- Opowiadanie: MPJ 78 - W zaklętym kręgu

W zaklętym kręgu

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

W zaklętym kręgu

 Mniej więcej trzydziestoletni mężczyzna z dystynkcjami porucznika, siedział oparty o koło transportera opancerzonego. W przeciwieństwie do wielu swoich towarzyszy broni nie wpatrywał się w ekran smartfona, ale zdjęcie umieszczone w niewielkim staromodnym zamykanym medalionie. Gdyby ktoś zajrzał mu przez ramię, niewątpliwie by się zdziwił. Kobietę z fotografii bardzo łatwo było bowiem rozpoznać, między innymi jako bohaterkę artykułów na serwisach plotkarskich. Do siedzącego podbiegł zdyszany żołnierz.

– Poruczniku O'Beonic, major wzywa was do namiotu.

– Ile mam czasu?

– Sasza mówi, że ma pan tam być na wczoraj.

Na stole leżała mapa złożona z szeregu zdjęć satelitarnych. Wokół stało kilkunastu mężczyzn i jedna kobieta. Bez wątpienia byli to żołnierze, aczkolwiek różnorodność wzorów ich mundurów wskazywała na niezupełnie regularny charakter armii, w której służyli. Gdyby jakikolwiek obserwator miał wątpliwości w tej kwestii, znikały one w momencie, w którym dawała o sobie znać specyficzna hierarchia. Z naramienników wynikało, iż wśród zgromadzonych najwyższy stopniem jest generał Muamar Haftara, prywatnie syn marszałka Khalifa Haftara, władającego większą, a w każdym razie zasobniejszą w pola naftowe częścią Libii. Jednakże grzecznie i spokojnie wysłuchiwał on rozkazów dawanych przez Saszę, blondyna w stopniu majora. Ten zaś, od czasu do czasu spoglądał na kobietę w stopniu porucznika, szukając o niej potwierdzenia swoich słów.

– Naszym celem jest zajęcie lotniska – rzekł major. – Musimy to zrobić w sposób minimalizujący potencjalne zniszczenia wieży kontroli lotów i stacji radarowej.

– Potrzebujemy silnego wsparcia artylerii. Mamy do lotniska fatalne, odkryte podejście. Będziemy wystawieni jak na patelni – Haftara skrzywił się z wyraźną niechęcią. Pchnąłbym czołgi, o ile wywiad zapewni mnie, że nie ma tam nowoczesnej broni przeciwpancernej.

– Co na to nasza Czarodziejka z rozwiedki? – Sasza zwrócił się do jedynej kobiety w tym gronie.

– Mam dla generała złe wieści. Z moich danych wynika, że jest tam sporo niezłych  zachodnich rakiet przeciwpancernych.

– Zmasakrują nas – Muamar nie pytał, a stwierdził fakt.

– Niekoniecznie. Najemnicy potrafiący ją w pełni wykorzystać, są w wieży kontroli lotów i budynku terminala. Na te punkty uderzy Sasza z naszymi ludźmi pod osłoną dymu. Bunkry na końcu pasów startowych są obsadzone miejscowymi. Ich morale nie jest za wysokie. To nie fanatycy Kalifatu, ale poborowi z Trypolisu.

– Za żelbetonowym murem, nawet tchórz może bronić się długo i krwawo.

– Zgłaszam się na ochotnika do poprowadzenia na nie ataku. – O'Beonic podniósł rękę.

– Lanc, dasz radę? – Major nie był przekonany do pomysłu. – Masz na to za mało ludzi.

– Będzie dobrze – zapewnił.

