerny komentarz. Bardzo dużo z niego wyniosłem.

CM, nie ma za co i bardzo się cieszę, że okazał się przydatny :) 

Też jestem wciąż w fazie testów i nauki, choć małymi kroczkami zaczynam skrobać już coś na poważnie, może nawet wyjdzie z tego w odległej galaktyce jakaś powieść. Piszę od wieeelu lat, ale trzy ostatnie lata, od kiedy zacząłem przygodę z tym forum, z NF, rozwinęły mnie nieporównywalnie. Napisałem już naprawdę sporo opowiadań i innych tekstów, gdzieś połowa z nich trafiła tutaj. I z każdym kolejnym czułem, że idę do przodu. Jak popatrzę na to, co pisałem te trzy, cztery lata temu, to obiektywnie widzę ogromną różnicę. Świadomość wielu aspektów, warsztat itd. Mimo to wiem, że nadal długa droga przede mną, ale widząc progres, czytając pozytywne komentarze, słysząc dobre słowo, o wiele prościej jest nam brnąć do celu. Kończę wywód, tak mnie jakoś wzięło w wolnej chwili w pracy :D 

Reasumując, byle do przodu :P ;)

"Czego I jak bardzo nie umiem". Mam tak samo. Realuc tu fajnie pisze, byle do przodu! Ja co prawda walczę niecałe dwa lata z pisaniem, ale czuję jakby pierwsze opowiadanie dzieliły od najświeższego eony. Dodam tylko, żeby mnie nie posądzono o offtop (ponoć to nieeleganckie), że w Twoim opowiadaniu ta fafułowatość Que… Qeu.. Twojego bohatera jest dla mnie ok, zabrałes mu boskość. Chyba o to chodziło, co?

Reasumując, byle do przodu :P ;)

yes

 

W końcu mi się na coś te emotki przydały. :)

 

Łosiocie, offtop rządzi!

Ostatnio nawet walczyłem o offtop, bo chciałem uzbierać setkę komentarzy pod tekstem.

Wszystko jedno jakich. :)

Z tym Quetzalcoatlem to faktycznie o to chodziło, tyle że jak już coś zabieram, to bez żadnej litości.

Najlepszy dowód to Geofantastyka i odebranie Aztekom rozumu. Wszystkim jak leci. :) 

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

No to CMie jeszcze te łapy jakoś w tekście pokaż, bo wąż, wąż, wąż, a tu nagle ręce ;-) 

Miał pióra. Miał dłonie. Mówił.

Pokazane. Pomińmy fakt, że w możliwie zdawkowy i łopatologiczny sposób. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Dość osobliwe spojrzenia na Qu­et­zal­co­atla, który w nowych realiach początkowo przemyśliwuje, jak walczyć z nową rzeczywistości, potem poddaje się i zostaje neofitą, by na koniec stać się męczennikiem.

Niezły pomysł i takież wykonanie, czytało się całkiem dobrze. ;)

 

przez dłuż­szą chwi­lę bał się otwo­rzyć oczu. –> …przez dłuż­szą chwi­lę bał się otwo­rzyć oczy.

 

Po­czuł jak na­pię­te od stre­su mię­śnie… –> Obawiam się, że Qu­et­zal­co­atl nie znał tego pojęcia.

 

Qu­et­zal­co­atl szarp­nął raz i drugi. –> Co szarpnął?

A może miało być: Qu­et­zal­co­atl szarp­nął się raz i drugi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawy pomysł, szkoda że poleciałeś w tak mocno przegadaną stronę. Chętnie zamknąłbym Cię o chlebie i wodzie i kazał napisać to na 7k znaków, jestem przekonany, że wyszłoby to na dobre nam obu:)

Fajnie by było, gdybyś na wstępie rzucił czytelnikowi jakiś ochłap, takie zaczynanie od budowanego szeroko backgroundu jest średnio ciekawe (popatrz na to z tej strony; facet siedzi w szopie i rozmyśla – jak to może kogoś zainteresować?), szczególnie, że dysponujesz bardzo malowniczym bohaterem.

Maniera z rozpoczynaniem każdego zdania od nowego akapitu jest fatalna, serio. Zrezygnuj z tego, proszę Cię bardzo, to jest odpowiednik lajkry w lamparcie cętki w świecie mody. 

