- Opowiadanie: Kadah - Wiedźmi dar

Wiedźmi dar

W moim zamyśle to opowiadanie to miał być taki okultystyczny film akcji. :)

Przyjemnego czytania.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Wiedźmi dar

 

Jeśli widziałeś jedną amatorską czarną mszę to tak, jakbyś widział wszystkie.

Ceremonia miała miejsce na opuszczonym, porośniętym zielskiem cmentarzu. Jedynym miejscem odpowiednim do prowadzenia obserwacji okazała się ruina maleńkiej kaplicy. Od Roberta, partnera, którego przydzielili mi do tego zadania, jechało czosnkiem nawet z dystansu, wymuszona bliskość sprawiała, że człowiekowi nos sam się wiązał w supeł. 

Tym, co przeszkadzało mi najbardziej, wcale nie był zapach, a świadomość, że znowu przydzielili mi tę samą nudną i bezpieczną robotę. Liczyłem na to, że po trzech latach wreszcie uznają mnie za pełnoprawnego członka organizacji. Na próżno. Kolejny raz wysłali mnie do jakiejś dziury i kazali przyglądać się popisom domorosłych okultystów. Nie wiem, kto nadał tej grupie rangę niebezpiecznej i zatwierdził do bezpośredniej obserwacji. Mogłem się założyć, że jakiś cholerny biurokrata, który nie miał pojęcia o pracy w terenie.

Wystarczył rzut oka, by się przekonać, że uczestnicy ceremonii powinni odstawić horrory. Nie wychodziły im na zdrowie. Rytuał przygotowano według najlepszych wzorców rodem z Hollywood. Krąg postaci w kapturach i długich szatach otaczał nakryty czarnym aksamitem nagrobek, gdzie właśnie odchodziła akcja jak z kiepskiego porno. Obsypana pryszczami dupa głównego kapłana wznosiła się i opadała w nierównym rytmie. Rozciągnięta pod nim blondynka była chuda, ale miała bardzo kształtne piersi. Wyglądała, jakby nie do końca zdawała sobie sprawę, gdzie jest i co robi. Nie miałem pojęcia, jakie świństwo zaaplikował jej niedoszły Doktor Faust i przez chwilę zrobiło mi się jej nawet żal, ale wiedziała przecież, w co się pakuje.

Wszyscy oni wiedzieli.

Gdybym nie stał po drugiej stronie barykady, potrafiłbym ich zrozumieć. Też wolałbym raczej uprawiać seks w nietypowym miejscu niż latami studiować księgi czy polować na artefakty i relikwie. 

Nie dziwiłem się, że wybrali łatwiejszą drogę. Jeśli dopisze szczęście, nic im nie wyjdzie z zabawy w czarną magię. Będą wspominać ten epizod jako kolejne szaleństwo młodości, jedną z tych dziwacznych historii, o których czasem rozmawia się z kumplami, ale nigdy nie opowiada dzieciom. Jeśli będą mieć pecha i spełnią swoje pragnienia, po tej ceremonii przyjdzie następna. A potem kolejna. I w pewnym momencie zamiast błądzić po omacku, zdołają przywołać prawdziwą moc. 

Wtedy na swojej drodze spotkają agentów Zakonu.

Właśnie tak wygląda nasza praca. Zajmujemy się tymi, którzy dobrowolnie oddali się Ciemności. Grupami podobnymi do tej, tylko bardziej biegłymi w sztuce.

Pomyłkami, które trzeba skorygować.

Mówię „my”, choć tak naprawdę mam na myśli „oni”. Moi szacowni koledzy. Którzy najwyraźniej wciąż są przekonani, że nie powinienem opuszczać murów biblioteki i że nie można mi zaufać nawet na tyle, by pozwolić pracować samodzielnie, bez partnera.

Spojrzałem na zegarek. Nie wiem, skąd ściągnęli rytuał. Jeśli korzystali z wersji Summersa, czekały mnie jeszcze długie chwile inkantacji, okadzeń i trzeciorzędnego seksu, nim wreszcie nastąpi punkt kulminacyjny.

Wezwanie. 

Stuknąłem paznokciem w szkło, ale na próżno. Zegarek wcale nie stanął, tylko wskazówki poruszały się, jakby były oblepione smołą. Robert Grygiel, nowy partner, zauważył gest i zmarszczył brwi. Może nie spodobało mu się moje podejście do obowiązków służbowych, ale choć nie miałem jego doświadczenia, widziałem przecież dziesiątki ceremonii. Kilka udanych, większość nie. Ta na pewno należała do drugiej kategorii.

Usiłowałem jakoś przekazać mu to spojrzeniem, ale facet nie nadawał na tych samych falach.

Miał w sobie coś niepokojącego. 

Znowu popatrzyłem na ołtarz i udało mi się trafić na zwieńczenie ceremonii. Arcykapłan zadygotał i doszedł, a ja przekląłem cholerną stratę czasu. Jeśli ktoś chce uprawiać okultyzm z wykorzystaniem energii seksualnej i nie ma dość samokontroli, by dotrwać do końca inkantacji, dupa z niego, nie mag. Założę się, że ten tutaj nawet nie słyszał o tantra-jodze, nie mówiąc już o jej praktykowaniu. Nie stanowił zagrożenia.

Poczułem palce na rękawie.

– A ty gdzie? 

– Umknęło ci, że Speedy Gonazles załatwił sprawę? Pozamiatane. Zwijamy klamoty i wracamy do bazy. Mam do skończenia dwa tłumaczenia, a jak dopisze mi szczęście, to zdążę jeszcze wypełnić formularze obserwacji. 

– Po pierwsze. – Facet przyciągnął mnie bardzo blisko. Standardowa taktyka zastraszająca, dzięki zastosowaniu czosnkowego odoru jeszcze bardziej skuteczna. – To ja decyduję, kiedy kończymy, nie ty. O ile dobrze pamiętam, przewyższam cię rangą.

To akurat była smutna prawda. Nie umiałem się powstrzymać przed mówieniem tego, co myślę. Podpadłem Kapitule, ale niezbyt mnie to obeszło. Nie wstąpiłem do Zakonu, żeby piąć się po szczeblach kariery, tylko by polować na tych, którzy przekroczyli granice i podali dłonie Ciemności. 

I zniszczyli wszystko, co było mi bliskie. 

Nie miałem szansy na awans, i nie dbałem o rangę, musiałem jednak przyznać, że w niektórych sytuacjach wyższa pozycja byłaby czymś przydatnym. Firma jakoś naturalnie gromadziła wybitnych dupków.

– Zresztą, przyjrzyj się uważniej. Nie wyglądają, jakby skończyli. 

Spojrzałem w kierunku ołtarza, i rzeczywiście. Arcykapłan stał teraz nad płytą nagrobną, nakładając powoli czarną szatę. Krąg ludzi wokół przypominał stado wron.

Uderzyło mnie, jak sztuczny, jak bardzo teatralny był to obraz, ale tym razem tej myśli towarzyszyła kolejna. Że może ci, którzy brali udział w tym spektaklu, zdawali sobie sprawę z jego natury. Że może grali go na czyjś użytek.

Poprawiłem ostrość lornetki i spojrzałem na dziewczynę na ołtarzu. Ona jedna nie sprawiała wrażenia, jakby była częścią tego samego przedstawienia. Nagle wydała mi się jakoś cholernie blada.

Nie ruszała się. Spojrzałem na jej klatkę piersiową, która powinna podnosić się i opadać, ale nawet nie drgnęła.

– Zabili ją – powiedziałem z niesamowitym zdumieniem. Pierwszy raz byłem świadkiem, jak podczas ceremonii zginął człowiek. – Mogliśmy ją uratować.

– Nie wiedzieliśmy, że tak to się skończy. Zresztą, sama się na to pisała.

Słowa Roberta zabrzmiały jak echo moich własnych myśli. Skrzywiłem się. Mnie i resztę Zakonu łączył ten sam cel, ale poglądy mieliśmy dość odmienne. Zazwyczaj.

Arcykapłan musiał wyczuć, że ktoś mu się przygląda, bo podniósł głowę i spojrzał prosto w miejsce, gdzie się ukrywaliśmy. Choć nie mógł nas widzieć, ogarnęło mnie nagle złe przeczucie. Nabrałem pewności, że zdaje sobie sprawę z naszej obecności. Że może wiedział o niej od samego początku.

Mężczyzna uśmiechnął się w sposób, który wcale a wcale mi się nie spodobał. 

Większość uczestników ceremonii kontynuowało rytualny zaśpiew, ale na znak szefa kilku stanęło z boku. Ustawili się tak, by mieć nas na oku. Byłem pewien, że gdybyśmy spróbowali uciec, zareagowaliby natychmiast. 

Dopiero teraz zauważyłem, że mają broń. Musieli ją ukrywać w fałdach pseudohabitów.

– Kurwa mać – syknął Robert za moimi plecami. – To miała być grupa nastolatków, spragnionych nietypowej zabawy, a nie jakieś pieprzone komando. Skąd wiedzieli, że tu jesteśmy? O co tu chodzi?

Arcykapłan odwrócił się do pozostałych wyznawców, dając im znak, by kontynuować ceremonię. Coś w jego gestach wydało mi się cholernie znajome.

Kółka w mojej głowie zaczęły się kręcić.

