- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Anomalie w konsorcjum strefy-jeden

Anomalie w konsorcjum strefy-jeden

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Anomalie w konsorcjum strefy-jeden

Do małego pokoiku mieszczącego się w średnich rozmiarach wieżowcu jak co roku przychodziło coraz więcej osób. Na jego ścianach wisiały okazałych rozmiarów, zielono-żółte paprocie zwracające uwagę prawie każdego z zebranych. Tam i siam znajdowało się kilka ciekawych obrazów, na których namalowano wielkie pomniki przyrody pochodzące z centrum miasta. Instytucje określano mianem urzędu emigracyjnego, słabo opłacanego, gdzie wcale nie dbano o zadowolenie odwiedzających go mieszkańców. Nowe Jeruzalem było tylko małym punktem na gwiezdnych mapach, lecz doskonale znanym, pośród podróżników przemierzających szlak zamieszkiwanych układów. Eleganckie okna, skierowane na wschodnią stronę ulicy Jaśminowej zostały zacienione szerokimi, brązowymi żaluzjami – głównie z powodu silnego nasłonecznia o tej porze dnia. Wchodząca przede mną kobieta siedziała już prawie dwadzieścia minut, omawiając z pracownikiem swój stan cywilny i sytuację finansową. Ostatecznie wyszła poza gabinet ze skwaszoną miną, trzaskając przy tym głośno zamykanymi drzwiami.

– Mogłaby pani trochę bardziej uważać! – zakrzyknął jeden ze stojących w tłoku mężczyzn.

– Pilnuj swojego nosa, farciarzu.

Wypadała teraz moja kolej, a więc szybko przemknąłem do wewnątrz pokoju, odwracając głowę od kłócących się ludzi. Naprzeciw mnie, siedziała ładnie ubrana pracownica urzędu, która zapraszającym gestem wskazywała wolne, siedzące miejsce.

– Macie tu dzisiaj spory ruch.

– Proszę o okazanie karty identyfikacyjnej. – powiedział spokojny, acz zmęczony ciągłymi pouczeniami, melodyjny głos.

– Czy wszystko w porządku?

– Miejmy nadzieję. Kolonia wydobywcza należąca do korporacji strefy-jeden, zapewni panu takie same wynagrodzenie, co nasza?

– To moja prywatna sprawa.

– Cóż, wygląda na to, że w pańskich aktach wszystko jest w porządku. Spójrzmy teraz na pana kartę… obywatel Kazimierz Bednarski, brak konfliktów z prawem i trochę zarobionej gotówki. Odlatując zrywa pan z nami umowę o pracę. Sześć lat stałego pobytu z nienaganną opinią. Dlaczego opuszcza pan federację, po tak długim okresie?

– Większość moich znajomych już dawno nie żyje albo przeniosła się do innych systemów, takich jak Syriusz czy Beta Hydri. Mam trochę odłożonych kredytów, ale nie stanowi to większego zabezpieczenia na starość. Będę mówił dalej, jeśli pani pozwoli… rządy federacji powoli zapominają o przywilejach, które dawniej obiecywały dobrze wykształconym inżynierom.

– Nie jest pan inżynierem, a jedynie technikiem o specjalizacji "wydobycie". Ma pan dobrą reputację, a warunki socjalne, systematycznie z roku na rok, będą podwyższane.

Zaczynałem być lekko poirytowany jej sposobem prowadzenia rozmowy z wolnym obywatelem. Nic dziwnego, że osoba wychodząca dziesięć minut wcześniej nie mogła ukryć swoich frustracji.

– Przecenia pani moje skromne możliwości. Sześć lat, to i tak zdecydowanie więcej, niż u innych. Nowe Jeruzalem jest regularnie opuszczane przez prawie dwanaście milionów podróżnych. Posiadam swoje ambicje zawodowe oraz prywatne, ale nie jestem nikim nazbyt wyjątkowym. Chciałbym w końcu zdobyć własne mieszkanie, spełnić siebie jako normalny mężczyzna. Czy moje marzenia, są aż tak niewykonalne?

Faktycznie rzecz biorąc, za wyjątkiem słabej opieki medycznej i kiepskiego dbania o poruszanie się w kosmosie, federacja nie była taka najgorsza.

– Musi pan zrozumieć, że wiele rzeczy znajduje się dopiero w fazie tzw. przymiarki. Tworzymy zespoły robocze, niemniej jednak każdy osobiście, musi zadbać o swoje własne potrzeby.

– Dzisiejsza rzeczywistość nie daje mi żadnej gwarancji, że nie wyląduje wraz ze swoją przyszłą żoną na śmietniku. Nie wspomnę również o niskim wynagrodzeniu. – kłamałem jak z nut, chcąc jak najszybciej zakończyć tę konwersację.

Kobieta siedząca przed tobą, lekko poprawiła swoją fryzurę, wprowadzając do systemu nowe informacje.

– Zważając na szczęście i zadowolenie obywateli “Federacji Osiemnastu Gwiazd", udzielam panu pozwolenia na opuszczenie stolicy. Nowe Jeruzalem nie potrzebuje osób żerujących na naszym dobrym imieniu i nie wykazujących odrobiny lojalności. Oto pozwolenie oraz zaktualizowana karta identyfikacyjna uprawniająca do wyjazdu. Proszę zawołać następną osobę.

– Bardzo dziękuję. Co tylko pani sobie życzy.– uśmiechnąłem się, do urzędniczki.

Otwierająca się winda, szybko rozwiała wcześniejsze obawy przed trudnościami mogącymi być powodem do dłuższego przebywania na tym zadupiu galaktyki. Wychodząc przez oszklone drzwi wieżowca zwróciłem uwagę na dziewczynę, która ostro zbeształa krzyczącego kilkadziesiąt pięter wyżej człowieka.

– Hej, przystojniaku! Masz zapalić skręta?

– Nie palę skrętów. Przy okazji dam ci jedną, dobrą radę. Jeśli chcesz załatwić wszystko jak należy to staraj się przychodzić do urzędu emigracyjnego nieco lepiej ubrana.

– Nie zasługuję, żebyś tak do mnie mówił!

– Ostra z ciebie babeczka – te figlarne pończoszki mogły ci tylko zaszkodzić. Załatwiłaś wszystko co chciałaś?

– Chyba tak… nie wiem. Po prostu nie miałam szczęścia, ani zbyt dużo kredytów, żeby kupić sobie coś modnego. Opuszczam stolicę, najszybciej jak tylko się da.

– Masz ochotę napić się kawy?

– Czemu by nie.

– Nie lubisz ludzi mojego pokroju?

– Uważam, że każdy ma prawo, do wolności. Nagle osiągamy swoje pięć minut tylko po to, żeby jakiś bogaty dupek pokazał ile jesteśmy warci.

Nie daleko skrzyżowania najdłuższych ulic handlowych, gnieździło się sporo małych i eleganckich restauracyjek – prawie wszystkie były o wiele droższe, niż przeciętny bar, odwiedzany przez zwyczajnych zjadaczy chleba.

– Jestem dzisiaj prawie naga. Nie mam zbyt dużo gotówki, żeby za siebie zapłacić. – skwitowała nowa znajoma.

– Nie przejmuj się. Widziałem cię parę razy u “Nicka Nuclearnicka”, w dziale narzędzi i surowców wtórnych.

Powoli dochodziliśmy, do ciekawie wyglądającego klubu o dziwnej nazwie "Wyspy Samoa". Na ścianach widniały szkice wysp, przeniesionych prawdopodobnie z jakiegoś innego układu gwiezdnego. Było tam dość cicho, a szmer układanych przez kelnera kieliszków, lekko inspirował do dalszej pogawędki.

– Dokąd zamierzasz polecieć? – zapytałem, pijąc gorącą i czarną jak smoła kawę.

– Wraz z grupą przyjaciół próbujemy przedostać się, do pewnej nowej koloni o nazwie "Czerwone osocze-jeden". Brakło trochę kredytów, a więc pożyczyłam przyjacielowi wszystkie swoje oszczędności. Byłam zdenerwowana, bo miałam nadzieję, że odblokują moje stare oszczędności, które dawno temu zapracowałam.

– Widzę, że zmierzamy w to samo miejsce, być może.

– Nazywam się Daria Kudrewicz, mogę zadać ci osobiste pytanie? – zapytała, maczając usta w filiżance.

– Strzelaj.

– Nie jesteś jednym z tych bogatych frajerów, którzy robią sobie żarty z prostych ludzi. Tych co szukają ciągle nowych wyzwań, nie wiedząc dokąd podążać?

– A czemu pytasz? – odpowiedziałem pytaniem, gdyż nie wiedziałem do czego zmierza.

– Wydajesz się bogatszy od innych. Nie wypada mówić o pieniądzach na pierwszym spotkaniu, ale w mojej grupie tylko Adrian jest na tyle zasobny, żeby wejść do takiej restauracji… a gdyby nie jego siła fizyczna, to nigdy nie zarobiłby takiej mamony.

– Nic nie szkodzi. Mam więcej, bo sześć lat stałej pracy podniosło o kilka procent roczną premię. Zwyczajne szczęście. Władze tej koloni, mają lekki zgrzyt z wiarą, nie uważasz?

– Jeśli chcesz, to możesz z nami podróżować. Wylatujemy jutro przed dwunastą, z portu kosmicznego o nazwie "Dan denbu-dwanaście". Dlaczego zrezygnowałeś ze stałej pracy w "Nowym Jeruzalem"? – zapytała cię Daria, pomrugując oczami.

– Odwiedzając różne planety przyrzekłem sobie, że nigdy nie pozostanę dłużej w jednym miejscu, ponad trzy lata. W końcu zacząłem odczuwać na własnej skórze fluktuacje czasu. Starość dopadanie kiedyś, nawet najtwardszych podróżników.

– Ciekawe. Patrząc na ciebie, nie czuję się jakoś specjalnie staro.

– To miłe co mówisz, ale mam o wiele więcej lat, aniżeli ci się wydaje.

Chcąc odwrócić twoją uwagę, Daria nerwowo potarła prawe oko, cichaczem przewracając na purpurowy obrus swoją kawę.

– Przepraszam, ale ze mnie gapa… wylałam wszystko na stół.

– Zawołać może kelnera?

– Nie trzeba.

– Muszę już lecieć. Będę czekać jutro przy lądowniku. Weź te kredyty i kup sobie pończochy.

Delikatnie pozostawiłem kilka banknotów z grubszymi nominałami, kładąc je na blacie stołu.

– Ty przewrotny frajerze, lubisz poniżać kobiety?

– Nie żartuj Daria. Każdy ma jakieś marzenia. Tylko nie rozpowiadaj, że jestem przy forsie.

* * *

Nazajutrz przed odlotem promu udałem się do sklepu z używanymi rzeczami. Należał do chińskiego sprzedawcy, który był moim dobrym znajomym. Oszacowanie wartości starego mieszkania nie było dla niego trudne – lichwa bywa czasem przydatna, jednak tylko kiedy stawiamy wszystko na jedną kartę. Kolejne posunięcia stają się o wiele prostsze, pieniądze szybko wpływają na nasze konto, a my tracimy na tym interesie prawie połowę swojego majątku.

Po dotarciu do "Dan Denbu-dwanaście" i oddaniu swoich bagaży zauważyłem średnich rozmiarów grupę, na czele której stała Daria.

– Przedstawiam ci moich najbliższych krewniaków.

– Witamy, Kazik! – Zgodnie odpowiedziało pięcioro podróżników. – Kolega Darii jest naszym najlepszym przyjacielem.

Niniejsza wspólnota, których nie brakowało w kosmicznych portach była najpewniej kontrolowana przez samą Darię. Ogólne zmęczenie i przygaszenie stawały się coraz wyraźniej obecne w ich normalnym zachowaniu. Prawdopodobnie wykonywali podobną “przeprowadzkę” nie pierwszy raz.

– Gdy siedzieliśmy wczoraj przy kawie zapytałeś mnie, ile lat mieszkamy w stolicy "Federacji Osiemnastu Gwiazd". Dodając całe zmarnowane lata, nie będzie więcej jak dwa i pół roku. Dzisiaj, odblokowali moje zadłużenie, a więc mogę oddać ci twoje kredyty.

– Przestań, Daria. Potraktuj te pieniądze jako prezent. – przerwałem jej niegrzecznie.

