- Opowiadanie: rybak - Opowieści starego Nawigatora: Mniejsze zło

Opowieści starego Nawigatora: Mniejsze zło

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

chroscisko, NoWhereMan, Użytkownicy

Oceny

Opowieści starego Nawigatora: Mniejsze zło

 

Surykatka popsuła się nam równo dwie godziny przed końcem mojej wachty, kiedyśmy już wracali z Keplera 186f. Tak, z tego samego Keplera, w którym odkryliśmy studio filmowe Grzebieniastych i dostaliśmy od nich pierwsze poważne ostrzeżenie. Do Wielkiego Szlaku pozostawało już niewiele, wszystkiego może dwadzieścia parseków, kiedy siadło nam dziobowe pole ochronne. Gdy się wyłączyło, nasz kierowany przez Ajkę gwiazdolot alarmowo wyhamował. Alarmowo, więc po prostu stanął niemal w miejscu i tylko pracujące pełną mocą wewnętrzne generatory anty-G uratowały nas przed zamianą w chmurę wysokoenergetycznych fal, rozpraszających się we wszystkich możliwych wektorach tego sektora galaktyki.

Anabiozerów i jej zawartości na szczęście w ogóle to nie ruszało – większa część załogi i wszyscy pasażerowie nadal spali snem sprawiedliwych. Wśród czuwających przytomny byłem akurat tylko ja, wasz Snuff. Bo drugi wachtowy, czyli trzeci mechanik Kirył Modestowicz Iwanow, nawet na dyżurze więcej czasu poświęcał na oglądanie ulubionych meczów hokeja niż na zajmowanie się konkretną robotą.

Nie, żadnych wstrząsających wrażeń sobie nie wyobrażajcie. Ani migających światełek alarmowych, ani niespodziewanych wstrząsów, tym bardziej znanych wam z pewnością z dreszczowców w holowizji trzasków rozszczelnień czy kłębów zjadliwego dymu, wytryskujących skąd się da na głównych bohaterów. Po prostu, w jednej sekundzie holoekrany dziobowe były wygaszone, a w kolejnej – wokół nas zamrowiło się od świateł nieruchomych gwiazd. No i ten głos Ajki na mostku: „Nawigatorze Snuff – melduję zatrzymanie alarmowe, dysfunkcja pola czołowego, przeprowadzam diagnostykę układów. Uszkodzeń zewnętrznych brak, systemy podtrzymywania życia sprawne, prędkość własna zero, czas ponownego uruchomienia napędu – nieznany. Powtarzam…”.

Rozumiecie? Prędkość własna ZERO! 140 parseków od Sol i 20 od końcówki Szlaku. W miejscu, gdzie zapomniane bezpańskie komety ogonami szczekają. Niezapowiedziany postój na kompletnym gwiazdowym zadupiu i perspektywa spędzenia nie wiadomo jak wielu tygodni w jednym pomieszczeniu z chronicznym kibicem hokeja, bo procedury w takiej sytuacji zabraniają wybudzania kogokolwiek, poza osobami niezbędnymi przy usuwaniu awarii. A przecież takich ludzi najprawdopodobniej w ogóle na pokładzie nie było – ostatni raz pole czołowe na jakimś na wpół prototypowym Borsuku zdechło w ubiegłej dekadzie, w dodatku tuż po opuszczeniu przez statek stoczni, dosłownie na skraju Sol.

– Ajka, co z nadświetlną – natychmiast spytałem o łączność, bo tylko dzięki niej, jeśli nasze automaty nie uporają się z usterką samodzielnie, da się przekazać komu trzeba wezwanie o pomoc, diagnozę i w końcu ściągnąć pomoc techniczną z najbliższego węzła Szlaku. Bagatela – co najmniej dwa miesiące oczekiwania, zanim chłopaki ze stacji technicznej zbiorą cały niezbędny szpej, kilka kontenerów części na wymianę, i do nas dolecą. Przecież ja tu z tym maniakiem czarnego krążka tyle nie wytrzymam! A, właśnie, może Kirył Modestowicz wie już coś więcej? Zapytałem go o to, kiedy tylko zdjął holookulary i wyjął z uszu słuchawki, przerywając oglądanie po raz 798 swego ulubionego półfinałowego meczu drużyn Gwiazdolotu Centauri z CSKA Tytan.

– Generator nadświetlnej też paszoł w pizdiec. A co najgorsze, zesrały się szperacze i do tego oba emitery alarmowe – ponury Iwanow słynął w Kompanii z niewyparzonego języka. – Prawdopodobieństwo równoczesnej awarii tych trzech niezależnych systemów, przy zachowaniu integralności powłok zewnętrznych, zero koma jeden do minus dwunastej. Czyli w praktyce żadne. Główna wygrana w SoLotto to przy tym stała kosmiczna.

Siedział niemal bez ruchu przed holoekranem, przez który przewalały się potoki liczb i krzaczaste zgęstki sprawdzanych przez pokładową AI schematów technicznych. Milcząc w tle, najwyraźniej wciąż robiła swoje.

