- Opowiadanie: Madej90 - W górach poza czasem

W górach poza czasem

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

W górach poza czasem

If unfaith in the heart find dwelling, then the soul it shall reap but woe;

And shaming alike and honour are his who such doubt shall show,

For it standeth in evil contrast with a true man’s dauntless might,

As one seeth the magpie’s plumage, which at one while is black and white.

And yet he may win to blessing; since I wot well that in his heart,

Hell’s darkness, and light of Heaven, alike have their lot and part

But he who is false and unsteadfast, he is black as the darkest night,

And the soul that hath never wavered stainless its hue and white!

– Wolfram von Eschenbach, Parzival

 

W samym środku Europy leży państwo przez całą historię raz za razem łamane na pół. Teraz także jest złamane – jedna część wolna, druga nie. Tak przynajmniej było dotychczas. Wojna zawitała wreszcie za Loarę, przybyła nie w postaci kul i krwi, ale rózgi prawa i rozdziawionych brezentowych ust konwojów, pożerających wszystko co tylko mogły.

W tej na nowo przyciśniętej podkutym butem krainie, wśród rozlanych wszędzie wokół pól, zjeżdżał ze wzgórza jeździec. Jeździec ten, kierując karego konia w stronę porysowanego górskimi szczytami horyzontu, myślał o sobie zapewne jako o rycerzu. Jego zbroja była czarna i skórzana, pod nią widać było kołnierz ozdobiony srebrnymi dębowymi liśćmi, jednym po każdej stronie. Na głowie nosił czapkę z czaszką nad daszkiem.

Tenże czarny rycerz o zimnych spojrzeniu bladych oczu i zaciętych wąskich ustach, kierował się niespiesznie w stronę ceglanych ruin, pomiędzy którymi wznosiły się wysokie zaspy śmieci, fiordy szmat, diuny próchna – wszystko to darte chciwymi dłońmi i łopatami poszukujących żołnierzy. Głębiej w tym cuchnącym chaosie szperactwa klęczał okrwawiony starzec. Jego zęby powoli topiły się w błocie. Na starca padł barczysty cień oficera.

– Gdzie schowałeś? – padło pytanie, zadane łamanym francuskim. Pięść spadła rozmyta i rozcięła pomarszczoną skórę. – Gdzie?

– Wystarczy już tego na razie – powiedział czarny rycerz, zsiadając z konia. – Jeśli księga jest tutaj, znajdziemy ją sami. Jeśli nie… to będzie trzeba zastosować bardziej zaawansowane metody.

– Tak jest, Herr Standartenführer!

Pozwolono starcowi osunąć się w przygiętą do ziemi trawę i krwawić w spokoju. W obecności dowódcy żołnierze jeszcze sprawniej zajęli się rozbieraniem śmietniska na czynniki pierwsze.

SS-Standartenführer Artur Steiner ściągnął rękawiczki, pozwalając gołej dłoni sunąć po teksturach chropowatych, śliskich, mokrych, szorstkich, całej gamie obrzydzających dotyków. Miał blade dłonie pianisty. Rozglądał się obojętnie, aż jego wzrok zakotwiczył się na obrośniętym mchem pniaku. Świsnął, wskazując go palcem. Dwóch żołnierzy natychmiast kopnęło go na bok, odsłaniając skrytkę pod spodem.

W głębi ziemi znaleźli obwiniętą skórą drewnianą skrzynkę, a we wnętrzu skrzynki plik zapisanego pergaminu. Oprawa rozpadła się już niemal, ale tekst wyglądał na zachowany niemal idealnie. Podano księgę Steinerowi.

– Nareszcie – wyszeptał, gładząc pierwszą stronę. Przymknął oczy. – Boże Wszechświata, który zesłałeś nam Führera, byśmy mogli wypełnić posłannictwo naszej niemieckiej krwi, dziękuję ci za to zwycięstwo i tobie ofiaruję to oczyszczenie. – Potem rozkazał głośno: – Zniszczyć wszystko inne. Strażnika zabić.

Śmietnisko opustoszało wkrótce, zostali tylko czterej mężczyźni z miotaczami ognia oraz starzec z podciętymi ścięgnami w kolanach. Potężne języki płomieni oplotły całą ruinę, gdzieniegdzie eksplodując w kontakcie z gromadzącymi się wśród zgnilizny gazami. Pożar widziano we wszystkich okolicznych wioskach. Oświetlał marsz pułku SS w głąb kraju. Rzucał refleksy na okrwawione bandaże zaplątane w gąsienice Tygrysa.

W oddali można było jeszcze dostrzec dym z zamku, który spalili kilka dni wcześniej na swoim szlaku krwi.

***

Z zajętego przez SS zamku wyjechał samochód, ciągnąc za sobą zastygłe szarfy pyłu. Pomiędzy zielonymi wzgórzami, w które zjeżdżał prawie nie było wiatru, panowała zupełna cisza. W dole, w dolince rozlewało się leniwie w letnim słońcu miasteczko.

Miasteczko było stare, częściowo wciąż otoczone średniowiecznym murem, za którym twardo osadzały się w ziemi szare, kamienne budynki pamiętające krucjaty. Czarny kabriolet wychynął z cienia pękatej przybramowej baszty i sunął przez ubite ulice w stronę najdalej wysuniętego od zamku domu.

Tam, za przybrudzonymi oknami, mieszkała zaś mała dziewczynka, bawiąca się metrem krawieckim, obwijając go w biegu wokół manekina. Była chuda, w pocerowanych ubraniach, a jej skóra zaczęła przybierać niezdrowy odcień kogoś, kto żywi się niemal wyłącznie ziemniakami. Jej starsza siostra – Agathe – siedziała w napięciu, wyglądając na zewnątrz.

Samochód nadjeżdżał powoli. Na tylnym siedzeniu rozlała się plama czarnej skóry i błyszczącego srebra – palący papierosa mężczyzna o włosach tak jasnych, że niemal białych. Wysiadł po chwili i załomotał w drzwi, nawołując w obcym języku.

– Amélie! – syknęła Agathe. – Już czas na ciebie.

Dziewczynka posłusznie wyszła przez okno, jak zwykle. Nie miała wracać do wieczora, pod żadnym pozorem nie mając nigdy zostawać w pobliżu domu. Nigdy też nie mogła powstrzymać się przed zajrzeniem przez dziurę w ścianie.

