- Opowiadanie: leniwy2 - Ponury Król Artur i studium jego upadku

Ponury Król Artur i studium jego upadku

Interpunkcja jest moja, więc raczej średnia, za zgubione/dodatkowe przecinki przepraszam.  

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Ponury Król Artur i studium jego upadku

Artur w błogiej nieświadomości odwiązał cumę, odepchnął łódź od pomostu i usiadł do wioseł. Wiosłowanie szło mu trochę trudniej niż zwykle, co dziwne, bo dzień był słoneczny, bezwietrzny, a jezioro spokojne. W połowie drogi pojawiły się jakieś wątpliwości, ale raczej nie poświęcał im uwagi, traktował je tak, jak w zatłoczonym autobusie traktuje się dalekiego znajomego. Z jednej strony ostrożnie wymijał, z drugiej próbował zapomnieć. Po pół godzinie dopłynął tam, gdzie chciał, wyjął wędkę ze świeżo zamontowanym kołowrotkiem, wyprodukowanym przez japońską firmę o trudnej do wymówienia nazwie i zdał sobie w końcu sprawę z tego, że ma problem.

To zabawne, stwierdził w duchu, otwierając czerwony pojemnik z przynętą. Kiedy ktoś mówi, że chciałby wybrać się na ryby, przychodzą mu do głowy różne rzeczy. Cisza, spokój, szum trzcin, błękit nieba, ważki przelatujące nad łodzią, kontemplacja, czasem nowy wgląd w rzeczywistość, będący kontemplacji pochodną, albo kormorany. Nikt nie myśli o przebijaniu robala. Nawet robal nie myśli.

Podrapał się w szyję, jakby czekał na refleksję odnośnie własnej sytuacji życiowej, w analogii do losu robala, ale nie przyszła, więc ukłuł wijącą się larwę w dupę i zarzucił wędkę. A kiedy spławik zanurzył się w wodzie, coś się sypnęło, sam nie wiedział gdzie.

 

Problem tak naprawdę nie był problemem, tylko czymś, czego Artur nie mógł dobrze zwerbalizować, a co psycholog albo specjalista nazwałby pewnie nawarstwieniem się dysfunkcyjnych modeli mentalnych. Tak przynajmniej wyobrażał sobie psychiatryczny żargon, bo nigdy żadnego psychologa nie odwiedził, trochę z powodu przekonań, trochę z ogólnego przemęczenia.

Ogólnie, Arturowi nie chciało się żyć, co prawdopodobnie stanowiło gros problemu. Nie było to niechcenie ostentacyjne ani z rodzaju tych ciężko zalegających na piersi, raczej takie eleganckie stonowane zaprzeczenie, negacja, dyskomfort istnienia człowieka przekwitłego, który zrozumiał, że nic więcej w życiu nie osiągnie.

Mimo to, dni mijały mu całkiem nieźle, a jakieś drobne przyjemności też miewał. Lubił na przykład robić dorywczo jako hydraulik. Lubił zapachy starych i nowych mieszkań, do których zapraszały go ciocie Halinki, Zosie, Jadzie, żeby zjadł z nimi kawałek piernika, a potem za pół darmo wymienił kolanko albo uszczelkę. Jednym uchem słuchał o tym, która z dziewcząt ostatnio zaszła, kto kogo wydziedziczył, kto kogo nie zaprosił na przyjęcie urodzinowe, drugim badał drożność rur.

– No, zapchało się tutaj – mówił czasem i był to jego ulubiony element całego procesu. – Trudno będzie przepchać.

– Ale jak to?

– Za dużo odpadków w odpływie. Niech kupi sobie pani taką siateczkę, wie pani takie plastikowe sitko, wkłada się i nic nie wlatuje, wie pani o jaką chodzi?

– No t-tak, chyba widziałam gdzieś… Ale coś pan zrobi, prawda? Ja zaraz muszę pozmywać, niech mnie pan nie zostawia z tym samej!

Artur uśmiechał się wtedy trochę szelmowsko, a trochę z melancholią. Stukał kluczem do rur marki Grizzly w odpływ i mówił:

– Ma pani szczęście, że trafiła na mnie. Jestem specjalistą.

Wkładał gumową rękawicę, wyciągał to, co się tam zebrało i zwykle bez oglądania wyrzucał do śmieci.

– Nie wszystko da się rozwiązać siłowo, najważniejszy jest ruch nadgarstka. Mało osób o tym pamięta, ale lewoskrętny ruch nadgarstka jest kluczowy. Każdy mógłby to wyciągnąć, nawet pani by mogła. W wyciąganiu nie chodzi o wiarę w siebie. Wystarczy odpowiednia technika.

 

W zasadzie musiał pracować – emerytury nie miał, bo nie podejrzewał, że kiedykolwiek będzie mu potrzebna. Niestety dla Artura, a stety dla urzędników organów państwowych, cały wielki majątek, z którego chciał się utrzymać, przepadł wśród rewolucji politycznych oraz ruchów redystrybucyjnych. Wkrótce Camelot został zagarnięty przez lokalną spółdzielnię, czynsz poszedł mocno w górę, a ucieczka do mieszkania w bloku okazała się jedyną ekonomicznie słuszną opcją (chociaż dopłata za wodę była akurat dosyć niska).

Jako hydraulik nie zarabiał dużo. Gdy fundusze kończyły się przed trzydziestym dniem miesiąca, z pomocą przychodziła mu piwniczna kolekcja rupieci. Początkowo wzbraniał się przed jej upłynnieniem ze względów etycznych, mowa tu przecież o artefaktach mogących zaważyć na losach świata, a co najmniej królestwa, ale kiedy Zdzisiek z warzywnego stwierdził, że za zdobiony sztylet „dałby dziewięć stów”, Artur zdecydował dopasować się do potrzeb rynku. Na pierwszy ogień poszedł Święty Graal.