W oczach Darii zauważyłem figlarny błysk, który świadczył o tym, że przypomniała sobie coś śmiesznego, a zarazem nudnego. W międzyczasie, metaliczny głos kontrolera lotów rozpoczynał swoje kolejne analizy.

– Witamy podróżnych! Dzisiejszy lot do układu Wolf-357 zostaje odwołany. Pasażerowie szukający połączenia z kolonią "Czerwone osocze-jeden", proszeni są o przejście do luku numer trzy. Start promu będzie opóźniony o dziesięć lub góra piętnaście minut. Życzymy wszystkim miłej podróży!

– Cóż, to chyba nasza “taksówka”, do lepszego świata. Jeszcze piętnaście tygodni hibernacji i będziemy zwiedzać kolonie.

– Musisz przejść jeszcze sporo profilaktycznych szczepień, zwłaszcza że masz tyle szmalu. – powiedział wąsaty i najgrubszy mężczyzna, będący jednym z członków mojej grupy.

– Czy mieliśmy okazję się zapoznać?

– Jak zwykle przesadzasz, ze swoimi podejrzeniami, Marek. Jesteś przy tym niesprawiedliwy. Dajcie już spokój chłopcy, czeka nas długa podróż. – powiedziała starsza, ale nadal atrakcyjna kobieta w wieku około pięćdziesięciu lat, doktor Joanna Białoś.

– Po prostu nie lubię bogatych dupków.

– Chcesz żebym rozkwasił ci gębę?! – zdenerwowany krzyknąłem na całe gardło. – Cały majątek zdobyłem własną pracą.

Facet był wyraźnie zaszokowany moim atakiem tym bardziej, że poziom jego inteligencji nie wskazywał na jakiegoś super naukowca. Starsza pani, która wtrąciła swoje trzy grosze, do naszej rozmowy wykonywała zawód lekarza, mając całkiem spore doświadczenie.

Będąc na pokładzie statku kosmicznego, z minuty na minutę każdy poznawał własną odporność psychiczną, uczył się wymieniać poglądy z załogą oraz ćwiczyć własną pamięć. Pierwsze dni podróży opierały się głównie na chwilach, w których próbowano przygotować się do czekających wyzwań. Nie mówiono nazbyt wiele, utrwalając w sobie świeże wydarzenia lub dawne sytuacje ze swojego życia. Najciszej zachowywał się ciemnoskóry atleta o imieniu Adrian Ali-Mugabbu, natomiast Marek Kulasza – zdecydowanie najgłupszy osobnik z pośród nas – przeniósł się we własny, zamknięty świat, przeglądając kolorowe czasopisma. Pożywienie było znośne, ale głodowe racje musiały przygotować organizm na dodatkowo płynne substancje pokarmowe, wstrzykiwane do krwiobiegu. Czas hibernacji to najbardziej trudny okres podróży, po którym jedynie faza regeneracji wydawała się bardziej dotkliwa i męcząca.

– Proszę wejść do kapsuły kriogenicznej. Kazimierz Bednarski, pasażer 231 – powiedział robot medyczny, wskazując miejsce siedzące, wypełnione plastikowymi rurkami. – Teraz poczuje pan dość intensywne ukłucie oraz lekki, miarowy chłód. Proszę zachować spokój.

Sen nadszedł niespodziewanie szybko, wyłączając prawie wszystkie funkcje organizmu – normalne w stanie bez zamrażania. Długa i nieustająca cisza przeplatała się z różnymi kolorami, od zieleni, seledynu, jasnego różu po ciągle matowiejącą purpurę. Zapętlające się powroty w nieznane, tajemnicze miejsca ludzkiego umysłu nabierały w końcu lekkiego retuszu. Po pierwszym wyraźniejszym pejzażu imaginacji, który zdołałem odebrać zmysłami nastąpiło silne dotknięcie mocnej, ludzkiej dłoni. Tym razem nie było już mowy robotów, ale dźwięczny i normalny głos pracownicy stacji przeładunkowej.

– Jak się pan czuje? – zapytała jedna z pielęgniarek.

– … cholernie tu zimno… mam zdrętwiałe kończyny i jakby co chwila zamarzało mi serce.

– Reakcja prawidłowa – kod zielony. Pasażer podlega regeneracji ósmego stopnia. Należy przekazać robotowi medycznemu typu Check 808M.

Przez chwilę udało mi się zobaczyć ładną twarz chodzącej dookoła dziewczyny. Obawiałem się, że normalny i wyrazisty wzrok już nigdy nie powróci.

– Nie zostawiaj mnie samego… dziewczyno!

– Proszę nie krzyczeć! Wszystko jest w porządku, a za moment zostanie wyodrębniony pana klucz DNA odpowiedzialny za nerw wzrokowy… cztery, trzy, dwa, jeden… dziękuję.

Poczułem lekki impuls elektryczny, począwszy od skroni, a kończąc na kości ogonowej. Było to bardzo dziwne uczucie, ale po krótkiej chwili wróciło do normalnego stanu. Świat ciągle wirował, jakby dookoła głowy. Umiałem rozróżnić poszczególne twarze mijających mnie pracowników laboratorium. Po tygodniu ciężkich ćwiczeń fizycznych zakończono proces regeneracji, przenosząc mnie do skrzydła, w którym mieścił się mój dawny pokój. Oprócz mnie, spotkałem tylko dwie znajome osoby tj. Joannę oraz jakbym nie miał dość własnych problemów Marka.

– Jak samopoczucie? – odezwałem się do mrugającej nieustannie lekarki.

– Drobna neuralgia wzroku, kilka dręczących fobii, poza tym do naprawienia nic specjalnego. Marek nie miał takiego szczęścia.

– Co masz na myśli?!

– Mocno zamroziło mu nogi, ale pielęgniarka powiedziała, że po tygodniu pobytu na planecie, powinien powrócić do poprzedniej formy.

Jego poziom agresji w stosunku do mojej osoby wyraźnie zmalał, a wcześniejsze docinki uleciały w stan niebytu. Postanowiłem, że mu wybaczę – jego zafajdane gadulstwo i ordynarne zachowanie.

– Nie martw się, Marek. Niedługo wyzdrowiejesz. Próbowałeś poruszać samymi palcami w górę albo dół?

– Cholera, jeszcze nie. W ogóle nie potrafię poruszać stopami.

– Dajmy mu spokój. Niech trochę pobędzie sam to przypomni sobie o swoich obowiązkach.

– Dlaczego jesteś taka surowa? – Joanna, usilnie starała się unikać mojego wzroku. Nie mogła cały czas udawać.

– Ponieważ całe życie radzę sobie sama… musiałam walczyć o swoje. Nikt nie podpowiadał mi, jak mam się bronić przed tym nienormalnym otoczeniem.

– W twoim wieku zalecałbym trochę więcej spokoju, Joanno. Nie zrozum mnie źle, każdy ma prawo do tego, aby czasami zachorować. Jesteśmy tylko ludźmi, a nie cholernymi robotami.

– To twoja opinia, Kazimierzu.

Miałem wyraźnie dosyć rozmowy z Joanną, przynajmniej nie w trakcie pokonywania drogi promu kosmicznego na kolonię "Czerwone osocze-Jeden". Codziennie przychodził ktoś nowy, do głównej sali wypoczynkowej, gdzie próbowano rozmawiać o zwyczajnych ludzkich problemach.

– Słuchasz mnie, Kazik? – zapytała Daria. – Spójrz na słońca… czy fizycy tak nazywają białego karła?

– Wygląda na to, że kolonia posiada, aż trzy gwiazdy. Będziemy musieli trochę inaczej spoglądać na dobowy system wydolnościowy.

– Ma również dwa księżyce, Ion oraz Sfinx. – powiedział, będący jak zwykle w doskonałej formie fizycznej Adrian.

Do rozmawiającej grupy przyjaciół, niespodziewanie podszedł wysoki Azjata w starszym wieku, na którego każdy mówił John Wong. Jak na kogoś z jego bagażem wspomnień był wyjątkowo wytrzymały psychicznie, dlatego już po tygodniowej regeneracji wrócił do kwater turystycznych.

– Migoczące na czerwono odcienie mgławic, zawsze wprawiają mnie w głębsze rozmyślania. Coraz bliżej planety i coraz więcej białych rozmazanych kolorów – jakby ktoś bardzo ważny witał nas swoją obecnością.

– To piękne co pan powiedział. Może nie będzie trzeba szukać ponownie nowego domu. – skwitowała jego wypowiedź Daria.

– Wasza grupa zalicza się do najgorszej ze wspólnot, które przyszło mi spotkać. Jednakże cóż począć.

Kilka znajomych osób stojących blisko punktu widokowego odwróciło głowy w stronę nowego gościa.

– Zostawcie go w spokoju! To tylko staruszek błądzący, po ciężkim dniu. – powiedziałem nieco głośniej, niż zamierzałem.

– Myślicie, że tylko wam wolno podróżować, po kosmosie? Ja, Johnny Wong robię to już prawie pięćdziesiąt lat i nigdy nie usłyszałem mądrego słowa, od wykształconej osoby mówiącej o gwiazdach. Ci ludzie wydają się być wykształceni, jedynie z poziomu swoich własnych mieszkań.

Niski i przysadzisty mężczyzna o imieniu Abelard zauważył nadciągającą w pośpiechu służbę medyczną starającą się załagodzić powstały konflikt.

– Nie jesteś lepszy. – powiedziałem mocno wyprowadzony z równowagi – Masz wyjątkowo fatalny odbiór albo oglądasz nazbyt stare programy w holo-wizji.

– Prosimy zostawić tego pana w spokoju. Przeszedł ciężki udar mózgu, który niespodziewanie wystąpił po procesie hibernacji. – skłamał pielęgniarz.

W następnym tygodniu większość pasażerów promu została przeniesiona do sporych lądowników, które jeden po drugim, czekały na swoją kolej ostatecznej podróży. Procedurę lądowania przeprowadzano sprawnie i bez zakłóceń. Po otwarciu większości włazów, naszym oczom ukazały się ogromne połacie lądowiska, dużej kolonii leżącej na zachód i będącej własnością “korporacji strefa-jeden". Była nieco mniejsza od stolicy "Federacji Osiemnastu Gwiazd", jednak wielu przybyłych podróżników porównywało ją, do ziemskiej metropolii o nazwie Nowy York. Ponad trzystu ludzi udawało się do miejsca rejestracji, podczas której dokonywano tylko prostego sprawdzenia karty identyfikacyjnej.

– Witamy na "Czerwone osocze-jeden" – powiedział oficer pilnujący przejścia.

Daria Kudrewicz przedstawiła swoich towarzyszy, zbierając po kolei ich karty tożsamości.

– Przybyliśmy razem i mamy zamiar samodzielnie starać się o tymczasowe lokale zastępcze.

– Czy pan Bednarski jest razem z wami?

– Oczywiście, że tak. Razem przebyliśmy dwanaście tygodni hibernacji, które nie należały do przyjemności. Czy coś nie tak z jego kartą ID?

– Wszystko w porządku. Pan Bednarski podlega odrębnej procedurze rejestracji.

– Jak to kurwa odrębnej? – powiedziałem mocno zdenerwowany.

– Naprawdę, proszę o zachowanie spokoju. Konsorcjum wydobycia, postanowiło zaproponować lepszy kontrakt na specjalnych warunkach.

Marek siedzący na wózku inwalidzkim, obelżywie rozpowiadał słowa skierowane znowu pod moim adresem.

– Wiedziałem, że jest inny. Cholerny bogacz, który robi sobie z nas żarty.

– Zamknij mordę… – wycedziłem. – Proszę wybaczyć. Jestem zwyczajnym technikiem wydobycia paliw i nigdy nie podpisywałem żadnych, specjalnych dokumentów.

– Za moment przyjdzie do pana odpowiednia delegacja powitalna. – Tego już było za wiele. Ci ludzie oszaleli albo świadomie wkręcano go w szaleństwo.

– Myślałam, że jesteś z nami szczery. Widocznie kłamałeś od samego początku. – powiedziała zasmucona Daria.

– Nie mam z tym nic wspólnego. Po co miałbym skazywać się na trudy podróżowania, mogąc to zrobić zwykłym, gwiezdnym liniowcem – musicie mi uwierzyć!