Jej siostra otworzyła wreszcie ciężkie dębowe drzwi i czarny cień rozlał się teraz na ulubionym fotelu ojca. Agathe wciąż stała sztywno przy drzwiach, dopóki nie nakazał jej usiąść naprzeciwko siebie.

Amélie nigdy nie odważyła się zostać dłużej, zobaczyć, co się dzieje później. Wiedziała, że czarne cienie z zamku są złe i przez nie szafa w domu jej przyjaciółki czasem płacze wieczorami. Podmuch powietrza w trakcie biegu przeganiał te myśli, dlatego dziewczynka puściła się długimi susami w stronę wielkich połaci zieleni, niegdyś pełnych krów, nim wszystkie zostały zabrane.

Stopy nurzały się powyżej kostek w trawie, oście i innym zielsku, prażonym słońcem. Wrzask świerszczy dudnił w uszach. Piękny, ogromny motyl nęcił, jak ognik na bagnach, w stronę cienkich drzewek trzeszczących na wietrze i jeszcze dalej, na równinę. Pęd, chłód na twarzy i żar nad głową, chrzęst deptanego ścierniska i nie wiadomo kiedy Amélie zdała sobie sprawę, że znajduje się między górami, spowitymi w nikłą pajęczynę mgły. Wiedziała dobrze, że w okolicy nie ma żadnych gór, a także że nie odbiegła wystarczająco daleko, by do jakichkolwiek dotrzeć.

Jej uszy pochwyciły ulotny dźwięk, echo niesione zza horyzontu, szarpaną wiatrem piosenkę. Po chwili jej źródło pojawiło się w oddali, jako niewyraźna plamka. Rosła powoli, przybierając kształt jeźdźca na koniu. Wkrótce jeździec zmienił się w rycerza w szmelcowanej na purpurowo zbroi. Jeszcze później zyskał herb, też purpurowy, usiany złotymi krzyżami. Przez cały czas śpiewał w dziwnej mowie, w której Amélie nie mogła rozpoznać ani słowa.

Purpurowy rycerz zatrzymał się kilka kroków od niej. Podniósł przyłbicę, ukazując drobne wysepki dziobów po ospie i konstelacje piegów rozsiane po różowej kanciastej bryle wyrzeźbionej w wieczny półuśmiech.

– Bóg z tobą, panienko. – Przybysz ukłonił się. Mówił teraz po francusku, choć brzmiącym niemal zupełnie obco. – Zwą mnie sir Percevalem.

– Dlaczego jesteś tak ubrany? – Dziewczynka odpowiedziała dopiero po chwili.

– Jak miałbym być ubrany?

– Nie wiem. Inaczej. Nikt się tak nie ubiera.

– Nigdy nie widziałaś rycerza, panienko? – zapytał Perceval, zsiadając z konia.

– No.

– Cóż, wiedziałem że coś jest nie tak. Przyjechałem odwiedzić dawnych przyjaciół, ale wygląda na to, że trafiłem nie w porę. Bardzo nie w porę?

– Eee?

– Który mamy rok? – Usiadł ciężko na kamieniu, kładąc na kolanach młot bojowy.

– Tysiąc dziewięćset czterdziesty trzeci.

– Hmm… Widzę, że tradycja postów dalej się utrzymuje. Tylko, czy nie jesteś za mała na ascezę?

– Na co?

– … nie ma po prostu jedzenia?

– No.

– Trwa wojna? – westchnął.

– No. Tak wszyscy mówią.

– Szkoda, liczyłem na to, że osiągniemy już pokój Boży.

– Ty naprawdę jesteś rycerzem? – Amélie zmarszczyła brwi.

– Jestem.

– Ale… co tu robisz? Dlaczego?

– Nie wiem. Widocznie musiałem tu być. Odbywam wyprawę, by poznać największy sekret wiary.

– Jaki sekret?

– Szukam Graala, pragnę dowiedzieć się czym jest i do czego służy.

– I jest tutaj? – Usiadła obok niego, przyglądając się z uwagą.

– W pewnym sensie. Tam dalej w górach… – Rycerz machnął ręką za siebie, a potem w zamyśleniu podrapał się po nosie. – To znaczy, takich które może zobaczyć… Jest zamek. W tym to zamku jest tunel. A za tunelem jaskinia. Nie ma tam światła, ani dźwięku, a sam tunel jest labiryntem. Dlatego nie wiesz też, gdzie się znajdujesz. To komnata Graala. Przybyłem stamtąd wraz z kilkoma…

– Czekaj, znalazłeś go? – Dziewczynka odgarnęła włosy, przyglądając mu się z niewzruszonym niedowierzaniem.

– Widziałem go.

– Skoro go znalazłeś, dlaczego wciąż go szukasz? To głupie!

– Hmm – zaśmiał się krótko. – Zawsze wszystko co robiłem było głupie. Widziałem go wiele razy, ale nigdy w pełni nie pojąłem jego tajemnic. Nie zadałem właściwego pytania.

– Jakiego pytania?

– Nie wiem przecież – parsknął. – W każdym razie przybyłem tutaj z kilkoma ludźmi, zwanymi Doskonałymi. Katarami. Nie byli pierwszymi, którzy znaleźli Graala i nie ostatnimi, ale ja zacząłem rozumieć go tu po raz pierwszy. Byłem im świadkiem i opiekunem, póki nie nadszedł ich czas. Pochowałem ciała tam dalej, gdzie droga skręca. – Wskazał palcem. – Później wyruszyłem szukać Graala dalej, wędrując aż do Jerozolimy, choć moi przyjaciele twierdzili, że Chrystus nie miał ciała i nie mógł umrzeć na krzyżu. Podróżowałem też do innych odległych krain, ale zda się, że przestrzeń zamieniła się w czas. I w ten oto sposób znów jestem tutaj.

– Hmm… – Amélie podrapała się po nosie. – Aaaa… tutaj, to znaczy gdzie?