Językowo są bardzo fajne fragmenty – szczególnie scenka z tłumaczką bardzo mi się spodobała.

No i pytanie za 100 punktów. Kolonijna, czy koloniajna? No i jeszcze tak mi się rzuciło w oczy, choć zazwyczaj jestem ślepy na rzeczy z pod znaku łapanki – gdzieś tam w tekście padło określenie “twardy, nieostry przedmiot”. W beletrystyce takie rzeczy nie występują – tępy przedmiot, jakiś tam inny (nieostre to można zrobić zdjęcie), ale nie w ten sposób. Słowem słownik wyrazów bliskoznacznych, synonimów itd. także mamy pod ręką i go lubimy;)

Ciekawy pomysł z nawróceniem starego boga na nową religię. I jeszcze męczennika z niego zrobiłeś! Niezłe. :)

Dobrze się czyta, płynnie. Nie zauważyłam żadnych baboli. Fajny opek. :)

A co do rąk, no przecież miał. :)

Reg, dziękuję za przeczytanie i łapankę. Wskazane błędy mogłem na szczęście poprawić od ręki. Muszę jeszcze tylko przejrzeć cały tekst pod kątem tego nieszczęsnego szarpania, bo chyba użyłem go w tym opowiadaniu kilkukrotnie.

 

Michale, ale tak o chlebie i wodzie? Snickersa byś chociaż zostawił. :-)

Wprowadzenie z całą pewnością powinno być zwięzłe, zwłaszcza przy tak krótkim tekście. Chyba za bardzo skupiłem się w tym opowiadaniu na ćwiczeniu różnych rzeczy, a za mało na perspektywie czytelnika.

Ta maniera, o której wspominasz, to już pewien odruch. W moim przypadku to nie będzie więc rezygnacja, ale wyplewianie głupiego nawyku. Może kiedyś się tego pozbędę.

Kolonijna, czy koloniajna?

Zdecydowanie kolonialna. Musiałem się machnąć. :(

“Nieostry” wcisnąłem trochę na siłę, bo nie byłem pewien, czy kamień może być tępy. Zmienię.

Bardzo Ci dziękuję za odwiedziny i wszelkie uwagi.

 

Irko, podziękował za odwiedziny i komentarz.

Fajnie, że nie znalazłaś baboli. W moim przypadku to raczej wyjątek niż reguła. :)

A co do rąk, no przecież miał. :)

Miał. Tyle że w poprzednim opowiadaniu, opisując Quetzalcoatla, pozbawiłem go tych rąk. Dlatego teraz muszę się odcinać od tamtego tekstu przy każdej możliwej okazji. :)

 

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

CM, cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Szarpanie masz jeszcze w trzech miejscach, tuż po tym które wskazałam:

– Spróbował szarpnąć raz jeszcze.

– Nie szarpał już, ale rzucał się.

– Szarpnął!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I posprzątane. 

Dziękuję. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo przyjemne opowiadanie. Mi akurat nie przeszkadza, że bohater był słaby i fajtłapowaty. Taka niemoc średnio pasuje do boga, ale tym bardziej podkreśla siłę nowej wiary. 

Podoba mi się taka koncepcja. I wykonanie dobre. 

 

Miło się czytało. :)

Koncepcja, żeby kazać bogu propagować wiarę w jakiegoś innego i to jeszcze jedynego, jest okrutna. Ale dzięki temu ciekawa literacko.

Nie bardzo mogę zrozumieć, jak do tego doszło, że Q. się zgodził. Przecież to stanowi zanegowanie samego siebie. IMO, fajnie by było, gdyby głoszenie nowej wiary w jakiś sposób osłabiało Pierzastego. Dlaczego w ogóle dało się go zamknąć w szopie?

 

Zauważyliście, że na rysunku wstawionym przez Irkę Quetzalcoatl ma ręce, ale obie lewe? To by wiele tłumaczyło… ;-)

Babska logika rządzi!

Nie bardzo mogę zrozumieć, jak do tego doszło, że Q. się zgodził

W tekście jest fragment, który sugeruje, że chciał oszukać najeźdźców, a z czasem dał się “oswoić”, choć długo próbował to sobie tłumaczyć.