Ci, którzy posługują się magią, albo są do tego genetycznie predysponowani albo spędzili lata, ucząc się ścieżek mocy. Istnieje jednak trzecie wyjście. Nie da się pójść na rozstaje dróg, wezwać diabła i poprosić o spełnienie życzeń, ale zawarcie paktu zawsze jest możliwe, jeśli tylko ktoś gotów jest zaryzykować dostatecznie wiele. 

– Który dzisiaj? Kto jest patronem dnia?

– A co to ma…

Nie słuchałem odpowiedzi, zamknąłem oczy i spróbowałem się skoncentrować. Według katolickiej tradycji dzień dziewiętnasty sierpnia przypisano Gwerykowi, ale choć Zakon kiedyś był oficjalną instytucją kościelną, od dawna działa niezależnie. Obowiązuje nas inny kalendarz, pełen tajemnych świętych. Patronów magii, sprawiających pieczę nad konkretnymi dniami i ułatwiających przeprowadzanie magicznych operacji, należących do ich domeny. 

– Kto przekazał informacje? Jesteś szefem grupy, musiałeś widzieć oryginalny formularz zgłoszenia. Kto się pod nim podpisał?

– Nikt. Jakie to ma, do cholery, znaczenie?

– Wiesz, że dzisiejszym patronem jest Terencjusz z Ygres?

Robert nie wyglądał już tak pewnie. Musiał zdawać sobie sprawę, że Terencjusz zajmuje się tylko jedną dziedziną.

– Informacja była anonimowa.

– I nie wydało ci się stosowne o tym napomknąć?  

– A skąd miałem, kurwa, wiedzieć, że to pułapka? Do tej pory wszystko przebiegało normalnie.

Jeśli brać pod uwagę nasz specyficzny fach, wszystko rzeczywiście nie odbiegało od scenariusza. Krótko pracowałem dla Zakonu, ale zdążyłem się już nauczyć, że na świecie jest o wiele więcej nawiedzonych dzieciaków, które czytają straszne historie i próbują je potem urzeczywistnić niż tych, którzy potrafią czerpać moc i ją kształtować. Trudno było winić Roberta, skoro sam dopiero teraz zrozumiałem powagę sytuacji. 

– Odprawili ceremonię – podsumował mój partner – i dali nam przedstawienie, które miało nas przekonać o ich niekompetencji, ale doskonale wiedzieli, co robią. Otworzyli drogę, i zabili dziewczynę, zamieniając ją w naczynie dla tego, który przyjdzie.

– Rżnęli ją na ołtarzu, żebyśmy uwierzyli, że to banda idiotów?

– Pokazali standardową czarną mszę z Hollywoodzkiego scenariusza. Najpierw anonimowo zgłosili, że tutaj odbędzie się ceremonia, a gdy się już pojawiliśmy dopilnowali, żebyśmy się nie znudzili.

Zakląłem głośno. Robert pokazał mi ekran telefonu.

– Pisze, że brak sieci. Masz tak samo?

Sprawdziłem i skinąłem głową. Skoro opracowali tak wyrafinowany plan, nic dziwnego, że pomyśleli także o odcięciu komunikacji.

Istnieje kilka magicznych efektów, które to umożliwiają. Gdyby którykolwiek z nas był podatny i przeszedł szkolenie, bylibyśmy w stanie wykryć takie rzeczy. Jednak talent do czerpania i kształtowania nie przejawiał się często. A jeśli już się objawił, delikwenta z reguły przejmowały wiedźmy. Albo któryś z kręgów.

– Dlaczego nie atakują?

– Nie mam pojęcia. – Robert wyjął glocka z kieszeni marynarki i ustawił się tak, by wykorzystać fragment zrujnowanej ściany jako osłonę. – To ty podobno jesteś dobry w te klocki, powinieneś się orientować lepiej ode mnie. 

– Nie wiem. Może czekają, aż ceremonia dobiegnie końca. 

– No nie, serio? Sam nigdy bym się nie domyślił. Kojarzysz przynajmniej, po co my im jesteśmy potrzebni? Skoro nas tu zwabili, to przecież w jakimś celu.

Niestety, znałem odpowiedź na to pytanie.

– Jeśli planują przyzwanie jednego z wypaczonych, potrzebują krwi prawych, żeby nad nim zapanować. Żadna nie nada się lepiej, niż agentów Zakonu.  

– No kurwa, cudnie. Pierwsze prawdziwe zagrożenie od połowy dekady, a ja utkwiłem tu z molem książkowym i bez możliwości wezwania wsparcia. Przydaj się chociaż na coś, szczeniaku. Wyjmij broń. 

Wyjąłem nóż z kieszeni kurtki, naciąłem skórę na przedramieniu, zanurzyłem palce we krwi i zacząłem rysować znaki.

– Odpierdoliło ci? Wyciągaj glocka.

– Ty się zajmij strzelaniem. Ja spróbuję zapewnić nam ochronę. 

Mam w głowie całą encyklopedię zaklęć, symboli, znaków, artefaktów i reliktów. Nie wiem, skąd mi się to bierze. Wystarczy, że spojrzę na jakiś magiczny tekst, a natychmiast zapada mi głęboko w pamięć. W Zakonie odpowiadam za sporą część tłumaczeń oraz pozyskiwanie i przetwarzanie informacji. Przełożeni zaczęli mi przydzielać zadania przeznaczone dla agenta terenowego dopiero wtedy, gdy dotarło do nich, że w innym przypadku odejdę trzaskając drzwiami. Nie interesuje mnie bezpieczne siedzenie w bibliotece i analizowanie starych dokumentów, choć według nich tym właśnie powinienem się zajmować. 

Moja wiedza jest zupełnie teoretyczna i wcześniej nawet nie przyszło mi do głowy się nią posługiwać. Jednak nigdy dotąd nie znalazłem się w tak koszmarnym położeniu. Tonący brzytwy się chwyta, a osaczony agent Zakonu sięga po pomoc magii. 

Takie życie.

– Dobra, muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Agent, który decyduje się podejść do sprawy nieszablonowo, i zamiast na broni, polegać na mocy. Inspirujące.

Poderwałem się gwałtownie. W pierwszym momencie przyszło mi do głowy, że podkradła się do nas jedna z okultystek, jednak ta kobieta nie przypominała reszty zgromadzonych. Miała ogniście rude włosy i masę piegów. Zaglądała do środka przez dziurę w murze. Wyglądała na zaciekawioną i może trochę rozbawioną. 

W tej sytuacji, w tych okolicznościach, mogła przynależeć tylko do jednej grupy oszołomów.

Kurwa mać. Skąd się tutaj wzięła wiedźma?

– Szkoda, że symbole nie zadziałają. Próbujesz wykreślić Azyl, prawda? By go aktywować i utrzymać, trzeba ogromnej ilości mocy. 

Objęła wzrokiem i mnie i Roberta, ignorując zupełnie broń, którą w nią wycelował. 

– Na szczęście mam dla was inną propozycję. Odejdźcie stąd. Sama się wszystkim zajmę.

Zakon miał dosyć skomplikowany stosunek do wiedźm. Z jednej strony wierzyliśmy, że oddały się Ciemności. Z drugiej natomiast – ich moc sprawiała, że nie klasyfikowaliśmy ich już jako istot ludzkich. Przyjęty tok postępowania nakazywał daleko posuniętą ostrożność w kontaktach. Jeśli zachodziła potrzeba, wiedźmę eliminował oddział specjalny, ale ostatni raz zdarzyło się to ponad dekadę temu. Wiedźmy miały dobrą pamięć, a zemstę praktykowały, jak niektórzy religię.

– Nie znam cię. Nie mam zielonego pojęcia, kim jesteś. Nie wiem, czy zamierzasz z nimi walczyć, czy może się przyłączyć. A ta druga możliwość wydaje mi się cholernie niepokojąca, skoro chcą wezwać Tehrena, Sanalę czy inne tałatajstwo. Ten dzień jest poświęcony Terencjuszowi, i na pewno planują przyzwanie jednego z wynaturzonych.

Uśmiech wiedźmy ciut się pogłębił.

– Daj spokój. Doskonale zdajesz sobie sprawę, że jeśli włożyli w to tyle trudu, to nie zamierzają przywołać nikogo innego, jak tylko Kreresha.

Na dźwięk tego imienia dłoń sama powędrowała mi do kabury. 

Kreresh był jednym z wypaczonych. Zakon nie miał wiele informacji na ich temat. Przypuszczam, że nawet wiedźmy niewiele o nich wiedziały. Wypaczeni stanowili grupę magów, zgromadzonych wokół Ímara Ua Donnubáina, potomka królów, pirata i nekromanty, który pod koniec życia postawił na szali całe swoje bogactwo, wliczając w to wszystkie zrabowane skarby, i poważyć się na rytuał, którego nikt nie przeprowadzał od czasów starożytnych. 

Pragnął wyzwolić się z więzów materii. 

Kreresh był najsłabszym i najpodlejszym z uczniów, którzy towarzyszyli mu w tej próbie. I podobno jedynym, któremu udało się zachować zdrowe zmysły. W ciągu wieków kontaktowały się z nim dziesiątki magów. Każdy słyszał to samo. 

Kreresh marzył tylko o tym, by tu wrócić.