 

Strzelnica bunkra jarzyła się rozbłyskami. Atakujący w większości kleili się do ziemi. Niekiedy podrywali się by wyrwać do przodu na dwa trzy kroki i znów zalec. Wyjątkiem był dowodzący nimi Lanc. Porucznik szedł powoli na lekko ugiętych nogach i nie tyle rozkazami, co własnym przykładem ciągnął natarcie. Krocząc strzelał, na zimno, spokojnie, ogniem pojedynczym. Każdy strzał eliminował jednego z wrogów. Choć obrońcy koncentrowali na nim ostrzał, kule zdawały się go nie imać. Aczkolwiek kamizelka kuloodporna miałaby na ten temat nieco inne zdanie. Dotarł już na  dystans pięćdziesięciu metrów od bunkra, gdy jego obsada nie wytrzymała i zaczęła uciekać. O'Beonic opuścił broń. Strzelanie w plecy uciekającym uważał za czyn niehonorowy. Pozostali atakujący nie mieli tego typu oporów.

– Wstrzymać ogień! Saperzy, sprawdzić umocnienia, czy nie ma w nich min pułapek!

– Tak jest.

– Sanitariusze, opatrzyć rannych.

– Tak jest.

– Wszystkich rannych, a nie tylko naszych. Zrozumiano!

– Taa jest. – Głosy sanitariuszy tym razem miały w sobie znaczny poziom niechęci.

Lanc przez dłuższą chwilę patrzył na to, co działo się w rejonie wieży kontroli lotów. Nie napawało to optymizmem, rzucił więc krótko.

– Pierwszy pluton obsadza bunkier, drugi, trzeci i czwarty za mną!

 

Wieczorny wiatr z wolna rozwiewał dym bitewny. Na lotnisku zdobytym przez armię Haftara panowała względna cisza. O'Beonic przysiadł obok bunkra i korzystając z zachodzącego słońca, wpatrywał się w zdjęcie z medalionu.

– Za dzisiejszy dzień powinieneś dostać medal, co najmniej Bohatera Związku Radzieckiego. – Sasza dosiadł się do porucznika.

– Nawet ja wiem, że nie ma już tego odznaczenia. Ponadto nikt nie daje medali najemnikom.

– Kto nie daje, ten nie daje. Rozmawiałem z Czarodziejką, a ona z synem Haftara, wszyscy są pod wrażeniem. Dadzą ci libijski Order Odwagi, albo Gwiazdę Wojskową.

– Nie trzeba, po prostu wykonywałem swoją pracę.

– Facet ty poprowadziłeś natarcie po płycie lotniska, dwa kilometry betonu równiutkiego jak Plac Czerwony. Powinni was wystrzelać jak kaczki, ale tobie się udało podejść, przy minimalnych stratach. Teraz, zamiast się chwalić, mówisz, że to normalna robota. Wiesz, ty jesteś jak rycerz ze starej bajki.

– Chyba nie mam innego wyjścia, rodzice dali mi na imię Lancelot, a to zobowiązuje. – O'Beonic westchnął ze smutkiem.

– Dobre! – Sasza wyszczerzył się w uśmiechu.

– Nie, kiedy powtarzam w koło jego błędy.

– Coś kojarzę, problemy z kobietami. – Domyślił się Rosjanin. – Mam na to lekarstwo. Zanim wodze dadzą ci medal, masz prezent ode mnie, za uratowanie mi tyłka pod wieżą kontroli lotów. – Sasza wyciągnął butelkę oryginalnej rosyjskiej wódki z worka zrzutowego.

– Chyba nie powinienem.

– Ty jesteś rycerz, a nie pionier, znaczy się, wypić możesz.

– Skoro tak.

Lanc pociągnął solidny łyk napitku i podał butelkę Rosjaninowi. Przez jakiś czas pili w milczeniu, patrząc na zachodzące słońce. Sasza doszedł jednak do wniosku, że zwycięstwa nie powinno się oblewać w milczeniu.