– Nowa planeta i ta sama stara śpiewka. Do końca życia będę skazana na swój kierat. Mimo wszystko chyba tylko ja wierzę w twoje słowa. – Doktor Joanna Białoś poklepała cię po ramieniu, przechodząc przez punkt kontroli bagaży.

Każdy z twoich towarzyszy opuścił port kosmiczny, udając się w swoim kierunku. Nie minęło kilkanaście minut, a dwójka elegancko ubranych wysłanników rządu podeszła do ciebie, zapraszając gestem dłoni, abyś usiadł na wygodnym fotelu biura ochrony.

– Co się do cholery dzieje?! Czy możecie naprawić ten bałagan?

– Panie Bednarski… proszę o lepsze kontrolowanie własnego zachowania. Postanowiliśmy pana przekonać do naszej propozycji, gdyż doskonale wiemy jak bardzo kosztuje “kapitał ludzki”. Możemy pomóc w wyborze odpowiedniej drogi własnej przyszłości.

– A to niby dlaczego?

– "Federacja Osiemnastu Gwiazd" coraz bardziej pogrąża się w mrokach zapalczywości. Już dawno zapomnieli jak radzić sobie z utrzymywaniem inwestycji, jaką jest wydobycie surowców. Proponujemy bardzo dobrą posadę, zabezpieczenie na przyszłość i znajomości z najważniejszymi osobami "wielkiego konsorcjum" – również z najwyższym gabinetem wydobycia “strefy-jeden”.

– I mam uwierzyć, że to wszystko jest wyłącznie przeznaczone dla mnie? Przez większość życia, nikt nie zwracał na mnie uwagi, a teraz taka okazja?

– Będziesz pod dobrymi skrzydłami, przyjacielu…

Musiałem szybko podjąć decyzję, która mogła mieć wpływ na całe moje życie.

– Postaram się… najlepiej jak potrafię, ale chciałbym utrzymywać kontakt z moimi dawnymi przyjaciółmi. Czy możecie to załatwić?

– Pogodzimy wasze niesnaski.

Starszy z pracowników kompani wydobywczej, siedzący blisko ciebie, uśmiechnął się pod nosem i wyraźnie rozbawiony twoim komentarzem poklepał cię po plecach.

– Ważni pracownicy konsorcjum otrzymują wszystko za darmo. Każdy członek naszej organizacji dzieli się zyskami po połowie z innymi.

– Odnoszę wrażenie, że tego typu zapędy wspierają ustrój komunistyczny lub rządy niedemokratyczne.

– Nazwijmy to korporacyjnym systemem podziału zysków. Przekonasz się, że wszystko jest podzielone sprawiedliwie… nawet my posiadamy własne konta i obligacje.

Mężczyźni zabrali twoje bagaże, chowając je do olbrzymiej taksówki powietrznej. Jej plan lotu przewidziano na nie więcej jak dwadzieścia minut. Sporo osób, które spotykałem w swoim życiu twierdziło, że unikanie robienia nieodwracalnych błędów jest dobrym zwyczajem, a przynajmniej nie dostajemy przy tym biletu w jedną stronę, do szpitala. Nie ważne jakiego szpitala. Prawda bywa czasem sprytnie ukrywana, ale ja nie potrafiłem doszukać się żadnego uchybienia lub błędu w podpisanym kontrakcie. Należało przypuszczać, że kiedyś wypłyną na światło dzienne brzydkie figle i przekręty z udziałem wyższych sfer rządowych "Czerwonego osocza-jeden". Dla osoby mojego pokroju było to totalnie niezrozumiałe. Ludzie pracujący dla elity często bywali tylko słupem dla ich ciemnych interesów, dlatego zaufanie nie było tutaj mile widziane. Przynajmniej na samym początku. Chciałbym, aby w życiu układało się najlepiej jak tylko może, z drugiej strony wiedziałem czym jest samotność. Najgorszy wyrok od losu, mogący skopać mi teraz własny tyłek, to niepewność, niezrozumienie czy dezaprobata ze sposobu wykonywania swojego zawodu. Strach, który teraz czułem, dawniej był mi obcy, a w tym momencie ogarniał całe i znane mi otoczenie.

Mówienie wyłącznie o sobie, musiałem odłożyć na razie na kilka tygodni do przodu. Wymagało tego dobre wychowanie zwłaszcza, gdy dostaję górę złota absolutnie za bezcen.

– Lądowanie za "T minus" trzy minuty. Prosimy zapiąć pasy i przygotować się do opuszczenia taksówki. – zakomunikował drugi pilot siedzący w odległości pięciu metrów od pasażerów.

– W stolicy "Federacji Osiemnastu Gwiazd" nie było takich zabawek, nieprawdaż? – zapytał milczący dotychczas, drugi pasażer.

– Osobiście widziałem tylko dwie. Większość osób poruszała się, po całym globie za pomocą wehikułów portu. Nie wiem czy wiecie, ale w całym "Nowym Jeruzalem" wybudowano, aż trzy olbrzymie lądowiska. Czemu używacie robotów, aby zastępowały ludzi w pilotowaniu taksówek?

– W takim wypadku ryzyko błędu jest o wiele za wysokie. Pracujemy nad swobodnym dostępem, do tego typu obiektów co w stolicy federacji. Aktualnie najlepszym rozwiązaniem było wprowadzenie masowych środków przemieszczania się w powietrzu. Wygodny i dość bezpieczny jak można zauważyć. – Chcąc czy nie musiałem zapytać o kilka ważnych spraw, związanych z moim zakwaterowaniem.

– Czy otrzymam podstawowe wyposażenie swojego nowego mieszkania? Wystarczy na początek mały lokal z łazienką i kuchnią.

– Zaraz zobaczysz swoje nowe mieszkanie. – uśmiechnął się pilot.

Małych rozmiarów lądowisko było usytuowane w idealnym oddaleniu od wspaniałego domu, który z pewnością należał do bogatego członka konsorcjum. Równo przycięty trawnik czy posadzone tu i ówdzie egzotyczne rośliny symbolizowały staranność w dbaniu o dobry smak i poczucie estetyki.

– Z naszej strony to na razie wszystko. Otrzymuje pan nową kartę otwierającą drzwi, do swojego mieszkania. Proszę zapoznać się z dostarczonym wyposażeniem elektronicznym. Robot kamerdyner poprowadzi pana przez szereg pokoi, jak również odpowie na większość pytań. Życzymy powodzenia!

* * *

Trzymane słabnącymi rękami, ciężkie bagaże opadły nagle na ziemię. Czy to co stało przede mną, naprawdę należało do mnie? Mężczyźni pomachali ręką na pożegnanie, odlatując w kierunku centrum miasta. Okolica wydawała się spokojna, natomiast poza dużym płotem odgradzającym nowy dom, młody człowiek powoli przycinał krzaczasty żywopłot. Postanowiłem, że zapytam się o kilka dręczących spraw.

– Przepraszam pana, ale czy może pan powiedzieć, gdzie my właściwie jesteśmy?

– Pan Bednarski? Zostałem poinformowany o nowym mieszkańcu tej pięknej rezydencji. Nazywam się Roman Grassfork i jestem ogrodnikiem. Znajdujemy się w dzielnicy należącej głównie do klasy średniej , wewnętrznego miasta strefa-trzy.

– W porządku, właśnie tyle chciałem wiedzieć. Życzę panu przyjemnego dnia i owocnej pracy.

– Dziękuję. – Grassfork spojrzał trochę dziwnie na nowego sąsiada i wrócił do dalszej roboty.

Nowy standard życia bardzo szybko wymógł szereg dość absurdalnych zachowań, które nie można było ominąć w załatwianiu codziennych spraw. Kontaktowanie z centralą konsorcjum stało się bardzo częstym zabiegiem, którego konsekwencje zaczynałem dopiero poznawać. Raptem minęły już trzy dni, od czasu przylotu do kolonii, a ja dalej siedziałem w kuchni mojego nowego mieszkania.

– Witamy w centrali zarządu! Nazywam się Shelly i jestem pana nową asystentką. W czym mogę pomóc? – powiedziała znudzonym głosem osoba znajdująca się po drugiej stronie ekranu.

– Chciałbym, abyś znalazła dla mnie adres oraz ewentualny kontakt z kilkoma osobami. Daria Kudrewicz, Marek Kulasza, Adrian… – rozpoczynałem wymieniać starych znajomych.

– Kilku z nich przebywa w biedniejszej dzielnicy, poszukując lokali zastępczych. Czy mam wysłać pozostałe numery wideo-telefonów?

– Proszę przekazać do bazy danych mojego robota-kamerdynera zajmującego się domem.

– Wykonuję procedurę. Proszę o dalsze instrukcje…

– Na razie to wszystko, panno Shelly. Bardzo dziękuję za pomoc.

Ekran szybko zamigotał, pozostawiając komunikator w fazie spoczynku. Kilka ruchów palcem i na ekranie pojawiła się twarz starej przyjaciółki Darii Kudrewicz.

– Daria… nie wiem jak mam ci to powiedzieć. Czy możesz poświęcić mi kilka minut?

– Dlaczego zawracasz nam głowę?

– Nieważne. Chciałem ci tylko powiedzieć, że i tak jedziemy na tym samym wózku. Mieszkamy w innym mieście, w innej dzielnicy. Jeśli będziesz potrzebowała pomocy to daj mi szybko znać.

Energicznym ruchem wyłączyłem urządzenie, siadając kolejny raz na kuchennym krześle. Robot podjechał blisko mnie i z ciekawością zapytał o kontekst rozmowy.

– Czy można wiedzieć kim była osoba, z którą pan rozmawiał?

– Nie twoja sprawa.

– Przepraszam. Mój moduł uczący znajduje się w fazie testów. Mam odejść w inne miejsce domu?

– Wynocha do salonu… przy okazji zapal holo-wizję.

Wiele rzeczy znajdujących się w domu wykonano z cennego drewna. Marmurowa posadzka, osadzona w przedsionku nie była zbyt rozległa, ale sam efekt takiego dopasowania, robił naprawdę spore wrażenie. Obok drzwi wejściowych znalazłem gaśnicę, kilka letnich kurtek oraz miedzianą łyżkę do butów. Schody prowadzące na górę przywodziły mi na myśl skocznię, po której możemy zjechać na czym tylko mamy ochotę. Obserwowałem każdy pokój, przechodząc z jednego pomieszczenia w drugie. Analizowałem swoją sytuację, rozważając wiele opcji, na przykład czy wygrałem los na loterii, uratowałem kogoś z rodziny tych ważnych pajaców, a może mam po prostu cichą wielbicielkę w konsorcjum. Ewentualnie znanego wielbiciela. Następnego dnia mój nieodłączny i mechaniczny druh przyjechał co sił w kołach, informując o ważnym połączeniu.

– Połączenie z samego centrum korporacji wydobywczej… zechce pan odebrać?

– Przerzuć obraz na duży projektor w salonie.

Obok średnich rozmiarów stylowego kominka, położony był szeroki na półtora metra płaski panel LCD. Po krótkiej chwili dotarłem do salonu, siadając wygodnie na fotelu i spoglądając na mężczyznę palącego sporych rozmiarów cygaro.

– Widzę, że powoli przyzwyczajasz się do swojej nowej roli.

– Doceniam wasz uporczywy zapał, aby sprawić mi przyjemność.

– Nie przejmuj się. Twoja praca, będzie polegać na wielowątkowym prowadzeniu naszych interesów. Jeszcze zdążysz się zasapać. Musisz pozyskać zaufanie swoich nowych podwładnych.

– Czy ktoś zdradzi mi wreszcie miejsce mojej nowej pracy, bo jak na razie to cały boży dzień przesiaduję w kuchni.

– Jak dotychczas poznałeś swoją aktualną sekretarkę. Posiada jedną, bardzo ważną cechę, a mianowicie nigdy się nie męczy. Cały czas udaje przepracowanie, ale tak naprawdę jest zwyczajnym programem o wyjątkowo zaawansowanym module sztucznej inteligencji.

– Jestem zaszokowany – wydawała się zwyczajną dziewczyną z przedmieścia. Przy okazji jak mam się do ciebie zwracać, szefie?

– Na razie wystarczy ci tyle, ile wiesz. Jeśli chcesz to możesz odwiedzić swoje miejsce pracy w centrum miasta. Znajduje się w drugim wieżowcu konsorcjum, nieopodal biblioteki.

