- Opowiadanie: kam_mod - Weź mą dłoń, Namagiri

Weź mą dłoń, Namagiri

Za pierwszym razem napisałam to opowiadanie na poważnie, ale z każdą kolejną wersją dodawało mi się coraz więcej satyry – zdarza się. Przy obecnej, siedemdziesiątej siódmej wersji, obawiam się, że popadłam w pastiż już kompletnie.

 

Nudne linki, nie wchodzić:

Postać mitologiczna: Kriszna. W bonusie siostrzyczka z piekła rodem, Namagiri.

Wykorzystane postaci historyczne: Srinivasa Ramanujan

Wykorzystane idee matematyczne: Liczby taksówkowe

 

Użyłam fragmentu Mahabharaty (tam tak trochę niżej) oraz mantry "Hare Krishna Mantra" (trochę mniej niżej) z maluteńką margarynową poprawką.

 

 

Fanów sensu tradycyjnie przepraszam; starałam się jak mogłam, ale hinduskie mini-bożki w Białymstoku i logika nie grają w jednym zespole.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Weź mą dłoń, Namagiri

Hare Kryszna Hare Kryszna

Kryszna Kryszna Hare Hare

Hare Rama Hare Rama

Rama Rama Hare Margaryna

 

 

[WIEDZA SZKODZI A LUDZIE]

 

Mój przyjaciel, wezwawszy na pomoc boga Wisznu, opowiedział mi naprzód o swoich pielgrzymkach po różnych miejscach świętych i zaznaczył, że niedawno właśnie zwiedził miejscowość zwaną Samantapanczaka, gdzie przed dawnemi laty, na przełomie wielkich tysiącleci Dvapara i Kali, miała miejsce tragiczna bitwa między Kryszną a jego siostrą, Namagiri.

Ale ja z pamięcią to tak średnio, sprawdźmy jeszcze raz: miasto nazywało chyba się Białystok, nie Samantapanczaka, i tysiąclecia coś nie te.

 

Bitwa o losy świata stoczyła się w mieszkaniu Walkiewicza, gnuśnego krzewiciela nauk tajemnych.

 

1. Wiedza szkodzi

 

Zaczęło się tak, że Kristi założyła program adopcyjny dla sierot indyjskich (chlip, biedne dzieci, chlip) i w kształcie półrocznego dziecka przybyła do domu Marty Nowickiej, u której kątem pomieszkiwał jej dwudziestoletni chłopak, Nira. Tak zadecydowała łaska boga Dżanamedżayi.

– Jaki śliczny bobas – zachwycała się Marta. Pierwsze zmarszczki znaczyły jej twarz, ale jeszcze do niedawna uważała, że świetnie się trzyma. – Moja malutka Kristi.

Podczas gdy ona bawiła się z dziewczynką, Nira na fotelu obok kończył pracę domową, którą dostał w zaocznym liceum – tym samym, w którym uczyła Marta. Kristi znała ich historię; spędziła cały tydzień, przysłuchując się odtwarzanym codziennie piosenkom ich życia.

Nira nie chciał żadnej matury, chciał po przyjeździe zahaczyć się na budowie jak inni Białorusini, ale cóż.

Poznał ją.

A ona – czterdziestoletnia nauczycielka o długich nogach – zachwyciła się jego zdolnością do matematyki, a później też młodym, giętkim ciałem. Do tej pory Nira nie był pewien, co imponowało jej bardziej, a choć Kristi wiedziała, bogowie potrafią dotrzymywać sekretów jak mało kto.

A Marta to była łebska kobieta. W ciągu jednego miesiąca przygarnęła białoruskiego kochanka i adoptowała dziecko z Indii, i cała promieniała teraz, bawiąc się na kanapie z nowym członkiem rodziny. Kristi czuła bijące od niej szczęście. Życie było dobre. To życie w Białymstoku, w bloku z płyty, z meblościanką po babci Reni, życie dwójki ludzi zatopionych w książkach, pracach domowych i pełnych pieluchach Kristi, było tak dobre, jak tylko mogło być.

Koniec z tym. Wrzask Marty.

 

Cięcie!

 

Czy Marta i Nira przeżyją?!

Do zobaczenia w następnym odcinku; zostańcie z nami.

 

Usłyszawszy krzyk, Nira oderwał wzrok od liczonych na kolanie ciągów. Jego oczom ukazał się kuriozalny widok – oto półroczne niemowlę siedziało na kocyku prosto jak na przesłuchaniu w wojsku.

Nim Marta zdążyła zachwycić się, jakie ma zdolne dziecko, Kristi zamachała tłuściutką rączką i zamieniła kobietę w kanarka.