– Tak sobie kombinuję i nie mogę ogarnąć, jak ci może nie wychodzić z kobietami. Ok, nie masz lśniącej zbroi i miecza wyłowionego z jeziora, tylko automat, generała inżyniera Kałasznikowa i kamizelkę kuloodporną, znaczy się, to samo co rycerze, tylko nowoczesne. Chłop jesteś na schwał, z pyska ładniejszy od goryla, znaczy się przystojny. Co prawda jesteś szurnięty, ale tylko trochę. Daleko ci do takiego marszałka Suworowa. Nieźle nam tu płacą, więc babki powinny się o ciebie zabijać.

– Co z tego, kiedy ja się zakochałem w księżniczce.

– Lubię cię. – Rosjanin pociągnął kolejny łyk wódki. – Dam ci radę. One wszystkie są zimne księżniczki, ale jak się z nimi dobrze wódki napijesz, to lód ich serc się topi.

– Problem w tym, że ja się zakochałem w żonie angielskiego następy tronu. – Lancelot pod wpływem alkoholu zrobił się szczery.

– Chłopie, teraz to mnie zaskoczyłeś. Niby o gustach się nie dyskutuje, ale żeby się zakochać w żonie Karola! Brrry – Sasza skrzywił się z obrzydzeniem. – Bez urazy, ale ty jednak musisz mieć nieźle zryty beret.

– Ale…

– Nie szkodzi, ja ci pomogę. Jak skończymy w Libii, to jedziesz z nami do Moskwy i ja ci tam znajdę śliczną młodą laseczkę. Pielęgniarkę, albo lekarkę, co cię z tamtej miłości w try miga wyleczy.

– Widzisz? – Lanc pokazał Saszy wnętrze medalionu. – Ja się zakochałem w niej, a nie Kamili.

– No! Chłopie to rozumiem, młoda, ładna, znaczy się jednak gust masz.

– Po służbie w SAS, oddelegowano mnie do ochrony księcia Cambridge. Wtedy ją poznałem. – Lanc westchnął głęboko. – Stałem się jej powiernikiem i wsparciem. Dużo pisaliśmy do siebie, z pomocą smartfonów. Byliśmy dyskretni, ale i tak nas namierzyli. William załatwił to na poziomie trójstronnej poważnej rozmowy. Musiałem wyjechać. Żyję tylko dlatego, że nasze uczucie było platoniczne.

– Ty się nie łam! Matuszka Rosja ma wiele pięknych kobiet. Chcesz, to znajdziemy ci dziewczynę co ma carskich przodków? – Sasza był gotowy do niesienia pomocy, bez oglądania się na ewentualne opory zainteresowanego.

– Komu ty chcesz swatać księżniczki krwi? – Czarodziejka nagle pojawiła się koło nich.

– Nasz bohater ma złamane serce, a że gustuje w arystokracji, to towarzyszka z rozwiedki sama rozumie.

– Dlaczego nazywają cię Czarodziejką? – Lancelota od dawna nurtowało to pytanie. Wcześniej jednak był zbyt rozsądny, aby zadać je Rosjance z GRU.

– Bo wiem to, czego nie wiedzą inni, do tego warzę magiczne napoje.

– Znam twoje destylaty, czyste delicje – Sasza się odrobinę rozmarzył.

– Mam tu coś dla naszego bohatera – wyciągnęła z kieszeni pękatą butelkę.

Kwadrans później nieco podcięta trójka, prowadziła rozważania z pogranicza fizyki i filozofii na temat czasoprzestrzeni. Dyskusja koncentrowała się na praktycznym zagadnieniu wpływu czasu na zwiększanie się pustej przestrzeni w butelce. Przechodzący obok major Muammar Sadii, postanowił bliżej poznać sojuszników i ich zwyczaje. Niestety nie docenił, jakby to delikatnie ująć, różnic genetycznych. Irlandzkie DNA Lancelota i słowiańskie geny pary Rosjan pozwalały im bezproblemowo spożywać płyn z butelki. Muammar miał wśród przodków pustynnych rabusiów i berberyjskich piratów, nie brakowało mu odwagi. Sięgnął po butelkę, pociągnął solidny łyk, zakrztusił się, flaszka wypadła mu z ręki tłukąc się, oczy wyszły mu z orbit i wycharczał:

– Co to jest?