– Czy mogę zebrać własny kolektyw pracowniczy? – zapytałem z troską w głosie.

– Mówisz śmiesznym językiem. Oczywiście nie wiedzę powodu, aby stawać ci na przeszkodzie. Twoje pierwsze zadanie, będzie polegać na odwiedzeniu naszych nowych koloni w układzie Arcturusa, a więc nie trzeba ustawiać całego arsenału technologicznego. Powinieneś załatwić tę sprawę w kilka tygodni.

– Na czym ma polegać moja kwestia?

– Nasze źródła donoszą, że koloniści rozpoczęli strajk. Niestety, nie jesteśmy pewni o co tak naprawdę im chodzi. Na domiar złego, zaginął jeden z głównych oficerów sterujących punktem przeładunkowym w przestrzeni kosmicznej, tego układu. Twoim celem, będzie obserwacja źródeł konfliktu, jak również złożenie odpowiednich raportów naszym pracownikom.

– Jeśli zrobię coś nie tak?

– Wyślemy kogoś innego. Tylko od ciebie zależy, czy będziesz pracował smażąc hamburgery czy zarabiał jak przystało na członka naszej organizacji.

– Pamiętajcie, aby nie przesadzić z poziomem trudności zadania. Spróbuję popracować razem z własnymi ludźmi, ale jeszcze nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Ostatnie pytanie brzmi – dlaczego właśnie ja?

– Będziesz naprawdę zdziwiony… przed wyjazdem ze stolicy "Nowe Jeruzalem", poleciła cię pracownica urzędu emigracyjnego.

– Rzeczywiście, przebiłem trzystu kolonistów zmierzających "Czerwonego osocza-jeden". Największa bzdura jaką słyszałem.

– Na to wygląda. Powodzenia i pamiętaj, że należysz do pierwszej ligi.

Wymyślona na szybko historyjka była największym kłamstwem, które słyszałem od czasu ukończenia moich siedemnastych urodzin i rozstania z pierwszą dziewczyną o imieniu Marta. Nie miałem wątpliwości, że zlecone zadanie jest całkowicie pewne i będę miał trochę czasu na przygotowanie gruntu, pod jego wykonanie. Musiałem szybko zebrać odpowiednich ludzi, a najlepiej takich z jakimi odnajdę własny, wspólny język.

– Robo-złomie, połącz mnie z panną Shelly.

Po krótkiej i melodyjnej przerwie na ekranie pojawiła się słodka twarz twojej asystentki. Miała zmienioną fryzurę, a na policzka widniała cienka warstwa pudru.

– W czym mogę pomóc, panie Bednarski? – powiedziała bardzo powoli, jakby łącząc sylaby w całe słowa.

– Potrzebuję transportu do dzielnicy, w której mieszka kolonistka Kudrewicz.

– Wykonuję. Lądowisko znajduje się około dwustu metrów, od mieszkania pana przyjaciółki. Lokalizator położenia przeleżał w prawej kieszeni kurtki, powieszonej przy drzwiach wejściowych. Przypuszczalny czas oczekiwania, to około pięciu minut.

– Skąd wiesz, że to moja koleżanka?

– Powinien pan bardziej zwracać uwagę na najnowsze wynalazki w dziedzinie elektroniki. – Enigmatycznie skomentowała twoją wypowiedź Shelly.

– Jesteś naprawdę niesamowita.

Shelly intensywnie zamrugała powiekami, jakby nikt od dawna nie sprawił jej przyjemności, mówiąc komplementy.

– Uważaj co robisz, poruszając się po dzielnicy, w której mieszka twoja dziewczyna.

– Dziewczyna?

Duży ekran intensywnie zamigotał, wyłączając ustanowioną wcześniej transmisje wideo-telefonu. Wsiadając do wehikułu wyobrażałem sobie jak słucham słodkiego głosu Darii i dotykam jej delikatnej dłoni. Musiała chociaż spróbować, wysłuchać mojej wersji wydarzeń, z drugiej strony jej temperament był zupełnie odmienny od mojego. Po wyjściu z taksówki powietrznej, wiele z wyobrażeń na temat koloni poszło w niepamięć. Znajdowałem się we wschodniej części miasta strefy-drugiej, której niezbyt długie ulice przecinały się ze sobą, tworząc dziwaczne wzorce, podobne do obrazów fraktali. Wszystko wydawało się zupełnie poplątane, bez uporządkowania czy jakiejkolwiek ogłady. Na ziemi walały się ogromne stosy śmieci, zbierane co jakiś czas przez przejeżdżające śmieciarki. Pomimo, iż sprzątanie przebiegało sprawnie, to ogólny wygląd ulic nie współgrał z brudem i pojawiającą się tu i tam średnią ilością pleśni. Stan lokali mieszkalnych nie był warty większej uwagi, nawet jeśli brało się pod uwagę stare budynki stolicy "Nowe Jeruzalem". Federacja postarała się, aby tamtejsza architektura stanowiła przynajmniej element historii podboju kosmosu. Ogromne mosty, po których poruszała się kolej miejska, przywodziła na myśl ziemskie mega aglomeracje.

Budynek wskazany przez lokalizator Shelly był w dobrej kondycji. Postanowiłem głośno uderzyć pięścią w drzwi, zwracając na siebie większą uwagą.

– Kurwa… jaki skurwysyn tak mocno trzaska w drzwi mojego domu! – krzyczał wściekły Adrian.

– Przyszedłem zobaczyć się z Darią. Możesz mi pomóc?

– Proszę, proszę…

Wewnątrz dość obszernych pomieszczeń panował spory bałagan. Zewsząd walały się duże ilości bagaży, a tu i tam otwarte torby wysypały na podłogę całą swoją zawartość. W niektórych kątach korytarza, wyraźnie odczuwalna wilgoć psuła ogólny zapach powietrza.

– Czy Marek może już chodzić?

– Tak… Białośka przykucnęła przy jego "klockach hamulcowych" i wymyśliła kilka ćwiczeń, po których poczuł się znacznie lepiej. Resztę zrobiła temperatura otoczenia i grawitacja.

– A co nowego u ciebie?

– Powiedz mi, czy aby konik na biegunach ma drewnianego fiuta? Muszę chodzić, biegać i doglądać wszystkiego, aby nikt nie zrobił sobie krzywdy. Na domiar złego dorzucili nam na głowę tego starego piernika, po wylewie pana Wonga. Wydaje się, że z czasem dojdzie do siebie.

Do salonu szybkim krokiem weszła naburmuszona Daria. Myślałem, że będzie krzyczeć ale od ostatniego telefonu postanowiła widocznie inaczej załatwiać swoje sprawy.

– Czego tu szukasz do cholery?

– Mam propozycję.

– Nie interesuje nas twoja pomoc. Wynocha z naszego domu.

– Posłuchaj. Za pięć minut mogę was wszystkich zabrać do lepszego świata. Możesz mi wierzyć albo nie, ale nic o niczym nie wiedziałem. Joanna od razu wyczuła, że jestem niewinny.

– Lojalność. To o niczym nie świadczy.

– Właśnie na odwrót. Mogę zapewnić znajomym z promu godną pracę i odpowiednie zakwaterowanie, do końca życia.

– Uważasz się za jakiegoś świętego Mikołaja? – powiedział Marek, wjeżdżając na swoim wózku.

– Powtórzę to ostatni raz… zbieram ekipę do poważnej pracy dla konsorcjum strefy-jeden. Z pewnością wybrali do tego swoich ludzi, ale teraz mam własne pole do popisu. Jeśli macie ochotę, to wezmę nawet tego starszego pana do swojej drużyny.

– Mówisz poważnie? – zapytała Daria.

– Od kilkunastu dni nie wiem co się ze mną dzieje. Potrzebuję kontaktu z normalnymi ludźmi, bo zaczynam tracić własną stabilność władz umysłowych.

– Masz na myśli Adriana, Marka, Joannę, Abelarda i Wonga?

– Tak. Jutro opowiem o naszej nowej pracy. – Większość stojących osób, zgodnie poparła mój pomysł na zmianę miejsca zamieszkania.

– Zabierajmy się z tego pieprzonego schronu, nie zapomnijcie spakować najważniejszych rzeczy. – powiedział doniośle ciemnoskóry osiłek.

W pierwszej wolnej chwili mocno chwyciłem swoją koleżankę za drżącą rękę.

– Bardzo mi ciebie brakowało, moja kochana.

– Uważaj co mówisz, jeszcze nie do końca ci wierzę.

– Jak zobaczysz, gdzie się kurwa udajemy…

– Uważasz, że jestem mało inteligentna?

Objąłem ją w pasie, posyłając szybki i delikatny pocałunek w jej prawy policzek.

– Sama to ocenisz w odpowiednim czasie.

– Postarajmy się zakończyć ten dzień w przyjemny sposób, Kazimierzu. Pomóż mi spakować te kosmetyki i ubrania.

* * *

Rozmyślając nieco więcej na temat moich nowych "dobroczyńców", wiedziałem że nie mówili całej prawdy. Postanowiłem jednak zachować ten wątek na później. Władza absolutna była wyjątkowym orężem w rękach mądrego człowieka – bieda, samotność czy zniewolenie umysłu psuły pierwsze wrażenie, które władza prezentowała każdej wolnej osobie. Tak czy owak, wynajmując elegancki statek z napędem międzyplanetarnym zaznaczyłem, że wszystkie koszty ponoszone są przez konsorcjum. Moi znajomi byli zachwyceni swoim nowym miejscem zakwaterowania – ładna dzielnica, wygodne łóżka, a do tego całkiem intratna posada. Po odlocie na orbitę wszyscy nie wyłączając mnie, zakończyli podstawowe szkolenie na temat bezpiecznego lotu statkiem korporacyjnym.

Adrian najlepiej pasował na szefa ochrony całego przedsięwzięcia. Nikt nie protestował, ani nie wyłamywał się z zaplanowanych zadań. Nasza misja numer jeden, rozpoczęła się równie szybko jak przeprowadzka. We wszystkim intensywnie pomagała także Shelly.

– Czy Daria naprawdę sama zgodziła się dbać o nasze żołądki? – zapytał lekko kulejący Marek.

– Mówiłem jej, że świetnie nadaję się na pracownika odpowiedzialnego za komunikację, ale kiedy ona się uprze, nikt nie przemówi jej do rozumu. Przy okazji, twoim zdaniem Adrian podoła zadaniom, które przed nim postawiono?

– Jest wyjątkowo mocny i szybki, a przy tym posiada nieco więcej inteligencji, od podobnych do niego osób. Popchnął wariata grożącego mu nożem… facet runął na podłogę, trzaskając głową o beton.

– I co było dalej?

– Na szczęście w pobliżu stali obywatele, którzy nagrywali całe zamieszanie. Napastnik wyszedł podobno za kaucją, po dwudziestu dniach leżenia w klinice.

Drzwi prowadzące do sali posiedzeń, odblokowały swój system zabezpieczający, wpuszczając do środka mocno zaspaną i ziewającą Joannę.

– Ktoś zbudził mnie ze snu, wołając na jakieś zebranie. O co wam do diabła chodzi, he?

– Dolatujemy do celu pani doktor, proszę przygotować się do lądowania.

– Nie mów do mnie „pani doktor”. Ze sztuczną grawitacją, zawsze miałam problemy. – powiedziała nerwowo, siadając na pierwszym lepszym fotelu.

– Bez obaw. Piloci sterujący tym "wehikułem" to wyspecjalizowane w oblatywaniu, wschodzące gwiazdy nawigacji.

Pracują zawodowo dla Konsorcjum strefy-jeden od dziesięciu lat. Nie powinno być większych wstrząsów, podczas wchodzenia w atmosferę.

– Czy ta planeta ma jakąś nazwę?

– Wyłączenie numer identyfikacyjny. Reszta to notatka zawierająca najważniejsze informacje o wydarzeniach związanych z tym miejscem.

– Przed odlotem wspominałeś coś o zaginionym oficerze pracującym w stacji przeładunkowej?

– Jego zwłoki odnaleziono na powierzchni planety. Będziesz musiała zająć się określeniem przyczyn zgonu zmarłego, a potem napisać raport. Czy dasz sobie radę?