Ptaszek w klatce. Ptaszek pozbawiony słów. Ptaszek mówiący w języku, którego nie zna nikt poza nim. Może krzyczał, może śpiewał; kto go tam wie.

Kristi spojrzała na żółtą ptaszynę, stojącą obok niej i przeniosła wzrok na chłopaka.

– Potrzebuję twojej pomocy, kochany – zwróciła się do Niry zupełnie dorosłym głosem. – Jeśli zrobisz wszystko, o co cię proszę, przywrócę twojej kobiecie ludzką postać.

Kanarek zaczął piszczeć i wydawać z siebie krótkie, urywane dźwięki, podskakując na kanapie, niezdolny do lotu.

– Sama jesteś larwa – pogniewała się Kristi.

Repetytorium maturalne upadło na podłogę.

 

2. Wiedza szkodzi, a ludzie…

 

– Nie wierju – mamrotał do siebie Nira, opuszczając blok z Kristi na rękach. Dziewczynka specjalnie na tę okazję urosła odrobinę, akurat wystarczająco, by móc siedzieć chłopakowi na ramieniu i się rozglądać. – Blin, nie wierzę.

 Bogini wpatrywała się w przeżarte rdzą golfy i błyszczące nowością passaty, w tonące w szarości budynki i pozbawione liści drzewka. Zatęskniła za ojczyzną, za krzykiem w dialektach, które się wszystkim mieszały i złotym kurzem, i drutami sterczącymi z popękanych ścian.

– W co nie wierzysz? Bogowie istnieją.

Na prośbę Kristi szli teraz do liceum Niry.

– Nie wierzę, że idę w szkołę w środku tygodnia – dokończył Nira. – Jest strajk nauczycieli, nie słyszała? Wszystkie lekcje odwołane.

– To nie ma znaczenia. Łaska Dżanamedżayi zesłała mnie do was, a łaska się nie myli. – Głos bogini był głęboki i niski, i zupełnie nie na miejscu.

– Brzmisz jak śpiewaczka operowa.

– To nie ma znaczenia, kochany – powtórzyła, piszcząc odpowiednio do wieku. – Znalezienie go to bułka z masłem. Och, bułka z masłem? Przedziwny język. Co za bułka?

– Dobre pytanie – zgodził się Nira. – Z dżemem malinowym, może? Możesz mi wyczarować bułkę?

Kristi spojrzała na chłopaka z niedowierzaniem.

– Przychodzi do ciebie wszechpotężna bogini, a ty prosisz ją, by wyczarowała ci bułkę?

– No chyba nie taka zaraz wszechpotężna, jeśli potrzebujesz moją pomoc.

Dziewczynka westchnęła.

– Moje moce są ograniczone z dala od domu. Co ja poradzę, że Ramanujan postanowił odrodzić się w jakimś… Białymstoku.

Weszli do gmachu szkoły, typowego klocka z czasów Gierka, z jasnozieloną, świeżutką elewacją sfinansowaną przez Unię. W budynku, w którym powinny właśnie odbywać się lekcje, panowała cisza. Kroki Niry niosły się echem po szarym korytarzu.

– Czy ty znowu rośniesz?

Postawił boginkę na ziemię. Kristi sięgała mu już niemal do pasa. Przyglądał się z zafrasowaniem, jak ubranka rozciągają się i zmieniają kolory, tworząc pełne zakładek, różowe sari. Kristi skłoniła się wdzięcznie.

– Tak mi będzie wygodniej. Drogi Niro, Marta adoptowała mnie nie przez przypadek. Gdzieś w Białymstoku znajduje się człowiek, który wymyśli broń, taką broń, że atomówka to przy niej pstro. Cóż, czymkolwiek jest pstro – nie wiem. W dwa tysiące sto czterdziestym trzecim roku z jej pomocą Ty Harley zmiecie z powierzchni Ziemi połowę Azji. A ty uczęszczasz do najlepszej szkoły w mieście. Zaprowadź mnie do swojego najwybitniejszego nauczyciela.

Stanęli przed pokojem nauczycielskim.

– Nauczyciela czego?

– Może jakiś specjalista od liczb taksówkowych? Wtedy będę mieć pewność, że to właściwy człowiek.

Dłoń chłopaka opadła na błyszczące, pokryte żółtą farbą olejną, drzwi.

Puk, puk.

 

3. Wiedza nadal szkodzi, a ludzie.

 

– Pan Walkiewicz jest na zwolnieniu – wyjaśniła polonistka, zerkając to na Nirę, to na śniadolice dziecko. – Zdaje się, że nie wiedział, co począć ze strajkiem. Możesz spróbować w jego mieszkaniu, jeśli to tak ważne, choć nie sądzę, by się ucieszył. Mieszka na Śniadeckich.