Ale dlaczego po prostu nie uciekł z tej szopy, po drodze wyrywając serca strażnikom? Dlaczego w ogóle sądził, że musi się zniżać do oszukiwania?

Babska logika rządzi!

Bo był zbyt osłabiony? Bo może jego forma miała ograniczenia? W sumie tu jest dużo sygnałów, że nie miał “mocy”.

I co go tak osłabiło? Nie wierzę, że brak wyznawców – stare religie nie upadają tak z dnia na dzień ani nawet z pokolenia na pokolenie. Montezuma uwięziony czy nieżywy, ale musiały zostać wioski nadal wierzące w starych bogów.

Za to gdyby Q. tracił moc wraz z zyskiwaniem wiary w Boga najeźdźców… Ooo, to by mi się podobało – skoro wierzy w Jedynego, to nie może wierzyć w siebie.

Babska logika rządzi!

Niezły tekst. Początek z lekka przydługi i, nie będę ukrywał, znużył mnie. Jednak im dalej w opowieść, tym lepiej. Poczynając od wejścia Corteza, po zakończoną śmiercią ewangelizację – podoba mi się pomysł starego boga, który pada na kolana przed nowym. I jednocześnie twistu końcowego, z ofiarą.

Samo wykonanie dobre – nic nie przeszkadzało.

Podsumowując: czasem wynurzenia wewnętrzne bohatera z lekka nudzą, ale sam motyw główny koncert fajerwerków przedstawiony ciekawie, a zakończenie pięknie przewrotne. Dla mnie tekst na plus :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ani więc człowiek (choć wzrost podobny). Ani ptak.

Zrobiłabym z tego jedno zdanie.

Fajne, podobało mi się :)

Saro, dziękuję za odwiedziny i dobre słowo.

Fajnie, że nie przeszkadzała Ci fajtłapowatość bohatera, inna rzecz, że u Quetzalcoatla mam już chyba dożywotnio przerąbane. :)

 

Finklo, w końcu mogę to napisać:

JEST KLIK. NIE MA ORTOGRAFÓW! :-)

Fajnie, że odebrałaś koncepcję jako okrutną, bo taka właśnie miała być. Szkoda, że postawa Quetzalcoatla (cholera, jakże łatwo przychodzi mi już pisanie tego imienia:)) nie była do końca jasna, bo to znak, że pewnie czegoś w opowiadaniu zabrakło. Chciałem ją nawet w tym komentarzu wyjaśnić, ale uznałem, że opowiadanie powinno tłumaczyć wszystko samo. Jeśli tego nie robi, to wolę dostać prosty sygnał, że pewne elementy są niejasne, niż zmuszać czytających do szukania wyjaśnień w komentarzach.

Dziękuję za wizytę, komentarz i klika.

P.S. Fajny ten Twój pomysł na utratę mocy. :)

 

NWM, dziękuję za wizytę i klika. Pomyśleć, że chciałem na tych wynurzeniach oprzeć większą część tekstu…

Dopiero by mi się dostawało w komentarzach.

 

Anet, dziękuję za wizytę, Fajnie, że się podobało. :)

Zrobiłabym z tego jedno zdanie.

I ja tak zrobię. Mam nadzieję, że nie będę musiał z tego powodu zakładać dziennika zmian, bo strasznie mi się nie chce. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

No. Nie ma ortów, to może być klik. :-)

Fajnie, że pomysł Tobie też się podoba.

Babska logika rządzi!

Przewrotna koncepcja. Jak najlepiej wykorzystać starego boga? Zmusić go, by nawracał swych dawnych wyznawców na wiarę nowego boga. Jak sprawić, by poniósł konsekwencje swej zdrady (w sumie czy to zdrada, jeśli on sam się nawrócił? indecision) i zapłacił za swe czyny? Złożyć go w ofierze jemu samemu… czy coś w tym stylu.

Dobre, bardzo dobre. :)

 

Powodzenia! :)

Fantastyka teologiczna? Lubię, bardzo lubię :).