Wcześniej jednakże, odeszła Ginewra.

 

Był typem człowieka żyjącego raczej teraźniejszością, niż przeszłością, ale trzeba przyznać, że zrobiła to po chamsku i bez wyczucia. Kredens, na przykład, zastał lekko otwarty. Drzwi też zamknęła tylko na jeden zamek, a łóżko pościeliła ewidentnie pospiesznie. W kuchni zostawiła średnio napisany liścik, którego treści Artur nie pamiętał. Przesłanie brzmiało mniej więcej tak:

 

Przepraszam. Zatrzymałeś się, a ja muszę przeżywać. Czuć nowe i nowe. Ty w bezruchu, to za mało. Przykro mi.

 

Czasem budził się w środku nocy i przypominał sobie powyższe słowa. Otwierał wówczas szafkę nocną, w nadziei, że to tylko sen, ale za każdym razem trafiał na jej głupie, zakurzone opakowanie kremu pod oczy. Nie miał siły go wyrzucić, więc przewracał się na drugi bok i zasypiał.

Graal, w każdym razie, poszedł za dwa koła. Lanca za tysiąc pięćset, tarcza za równe trzy zera, sztylet za siedemset, bo Zdzisiek potrafił się targować, i dalej już nie liczył. Zostawił sobie tylko koronę, przez wzgląd na sentyment i wartość kolekcjonerską.

Niestety, gdy nie zajmował się uszczelkami ani handlem, ból istnienia wracał falami. Artur brał wtedy stary składak, wkładał do koszyka butelkę jakiejś taniej wódki oraz ciastka i jechał prosto przed siebie, w stronę przedmieść, byle dalej od bloków. Na przedmieściach mieszkał Merlin, niby w domku jednorodzinnym, ale sam. Swój domek nazywał jaskinią, i rzeczywiście, było coś niepokojąco chłodnego, oślizgłego w tych precyzyjnie pomalowanych ścianach, równo położonych, dębowych klepkach podłogi. Szczęśliwie miał również całkiem przyjemny ogródek z dwoma skalniakami i szeregiem tui zasadzonych wzdłuż płotu. Siadali więc we dwóch na ganku, czy słońce, czy deszcz, na plastikowych krzesłach, przy plastikowym stole, z ciastkami, ogórkiem, wódką, no i grali w karty.

W kwestii zarostu oraz uzależnienia od nikotyny, Merlin był wyjątkowym nonkonformistą. Dawno temu, w czasach względnej młodości, nosił długą brodę i palił fajkę. Zdarzało się nawet, że puścił ze dwa kółka. Na starość natomiast, lekko zdziwaczał, przystrzygł brodę na kozią bródkę, a do ust brał jedynie niebieskie elemy. Przynajmniej pił tak jak dawniej, choć czasami krzywił się i łapał za brzuch.

– Gdzie twoja fajka, staruchu? – pytał go Artur, między jednym kieliszkiem a drugim.

Merlin patrzył w karty i udawał zamyślonego.

– Zgubiłem – odpowiadał w końcu. – Już nie znajdę.

– To se kup nową. Albo dobra, ja ci kupię, na urodziny.

– Kupiłbyś?

– No ba, nawet taką droższą – mówił. – Król kier! Dobieraj pięć.

– Król pik.

– Co król pik?

– No, normalnie, król odbija króla. Dobierasz dziesięć.

– Co to są za zasady jakieś z chuja? Pierwsze słyszę. To ja cię odbijam dwójką pik.

– Dwójką nie możesz, ani nawet trójką, niczym innym króla nie odbijesz, jak królem!

Artur kręcił głową, ale dobierał.

– Z tobą w coś grać, dziadygo ty…

Prędzej czy później zaczynało kręcić się im w głowach. Wyjmowali wtedy radyjko przenośne i włączali, tak dla szumu, kanał nieważne jaki. Milczeli przez chwilę, ale w końcu jeden albo drugi łamał się i zaczynał opowiadać o czasach dawnych i minionych, kiedy to trawa była zieleńsza, czyny donioślejsze, a mężczyźni mężniejsi. Ten, który słuchał, zawsze przytakiwał i z entuzjazmem wznosił toasty. Nie dlatego, że ze wszystkim się zgadzał, bardziej, bo podskórnie rozumiał, że ma na świecie kogoś, kto go szanuje i uważa za swojego.

– Nie czujesz się staro? – pytał często Artur.

Merlin zastanawiał się dogłębnie, aż czerwieniał na twarzy.

– Czuję, że moje ciało jest stare, ale ja sam… – Czkał. – Ja sam jestem spokojny. Może mam trochę żalu. Nie ma już prawdziwych wrogów i prawdziwej walki.

Artur kiwał głową smutno, gryząc korniszona.

– Wiesz, kiedy wygrałem tę bitwę, nic nie zaczęło się we mnie gromadzić ani narastać. Wręcz przeciwnie, cały proces był zupełnie niestopniowy. W jednym momencie podniosłem miecz, w drugim opuściłem i natychmiast zrozumiałem, że teraz mogę iść już tylko w dół.

Merlin miał nosa do ludzi, więc gdy słyszał takie gadanie, natychmiast zmieniał temat albo protestował. Artur, zresztą, często dawał się tym protestom przekonać. W głębi duszy wiedział jednak, że ma rację i że już za późno, i że teraz mogą tylko pić, i pić, i pić jeszcze więcej, aż cały świat zaśnie na zawsze, razem z nimi. Pili więc.

 

Jeśli ból istnienia można uznać za jedną z cienkich warstw, wielowarstwowego problemu Artura, śmierć Merlina należała do tych grubszych. W nocy Merlin dostał ostrych nudności, lewy bok piekł jak cholera, więc zadzwonił po karetkę. Zdiagnozowano martwiczno-krwotoczne zapalenie trzustki. Zmarł następnego dnia, tuż przed obchodem, kiedy Artur wjeżdżał swoim składakiem na szpitalny parking. Reanimowali go przez ponad godzinę, ale bezskutecznie.

