- Opowiadanie: PiotrSkowronek - Atrium K

Atrium K

Witajcie fantaści i fani literatury w ogóle!

Niniejszy tekst powstał w kwietniu roku 2014.

Zapraszam do czytania i komentowania tudzież rozszarpania, miażdżenia i tratowania.

Życzę wszystkim bardzo udanego weekendu majowego :)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Atrium K

 

 

Cynobrowe, kleiste niczym plastelina i kamieniste błoto placu zniszczonej starówki – kamienice dookoła przypominały popękane czaszki – chrzęściło pod buciorami dwóch mężczyzn idących szybko, a odzianych w czarne łachmany i niosących na plecach karabiny snajperskie.

– Radioaktywne gówno – zaklął jednooki albinos, niższy z mężczyzn, o posturze pnia dębu. Gdy zaczęło padać przystanęli, popatrzyli po sobie z jednakowo posępnym wyrazem twarzy, naciągnęli czarne kaptury na krótko obstrzyżone głowy, zdjęli broń i ruszyli krokiem żwawszym milcząc aż do wejścia pomiędzy rudery, w ulicę tkwiącą na styku światła i ciemności, w mętnej pustce.

– Jak można ukrywać się w zasranej ruinie dwa miesiące – podjął wyższy buchając parą z ust, ospowaty osiłek bardziej twierdząc niż pytając i pokręcił głową. – Cholerny szczur. Pewnie siedzi w kanałach. Tak, wiem, że przeszukali, ale pewnie odnalazł jakąś skrytkę i zabarykadował się tam jak… kurwa mać! Całe dwa miesiące w jednym miejscu. To nie życie. Mógłby wyjść i zginąć z honorem.

Wkroczyli w wąską alejkę, a albinos kopniakiem wyważył murszejące drzwi dziurawe od kul i zauważył, że członkowie klanu „rzadko tu zaglądają”, podniósł leżące na zniszczonej posadzce w roślinne wzory jabłko, ugryzł owoc i niemal od razu wypluł kawałeczki wykrzywiony obrzydzeniem.

– Fuj… – prychnął ciskając zgniłkiem o ścianę i zaczęli przeszukiwać wnętrze budynku, a następnie zajęli na dachu kamienicy stanowisko do obserwacji i strzału, kompletnie bez entuzjazmu, jak dwa, skulone kundle czekające tylko okazji, aby czmychnąć do budy unikając tym samym srogiego wzroku właściciela.

– Człowiek górą lodową, świadomość czubkiem.

– Co mówiłeś, Biały?

Kolba karabinu opadła na ospowatą twarz roztrzaskując czaszkę już za pierwszym razem, jak skorupę orzecha i okrwawione, bezmózgie truchło opadło na beton, a Biały zdjął kaptur odsłaniając splamioną twarz, spojrzał w elektryczną, rozedrganą kopułę nieba rozciągniętą nad ciemnozielonymi równinami i odetchnął głęboko nasłuchując odległych grzmotów. Widoczne na horyzoncie góry migotały błyskawicami, a mroczne, poszarpane i szaro-niebieskie obłoki wyraźnie sunęły po niebie zmieniając kształty lub przechodząc jeden w drugi w trudny do zdefiniowania sposób. Widział najpierw czaszkę, a następnie galopującego konia, lufę strzelby i jabłko.

– Świadomość rozszerzona – wyszeptał, a głosowi odpowiednie nachylenie nadał świst wiatru rozcierając krawędzie fal dźwiękowych przez co zabrzmiał, jakby dochodził z tuby.

Mężczyznę zachwycił widok piękny i mroczny zarazem, obraz niczym raju utraconego. Pomyślał o piekle i niebie i że najprawdopodobniej nie istnieją poza płaszczyzną symboliczną, miał także wrażenie, że możliwe, iż tzw. niebo i piekło są tym samym, widzianym tylko z przeciwnych perspektyw. Spojrzał w dół, podniósł drugi karabin, zrobił krok do tyłu unikając zakrwawienia rozlepionej podeszwy buta, trwał w zamyśleniu jeszcze kilka minut nie patrząc wcale na trupa z miazgą miast głowy – widział kątem oka zewłok przypominający straszydło na dzieci – czując pełznącego w górę kręgosłupa pająka zimnego lęku, po czym zbiegł po schodach i opuścił miasto.

 

* * * * *

 

Bomba podłożona przez mutanta zrobiła wyrwę w osłonie otaczającej osiedle czystego człowieka! Wielu obywateli zostało napromieniowanych, ale awarię naprawiliśmy szybko. Robak musi zginąć! Wypowiedział wojnę, niechże więc nastanie mord! Pora zaprowadzić nowy ład, bez radioaktywnych! Mutant sczeźnie! Zdeptać robala! Na pohybel…

Albinos wyłączył radio, a baterie wyjął i włożył do kieszeni.