– Spieprzaj, wiedźmo. Sami się z tym uporamy.

Głos Roberta zabrzmiał wyjątkowo wrogo.

– Jeśli orientujesz się, kim jestem, to musisz też wiedzieć, że Kreresh i jemu podobni należą nie tylko do waszych wrogów. My też na nich polujemy, nie wspominając o reszcie Hurmy. Zbierajcie się. Dam wam szansę stąd odejść, ale musicie się spieszyć. Jeśli zostaniecie, nie gwarantuję wam ochrony.

Głosy modlitwy, dobiegające od ołtarza, nasiliły się i stały bardziej gorączkowe. Tym razem zaśpiew brzmiał zupełnie inaczej. Nisko i niepokojąco, jakby zawodzili pogrzebowe pieśni. 

Popatrzyłem na Roberta. Nie spuszczał wzroku – ani broni – z wiedźmy, ale od czasu do czasu ryzykował rzut okiem na grupę, zgromadzoną wokół nagrobka. Na jego twarzy pojawiał się wtedy grymas odrazy i lęku. Dobrze rozumiałem oba te uczucia.

– Widzę, że partnera będzie trudno przekonać. Może choć ty okażesz rozsądek?

Powinienem skorzystać z okazji, zmyć się z cmentarza i zapomnieć, że kiedykolwiek widziałem wiedźmę. Powinienem być wdzięczny za szansę wydostania się z pułapki. Ale ten właśnie moment mój mózg wybrał na postawienie liberum veto. Nie wiedziałem dokładnie, co się dzieje, ale jednej rzeczy byłem pewien. Staranność przygotowania ceremonii, wybranie konkretnego dnia, przygotowanie pułapki, pojawienie się wiedźmy – wszystko to znaczyło, że dzieje się tutaj coś niezwykłego. Coś ważnego. Miałem dość tego, że wysyłają mnie tylko na nudne i bezpieczne zlecenia. Chciałem wreszcie zrobić to, o czym marzyłem od chwili przystąpienia do Zakonu. 

Walczyć z ludźmi podobnymi do tych, którzy zabili moją rodzinę.

– Możesz stąd wyprowadzić tylko jego? Ja chcę zostać i zrozumieć, o co tutaj, do diabła, chodzi.

Robert Grygier, słysząc moją odpowiedź, zareagował znacznie gwałtowniej, niż się spodziewałem.

– Co ty, do diabła, kombinujesz? Nie zostawię cię z nią.

Zamieszanie wokół osłoniętego czarnym materiałem nagrobka rosło coraz bardziej. Zobaczyłem, jak okultyści malują coś na policzkach martwej dziewczyny, ale z takiej odległości nie byłem w stanie rozpoznać znaków.

– Spieprzaj stąd, póki jeszcze masz szansę. W dziewczynie za chwilę może się objawić Kreresh.

– Do ceremonii potrzebują krwi prawych, a żadna nie nada się lepiej, niż agentów Zakonu. Może nie jestem taki bystry, jak ty, ale też uczyłem się podstaw okultyzmu i nie mam zamiaru patrzeć, jak kurwa z piekła prowadzi cię prosto w ich ręce.

Nawet przez chwilę nie pomyślałem, że naprawdę przejmuje się moim losem. Od śmierci rodziców i sióstr nikt się o mnie nie troszczył, przywykłem do obojętności. Jednak jego reakcja była co najmniej dziwna. Wyraźnie nie miał zamiaru pozwolić mi zostać. 

– Co się dzieje? To przecież wiedźma. Gdyby chciała nas zabić, już bylibyśmy martwi. Gdyby pracowała dla nich – wskazałem czarno odzianą grupę – nie przychodziłaby tutaj w pojedynkę. Przestań wariować i spieprzaj stąd. To może być twoja jedyna szansa.

W odpowiedzi Robert sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyjął obiekt, jaki dotąd widziałem tylko na pożółkłych ilustracjach ksiąg zapisanych językami, których nikt już nie potrafił odczytać.

– Odwaliło ci? 

– Nie mogę cię z nią zostawić.

Ruszył na mnie, trzymając w dłoniach sztylet z kości.

Tego rodzaju broń wykonywano z kości świętych. Ryto na nich fragmenty modlitw i egzorcyzmów różnych religii, by obdarzyć je mocną odsyłania z tego wymiaru istot, które nie miały prawa się tu znaleźć. 

Na absurd zakrawał fakt, że podobnej broni dobyto przeciwko mnie.

Mój umysł zajęty był próbami odgadnięcia, o co w tym wszystkim chodzi, ale na szczęście instynkty zareagowały bez jego udziału. Błyskawicznie się odsunąłem i cios przemknął tuż obok, nie robiąc mi krzywdy. 

Chwyciłem wyciągniętą dłoń Roberta i uderzyłem o krawędź walącej się ściany. Liczyłem, że zdołam wytrącić mu broń z dłoni, ale zbyt mocno zaciskał palce na rękojeści. Uderzył na odlew w nasadę nosa. Cios był bardzo silny. Głowa odskoczyła mi do tyłu. Poczułem, że z nosa zaczęła lecieć krew.

– O co ci cho…?

Znowu spróbował mnie dźgnąć i prawie mu się udało. Nie miałem pojęcia, że kościany sztylet może być aż tak ostry. Klinga zahaczyła o połę kurtki, a z przeciętej kieszeni wypadł telefon komórkowy i pudełko zapałek.

Cofnąłem się gwałtownie. Noga poleciała mi gdzieś w bok, usiłowałem odzyskać równowagę, ale ciężko wylądowałem na ziemi, a moja stopa utkwiła w rozmoczonej glinie.

Robert zareagował błyskawicznie. 

Nie miałem wyboru. Musiałem się bronić przed zbliżającym się ostrzem, choć atakował mnie własny partner. 

Sięgnąłem po glocka i strzeliłem, nie wyjmując borni z kabury. 

Wiedźma przekroczyła zrujnowany murek, ominęła ustawioną na stojaku kamerę i przewróconą lornetkę. Nachyliła się i przyłożyła dwa palce do szyi Grygiera.

– Gratuluję. Facet nie żyje.

Poczułem, że ogarnia mnie chłód.

– Nigdy wcześniej nikogo nie zabiłem – stwierdziłem przez zdrętwiałe wargi. Nie wiem, czemu ogarnęła mnie chęć do zwierzeń. Wiedźmy były ostatnimi osobami, które nadawały się, by ich wysłuchiwać.

– Serio? Patrząc na dziurę w czole, nikt by się tego nie domyślił.

Odpiąłem kaburę, wyjąłem broń i wycelowałem. Wiedźma nie wyglądała na przestraszoną. Cały czas uśmiechnęła się lekko.

– Co tu się, kurwa, dzieje? 

– Nie mam pojęcia.

– Pierdol się. Zjawiłaś się tutaj akurat na ceremonię i trafiłaś do nas jak po sznurku. Musisz się orientować, o co w tym wszystkim chodzi.

Uśmieszek jeszcze się pogłębił.

– Nie mam pojęcia, ale dobrze znam sposób działania twojej organizacji. Pozwól, że postawię pewną hipotezę. Nigdy w żadnej akcji nie uczestniczyłeś sam, zawsze miałeś towarzysza, partnera. Nadzór, który miał przede wszystkim nie dopuszczać cię do określonych rodzajów magii, nie mówiąc już o swobodnym kontakcie z jakąkolwiek wiedźmą.

Chciałem jej powiedzieć, że się myli, ale nie byłem w stanie.

– Każdego z twoich partnerów przydzielono na wypadek sytuacji, która właśnie nastąpiła. Nie wiem, kim jesteś. Widzę twoją aurę, więc mam pewne podejrzenia, ale żadnej pewności. Wiem jedno. Zakon zachowuje wielką ostrożność wobec tych, których uważa za innych, ale nie ma oporów, by wykorzystywać ich wiedzę lub umiejętności, jak długo może trzymać ich na smyczy. Musiałeś być cholernie użyteczny, skoro pozwolili ci zostać jednym z członków.

– Trzymaj przyjaciół blisko, ale wrogów jeszcze bliżej?

– Zdziwiłbyś się, jaka to skuteczna metoda – stwierdziła, mrucząc coś o Radzie Dębu i Cisu.

Nagły hałas sprawił, że aż się wzdrygnąłem. Palec odruchowo zacisnął się na spuście i znowu ogarnęło mnie to samo uczucie, które miałem wcześniej, gdy przyglądałem się blondynce na ołtarzu. Wrażenie, że nic, co dzieje się dookoła, nie może być prawdziwe. W krótkim czasie zdarzyło się tyle, że zacząłem czuć się tak, jakbym tkwił uwięziony w złym śnie. Tylko w koszmarach nawiedzają człowieka tak dziwne widziadła.

Tylko w koszmarach zabija się z zimną krwią i bez żadnych konsekwencji. 

Tylko w koszmarach możliwa jest scena jak ta, którą właśnie obserwowałem.

Pistolet wystrzelił, a kula wykonała łuk, mijając o metr głowę wiedźmy. Potem odłupała kawałek cegły.

– Daruję ci, bo widzę, że nie panujesz nad sobą. Ale taki numer możesz mi wykręcić tylko raz. Jasne?

Skinąłem głową.