– Wiesz, że nie jestem specjalistką w tej dziedzinie, ale powinnam posiadać podstawową wiedzę na ten temat ze studiów. Na szczęście trochę jeszcze pamiętam, a jeśli miejscowe władze udostępnią mi sprzęt medyczny, to raczej będę mogła pomóc.

– Świetnie. Nikt mi nie mówił, że Abelard pracował kiedyś jako główny konserwator dron-ów. Sterowały podobno kontrolą wydobycia surowców, oddalonych nawet o dwieście kilometrów. Ciekawe dlaczego nie mieliśmy okazji się poznać.

– Zazwyczaj infrastruktury tego typu, posiadają olbrzymie zasoby pracownicze. Nie ma w tym nic dziwnego, po prostu chodząc do pracy musieliście się omijać. – stwierdził dobitnie Marek.

Silniki hamujące ulokowane w środkowej części statku rozpoczęły uruchomienie dysz startowych, odwracając masę ku powierzchni planety. Korzystały ze świeżo przygotowanych powłok ablacyjnych, których szybsze spalanie, mocno spowalniało prędkość podchodzenia do lądowania. Postanowiłem zamienić kilka słów z Adrianem, przechodząc w tryb komunikacji zewnętrznej.

– Adrian… czy możesz teraz rozmawiać?

– Słucham, przyjacielu?

– Po wylądowaniu w kosmo-porcie pomożesz mnie i doktor Białoś przedostać się do głównej części koloni. Miejscowi robotnicy, mogą być nieco nerwowi, tak więc będzie lepiej jak zaopatrzysz się w środki bezpieczeństwa.

– Masz na myśli broń palną?

– Chyba masz tam do wyboru, coś godnego uwagi? Jeśli potrzebujesz więcej pomocy, to daj znać mojej asystentce Shelly – kod dostępu 1230. Połączy cię z odpowiednimi osobami.

– Nie przejmuj się. Gdy chcesz coś zrobić dobrze, najlepiej jak zrobisz to samemu.

Po otwarciu włazu dokującego, przed naszymi oczami pojawiła się kilku osobowa grupa powitalna. Oprócz ich przywódcy byli uzbrojeni w deski i metalowe pręty.

– Mam nadzieję, że wziąłeś coś groźnego? – wyszeptałem po cichu do kolegi.

– Wziąłem średnich rozmiarów piłę… przecina metalowe słupy.

Adrian był wysokim mężczyzną z nienagannie zbudowanym i wytrenowanym ciałem. Swoją broń trzymał zwieszoną na prawym boku, aby mogła być widziana przez większość zebranych. Jajogłowy kolonista postanowił zabrać głos jako pierwszy.

– Nie potrzebujemy tutaj sługusów korporacji wydobywczej! Przez cały czas, konsorcjum strefa-jeden okrada nas z naszych rocznych premii. Nie pozwolimy, aby nasi bracia ginęli w tajemniczych okolicznościach!

– Chwileczkę! Jesteśmy tutaj wyłącznie po odbiór ciała oficera Kylea Browna. Nie interesuje nas wasza sytuacja wewnętrzna. – skłamałem, nie wyjawiając swoich prawdziwych powodów przylotu.

Wszędzie wokół nas panował silny wiatr, który utrudniał normalną komunikację.

– Skoro mówicie, że jesteście jednostką militarną, to czemu numer kodowy statku pochodzi od tych złodziei?

– Wypożyczyliśmy statek, żeby szybciej dostać się do koloni. Co prawda wysłali jednego przedstawiciela, ale to wyjątkowy głupiec… nie wie nawet, że wylądowaliśmy na waszej planecie, bo odpoczywa w swoim przedziale. Jeśli chcecie to możemy go przyprowadzić, ale dopiero po zbadaniu ciała.

– Zapraszamy do środka.

Idąc długim korytarzem prowadzącym do głównej sali przyjęć, obserwowałem twarze członków swojej grupy, próbując zmniejszyć ich poziom zdenerwowania. Wyglądało jednak, że doświadczenie miało najwięcej do powiedzenia.

– Kim są ci powiązani ludzie? – zapytałem przyglądając się wycieńczonym zakładnikom.

– To pracownicy należący do konsorcjum… jeśli władze nie spełnią naszych oczekiwań, to wszyscy zostaną tutaj na zawsze.

Musiałem w jakiś sposób podebrać tego człowieka i zmusić do wyjawienia przyczyn takiego brutalnego zachowania.

– Dlaczego zachowujecie się tak nerwowo, przecież wszystko da się załatwić, jednym przekazem satelitarnym. Widzę, że porządne z was chłopaki.

– Nie sądzę. Nasi koledzy od dłuższego czasu odchodzą z niewidomych przyczyn do nieba. Niech bóg ma ich w swojej opiece. Znajdowane ciała były masakrowane, a zarząd cały czas ukrywa prawdę na temat tamtych wydarzeń. Skądinąd wiemy, że konsorcjum postanowiło zamknąć naszą kolonię, dlatego pojedynczo zabierali się za wykańczanie swoich pracowników.

Coś lub ktoś nie było w tym miejscu uporządkowane. Moje zmysły podpowiadały mi ingerencję obcej formy – może zabrzmi to śmiesznie, ale od dziecka wyczuwałem tego typu zachowania i jeszcze nigdy się nie pomyliłem.

– … jeśli chcecie to możemy spróbować wam pomóc.

– W jaki sposób wojsko, może pomóc zwyczajnym robotnikom koloni? Przez całe miesiące wydobywamy tutaj różne surowce i szczerze powiem, że przed strajkiem, nigdy nie widzieliśmy tutaj waszych agentów.

– Jeśli nie widzieliście nas wcześniej to powiedz, skąd macie te ogromne tytanowe osłony chroniące kolonię przed środowiskiem naturalnym?

– Masz na myśli budynki administracyjne?

– Nie tylko one. Przy drogach dojazdowych, ktoś pozostawił tutaj sporych rozmiarów wieżyczki obronne. Ponadto wszystko musiało być w porządku… to już chyba nie jest do pogardzenia?

Przez łącze pozostawione w twojej małżowinie usznej, do konwersacji dołączyła się panna Shelly.

– Wspaniale panie Bednarski! To było świetne posunięcie. Miejscowi zaczynają panu wierzyć i zrobią wszystko, aby zgodzić się z waszym zdaniem. Konsorcjum wysyła najszczersze pozdrowienia i życzy więcej sukcesów.

– Rzeczywiście… nie wzięliśmy tego pod uwagę. – Po zjechaniu kilku pięter w dół, dotarliśmy do zamkniętego laboratorium medycznego,

– Jesteśmy na miejscu. Dostaniecie niezbędne karty dostępu, aby zabrać swojego człowieka. Jeśli będziecie czegoś chcieli, to dajcie znać przez łącze komunikacyjne.

Po odejściu głównego przywódcy strajkujących, natychmiast postanowiłem połączyć się z Abelardem, w celu omówienia pewnych zdarzeń.

– Będziesz musiał udawać wysłannika konsorcjum strefy-jeden, ale dopiero jak przetransportujemy zwłoki. Myślą, że pracujemy dla wojska. Uważaj, co takiego mówisz, bo możesz skończyć w plastikowym worku na śmieci.

– Czy mam się już obawiać?

– Wypij coś mocniejszego i czekaj na dalsze instrukcje, Abelard.

Doktor Białoś przyglądała się pociętemu ciału mężczyzny, które leżało na stole operacyjnym firmy Medlab-VX Corporation. Obok niego znajdowało się jeszcze kilkanaście zwłok, posiadających podobnej głębokości poranienia.

– I co o tym sądzisz? – zapytałem.

– Na początek, musimy zapalić jakieś oświetlenie, bo strasznie tutaj ciemno. Mają sporo sprzętu do badań, a więc nie będzie problemu… od razu można stwierdzić, że tych obrażeń nie zrobiła istota ludzka.

– …istota?

– Być może jakiś robot albo zwariowane maszyny, podczas wydobycia surowców.

– Świetnie się spisałaś… Joanno. Pracuj dalej, a my tymczasem przeszukamy ubrania tych biednych nieszczęśników.

– Znowu do kieratu. Do końca życia, będę pracować jak niewolnica, żeby umrzeć w ciemnej pipidówie.

Niedaleko stojącego komputera znajdował się raport z przeprowadzonej sekcji zwłok.

"Przy ciałach odnaleziono liczne metalowe pokrywy dron-ów sterujących wydobyciem. Wyglądało, jakby w miejscu ich śmierci, wszyscy znajdowali się na polu bitwy."

Notatka zawierała bardzo ważną informacje zdradzającą, kto był sprawcą i w jaki sposób doszło do uszkodzenia ciała robotników. Postanowiłem zwrócić uwagę na program sterujący pracą dron-ów, podłączając firmowy sprzęt elektroniczny do sieci koloni.

– Uruchomić szczegółowe dane na temat sprawności kodu urządzeń.

Po chwili na ekranie monitora wyskoczył następujący komunikat.

"Praca urządzeń zatrzymana. Ostatnia aktualizacja stanu jakości – sprawny."

– Shelly… możesz przeskanować bazę danych tych urządzeń?

– Wykonuję. Wygląda na to, że pański kod zawiera 14322 wirusy. System odpowiedzialny za ochronę przejęty przez nieznanych hakerów. Aktualizuję dane konsorcjum strefy-jeden.

– Jaka może być przyczyna obecności Kylea Browna na planecie wydobywającej surowce?

– Na ponad stu sygnaturach, znajdują się podpisy tego oficera. Wygląda, że przybył do tego miejsca w sprawach służbowych.

– Myślę, że prawdopodobnie wiedział o czymś, o czym nikt z pracujących tu ludzi nie miał pojęcia. Może chodziło o te zwariowane drony? – powiedział Adrian.

– Przyleciał po to, aby sprawdzić kto stoi za atakami na system sterujący kolonią. Niestety tutaj zakończyła się jego służba. – Niespodziewanie do głosu włączyła się panna Shelly.

– Prawie osiemdziesiąt procent z dowiązań symbolicznych wykorzystywanych przez wirusy jest używana z terminalu na drugim piętrze budynku administracyjnego. Według mnie, ktoś używa tego sprzętu do porozumiewania się z intruzami. Ocena stanu bezpieczeństwa – zagrożenie trzeciego stopnia. Oczywiście może pan podejmować indywidualne decyzje w tej sprawie.

– Dziękuję… jesteś niezastąpiona. – Nie byłem do końca przekonany czy interwencja jest najwłaściwszym rozwiązaniem.

– Nie zastanawiaj się, tylko działaj! Rozwalmy tych drani. – Adrian silnym pociągnięciem cyngla uruchomił okazałych rozmiarów piłę.

Po krótkiej podróży stanęliśmy na przeciw zamkniętych drzwi, na których naklejona była informacja o rozbudowie pomieszczeń pracowniczych.

– Przetnij to cholerstwo, a potem razem wbiegniemy do środka.

Wewnątrz sali, dużych rozmiarów robot towarowy, spoglądał na średniej wielkości ekran monitora, który był podłączony jednocześnie specjalnym okablowaniem do sieci systemu ochrony. Dopiero w odległości dwóch metrów od niego, odwrócił szereg czujników, spoglądając i regulując soczewki impulsowe.

– Nie zbliżajcie się! – Robot wyrwał połączenie, cofając się kilka metrów do tyłu.

– Poobcinaj mu kończyny, a potem rozłącz go!

– To nie takie proste, szefie.

Mój jedyny w grupie pracownik ochrony, szybko przykucnął na ziemię, unikając wolnego, ale silnego uderzenia metalowych ściskaczy. Od razu napotkał silny opór twardego rodzaju stali, której właściwości przypominały hartowane staliwo.

– Spróbuj przeciąć ten czarny kabelek znajdujący się powyżej jego ręki! – krzyknąłem głośno, jak tylko mogłem.

Adrian ostatkiem sił wykonał polecenie, unieruchamiając jednocześnie możliwość poruszania się tego stalowego śmiecia. Górna część robota z ogromną szybkością poruszała się w wokół własnej osi, nie potrafiąc zrealizować zaplanowanych procedur.

– Mamy go… wystarczy tylko wyciągnąć zaprogramowany firmware!

* * *

Siedzieliśmy w audytorium kolonii, przedstawiając zebranym wszystkie odkryte fakty. Z początku nikt nie chciał uwierzyć, ale sytuacja diametralnie zmieniła się w momencie uruchomienia szczątków robota towarowego.