– Czy Walkiewicz zna liczby taksówkowe? – spytała poważnie Kristi.

Polonistka zachichotała i odgarnęła niepewnie pasmo włosów za ucho.

Bogini skreśliła ją z myśli. To puste stworzenie nie wiedziało, o czym mowa. Groza. Jak można nie znać liczb taksówkowych?!

– Nie jestem pewien, czy Walkiewicz ich zna – przyznał Nira, gdy wyszli przed szkołę. – Tego chyba nie uczą w szkole średniej.

Postój taksówek. Kristi dopadła do niego, drepcząc energicznie. Obejrzała starannie wszystkie samochody, porównując wzory, kształty i kolory, aż znalazła podrdzewiałego golfa, który przypadł jej do serca.

– Wsiadamy.

Wgramoliła się na tylne siedzenie, jednocześnie słysząc okrzyki i słowa powitania dobiegające z fotela kierowcy. Podała mu usłyszany od polonistki adres i chciała już ruszać, gdy zauważyła, że Nira nadal stoi na chodniku.

Wpatrywał się w samochód jak urzeczony.

– Karoca podjechała, Kopciuszku! – niecierpliwiła się Kristi.

Nira nie odrywał wzroku od tablic rejestracyjnych.

– Śniadeckich jest o rzut beretem, wiesz? Nie musimy jechać samochodem – powiedział sceptycznie, podchodząc bliżej przodu samochodu.

– Nie obchodzą mnie żadne berety – oburzyła się. – Jeślibyśmy tam poszli pieszo, zapewne wcięłoby ten dom. Och! Wcięłoby go – zachichotała. – Co za śmieszne słowo. Miałam na myśli, że wyparowałby.

I znów się roześmiała.

– Wyparowałby. Oczywiście, metaforycznie. Przeurocze.

– Ale czemu?

– Polski język ma przeurocze frazeologizmy – wyjaśniła, zupełnie źle rozumiejąc pytanie. – I zupełnie znośne przenośnie.

– Nie, nie! Czemu musimy jechać taksówką?

Kristi jednak nie zamierzała mu nic wyjaśniać. Im mniej wie, tym lepiej. Zdrowiej dla niego. Wiedza szkodzi.

– Wsiadaj, kochany. Pora uratować ludzkość.

– A, tylko tyle? Nie ma sprawy – mruknął chłopak, zajmując miejsce obok. – Wiesz, to naprawdę ciekawe, tablice tego samochodu są najmniejszą liczbą dodatnią wyrażalną jako suma dwóch sześcianów na dwa sposoby.

– Tysiąc siedemset dwadzieścia dziewięć? Cóż za zbieg okoliczności – powiedziała obojętnie Kristi.

Nira przyglądał się jej uważnie. Niemądry śmiertelnik, dopraszał się o wiedzę. I nie wiedział wcale, że wiedza szkodzi. Ludzie tacy jak on źle kończą.

– Hm – mruknął Nira – widzę, że jesteś zapoznana z liczbami taksówkowymi. Ciekawy zbieg okoliczności, nie sądzisz? Tablice taksówki, które są liczbą taksówkową.

– Rzeczywiście, zabawne. Moja siostra je stworzyła.

Kristi wyglądała obojętnie przez okno. Samochód sunął opustoszałymi ulicami miasta, wymarłego o tej porze, gdy wszyscy dojeżdżający do pracy i szkoły znaleźli się już w odpowiednim miejscu, a emeryci utknęli w przychodniach, zakolejkowani na amen.

– Twoja siostra stworzyła liczby taksówkowe – powtórzył Nira z zainteresowaniem. – No, o hinduskich boginiach na matmie mnie nie uczyli. Ani w Białymstoku, ani w domu.

Kristi westchnęła. Choć śmiertelnicy ją bawili, nie należeli do najbystrzejszych istot żywych.

Nie to, co takie na przykład, szczury. Ze szczurami zawsze była dobra zabawa.

Kierowca odwrócił się i spojrzał na nich, nic sobie nie robiąc z faktu, że prowadzi rozpędzone auto. W zaczerwienionej, pokrytej dwudniową szczeciną twarzy typowego pana Mietka, który co piątek znajduje szczęście w objęciach sześciopaku Tyskiego, wyróżniały się złote oczy.

– Twoja siostra jeszcze nie wie, że jesteś tak blisko – powiedział, parkując pod blokiem. – Powinnaś uważać. Jest z nią Narasinha.

– Twoja siostra? – powtórzył Nira. – Kristi? Jedziemy do twojej siostry? Nie mogłaś do niej po prostu… no nie znam, zadzwonić?!