– A teraz schowaj broń i dokończ rysowanie Azylu. Puszczę moc przez sigile, i przez pewien czas będziemy mieć osłonę. Twój partner nie żyje, ale jeszcze przez kilka godzin będą mogli wykorzystać jego krew. Nie wolno nam do tego dopuścić. Jasne?

– A ja? Moja krew?

– Jeżeli orientujesz się choć trochę w działaniu magii, to musisz wiedzieć, że intencja liczy się w niej tak samo, jak stan rzeczywisty. Każdy z członków Zakonu może być psychopatycznym mordercą, ale jak długo uważa siebie za ostatniego obrońcę ludzkości, tak długo stanowi odpowiedniego kandydata do dopełnienia rytuału. Nie wydaje mi się, żebyś ty żywił podobne przekonania. Twoja krew na nic się im nie przyda.

Trzeba było przyznać, że miała rację. Ja skupiałem się głównie na wątpliwościach, moi koledzy zdawali się mieć monopol na rację.

Na szczęście doskonale pamiętałem, jak powinien wyglądać Azyl. Skończyłem rysować linie, gdy grupa okultystów zaniosła się okrzykiem. Wrażenie było niemal namacalne. Fizyczne. Dźwięk eksplodował, i zdałem sobie sprawę, że czas na przygotowania dobiegł końca. 

Wiedźma dotknęła znaków i zamknęła oczy. Mamrotała pod nosem wyrazy, których sensu nie rozumiałem, ale wiedziałem, że gdyby przyszła taka potrzeba, potrafiłbym je powtórzyć. Słowo w słowo.

Nagle zrobiło się ciemno. Jeszcze przed chwilą świeciło słońce, ale chmury niemal zupełnie je zasłoniły. Przez chwilę nie było widać nic, potem trochę się przejaśniło i zobaczyłem widok, którego chyba już nie zapomnę. Dziewczyna leżąca na grobowym ołtarzu miała ogromny, wypukły brzuch, ale nie na długo. Z jej ciała zaczęło się wysuwać coś obślizgłego, i ohydnego. Członkowane, segmentowe ciało przywodziło na myśl ogromnego owada, ale futro na ciele i długi pysk kojarzył się raczej ze szczurem. Kiedy istota w całości wylądowała na ziemi, zaczęła zlizywać z siebie błony porodowe. Potem wyciągnęła pazury, rozpruła brzuch dziewczyny, zanurzyła w nim pysk i zaczęła się pożywiać.

– Ymaj tehra!

Słowa wiedźmy rozległy się w powietrzu w tym samym czasie, co huk gromu. Zaczęło padać, ale kopuła światła, jaka nas otoczyła, chroniła też przed deszczem. Krople wody spływały po upiornej, bladobłękitnej poświacie.

Od strony nagrobka dobiegały odgłosy mlaskania i pożerania. Były tak głośne, że zagłuszały śpiew wyznawców.

– Nie krępuj się. Kiedy ja pierwszy raz zobaczyłam coś podobnego, rzygałam przez pół dnia. Ten kąt przy ścianie będzie dobry. Nie ubrudzisz mi butów.

Pokręciłem głową i przełknąłem żółć podchodzącą do ust.

– Dzięki. Na razie daję radę.

– Potrafisz strzelać? Z odległości większej, niż trzy kroki?

– Przeszedłem szkolenie.

– Jakoś nie napawa mnie to optymizmem. Ale trudno, za późno na wybrzydzanie. Trzymaj.

W moich dłoniach wylądowały dwa ciężkie, metalowe przedmioty.

– To Kojot i Olbrzymka. Rewolwery Gward kalibru .38 milimetrów. Te bronie nie mają najlepszej opinii, bo chociaż wzorowano je na Smith & Wessonach, były w większości kiepsko wykonane. Ale te zrobiono specjalnie, na zlecenie inżyniera Tadeusza Wielickiego. Tajnego Mistrza Loży Czerwonej Pieczęci.

– Zabiją to cholerstwo?

– Nie wiem. Ale na pewno zrobią mu duże kuku.

Istota była teraz znacznie większa. Kiedy wypełzła na świat przypominała wielkością teriera. Teraz miała rozmiary labradora. I wciąż rosła. 

Wgryzła się w bok dziewczyny. Była tak wygłodniała, że szarpiąc jej ciało, niemal ściągnęła zwłoki na ziemię. Dziewczyna podrygiwała za każdym razem, gdy zaciskały się na niej szczęki.

 – Mam wyjść zza osłony i spróbować to zastrzelić? 

– Nie zdołasz nawet do niego podejść. Dopadną cię akolici.

– To co mam robić? Nie mogę tak tu sterczeć.

– Spieszy ci się gdzieś? Widzisz przecież, że maleństwo nie nabrało jeszcze sił. Najpierw pożre matkę, potem rzuci się na twojego kumpla. Kiedy skończy z ucztowaniem, będzie mieć sprawne ciało i wróci do świata żywych. Zostanie tutaj, póki ktoś go stąd nie wypędzi, a tego na pewno nie uda się dokonać bez rozlewu krwi. Dlatego nie możesz działać pochopnie.

– A krew prawego?

– Jest niezbędną częścią rytuału, ale Kreresh tak czy owak by jej sobie nie odmówił. Nienawidzi was wszystkich. To podobno podstęp jednego z członków Zakonu sprawił, że jego mistrz nie był w stanie przeprowadzić rytuału tak, jak to sobie zaplanował. O ile dobrze kojarzę, mieli zyskać moc przejmowania ciał innych ludzi, tymczasem jedynie stracili własne. I popadli w obłęd po tym, jak wylądował w Ciemności. Dlatego Kreresh pragnie dopaść każdego członka Zakonu.

– I mnie?

– Ciebie zabije tylko dlatego, że stoisz mu na drodze. Przy odrobinie dobrej woli możesz uchodzić za człowieka, ale nikt by cię nie pomylił z pełnoprawnym członkiem Zakonu.

Mogę uchodzić za człowieka? Co to miało, do diabła, znaczyć?

Bestia oderwała płat ciała z boku i przysiadła na tylnych łapach, by go przeżuć.

Kąt przy ścianie rzeczywiście się nadawał. Kiedy podniosłem się i wytarłem usta, poczułem dłoń na ramieniu.

– Czujesz się lepiej?

– Myślałem, że mam mocniejszy żołądek.

– Każdemu się tak wydaje. Każdy sądzi, że akurat on okaże się silniejszy, mądrzejszy i da radę. Zdradzę ci tajemnicę – każdy z nas na początku się łudzi. A potem dostaje w pysk od rzeczywistości i okazuje się, że wcale nie jest taki cholernie wyjątkowy.

Bestia zadygotała. Uniosła łeb i zawyła. Jej ryk sprawił, że znowu poczułem ciężar w żołądku. 

– Przygotuj się. Zaraz się zacznie.

Bestia odrzuciła na bok resztki dziewczyny. Mierzyła teraz ponad dwa metry, miała dziwaczne chitynowe wypustki i łapy podobne do tygrysich. Uniosła w górę owłosiony pysk i wyszczekała kilka krótkich komend. 

Rzuciło się na nas prawie trzydzieści osób. Arcykapłan biegł jako ostatni.

Wiedźma wczepiła palce w murek i zamknęła oczy. Błękitnobiałe światło osłony stało się bardziej intensywne.

Czarne szaty falowały, gdy grupa szaleńców gnała w naszą stronę. Kiedy znaleźli się w odległości kilku kroków, dostrzegłem coś niepokojącego. Wszyscy wyglądali, jakby przeszli udar. Szczęki wisiały nisko, z ust toczyły się strużki śliny. Powieki mieli niemal opuszczone, zamiast oczu widać było tylko białka. 

Pierwszy z uczestników ceremonii stanął przed kaplicą. Przez niedopiętą szatę widać było ciuchy, które nosił pod spodem. Wytarte dżinsy i spraną koszulkę My Chemical Romance. Zastanawiałem się, co takiego studiował przed ceremonią, bo wyglądał na kogoś, kogo kilka lat temu mogłem mijać w akademiku.

Walnął w osłonę tak mocno, że zostawił w powietrzu czerwony ślad. Drobinki krwi spłynęły po powierzchni osłony.

Pięści uderzyły po raz drugi.

– Kurwa, jakbym oglądał film o zombie. Co się z nim dzieje? 

– Wiesz, ile mocy potrzeba, żeby ucieleśnić jednego z wynaturzonych? Na świecie nie ma już wystarczającej magii, dlatego arcykapłan przygotował taką dużą grupę. Posłużyli za bateryjki. Wyczerpał ich niemal do cna. 

Do pierwszego szaleńca dołączyli następni. Pięści uderzały bezgłośnie o powierzchnię osłony.

– Czyli co, niedługo powinniśmy mieć z nimi spokój?

– Niby tak. Ale wtedy do akcji przystąpią główni gracze.

Znów popatrzyłem na tych, którzy atakowali barierę. Żaden nie miał więcej lat ode mnie. 

Uniosłem bronie. Były solidne i cholernie ciężkie. 

– Jakieś sugestie?