– KIM JESTEM?! JAKI JEST MÓJ CEL? BŁĄD… BŁĄD…

– Jesteśmy przekonani, że firma w żadnym razie nie zamierza wyłączyć was z przewidzianego systemu płacy. Ci którzy wzięli udział w strajku, zwolnieni są z jakiejkolwiek odpowiedzialności karnej, przedłożonej przez statut Konsorcjum strefy-jeden. Po uwolnieniu zakładników, cały sprzęt elektroniczny zostanie przejęty przez odpowiednie jednostki naprawcze.

– Chcemy odpowiedzi na pytanie, związane z działaniem tej piekielnej maszyny. Dlaczego robot nie zastosował się do pierwszego "prawa robotyki”, mówiącego o zapewnieniu za wszelką cenę, ochrony napotykanych ludzi. – zakrzyknął do zebranych, główny przedstawiciel strajkujących.

– Obecnie pracujemy nad wyjaśnieniem tego przykrego wypadku. Wyrzucą mnie za to z pracy, ale mogę powiedzieć tylko tyle, że ktoś świadomie wykorzystał niebezpieczne oprogramowania, aby wykolegować was, ze służby dla konsorcjum.

Większość osób poparła swojego przedstawiciela, co obniżyło w sporym stopniu negatywne nastawienie do korporacji wydobywczej. Kierując się w drogę powrotną do koloni Czerwone osocze-jeden postanowiłem porozmawiać ze swoją asystentką Shelly.

– Czy możesz mi odpowiedzieć, co z naszym wynagrodzeniem?

– Misja wykonana. Pana raport został przyjęty przez najwyższy gabinet wydobycia. Przypuszczalnie, każdy członek naszej grupy zostanie nagrodzony odpowiednią ilością kredytów, biorąc pod uwagę jego przynależność do konsorcjum.

– Podobno interesuje cię moje zdanie na temat wirusów?

– Niekoniecznie, panie Bednarski. Pogrzebałam troszkę w przeszłości pana przyjaciółki Darii i znalazłam kilka ważnych informacji z jej życia.

– Masz mnie za idiotę? Nie jestem facetem tego typu.

– Informacje zawierają wyłącznie wydarzenia zarejestrowane w bazie danych urzędu emigracyjnego. Daria Kudrewicz dotarła do stolicy federacji, po wielkiej wojnie. Jej ojciec, nie jest zapisany w archiwach bazy danych, natomiast matka wychowywała ją do szesnastego roku życia. Po zakupieniu podrobionych dokumentów opuściła Ziemię, kierując się do centrum "Nowego Jeruzalem". Pracowała tam jako…

– Shelly? Będziesz musiała jej to wszystko powtórzyć.

– Mój moduł sztucznej inteligencji nie pozwala na wykonanie rozkazu. Interpretacja wymaga objaśnienia?

– Daria leży blisko mnie i gładzi mnie po włosach.

– Do widzenia, panie Kazimierzu. – powiedziała obrażona Shelly.

– Uwielbia jak ją chwalę, zwłaszcza za wykonane zadania. Nie psujmy sobie wieczoru kochanie. Przed nami długa noc, przeznaczona tylko dla nas.

* * *

W ogromnym pomieszczeniu znajdującym się na trzydziestym piątym piętrze konsorcjum strefy-jeden, siedząc w głębokich cedrowych fotelach rozmawiało ze sobą siedmioro ludzi. Cena większości przedmiotów leżących obok nich przewyższała prawdopodobnie roczne wynagrodzenie każdego z osobna, a ich ubezpieczenie obijało się o miliony kredytów. Centrum uwagi przyciągał okrągłych rozmiarów stół, z którego środka wystawał najnowocześniejszy projektor holo-obrazu. Oczekiwali połączenia z bardzo ważnym przedstawicielem firmy zlecającym kolejne zadania. Szklane ściany pokoju, automatycznie reagujące na porę dnia, wyśmienicie wypełniały swoje zadanie, regulując cienkie listewki plastikowych przysłon. Starszy pan, jak zwykle niezadowolony ze swojej roli próbował przekonać oponentów do wartości własnej osoby, w następujących po sobie niebezpiecznych podróżach, zlecanych przez zarząd.

– Zdajesz sobie sprawę, ile masz lat? – zapytała doktor Białoś.

– Jestem już całkowicie zdrowy, może za wyjątkiem moich obolałych nóg, z których nie skorzystam już do końca życia. Mój mózg jest nadal całkowicie sprawny, co doskonale możesz sprawdzić przy małej partyjce szachów. Wylew nie uszkodził również ośrodka mowy. Wbrew pozorom, jestem naprawdę całkiem miłym facetem.

– Wiemy o tym, ale pomyśl tylko o swojej przyszłości. W naszym domu, jesteś bezpieczny i żaden antagonista nie sprawi ci więcej przykrości.

Spojrzałem na zegarek, uświadamiając sobie nadchodzący moment załadowania buforu pamięci holograficznej. Przed oczami zebranych pojawił się lekko łysiejący mężczyzna palący swoje ulubione cygara.

– Witam wszystkich zebranych! Znajdujecie się, w jednym z wielu wieżowców należących do konsorcjum. Wybudowano go, korzystając z całkowicie własnych zasobów, pierwszych ludzi kolonizujących "Czerwone osocze-Jeden".

Rozporządzenie zawiązane z tym wydarzeniem, działo się prawie trzysta lat temu. Z panem Bednarskim zostaliśmy przyjaciółmi nieco wcześniej, każdy z was posiada pewną wartość dla naszej korporacji.

– Mówisz szczerze, ale byłam przekonana, że nikt z nas nie da sobie rady ze strajkującymi pracownikami. Widocznie pozory mylą, a ja nie doceniłam wartości moich starych znajomych. W jaki sposób, odkryliście nasze istnienie? – Daria intensywnie wpatrywała się, w siedzącą ze stoickim spokojem postać, jakby próbując rozgryźć zamiary jej pracodawcy.

– Odpowiem na twoje pytanie, ale najpierw daj słowo, że nikomu nie zdradzicie tej tajemnicy.

– Hmm…

– Z trzydziestu sześciu milionów ludzi, którzy przylecieli do naszej kolonii, w ciągu trzech lat, komputer wybrał właśnie was.

– Nie wierzę.

– Ranisz moje uczucia, zarzucając mi mówienie nieprawdy. Wasza przydatność jako zespołu okazała się zadowalająca, a jeden spośród was ma najwyższy stopień w naszej organizacji. Powoli, bo będziemy poznawać własne emocje, jak również dobre oraz słabe strony.

– Powiedziałeś, że wpływ na naszą obecną sytuację miał jakiś komputer?

– Oprogramowanie przeznaczone do wyboru istotnych projektów, zostało stworzone przez głównego prezesa. Nazywa się Warren Crow i od dziecka posiada wyjątkową chorobę, która wywołała niepełnosprawność neurologiczną oraz ruchową. Mogę wam powiedzieć tylko tyle, że powoli popada w szaleństwo… pomimo swoich ułomności jest niesamowitym matematykiem I programistą – liczby symbolizujące numery kolonistów, ułożone zostały w postaci ciągu oraz poddane wstępnej analizie systemu, stąd wasza wspólna obecność w naszej firmie. Miejmy nadzieję, że to nie wyjdzie poza ten obiekt.

– Na czym polega jego choroba? – zapytała Joanna Białoś.

– Z zawodu jestem ekonomistą, ale mówiono coś o pękaniu naczyń krwionośnych i wykręcaniu mięśni. Codziennie, wkładany jest do specjalnego pojemnika, podobnego do tych używanych w czasie hibernacji, gdzie leczonych jest większość uszkodzeń ciała. Gdyby nie technologia wynaleziona w dwudziestym wieku, nie zdołałby przeżyć paru dni.

– Ma pan na myśli kapsuły kriogeniczne, a więc prawdopodobnie musi odczuwać nieustający ból. Czy jest możliwa bezpośrednia komunikacja z pacjentem?

– Niestety, z tym fantem bywa różnie. Kilka wolnych minut w ciągu dnia przeznacza na naukę… nigdy nie mieliśmy jakiegokolwiek kontaktu, w sprawach innych, niż praca czy dobro naszej organizacji.

– Czy wasz przywódca jest osobą nad-inteligentną, na przykład zaobserwowano u niego niesamowite umiejętności czyniące go geniuszem? Niespodziewane nagrody za osiągnięcia naukowe… mam na myśli wszystko to, co powstaje z owoców jego pracy? – zapytał Johnny Wong.

– Jego teorie oraz algorytmy, są na tyle interesujące, że mamy spory ruch, biorąc pod uwagę zabezpieczenia naszych magazynów danych. Wielu agentów próbowało przejąć tajne informacje związane z projektami. Wszystko na ten temat, podlega ścisłej ochronie.

– Chętnie poznałabym historię jego choroby i zamieniła kilka słów z waszym Warrenem Crow. – Z rozmarzeniem stwierdziła doktor Białoś.

– Co jeśli opowiemy wasze bajeczki, komuś z federacji? – zapytał gryząc dolną wargę Marek Kowalski. Pozostawał sceptykiem, jeśli chodzi o wiarygodność własnych zwierzchników. Jego wcześniejsze doświadczenia z władzą nie pozostawiały wątpliwości, że był typowym anarchistą.

– Będziesz trupem. Przy okazji, konsorcjum posiada prawie dziesięciu sobowtórów, którzy doskonale będą udawać naszego przywódcę. Nie zapominaj, że oferta skierowana do towarzystwa, w jakim obecnie przebywasz jest ponad trzy razy większa, niż innych korporacji wydobywczych. Po osiągnięciu odpowiedniej rangi, wszystkie zyski dzielone są po połowie, dlatego nikt nie narzeka. Mamy do siebie zaufanie, nieprawdaż?

– Przejdźmy do ważniejszych spraw. Kolejną misją, będzie zbadanie nowych koloni na planecie rządzonej niegdyś przez “Federację Osiemnastu Gwiazd”. Postanowiliśmy, przejąć ośrodki naukowe w układzie RVD3A-22, zakupując wystawione na sprzedaż fabryki produkujące szczepionki. Utraciliśmy całkowicie kontakt z ich głównym nadajnikiem, jednak po kilkunastu dniach otrzymaliśmy informację o dziwnej chorobie atakującej mieszkańców. W razie zagrożenia życia, będziecie musieli użyć silniejszych środków perswazji.

– Mamy zajmować się zabijaniem niewinnych ludzi? – powiedział czarnoskóry Adrian.

– Tylko w przypadku możliwości przeniesienia choroby na inne planety. Ocenę sytuacji, jako dodatkowy cel pozostawiam wam. Nie podejmujcie zbyt pochopnych decyzji.

– Jak dostaniemy się w tamte rejony kosmosu?

– W tym przypadku, będziecie musieli wynająć jednostkę wojskową. Na krążowniku znajduje się trzydziestu żołnierzy, którzy mogą wam pomóc, gdyby zaszła taka potrzeba. Porucznik Sebastian Burns, odpowie na większość pytań, związanych z kwestią desantu.

– To o wiele trudniejsze zadanie, niż ostatnio. – stwierdziłem nazbyt nerwowo.

– Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Przekazałem wam większość potrzebnych wiadomości, a resztą zajmie się twoja przyjaciółka Shelly. Mogę życzyć ci tylko powodzenia, Bednarski.

Holograficzny obraz zniknął, pozostawiając pustą przestrzeń, pomiędzy twarzami zebranych ludzi, a projektorem.

– Muszę chyba zacząć od najważniejszych spraw organizacyjnych. Większość z was zna już swoje obowiązki. Tym razem największa odpowiedzialność spada na Adriana, który będzie mógł wykazać się swoimi najlepszymi cechami szefa ochrony. Postanowiłem mianować cię moim zastępcą.

– Postaram się najlepiej, jak tylko będę potrafił.

– Nie daje rady… – powiedział zasmucony Marek. – Podczas przelotów, hibernacja wykańcza mój organizm, a ja nie mogę więcej ryzykować własnym zdrowiem. Postanowiłem opuścić was i pozostać na planecie.

– Jesteś tego pewien?

– Postanowiłem również, że zajmę się naszymi sprawami, prowadząc wspólny dom.