– Bimber daktylowy, zaprawiany karmelem – wyjaśniła Czarodziejka.

– Jak wy to możecie pić? – Sadii pytał, łapiąc oddech niczym ryba wyciągnięta z wody.

– Sasza, odprowadź majora, i zadbaj o jego zdrowie. – Rosjanka wydała szybko dyspozycję.

– No i po imprezie. – Lancelot nie ukrywał smutku.

– Niekoniecznie. Lanc, chodź ze mną. Na kwaterze znajdę jeszcze coś do picia.

– Pani, lejesz miód na me serce. – Porucznik zgiął się w dworskim ukłonie.

 

Daleki odgłos artylerii obudził Lancelota. Nie zdziwiło go, iż śpi przytulony do nagiej Czarodziejki. Po raz kolejny los zataczał krąg. Był znów rycerzem bez skazy, zakochanym w żonie swego seniora i wygnanym. Ciągle walczył, ale nie znał smaku klęski. Teraz przyszła kolej na to by spłodził syna z Czarodziejką. Chłopak, kiedy dorośnie, będzie jedynym, który pokona swego ojca. Lancelot zaś powróci jako własny wnuk. Kolejny, tym razem bliższy grzmot dział, sprawił, że dziewczyna powiedziała coś po rosyjsku. Uspokoił ją pocałunkiem, po czym znów zatopił się w myślach. Kiedyś dawno, dawno temu, próbował ustalić, kto mu to zrobił? Merlin na polecenie Artura, a może Morgana by upokorzyć swego wroga? Kto obłożył go klątwą, sprawiającą, iż przez wieczność powtarza ten sam scenariusz. Od paru wieków, dał sobie z tym spokój. Teraz po prostu odgrywa swoją rolę. Miało to swoje zalety. Wiedząc, że przeznaczenie determinuje czas jego triumfów, mógł brać misje, których nie odważyłby się podjąć nikt inny. Starał się też nieco wpływać na to, kogo przeznaczenie obsadzi w innych rolach. Sprawiło to smutne doświadczenie z połowy siedemnastego wieku. Wówczas spłodził syna, z kobietą jak z koszmaru. Wzdrygnął się, kiedy przypominał sobie jej uśmiech znaczony zaawansowaną próchnicą. Czy ktoś może go winić, iż dziś wybrał na czarodziejkę zielonooką, rudowłosą zgrabną dziewczynę? Krąg losu będzie się toczył dalej. Dziś, może jutro, rozgorzeją walki na ulicach Trypolisu. Znów będzie bohaterem z pomnika, tęskniącym za dziewczyną z medalionu. Teraz jednak chciał kontemplować piękno Czarodziejki. Bo czy nie warto czasem pozwolić sobie na wykorzystanie powtarzalności tego zaklętego kręgu? 

 

Koniec

Komentarze

Także i na tym opowiadaniu konkursowym swoje piętno odbił srogi limit znaków. Choć w sumie – masz jeszcze zapas. I czas…

Bo to jest bardzo sprawnie napisane, ma ciekawą scenografię i wciąga. Jednak początkowe, bardzo dobre wrażenie, zepsuło mi zakończenie. Sęk w tym, że ono jest takim trochę infodumpem uzupełniającym to, czego nie udalo się objąć opowieścią. Ale – podoba mi się, jak piszesz, chciałbym, żeby to wybrzmiało.

Dzięki i pozdrawiam. 