– Jesteśmy w okruchu wypadłym Bogu z kącika oka. – Perceval zamyślił się na chwilę, także się podrapał. – A może to był kawałek czoła Lucyfera? Mówili mi, ale to było dawno temu. Niewidzialne góry! Płaskie i cienkie. Wielkie, głębokie i przepastne, a także…

Przerwał mu śpiew. Dochodził z przeciwległego końca wąwozu. Wielka unia gardeł, mocna żołnierska pieśń. Ziemia dudniła pod stopami maszerujących, szereg za szeregiem, batalion za batalionem. Nadchodzili.

Zatrzymali się kilkanaście kroków od Percevala, rozdzieleni na dwie kolumny, pomiędzy którymi zatrzymał się samochód. Artur Steiner wysiadł z niego, przyglądając się rycerzowi z niedowierzaniem.

– Czy oczy mnie nie mylą? – Podszedł bliżej, zdejmując czapkę. – Księga mówi o twoim herbie, sir, ale nigdy nie spodziewałbym się… to znaczy, że jesteśmy na właściwej drodze.

Steiner przyklęknął przed Percevalem, inni poszli natychmiast w jego ślady, jak cofająca się czarna fala. Rycerz popatrzył na dziewczynkę, niepewny, co ma dalej zrobić.

– Nie musicie przede mną klękać – powiedział w końcu, odchrząknąwszy. – Wy także szukacie Graala?

– Na osobiste życzenie Reichsführera. Inni także szukali, ale są głupcami. W Montségur, Albi… oczywiście, że nie trzymali go w jednym miejscu. Krążył i krążył, aż wreszcie ostatni katarzy wymarli. Wystarczyło tylko dowiedzieć się, gdzie przyszliby umrzeć, a potem znaleźć drogę. Wreszcie znalazłem, dzięki temu. – Wskazał na księgę trzymaną przez jednego z szeregowców. – Czterech doskonałych uciekło z Montségur zanim krzyżowcy zajęli twierdzę, zabierając święte księgi i artefakty. Mieli je ukryć w Pirenejach, w zamku So. Jednak nie mogli zostać tam na długo, musieli uciekać dalej, a księgi i artefakty rozpraszały się i rozpraszały…

– Co to jest? – Perceval przerwał mu, nie dając żadnego znaku, że słuchał choć słowa, wskazując za to palcem na jeden z karabinów.

– To… karabin maszynowy. Broń. Używa prochu, żeby miotać pociskami.

– Ach. – Pokiwał głową. – Jak moja hakownica, tylko mniejsza.

Steiner zacisnął szczękę z rozdrażnieniem. Zdjął rękawiczki i oparł dłoń o srebrną gardę swojego miecza – Ehrendegen. Podjął na nowo wątek:

– Siłą napędową historii narodu jest tylko jego krew. Krew i rasa nadaje każdemu narodowi jego wewnętrzny i zewnętrzny wyraz i decyduje o wyborze środków, dróg i celów w jego walce o byt. Powierzono mi misję zapewnienia, że ta krew przetrwa.

– Czy jest tu w okolicy kościół? Nie wolno mi ominąć kościoła bez zmówienia tam modlitwy.

– Sir Percevalu – westchnął Standartenführer. – Czy wiesz gdzie jest to, czego szukamy?

– Dlaczego chcesz wiedzieć? – zapytał rycerz, po krótkim milczeniu. – Po co ci do tego armia?

– Taki otrzymałem rozkaz.

– Dlaczego? – powtórzył tylko.

– Dlaczego? – parsknął Steiner. – Nie wiem dlaczego. To nieistotne dlaczego. Nie mam sumienia, nie mam woli. Jest tylko wola Führera i moja dyscyplina, która pozwala mi wykonać każdy rozkaz. Jestem członkiem Schutzstaffel, jako jej członek jestem przyszłością: zakonem żołnierskim. Nieważne czego dotknę, moje ręce zawsze pozostaną czyste. I te ręce zdobędą to, co powierzono im zdobyć.

– Cóż. Ja nie mogę ci pomóc. – Perceval skinął na Amélie, żeby się ukryła. Wstał powoli, by przemieścić się na środek ścieżki, zagradzając drogę.

– Naprawdę? Chcesz, żeby to właśnie był koniec twoich poszukiwań? To zadupie? Chcesz umrzeć nic nie osiągnąwszy?

– Wiele osiągnąłem. – Rycerz wyprostował się, wspierając ręce o trzonek swojego młota. – Poznałem wiele sekretów, pokonałem wielu wrogów, ochroniłem wielu ludzi. Kochałem i byłem kochany. Jestem… jestem gotów. – Odchrząknął. – Jestem gotów. Nie można mieć w życiu wszystkiego.

Steiner pokręcił głową, parsknąwszy pogardliwie. Podszedł bliżej, blady jak czaszka na jego czapce.

– Wielu wierzy, że jesteś jednym z naszych największych przodków – wyszeptał. – Ale zapominają o twoim rodowodzie. Ja także prawie zapomniałem, niemal nie widać w tobie tego brudu. Myślisz, że nas powstrzymasz?

– Dlaczego by nie? – Perceval wzruszył ramionami.

– I jak niby masz zamiar nas pokonać?

– Nie będę z wami walczył. Po prostu nie pozwolę wam przejść.

– Cóż, tym bardziej nie masz szans mnie powstrzymać. Graal zostanie pozyskany i zabrany do Wewelsburga, gdzie zapewni klanom nieśmiertelność. Nawet ty nie możesz stanąć mi na drodze.

– Już stoję ci na drodze. – Rycerz uniósł brew w zdziwieniu. – Stoję, prawda?

– W takim razie zejdź z niej, póki nie jest za późno. Pytam ostatni raz: gdzie jest Graal? – Standartenführer machnął dłonią na jednego z żołnierzy, aby wystąpił z szeregu.

– Wszędzie. Ale nie wiedziałbyś, jak go znaleźć.

– Zastrzelić go.

Wywołany esesman stanął w rozkroku, mierząc w Percevala obleczoną w stal otchłań, którą wypuścił wśród błysku i huku. Purpurowa zbroja okwitła wgnieceniami, uginając się pod naporem gorącego ołowiu. Krew uszła, znacząc napierśnik szkarłatnymi liniami.