Czytałem z rosnącym zainteresowaniem – co stanie się dalej? I choć zakończenie z lekka mnie w pierwszej chwili rozczarowało, to po namyśle – dobre jest. Co będzie dalej z wiarą Indian, skoro i oni uczynią ofiarę ze swego boga? Fascynujące podobieństwa, i fascynujące różnice! Ładnie to wybrzmiało, choc może ze dwa zdania o kaźni na koniec przyjąłbym z aplauzem!

Parę uwag jednak mam:

– “Wszystko jakoby oznaką rychłego powrotu Quetzalcoatla” – zabrakło mi słówka “było”;

– “właśnie wziął go Montezuma, gdy przybył zagrabić skarby Azteków” – to zabrzmiało, jakby to Montezuma przypłynął grabić ;);

– “Nawrócisz Azteków na Boga” – a tu zastosowałeś, moim zdaniem, zbytni skrót myślowy; “nawrócisz na wiarę w…” czy coś;

– “Ośmieszyć go tak, jak Cortés zrobił to z nim” – znowu – jeśli “go” odnosi się do kogoś innego niż “nim”, to czytelnik się gubi;

– “jego ciało wiarą? nadzieją?” – tu “nadzieją” napisałbym od wielkiej litery.

 

W każdym razie – niezmiernie intersujące, moim zdaniem. A że i dobrze napisane, to i klik się należy :)!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Yantri, dziękuję za przeczytanie i pozytywną opinię. Do końca tygodnia powinienem wreszcie zjawić się z rewizytą. :)

 

Staruchu, również dziękuję za odwiedziny, komentarz i dającego nadzieję na bibliotekę klika. :)

Fajnie, że opowiadanie potrafiło Cię zainteresować, bo kompletnie nie wiedziałem, jakiego odbioru się po nim spodziewać. 

Bardzo lubię te Twoje uwagi pod tekstami, bo to zawsze uczy, żeby niczego w opowiadaniu nie zostawiać “na słowo honoru”. Poprawki wprowadzę już po zakończeniu konkursu. Wczoraj niestety brakło na to czasu.

 

Jednocześnie kajam się przed jurorką Ninedin, że bezczelnie nie odnotowałem faktu jej wizyty pod moim opowiadaniem. Nie wiem, jak mogło mi to umknąć. :(

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

CM-ie, gdzie jest Ciapek? Domagam się Ciapka! ;)

Zamysł ciekawy, bo zarysowujesz podwójny konflikt – najpierw mamy konfrontację z nową religią, a później z dawnymi wyznawcami; interesująco przedstawiłeś zmieniający się status bóstwa. Poza tym tekst dobrze sprawdza się na głębszym poziomie, jako swego rodzaju metafora. Podobnie jak Finkla mam mimo wszystko pewien problem, żeby sobie zracjonalizować nawrócenie Quetzalcoatla, chociaż z drugiej strony wyraźnie widać drogę, która do tego prowadzi, więc tak obiektywnie w obrębie tekstu jest to opisane przekonująco.

Narrację prowadzisz inteligentnie, znowu nieco z przymrużeniem oka, choć przyznaję, że w tym tekście trochę potykałam się na tych jednozdaniowych akapitach. W poprzednim opowiadaniu współgrało to z komizmem, ale tutaj czasami czuje się dysonans. Niemniej ogólnie czyta się dobrze.

 

Btw, widzę, że avatar z Muminkiem dobrze się sprawuje. <3

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Ach! To jest ten obrazek! Ślepa komenda, nie poznałam w miniaturce.

Babska logika rządzi!

Black_cape, dziękuję za odwiedziny.

CM-ie, gdzie jest Ciapek? Domagam się Ciapka! ;)

Rozczuliłaś mnie tym nawoływaniem. :-)

Chociaż patrząc na to, jak skończył Quetzalcoatl, to może nawet i lepiej, że Ciapka z nim nie było.

Podobnie jak Finkla mam mimo wszystko pewien problem, żeby sobie zracjonalizować nawrócenie Quetzalcoatla

To akurat jestem w stanie zrozumieć. Moje wyobrażenie tego, jak ten tekst miał wyglądać (zwłaszcza w kwestii nawrócenia) było jednak nieco odmienne od końcowego efektu. Tutaj to jest taki trochę wariant: zrób to, na co pozwala ci czas i umiejętności. 