Dziękuję za opinię. Aczkolwiek raczej nie przerobię końcówki. Po dyskusji z Finklą o Medei zaskoczył mi inny pomysł. Teraz w głowie mam inne sceny z innym bohaterem i wklepuję w kompa, zanim stracę wizję. :D

Ponadto w obecnym zakończeniu jest pewna przekora. Lancelot z legendy zawsze wydawał mi się ciut spłycony. Rycerz bez skazy ale ma platoniczny romansik z królową. Niby wygnany, ale zdążył ocalić ją ze stosu. Niby czarodziejka musiała go otumanić ziołami żeby z nią teges, ale sam też potrafił całkiem skutecznie leczyć, co w tamtej epoce oznaczało niezłą znajomość zielarstwa. Mimo wygnania przybywa by w decydującej bitwie pomóc Arturowi, ale jakoś tak przypadkiem dopiero po tym jak król zostaje śmiertelnie ranny.

Dlatego Lancelot z tego opowiadania nie walczy z klątwą, tylko ją wykorzystuje by dalej budować swój mit. 

Ja mam z Lancelotem nieco inny problem. Skojarzenie, którego już nigdy się nie pozbędę…

(Ja tu mało zaglądam na forum więc jesli wklejając offtopowy obrazek zachowałem się nieładnie, to przepraszam – skasuję to oczywiście.) 

Bardzo przyjemne opowiadanie. Spodziewałam się gorącej akcji, mordobicia i rzezi, ale ładnie przeszedłeś od opisu walki do przemyśleń i zwierzeń bohatera. Może dwa zdania nie pasowały mi do klimatu, ale reszta ok. Dialogi, moim zdaniem, naturalne. Szkoda mi było Lancelota i tego, że tak w kółko cierpi. Ciekawe rozwiązanie to z ponownymi narodzinami. Według mnie zakończenie jest dobre i nie trzeba nic zmieniać.

Całość odebrałam pozytywnie. :)

Sara

Meh, pokręcę nosem, ponieważ z zapętleniem narodzin “podkradłeś” mi pomysł :( Pokręcę trochę bardziej, ponieważ miejscami również parę zdań – lub wtrąceń – nie pasowało mi do narracji. Wrzucam przykładzik:

 

Niestety nie docenił, jakby to delikatnie ująć, różnic genetycznych.

Jakoś nie przepadam za tego typu dodatkami, ale to czysto subiektywna opinia.

 

Reszta w porządku, nie mam problemu z zakończeniem, wydaje mi się wystarczające :) Fajną perspektywę obrałeś na spojrzenie na postać Lancelota, dodałeś nieco charakteru, którego zdecydowanie w podaniach brakuje.

Dwoma słowami: na plus :)

Potknąłem się na kilku zdaniach. Najbardziej uwiera mnie to:

Aczkolwiek kamizelka kuloodporna miałaby na ten temat nieco inne zdanie.

Nie jestem pewien, czy rozumiem przekaz. Wygląda, jakby go nie trafiali, ale tak naprawdę obrywa w kamizelkę? Jeżeli tak, to po pierwsze, ma strasznego fuksa (względnie uzasadnione fabularnie), a po drugie, jest chyba z kamienia, bo trafienie w kamizelkę ponoć piekielnie boli (zależnie jeszcze z czego strzelali – ale przypuszczam, że z kałaszy).

 

Poza tym – nie urzekła mnie zmiana sposobu prowadzenia opowieści w finale (o czym wspominał już Łosiot).

Fabularnie – cóż, nie ma wiele o czym tu mówić, fabuła prosta i konkretna, niezbyt zaskakująca, ale poprawnie zbudowana.

Postacie w porządku, choć Rosjanin Sasza mógłby być odrobinę mniej stereotypowy. Lancelot wypada nieźle, choć znowu – sporą część jego osobowości prezentujesz w końcowym infodumpie, co mnie trochę uwiera.

Ogólnie na plus, ale bez porywów.

Hmmm. Tematyka do mnie nie przemówiła. Pomysł z klątwą polegającą na wiecznym kopiowaniu średnio przyjemnego zachowania fajny. Ale jak dla mnie za dużo naparzanki.