Bogini skrzywiła swoje piękne, dziecięce lico. Nim zdążyła odpowiedzieć, kierowca zamrugał i powiedział:

– Dyszka, szanowni państwo, się należy. – Pan Mietek zwolnił i wreszcie zatrzymał samochód. – Miłego dzionka!

Wysiedli.

– Nie jesteśmy w najlepszych stosunkach – wyjaśniła niechętnie Kristi. – Spotykamy się właściwie tylko raz na kilkadziesiąt lat, kiedy ona postanawia odstawić jakiś cyrk, a ja muszę… Odstawić cyrk? O, bogowie, ten język. Tak, mojej siostrze zdarza się odstawiać cyrk. A ja, jako ten starszy i mądrzejszy brat, sprzątam po niej.

Nirze aż w głowie się zakręciło od nowych informacji.

– I po tym, jak odwiedzimy twoją siostrę, odczarujesz Martę, tak? – upewnił się. – Bo wiesz, ona jest, no. Ona jest ważna.

Starsza pani w berecie z antenką wychodziła akurat z interesującej ich klatki schodowej. Podbiegli i wsunęli się do środka, nim drzwi się zatrzasnęły.

– Musisz zadbać o kondycję, kochany – zmieniła temat dziewczynka, gdy zaczęli wchodzić po schodach. – Jeśli się nie poprawisz, umrzesz w wieku czterdziestu trzech lat.

Nira stanął gwałtownie.

– Co?! – sapnął.

– Ale jeśli dodasz regularny wysiłek fizyczny, powinieneś uniknąć tego zawału po czterdziestce… Hm, myślę, że dociągnąłbyś do pięćdziesiątki. Pięćdziesiąt pięć, jeśli będziesz ćwiczyć codziennie, zaczynając od dzisiaj. Więcej sportu, mniej książek.

– Ale ile jest warte życie bez książek? – Nira wzruszył ramionami.

Zauważył, że dziewczyna lekko drży. Odkąd weszli na klatkę schodową, Kristi urosła kilka kolejnych centymetrów i wyraźnie wyszczuplała, gubiąc gdzieś dziecięcą oponkę. Gdy odwróciła się w jego stronę, była już młodą kobietą.

– Wiedza szkodzi – szepnęła do siebie. – A ludzie to…

– Boisz się? – spytał.

– A gdzie! – Kristi machnęła ciemną ręką, obleczoną pierścionkami. Kamienie mieniły się i świeciły nawet w przytłumionym świetle korytarza. – Słuchaj, kochany, czy w twojej szkole uczyli walki z lwami?

– Nie, moja szkoła preferowała tygrysy – odpowiedział Nira bez mrugnięcia.

– Doskonale! W takim razie musisz tylko wiedzieć…

– Żartowałem, Kristi.

Spojrzała na niego z urazą.

Stanęli przed drzwiami mieszkania Walkiewicza.

– Ani lwów, ani liczb taksówkowych. – Kristi pokręciła głową. – Nic dziwnego, że nauczyciele w Polsce strajkują. Kochany, jeśli nie potrafisz walczyć z lwami, to jest ten moment, kiedy zaczynasz trzymać się z tyłu, jasne?

Nacisnęła klamkę i weszła do środka.

 

4. WIEDZA SZKODZI, a ludzie

 

Walkiewicz, nie da się ukryć, był martwy.

Leżał sobie na dywanie z wybałuszonymi oczami i wypatroszonym brzuchem. Jelita i parę innych organów wewnętrznych zajęły miejsce obok niego. Ale wątroba nauczyciela nie była pierwszym, co zobaczył Nira, ani nawet drugim, bo leżący pod ścianą tygrys…

Cóż, był też tygrys, który rzucał się właśnie na Kristi, ale i on nie przykuł uwagi chłopaka.

Namagiri.

Znał jej imię, choć nigdy go nie słyszał. Kobieta w czerwonej sukni, kobieta o błękitnej skórze i złotych oczach, uśmiechnęła się na jego widok. Jak przez watę dobiegały go głosy walki dwóch bogów, Kryszny i Narasinhy w postaci tygrysa. Obrazy spadały na podłogę, meble łamały się z trzaskiem, ściany wirowały wokół niego. Sufit trząsł się, tak jak cały budynek w posadach. Ale w głowie Niry panowała cisza. Przez bańkę, w której trwał, nie przedostawał się ani jeden dźwięk.

Nira widział tylko ją, Namagiri.

Czerwień materiału migotała w oczach, okalając drobne ciało zupełnie nie tak, jak przystało na bollywoodzkie stroje, spływała na panele luźnymi falami, tworząc krąg materiału. Nira ruszył do przodu, przekraczając pewną linię.