Rycerz upadł na plecy, lecz huk nie cichł. Niósł się teraz po zboczach, napierał ze wszystkich stron, potężniał. Góra odpowiedziała na zew wystrzałów, ciskając w wąwóz śniegiem. Okolica grzmiała, ogromna płaczka zrzucała z siebie całą biel prosto na sprawców swojej żałoby, miażdżąc, dusząc, mrożąc i rozbijając.

Esesmani nie mieli nawet czasu na ucieczkę, jedynie na to, by zdążyć zaznać porażającego strachu, nim zostali pożarci. Steinera zmiotło na bok, cisnęło nim o kamień, który uczynił z lewej części jego głowy wielki krater wypełniony zlepionymi krwią włosami. Standartenführerem wstrząsnęły spazmy, nogi bezwiednie orały ziemię, trzepotał się, jak wyrzucona na brzeg ryba. Nie skończył jeszcze umierać, gdy wstrząsy ucichły, a biel zastygła ponownie. Wreszcie Artur Steiner kopnął po raz ostatni i zastygł na wieki.

Amélie wyszła ze swojego ukrycia, ogarnięta zdumieniem. Usiadła obok stygnącego ciała w dziurawej zbroi – twarz Percevala zwiędła w szary grymas bólu. Dziewczynka sądziła, że zobaczy na niej wyraz pokoju. Potrząsnęła nim, aby sprawdzić, czy może się obudzi. Myśl o śmierci była zbyt paraliżująca, by mogła ją łatwo przyjąć. Choć wcale go nie znała, zapłakała nad ciałem rycerza. Łzy skapnęły na szmelcowany napierśnik, małe palce zaciskał się wokół zimnej rękawicy.

– Lubiłem tę zbroję. – Dłoń Percevala odwzajemniła uścisk Amélie. – Była kiedyś szczytem moich marzeń.

– Ale…

– Przepraszam. Wiesz, nie sądziłem, że to się zdarzy. To by cię postawiło w przykrej sytuacji i było bardzo nieodpowiedzialne z mojej strony.

– A więc go znalazłeś!

– Co znalazłem? – Rycerz zaczął podnosić się z trudem, krzywiąc się z bólu.

– No Graala.

– Kto wie. – Mrugnął do niej. – Ja na pewno nie wiedziałbym, gdyby tak się stało. Pochodzisz z tej wsi przy zamku?

Pokiwała głową w odpowiedzi.

– To tak jak moi przyjaciele. Kto wie, może pochodzicie z tej samej linii. Chodź, odprowadzę cię do domu. To niebezpieczna okolica.

Koniec

Komentarze

Pięknie operujesz językiem. Nie każdy opis mnie kupił, niektóre zdania były nieco “za bardzo”, niemniej muszę ci to oddać – część z nich była zwyczajnie piękna, a większość przynajmniej ponadprzeciętna. Za to bezsprzecznie należy się uznanie.

Fabularnie… Nie wiem. Opowieść bardzo prosta, ale podana w sposób, który nie całkiem mnie satysfakcjonuje – przy czym wynika to raczej z mojego gustu, niż z popełnionych błędów. Finał jak żywo przypomina mi “Poszukiwaczy zaginionej arki”, w której naziści również zostają ostatecznie pokonani w zasadzie bez czynnego udziału bohatera – rozumiem, że takie przyjąłeś założenie i był to zabieg celowy, ale nie przepadam za takimi rozwiązaniami.

 Podsumowując – tekst ładny, ale nie w moim guście. Co oczywiście nie oznacza, że zły.

Czytało mi się szybko i przyjemnie, ale nie porwało mnie;) Niemniej, dość dobra robota.

Dziewczynka sądziła, że zobaczy na niej wyraz pokoju.

Bardzo dojrzała emocjonalnie dziewczynka:)

Steinera zmiotło na bok, cisnęło nim o kamień, na którym wgniótł sobie głowę.

To nie brzmi jak opis śmiertelnej rany. Jeśli mogę coś zasugerować, to może coś w stylu “cisnęło nim o kamień, od którego odbił się jak szmaciana lalka. Leżał w dziwnej pozycji a pod głową rosła ciemna plama krwi (i mózgu)”? Złamanie kości czaszki może być pod postacią wgiecenia, ale wgnieść sobie można maskę samochodu. Nie jestem neurochirurgiem, to zaznaczam. Blacharzem też nie.

 

Fabuła dla mnie trochę nie trzyma się kupy. Nie wiem skąd wziął sie Perceval i dlaczego spotkał się ze Steinerem. Zakładam, że to całkowicie przypadkowe skrzyżowanie się dróg dwóch ludzi, z których każdy ma swoją dziejową misję. Historia zna takie spotkania. Dla mnie satysfakcjonujące, ale nie wiem, czy o to chodziło.

 

Gdybym był fanatykiem, to zacząłbym się zastanawiać, czy we Francji w ‘43 stacjonowały Tygrysy. Ale nie jestem. Dla mnie mogły być.

 

Dzięki za ten tekst i życzę powodzenia:)

Tekst zrobił na mnie wrażenie pod względem językowym. Kawał pięknej roboty, choć w pewnym momencie miałam już trochę przesyt.

Sama historia ciekawa. Z jednej strony nie spodziewałam się wysłania go w tak odległy czas i miejsce, z drugiej strony w sumie nie jest to dziwne, ponieważ jak zauważył None nawet w filmach ten motyw już się pojawiał. Spodobały mi się fragmenty z Persivalem i dziewczynką. Spokojne, trochę refleksyjne. Fajnie, że zły dostał za swojesmiley. Mnie również wyraz wgniótł w opisie śmierci Steinera nie pasował.

Nie zrozumiałam tylko tych ucieczek dziewczynki. Ponieważ czytałam w nocy, może nie wyłapałam podpowiedzi.

 

Powodzenia w konkursiesmiley

Dziękuję wszystkim za przeczytanie, a także pochwały :)

@None

Sam mam trochę ambiwalentne uczucia, co do tej historii, ale już nie czułem, że mogę coś z tym zrobić. Jeśli chodzi o lawinę, to czuję, że Perceval jednak odgrywa tu trochę bardziej aktywną rolę, skoro jest ona konsekwencją jego śmierci.