– Nie strzelaj tutaj, idioto! Rykoszet mógłby nas zabić. Rewolwery są na czarną godzinę, a na razie siedź grzecznie i czekaj. Zagłodzimy sukinsyna. Takie rytuały mają sztywne ramy czasowe. Jeśli w ciągu godziny, najwyżej dwóch, Kreresh nie przegryzie sobie twojego kumpla, utkwi tutaj w takiej formie, jaką ma w tej chwili. Będzie paskudny i wredny, ale łatwy do pokonania.

Przytaknąłem, nie spuszczając wzroku z tych, którzy nas atakowali. Musiałem walczyć ze sobą, żeby nie nacisnąć na spust.

Arcykapłan stanął o trzy kroki od nas i uniósł dłonie.

Zatrzymali się wszyscy w jednej chwili, jak automaty, którym ktoś wyłączył zasilanie. 

Mężczyzna uniósł dłonie. Z głów zebranego tłumu zaczęły się unosić kolorowe nitki, które owinęły się wokół jego dłoni. Mężczyzna tkwił z zamkniętymi oczyma, mamrocząc niezrozumiałe słowa, a nitki światła wokół jego palców stawały się coraz grubsze. 

Stopniowo, jeden po drugim, członkowie rytuału opadali na ziemię w fałdach czarnych szat. Kiedy przewrócił się ostatni, arcykapłan przypominał trochę pięściarza o rękawicach uplecionych z fioletów, pomarańczy i zieleni.

Nitek mocy.

W końcu odkopnął z drogi ciało wyznawcy i stanął naprzeciwko mnie.

Kiedyś był człowiekiem. Teraz wyglądał niczym uosobienie głodu. Miał oczy tak puste, że przypominały niekończący się tunel, prowadzący do środka ziemi. A może wręcz na drugą stronę.

Uniósł pięść i uderzył w osłonę.

Od razu zorientowałem się, że tym razem jesteśmy w dupie. Na białoniebieskiej powierzchni pojawiła się zielona sieć pęknięć, podobna do tej, jaka tworzy się na przedniej szybie samochodu po uderzeniu kamienia. Jadowicie zielone nici rozjarzyły się i zgasły, ale zostawiły czarny ślad. Nikt mi nie musiał mówić, że to zły znak. 

Arcykapłan znowu uniósł pięści.

– Przykro mi, młody – odezwała się wiedźma za moimi plecami.

Poczułem palce na karku. To było dziwne i raczej nieprzyjemne wrażenie – nie mogłem się ruszyć. Tkwiłem jak sparaliżowany, choć przecież nie zastosowała na mnie tajnego ciosu karate ani wolkańskiego chwytu obezwładniającego. 

Choć właśnie może…?

– Wydawało mi się, że dam radę, ale ten fiut okazał się mocniejszy, niż myślałam. Będę musiała cię wykorzystać.

Byłem jak sparaliżowany. Poczułem, że kobieta rozpina mi koszulę na piersi, i maluje coś na ciele. 

Nie byłem w stanie zobaczyć, co takiego.

– Jeśli mam rację co do tego, kim jesteś, to spokojnie uda ci się przeżyć.

Na obu moich policzkach także wymalowała znaki.

– A jeśli nie… Cóż. Miło cię było poznać.

Poczułem jej dłonie na swoich. Zmusiła mnie, bym dotknął muru w miejscu, gdzie wyrysowałem znaki. 

Linie mocy otoczyły mnie ze wszystkich stron.

Miałem zamknięte powieki, ale przecież dokładnie wszystko widziałem. Ruiny kaplicy, porzucony nagrobek. Rozpadający się mur cmentarny. Dzieciaka na drodze. Opierał się o rower i patrzył w niebo zastanawiając się, czemu nad cmentarzem tyle czarnych chmur, skoro wokół panuje piękna pogoda.

Jednak na tym moja wizja się nie skończyła.

Ujrzałem las. Miasto w pobliżu. I jeszcze jedno, większe. 

Zobaczyłem kraj. Kontynent. 

Planetę.

Poczułem głuche uderzenia, które przypominały trochę bicie serca. Podążyłem za nimi i znalazłem się w sieci mocy, kolorowych nitek, które biegły we wszystkich kierunkach. 

Wysunąłem dłonie i po sekundzie dotykałem już jednej z nich.

Kiedy otworzyłem oczy, wiedźma stała nad ciałem arcykapłana i waliła do bestii z obu rewolwerów. Kule rzeczywiście robiły jej krzywdę, ale nie na długo. Monstrum na chwilę szukało osłony, ale potem znów podchodziło bliżej. Nie mam pojęcia, jaki zapas amunicji miała ze sobą wiedźma, ale mogłem się założyć, że nie wystarczy. Kule najwyraźniej miały ograniczone działanie.

Osłona padła, ale na zrujnowanej podłodze kaplicy jarzył się krąg, którego nasz przeciwnik najwyraźniej nie był w stanie przekroczyć. Wewnątrz znajdowałem się tylko ja i ona. Liczba żywych równała się liczbie umarłych, bo nieopodal leżały ciała arcykapłana i Roberta.

Dotykałem kręgu obiema rękoma. Z ciekawości uniosłem jedną z nich. 

Linie pociemniały.

– Nie odrywaj dłoni, kretynie! Chcesz nas pozabijać? Jeśli zniknie krąg, on wejdzie do środka.

Teraz to poczułem. Delikatne mrowienie, dobiegające z linii kręgu.

– Czemu miałoby mnie to obchodzić? Nie wiem, co mi zrobiłaś, ale…

– Otworzyłam ci trzecie oko. Tylko na chwilę, żebyś mógł stać się przekaźnikiem mocy, która jest w tym miejscu. A teraz przestań się nad sobą użalać i spróbuj trochę wzmocnić krąg.

Niewiele brakowało, a stałaby się dzisiaj moją drugą ofiarą. Ale choć ogarnęła mnie wściekłość, zdawałem sobie sprawę, że cokolwiek planuję zrobić, najpierw musimy uporać się z bestią. 

Dopiero gdy padnie martwa, będę w stanie poświęcić jej uwagę.

Zamknąłem oczy i spróbowałem się skoncentrować. Odkryłem, że rzeczywiście potrafię manipulować kręgiem. Do pewnego stopnia.  

Nie wiem, jak, ale sięgnąłem gdzieś poza siebie i pozwoliłem, by przez linie przepłynęło więcej mocy.

– Dobra! Ustabilizuj krąg i bierz te cholerne pukawki. Czas go załatwić.

Ostrożnie uniosłem dłonie, ale nic się nie stało. Linie nie zmieniły barwy. Czułem, że wciąż płynie przez nie moc.

Nic dziwnego, że bestia nie ważyła się wejść do środka.

Wiedźma wręczyła mi rewolwery. 

– A ty? Co masz zamiar zrobić?

Gdyby na początku uśmiechała się tak wrednie, jak teraz, nigdy bym jej nie posłuchał.

Nigdy bym jej nie zaufał.

– Zaproszę go do tańca.

Wyciągnęła dłoń i wyszeptała trzy słowa. 

W jej dłoni pojawił się rapier.

Nie przypominał jednego z tych ostrzy, jakie widać na meczach szermierki. Solidny, ciężki kawał stali, stworzony w jednym celu. Był dłuższy od typowych broni jednoręcznych, co w perspektywie walki z bestią wydało mi się raczej zaletą. 

– To ostrze Ingeborgi.

– Była świętą? 

– Dziwką i morderczynią. Zginęła w walce, ściskając rapier i do końca wierząc, że jeszcze ją uratuje. Właśnie w ten sposób powstają relikwie, młody. A ja mam zamiar z jednej z nich skorzystać. Będziesz mnie osłaniał.

– Słucham?

– Spójrz na tego dupka. Widzisz, co ma na szyi?

Przyjrzałem się, i rzeczywiście. Wśród futra na szyi połyskiwał łańcuch oraz srebrny bodaj wisior z symbolem, którego z tej odległości nie byłem w stanie rozpoznać.

– Wiesz, ile trzeba energii, by zmaterializować podobny artefakt? Kreresh przywlókł go tutaj z Ciemności.

Wzruszyłem ramionami. To powinno mi pewnie zaimponować, ale nie do końca wiedziałem, o czym mówi wiedźma. Wydawało mi się, że przez kilka ostatnich lat sporo się dowiedziałem na temat mocy, ale najwyraźniej w moich informacjach były luki. 

I to spore.

– Posłuchaj, żaden z uczniów Ímara Ua Donnubáina nie należał do słabeuszy. Nawet Kreresh. Nie został wypaczonym dlatego, że zabrakło mu mocy. Jak już, to raczej odwrotnie. Miał jej tak wiele, że porywał się na najbardziej ryzykowne numery, od których rozsądniejsi magowie trzymaliby się z daleka. Widzisz jego aurę?

Teraz, gdy o tym wspomniała, rzeczywiście widziałem poświatę, otaczającą postać bestii. Granatowo-czarna, pulsowała nieustannie, a od czasu do czasu pojawiały się w niej wiry głębokiej czerwieni. Przypominała pierścienie wokół słońca.

Uświadomiłem sobie, że patrzę na świat oczyma maga. To było niesamowite doznanie. 

– Widzisz te czerwone zawirowania? Te wokół artefaktu są najjaśniejsze, prawda?

– Jasne.

– Gromadzi moc. Założę się, że za chwilę czegoś spróbuje. W tej formie ma bardzo ograniczone możliwości, ale pewnie uda mu się animować jedną ze swoich marionetek. 