– Klan Lilith podłożył ładunki – zauważył i powiódł wzrokiem po trawiastych równinach, zmrożonych pierwszym przymrozkiem i przysypanych warstewką białego puchu. Siedzące w mętnym cieniu skały, u wlotu jaskini, dookoła płonących książek i mebli istoty odziane w brudne szmaty i bandaże, długowłose i długobrode, wydały pomruk. Prószył śnieg, a wszechogarniająca szarość robiła wrażenie niewidzialnych kleszczy duszących szyje niczym nocna mara.

– A więc wróciłeś – rzekł starzec. Zadął wiatr silniejszy.

– Powiedz, jak u nich było? – spytała dziewczyna bez nosa.

– Dobrze tylko do czasu. Są brutalni, chcą zabijać. Ściągną na świat promieniowania gniew czystych.

– Oni nie CZYŚCI! – siwa kobieta wstała i podniosła głos. – Myśmy CZYŚCI!

– Są czystsi od nas, mamo – zauważył młody mężczyzna otrzepując zakurzone rękawy zniszczonego garnituru z łatami na łokciach.

– Idzie zmierzch – pomyślał Biały i westchnął:

– Musimy iść na południe, inaczej tu zamarzniemy.

– Nikt nigdzie nie idzie – obruszył się starzec. – Ty, jak chcesz, wędruj sobie. Rodzina zostanie tutaj, w domu. W grocie.

– Wyruszam o poranku. Gdyby kręciły się po okolicy jakieś szumowiny, teraz macie broń. Niedługo przyjdzie wam palić opony.

– Będzie nam ciebie brakowało – wyznała beznosa dziewczyna. – Zawsze czułam się z tobą bezpieczniej. Jaka szkoda, że odchodzisz.

Nie zwrócił uwagi na słowa Zeldy, ostatnie, jakie usłyszał przed nadejściem zmierzchu i zapadnięciem w głęboki, ciepły sen w głębi pieczary, nie zwrócił uwagi, ponieważ nie chciał, albo nie mógł, ponieważ podświadomie przeczuwał, że miłość jest w owej chwili ostatnią potrzebną mu rzeczą. Słyszał jeszcze płacz dziewczyny, ciche łkanie gdzieś w przeciwległym kącie jaskini. Nadchodził czas wędrówki. Krewni Białego żyli jak Neandertalczycy, a mężczyzna wolał iść, ponieważ sądził, że uratują go ruch i trwanie w skupieniu, lecz i tak, nadal miał wrażenie, że dla świata człowieka nie ma ratunku.

Śnił o czarnych nieszporach: wieczornej, pogańskiej uroczystości. Ujrzał krewnych tańczących dookoła ogniska. Czyżby słyszał przez sen?

 

* * * * *

 

Rano szaro-rdzawy dżip zarzęził, rura wydechowa huknęła, lecz silnik zdołał zapalić. Biały odjeżdżał bez słowa; rzeczywistość ciążyła nad głową niczym fatum, ciężka, ołowiana chmura nie pozwalająca mówić. Zelda płakała. Mężczyzna milczał znosząc próbę dzielnie. Fatalne przeczucie ciążące również w żołądku około południa, podczas odpoczynku, przybrało pled materii: spojrzał w stronę skąd uciekał by zobaczyć atomowy grzyb. Czerwono-biały ogień rozganiał chmury. Wiedział, że to rakieta „czystych” zrzucona na ruiny miasta, jedną z ostoi mutantów, siedzibę Klanu Lilith, którą opuścił. Zasłonił twarz ręką i zamknął oczy, lecz i tak mógł dostrzec wszystkie kości własnej dłoni.

– Żegnajcie.

Tuż przed zmierzchem dotarł do rzeki zbyt głębokiej do przekroczenia samochodem. Szukał brodu przez godzinę, lecz nie wahał się długo ponieważ wiedział, że benzyny starczy na najwyżej sto kilometrów. Paliwo przeznaczył na ognisko.

 

* * * * *

 

– Twoja matka jest kurwą – rzucił biomechanoid w półmroku zadymionego hangaru zamienionego w restaurację i zapanowała cisza.

Biały wsparty na szynkwasie wychylił kieliszek, a trunek poparzył gardło i wykrzywił usta.

– Jak ja kocham roboty – wycedził mężczyzna – ponieważ są kłamstwem pozwalającym zrozumieć prawdę.

– Jaką prawdę?

– Że wszyscy jesteśmy niewolnikami marzeń?