@bronchospazm

Pomyślę nad tym wgnieceniem, skoro już dwie osoby kręcą nosem. Przypuszczam, że “wgniecenie” chyba nie oddaje skali obrażenia, jakie sobie wyobraziłem. To prawda, że Tygrysy słano raczej do cięższych walk, niż pacyfikacja wiosek, ale uznałem, że oddelegowanie jednego czołgu na potrzeby znalezienia Graala nie jest jakieś bardzo nierealistyczne.

@Monique.M

Rzeczywiście chyba za mało nakreśliłem geografię tego kawałka i to chowanie się przez to dziwnie wygląda. Może to jakoś poprawię.

Główną inspiracją były rzeczywiste poszukiwania Graala przez nazistów, a także fakt, że SS odwoływało się Percevala, jako do “niemieckiego” rycerza.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

O tym ostatnim (Percevalu) nie wiedziałam, ciekawesmiley

Przyjemna lektura, piękny język, naprawdę wow! Miejscami opisy trochę przydługie, ale do zaakceptowania. Najbardziej podobał mi się początek, dalej trochę straciłam zainteresowanie, ale to kwestia gustu. 

Fabuła ok, chociaż myślałam, że Amelie odegra jakąś większą rolę w przedstawieniu. 

 

Pozdrawiam. :)

Sara

Dziękuję :)

Nigdy wcześniej nie zdarzyła mi się taka jednogłośna opinia. Śmieszna sprawa z tymi opisami – przed publikacją bardzo długo się zastanawiałem czy nie jest ich za mało i czy nie za ubogie. Chyba dobrze, że w końcu zostały jak są.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Zdecydowanie nie jest ich za mało i nie są za ubogie. Są w sam raz do długości opowiadania. Czasem lepiej zostawić mniej, a resztę pozwolić czytelnikowi dodać własną wyobraźnią – ostatecznie przecież do tego się właśnie sprowadza :D

Fabularnie bez zaskoczenia, troszkę typowa scenka z filmów pokroju Indiany Jonesa (jak już wspomniano :P), ale przez jakość wykonania bardzo przyjemna w odbiorze :)

 

P.S. mnie również “wgniecenie” gryzło w tym kontekście

Dzięki za przeczytanie :)

Porównania to cena operowania w temacie poruszonym już wcześniej przez znany twór kultury. Myślę jednak, że nie są też znowu do siebie aż tak podobne.

Poprawiłem to wgniecenie, na coś mam nadzieję zostawiającego mniej wątpliwości. Musiałem też przy tym zmodyfikować nieco całą tą część akapitu. Mam nadzieję, że “cisnęło nim o kamień, który uczynił z lewej części jego głowy wielki krater wypełniony zlepionymi krwią włosami” będzie prezentowało się lepiej.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

W głębi ziemi znaleźli obwiniętą skórą drewnianą skrzynkę, a we wnętrzu skrzynki znaleźli plik zapisanego pergaminu. Oprawa rozpadła się już niemal, ale tekst wyglądał na zachowany niemal idealnie. Znalezisko podano Steinerowi.

 

Nie wiem, czy te powtórzenia są celowe, ale jeśli tak, to moim zdaniem nie za dobrze wyszło. ;)

 

Dlaczego na początek dajesz fragment “Parzivala” akurat po angielsku, chociaż napisany został po niemiecku, a polskie tłumaczenie istnieje?

 

Przychylam się do większości opinii. Napisane bardzo dobrze, opis Steinera mnie zachwycił. Serio, te cienie, bladość, to, że jest taką bezmyślną, bezwzględną, niszczącą masą. Mistrzostwo. Za samego Steinera należą się ogromne pochwały.

A fabuła? Moim zdaniem też w drugiej części się rozłazi, ale przymykam na to oko, bo tekst czytam bardziej jak jakąś przypowieść, nie opowiadanie. Ale fakt – dzieje się szybko i nagle efekciarsko. W jednej chwili Steiner i jego ludzie klęczą przed rycerzem, a dwa zdania później do niego strzelają.

I nie może mi wyjść z głowy to, jakie konsekwencje radosnej masakry Parsifala ponieść będą musieli mieszkańcy wioski.

Dzięki za przeczytanie i punkt :)

Wziąłem angielską wersję, ponieważ niemieckiego nie znam, a polska różni się trochę, brakuje w niej, przynajmniej moim zdaniem, podkreślenia tej dychotomii biały-czarny i przez to nie pasowała mi na motto.

Gdy zwątpienie włada sercem,

dusza jest strapiona wielce.

Szpetny człek i zdobny razem

jest, gdy się dołączy w parze

męża dzielność niewzruszona,

jak się w barwy stroi sroka.

Ten się może wszak ocalić:

w obu częściach ma udziały,

trochę nieba, trochę piekła.

Niestałości kto ulega,

ten ma ma tylko kolor czarny,

więc i ciemność go ogarnie:

ten zaś biel posiądzie czystą,

co jest stały w swoich myślach.

Jeśli zaś chodzi o konsekwencje dla wioski, to Steiner i jego ludzie zostali technicznie rzecz biorąc zabici przez lawinę, w dodatku w niewidzialnych górach, z których istnienia nikt nie zdawał sobie sprawy.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

No mnie ten język akurat nie podszedł. Zbyt udziwniony i rozpoetyzowany. 

Jak tu na przykład – “różowej kanciastej bryle wyrzeźbionej w wieczny półuśmiech”. Czemu twarz Percivala jest kanciastą bryłą? Formuje się dopiero? Picasso go malował? I jeszcze parę takich dziwacznych jak dla mnie konstrukcji by się znalazło, np. “zastygłe szarfy pyłu”. Jak pył za samochodem może zastygać – nie wiem. 

Z upodobaniem stosujesz słowo “rozlał”, które nie będąc najpopularniejsze na świecie pojawia się w twoim tekście chyba pięć razy. Używasz archaicznej formy “obwijał” zamiast powszechnej “owijał”.

Tygrysy w 1943 roku stacjonowały tylko w Rosji i Afryce Północnej, ale niech będzie :). 

Rozpoczęcie długaśnym angielskim cytatem, uważam za spory błąd (bo nie chciało mi się mozolnie tłumaczyć ;)).

Po co esesman przychodził do dziewczynek? dlaczego tak szybko żołnierz i rycerz od neutralnej rozmowy przeszli do konfrontacji?