– Animować…?

– Obiły ci się o uszy historie o zombie?

Mogłem tylko przytaknąć.

– Zaraz zobaczysz, skąd się wzięły.

Łapy bestii wystrzeliły do przodu. Usłyszeliśmy dziwne dźwięki, ni to bulgot, ni szczekanie. Nie przypominały słów, ale musiały mieć w sobie moc. Włosy na karku same stanęły mi dęba.

– To nie lepiej zaatakować od razu?

– Wiem, co robię. Niech się najpierw wyprztyka z mocy. Dopiero wtedy będzie można się z nim uporać.

Krąg rozpalił się i zgasł jak przepalona żarówka. Rzuciłem się ku niemu, ale nie potrafiłem go ożywić. Usłyszałem jakiś szelest.

Arcykapłan powoli podniósł się z ziemi.

Jedna z kul trafiła go prosto w szczękę, wyrywając dziurę w policzku i łamiąc zęby. Musiał też oberwać w kolano, bo poruszał się jakoś dziwnie, podrygując i ciągnąc za sobą nogę. Już za życia wydawał się odstręczający, teraz stanowił wypaczenie wszystkiego, co ludzkie.

Spojrzał w moim kierunku. Uśmiechnął się, a jego połamana szczęka kłapnęła i zawisła bezwładnie na strzępach mięśni i skóry. Uniósł dłoń. Wycelował palec wskazujący w moją stronę. Nie rozumiałem słów, jakie wymamrotał, ale byłem przekonany, że powiedział coś w stylu „pif-paf”. 

Pocisk energii przeczesał mi włosy na głowie.

Strzeliłem raz i drugi, nawet nie celując. Raczej poczułem, niż zobaczyłem, jak tuż obok mnie przemyka wiedźma.

Następne kilka minut to była krew i chaos. Arcykapłana dawało się powstrzymać jedynie na chwilę. Każdy pocisk sprawiał, że zastygał na moment, ale potem znów torował drogę przez ciała współwyznawców. Na szczęście energii nie można było uzupełniać tak łatwo, jak pocisków. Widać było, że je oszczędza. Z drugiej strony sprawiało to, że kiedy tylko miał czyste pole do strzału, w moją stronę mknęła rozżarzona smuga. Cały czas musiałem szukać osłony.

Kątem oka obserwowałem poczynania wiedźmy. Nie wiem, czy sprawiło to szkolenie, magia czy wrodzony talent, ale nigdy wcześniej nie widziałem kogoś, kto potrafiłby tak walczyć. 

Ktokolwiek szkolił ją w szermierce, musiał być prawdziwym mistrzem. Walka w jej wykonaniu przypominała śmiertelny taniec. Co i raz bestia próbowała trafić ja albo ciosem jednego z odnóży albo ogona, ale wiedźma była za szybka i dla jednego i dla drugiego. Odskakiwała i atakowała ponownie. Nie potrafiła lewitować, nie do końca, ale umiała jakoś odbić się od powietrza, jakby na chwilę przyjmowało materialną formę pod jej stopami, wykręcić piruet i wylądować za plecami przeciwnika. 

W pewnym momencie, gdy znowu udało mi się na chwilkę zatrzymać arcykapłana, usłyszałem jej chrapliwy śmiech. Stała niczym uosobienie furii, z jej twarzy ściekały krople deszczu, z ostrza rapieru – zielonkawa posoka. 

Nieuwaga sporo mnie kosztowała. Arcykapłan wykorzystał chwilę spokoju by syknąć trzy słowa, a jeden z tych, którzy do tej pory leżeli w spokoju przebudził się i złapał mnie za nogi. Pociągnął w ocean czarnych szat. 

Kotłowałem się wśród kończyn bijących na oślep, walczących o to, by zatrzymać mnie na ziemi. Miałem koszmarnego pecha, bo cała akcja toczyła się na rozmokniętym, gliniastym gruncie. Teraz były tu jeszcze zwłoki w czarnych szatach, ale kiedy moc arcykapłana się wyczerpała, przestały stanowić problem. Jednak nie zdołałem znaleźć kawałka twardego gruntu, by się podnieść. Utknąłem w rozmoczonej ziemi.

Umknął mi moment, w którym wiedźma pokonała bestię. Usłyszałem głuche łupnięcie. Kiedy odwróciłem głowę, łeb stworzenia leżał nieopodal. 

Gałka oczna dyndała na pojedynczym włóknie.

A potem poczułem smród i ciało bestii zaczęło się rozpadać. 

Arcykapłan zareagował na śmierć tego, którego przywołał, uniesieniem głowy do nieba i wyciem, jakiego nie powstydziłby się żaden wilk. Niewiele zostało mu już z człowieka, ale musiał czuć wściekłość. Pokrzyżowaliśmy mu plany.

Widziałem, jak wodzi łbem, wypatrując sprawców swojego nieszczęścia. W końcu otworzył usta i rzucił się na mnie.

Przez cały ten czas szukałem na oślep. W końcu zdołałem namacać kolbę upuszczonego rewolweru i wypaliłem prosto w jego wykrzywiony pysk. Kula rozwaliła mu czaszkę, obryzgując mnie krwią, kościanymi odłamkami i fragmentami szarej materii.

Zachwiał się i zwalił na mnie.

Usłyszałem głośny trzask. Poczułem ból, który sprawił, że w oczach pojawiły mi się łzy. Nigdy dotąd nie przeżyłem czegoś podobnego. Musiał mi złamać nogę. Czułem, że mam ją jakoś dziwnie wykręconą. Próbowałem ostrożnie nią poruszyć. Nie zdołałem, a nagły rozbłysk bólu sprawił, że nie miałem najmniejszego zamiaru kontynuować prób.

Nastała cisza. Długa i błogosławiona.

A potem usłyszałem kroki. 

Wiedźma nie wyglądała już tak nieskazitelnie, ani tak niewinnie. Unurzana w błocie, poraniona, miała ubranie przesiąknięte krwią i dziwaczną zieloną substancją, a jej mokre od deszczu włosy przypominały poskręcane pędy trującej rośliny.

Podeszła do bestii i nachyliła się nad nią, na mnie nie zwracając zupełnie uwagi. Rozchyliła futro na szyi, odsłaniając łańcuch. Zerwała go szarpnięciem i odrzuciła w bok. W jej dłoni pozostał jedynie wisior. Coś, co nazywała artefaktem.

– Co to? – wycharczałem.

Wpatrywała się w przedmiot w swojej dłoni z taką tkliwością, jakby był dzieckiem, odnalezionym po latach poszukiwań.

– Powód, dla którego Kreresha przywoływano na ten wymiar od ponad dwustu lat. I pomyśleć, że dopiero tej bandzie idiotów się to udało. Ścieżki mocy są doprawdy niezbadane. 

– A konkretnie?

– Zemsta – uśmiechnęła się z czułością, głaszcząc to, co trzymała w dłoniach. Wyglądała promiennie, niczym panna młoda w dniu ślubu. Miała ogień w oczach.

– Na kim?

– Mój ty biedny idioto. Na nich wszystkich, rzecz jasna. Na wszystkich razem i każdym z osobna.

Podeszła i nachyliła się nade mną. Teraz, gdy miałem okazję bliżej się jej przyjrzeć, nie wyglądała już tak młodo. Miała kurze łapki wokół oczu i ust, delikatne, ale widoczne.

– Powinnam cię zabić – stwierdziła z namysłem. – Ale mam przeczucie, a ja nauczyłam się ufać przeczuciom. Kiedy zastanawiałam się, jak zdobyć Niewidzące Oko, stawiałam karty. Nie zrozum mnie źle, nie jestem Dziewicą, mój talent do prorokowania można potłuc o kant dupy. Ale Tarot to dziwka. Rozkłada się przed każdym. Jakkolwiek bym go nie stawiała, zawsze widziałam tę samą kartę. Wisielca. Młodego głupca, który nie ma pojęcia o swojej prawdziwej naturze.

Tarot powiedział, że jesteś ważny. Nie zginiesz dzisiaj.

Uniosła rapier i upuściła, a on zniknął, gdy tylko stracił kontakt z jej ciałem.

– Żegnaj. Coś mi mówi, że jeszcze się spotkamy.

Byłem tak poobijany, że oddychałem z trudem, ale wściekłość dodawała mi sił.

– Stój! Kurwa mać, skoro już zdecydowałaś się zostawić mnie przy życiu, to może choć raczysz powiedzieć, o co tu chodzi? Kim ja, do diabła, jestem? Co mam teraz zrobić? 

– Nie uwierzyłbyś ani jednemu słowu. Musisz sam znaleźć odpowiedzi i zapłacić za nie krwią i łzami.

– Pieprz się, dobra? Daruj sobie te mądrości z ciasteczek z wróżbą. Nic mi nie powiesz? Zupełnie nic? Karmisz mnie tekstami o tym, że nie znam swojej natury, że całe moje życie było kłamstwem i odchodzisz? W chwili, gdy jedyne, czego chcę, to poznać prawdę?

Wiedźma zmrużyła oczy.

– Przyzwyczajaj się. To najlepsza chwila, by znaleźć oświecenie. Może jeszcze kiedyś będziesz wdzięczny, że została ci dana.