– Ja nie.

– Nikogo nie obchodzi zdanie maszyny – rzekł mutant, odstawił kieliszek i plazmowy pocisk z ukrytej pod płaszczem broni rozerwał próbującego powiedzieć, że nie jest robotem, biomechanoida na dwa kawałki, po czym wyrwał dziurę w dachu i umknął w niebo, a mężczyzna ugasił stające w płomieniach odzienie klepnięciami.

Nikt nie pytał skąd złość biomechanoida. Czasami lepiej milczeć. Niektórzy słyszeli jednak, że rozmowa dotyczyła od początku drażliwej kwestii, a mianowicie „Atrium K”. Od katastrofy można dzielić ludzkość na trzy kategorie, tzw. czystych, ze środkami na życie z dala od promieniowania, mutantów żyjących poza obrębem bezpiecznych miast i na poły mitycznych Trzecich, którzy ponoć „oswoili” radioaktywność i odnaleźli schronienie na peryferiach będąc odmieńcami nawet dla wygnańców takich, jak Biały. Zamieszkali legendarne miasto nazwane Atrium K albo Azylem K. Albinos postanowił szukać, ponieważ mieszkańcy miasta żyli ponoć w dostatku. Jednak w hangarze miast odpowiedzi znalazł kolejne pytania i przypomniał sobie przysłowie mówiące, że im głębiej wejdziesz w las, tym więcej odnajdziesz drzew. Dopił wódkę, wyszedł, a za drzwiami przystanął, spojrzał w dół, pod stopy, aby ujrzeć krew na śniegu, kilka kropel posoki brukające białą powierzchnię i jął wycierać twarz, aż doszedł do wniosku, że krwawi z nosa. Ruszył przed siebie wykonując jeszcze kilka kroków, poczuł zimne mdłości i zwymiotował w paroksyzmie bólu. Nachylony i oparty o blaszaną ścianę hangaru spostrzegł w wymiocinach krew. Pomyślał, że być może podczas atomowej eksplozji był za blisko epicentrum i cierpi skutki choroby popromiennej.

– Być może umrę. Albo to tylko wódka. I tak umrę – pomyślał. – Najgorszy wynalazek człowieka.

Z wielkim wysiłkiem zarysowanym na twarzy zdołał stanąć prosto, poprawił pas, ukradł konia i z plazmowym karabinem przewieszonym przez plecy ruszył na południe w poszukiwaniu ciepła i, być może, legendarnego miasta.

 

* * * * *

 

Piekło, miejsce tajemnicze i piękne, a Atrium K z pewnością do takich należało z tym wyjątkiem, że wiało tam również grozą, stało otworem przed Białym. Gdyby wiedział wcześniej, nigdy nie zacząłby szukać, lecz wykonał krok przez próg i czuł przymus wejścia głębiej, do samego dna amfiteatru straszydeł, spenetrować pochwę, a być może i macicę tej, już na poły martwej i stoczonej rozkładem, robakiem – czym-tam-jeszcze – suki z doliny niesamowitości.

Dziwaczne kreatury, latające ni to wielkie mózgi, ni ośmiornice, ni gryziszczęki sprzężone z maszynerią pokonywały przestrzeń powietrzną pomiędzy najdziwniejszymi konstrukcjami architektonicznymi, jakie w życiu widział. Patrzył na labirynty ustawione w pionie i poziomie oraz na skos – we wszystkich kierunkach i pod każdym kątem – a stwory nie korzystały przesadnie z grawitacji napędzane silnikami, jakich nie potrafił rozpoznać. Widząc rozliczne, połamane klatki schodowe, Biały znowu poczuł ból i mdłości, a tym razem powstrzymał wymioty, lecz nie zdołał ustać na nogach i runął w czarną czeluść. Nigdy już nie otworzyłby oczu, gdyby nie pewien potwór tkwiący w głębi; bestia pochwyciła biedaka, podtrzymała funkcje życiowe i zaczęła wprowadzać… zmiany. Konie galopowały.

Gdy Biały otworzył jedyne oko, nie mógł zamknąć z powrotem. Ogromna, gorąca i gorejąca tak, że aż bolesna świadomość kolektywu i siebie samego wprawiała mężczyznę w stan rozedrgania, napięcia i niemal wrzenia. Chciał zrozumieć czy drżą ręce, nogi, a może całe ciało jednocześnie, lecz gdy próbował wyczuć, doznawał jedynie – a może aż – wrażenia rozmigotanego, roziskrzonego miasta podobnego do termitiery zamieszkanej milionami podobnych mężczyźnie stworzeń, uwięzionych i wolnych jednocześnie, istot o najróżniejszych formach – a być może Istot – niemających przywódcy, ponieważ pierwsze skrzypce grali wszyscy jednocześnie, co oczywiście przywodzi skojarzenie, że i nikt, tworząc tym samym niemałą i niemiłą kakofonię, prawdziwą symfonię chaosu, Requiem Mozarta, a zwłaszcza Lacrimosę – i Biały załkał, jak dziewczynka czując te wszystkie uliczki, alejki, pokoje i brudne zakamarki.