Pogrzeb odbył się na małym cmentarzu na przedmieściach, sławnym z tego, że kiedyś pochowano tam jakiegoś znanego polityka. Artur wolałby imprezę raczej kameralną, ale uznał, że Merlinowi się należy i na uroczystość zaprosił wszystkich niby przyjaciół.

Przybyło więc dwudziestu kilku rycerzy Okrągłego Stołu, których ledwo kojarzył z widzenia, i roniąca krokodyle łzy Morgana. Lancelot przyjechał czarną limuzyną. Miał na sobie drogi garnitur oraz krawat związany w węzeł windsorski. Swoim zwyczajem sprawiał wrażenie człowieka wyjątkowo przedsiębiorczo zapracowanego. Za nim wysiadła Ginewra, i jak to Ginewra, wyglądała dobrze. Oczywiście wzięli też córkę – śliczne dziewczę z kędzierzawą grzywką koloru blond.

Nie miał im nic za złe. Przecież to tylko lata terapii i tysiące godzin w sterylnych gabinetach lekarskich, które przegrały z jednorazową, szybką wizytą w łóżku Lancelota. Z biegiem lat, Artur nauczył się nawet dostrzegać, w całej tej sytuacji, jakiś ukryty element kosmicznego komizmu. To bardzo zabawne, myślał sobie. Bardzo.

Ceremonia była krótka, treściwa, a na koniec zaczął padać deszcz. Artur przygotował dłuższe przemówienie, ale widział, że wszyscy są raczej z grzeczności i mają dzisiaj jeszcze parę rzeczy do zrobienia, więc wydukał tylko kilka słów i przyjął kondolencje.

– Bardzo mi przykro – powiedział Lancelot, nie patrząc mu w oczy.

– Bardzo mi przykro – powiedziała Ginewra i jej córka. – Wiesz, Lancelot musi jechać na ważne spotkanie biznesowe, nie będzie go na stypie, ale my będziemy, posiedzimy tam długo, bardzo długo, porozmawiamy. Ty lubiłeś Merlina, prawda? No właśnie, ja wiem i rozumiem. Jedzenie też będzie dobre, naprawdę, możesz mi wierzyć. Porozmawiamy.

Artur nie orientował się zbytnio, co wypada w takiej sytuacji odpowiedzieć. Pokiwał chyba smutno głową i podziękował, ale ręki by sobie za to nie dał uciąć. Potem zapytał wszystkich, czy wiedzą jak dotrzeć na stypę, wszyscy wiedzieli, więc poczekał w milczeniu aż odejdą.

Wkrótce deszcz zelżał, a Artur został przy grobie sam. Chciał podumać chwilę nad stratą, bólem, śmiercią i przemijaniem, ale jakoś nie mógł się skoncentrować. Zamiast tego, rozmyślał o fajce z oliwnego drewna. Konkretniej o tym, gdzie taką fajkę można dostać.

Kiedy wracał, przez moment czuł się nieswojo, jakby ktoś go obserwował. Kątem oka dostrzegł ciemny kształt, ukryty za pniem cmentarnego dębu. Przeżegnał się i ruszył w tamtą stronę. Kształt okazał się tajemniczym amalgamatem włosów, starych szmat i reklamówek. Wydzielał z siebie okropny fetor.

– Mordred? To ty? – spytał Artur.

Kupa brudnych ubrań zamarła w bezruchu, ale po kilku długich sekundach zabulgotała, odsłaniając czerwoną, wychudłą, okoloną kołtunami twarz.

– Przepraszam. Ja słyszałem, że Merlin… No i chciałem się pożegnać.

– Mordred, co się z tobą stało? – palnął Artur i natychmiast ugryzł się w język.

– Przepraszam.

– Nie masz za co przepraszać, dobrze, że jesteś. Chciałem ciebie zaprosić, ale nie wiedziałem, gdzie mieszkasz.

– Ja już nie mieszkam – odparł z trudem. – Wiesz, po naszej bitwie, stoczyłem się. Zanim wszystko rozegraliśmy, był jakiś cel, do którego mogłem dążyć. Teraz, nie ma nic.

– Co ty, nie łam się. Zawsze coś się wymyśli. – Artur zrobił dobrą minę, do złej gry. – Mogę ci jakoś pomóc?

Mordred machnął ręką i zaczął z powrotem zwijać się w kulę.

– Czekaj, trzymaj stówę. I zapiszę ci mój adres. Jeśli będziesz miał ochotę, to przyjdź. Pogadamy o starych czasach. Albo nowych, jak chcesz. – Wplątał mu banknot i notatkę we włosy, żeby nie porwał ich wiatr, a Mordred potoczył się z nimi gdzieś za horyzont.

 

Trzecią i ostatnią warstwą problemu, było zrozumienie. Zrozumienie, że nie ma ochoty iść na stypę swojego najlepszego przyjaciela. Zrozumienie, że w zasadzie jest sam i już nic nigdy się nie zmieni.

W drodze powrotnej zdał sobie sprawę z czegoś dziwnego. Zasadniczo, czuł się staro i miał stare ciało. Zrobił wszystko, co musiał, żył tak, jak mógł żyć. A mimo to, gdzieś z tyłu głowy, powoli kiełkowała myśl, że chciałby walczyć dalej. Że chciałby więcej.

Obecnie jednak, pikował i nie znał sposobu na zmianę trajektorii lotu. Uwięziony w klatce ze spróchniałego drewna, która zaraz trafi do ognia. Potrzebował czegoś, co przywróciłoby mu dawny kierunek, ale bał się, że już to przegapił albo, że w ogóle nie nadejdzie.