A mnie, po raz pierwszy od alarmu, przeszło po plecach niemiłe mrowienie. Bez łączności nasza Surykatka może tu sobie stać do us… znaczy, dowolnie długo. Co prawda energii mamy po wrąbek, więc systemy podtrzymywania życia nawet tego nie zauważą, ale… Ale Bóg jeden wie, kiedy nas tu ktoś przypadkowo odkryje. To przecież jeszcze nie szlak. Tu patrolowców nie ma. Procedury na dalekich trasach są ogólnie znane, na przypadkową pomoc szybko liczyć nie możemy. Zapytałem o to Ajkę.

– Prawdopodobieństwo stuprocentowe po upływie minimum 78 lat Sol C, prawdopodobieństwo 50-procentowe – po upływie 60 lat, prawdopodobieństwo zewnętrznej dezintegracji statku do spodziewanego dnia dotarcia pomocy – dwadzieścia koma siedem procent, zapasy żywności dla zmiany dyżurującej na 130 lat – jej milusi głos natychmiast przybił ostatni zardzewiały hufnal do naszej komfortowej trumny.

No tak, bez ekranów ochronnych tylko czekać, aż coś w nas tu trafi. Jedynie w XX-wiecznych rojeniach astronomów większość obszarów Kosmosu pozostawała pusta. W rzeczywistości zaś wypełniają go całe chmury ciemnej materii, które lokalizować nauczyliśmy się dopiero dużo później. To po to nam właśnie ekrany ochronne i szperacze sięgające na wiele parseków przed statek lecący w nadświetlnej.

– Podaję wyniki diagnozy – moje coraz bardziej desperackie rozmyślania przerwał głos Ajki. – Nie wykryłam przyczyn dysfunkcji wyłączonych układów i systemów. Powtarzam – powód dysfunkcji systemów nieznany. Wszystkie ich elementy są w pełni sprawne. Ich połączenia również. Podobnie systemy operacyjne. Ale nie pracują. I jakby zakłopotana dodała: – Nie wiem, dlaczego.

W pełni sprawne, pojęliście? Sprawne, a jednak nie na chodzie. Coś tak idiotycznego usłyszałem po raz pierwszy w życiu. I pewnie nie tylko ja, bo w tej samej chwili Kirył Modestowicz trzepnął muskularnym łapskiem w elastyczny pulpit, aż huknęło: – Sztob ty waniuczaja blad’ chrienami parosła – wrzasnął w swoim rodzimym lokalnym dialekcie, wkurzony do białości. – Sztob tiebia kirpiczom diełali, sztob…

– Mechaniku Iwanow, jest pan niekulturny – przerwał mu opanowany głos Ajki. – Powodu dysfunkcji układów nie tłumaczą żadne, powtarzam, żadne znane nam prawa fizyki, astrofizyki, ani nawet leżące u ich podstaw ciągi przyczynowo-skutkowe.

Chłop aż się zatchnął, poczerwieniał, następnie lekko zsiniał, zacisnął piąchy jak bochny, lecz umilkł. A do mnie wreszcie dotarło prawdziwe znaczenie słów naszej AI: nie mają prawa nie pracować, a jednak. Muszą pracować, a pracy odmawiają. Tak czy siak, czysta metafizyka. Albo…

Lecz tego już nie ubierałem w słowa. Zbyt wiele złych przypuszczeń zakłębiło mi się pod czaszką. Za mało czasu upłynęło od odkrycia przez nas statku z martwymi kolonistami. Zamiast tego zapytałem Ajkę krótko: – Mamy na pokładzie specjalistę od układów łączności nadświetlnej? Znaczy, kogoś, kto potrafi własnymi rękami zmontować choćby najprostszy działający nadajnik  z dostępnych na pokładzie rezerwowych podzespołów? Bo przecież, o ile pamiętam, twoje serwoautomaty nie mają tego w programach. Potrafią prowadzić naprawy wyłącznie za pomocą gotowych modułów standardowych.

Ku memu zaskoczeniu odpowiedziała natychmiast:

– Mamy. Sztauer Liu ćwierć wieku temu dodatkowo specjalizował się podczas studiów technicznych na Marsie w konstrukcji takich systemów – odpowiedź Ajki przyszła w ostatniej chwili, bo jeszcze moment, a sam zacząłbym kląć. – Rewitalizować?