– Pandemonium.

Na twarz białego zabłądził uśmiech – kompletnie nie pasował do połyskliwego i rozwartego szeroko oka z czerwoną tęczówką, ognistej gałki ocznej istoty bezwolnej i supersilnej jednocześnie, obłąkanej poznaniem dobra i zła, być może docierającej już nawet poza moralność w regiony ciężkie do objęcia wyobraźnią. Wyraz twarzy przedstawiał kompletne szaleństwo.

– Mocarny knur – zagulgotał z już nie ludzkiej gardzieli, lecz jeszcze nie całkiem obcej i próbował poczuć mocniej nowe ciało-nie-ciało, spojrzeć przez inne oko i oczy, a także spenetrować pamięć zewnętrzną słowem, nawiązać połączenie z umysłami oraz ciałami – jestestwem – pozostałych.

– Ale… to tylko faza przejściowa – jęknął, sapnął, mlasnął i zachichotał cicho, jak myszka. Poczuł całym ciałem orgazm uderzający z siłą tajfunu i zaczął wrzeszczeć czując jednocześnie milion bolesnych erekcji, a następnie wytrysków następujących raz zarazem szybko i jednocześnie nieskończenie długo. Wybiła godzina odrazy, czy nadejdzie dies irae? Desire?

– A więc jesteśmy tu i teraz, już na zawsze, w bioinżynieryjnym Eldorado. Panie i panowie, oto Atrium K, świadomość rozszerzona, nowa wieża Babel, ziggurat Etemenanki, wiszące ogrody Babilonu… metropolia, a właściwie nekropolia, którą zbudował dla ukochanej żony Amytis Nabuchodonozor drugi. Nigdy nie należałem do tego miasta. I odkąd pamiętam. Świadomość rozszerzona i nic. – Jęknął.

I znowu wytrysk, i znowu samozapłodnienie i obsmarowane białą i czerwoną krwią ściany domów z żywej tkanki (grube, obślizgłe podbrzusza). Pstryk, gaśnie światło, czuć zapach fiołków, a Biały ma w ustach smak soli. W mężczyźnie wzbiera poczucie ciekawości, a jak wiadomo, ciekawość pierwszym stopniem do piekła, choć ciężko przewidzieć, co przysłowie oznacza dla już tutaj tkwiących. Niejeden truizm zawiera niepokojącą półprawdę.

– Oto mistrz i uczeń jednocześnie, oto… uwolnienie, niech nadejdzie śmierć – mówi do siebie świadom, że nie jest już sobą, że mocniej chyli się, niczym drzewa podczas burzy, w stronę obcości, inności, lecz wiadomo przecie, że wiatr silne drzewa tylko głaszcze, słabe łamie. Pomyślał, że marne pocieszenie. – Wszystko marność.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Na pewno jest tu fantastyka – postapo, jak się patrzy.

Ale brakuje mi porządnej fabuły i dobrze pokazanego świata. Tylko go szkicujesz – mamy trzy grupy, ale mało interakcji między nimi. Z czego żyją? Walczą ze sobą, okradają się czy handlują? Ktoś zrzuca bombę, więc walczą… Ale atomówka niedaleko własnego miasta to raczej słaby pomysł, IMO.

Albo nie rozumiem decyzji bohatera (dlaczego zabił towarzysza?), albo ich nie ma, a rzeczy mu się wydarzają.

Interpunkcja mocno kuleje.

a albinos kopniakiem wywarzył murszejące drzwi dziurawe od kul

Ojjj. Paskudny ortograf.

Babska logika rządzi!

Ortograf był paskudny, zaiste.

Opowieść z potencjałem. Te wszystkie biomechanoidy, mutanty, kulty – mi ten zarys się podoba. Tylko właśnie – to jest zarys. Bo na koniec tekstu nadal niewiele wiem o świecie. Gdyby chociaż pokazać dokładniej jakiś fragment, dokręcić jeszcze bardziej zamkniętą fabułę. A tak czuję się, jak po wersji demonstracyjnej ;)

Bohater niezły, tylko właśnie – jak to w wersji demonstracyjnej, jest raptem zarysowany.

Technicznie chrzęści.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Okej.

Nowa Fantastyka