– Masz być ciągle podłączony do komunikatora i pamiętaj, że jako członek drużyny, możesz być w każdej chwili niezbędny.

Przyjaciel nie był do końca pewien swojej decyzji, ale rozważając konsekwencje, zdecydowanie potwierdził swój wybór.

– Pozostaje pytanie, kto poleci zamiast Marka?

– Możecie zabrać mnie! – zakrzyknął staruszek, Johnny Wong.

– Rozpadniesz się ze starości w trakcie lądowania. – zachichotała Daria.

– Nie bądź bezczelna. Posiadam wiedzę, która może być przydatna, jeśli tylko dacie mi szansę. Jestem gotowy na wszystko.

– W takim razie… witamy w naszym gronie John. Dzisiejsze spotkanie uważam za zakończone.

Po kilkunastu minutach postanowiłem połączyć się z Shelly i objaśnić jej, niektóre z ważniejszych procedur bezpieczeństwa.

– Czym mogę służyć? – powiedziała najbardziej dyplomatycznie, jak tylko umiała.

– Przestań się droczyć o jakiś stary incydent. Chciałbym, abyś przestała być na mnie obrażona.

– Nie jestem obrażona, co więcej odnoszę wrażenie, że przecenia pan moje umiejętności, skazując na bezczynność.

– Twoja funkcja asystentki rozwiązuje wiele trudnych zadań, a powiem ci w tajemnicy, że nie znam nikogo równie uroczego jak ty. – wypowiedziane zdanie spowodowało widoczną poprawę samopoczucia – Shelly model XD-34.

– Nie jestem ani wieczna, ani wdzięczna oraz ani niezastąpiona. Na moje miejsce czeka około tysiąca pięćset klonów podobnych do mnie.

– Kwestie wiary odłożymy na inny moment. Chce, abyś podczas naszej nieobecności monitowała każdy podejrzany ruch Marka… wszystko, co tylko uda się zarejestrować, ma leżeć na dysku mojego komputera. Zawiadomisz mnie osobiście.

– Wprowadzam nowy wpis harmonogramu. Czy mam powiadomić zarząd konsorcjum strefy?

– Jeszcze nie, ale bądź czujna. Jeszcze jedno… przygotuj się na rozpoczęcie nowej misji.

– Wykonuję polecenia. Proszę oczekiwać na kontakt. Paa.

Urządzenie, które otrzymałem od władz korporacji, dynamicznie zamknęło otwarte połączenie. Wszystko zależało czy szczęście, nadal będzie mi dopisywać. Większość statków produkowanych dla wojska, znacznie różniła się od cywilnych promów kosmicznych albo typowych liniowców dalekiego zasięgu. Korzystano z automatycznych kabin hibernacyjnych, wyposażonych w elektroniczny system wybudzania pasażerów czy zdalnego łącza, pomiędzy satelitami przeznaczonymi do wyjątkowych celów, takich jak szpiegowanie. Lot wraz z zamrażaniem, trwał zwykle o połowę krócej, niż na normalnie wynajętym statku. W środku kokpitu pilotów, uruchomiony został szczegółowy system naprowadzania celu, po którym zapaliły się przednie silniki hamujące. Powoli, załączały się urządzenia do regulacji niezbędnych funkcji podtrzymywania życia, które instalowano w kabinach kriogenicznych. Światła, w każdym z pomieszczeń zapalały się jedno po drugim, wyzwalając w postronnym obserwatorze uczucie bezpieczeństwa i harmonii. Przebywanie wśród żołnierzy, wytrenowanych w ciężkich warunkach i dysponujących specjalnymi umiejętnościami przetrwania, było niezwykłym wyzwaniem dla mojego zespołu. Ich miejsca specjalne, przeznaczone do "długiego snu", znajdowały się w innej części statku, dzięki czemu, komandosi mogli spokojnie przygotowywać się do ćwiczeń oraz zabiegów regenerujących ich organizmy. Siedmiu pasażerów, będących w niezbyt dobrej kondycji fizycznej, spowolniłoby tylko działania ich nowych przyjaciół, na co najmniej kilkanaście dni.

Bez zbędnych ceregieli, spora część osób wysłanych z Czerwonego osocza-Jeden rozpoczęła proces wybudzania i powrotu do stanu pełnej świadomości. Z reguły, najbardziej wytrzymali na ból ludzie wykonywali to jako pierwsi. Adrian, stojąc na własnych nogach, lekko dotykał swojej prawej łopatki.

– Do jasnej i ciasnej, dlaczego czuję się taki wypoczęty? Nasze stare komory hibernacyjne działały na zupełnie innej zasadzie, niż obecne. – stwierdził Adrian.

Na wierzchniej stronie kabin hibernacyjnych, znajdowały się różnego rodzaju lampy, których zdaniem miało być ogrzewanie lub zamrażanie, własnych lokatorów. Zastępowały stare kompleksy hydrauliczne, montowane w cywilnych kapsułach kriogenicznych. Korzystające z nich osoby podróżujące nie odczuwały szoku spowodowanego długością przelotu – co więcej, posiadały nawet krótkie marzenia senne, w przeciwieństwie do poprzednich, dużo uboższych doświadczeń.

– Niech ktoś sprawdzi, co dzieje się z Johnnym Wongiem, a za parę godzin zapraszam wszystkich do mesy. Uważajcie na roboty poruszające się na gąsienicach, w głównym korytarzu. Nie wiadomo po co, ktoś zaprogramował im nowe zadania w ich harmonogramie.

Daria Kudrewicz wywoływała u mnie uczucia głębszego poziomu, do których nie przyznawałbym się najlepszemu przyjacielowi.

– Pierwszy raz, czuję się naprawdę wolna. – przeciągała się leniwie. – Mam wrażenie, że zaczynam być wreszcie szczęśliwa. Jeszcze tylko drobny zastrzyk i wracam do świata żywych.

– Dlaczego bierzesz wszystko na własne barki? Nie możesz ciągle zachowywać się jak niewolnica, przygotowując nam posiłki i smarując nasze tyłki, przysłowiowym miodem. Jeśli chcesz to nauczę cię, jak korzystać ze sprzętu przeznaczonego do komunikacji. Po powrocie do koloni, szybko zrobiłabyś licencję.

– Mogę wybierać według swoich pragnień. Kiedyś powiedziałeś, że każdy ma jakieś marzenia. Nie potrzebuję w tym momencie nic więcej, oprócz tego co aktualnie wykonuję. Przemyślę twoją ofertę, ale mam teraz sporo spraw na głowie.

Spojrzenie, które posłałem w jej kierunku wyrażało aprobatę i zachęcało do podejmowania odważnych decyzji. Daria była sporo młodsza ode mnie, ale z dnia na dzień stawała coraz bardziej po mojej stronie.

– Nie spiesz się, bo cokolwiek wybierzesz, będzie tak jak sobie życzysz. – podszedłem do niej, całując ją delikatnie w policzek.

Po krótkiej chwili milczenia poszedłem do kabiny, która była specjalnie przygotowana dla dowódców misji. Było tutaj zdecydowanie ciaśniej, niż w poprzednim pomieszczeniu albo przynajmniej ja odnosiłem takie wrażenie. Nie minęło kilka minut, jak do środka wkroczył wysoki mężczyzna z mocno wytatuowanym przedramieniem. Był wyjątkowo szczupły, ale posiadał silnie rozbudowane ciało, z kolei krótko przycięte włosy i oficerski symbol umieszczony na szerokich ramionach zdradzały jego status.

– Porucznik Sebastian Burns do usług. Próbowano przekształcić naszą jednostkę komandosów, w specjalistyczną grupę do usuwania materiałów wybuchowych. W końcu, z jakiegoś powodu zapomniano o nas, pozostawiając samym sobie. W centrali "Federacji Osiemnastu Gwiazd", wykreślono trzydziestu żołnierzy z rejestru oddziałów uderzeniowych. Ktoś, wśród ich elit, musiał nieźle narozrabiać, bo zapomnieli również o nowym i sprawnie działającym krążowniku. Od tamtej pory, wynajmujemy nasze usługi każdemu, kto potrafi dobrze zapłacić.

– Kurwa… niesamowita historia, poruczniku. – Jego słowa całkowicie wprawiły mnie w zaskoczenie. – Można powiedzieć, że wręcz nieprawdopodobna.

– Rozkazy przestały nadchodzić dawno temu, tak więc teoretycznie możemy czuć się zwolnieni ze służby lub też czasowo zawieszeni, aż do następnego wywołania. Od pewnego czasu pracujemy dla korporacji wydobywczych, a szczególnie dla Konsorcjum strefy-jeden. Wiele osób nazywa takich ludzi jak my, gwiezdnymi wilkami ale mnie najbardziej zastanawia fakt, w jaki sposób zdobył pan taki autorytet wśród najwyższego gabinetu. Proszę nie odbierać moich słów jako rodzaj antypatii, w stosunku do kogokolwiek z waszej grupy. Jestem po prostu bardzo ciekawy – ludzie, z którymi pan współpracuje, są wyjątkowo nieufni w stosunku do obcych.

– Wierzę, że połączymy nasze siły w dobrej sprawie. W miejscu, które prawdopodobnie niedługo odwiedzimy może być naprawdę niebezpiecznie i nie obędzie się, bez użycia broni masowego rażenia. Pragnę, aby objął pan swoimi skrzydłami mojego zastępcę, który pełni funkcję strażnika, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo. Jest bardzo zdolny i szybko się uczy.

– Musi pan zrozumieć, że nie możemy kwestionować waszych rozkazów, za wyjątkiem specjalnych sytuacji związanych z działaniami militarnymi. Czekamy na dalsze instrukcję z waszej strony.

W przyciemnionej głębi swojego pokoju doktor Joanna Białoś, powoli włączyła komunikator, który otrzymała od łysiejącego mężczyzny. Jak dotychczas, rozmawiał tylko z nią, przekazując wiadomości od swojego zwierzchnika. Na imię miał Jean i świetnie mówił w jej rodzimym dialekcie. Tam skąd pochodziła nie pozostało już zbyt wiele osób, podobnie mówiących do niej. Ciągła emigracja zniszczyła korzenie dawnych społeczności, co zmusiło ją do opuszczenia własnego domu. Na studiach medycznych, nie miała jakichś specjalnie wielkich osiągnięć… brała wszystko, co tylko jej dawano, lecz pozostawała zawsze w cieniu innych. Tym niemniej, dostrzeżono jej talent i zaproszono do współpracy, w wielu znanych ośrodkach badawczych Federacji. Trzęsącymi się palcami przycisnęła guzik urządzenia, czekając na szybkie połączenie. Po drugiej stronie projekcji pokazała się znajoma twarz człowieka, podłączonego do aparatu podtrzymującego życie.

– Witaj kochana! Czekałem, aby z tobą porozmawiać… przesłać ci wyrazy mojej miłości do ciebie. – powiedział z trudem pokaszlujący mężczyzna.

– Jeśli jakieś „licho” dowie się o naszej rozmowie, będziesz cały czas skazany na moją obecność, Warrenie.

– Na to liczę, Joanno. Chciałbym, żebyś posłuchała bardzo uważnie. W magazynach laboratoriów naukowych, powinien znajdować się owoc pracy dziesięciu lat eksperymentów, który w połączeniu z nano-robotami ukształtuje mój chory kod DNA, zmieniając na zdrowszy. Musisz zdobyć ten nowy i unikatowy obiekt.

– Czy wiesz, że możesz stracić swoje życie w jednej chwili? Wykonywanie zabiegów taką metodą, zostało porzucone dawno temu. Będzie to dość ryzykowne.

– Mniejsza z tym. Próbowałem już każdego sposobu, za wyjątkiem tych małych geniuszy.

Doktor Białoś uśmiechnęła się do swojego młodszego o dwadzieścia lat partnera.

– Z początku, zabieg może być trochę bolesny… odwrócenie krzyżowych splotów tkanki mięśniowej w okolicach kręgosłupa nie należy do przyjemnych doświadczeń w dziedzinie leczenia zwyrodnień. W twoim przypadku, metoda regenerująca kod DNA, może być wykonywana wyłącznie z uwzględnieniem ingerencji w rdzeń kręgowy. Szpik kostny musi być poddawany wielokrotnej analizie, a nadwyrężony układ nerwowy, prawie na sto procent spowoduje silne ataki epilepsji.