Jaką linię – nie wiedział.

– Mój słodki Ramanujanie – szepnęła kobieta. – Przyszłam, by zaoferować ci…

– Nie!

Mgła rozproszyła się. Nira odkrył, że brak mu powietrza w płucach, wziął głęboki oddech, dźwięki wróciły na miejsce (ryk tygrysa – trzask kości – krzyk) i dopiero wtedy się obrócił, szukając wzrokiem Kryszny. Jego mała podopieczna była już teraz pełną gębą bogiem.

Tygrys wlókł pod ścianę dziewczęce ciało.

– Nie ufaj jej, Nira, kochany. – Kryszna pełzał po panelach, jakby miał jakieś szanse w starciu z górującym nad nim drapieżnikiem. – Wiedza szkodzi, pamiętaj!

– Wysłuchaj mnie. – Piękna bogini obdarzyła go uśmiechem, który znów pozbawił Nirę powietrza z płuc i dźwięków z uszu. Takiego uśmiechu nie miała nawet Marta, a uśmiech Marty był klasa jak mało co. – Odwiedziłam tego śmiertelnika tylko dlatego, bo ciebie szukałam, mój słodki Ramanujanie. Wiedziałam, że do mnie przyjdziesz.

Nira spojrzał na rozrzucone na dywanie szczątki Walkiewicza i śniadanie cofnęło mu się do gardła. Walkiewicz, co by nie mówić, porządny facet był. Może i nie znał liczb taksówkowych, ale potrafił wytłumaczyć tajemnice krainy delty i pierwiastka i nie śmiać się przy tym z kaleczącego polski Niry. Liczby, jak mówił, w każdym języku są zawsze takie same.

– Ale Kristi powiedziała mi, że szukacie wybitnego matematyka.

Bóg zawył pod ścianą, rozrywany przez tygrysa na drobne kawałki. Było jasne, że niewiele wniesie do dyskusji.

– Kryszna się pomylił. To zdarza się nawet bogom. Chodź do mnie, słodki, chcę ci coś pokazać.

Płuca Niry były puste, a nogi wiotkie, jakby całe ciało do niego nie należało. Poddał się skinięciu Namagiri, odrywając znów wzrok od tygrysa. Nie mógł dać się mu zabić; nie mógł zostawić Marty. Kto odkręcałby jej słoiki, nie?

Bogini w czerwonej sukni złapała jego dłoń. Niebieskie palce odcinały się od opalonej skóry chłopaka. W momencie, gdy się zacisnęły, w głowie Niry pojawiły się obrazy.

 

Zad. 1, str. 729

Zaznacz prawidłową odpowiedź.

 

a) Cambridge, znał ten uniwersytet z telewizji. Sielanka. Studenci jeżdżący na rowerach. Studenci w togach. Nira wśród nich, podrzucający biret w niebo.

b) Nira siedzący w bibliotece, z boginią Namagiri za plecami. Kobieta zdaje się wodzić jego dłonią po papierze. Uczucia: ekscytacja, zachwyt, głód wiedzy.

[WIEDZA SZKODZI]

c) Mińsk. Dom. Dywan na ścianie. Mama ze łzami w oczach wita Nirę. Sprasza wszystkie przyjaciółki, by zobaczyły jej syna-uczonego. Taki zdolny chłopiec, mówi. Patrzy z dumą.

d) wszystkie odpowiedzi są poprawne

 

– Ty mnie dajesz to wszystko? Za co? Ja znam, co Kristi mówiła. Że ten genialny matematyk stworzy broń zagłady. I wszystkich zabije. Ja się nie dam omamić.

– Ja ci oferuję tylko wiedzę, słodki Ramanujanie. Zrobisz z nią, cokolwiek zechcesz.

Bogini uśmiechała się szeroko. Może była pewna, jakiego wyboru dokona Nira. Może widziała jego dzieciństwo w bloku i mamę powtarzającą, że wiedza daje pieniądze. I Martę, która mówiła, że dobrej głowy nie można zmarnować na budowie.

– Tylko wiedzę – powtórzył Nira. – Słuchaj, jeśli to jakaś gra…

Czar prysł. Oderwał wzrok od bogini i zaczął się cofać. Część jego ciała panicznie błagała, by uciekł z tego chorego mieszkania, by uciekł z tego złego snu i hinduskiej rzeczywistości, która przecież nie była jego.

– Czym byłoby życie bez książek, prawda? – powiedziała Namagiri, wyciągając w jego stronę niebieską dłoń.