Merlin w spadku zostawił mu domek, całkiem nowy samochód i nigdy niewodowaną łódkę. Artur lepiej znosił samotność w jaskini, niż we własnym mieszkanku, więc wyrzucił zakurzone opakowanie kremu i przeprowadził się na przedmieścia. W drzwiach zostawił kartkę dla Mordreda, gdyby jednak zdecydował się go odwiedzić.

Dni spędzał w ogródku, przy radyjku przenośnym albo naprawiając zlewy i umywalki sąsiadów. Koronę w końcu sprzedał, a kiedy zrobiło się cieplej, postanowił ochrzcić nową łódkę.

 

Spławik zniknął głęboko pod wodą, żyłka rwała to w lewo, to w prawo, a wędka, jednak dosyć tania, wygięła się w łuk. Artur przez chwilę się siłował, ale przestał, bo z niewyjaśnionych powodów, ryba płynęła w jego stronę.

– Kurwa, sum – stwierdził, gdy zobaczył wielki, brunatny cień sunący przy dnie.

Sum okazał się być nimfą o jasnozielonej skórze i włosach, która wynurzyła się z dużą gracją mniej więcej dwa metry od łodzi.

– Dzień dobry – powiedziała.

Arturowi serce podskoczyło do gardła, ale opanował się i zaczął myśleć.

– Dzień dobry. – Podrapał się za uchem. – Viviana, to ty? Przepraszam, że nie poznałem. Odmłodniałaś.

– Nie, Viviana to moja babcia.

– Babcia? Jak to?

– Tak to. Teraz ja jestem Panią Jeziora. Na imię mi Maja.

Podpłynęła i podała mu rękę.

– Maja ci pasuje. To ładne imię – odpowiedział całkiem przytomnie.

– Dziękuję. Przepraszam, że naciągnęłam panu wędkę, panie…?

– Arturze. Nic się nie stało.

– I tak przepraszam. Zwabił mnie pański haczyk. No, ale mam tu coś na pocieszenie – powiedziała, wyjęła zza pleców długi miecz o szerokim ostrzu i wrzuciła go niedbale do łodzi. Stal huknęła o deski kadłuba.

– To dla mnie? Chyba się pani pomyliła.

– Nie ma mowy. W papierach babci stoi jak wół, że będzie tu pan dzisiaj łowił ryby, i że mam dać panu miecz.

– Viviana tak napisała? Ale po co mi on?

– To już pańska sprawa. Ja tu tylko wypełniam polecenia – rzekła Maja raczej niegrzecznie i zniknęła pod wodą.

Trzeba przyznać, że jak na kilkadziesiąt lat spędzonych w głębi jeziora, miecz trzymał się naprawdę nieźle. Artur przesunął palcem po krawędzi i syknął z bólu – ostrze popuściło krwi, jakby wczoraj wyszło spod kowalskiej ręki. Jelec i rękojeść niby błyszczały trochę słabiej niż wcześniej, ale gdyby je dobrze wypolerować…

Został na łódce do zmierzchu. Przed szóstą, złowił nawet jedną całkiem spasioną ukleję. Koło dziewiętnastej złożył wędkę, schował robale i zaczął wiosłować. Gdy dobijał do brzegu, przez sekundę wydawało mu się, że po drugiej stronie jeziora, na tle lasu, widzi lecącego kormorana.

Wtedy też pomyślał sobie, że może coś tam jeszcze w życiu zrobi.

Koniec

Komentarze

Piękna sprawa. Napisane z wdziękiem, zręcznie poprowadzone, z jajem. Wątek dramatu wojownika w czasach pokoju może nie powala oryginalnością, pytanie, czy musi, przy takiej jakości pisania? Gratki,fajowe.

Dzięki, Łosiot. Właśnie skończyłem poprawiać i jestem w fazie totalnego znienawidzenia tego tekstu. Miło przeczytać teraz pochlebny komentarz.

Czyli napisałeś i od razu bum na stronę? Kozak :P

Napisałem, ciągiem poprawiłem i dałem, już nie mam siły do niego ;)

Przecinki:

Kiedy ktoś mówi, że chciałby wybrać się na ryby, to przychodzą mu do głowy różne rzeczy. → przecinek po rybach

– No, zapchało się tutaj. – mówił czasem i był to jego ulubiony element całego procesu. → zbędna kropka w dialogu

Ale coś pan zrobi, prawda?

– Gdzie twoja fajka staruchu? – pytał go między jednym kieliszkiem, a drugim Artur. – tutaj chyba powinien być w innym miejscu

Pogrzeb odbył się na małym cmentarzu, na przedmieściach → zbędny przecinek

W drodze powrotnej do domu, zdał sobie sprawę z czegoś dziwnego. – zbędny

Merlin, w spadku, zostawił mu domek – zbędne przecinki

Artur znosił sąmotność lepiej w jaskini → literóweczka

brunatny cień, sunący przy dnie → zbędny przecinek

która wynurzyła się, z dużą gracją, mniej więcej dwa metry od łodzi. → przecinki zbędne, a bez “dużą” zdanie jest płynniejsze

W papierach babci, stoi jak wół → zbędny

 

Ok, tego byłam raczej pewna, ale jeszcze z kilkunastu tak na 70% tylko, więc ich nie wymieniam :)

 

Bardzo fajny tekst, przyjemnie się czytało, super napisany. Bardzo podobał mi się wykreowany przez Ciebie obraz znużenia Artura, pozostałe postaci z legendy też zgrabnie wplotłeś w swój pomysł. Długościowo akuratnie, dobrze wyważyłeś to opowiadanie, nie ma przydługich fragmentów, nie nadrabiasz zrzutem informacji, których nie zdążyłeś przekazać ograniczony limitem znaków. W punkt.