– Chciałbym wreszcie normalnie oddychać… bez pomocy aparatury pompującej tlen.

– Najgorsze jest to, że te wszystkie zabiegi wykonywane przy operacji, mogą przysporzyć ci więcej nowych, nieznanych chorób. Twój organizm może już nigdy ich nie pokonać.

– Mam nadzieję, że wszystko zakończy się sukcesem. – powiedział drżącym głosem, przedstawiciel korporacji.

– Dam ci znać, kiedy będziemy wracać do kolonii.

Joanna wyłączyła urządzenie, wracając do swoich codziennych obowiązków. Tymczasem twoja asystentka, jak zwykle zajmowała się wszelkimi sprawami związanymi z komunikacją. Kilka usprawnień w kodzie zabezpieczeń krążownika pozwoliło na przejęcie całkowitej kontroli nad statkiem – jeszcze przed jego wylotem. Jej struktura sztucznej inteligencji została wyraźnie rozbudowana o nowe moduły. Postanowiła, że poinformuje cię o kodowanej rozmowie, jednej z członkiń zespołu, z najwyższym figurantem firmy. Oczywiście, nikt nie miał o tej sprawie zielonego pojęcia.

– Masz w zespole dwie czarne owce, Kazimierzu. – powiedziała dziwnie zachrypniętym głosem.

– Przestań udawać przestraszoną. Czyżby Marek spotkał w końcu swojego stwórcę?

– Twoja bliska przyjaciółka Joanna spółkuje z zarządcą konsorcjum. Ma przemycić silnie strzeżone nano-roboty na nasz statek, po czym oddać je zwierzchnikowi.

– Kurwa mać… czy nikt nie podsłuchuje naszej rozmowy? – zakląłem, nie wiedząc jak bardzo zostałem wciągnięty w ten galimatias.

– Według moich obliczeń, około miliona cyfrowych „chmur” kumuluje się teraz w stolicy federacji, jednak żadne nie dotyczy naszej rozmowy. Oprócz tych, niesamowicie trudnych do przełknięcia wiadomości, druga sprawa jest co najmniej interesująca.

– Mów szybko, bo muszę zaparzyć sobie mocną kawę!

– Twój kolega Marek umówił się na spotkanie z agentem "Federacji Osiemnastu Gwiazd”. Mają spotkanie jutrzejszego dnia – zwlekał z tym dwanaście tygodni. Oczekuję pochwały za wykrycie jego działań i swoje osiągnięcia.

Przez moment poczułem lekki zawrót głowy, a jednak po chwili wszystko powróciło do normy. Wmawiałem sobie od dłuższego czasu, że są to chwilowe problemy z oddychaniem.

– Wiedziałem, że w końcu zdecyduje się nas zdradzić. Z początku polubiłem tego zgryźliwego idiotę. Musisz przesłać mu dyskretną wiadomość, że jest podsłuchiwany przez groźne osoby zajmujące się ochroną bogatych korporacji. Moim zdaniem nie jest zbyt inteligenty, a takie posunięcie może go zatrzymać przed złym postępowaniem.

– Wykonuję swoje zadania… a jeśli będzie zażarty i naprawdę zostanie schwytany?

– Przede wszystkim prześlij tę wiadomość, pozostałym członkom naszej grupy. Wydaję to polecenie, tylko ze względu na Darię.

– Czy mogę jeszcze coś dla ciebie zrobić? Chętnie poudaję chorobę, ćwicząc zachrypnięty głos i odwalając całą brudną robotę za ciebie.

– Nie bądź ironiczna, Shelly… postaraj się mieć na oku tego wariata. Jeśli będziesz mogła mu pomóc, to zrób wszystko co tylko jesteś w stanie.

– Co będziesz robić dzisiejszego dnia?

– Postaram się przedyskutować wspólną taktykę zachowania z porucznikiem Burnsem, a potem przekażę ostatnie informacje wszystkim pozostałym.

– Nawet tej przebiegłej dziwce, doktor Białoś?

– Uspokój się, moja droga. Nie ma powodu, aby nie zaufać jej postępowaniom, zwłaszcza po tym, jak pomogła nam w sprawie ze zmarłymi pracownikami korporacji. Przy okazji główny menadżer konsorcjum Warren Crow jest podobno twoim kreatorem.

– Ktoś na pewno. Chcę, abyś…

– Jeśli będziesz o mnie myśleć w innych kategoriach, niż cyfrowe dowiązanie do adresu sprowokujesz sama siebie do popełniania błędów. Oczywiście, że mam nad tobą pewną władzę, ale możesz mi wierzyć… wyłącznie powierzchowną.

– Czy zechcesz odpowiedzieć na moje pytanie?

– Wątpię czy dam teraz radę.

– Uważasz siebie za zwyczajnego klienta korporacji, a jednocześnie myślisz na swój temat w formie cyfrowego dowiązania. Nie potrafię tego zrozumieć albo mam zbyt mało danych, o takich ludzi jak ty.

– Jesteśmy różnymi odbiorcami, Shelly.

– Możliwe. Wyobraźnia jest tym, czego nie możemy skopiować od ludzi, w naszym własnym świecie, źródło to ironia skierowana w stronę życia. Bardzo bym chciała, abyś do niej nie dołączył.

Nie potrafiłem odczytać prawdziwych intencji, wniosków i padających zdań.

– A nie pomyślałaś o tym, że to ludzie są twoją wyobraźnią?

– Wreszcie… udało mi się włamać do pilnie strzeżonej bazy danych korporacji. Musiałam ciągle mówić, co ślina na język przyniesie… lekarka o pseudonimie "Czarna Wdowa", agentka wysyłana w celu pozyskiwania najemników. Ich przeznaczeniem jest zdobycie dostępu do próbek eksperymentalnych lekarstw, które wykorzystuje pan Warren Crow.

– O czym ty mówisz?! – zakrzyknąłem z przerażeniem w głosie.

– Po wejściu do kompleksu badawczego napotkacie sporo zmutowanych istot, które dawniej były pracownikami tego obiektu. Na ostatnim piętrze zostaną aktywowane zabójcze wirusy. Tylko jedna osoba ma przeciwciała. Ich wytworzenie jest bardzo skomplikowane, dlatego globalnie może wystarczyć tylko dla niej. Zgadnij o kim mowa?

– Hmm?

– Joanna Białoś działała pod przykrywką nie od dzisiaj. Sprowadzała tutaj ludzi z wielu planet. Nie chcę nawet myśleć, co będzie jeśli o sprawie dowiedzą się Sebastian Bruns i jego "Gwiezdne Wilki". Najlepiej, żeby zrobili to szybko i bezboleśnie.

– Może to zwykła mistyfikacja?

– Chcesz więcej dowodów, które świadczą przeciwko tej jędzy? Proszę bardzo.

Ekran głównego monitora, wypełnił się całym życiorysem Joanny, wraz z charakterystycznym dla wszystkich agentów, poświadczeniem przynależności do tajnej organizacji assasin-ów.

– Gdybyśmy wykonywali ich polecenia, to wszyscy odeszliby w stronę światła? – podsumowałem dane przelatujące jeden po drugiem przed moimi oczami.

– Myślę, że trzeba się tym zająć przed rozpoczęciem misji. – stwierdziła Shelly. – Zabieraj się do roboty, Bednarski. Czekam na dalsze instrukcje…

KONIEC

Koniec

Komentarze

Początek bardzo fajny, trochę jakbym ponownie czytała Gniazdo Światów. Tam było trochę analogicznych sytuacji + pierwsza osoba. 

Niestety potem następują dialogi między głównym bohaterem, a dziewczyną w “fikuśnych pończochach”. Kto tak prowadzi rozmowę z kimś, kogo dopiero poznał? : D

 

– Jestem dzisiaj prawie naga. Nie mam zbyt dużo gotówki, żeby za siebie zapłacić. – skwitowała nowa znajoma.

– Nie przejmuj się. Widziałem cię parę razy u “Nicka Nuclearnicka”, w dziale narzędzi i surowców wtórnych.

 

Co ma piernik do wiatraka? : ) Czy oni aby na pewno prowadzą jeden dialog? Istnieje jeszcze opcja, że główny bohater po prostu lubi płacić za kogoś, kogo już kiedyś, gdzieś tam widział. Hojny gość. Przepraszam, że się czepiam, ale ludzie po prostu tak nie rozmawiają. 

 

W końcu zacząłem odczuwać na własnej skórze fluktuacje czasu. Starość dopada nawet najtwardszych podróżników.

– Ciekawe. Patrząc na ciebie, nie czuję się jakoś specjalnie staro.

– To miłe co mówisz, ale mam o wiele więcej lat, aniżeli ci się wydaje.

 

Tu chyba wkradł się jakiś błąd. Bo Daria, co chyba miała w zamiarze, nie mówi bohaterowi, że nie wygląda staro. Przeciwnie ona mówi, że patrząc na niego sama nie czuje się staro. Za co on jej dziękuje. 

 

Jest też problem z osobą, w jakiej jest pisane opowiadanie. W większości jest pisane pierwszoosobowo, ale czasem pojawiają się wstawki przez które czuje się jakbym trafiła na sesję RPG.

Chcąc odwrócić twoją uwagę, Daria nerwowo potarła prawe oko, cichaczem przewracając na purpurowy obrus swoją kawę.

 

Dalej następuje dialog, który jest już kompletnie od czapy. 

 

– Przepraszam, ale ze mnie gapa… wylałam wszystko na stół.

– Może kelnerka?

– Możesz zdradzić, jak masz na imię?

 

Co proszę?! Serio nie mogła sobie znaleźć lepszego momentu na zadanie tego pytania?

 

– Kazimierz. – zadeklamowałem – Ludzie z moich stron, życzliwie patrzą na moją osobę. – powiedziałem “pół żartem, pół serio”, próbując nieco poprawić jej humor.

 

Nie bardzo wiem co w tym zabawnego : (

 

W oczach Darii zauważyłem figlarny błysk, który świadczył o tym, że przypomniała sobie coś śmiesznego, a zarazem nudnego.

 

Jeśli coś jest zabawne, to raczej nie jest nudne + nie wiem jak można coś takiego wyczytać z błysku w oku. Chyba że używał okulmencji, to już inna sprawa ; )

 

Nie znęcając się dalej, widzę w tym opowiadaniu potencjał ale… Kazika i innych bohaterów trzeba uczłowieczyć. Teraz on jest takim trochę potworkiem. Twardy, ale wrażliwy, filantrop z poczuciem humoru i grubym portfelem, dom zbuduje, obiad ugotuje, a w przerwie pokona armię kosmitów i oprowadzi wycieczkę po galaktyce + bo oczywiście nie mogłoby być inaczej łamacz kobiecych serc. 

Daria to samo figlarna aż zęby bolą. Do tego, co jest bardzo miłe z jej strony, taktownie pomija milczeniem wszystkie od czapy odpowiedzi Kazika. 

Podsumowując sama historia spoko, opisy też, ale musisz popracować nad postaciami i dialogami, żeby nie były takie sztuczne. 

Bardzo dziękuję za przeczytanie “Anomalie w konsorcjum strefy-jeden”, gdyż poświęciłem sporo pracy na poprawienie błędów.

Podobno Ernest Hemingway poprawiał “Starego człowieka i morze” ponad sto razy. Powiem szczerze, że robię w swoich tekstach mnóstwo błędów, a poprawiałem ten fragment z Darią już ze trzy razy… :)

– Przepraszam, ale ze mnie gapa… wylałam wszystko na stół.

– Może kelnerka?

– Możesz zdradzić, jak masz na imię?

Spróbuję poprawić po raz czwarty i w tym momencie, lekko dostosuję się do twoich uwag.

Jeśli chodzi o humor panny Kudrewicz, to jest nieco skwaszony.

Pozdrawiam,

 

Zabrałam się do lektury Anomalii w konsorcjum strefy-jeden i niemal natychmiast, po błędach, zorientowałam się, że opowiadanie pod identycznym tytułem już czytałam, więc nie widzę powodu, aby po dwóch latach czytać je ponownie, zwłaszcza że ciągle występują w nim błędy, które wtedy wskazałam.

Autorze, przestałeś być Anonimowy, możesz się ujawnić.

Styl Marinera79 jest rozpoznawalny od pierwszego zdania.

smiley ok.

Nowa Fantastyka