Przecinkologia tradycyjnie kuleje. Gdzieś tam masz błąd w zapisie dialogów.

 Około trzydziestoletni mężczyzna z dystynkcjami porucznika, siedział oparty o koło transportera opancerzonego.

Słabo to wygląda.

Babska logika rządzi!

Przyjrzałabym się przecinkom.

None gdy to pisałem oczyma wyobraźni widziałem scenkę, w której Lancelot prowadzi atak. Idzie jest lepiej widoczny niż inni, więc druga strona wali do niego z czego popadnie. Nie widać skutków ostrzału, tzn nie pada martwy, ranny itd ale coś tam jednak trafiło w jego kamizelkę kuloodporną ale jej nie przebiło. 

Fajny pomysł z tym Lancelotem. Też mi się wydaje, że postać ta jest nieco bardziej skomplikowana, niż wynikało by to z legendy. Na pewno jest parę niedopowiedzeń.

W opisie przygotowań, przed atakiem na lotnisko, zmieniłbym w zdaniu “jest tam sporo niezłych  zachodnich rakiet przeciwpancernych” na określenie przeciwpancerne pociski kierowane, ale to tylko taka uwaga kosmetyczna.

Dziękuję za opinie :D

 

Są Rosjanie? Piją wódkę? I nie ja to napisałem :P?

A teraz poważnie – fajne to. Prawie. Bo ta łopatologia pod koniec rozwaliła mi całą przyjemność czytania. Zostawiłbyś coś domyślności czytelnika…

Z czepów szczegółowych:

– “Czarodziejka z rozwiedki” – wydaje mi się, że u nas przyjęła się pisownia “razwiedka”;

– “angielskiego następy tronu” – literówka.

 

Ogólnie – niezłe, za wyjątkiem zakończenia :(.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

No właśnie po komentarzach widzę, że zakończenie nie zaskoczyło :( 

Idąc tropem bohaterów legend arturiańskich w konkursie, trafiłem tutaj w ślad za Lancelotem.

Merlina, jak widzę, nie uśmierciłeś na przekór ostatnim trendom (wyznaczanym przeze mnie i Leniwego2 ;)

Zacznę może od wrednego stwierdzenia, że spora część opowiadania przypomina mi żart o słoniu i dżdżownicach. Tematem jest niby słoń, ale jego trąba przypomina dżdżownicę więc opowiadasz o dżdżownicach. To znaczy, bardzo widać, że lubisz militarne klimaty, opisy walki, wojskowy entourage i spora część opowiadania skupia się na tym zagadnieniu. Ale potem na szczęście wracasz do swojego bohatera i trawestowanej legendy.

Pomysł masz bardzo prosty, chociaż nie bardzo wiem, dlaczego akurat Lancelota miałoby spotkać takie "zapętlenie życia" w dziejach, czy raczej powtarzany do znudzenia cykl. W legendach nie ma ku temu żadnych przesłanek. Ale w sumie z racji tak wielu odmiennych wersji arturiańskich opowieści, nie wiadomo właściwie kto żyje, kto śpi, a kto czeka w Avalonie.

Warsztat masz do poprawienia, pewnie wiesz o tym, a zwłaszcza interpunkcję. Natknąłem się w tekście na różnego rodzaju zgrzyty, ale przykłady podam na koniec komentarza. Największym minusem jest kompozycja – począwszy od tego niepotrzebnie szczegółowego militarnego wprowadzenia, po zakończenie, o którym później.

Za to dobrze się czyta Twoje dialogi. Zwłaszcza rozmowa Saszy i Lance'a zasługuje na uwagę. Fajnie też pogrywasz niektórymi elementami – następca tronu, Lancelot najemnik, rosyjski przyjaciel itd. Niby to wszystko proste, ale dobrze wpisuje się w historię i pasuje do koncepcji. Ogólnie mówiąc, gdy porzucasz efekciarskie rejony wojskowości tekst nabiera sporu luzu i lektura sprawia czytelnikowi frajdę.