Nie przeczytałam jeszcze wszystkich wrzuconych konkursowych opowiadań, ale z tych które zdążyłam, Twoje plasuje się u mnie w czołówce :)

Bardzo mi się podoba. Trochę nostalgiczne a trochę z humorem. Przemyślane i dobrze wyważone ; )

“No a czary, jak wiadomo, skoro raz się zaczną, to nic już ich nie powstrzyma.”

Dobra robota, Leniwy 2. Klikam teraz, a z komentarzem wrócę w wolnej chwili. Ale widzę, że też Merlina uśmierciłeś ;P

 

Edit. Wracam z komentarzem.

Z wielkim zainteresowaniem śledzę losy bohaterów legend arturiańskich w tym konkursie. Twoja historia uderza w nutę nostalgii, prezentuje tychże bohaterów mierzących się z nowymi realiami"po legendzie", z przemijaniem, poczuciem pustki, wrażeniem bycia niepotrzebnym. Bardzo dobrze to sobie wymyśliłeś i jeszcze lepiej opisałeś.

"Emerytowany" Artur, bezdomny Mordred, Lancelot biznesmen w limuzynie z Ginewrą u boku i wreszcie zdziadziały Merlin. Smutne, realne, wyrwane ze swojej legendy postacie. Może troszkę szarżujesz z niektórymi motywami, ale zarazem całkiem inteligentnie pogrywasz, parafrazując, trawestując, pastiszując (?) znaną opowieść. Pustkę Artura się czuje i mam nadzieję, że Mordred jednak przyjmie zaproszenie i zastąpi Merlina przy kartach i wódce. Wszak dajesz swojemu bohaterowi jakąś nadzieję w finale.

Być może jedynym słabszym elementem tej historii jest osadzenie jej w całkiem polskich realiach. Trochę mi to zgrzyta w sferze kontekstowej, światotwórczej i znaczeniowej. Gdyby tekst powstał w UK i przez anglojęzycznego autora wpasowany został w realia angielskiego przedmieścia i współczesnej Brytanii, byłby jeszcze lepszy. Szkoda, że nie pokusiłeś się o taką próbę. Słałbym do "Guardiana" ;)

Warsztatowo bardzo dobrze, sprawnie i bez słabizn. Warto zauważyć, że całkiem innym językiem i stylem napisałeś to opowiadanie. W "Połowie" zdania były krótkie i szarpane albo długie i poszatkowane. Tutaj jest lepiej, płynniej, gładko i czysto.

Jakiś taki mądry ten tekst, dojrzały. Z nienachalnym humorem. Na razie chyba mój faworyt w konkursie (z przeczytanych).

Po przeczytaniu spalić monitor.

Troszkę się wahałem, bo jeszcze nie zawsze trafiasz w odpowiedni ton, czy słowo. Choćby to ostatnie zdanie – fajnie pomyślane, ale przez krótką sylabę na końcu nie brzmi.

Kupiłeś mnie powtórną woltą w finale – tymi “kilkudziesięcioma” latami ;)

 

EDIT: O, i widzę, że zmieniłeś ostatnie słowo.

Coś się nie wpisało chyba, to jeszcze raz: mądrze napisane, doskonale się czyta, duża dojrzałość myśli przewodniej, mój zdecydowany faworyt w konkursie.

Biblioteka! Klik.:)

Dobre, przyjemnie się czyta. Masz lekkość pisania, której ci bardzo zazdroszczę. ;)

Powodzenia w konkursie.

Fajne, znużony wojowniku:) Bardzo mi się  podobało! Spójna historia, poruszająca, a chwilami skłaniająca do półuśmiechu.

Ładnym językiem napisane, dopasowanym do opowieści. Bohaterowie też na pluuus.

Ode mnie też klik:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wkrótce Camelot został zagarnięty przez lokalną spółdzielnię, czynsz poszedł mocno w górę, a ucieczka do mieszkania w bloku okazała się jedyną ekonomicznie słuszną opcją(chociaż dopłata za wodę była akurat dosyć niska).

Brak spacji przed nawiasem.

– Gdzie twoja fajka[+,] staruchu? – pytał go Artur, między jednym kieliszkiem a drugim.

I wyrzuciłabym ten drugi przecinek.

W zasadzie jest tu sporo przecinków, z którymi nie wiem, co zrobić. Intuicyjnie mi nie pasują, ale nie znam się za bardzo (tylko trochę), więc postanowiłam je zignorować.

Ogólnie fajne opowiadanie.

Podoba mi się wizja bohaterów przedstawionych jako starych, zmęczonych i jakoś tak zdziadziałych. Oczywiście, nie podoba mi się, że uśmierciłeś Merlina (powinna tu być taka emotka z przewracaniem oczami), widzę, że to ostatnio popularny (tak, mr.marasie, to też Ciebie dotyczy) motyw na tym portalu. Cóż, wybaczam ;)

Jakoś tak trochę smutno, nostalgicznie, chyba się robię stara :(

Czyta się bardzo dobrze.

Czyli: fajne, podobało mi się :)

Pięknie opisałeś schyłek życia legendarnych postaci, którym przyszło zetknąć się z nową rzeczywistością. Wprowadziłeś do opowiadania sporą dawkę naturalnej w tych warunkach melancholii i tęsknoty za tym co było, nie brakło też dramatu odejścia jednego z bohaterów, ale potrafiłeś te wątki zrównoważyć odpowiednia porcją przedniego humoru i końcową szczyptą nadziei, że może coś jeszcze jest im pisane…

Przeczytałam z dużą satysfakcją i, mimo że w tekście trafiło się kilka usterek, kliknęłam. ;D

 

je­dy­ną eko­no­micz­nie słusz­ną opcją(cho­ciaż… –> Brak spacji przed nawiasem.

 

Artur brał wtedy sta­re­go skła­da­ka… –> Artur brał wtedy sta­ry skła­da­k

 

Sia­da­li więc we dwóch na ganku, czy słoń­ce, czy deszcz, w pla­sti­ko­wych krze­słach… –> …na pla­sti­ko­wych krze­słach

Siadamy w fotelu, ale na krześle.