Ponadto:

– “Tak jest, Herr Standartenführer” – stopnie, a “standartenführer” to stopień przecież, zapisujemy od małej litery; moim zdaniem – także “herr” należałoby tak zapisać;

– “Pomiędzy zielonymi wzgórzami, w której zjeżdżał” – czegoś tu zdaje się zabrakło;

– “Była chuda, w pocerowanych ubraniach” – na cebulkę się ubierała, że miała na sobie więcej niż jedno ubranie ;)?;

– “między górami, spowitych w nikłą pajęczynę mgły” – skoro “górami”, to “spowitymi”;

– “drobne wysepki dziobów po ospie” – to mi nie gra hm, geometrycznie; dzioby wszak to doły, a wyspy – wyniesienia; czyli mocno mi to dysonansuje;

– “Byłem ich świadkiem i ich opiekunem, póki nie nadszedł ich czas. Pochowałem ich tam dalej” – wyjątkowo niezgrabnie to wygląda;

– “Wielkiego, głębokie i przepastne” – tu się coś sypnęło;

– “nie pewny, co ma dalej zrobić” – niepewny;

– “Jak moja hakownica, tylko mniejsza” – żadna z wersji mitu o Okrągłym Stole, jakie znam, nie sugeruje jego trwania w późnym średniowieczu, w którym pojawiła się broń palna (w Europie przynajmniej);

– “To nie istotne” – nieistotne.

 

Mimo zachwytów przedpiśców, ja zadowolony nie jestem. Przedziwniony momentami język, sporo babolków językowych, logicznie też czasem się rozłazi. Trudno, czekam na nowy, lepszy tekst!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki za przeczytanie i opinię :)

Jeśli chodzi o opisy, to z twoich uwag o wysepkach dziobów widzę, że mamy zupełnie różne podejścia do myślenia o tych kwestiach. Dla mnie liczyła się najprostsza kwestia wizualna – nieregularne dzioby wyglądają trochę jak wysepki na mapach, a wysepki często występują po kilka obok siebie. Tobie z kolei skojarzyła się raczej, nazwijmy to – tekstura. To bardzo interesujące i postaram się to uwzględnić przy pisaniu następnych tekstów.

Dodałem, że Agathe jest starszą siostrą, żeby zaznaczyć, że nie przychodzi do dziecka, tylko do osoby dorosłej. Mam nadzieję, że to załatwi kwestię tej niejasności.

Piszę Standartenführer z dużej, bo w niemieckim rzeczowniki pisze się dużymi literami. Dlatego “Herr” też napisałem z dużej, zresztą nigdy nie widziałem, żeby ktoś pisał to słowo z małej litery.

Jeśli zaś chodzi o hakownicę – w “Był sobie raz na zawsze król” rycerze piją sherry i noszą pod hełmami okulary. Niemal każda wersja legendy o Okrągłym Stole dzieje się w bliżej nieokreślonym czasie, częściowo dlatego, że ludzie w średniowieczu wyobrażali sobie przeszłość jako ich współczesność, tylko że kiedyś. Wprowadziłem hakownicę po to, żeby Perceval mógł zadawać pytania nie na miejscu, jak u Chrétiena de Troyes’a i żeby mógł zrozumieć zasadę działania karabinu.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

najprostsza kwestia wizualna

Ale jednak twarzy nie postrzegasz jak dwuwymiarowej mapy, tylko jako coś z wyniesieniami i dziurami. Tak ja to widzę.

Piszę Standartenführer z dużej, bo w niemieckim rzeczowniki pisze się dużymi literami

No niby tak, ale my operujemy jednak językiem polskim. I w naszym kanonie (patrz “Stawka większa niż życie” :P) standartenfuehrer pisze się z małej. Ale ok, można i tak.

rycerze piją sherry i noszą pod hełmami okulary

Oczywiście, autorowi wolno niemal wszystko. Ale – takie wrzucenie ni z gruszki, ni z pietruszki do archetypowego mitu czegoś spoza jego czasu jednak mi dysonansuje. Bo to jest tak, jakby to jakby Juliusz Cezar używał granatów np.

 

Czyli – możesz robić jak robisz, ale ja, jako czytelnik, czuję się skonfundowany!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Na sam początek – rozpoczynanie opowiadania tak obszernym cytatem w obcym języku zapewne ma sens, ale utrudnia czytanie. Szczerze mówiąc rzuciłem tylko okiem na tytuł i nawet nie próbowałem czytać. Ba, dopiero po lekturze komentarzy zauważyłem, że to wersja angielska, spodziewałem się, że dałeś oryginał. 

Jeśli chodzi o to, co najbardziej wychwalane przez poprzedników, czyli język, to nie jestem pewny. Na pewno ciekawy i na pewno bogaty. Gdybym miał czytać napisany w ten sposób dłuższy utwór to zapewne solidnie by mnie zmęczył. Nawet w tym tekście nie zostałem kupiony od początku. Wręcz przeciwnie, początkowo styl mnie raczej irytował, zwłaszcza że na samym początku mieszasz czasy narracji. Z czasem albo zacząłem się przyzwyczajać do tego stylu, albo też zdania zrobiły się trochę zgrabniejsze, bo już lepiej się to czytało. 

Najlepszym punktem tekstu jest rozmowa Perzivala z dziewczynką i cała oniryczna atmosfera otaczająca rycerza i jego poszukiwania, przez co on akurat wydawał się pasować do arturiańskiego świata.

To, że Agathe jest dorosła tylko połowicznie rozwiązuje problem. To znaczy, można próbować się czegoś domyślać, ale za mało informacji dajesz o samym SSmanie, żeby można było jednoznacznie powiedzieć jaki cel miała jego wizyta. Nie twierdzę, że koniecznie musisz wszystko wprost pisać. Ale powiedziałeś, że to powinno załatwiać problem dwuznaczności – no nie do końca załatwia.

 

 

 

@Staruch

Nie czytałem nigdy “Stawki większej niż życie”, ale w książkach historycznych o SS, które czytałem zapisywano stopnie z dużej, ale może to kwestia tendencji znających niemiecki historyków. Jeśli kiedyś jeszcze będę pisał coś w czym mogłyby się pojawić niemieckie słowa, to sprawdzę sobie, co można uznać za bardziej poprawne.