– Budź – poleciłem sucho. – I przygotuj te… części zapasowe. Mam złe przeczucia. Jak znam Liu, połowę zdążył sprzedać na lewo jeszcze przed naszym wyjściem z Sol…

***

Siedzieliśmy w trójkę w hangarze nad pieczołowicie rozłożonymi na podłodze elementami, zajmującymi mniej więcej dwieście jardów kwadratowych. Czego tam nie było! Dostrzegłem nawet jakieś przedpotopowe scalaki, wymontowane ze zbieranych przez tego popaprańca Liu, w ramach lokaty kapitału, antycznych laptopów sprzed stuleci. Między nimi Liu wyrysował kredą linie połączeń. Stwierdził, że na holoekranie to nie to samo. Schemat był kompletny, z jednym wyjątkiem. Tam, gdzie powinien znajdować się nadprzestrzenny zintegrowany wzmacniacz małej mocy – rzecz trywialnie prosta, bzdet za kilka kredytów dostępny w każdym w Sol sklepie z bzdetami, ziała pustka. Zbiegające się wokół niego strzałki schematu wskazywały na jedno wielkie NIC.

– Liu, ty złodziejska mordo – Iwanow nie przestawał narzekać. – Ja rozumiem, sprzedałeś połowę części. Normalne to i sprawiedliwe. No dobrze – trzy czwarte. Ale wszystkie?! Ty gnoju pazerny jeden, flaki ci wypruję jak tylko wrócimy cało! Ni sumienia, ni honoru u tego żółtka niedorobionego!

– Nie sprzedałem, nie sprzedałem – zajęczał zgnębiony sztauer. – Siostrzeniec potrzebował na zaliczenie zajęć technicznych, to mu dałem za darmo. Co miało tak leżeć? Przecież to się nigdy nie psuje!

Widać było, że nie udaje, że naprawdę cierpi. Się nie dziwiłem. Prawdopodobne wyłączenie z obiegu już nawet nie na kilka miesięcy ale lat, zrywało mu większość lewych transakcji poustawianych pieczołowicie na Szlaku przed naszym długim rejsem. Kontrahentów i kupiecki honor straci, zaliczki przepadną, ze szmuglowanym towarem zostanie, ale to tylko jego problem. My wszyscy pozostali, cała w istocie załoga, od kapitana Doeniga, po okrętowego kucharza, przez tego chciwego sukinkota mieliśmy znacznie gorzej. Niewymownie wręcz gorzej. Kary umowne dla Kompanii za działanie zawinione załogi, odszkodowania należne przewożonym naukowcom zeżrą nam przecież przyszłe wypłaty na pięć dekad naprzód.

-Jest jeden sposób – powiedział nagle Kirył Modestowicz. – Ale mało bezpieczny. I to ty, nawigatorze, musisz podjąć decyzję. Bo ja, jak wiesz, cierpię na skrajną agorafobię.

No tak, prawda. To dlatego najchętniej zaszywał się po wachtach już nawet nie w kabinie, a w osobistym anabiozerze. Wszyscy o tym wiedzieli lecz nikt nie protestował, nawet okresowe komisje medyczne, bo fachura od AI i napędów był z niego nieprzeciętny.

Podejrzewałem już, o co mu chodzi, ale co się miałem pchać na ochotnika? Zobaczył, że mu nie pomagam, więc kontynuował:

– Mamy w zewnętrznej ładowni kilka tysięcy ton metrycznych tej ichniej obcej elektronicznej masówki z Keplera. Zdemontowanej w bazie Grzebieniastych dla potrzeb badawczych już po powrocie do Sol. O ile pamiętam, są tam też wzmacniacze nadprzestrzenne małej mocy. Z trochę innych materiałów, na nieco innych napięciach i pasmach, ale walą sygnał szeroko, nie ma obaw, dojdzie do naszych. Tylko żeby tam się dostać, trzeba najpierw wyjść w otwartą przestrzeń, co przy niepracujących osłonach zewnętrznych wyklucza serwoautomaty. Algorytmy tych ostatnich nawet nie przewidują czegoś takiego jak utrata pola ochronnego. A poza wszystkim, są za duże, by od zewnątrz przeleźć do tej jednej jedynej na pokładzie, dostępnej tylko od zewnątrz ładowni, włazem rewizyjnym. Zaś wyjście na zewnątrz dla ludzi nie jest zbyt bezpieczne. I jak wiesz najlepiej, nie chodzi mi wcale o mikrometeoryty czy inną sporadyczną miełocz.

Taaa, doskonale wiedziałem, o co mu chodzi. Promieniowanie szczątkowe. Gdyby nie wewnętrzne pola siłowe w pancerzach gwiazdolotów, żegluga nadświetlna byłaby w ogóle niemożliwa, bo skorupy naszych statków po rejsach z prędkościami rzędu setek C waliły mezonami w otoczenie niczym otwarte reaktory. Po pół godzinie wystawiania się na tę promienistą kąpiel, można było nawet nie wracać na pokład, tylko od razu otwierać haubę w głębokiej próżni, żeby się krócej męczyć. I dlatego Borsuki, Susły i Surykatki nawet parkowały jedynie na orbitach mocno odległych od obszarów zamieszkałych.