Mają jednak rację poprzedni komentujący, trochę skrzywdziłeś tekst tym infodumpem w finale, który wyjaśnia i streszcza zamysł fabularny oraz postępowanie Lancelota. To nie jest fajne zakończenie. Sam nie wiem, czy nie byłoby lepiej, gdybyś pozostawił swojego bohaterami w nieświadomości, gdyby jego życie determinowało jedynie imię nadane przez rodziców, rycerski charakter i los platający figle. U ciebie jest on jednak TYM Lancelotem, zna swoją przeszłość i fatum na nim ciążące. Rozumiem intencję, chciałeś nawiązać do tematyki konkursu i pewnie uniknąć zarzutów o brak fantastyki. A moim zdaniem takie niedopowiedzenie byłoby mocnym punktem opowieści.

Na koniec zapytam jeszcze, czy zdajesz sobie sprawę, że Pani Jeziora/Czarodziejka była przybraną (lub nawet rodzoną) matką Lancelota? A on sam po śmierci Ginewry został pustelnikiem i zmarł?

Kilka usterek dla przykładu:

 

"Dotarł już na pięćdziesiąt metrów od bunkra, gdy jego obsada nie wytrzymała i zaczęła uciekać."

– dotarł na pięćdziesiąt metrów od bunkra brzmi dziwnie, brakuje chyba słowa "odległość".

 

"Lanc przez dłuższą chwilę patrzył to, co działo się w rejonie wieży kontroli lotów. Nie napawało to optymizmem, rzucił więc krótko". 

– zgubiłeś"na".

 

"Dużo pi­sa­li­śmy do sie­bie, z po­mo­cą smart­fo­nów. By­li­śmy dys­kret­ni, ale i tak nas na­mie­rzy­li. Wil­liam za­ła­twił to na po­zio­mie trój­stron­nej po­waż­nej roz­mo­wy. Mu­sia­łem wy­je­chać. Żyję tylko dla­te­go, że nasze uczu­cie było pla­to­nicz­ne". 

– fatalny infodump, sztuczna ta gadka, zwłaszcza te smartfony.

Powodzenia w konkursie!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mnie się akurat zakończenie podobało. Jest o wiele płynniej napisane niż cała ta militarna część. Może mam takie wrażenie, bo nie lubię wojennych historii. Rozmowy też są fajne. Pomysł interesujący. Kilka przykładów przecinków i literówek do poprawy:

 

Kobietę ze fotografii

Kobietę z fotografii

 

Poruczniku, O'Beonic, major wzywa was do namiotu.

Poruczniku O'Beonic, major wzywa was do namiotu. – bez pierwszego przecinka

 

różnorodność wzorów ich mundurów wskazywała, na niezupełnie regularny charakter armii,

różnorodność wzorów ich mundurów wskazywała na niezupełnie regularny charakter armii, – bez przecinka

 

ale jak się z nimi dobrze wódki napiszesz

ale jak się z nimi dobrze wódki napijesz

 

Komu, ty chcesz swatać księżniczki krwi?

Komu ty chcesz swatać księżniczki krwi? -bez przecinka

 

Powodzenia! :)

Poprawki naniosłem 

 

yantri dziękuję za dobre słowo :)

 

mr.maras zakończenie miało nieco w założeniu nieco uczłowieczyć Lancelota. Rycerz bez skazy, taki z pomnika, miał być trochę bardziej realny. Ok jest szlachetny, nie strzela w plecy, pilnuje by opatrzono wszystkich rannych, ale to swoista część roli. Tak prywatnie to facet, który znając swoje przeznaczenie stara się je wykorzystać. Wie jak długo jest niepokonalny, więc bierze misje z gatunku samobójczych bo nic mu nie grozi. Mając rozpisany scenariusz na życie, zamiast iść śladem bohaterów greckich tragedii, dobiera sobie ładną Czarodziejkę.