@Arnubis

Dzięki za przeczytanie i uwagi :)

Przypuszczałem, że ten cytat będzie sprawiał problemy, ale za bardzo pasował mi do tekstu, żeby go nie umieszczać. Moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że polska wersja nie jest specjalnie podobna i nie mogę jej użyć, było dosyć duże. Szczególnie, żeby zdobyć polską wersję, która nie jest dostępna w internecie, musiałem stoczyć walkę z bibliotecznymi sygnaturami, bo literatura średniowieczna i słowiańska mają takie samo oznaczenie, tylko na różnych piętrach. Po wszystkich tych perturbacjach nie mogłem więc już zrezygnować z motta, nawet jeśli sprawia ono kłopoty.

Twoje i wcześniejsze uwagi o zmęczeniu, przyznam, dosyć mnie martwią. Zobaczymy co będzie jak już napiszę jakiś dłuższy tekst.

Z niejasnością chodziło mi o to, że jeśli ktoś myśli, że Agathe jest dzieckiem, to rzeczywiście nie wiadomo po co do niej przychodzi esesman. Sama w sobie sytuacja miała być ambiwalentna.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Nie porwało mnie :(

Niezłe. Ciekawe połączenie Percivala oraz SS. Choć mam wrażenie, że to raczej scenka rodzajowa, wprawka wręcz. Najpierw dużo opisów, potem sporo dialogów, na koniec scena akcji. Wszystko i zarazem nic, bo koniec końców utwór o takiej strukturze niewiele mi przekazał. Przez to ni ziębi, ni grzeje.

Czytało się nawet przyjemnie, nawet skumulowane dialogi w środku. Co prawda niekiedy gubiłem się, co kto akurat mówi, ale jakoś potrafiłem wrócić na szlak.

Podsumowując: niezły pomysł, ale koncert fajerwerków daje wrażenie wprawki. Czyta się przyjemnie, stąd klik.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@Anet

Przykro mi :/ Mimo wszystko dzięki za odwiedziny.

@NoWhereMan

Dzięki za opinię i klik :)

Myślę, że ta struktura i twoje wrażenie bierze się z tego, że najpierw wymyśliłem spotkania w wąwozie, a resztę napisałem dookoła tego. Rzadko piszę opowiadania niechronologicznie, zlepiając wcześniej napisane fragmenty, więc być może to przez wyszło z takim podziałem na opisy-dialogi-akcja.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Z zainteresowaniem zaglądam do konkursowych opowiadań związanych z mitologią wysp brytyjskich oraz legendami o królu Arturze, Graalu itd. Nie ukrywam, że lubię ten temat i dlatego sam wybrałem Merlina.

Pasuje mi Twoja koncepcja czasoprzestrzeni magicznej, mitycznej, w której zaplątał (lub zagubił) Perceval, a która przecina się z równoległą do niej historyczną rzeczywistością (podobnie trochę jak w moim opowiadaniu, także czasów II wojny światowej).

Opowieść prosta, ale w tej prostocie jej siła. Pokazałeś nam krótki epizod, który ładnie przedstawia starcie Dobra i Zła, w postaciach Percevala i nazistowskiego oficera, ogarniętego mistycznym fanatyzmem. Dobry jest przy tym pomysł, by świadkiem całej historii uczynić niewinne dziecko. A ukryty w tle wątek starszej siostry subtelnie podkreśla podły charakter Złego.

Oczywiście nie da się uniknąć odniesień do podobnych postaci występujących chociażby w filmowych seriach przygód Indiany Jonesa, czy nawet Hellboya lub pierwszego Kapitana Ameryki. O tego typu fascynacjach samego Hitlera i kręgu jego zaufanych wiemy przecież sporo. Dobrze to wykorzystałeś w realizacji tematu konkursowego.

Na plus zaliczam także happy end i optymistyczne przesłanie tej opowieści. Dobro zwycięża, czarne charaktery zostają ukarane.

Poprzedni komentujący niemal zgodnie wychwalali Twój język, jego bogactwo, mnogość porównań itd. Ja miałbym jednak kilka uwag i zastrzeżeń. Moim zdaniem przytrafia Ci się pójść za daleko w tych metaforach i przenośniach, pisać zbyt kwieciście (zwłaszcza w opisach). Są momenty, które w wyniku tej kwiecistości stają się nawet nie całkiem zrozumiałe, jak na przykład we fragmencie: (…) nie w postaci kul i krwi, ale rózgi prawa i rozdziawionych brezentowych ust konwojów, pożerających wszystko, co tylko mogły. 

Czasem razi też nadmiar poetyckości języka i przymiotników (Podniósł przyłbicę, ukazując drobne wysepki dziobów po ospie i konstelacje piegów rozsiane po różowej kanciastej bryle wyrzeźbionej w wieczny półuśmiech).

A widać, że gdy nieco powściągniesz swoje pióro, potrafisz zaprezentować, prostą, obrazową i trafioną figurę (Steiner przyklęknął przed Percevalem, inni poszli natychmiast w jego ślady, jak cofająca się czarna fala).

Także warsztat od strony czysto technicznej nieco szwankuje. Zwraca uwagę pewna swoboda w zastosowaniu interpunkcji, a zwłaszcza nadmiar zaimków (np. Rozglądał się obojętnie, aż jego wzrok zakotwiczył się na obrośniętym mchem pniaku. Świsnął, wskazując go palcem. Dwóch żołnierzy natychmiast kopnęło go na bok, odsłaniając skrytkę pod spodem.) oraz powtórzenia (np. W głębi ziemi znaleźli obwiniętą skórą drewnianą skrzynkę, a we wnętrzu skrzynki znaleźli plik zapisanego pergaminu. Oprawa rozpadła się już niemal, ale tekst wyglądał na zachowany niemal idealnie. Znalezisko podano Steinerowi.).

Moje wątpliwości wzbudziły też inne kwestie. Czy na pewno o Francji można powiedzieć, że: "W samym środku Europy leży państwo przez całą historię raz za razem łamane na pół. Teraz także jest złamane – jedna część wolna, druga nie"? Rozumiem, Vichy itd. ale gdzie jeszcze historycznie Francja była aż tak podzielona, jak w czasie tego krótkiego epizodu II wojny światowej? Chodzi o rewolucję lub konflikt katolicy – hugenoci?