Liu, łachudra, oczywiście też nie miał zamiaru sam wychodzić w próżnię, zasłaniając się pełnioną funkcją: układowego, na cały Sol, szefa związku zawodowego dokerów i portowców. Nie wiedzieliście? Ja też do niedawna, ale drań pokazał mi odpowiednie zaświadczenie i akapit w kontrakcie jeszcze na Keplerze, kiedym mu chciał wystawić wilczy bilet za nielegalny handel przemyconą wódą i rozpijanie naszych naukowców. Ich szef, profesor Maliński, stracił masę czasu na leczenie kaca u swych ludzi i permanentne doprowadzanie ich do stanu, w którym w ogóle zdołaliby przeprowadzić wszystkie zaplanowane na planecie Grzebieniastych badania. Liu jako związkowiec – etatowiec był zwyczajnie bezkarny. I korzystał z tego ile wlezie.

Wybudzenie zaś kogokolwiek innego, dopóki żyłem ja – najłatwiejszy do zastąpienia element naszej wachty – było niezgodne z procedurami. Po prostu, autonomiczne z założenia anabiozery stanowiły najlepsze zabezpieczenie dla tkwiących w nich ludzi. Do tego oszczędzały zasoby tlenu, żywności, a i wody przy okazji. W razie najgorszego, przez kilka lat mogłyby nawet robić za kapsuły ratunkowe, dryfujące z uśpionym żywym wsadem przez daleką próżnię, do czasu aż ktoś je w końcu znajdzie. Albo i nie.

Nawet więc nie próbowałem o to prosić Ajkę. Trudno. Musiałem zaryzykować sam, jak zwykle, zresztą. Upewniłem się, że wiem i pamiętam, gdzie trzymamy interesujące części i jak one wyglądają, po czym wbiłem się w skafander ochronny, opuściłem haubę hełmu, przelazłem przez śluzy i anim się obejrzał, jak leciałem ku rufie Surykatki, odpychany indywidualnym kierunkowym polem skafandra. Na szczęście, nie zabrało mi to więcej niż kilka minut. Wstukałem kod do włazu rewizyjnego ładowni F, przecisnąłem się do środka i po chwili mogłem już zdjąć hełm. Samo szukanie niezbędnych podzespołów zajęło mi jakieś dwie godziny standardowe. Ale Iwanow stanął na wysokości zadania, jego własnoręcznie sporządzona mapka przywiodła mnie wprost do właściwego miejsca i kontenera. Cztery wzmacniacze Grzebieniastych, w sumie kilka kilogramów identycznych podzespołów, wyglądających jak rzeczne otoczaki z niewielkimi wypustkami złączy, zapakowałem do zewnętrznych kieszeni kombinezonu i starannie je zapiąłem, bo głupio byłoby je teraz zgubić. Jeszcze tylko rzut oka na indykator promieniowania szczątkowego (kolor dawno zmienił się z zielonego na żółty, ale miałem nadzieję zmieścić się do chwili powrotu w jasnopomarańczowym, z dala od śmiertelnej czerwieni) i hajda na zewnątrz.

Byłem niedaleko od celu, gdy Surykatka, do tej pory podświetlona w reżimie awaryjnym, więc jarząca się niczym świąteczna choinka, nagle zgasła. Dopiero po chwili przebywania w całkowitej ciemności, gdy oczy już mi się do niej przyzwyczaiły, zorientowałem się, że w miejscu, z którego powinna emanować doskonała czerń wygaszonego pancerza, wesoło świecą pojedyncze ogniki dalekich gwiazdozbiorów. Surykatka nie wyłączyła tysięcy ogniwek emitujących białe światło, ona po prostu bez uprzedzenia weszła w nadświetlną, zostawiając mnie samego w otwartej przestrzeni międzyukładowej! Z kilkugodzinnym zapasem tlenu.

***

Najprawdopodobniej to samo, co ją wcześniej unieruchomiło, teraz ją znienacka odblokowało. Ale tym samym to nienazwane coś musiało wyłączyć również Ajkę, a przynajmniej odciąć ją od sterówki. No chyba że… No chyba że, do tysiąca zgliwiałych supernowych, miał miejsce kolejny nigdy nie wydarzający się przypadek. I kiedy przebywałem na zewnątrz kosmolotu, włączył się w nim algorytm mniejszego zła. Program ostatniej szansy, sterujący niezależnie układem napędowym statków międzygwiezdnych: poza Ajką, potokami danych ze sterówki i czujników, a nawet – niezależnie od świadomych decyzji ludzkiej załogi.

Nie wiecie, co to? Nic dziwnego, niechętnie się o tym poza Flotą mówi. Procedury awaryjne na naszych statkach, dopuszczające w sytuacjach absolutnie nieuniknionych oraz nagłych ratowanie życia większości zagrożonych istnień ludzkich kosztem mniejszości. Arytmetycznej. Na przykład, gdy przy nieczynnych ekranach ochronnych czujniki wykryją w pobliżu krytyczną anomalię. O, weźmy na to, znajdujący się w bezpośredniej styczności strumień meteorów. Albo pędzącą ku nam chmurę antymaterii. Rozejrzałem się w panice, bo wszystko wskazywało, że skądś z próżni zaraz walnie we mnie zabłąkana asteroida, najwyraźniej wykryta na czas przez systemy Surykatki. Albo wypadnę poza horyzont zdarzeń, a tuż po tym ogarnie mnie nawała promienista od jakiejś pędzącej w moim kierunku czarnej dziury. To nic, że przecież bym jej nawet nie dostrzegł, atawistyczny odruch był jak zwykle silniejszy od rozumu.