 

Na sta­rość na­to­miast, lekko zdzi­wa­czał, zgo­lił brodę na kozią bród­kę… –> Na sta­rość na­to­miast, lekko zdzi­wa­czał, przystrzygł brodę na kozią bród­kę

Za SJP PWN: golić  «usuwać włosy lub zarost tuż przy skórze»

 

Obec­nie jed­nak, pi­ko­wał w dół i nie znał spo­so­bu… –> Masło maślane. Czy można pikować w górę?

Proponuję: Obec­nie jed­nak pi­ko­wał na łeb na szyję i nie znał spo­so­bu

 

nowy sa­mo­chód i nigdy nie wo­do­wa­ną łódkę. –> …nowy sa­mo­chód i nigdy niewo­do­wa­ną łódkę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sorry, Winnetou, ale jestem na nie.

Nie przeczę – tekst ma zalety, nawet sporo. Zgodzę się z przedpiścami, że dojrzały, że psychologicznie niepłytki, ze dobrze napisany… Za te rzeczy klik się należy.

Jak dla mnie – trochę mało tu fantastyki, a dużo obyczajówki. Właściwie, to prawie jak spotkanie klasowe czterdzieści lat po maturze. Wypisz, wymaluj… Bohaterowie przez te ileś tam lat się pozmieniali, ale nie robią właściwie nic fantastycznego (nawet wygląda na to, że to już mają za sobą) – spotykają się, wspominają stare dobre czasy, uzupełniają najświeższe dane (jaką furą jeździ Dżodżo, z kim ma dziecko Jolka, dokąd wyjechał Kibic, ile komu zostało do emerytury, jak to się stało, że najlepszy uczeń w klasie został hydraulikiem), biorą udział w pogrzebie jednego ze swoich… Samo życie.

Z fabułą też szału nie ma. Tak sobie spokojnie ten tekst płynie, filozoficznie. Ja wiem, że limit.

O bohaterach trudno się wypowiadać, bo to nie Ty ich stworzyłeś. Ale dalszy ciąg życia ładnie im wymyśliłeś.

Ze światem podobnie.

Babska logika rządzi!

Dziękuję wam Ester_, rybaku, Asylum za ciepłe słowa i kliki, dzięki Ci też aryo za celne uwagi, które wprowadziłem.

 

Coboldzie, fajnie, że udało się Ciebie kupić, dzięki serdecznie za klika i nominację.

 

Mr.marasie, rzeczywiście uśmierciłem i chyba się tym naraziłem Anet. Dzięki za pochwały i klika. Zgodzę się z tobą, że opowiadanie byłoby ciekawsze (lepsze?), gdyby działo się w realiach brytyjskich i przyznaję, że długo nad tą kwestią myślałem, ale w końcu górę wziął pragmatyzm. Chciałem, żeby wyszło możliwie szczerze, a pisałem na hejnał, miałem z pół tygodnia i podejrzewam, że nawet jakbym te pięć dni siedział nad źródłami, to nie wyszłoby to do końca wiarygodnie. 

 

Dzięki Anet za poprawki i klika, chyba muszę częściej uśmiercać Merlina, skoro skłania Cię to do zostawiania tak długich komentarzy ;) Nie robisz się stara, też czasem czuję ;(

 

Dziękuję reg za klika i poprawki! Strasznie mi wstyd, że takie babole siedziały tam ukryte

 

Finklo, dzięki za klika, tak myślałem, że będzie dla Ciebie za mało fantastyki. Ogólnie jakoś, wszystkie moje testy mijają Cię bez zaczepienia ;)

 

Bardzo proszę, Leniwy. I przestań się wstydzić, bo z babolami już się rozprawiłeś. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kurczę, faktycznie, coś nie masz do mnie farta. Ale z połowem nie było aż tak źle. Tylko wyszedł bardziej morsko niż szkocko.

Babska logika rządzi!

Ja po prostu lubię Merlina ;)

No i wiesz, jak chcesz kliknąć, to musisz udowodnić, że przeczytałeś i znasz więcej niż pięć liter ;)

Chciałbym zaprotestować. Lancelot nie przyjechał na wskazaną w opowiadaniu imprezę i nie jest w związku z Ginewrą, tylko z Czarodziejka. Wiem bo sam o tym pisałem

:D 

Ładne to, przyjemne. Faktycznie, bardziej to obyczajówka niż fantasy, niczego nie uczy, niczego nie odkrywa. A jednak sposób, w jaki piszesz sprawia, że chce się więcej. Naprawdę łał!

Sara

Ninedin, dzięki za stempla.

 

Anet, no tak, zapomniałem o tej zasadzie ;)

 

MPJ 78 No patrz, a Ginewrze mówił, że nic o żadnej Czarodziejce nie wie ;)

 

Saro, dzięki za komentarz, fajnie, że miło się czytało. Ale wynika z niego trochę, że tylko literatura fantastyczna może czegoś uczyć i coś odkrywać ;D

No tak. :)

Sara

Ok, takiej wersji jeszcze nie czytałem. Legenda Camelotu dorabiająca jako hydraulik… Muszę przyznać, że tekst przypadł mi do gustu. Fajny pomysł, dobrze napisany. Zakończenie wzbudziło mój szczery uśmiech.

 Niby fajne, tęchnące nawet jakąś głębią, ale po przeczytaniu całości przychodzi pytanie “o czym to było”? – To taki komentarz na szybko, jutro przeczytam raz jeszcze, wraz z komentarzami i będzie “edit”.

Jutro być może pojawi się też mój Artur – taki bardzo klasyczny.