 

Leżałem na cmentarzu, ściskając w dłoniach kolbę rewolweru. W kaburze spoczywała broń, której użyłem, by zastrzelić swojego partnera. Na lewo miałem ciało Roberta Grygiera. Na prawo – arcykapłana. 

Gdzieś z przodu leżały pozostałości istoty nie z tego świata.

Oraz okultyści. Trzydzieści ciał, które z kolei były jak najbardziej realne i rzeczywiste, zastanawiałem się tylko, w jaki sposób wytłumaczyć ich istnienie. Co mam powiedzieć policji?

Pojedynczy wystrzał można byłoby uznać za przypadek. Petardę. Strzał z samochodowego tłumika. Ale nie wyobrażałem sobie, by ktokolwiek mógłby wziąć tę przedłużającą się palbę za cokolwiek innego, niż to, czym była w istocie. 

Udaną próbę morderstwa.

Oczywiście, że ktoś się pojawi. Wcześniej czy później.

Noga paliła żywym ogniem. Nie miałem co myśleć o ucieczce i udawaniu, że nie miałem z tym wszystkim nic wspólnego. Trudno. Musiałem przygotować się na tysiące głupich pytań.

Aktywność fizyczna nie była teraz dobrym pomysłem, ale na jedno jeszcze starczyło mi sił. Odpiąłem glocka i rzuciłem tam, gdzie leżało rozpadające się ciało bestii. Nie wiem, z jakiej substancji było zrobione, ale liczyłem, że pomoże mi w zatarciu śladów. 

Zastanawiałem się, co mam powiedzieć przełożonym, a potem stwierdziłem: pieprzyć to. Jak długo nie domyślą się, że to ja zabiłem Roberta, mogą wyciągnąć własne wnioski.

Przez chwilę mignęła mi nawet myśl, czy nie odejść z Zakonu, ale to nie wydawało się dobrą opcją. Potrzebowałem ich. Pamiętałem o tych, których straciłem. Kto inny pomógłby mi dokonać zemsty? Zresztą, jeśli nie u nich, to gdzie miałem szukać odpowiedzi? Wiedźma zniknęła. Nie byłem pewien, czy cokolwiek z tego, co mi powiedziała, było prawdą, ale zachowanie Roberta dawało do myślenia. Na pewno wiedział coś, o czym ja sam nie miałem pojęcia. A skoro tak, na pewno nie należał do wyjątków. Wśród współpracowników musiał być ktoś, kto wiedział dokładnie, kim jestem. 

No i to cholernie trzecie oko, które podobno otworzyła mi wiedźma. Coś mi się plątało w pamięci, ale byłem tak poobijany, że ledwo chciało mi się oddychać, nie mówiąc już o przeszukiwaniu zakamarków umysłu.

Postanowiłem, że zacznę szukać odpowiedzi. Już za chwilę.

A na razie poleżę tu sobie. I poczekam, bo ktoś na pewno się tu zjawi.

Wcześniej czy później.

Koniec

Komentarze

Początek opowiadania, czyli mnie więcej jego jedna trzecia, to wielokrotne mielenie tych samych wiadomości, podczas gdy  sprawa nie posuwa się ani o krok. Natomiast dalsza część, opisująca rytuały i poczynania biorących udział w ceremonii, niewiele zmienia. Miałam wrażenie, że pojawienie się czarownicy sprawi, że akcja nabierze rumieńców, ale i ta nadzieja okazała się płonna. Choć trup ściele się gęsto, Wiedźmi dar okazał się dość nudny i do końca doczytałam go z obowiązku.

Zapowiadasz, Kadah, że to horror, a ja tu specjalnie horroru nie dostrzegłam – brakło mi niesamowitego nastroju, jaki cechuje porządne horrory, tajemnicy i stosownej grozy. Opis potwora wypełzającego z ciała martwej dziewczyny i jego późniejsze zaspokajanie głodu, choć krwawe, pozostaje dla mnie opisem potwora krwawo zaspokajającego głód. Taki horror, niestety, nie robi na mnie szczególnego wrażenia. :(

Wykonanie, delikatnie mówiąc, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

ka­za­li przy­glą­dać się po­pi­som do­mo­ro­słych kul­ty­stów. –> Czy na pewno chodziło Ci o kultystów, czy aby nie myślałaś o okultystach?

Kultyści pojawiają się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Wy­star­czył rzut oka, by się prze­ko­nać, że człon­ko­wie ce­re­mo­nii… –> Wy­star­czył rzut oka, by się prze­ko­nać, że uczestnicy ce­re­mo­nii

 

Jeśli do­pi­sze im szczę­ście, nic im nie wyj­dzie… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

nie można mi za­ufać nawet na tyle, by po­zwo­lić mi pra­co­wać… –> Jak wyżej.

 

nim wresz­cie miał na­stą­pić punkt kul­mi­na­cyj­ny. –> …nim wresz­cie nastąpi punkt kul­mi­na­cyj­ny.

 

– Po pierw­sze – facet przy­cią­gnął mnie bar­dzo bli­sko. Stan­dar­do­wa tak­ty­ka za­stra­sza­ją­ca, dzię­ki za­sto­so­wa­niu czosn­ko­we­go odoru jesz­cze bar­dziej sku­tecz­na. – to ja de­cy­du­ję, kiedy koń­czy­my, nie ty. O ile do­brze pa­mię­tam, prze­wyż­szam cię rangą. –> – Po pierw­sze.Facet przy­cią­gnął mnie bar­dzo bli­sko. Stan­dar­do­wa tak­ty­ka za­stra­sza­ją­ca, dzię­ki za­sto­so­wa­niu czosn­ko­we­go odoru jesz­cze bar­dziej sku­tecz­na. – To ja de­cy­du­ję, kiedy koń­czy­my, nie ty. O ile do­brze pa­mię­tam, prze­wyż­szam cię rangą.

Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Mu­sie­li ją ukry­wać w fał­dach pseu­do-ha­bi­tów. –> Mu­sie­li ją ukry­wać w fał­dach pseu­doha­bi­tów.

 

Któ­re­go dzi­siaj? –> Któ­ry dzi­siaj?

 

We­dług ka­to­lic­kiej tra­dy­cji dzień dzie­więt­na­ste­go sierp­nia… –> We­dług ka­to­lic­kiej tra­dy­cji dzień dzie­więt­na­sty sierp­nia

 

Ist­niej kilka ma­gicz­nych efek­tów, które to umoż­li­wia­ją. –> Literówka.

 

– Nie mam po­ję­cia – Ro­bert wyjął gloc­ka z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. –> Brak kropki po wypowiedzi.

 

Widać było, że po­tra­fi po­słu­gi­wać się bro­nią… –> Po czym widać, że ktoś po­tra­fi po­słu­gi­wać się bro­nią?

 

Wy­star­czy, że spoj­rzę na ja­kieś ma­gicz­ne ustroj­stwo, a na­tych­miast za­pa­da mi głę­bo­ko w pa­mięć. –> W jaki sposób magiczne urządzenie zapada bohaterowi w pamięć?

 

Prze­ło­że­ni za­czę­li mi przy­dzie­lać za­da­nia w cha­rak­te­rze agen­ta te­re­no­we­go do­pie­ro wtedy… –> Co to znaczy, że zadania miały charakter agen­ta te­re­no­we­go?

A może miało być: Prze­ło­że­ni za­czę­li mi przy­dzie­lać za­da­nia przeznaczone dla agen­ta te­re­no­we­go do­pie­ro wtedy

 

Miała metr sześć­dzie­siąt, ogni­ście rude włosy i masę pie­gów. Za­glą­da­ła do środ­ka przez dziu­rę w murze. –> Skąd wiedział ile ma wzrostu, skoro stała za murem i zaglądała przez dziurę.

 

pod ko­niec życia po­sta­no­wił po­sta­wić na szali… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Kre­resh ma­rzył ma­rzył tylko o tym, by tu wró­cić. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

– Widzę, że part­ne­ra bę­dzie cięż­ko prze­ko­nać. –> – Widzę, że part­ne­ra bę­dzie trudno prze­ko­nać.

 

Ale ten wła­śnie mo­ment mój mózg wy­brał na po­sta­wie­nie li­be­rum veta… –> …li­be­rum veto

 

nie miały prawa się tu zna­leść. –> …nie miały prawa się tu zna­leźć

 

Chwy­ci­łem wy­cią­gnię­tą dłoń Ro­ber­ta i ude­rzy­łem nią o kra­wędź wa­lą­cej się ścia­ny. Li­czy­łem, że uda mi się wy­trą­cić mu broń z dłoni, ale zbyt mocno za­ci­skał palce na rę­ko­je­ści. Ude­rzył mnie na odlew w na­sa­dę nosa. Nie udało mu się spra­wić, żebym pu­ścił jego drugą dłoń, ale cios był bar­dzo silny. Głowa od­sko­czy­ła mi do tyłu. Po­czu­łem, że z nosa za­czę­ła mi le­cieć krew. –> Powtórzenia. Nadmiar zaimków.

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

tra­fi­łem na frag­ment pod­ło­ża, gdzie ukru­szo­ne frag­men­ty ce­gieł za­mie­ni­ły się w gli­nia­stą ka­łu­żę. –> Powtórzenie.