Po chwili lekkiej utraty samokontroli, kiedy już przestałem się spazmatycznie miotać, spojrzałem na zewnętrzny wskaźnik na lewym przedramieniu: od zniknięcia Surykatki mijała właśnie druga minuta. Tlenu zostało mi na nieco ponad pięć godzin. Energii na siedem.

Gdyby coś miało we mnie rąbnąć, już bym chyba nie żył – pomyślałem resztką rozsądku, bo, owszem, co będę wam ściemniał – strach był. Ale dopóki prawdopodobieństwo przeżycia oscylowało choćby wokół jednej kwadrylionowej, nie mogłem się przecież poddawać. Starałem się oszczędnie oddychać, bo nie wiedzieć czemu, wciąż liczyłem na powrót statku. Może, zresztą, już wraca? Przecież przebytą trasę i jej koordynaty Ajka przez cały czas zapisuje na bieżąco, z kilkujardową precyzją. Gdy zagrożenie minie, powrócą po mnie, na pewno – włączyłem sobie w myślach mantrę pocieszającą. Teraz już Ajka musiała wybudzić Doeniga, a on zrobi swoje. Także ściśle według procedur…

Cóż miałem do roboty? Zdążą, to przeżyję. Nie zdążą, umrę. Zamknąłem oczy i zacząłem sobie przypominać co przyjemniejsze fragmenty życia. Pierwszy samodzielny lot w pierścieniu Jowisza. Pierwsze wyjście poza Oorta. Pierwszy ogień obcej gwiazdy, bodajże Proxima Centauri, osobiście oglądany z pokładu stareńkiego Susła V przechodzącego na podświetlnej przez jej termosferę, żeby półdarmo podładować zbiorniki paliwa. Ale, nie wiedzieć czemu, ciągle pojawiały mi się przed oczami sceny z czuciofilmów Grzebieniastych, wyschłe truchła ich „statystów”, w końcu – odkryty przez nas pod koniec eksploracji obcego układu statek z sześciu tysiącami kolonistów z Keplera, zmarłymi na Szarą Pleśń. I wiecie co? Tak mnie to wymęczyło, że w końcu chyba z tych nerwów zasnąłem. Bo gdy znów otworzyłem oczy, wskaźniki tlenu wskazywały już tylko godzinę do końca.

***

Nie macie pojęcia, jak oczekiwanie na coś aż tak nieuniknionego potrafi zmęczyć człowieka. I jak to cieszy, gdy cokolwiek odrywa go od czarnych myśli.

W moim przypadku tym czymś okazały się migające rytmicznie w moim kierunku, wprost z ciemności, czerwone światełka. Układały się w znane mi aż za bardzo litery zapisywane alfabetem Morse’a, bo jak zapewne już wam kiedyś mówiłem, wrócił do łask gdy upowszechniła się łączność nadświetlna, jako najpewniejszy język przekazów alarmowych. Chcąc nie chcąc, zacząłem je odczytywać: k-i-m j-e-s-t-e-ś-o-d-p-o-w-i-e-d-z-w-i-d-z-e-t-w-o-j-e-s-w-i-a-t-l-a-p-o-z-y-c-y-j-n-e-t-u-a-n-n-a-b-e-a-m-s-e-k-s-p-e-d-y-c-j-a-k-e-p-l-e-r-1-8-6-f-s-u-r-y-k-a-t-k-a-d-o-w-o-d-c-a-d-o-e-n-i-g-k-i-m-j-e-s-t-e-s…

Przycisnąłem lewą dłonią guzik alarmowej latarki sygnalizacyjnej, na stałe przytwierdzonej na prawym przedramieniu, i gorączkowo sygnalizując nadałem odpowiedź: n-a-w-i-g-a-t-o-r-s-n-u-f-f-s-a-m-s-u-r-y-k-a-t-k-a-w-n-a-d-s-w-i-e-t-l-n-e-j-c-z-e-k-a-m-n-a-j-e-j-p-o-w-r-o-t-j-e-s-t-e-s-c-a-l-a?

– Cała – odpowiedź odczytałem niemal natychmiast. – Ocknęłam się tu godzinę temu, a od kiedy wyczuły cię moje czujniki w skafandrze, nadaję do ciebie bez przerwy. Możesz podlecieć? To tylko sto pięćdziesiąt jardów.

– Oświetl się, energia mi się kończy.