Tygrys uniósł łeb. Chwila, gdzie podziało się ciało Kristi? Przysiągłby, że jeszcze przed chwilą jedna z łap drapieżnika dociskała je do paneli, ale teraz miejsce było puste.

Cóż, zabić boga jest trudno. Z pewnością nic jej nie będzie. Nie będzie, prawda?

– Co z Martą? – spytał.

Namagiri poruszyła delikatnie dłonią. Sekundy później rozdzwonił się telefon chłopaka. Na wyświetlaczu pojawiło się imię Marty.

Uniósł wzrok. Byli sami, jak we śnie, bogini i on, zawieszeni w rzeczywistości, która nie istniała naprawdę. W głowie rozbrzmiewał mu głos Kristi.

Wiedza szkodzi, a ludzie to kruche stworzenia.

– Więc co powiesz, słodki śmiertelniku? – Bogini nie wyglądała już na tak pewną siebie. Czekała na jego odpowiedź z niecierpliwością.

– Czym byłoby życie bez książek – powtórzył Nira.

Koniec

Komentarze

 

Chyba nie zrozumiałam :(

Dzień dobry! :)

Przeczytałam raz i musiałam się dokształcić. 

Przeczytałam drugi raz i chyba wiem. 

 

Przedstawię poniżej mój tok rozumowania. Jeśli okaże się błędny, proszę o wskazówki.

Kristi (Kryszna) chce ocalić świat i dotrzeć do Ramanujana, by ten nie otrzymał od Namagiri wiedzy, dzięki której będzie mógł stworzyć broń silniejszą od bomby atomowej zdolną do zniszczenia połowy Azji. Kryszna popełnia jednak błąd, albowiem sądzi, że człowiekiem tym jest pan Walkiewicz, tymczasem ma go pod nosem i prowadzi go wprost do bogini, a ona daje chłopakowi (kolejnemu wcieleniu Ramanujana) wiedzę i wybór, do jakich celów ją wykorzysta.

Kryszna wciąż powtarza, że “wiedza szkodzi”. Jak wpadnie w złe łapska, to owszem, szkodzi. 

Od razu przyszedł mi na myśl Tesla i jego promień śmierci oraz nazistowski projekt “Die Glocke”.

 

Lubię takie teksty, które zachęcają do czynnego czytania i szukania odpowiedzi. Nie znałam liczb taksówkowych. Dzięki Tobie znam, za co dziękuję. :)

Co do samego opowiadania: jest specyficzne, więc przypuszczam, że zdania czytelników mogą być podzielone. Mi się podobało umiejscowienie postaci w polskich realiach. Było zabawnie, trochę absurdalnie, ale naprawdę fajnie Ci to wyszło. 

 

 

Sara

Interesujący tekst, choćby ze względu na liczby taksówkowe. Dlaczego one tak się nazywają?

Końcówka jak dla mnie trochę niejasna – tu mi się coś rozjechało. Ale to może dlatego, że czytałam na raty. Podoba mi się interpretacja Sary.

Babska logika rządzi!

Fajna zabawa tekstem. Nie będę tutaj w pełni obiektywny, bo uwielbiam takie “dodatkowe” elementy w opowiadaniach, więc ocenę, czy to dobry pomysł, czy nie, zostawiam innym. Mnie w każdym razie tak cięcie, jak i zadanie wielce przypadło do gustu i stanowiło wartość dodaną. Inna rzecz, że przy takich zabawach chyba jednak lepiej oprzeć opowiadanie na humorze. Bo tak, jak są one efektowne, tak możesz spotkać się z zarzutem, że wytrącają czytelnika z rytmu (a jeśli tekst będzie poważny, to wytrącą na pewno).

Połączenie bożków z Białymstokiem trochę bez sensu… ale to dobrze. Naprawdę. Dlaczego każde zdarzenie ma być umiejscawiane dokładnie tam, gdzie pasuje? Kaktusy na pustyni też są bez sensu (chyba:)) i nikt się ich nie czepia. A takie pozornie bezsensowne zestawienie dwóch niepasujących elementów potrafi wykreować naprawdę fajne historie.

Czytało się dobrze. Ja nie traktowałem tego tekstu jako poważnego. Nie wiem, jaki był Twój końcowy zamysł, ale ja podchodziłem do tego opowiadania jak do luźnej zabawy formą i tematem. Potknąłem się natomiast na zakończeniu. Jeśli mam jakąkolwiek szansę, żeby je zrozumieć, to tylko dzięki interpretacji Sary.

Hejo, najpierw drobnostki, które sobie wynotowalem, czytając:

Bogini wpatrywała się w przeżarte rdzą golfy i błyszczące nowością volkswageny, – czegoś nie złapałem lub jest dziwnie napisane. Golf to volkswagen przecież. Może zamień “volkswageny” na passaty? Niby niuans, ale rzucił mi się w oczy, a wcale nie jestem samochodziarzem. 