Czy pokruszone cegły, jeśli zmieszać je z wodą, będą gliniaste?

 

Mu­sia­łeś być cho­ler­nie uży­tecz­ny, skoro po­zwo­li­li ci zo­stać z jed­nym z człon­ków. –> Chyba miało być: Mu­sia­łeś być cho­ler­nie uży­tecz­ny, skoro po­zwo­li­li ci zo­stać jed­nym z człon­ków.

 

W krót­kim okre­sie czasu zda­rzy­ło się tyle… –> Masło maślane. Okres to czas.

Wystarczy: W krót­kim czasie zda­rzy­ło się tyle

 

moi ko­le­dzy zda­wa­li się mieć mo­no­pol na słusz­nośćrację. –> Słuszność i racja to synonimy, znaczą to samo.

 

Szczę­ki wi­sia­ły nisko, z ust to­czy­ły się stróż­ki śliny. –> Czy na pewno z ust toczyły się kobiety pilnujące śliny?

Poznaj znaczenie słów stróżkastrużka.

 

Przez nie­do­pię­tą szatę widać było ciu­chy, jakie nosił pod spodem. –> Przez nie­do­pię­tą szatę widać było ciu­chy, które nosił pod spodem.

 

Wy­tar­te je­an­sy i spra­ną ko­szul­kę… –> Wy­tar­te dżinsy i spra­ną ko­szul­kę

Używamy pisowni spolszczonej.

 

Na świe­cie nie ma już wy­star­cza­ja­cej magii… –> Literówka.

 

Może kie­dyś przy­po­mi­nał czło­wie­ka. Teraz wy­glą­dał ni­czym uoso­bie­nie głodu. Miał oczy tak puste, że przy­po­mi­na­ły nie­koń­czą­cy… –> Powtórzenie.

 

Ja­do­wi­cie zie­lo­ne nici roz­ja­rzy­ły się i zga­sły, ale zo­sta­wi­ły czar­ny po­ślad. –> Czy na pewno zostawiły poślad?

 

We­wnątrz znaj­do­wa­łem się tylko ja. Ona. Ciała ar­cy­ka­pła­na i Ro­ber­ta. –> Nie rozumiem – kto znajdował się wewnątrz?

 

żebyś mógł stać się prze­kaź­ni­kiem mocy, jaka jest w tym miej­scu. –> …żebyś mógł stać się prze­kaź­ni­kiem mocy, która jest w tym miej­scu.

 

Nie wiem, czy spra­wi­ło to szko­le­nia, magia czy wro­dzo­ny ta­lent… –> Literówka.

 

Chwi­la nie­uwa­gi sporo mnie kosz­to­wa­ła. Ar­cy­ka­płan wy­ko­rzy­stał chwi­lę spo­ko­ju by syk­nąć trzy słowa, a jeden z tych, któ­rzy do tej pory le­że­li w spo­ko­ju… –> Powtórzenia.

 

zła­pał mnie za nogi. Po­cią­gnął mnie ze sobą w ocean czar­nych szat. Ko­tło­wa­łem się wśród koń­czyn bi­ją­cych na oślep, wal­czą­cych o to, by za­trzy­mać mnie na ziemi. Ręce i nogi szar­pa­ły mnie, póki nie prze­sta­łem się ru­szać. Mia­łem kosz­mar­ne­go pecha, bo cała ta akcja to­czy­ła się w tym samym roz­mok­nię­tym, gli­nia­stym ba­gien­ku, które już raz o mało mnie nie uwię­zi­ło. –> Jeszcze jeden przykład nadmiar zaimków.

 

Jed­nak nie zdo­ła­łem zna­leźć ka­wa­łek twar­de­go grun­tu, by się pod­nieść. –> Jed­nak nie zdo­ła­łem zna­leźć ka­wa­łka twar­de­go grun­tu, by się pod­nieść.

 

A potem roz­legł się smród… –> Rozlega się to, co można usłyszeć, a smrodu usłyszeć się nie da.

Proponuję: A potem rozniósł się smród

 

Ar­cy­ka­płan za­re­ago­wał na śmierć tego, kogo przy­wo­łał… –> Ar­cy­ka­płan za­re­ago­wał na śmierć tego, którego przy­wo­łał

 

Nie wiele zo­sta­ło mu już z czło­wie­ka… –> Niewiele zo­sta­ło mu już z czło­wie­ka

 

miała ubra­nia prze­siąk­nię­te krwią… –> …miała ubra­nie prze­siąk­nię­te krwią

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie, to ubranie.

 

– Co to ? –> Zbędna spacja przed pytajnikiem.

 

Miała kurze stóp­ki wokół oczu i ust… –> Miała kurze łapki wokół oczu i ust

 

Byłem tak po­obi­ja­ny, że od­dy­cha­łem tru­dem… –> Chyba miało być: Byłem tak po­obi­ja­ny, że od­dy­cha­łem z tru­dem

 

To naj­lep­sza chwi­la, by zna­leść oświe­ce­nie. –> To naj­lep­sza chwi­la, by zna­leźć oświe­ce­nie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@ regulatorzy

Przykro mi, że się nie podobało, ale bardzo dziękuję za wyłapanie wszystkich błędów. 

No cóż, mam nadzieję, że Twoje kolejne opowiadania okażą się ciekawsze i przeczytam je z zainteresowaniem. ;)

 

…bardzo dziękuję za wyłapanie wszystkich błędów. 

Bardzo proszę, Kadah, ale obawiam się, że coś tam jeszcze zostało, bo przy pierwszym czytaniu nie sposób wyłapać wszystkie błędy i usterki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Akcyjniak z okultyzmem w tle. Trup ściele się gęsto, ale niestety nie czuję nici powiązania z jakąkolwiek postacią. Przez to elementy zagrożenia nie działają też jak trzeba. Opisy “gore” tez nie są dla mnie jakieś wciągające – mam wrażenie, że to na nich chciałaś oprzeć element horrorowy, ale nie wyszło.

Oprócz tego jest to, co napisała Reg – sporo tu znaków, ale akcji nie aż tak wiele. Kres w “Galerii złamanych piór” zwracał uwagę, by nie przesadzać z opisami. Gdy coś zaznaczasz, skupiasz się na detalach, to ja, jako czytelnik, czuję, że muszę to zapamiętać, bo to ważne. Nie ze wszystkimi rzeczami u Ciebie tak jest. Mam wrażenie, że z bohatera – skądinąd sympatycznej postaci – zrobiłaś niepotrzebnie gadułę, który ciągle powtarza te same informacje (jak choćby o tym, jak “świętogajowo” wyglądają uczestnicy rytuału).

Tak więc pomysł tu jest, akcja przy walce niczego sobie. Podobają mi się też klimatyczne opisy – znacznie lepiej opisują tandetę uczestników rytuału niż kolejne wypowiedziane wprost uwagi narratora.

Zabrakło więc czegoś w tym koncercie fajerwerków, co chwyciłoby mnie emocjonalnie. Największą szansę miał bohater, ale trochę przegadał sprawę. Opisy jednak napisane fajnie, a samo tempo dobre. Tylko właśnie – te emocje.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@regulatorzy

Tym bardziej doceniam, że znalazłaś ich aż tyle, i to w tekście, który nie bardzo ci przypadł do gustu. Mam nadzieję, że następny okaże się ciekawszy.

 

@NoWhereMan

Dziękuję za bardzo sensowne podsumowanie. Ten tekst powstał jakiś czas temu, bodaj rok przed tym, co tu ostatnio wrzucałam, Czułam, że jest jakiś letni, ale w sumie nie byłam w stanie stwierdzić, dlaczego. Tobie się udało. 

Żal mi go było wywalać, bo sam pomysł też mi się podobał. Ale teraz widzę, gdzie ma dziury.

Początkowo byłam zaciekawiona, ale okazało się, że przez pół tekstu niewiele się dzieje. Infodumpy stopowały akcję, która w dodatku długo się nie rozwijała; takie wtręty narracyjne można, jasne, wprowadzać, ale nie w ilości, która występuje w scenie rytuału. Stanowczo za dużo myśli bohatera i jego podręcznikowych wyjaśnień wszystkiego, a za mało toczenia się historii. 

Potem akcja nabiera tempa, ale nadal ją przerywasz, przez co tempo jest szarpane. Historia nienowa, ukazanie mogło być wciągające, ale w moim odczuciu zostało trochę położone wykonaniem.

Nie podoba mi się też przejście do porządku dziennego nad śmiercią ofiary na ołtarzu – zamiast zrobić z tego atut opowiadania, uwypuklić zwrot akcji – oni dalej sobie dyskutują, jak przy kawce. Więcej uwagi poświęciłaś pryszczatemu tyłkowi i wnioskom o tandecie, przez co w ogóle nie odczułam, że raptem przestało być tandetnie. Za dużo próbowałaś przekazać informacji tam, gdzie imo należało oczarowywać akcją, i to mrocznym czarem ;)

Podreperuj przecinki, np. przed powtarzającymi się słowami typu albo, przed imiesłowami (ąc), w zdaniach, które nie są podrzędnie złożone (np. przed niż, jeżeli nie wprowadza zdania podrzędnego, nie powinno być przecinka).

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Dziękuję za uwagi, Naz smiley

Nowa Fantastyka