Niemal w tej samej chwili rozproszone światło ukazało mi ją wyraźnie. Manewrując mikroemiterem pola kierunkowego, stopniowo przyciągnąłem się ku nieruchomej samotnej figurce. Kiedy podniosła polaryzacyjny filtr, wewnątrz hauby ujrzałem znajomą mi twarz Ani, jednej z bliźniaczek z grupy Malińskiego, porwanej przez Grzebieniastych na ich planecie-studiu filmowym. Nawet włosy miała zwyczajne, jak to u brunetki, już nie srebrne jak u jej sobowtóra – biorobota podstawionego nam przed odlotem przez obcych.

Kiedyśmy się już wyściskali, oczywiście ostrożnie, żeby nie poodlatywać w różne strony w warunkach nullo, zestroiliśmy centralki interkomów i zaczęliśmy rozmawiać w miarę normalnie. Wyjaśniłem jej sytuację, ona na to opowiedziała mi, że po wejściu na platformę przy zbiorowym cmentarzysku Grzebieniastych, straciła przytomność. I że ocknęła się ponownie dopiero tu i teraz, więc zbyt wiele do przekazania nie ma. Skąd wziął się standardowy skafander, w którym tkwi – także nie wie. Rzuciłem na to pół żartem, pół hipotezą, że pewnie Grzebieniaści ukradli. Nie zrozumiała. No tak, przecież ona nawet nie miała pojęcia, co odkryliśmy pod ziemią. Przez kilka cennych minut wyjaśniałem jej pobieżnie przebieg wypadków na Keplerze 186f. Nie omieszkałem też poinformować o przekazanym nam przez obcych komunikacie. Oraz o odnalezionym przez nas w układzie statku pełnym zwłok, porażonych Szarą Pleśnią. Ale że kluczowy w najbliższym czasie był tlen, w końcu nie dało się już dłużej zwlekać i spytałem ją o stan naładowania zbiorników.

– Sześć godzin normalnie, siedem oszczędnie – odpowiedziała mi natychmiast.

– No to będziesz musiała przez kilka ostatnich godzin powisieć tu sama – uśmiechnąłem się stoicko pod haubą – mnie zostało tlenu na jakieś trzy kwadranse.

Ania chwilę rozmyślała, a potem powiedziała po prostu: – Nawigatorze Snuff, mylisz się, tlenu zostało nam na równo trzy i pół godziny, dawaj złącze.

To takie buty! Na samopoświęcenie się jej zebrało. A niedoczekanie! Po moim trupie!

Grzecznie odmówiłem. Nalegała. Odmówiłem nieco mniej grzecznie. Kiedy spytała o powód, wyjaśniłem jej dobitnie, że jestem tradycjonalistą i nie mam zwyczaju, niczym dzisiejsza zepsuta młodzież, w sytuacji krytycznej pchać się na chama i spychać z łodzi ratunkowej, wprost przed rekinie pyski, kobiety, dzieci i starców. Zapytała wtedy, gdzie ja tu widzę rekiny, więc z godnością odparłem, że słabych na umyśle też z zasady nie spycham. 

Wtedy nazwała mnie nadętym bałwanem i próbowała wziąć pod włos tłumacząc, że dla niej to ja jestem istnym starcem, w dodatku zasłużonym, więc nie mam prawa wymagać, by to ona ratowała się moim kosztem. Wkurzony nie na żarty odparłem na to po prostu, że skoro tak, to ja już się wystarczająco nażyłem i bynajmniej nie uważam przez to swego bytu za coś cenniejszego od jej istnienia.

Jak to typowa kobieta, zaczęła wtedy drążyć temat, pytając – dlaczego? Nożżż przecież nie zamierzałem się jej wywnętrzniać, jak to mi się kiedyś przez pół roku w anabiozerze śniła. I co z tego, że razem ze swą siostrą bliźniaczką?… Nie wiem, co z tego wszystkiego do niej dotarło, ale chyba znów zrozumiała mnie opacznie, bo znienacka zaczęła się robić niesłychanie wręcz męcząca. Ewidentnie nie przyjęła do wiadomości moich motywów. Dziwne. Zamiast spokojnie oddychać, czekając na nieuchronne, w interesujący sposób opisała całą moją genealogię, a na koniec powiedziała mi już, w nieco bardziej cywilizowanej formie, że jestem głupszy niż korniszon.

I wiecie co? Zamiast się zmartwić, całkiem solidnie się wtedy ucieszyłem. Bo wreszcie pojąłem, że na pewno nie rozmawiam z kolejnym sobowtórem podesłanym nam przez Grzebieniastych. To przecież przed porwaniem było jej ulubione powiedzonko, kiedyśmy się spotykali kilkakrotnie w mesie Surykatki. A potem na dłuuugie tete a tete w mojej kabinie, bo w swojej mieszkała razem z siostrą.