 

Postój taksówek. Kristi dopadła do niego, dręcząc energicznie. – Kogo dręcząc?

 

Opowiadanie:

Kurczę, ładnie piszesz. Zgrzytam zębami z zazdrości. Historia jest ciekawa, choć jestem prawie pewien, że pogubiłem się w końcówce. Jedna rzecz: Trudno łyknąc to opowiadanie bez riserczu, co akurat uważam za minus. Klikałbym w BiB jednakowoż. 

Anet,

Bardzo mi przykro! Może linki z przedmowy pomogą? Wydawało mi się, że włączyłam wiedzę do tekstu, ale chyba nie wystarczająco jasno!

 

Saro,

No, dokładnie tyle wyciągnęłaś z tego opowiadania, ile w nie wsadziłam – znaczy, interpretacja 100%. Przy czym przyznam, że jestem zdziwiona, że historia napotkała tyle problemów, bo wydawała mi się prosta jak budowa cepa, tylko przystrojona w fantazyjne fatałaszki – może podpowiecie, które elementy wprowadziły chaos i zamieszanie? 

 

Finklo,

Odpowiedź na twoje pytanie znajduje się w linkach podanych we wstępie. W dużym skrócie, kolega Ramanujana siedział z nim w taksówce i chciał błysnąć, mówiąc, że numer taksówki nie jest żadną ciekawą liczbą. Niestety, błyśnięcie intelektem przy genialnym matematyku zwykle nie kończy się dobrze, bo tak Ramanujan "wynalazł" liczby taksówkowe. Dziękuję za bibliotekę!

 

CM,

Dzięki! Czy to dobry pomysł, czy nie – zależy, komu co się podoba! Cieszę się, że tobie przypadło do gustu, zdaje się, że z nas obojga są eksperymentatorzy ;) I również odczytałeś tekst tak jak zamierzałam, jako luźną zabawę formą :) Dzięki za przeczytanie!

 

Łosiot,

Dzięki, już poprawiam. No i nawet nie wiesz jak miło usłyszeć, że ktoś "zgrzyta zębami z zazdrości" – ja też tak mam, często ;) W bibliotekę klikać już możesz!

A, widzisz! Do któregoś linku zajrzałam, ale widocznie nie trafiłam na ten właściwy. Albo przejrzałam go po łebkach…

Babska logika rządzi!

Tak, mam tę moc! Klikam więc. Owszem, zazdroszczę. Ale wiesz, tak pozytywnie, na zasadzie "Ale czad, ale autor umie w pisanie, ja też tak kiedyś będę". :)

No wiadomo, że pozytywnie, w koncu my się tu wszyscy wspieramy.

 

A plany likwidacji zbyt zdolnych twórców tworzą się pod osłoną nocy ;) Też mam parę duszyczek na celowniku!

Czytałam już jakiś czas temu, więc komentarz nie będzie rozbudowany.

Podoba mi się lekki, ironiczno-telenowelowy styl podszyty absurdem. Realia budujesz bardzo umiejętnie, opisy nie są przeładowane, bazujesz raczej na elementach charakterystycznych – czuć było to popeerelowskie blokowisko, małe i ciasne mieszkania.

Postać Niry – spodobała mi się nienachalna stylizacja językowa; popełniane przez niego błędy nie są wzięte “z kosmosu”, brzmią prawdopodobnie.

Postać Kristi – potykałam się, kiedy zmieniałaś mu płeć. Za to bardzo naturalnie wplotłaś w tekst to, jak się rozwija i zmienia. Postrzeganie języka polskiego przez Kristi wyszło lekko i zabawnie.

Zgubiłaś mnie w końcówce, zrobiło się chaotycznie, postacie nagle się rozmnożyły, nie do końca było wiadomo, kto z kim i po co. Pojawienie się Namagiri dopiero w końcówce tekstu do mnie nie trafiło – zabrakło mi jakichś informacji wprowadzających tę postać (albo ich nie zauważyłam w tekście :P).

Sam “morał” i wybór, przed jakim stanął bohater ciekawie podany. Może ciut za łopatologicznie, ale pasuje do konwencji, więc się nie czepiam.

Podobało mi się.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Ciekawa zabawa tekstem. Wstawki humorystyczne zabawne, ale niekiedy zbyt często używane (jak ten z językiem polskim). Dużo więc zależy, czy żart trafi i czy szybko nie zmęczy. Za rzadko tutaj wyciągasz nowe elementy.