Dzięki za odwiedziny Strafer, cieszę się, że jakoś mogłem poprawić Ci dzień ;)

 

Fizyku co do pytania “o czym to było”, wydaje mi się, że najlepiej, jeśli odbiorca sam sobie na nie odpowie. Ale naprowadzę Cię, że ja podczas pisania myślałem o potencjałach (tych wykorzystanych i nie). Mam takie uczucie, że za mną ciągle zamykają się jakieś drzwi. Na przykład mistrzem szachowym już nie zostanę. W ogóle moje życie wydaje mi się jakoś średnio produktywne – 24 lata na karku, a zrobiłem naprawdę mało i mam wrażenie, że czas depcze mi po piętach. Może to trochę efekt globalizacji i ery internetu, gdzie wszyscy robią więcej i są lepsi niż naprawdę są, ale jest też chyba w tym ziarno szczerości. Więc jakiś strach przed przemijaniem i pogoń sam nie wiem za czym.

Boję się, że moja praca albo dzieło albo cokolwiek co zrobię jakoś mnie pochłonie, stanie się tą jedną rzeczą, która mam i która przejmie kontrolę. Że później będę tylko dogorywał w zawieszeniu i bezsensie życia codziennego właśnie a la Artur. Że będę chciał, ale nie będę mógł.

To zakończenie jest moim takim marzeniem ściętej głowy, że nieważne jak późno, zawsze jest czas, na działanie, ruch przed siebie, w różnej przestrzeni, może być twórczej, ale i ogólnie.

W każdym razie jestem ciekawy Twoich przemyśleń i chętnie Cię odwiedzę pod Twoim tekstem ;)

 

Spokojne, niby nic się nie dzieje, ale napisane tak, że po prostu samo się czyta. Ironiczny humor (tak go odebrałam) pasuje. Postacie ciekawie przedstawione, zwłaszcza Merlin przypadł mi do gustu. Zgadzam się z mr. marasem, że byłoby lepiej, gdyby akcja działa się w Anglii. A tak pan Zdzisiek nie pasował mi do arturiańskiej legendy i psuł ich niepowtarzalny klimat.

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie smiley

Podobało mi się. Melancholijnie, ale z humorem. Fajne myśli i spostrzeżenia bohatera. Humorystyczno-gorzki motyw z wyprzedawaniem “staroci” ładnie podkreśla postępującą rezygnację i melancholię bohatera. Końcówka paradoksalnie bardzo fajnie otwiera tekst :-)

Tytuł niespecjalnie przypadł mi do gustu. A właściwie samo słowo Ponury. Jakoś nie brzmi ;-)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Ej wróciłem sobie przeczytać jeszcze raz. Nadal bardzo dobre. Ale! Trzonek, to ma młotek. Miecz ma głownię. :P Edit : albo klingę.

Dzięki Monique M za odwiedziny. No żałuję, że nie zrobiłem tej angielszczyzny, może kiedyś, w bardziej sprzyjających okolicznościach coś podobnego trzepnę. Pozdrawiam i również życzę powodzenia ;)

 

Cześć dogsdumpling, końcówka to mój ulubiony element opowiadania. Co do tytułu miał być na początku “zmęczony”, ale nie chciałem zbytniej łopatologii. Czytałem twój tekst (trochę po łebkach bo w autobusie), pamiętam że dobrze operujesz emocjami. Jak będę miał trochę czasu, zjawię się u Ciebie ;)

 

Dzięki Łosiocie! I za to że Cię w ogóle wzięło żeby przeczytać drugi raz i za poprawkę. Chodziło o rękojeść ;)

Nadrabiając zaległe komentarze…

Stosunkowo prosty pomysł, którego głównym atutem jest świetne wykonanie.

Zwłaszcza początek przypadł mi do gustu. Opisujesz tę niechęć do życia tak umiejętnie i z takim wyczuciem, że naprawdę tylko pozazdrościć. Tekst sprawia wrażenie napisanego z ogromną lekkością i swobodą. Piszę “sprawia wrażenie”, bo wiem, że mogą być to tylko pozory. Być może ostro walczyłeś z każdym zdaniem, by czytelnik mógł tę lekkość poczuć. Nie jestem fanem opowiadań, w których głównym tematem jest proza życia. Wychodzę z założenia, że wystarczająco dużo mam jej za oknem. Tutaj jednak opisałeś ją z taką świadomością i na takim poziomie, że czytało się naprawdę bardzo dobrze.

Świetna robota!

Dobre i pomysłem!

Świetnie przedstawiasz postać Artura – “przegrywa”, króla, który swym staniem w miejscu został z tyłu. Czuć jego ból, czuć jego pustkę oraz ulatywanie tej resztki sensu, gdy umiera Merlin. Świetnie przy tym koresponduje konfrontacja z Lancelotem – człowiekiem sukcesu, który w końcu odebrał mu kobietę – oraz Mordredem, ukazującym kolejny etap stoczenia, który czeka na Artura.

Końcówka zadowalająca. Promyczek nadziei, podkreślający przeżycia postaci.

Dobrze wybrzmiewa też humor – taki codzienny, śmieszący co najwyżej absurdem życia i upadku.

Podsumowując: bardzo dobry koncert fajerwerków, który motyw upadku legendy ukazuje w ciekawych, codziennych szatach.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

No to wracam po powtórnym przeczytaniu Twojego tekstu. 

Ale po kolei, zacznę od Twojej odpowiedzi na mój komentarz:

Fizyku co do pytania “o czym to było”, wydaje mi się, że najlepiej, jeśli odbiorca sam sobie na nie odpowie.

I spokojnie mogłeś na tym poprzestać, dzięki więc wielkie za całą pozostałą zawartość.

Teraz mogę się uderzyć w pierś i przyznać że czytając oczekiwałem tekstu rozrywkowego – stąd moje “o czym to było”? Naprawdę podziwiam w jaki sposób przetłumaczyłeś swoje refleksje na język opowiadania – to jest właśnie to coś czego szukam, ale zwykle wychodzi mi albo dydaktyka, albo popkultura.