Cóż miałem zrobić? Zamiast dalej mleć ozorem po próżnicy, postanowiłem wreszcie działać. Najpierw bez uprzedzenia odpaliłem mikropole siłowe skafandra, żeby od niej zwiać. Ale zapasu energii wystarczyło mi już tylko na półmilowy odskok w przestrzeń. I oczywiście ta cholera szybko mnie dognała. Zablokowałem więc urękawicznioną dłonią dostąp do tlenowego złącza awaryjnego, a dodam dla porządku, że draństwo znajdowało się w skafandrze dokładnie na wysokości mojego pępka. No, może nieco tylko niżej. Nie ma co się śmiać, sam nie wiem, dlaczego akurat tam i co odbiło projektantom, że je tak idiotycznie zaprojektowali.

Wyobrażacie sobie, jak to musiało z boku wyglądać, gdy Ania wyszarpnęła mi znienacka, po krótkiej przepychance w zero G, końcówkę złącza, a ja ponownie usiłowałem się wyrwać? Nawet mi się to dość długo udawało, ale w końcu zołza objęła mnie po prostu w pasie udami – a wysportowana była niemożebnie, mnie zaś zaczynało już solidnie brakować powietrza. Do tego unieruchomiła mi słabnące ramiona mocarnym uściskiem i po prostu spokojnie przytrzymała bez ruchu przez kilka minut. Do chwili aż definitywnie zabrakło mi tlenu i przestałem się bronić, bo – jak to mówi młodzież – holofilm mi się urwał. Ratowniczka z bożej łaski! Nie, no sam rozumiem, że gdy ktoś się topi, to zanim się go zacznie holować na płytkie, warto czasem dać mu profilaktycznie w mordę, albo przynajmniej podciągnąć troszkę w głębinę, żeby w panice nie pogrążył ratującego. Kiedy już Ania mnie w tej naszej próżni doprowadziła do stanu kompletnej bezbronności, oczywiście, łajza, zrobiła co chciała. Znaczy, przepompowała mi stopniowo połowę swoich zapasów.

O czym myślała przez kolejne długie trzy godziny, kiedy ja nie chciałem się jakoś ocknąć, a ona poznawała, że mój zamarzający zewłok nadal żyje i absorbuje powietrze, wyłącznie po wskazaniach czytnika na stopniowo gasnącym skafandrze? Nie wiem do dziś. Kilka miesięcy po naszym powrocie na Marsa wyjawiła mi na odczepnego, że nie miała specjalnie nastroju na myślenie, ponieważ musiała przez cały ten czas ręcznie (choć może raczej lepiej byłoby powiedzieć – nożnie) stopniowo przelewać, ściśle według instrukcji, kolejne decylitry swojego tlenu do mojej pustej instalacji. W jedyny możliwy sposób, czyli rytmicznie ugniatając udami i dłońmi odpowiednie fragmenty pozbawionego energii panasnuffowego skafandra, niosącego przez próżnię pozbawionego zmysłów gospodarza. Dobrze zgadujecie – głównie te umieszczone idiotycznie przez projektantów. Co, jak mi potem przyznała, niesłychanie ją do mnie wówczas zbliżyło. A mnie przy okazji uchroniło od nieodwracalnych odmrożeń, bo skafandry zmieniają nam energię kinetyczną do wyboru: na elektryczność lub ciepło.

***

Surykatka zmaterializowała się obok nas ponownie, wyłaniając się niemal w ostatniej chwili, niczym duch z nicości, na wyciągnięcie ręki, kiedy zostało nam tlenu może na dziesięć minut. Kiedy tuż po równie niewyjaśnionym odzyskaniu kontroli nad statkiem i Ajką do nas wrócili, pierwsze co ujrzeli zatem sztauer Liu i mechanik Kirył Modestowicz, a obok nich sam komandor Doenig, to była pani archeolog, galopująca na mnie w próżni niczym szalony jeździec na dychawicznym rumaku. I wykonująca przy tym rękoma i biodrami coś, co potem, gdy ten sukinsyn Liu sprzedał zrobione przez Ajkę nagranie do wszystkich stacji w Sol oraz na Szlaku, zatytułowane zostało przez fanów wdzięcznym tytułem „Gwiezdny Cwał”. I pobiło wszelkie rekordy oglądalności, zostawiając na wiele miesięcy daleko w tyle takie szlagiery jak „Wyuzdane syreny z Fomalhauta” czy „Lubieżna czarna dziura 5”.

Że Grzebieniaści, tkwiąc gdzieś obok po cichu z pustce (bo nikt później nie miał wątpliwości, kto zrobił nam ten numer, zapewne po to, by nas ostatecznie wypróbować, a następnie postąpić z ludzkością w zależności od wyniku testu), w ten właśnie sposób po raz kolejny zaingerowali w sprawy ludzi, przy okazji uwieczniając nas, jak to oni mieli w zwyczaju, na swoich czuciofilmach – pal licho! Dobrze, że nie padło na Liu, bo różnie by mogło być. Ale, jak to powiadają, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Jednak tego, że przez naszego pazernego sztauera, w całej Kompanii i okolicach, w każdym barze na Szlaku, na każdej, najmniejszej nawet asteroidzie z pasa Oorta, wołano potem za mną, i to kurza jego twarz, całymi dekadami, „Snuff, ty gwiezdny ogierze!” – nigdy łobuzowi nie daruję!