Historia w miarę prosta, dzięki przedsłowiu bez problemu się domyśliłem, kto jest kto i jak wpisuje się w ten świat. Łatwo się domyśleć zakończenia, kim jest ten matematyk, którego szuka Kristi. Jednak zakończenie bardzo na plus, nawet jeśli odbyło się kosztem przydatności Kristi. Choć bardzo fajnie pokazałaś, jak się zmienia. A sam końcowy dylemat Niry też mi się spodobał.

Przerywniki w tekście z początku mnie zaskoczyły, ale potem stopniowo się przyzwyczaiłem i nawet je polubiłem.

Podsumowując: niezły koncert fajerwerków, z fajnymi eksperymentami językowymi, ale sporą ilością wciąż powtarzanych żartów.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Właściwie cały czas czytałem, kręcąc lekko nosem. A że to zbyt absurdalne, a to że żarty Ci się powtarzają, a to…

Ale zakończenie sprawiło, że wszystko ładnie wskoczyło na swoje miejsce i nabrało głębszego sensu. Bo zrobienie z czegoś, co wygląda na absurdalny żart, niemal moralitetu – to prawdziwa sztuka. Brawo, Kam!

Ale żeby nie było tak słodko:

– “jego zdolnością do matematyki” – to mi brzmi kwadratowo: “zdolnościami matematycznymi”, “smykałką do matematyki” czy coś;

– “Postawił boginkę na ziemię” – boginka to nie mała bogini – https://sjp.pwn.pl/sjp/boginka;2445485 ; poza tym – “Postawił na ziemi” chyba?;

– “znajduje szczęście w objęciach sześciopaka” – a jak ten sześciopak go obejmuje :P? raczej – “znajduje szczęście obejmując sześciopak”;

– “(…)powiedział, parkując pod blokiem. – Powinnaś uważać. Jest z nią Narasinha.

– Twoja siostra? – powtórzył Nira” – ” – a tu się pogubiłem: kto mówi pierwszą kwestię?;

– “Sufit trząsł się, tak jak cały budynek w posadach” – tzn. sufit ma posady ;)?.

 

Naprawdę ładne, do tego z morałem. Się mi bardzo!

PS. Zdanie “Ale ile jest warte życie bez książek?” – wężykiem, Jasiu, wężykiem ;P.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Już tu byłam, czytałam i nie wiem, jak to zrobiłam, że żadnego komentarza nie zostawiłam. Chyba że ślepa jestem, jeśli tak, będziesz miała dwa. ;)

 

Podobało mi się. Fajne były zachwyty Kristi nad naszymi związkami frazeologicznymi i nieporadność językowa Niry. Trochę to komedia pomyłek, Kristi szuka czegoś, co ma pod nosem, a smaczku temu dodaje fakt, że jest bogiem. I bogowie bywają czasem ślepi. ;)

Jednocześnie pod całą tą humorystyczną otoczką masz też coś głębszego, nad czym warto się zastanowić.

A i plusik za liczby taksówkowe. Muszę się im w wolnej chwili przyjrzeć.

Świetne!

Pytanie co? Dobrze wybrana arena starcia bogów, druga rzecz, która mnie zachwyciła to konieczność używania języka polskiego przez boginię:) – cudne i można byłoby to w większym stopniu pokazać, no i liczby taksówkowe (niesamowita historia tego hinduskiego matematyka). 

Co bym odpuściłabym: cliche z "długonogą", ponieważ nie potrzebowała takich przymiotów oraz strajk nauczycieli, gdyż nic nie wnosi. 

Kilka zdań mi zazgrzytało poprawiłabym płynność, bardziej jednak w sensie zbyt dużego „ścinania”, czyli lapidarności. Sama nie wierzę, w to co piszę, gdyż jestem jestem za używaniem klawisza “delete” i wszystko wydaje mi się niepotrzebne, a w Twoim opku chciałam więcej treści, wyjaśnień. Przedziwne.

Zastanawiałam się też nad zmianami, które dokonałaś w tekście, czy to były skróty? Trochę odczuwałem niedostatek infodumpów nt. bogów, zwłaszcza w scenie ostatecznego starcia.

Jesteś już w bbtece, więc klikać nie muszę. Pobiegnę teraz przez tyle opowiadań, ile dam radę dzisiaj, aby znalazły się w niej.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hmm..a do mnie jakoś nie trafiło :( Nie przepadam za tego typu wstawkami jak "abc" czy "cięcie" itd. Jakoś mnie to wyrywa z tekstu. Bardzo ładnie napisanie, ale historia niespecjalnie przypadła mi do gustu. Humor akurat też nie trafił :/ Oczywiście to subiektywna opinia. Pozdrawiam! :)

Nowa Fantastyka