 

Dziękuję za klika i gratuluje piórka, bo zdaje się, że jeszcze nie miałem okazji. :)

Btw, widzę, że avatar z Muminkiem dobrze się sprawuje. <3

Zdecydowanie. I planuję przy nim zostać na dłużej. Chyba, że moje kolejne opowiadania będą źle oceniane. Wtedy uznam, że wisi nade mną klątwa azteckiego muminka. :)

 

Ach! To jest ten obrazek! Ślepa komenda, nie poznałam w miniaturce.

Jaki obrazek?! Dzieło sztuki! :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Jedno nie wyklucza drugiego. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie rozumiem tego kwękania na nawrócenie Q. Na to trzeba patrzeć jako na symboliczny upadek toposu/wartości/itd. i zastąpienie ich przez inne. Autor dokonał fajnego zabiegu w otwatciu (chyba nieświadomie zresztą) zamykając Q w szopie (uroczo przewrotny absurd, zaaresztowali go i zamknęli w szopie, temat jak z Allo Allo :) i to w prwien sposób powinno stanowić wektor, jak ten tekst "czytać".

Hmm, osobiście pozostawiłabym wątek nawrócenia samym wyznawcom, ale tak, pomysł jest sam w sobie ciekawy, a w obrębie tekstu/konwencji przekonująco opisany.

 

CM-ie, bardzo dziękuję. :)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Klik.

 

[Tutaj pracują nad komentarzem]

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Witam drugą jurorkę. 

 

[Tutaj obserwują przebieg prac nad komentarzem] :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Hm.

 

[Tutaj przyłączam się do happeningu]

Napięcie rośnie ;-)

 

[Tutaj rodzi się nowy gatunek offtopu beze mnie?]

Babska logika rządzi!

Czekam i ja ;).

 

[Tutaj offtop beze mnie? Wstydźcie się!]

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Na czas oczekiwania… :)

 

[Tutaj miejsce na gifa Tarniny]

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Publiczność się niecierpliwi.

 

[Tutaj wszyscy wypatrują komentarza Nevaza]

Panie?

 

[Tutaj Ciapek nerwowo wygląda Quetzalcoatla]

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Jutro!

 

[Tutaj Quetzalcoatl zastanawia się, kim, do diabła, jest ten cały Offtop?!]

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Ale czy to pewne?

 

[Tutaj wyjaśniamy Quetzalcoatlowi: Offtop to ktoś, kogo warto znać.]

Babska logika rządzi!

Muszą poczuć, że to coś wyjątkowego!

 

[Tutaj Quetzalcoatl zaciska pięści]

Jak jutro to jutro.

 

Podobało mi się. Najbardziej pomysł, żeby pokazać boga starej religii, który nawraca się na nową. Zastanawianie się, czym tak naprawdę jest boskość, jak człowiek może stać się bogiem a bóg człowiekiem, to ćwiczenie bardzo pobudzające wyobraźnię.

Zabrakło mi dwóch rzeczy. Wolałbym, żeby Quetzalcoatl podejmował próby wyzwolenia swojej boskiej mocy, które kończyłyby się niepowodzeniem i podkreślały jego tragiczną sytuację. Fajny był ten fragment o dziwadle, ale jakoś zbyt szybko następuje tu dla mnie pogodzenie się z własną bezsilnością. Druga rzecz, to brak nakreślenia znaczenia, jakie miało dla Azteków składanie ofiar. Myślę, że to dodałoby tekstowi głębi, wartości edukacyjnej i pewnie dałoby się w ciekawy sposób wpleść w fabułę.

Zgodnie z metodą kanapki, skończę pochwałą. Przekonująco opisałeś nawrócenie głównego bohatera, ze wszystkimi stadiami które następowały wcześniej.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Bardzo podobała mi się ludzka strona Quetzalcoatla – to, jak mimo początkowego oporu, uległ presji nowej religii, a później nawet przyjął ją za swoją i wziął się za apostołowanie (apostolstwo?). Takie to było bardzo ludzkie. :) A i pokazane dobrze.