No i (och) przypomniałeś mi moją młodość i chęć “walenia po pyskach” wszystkich tych, którzy nie rozmyślali o sensie życia. laugh

Podobało się. :) Bardzo.

Czyta się to lekko, z odrobiną smutku z powodu upadku legend, marazmu i szarości dnia dzisiejszego. Ale wynagradzasz to niesamowitym humorem. Uśmiałam się już przy “Podrapał się w szyję, jakby czekał na refleksję odnośnie własnej sytuacji życiowej, w analogii do losu robala, ale nie przyszła, więc ukłuł wijącą się larwę w dupę” i po cichutku miałam nadzieję, że tekst mnie nie rozczaruje.

I nie rozczarował!

 

Powodzenia! :)

Drugi w tym konkursie tekst, który sprawił, że zwyczajnie nie mam ochoty narzekać.

Pięknie napisane, nostalgiczne, śmieszno-smutne (a może smutnie-śmieszne) opowiadanie. Wspaniały klimat, wiarygodni bohaterowie, przewrotne wykorzystanie mitu. Przeczytałem z ogromną przyjemnością. 

O, opowiadanie o moim życiu ;)?

Znowu obyczajówka, bo to fantasy naciągane jak… Ale dobra, bo tekst naprawdę przyjemny. Prawdziwy. I nie dziwiłbym się, gdybym to ja go napisał (znaczy – gdybym tak umiał). Ale hm, bez obrazy – taki szczawik?

W ogóle moje życie wydaje mi się jakoś średnio produktywne – 24 lata na karku

Kurcze, chłopaku! Wchodzisz dopiero w życie, a chciałbyś kim już być? Einsteinem, Gatesem czy Jobsem? Co to młode pokolenie takie smęcące i marudzące? 60 lat życia przed sobą, lekko licząc, a ten tu… Ech!

[Sorry za offtop]

 

Co mi zaskrzypiało:

– “Wkrótce Camelot został zagarnięty” – ale wkrótce po czym? bo to jakiś tak wisi w powietrzu, z niczym nie powiązane;

– “tarcza za równe trzy zera” – nie nadążam za slangiem? jaka to kwota?;

– “Bardzo mi przykro – powiedziała Ginewra i jej córka” – chórem mówiły? jeśli tak, to “powiedziały”; jeśli tak, to któ mówi w dalszym ciągu wypowiedzi?

Trochę mnie przygnębiło to opowiadanie, ale końcówka daje jakąś nadzieję. Idę na ryby i będę wypatrywać swego miecza ;).

Czyli – bardzo dobry tekst, który idealnie odpowiada idei konkursu Mitologie!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki za odwiedziny CMie, to prawda, trochę walczyłem ;) Tyle muszę tekstów nadrobić, a mam pół miesiąca na dokończenie magistra, tak to bym cię odwiedził już dawno ;(

 

Dziękuję za uznanie NoWhereManie, Yantri i None, wasze komentarze poprawiły mi dzień.

 

No Fizyku, chyba już nie jestem taki młody bo chęci do walenia w mordę powoli się wyczerpują ;D 

 

Staruchu, no niby Jobsem być nie chcę, ale trochę boli, gdy pomyślę sobie, że mnóstwo młodszych osób spełnia się w życiu, tworzy i odnosi sukcesy, a ja tak sobie wegetuję kończąc studia. Ale wiadomo, dupa w troki i trzeba robić ;) 

Camelot został zagarnięty po rewolucjach i ruchach redystrybucyjnych, tarcza kosztowała tysiąc złotych, dalej mówiła Ginewra. 

Miło mi, że przyjemnie się czytało, dzięki za odwiedziny ;) Nie chciałem przygnębiać

“Staruchu, no niby Jobsem być nie chcę, ale trochę boli, gdy pomyślę sobie, że mnóstwo młodszych osób spełnia się w życiu, tworzy i odnosi sukcesy, a ja tak sobie wegetuję kończąc studia. Ale wiadomo, dupa w troki i trzeba robić”

 

Jestem trochę starsza, ale mam to samo… 

 

Wcześniej napisałeś:

“To zakończenie jest moim takim marzeniem ściętej głowy, że nieważne jak późno, zawsze jest czas, na działanie, ruch przed siebie, w różnej przestrzeni, może być twórczej, ale i ogólnie.”

 

Wiem, że to nie na temat opowiadania, ale przejęłam się Twoim wyznaniem.

Ja studiowałam chemię biologiczną i na pięć lat odstawiłam pióro. Nie miałam czasu, a wcześniej lubiłam pisać. Na dodatek, na uczelni kazali myśleć konkretnie, nie lać wody, nie rozpisywać się niepotrzebnie i trochę mi to myślenie zostało. sad (W sumie to zdań się tam mało używało, popularniejsze były hieroglify ;) ). Ale.. dupa w troki i trzeba robić. ;)

 

Także chyba nigdy nie jest za późno, żeby coś ze swoim życiem zrobić. A Ty to już w ogóle nie masz się czym martwić. Piszesz świetnie, i przypuszczam, że szybko osiągniesz sukces.

 

Co prawda mam innego faworyta w konkursie, ale za Twoje opowiadanie też trzymam kciuki i na pewno Cię zapamiętam. :)

 

Sara

Jestem trochę starsza, ale mam to samo… 

Co wy kurcze, ogólnomłodzieżowa depresja jakaś czy co?

No to ja jestem znacznie, znacznie starszy i poczytuję sobie za spory sukces, że dożyłem do dziś. Starczy ;)?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Zaraz tam depresja. ;) Staruchu, ale Ty naprawdę masz 102 lata? surprise

Sara

Prawie ;).

Ale naprawdę jestem baaardzo stary…

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Stary, ale mózg i duch wciąż młode. Brawo! 

Sara

Nowa Fantastyka