Koniec

Komentarze

Tym razem nie było głębszej filozofii, była za to rozrywka. Lekko i przyjemnie.

Zgrabnie napisane, choć na kilka literówek oraz długaśnych tasiemców natrafiłem. Styl bardzo Rybakowy, prześmiewczy, z mrugnięciem okiem ku kulturom Wschodu i sympatią do tradycjonalizmu.

Scena końcowa osobliwa. Jednym się pewnie spodoba, innym nie. Ja nie narzekam.

 

Podoba mi się ten cykl. Jak widzę tytuł, to nie mogę się powstrzymać od przeczytania.

No to trochę nad tym jeszcze popracowałem. Dzięki za dobre słowo:)

Świetnie się czytało. 

Tym razem faktycznie prościej, w większym stopniu tekst oparty na humorze, ale to dobrze. W charakterystyczny dla Ciebie sposób ukazujesz kosmos od najbardziej niepozornej, a więc ludzkiej strony. Z ogromną swadą, lekkością i ironią ukazujesz “kosmicznych wybrańców”, tych kilku szczęśliwców, rzekomo godnych gwiezdnych wypraw jako zwykłych ludzi, o ułomnościach i przywarach ani większych, ani mniejszych od pozostałych (zwyczajnie szarych) osób. 

Jerzy Jastrzębski pisał kiedyś o Pirxie Lema, że w tych opowiadaniach uspokajająco mogą działać na czytelnika nawet opisy zdezelowanych rakiet i ich nieodpowiedzialnej załogi. Że to tylko obraz ludzkiego świata, który obiecuje nie żądać od nas zbyt wiele w przyszłości.

U Ciebie w tym opowiadaniu jest dokładnie tak samo.

Idę polecić, gdzie trzeba. :)

Lekko i przyjemnie tym razem.

Humor przyzwoity, choć najlepiej zapamiętałem końcówkę – “gwiezdny ogier” jakby wprost z jakichś opowieści z kantyn kosmicznych portów. Fabuła niezła, ale ma wadę – mam wrażenie, że bez znajomości poprzedniego tekstu nie idzie odgadnąć, jakie znaczenie ma powrót Ani.

Tak więc tekst dobry do wyluzowania, bez większych filozofii czy uniesionych rozważań. Dobry koncert fajerwerków do obiadu :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tekst sympatyczny, ale na kolana nie rzuca.

Przygody właściwie nie wyjaśniasz – ot, Grzebieniaści mieli taki kaprys, więc sobie poszaleli. Ale nic z tego właściwie nie wynika.

Faktycznie, bez znajomości poprzedniej części może być krucho ze zrozumieniem.

Babska logika rządzi!

Grzebieniaści TESTOWALI ludzkość w osobach Snuffa i Ani. Naprawdę to takie trudne było;)??? To przecież jasne . Podobnie jak to, że ludzkość zdała. Echch, to młode pokolenie. Chyba by nie zdało ;P

To nie było trudne. Ale to tak, jakbyś w opowiadaniu opisał perypetie maturzysty – jak dotarł do szkoły (mimo awarii tramwajów), jak mu najważniejsza ściąga wpadła w błoto, jak mu temat wspaniale podpasował albo i nie… A potem skończyłbyś tekst przed ogłoszeniem wyników. No, bohaterowie postąpili przyzwoicie. Według ludzkich standardów. Nie pamiętam, jakich używali Grzebieniaści, ale chyba nie identycznych. Maturzysta po otrzymaniu świadectwa może złożyć papiery na wyższą uczelnię. Co z ludzkością?

Babska logika rządzi!

A ludzkość może nie wymrzeć w całości na Szarą Peśń. W ramach dezynfekcji demonów kosmosu. Przeciez to jeszcze prostsze. WSZYSTKIE opowieści o Snuffie mają warstwy.Niektórzy widzą tylko zewnętrzną, inni wchodzą w nie głębiej ;)Jak to mówią – każdemu wg potrzeb, od każdego wg jego możliwości. ;D Pozdr..

 

A widzisz, szczegółów dotyczących Szarej Pleśni nie pamiętam.

Babska logika rządzi!

W tym odcinku Snuff nie mógł o niej przestać myśleć, w poprzednim – odcinek kończył się nią – jako karą grzebieniastych wymierzoną w ludzi. Mówiłem już, że to serial, zbiór opwiadań, stanowiący kompozycyjną i logiczną całość? Owszem. ;)

Ale odcinki serialu puszczają częściej niż Ty publikujesz teksty. A i to często na początku dają streszczenie “w poprzednim odcinku”.

Babska logika rządzi!

Jak ich będzie ze 25, Snuff stanie się bohaterem kultowym polskiej scifi i wydawnictwa ustawią się w kolejce po ten zbiorek ;). I wtedy przeczytasz wszystkie opka od razu. ;D

 

Nowa Fantastyka