Tu drobna uwaga z tego co pamiętam tych czarodziejek w legendach arturiańskich trochę jednak było. Może coś pokręciłem, ale wydaje mi się, że któraś czarodziejka i to bynajmniej nie Pani Jeziora, przy pomocy jakiś ziół które mu podsunęła sprawiła, że ujrzał w niej Ginewrę i w trakcie upojnej nocy zmajstrował syna. Dopiero ten syn znalazł świętego Grala.  

Co do militarnych klimatów, Lancelot to rycerz, czyli taki współczesny żołnierz i to z topowych formacji. Przez chwilę myślałem tym by zrobić z niego jakiegoś zawodnika sportów walki, ale w mojej wyobraźni wykreował się obrazek z wojskowym opartym o koło transportera opancerzonego. Reszta potoczyła się sama. Aktualnie bili się w Libii o Trypolis, no to miałem miejsce akcji. Nie jest tajemnicą, że marszałek, który podbija Libię ma kosę z zachodem, za to wspierają go Rosjanie. To idealnie pasowało mi do rycerza wygnanego z zachodu. No do kogo innego mógł pójść jak nie na wschód.  :D  

Oczywiście! Masz całkowitą rację! Jak mogłem zapomnieć o Elaine! I to jeszcze za sprawą Merlina Lancelot wskoczył do jej łoża. Zaćmienie straszne. Zwracam honor, MPJ78.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Brak napięcia. O ile pierwszy fragment i osadzenie legendy arturiańskiej we współczesnej Libii ma jakiś potencjał, to niestety kompozycja nie wypala. Drugi fragment z bitwą ma zbyt nagły przeskok – nic nie czułem napięcia bitewnego. Rozmowa Saszy, Czarodziejki i Lanca trochę za mocno sztywna i infodumpingowa. A końcówka to czysty skrótowiec. Znowu – bez napięcia.

Pomysł więc był, ale jakby zabrakło znaków, by go popchnąć w ciekawsze rejony. Trochę szkoda, zważywszy na Twe poprzednie opowiadania.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

A mnie, jakoś odwrotnie niż pozostałych, początek nie zachwycił.

Pierwsze słowa 

Mniej więcej trzydziestoletni mężczyzna

Sprawiły że się “zjeżyłem”.

Potem był brak “w”

nie wpatrywał się w ekran smartfona, ale (+w) zdjęcie umieszczone 

Oraz nagły przeskok od transportera do namiotu.

– Sasza mówi, że ma pan tam być na wczoraj.

Na stole leżała mapa – trzeba chyba porucznika przeprowadzić do namiotu

Pierwsze dialogi też jakieś drętwe były, a konstrukcja zdań co najmniej dziwna,

Bez wątpienia byli to żołnierze, aczkolwiek różnorodność wzorów ich mundurów wskazywała na niezupełnie regularny charakter armii, w której służyli.

Lub mało logiczna,

Z naramienników wynikało, iż wśród zgromadzonych najwyższy stopniem jest generał Muamar Haftara

No, źle się to zaczynało.

Ale z każdym wersem było coraz lepiej i od pewnego momentu wciągnęło.

Zgadzam się z przedpiścami, że gdyby strukturę i historię “zapętlenia” wyjaśnić w jakimś dialogu/retrospekcji, to opowiadanie wiele mogło by zyskać. 

Opowiadanie całkiem całkiem choć nie porywa, no cóż kwestia gustu. Klątwa fajna, tylko Lancelot jakiś taki ciotowaty. Mija taki szmat czasu, a on pogodzony, ciągle to samo. Ja bym osadził go w wydarzeniach zmierzających do przerwania klątwy i wtedy opowiadanie nabrałoby tempa.

Nowa Fantastyka