Także pomysł fajny. Czytało się też dobrze. Gdzieś w komentarzach pojawiały się zarzuty, że początek nieco przegadany. Coś w tym jest, ale koncept był na tyle ciekawy, że nie przeszkadzało mi to jakoś bardzo.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Nevazie, dziękuję za wyczekiwany przez publikę komentarz oraz kilka, dzięki któremu Quetzalcoatl dołączył w bibliotece do swojego niepełnosprawnego brata. :-)

Coś tak czułem, że najlepiej z całego tekstu wypadnie… sam pomysł. :-)

Dziękuję Ci za każdą z uwag. Tekst miał między innymi sprawdzić, jak moje wyobrażenie o odbiorze tekstu wypadnie w zderzeniu z rzeczywistością. Z pierwszym brakiem trochę się liczyłem, o drugim kompletnie nie pomyślałem, a można go było bezboleśnie wpleść w ten tekst.

Jeszcze raz podziękował za komentarz.

El Lobo Muymalo, powitał przy swoim opowiadaniu. Próbowałem tłumaczyć Twój nick, ale nie wiem, czy można wierzyć translatorowi, więc pozostanę przy Twojej wersji.:-)

Bardzo się cieszę, że w opowiadaniu znalazłeś coś pozytywnego, bo tego typu teksty to jednak kompletnie nie moja bajka, więc (jak już pisałem powyżej) miałem spore obawy odnośnie odbioru tego opowiadania.

Przy okazji chciałbym z tego miejsca podziękować mojej intuicji, która nie pozwoliła mi przegadać całego tekstu. :-) A jednocześnie zapytać, dlaczego pozwoliła przegadać początek?

 

[Tutaj autor martwi się, że to już chyba koniec offtopu]

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Próbowałem tłumaczyć Twój nick, ale nie wiem, czy można wierzyć translatorowi, więc pozostanę przy Twojej wersji.:-)

Hyhy, ciekawe co wyszło. Bo już raz słyszałem fantastyczne tłumaczenie. ;)

 

[Tutaj Lobo, drąc szaty i śpiewając “Miłość w Zakopanem”, usiłuje utrzymać offtop przy życiu]

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Wygląda na to, że właśnie minęliśmy się pod swoimi opowiadaniami. :-)

Translator podpowiada: Bardzo zły wilk.

 

[Tutaj autor poszukuje pomysłów, jak utrzymać offtop przy życiu]

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

A nie, to dobrze podpowiada. Choć w moim zamyśle miało być “Wilk Bardzozły”. :)

 

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Bo tu cała wataha z przydomkami.

 

[Tutaj Wilk Zimowy bohatersko ratuje offtop własną klawiatuyrą]

Faktycznie, wartałoby jakoś te wilki rozróżniać.

 

[Tutaj jest sporo ludzi, którzy nie pozwolą offtopowi umrzeć szybką śmiercią]

Babska logika rządzi!

Jedne są mięsożerne, inne – nie!

 

[Tutaj Staruch przybywa z odsieczą!]

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Do tego zarówno zimno-, jak i ciepłolubne. Wilki dostępne są w każdej konfiguracji.

 

[Tutaj Lobo wywołuje burzę i wpuszcza przez okno pieron, który ożywia offtop! Muahahaha!]

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Burze bez wątpienia są elementem kompromisowym. Czy to burza piaskowa, deszczowa czy śnieżna – wilkom sprzyja.

 

[Tutaj dobiega szum zza okna]

A nie, to dobrze podpowiada. Choć w moim zamyśle miało być “Wilk Bardzozły”. :)

To była wersja tłumaczenia przed korektą z mojej strony. :-)

 

[Tutaj ogłasza się narodziny Komitetu Odrodzenia Offtopu]

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

No, Wilku, jak Ci podtopione części Polski podziękują za te burze… I jak tu się dziwić, że ludzie tępią wilki?

 

[Tutaj wszyscy sądzimy, że offtop nigdy nie umarł]

Babska logika rządzi!

Apeluję: wilków tępić nie należy. Wręcz przeciwnie – wilki należy ostrzyć!

 

[Right here offtop ain’t no dead, yo]

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Bo to trzeba dawkować, a nie na hurra, Finklo.

 

[Tutaj offtop wraca do formy]

Nowa Fantastyka