Przystanąłem również przy tym fragmencie: “Głębiej w tym cuchnącym chaosie szperactwa klęczał okrwawiony starzec. Jego zęby powoli topiły się w błocie”, gdyż pierwszym obrazem, jaki sobie wyobraziłem był starzec wbijający zęby w podłoże. O tym, że to wybite zęby, pomyślałem w drugiej kolejności.

Podsumowując. Dobry tekst, ciekawie pomyślany i opowiedziany. Rozumiem też, że kwiecistość języka wynikała z obranej tematyki i poniekąd przyjętej konwencji.

Życzę powodzenia w konkursie. I daję klika.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wielkie dzięki za przeczytanie, klik i taki obszerny komentarz!

Przyznam, że takie szerokie użycie bardziej powiedzmy poetyckiego języka jest dla mnie w miarę nowe, dlatego w tej sytuacji, kiedy już dwie osoby zwracają na pewne kwestię uwagę nie mogę tego zignorować. Wezmę sobie te uwagi do serca i postaram się znaleźć jakieś rozwiązanie dla tego problemu na przyszłość.

Nie tylko katolicy-hugenoci, ale też katolicy-katarzy. Między północą i południem Francji w ogóle już od średniowiecza występują znaczące różnice w gospodarce, systemie lennym, języku oraz tożsamości. Aczkolwiek w pewnym sensie, może był to błąd, żeby zacząć takim zdaniem, ponieważ to nie jest jednak powszechna wiedza chyba.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Ładne. Podobały mi się przede wszystkim rozmowy rycerza z dziewczynką. Pomysł na pokonanie wrogów też ciekawy. Trochę przesadzone początkowe opisy, no i scena ze starszą siostrą mało czytelna, a być może nawet zbędna, choć sugestywna.

Kilka drobiazgów:

 

Pomiędzy zielonymi wzgórzami, w której zjeżdżał

Pomiędzy zielonymi wzgórzami, w które zjeżdżał

 

Czekaj znalazłeś go?

Czekaj, znalazłeś go?

 

Podróżowałem też do innych odległych krain, ale ale zda się, że przestrzeń zamieniła się w czas.

Czy podwójne “ale” jest celowe?

 

Wystarczyło tylko dowiedzieć się, gdzie przyszliby umrzeć, a potem znaleźć drogę.

Wystarczyło tylko dowiedzieć się, gdzie przyszli, by umrzeć, a potem znaleźć drogę.

Katarzy już wymarli, jak wspomniał zdanie wcześniej, więc “przyszli, by” lepiej mi tu pasuje niż “przyszliby”, ale to tylko moja opinia.

 

Choć, odprowadzę cię do domu.

Chodź, odprowadzę cię do domu.

 

Podobało się. :)

Dzięki za przeczytanie i opinię :) Bardzo się cieszę, że się podobało.

Dzięki też za uwagi. Mógłbym przysiąc, że poprawiłem to “ale ale”… widocznie w nawale pracy tylko tak mi się wydawało.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Przychylam się do opinii Anet, nie porwało mnie. Niby pomysł fajny i historia niczego sobie, a czytało się jakoś ciężko. Trzy razy się przymierzałem nim dotarłem do końca. frown

Dzięki za przeczytanie, zwłaszcza, że przyszło z pewnym trudem. Przykro mi też, że się nie podobało :/

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Czytało się przyjemnie, ale momentami ten język, a szczególnie metafory, mnie męczyły. Trochę ten barwny język przytłoczył treść.

 

W samym środku Europy leży państwo przez całą historię raz za razem łamane na pół. Teraz także jest złamane – jedna część wolna, druga nie. Tak przynajmniej było dotychczas. Wojna zawitała wreszcie za Loarę, przybyła nie w postaci kul i krwi, ale rózgi prawa i rozdziawionych brezentowych ust konwojów, pożerających wszystko co tylko mogły.

Wybacz moją ignorancję, ale o jakie państwo chodzi? Niemcy raczej nie były przez całą historię łamane na pół. I teraz też nie są złamane. Podobnie, jak nie były w czasie II wojny światowej.

 

Tak jest, Herr Standartenführer!

W języku niemieckim wszystkie rzeczowniki piszemy z dużej litery. Ty jednak piszesz po polsku, więc moim zdaniem powinieneś stosować polską gramatykę, a więc rzeczowniki z małej.

 

 

Dzięki za przeczytanie :)

Chodziło o Francję, a to “teraz” odnosiło się wyłącznie do II WŚ. Jeśli chodzi o pisanie niemieckich rzeczowników z dużych liter, to sam nie wiem. Ja się nigdy wcześniej nie spotkałem z sytuacją, żeby ktoś pisał je z małej.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Niezłe, ale nie wszystko przypadło mi do gustu. Jeżeli chodzi o język, to zgadzam się z Arnubisem: ciekawy bogaty, ale sporo opisów mnie nie kupiło, dłuższy tekst mógłby zmęczyć. 

Osobiście nie jestem fanem długich wstępów, a tutaj mam trzy akapity, najpierw ogólny opis miejsca (bardzo przypadł mi do gustu), później przybliżenie rycerza i miejsca, dokąd zmierza rycerz (te też były ładne, ale za dużo na raz). Zdążyłem się znudzić zanim dobrze zacząłem lekturę. 

Natomiast fragment dotyczący spostrzeżeń Amélie przy ucieczce… rewelacyjny. Nie przybliża sytuacji dosłownie, a dzięki temu ma bardzo silny ładunek emocjonalny. 

Historia mnie nie oczarowała, lecz zrobił to dialog. Rozmowa małej bohaterki z Parsevalem, następnie Parsevala z Steinerem… super. Nie licząc początku, wydawały mi się bardzo autentyczne, świetnie się je czytało. 

Końcowy wniosek: Historia niezła, a większość barków nadrabia sposób jej przybliżenia. Specjalnych emocji nie odczułem, poza fragmentem kiedy Amélie uciekała z domu. 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie! 

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Świetny, solidny tekst, lektura była prawdziwą przyjemnością. Szczególnie ujęła mnie warstwa językowa – bardzo plastyczne opisy, narracja poprowadzona inteligentnie i z pomysłem. Do mnie akurat bardzo przemawia taka barwność stylu. Akcja toczy się niespiesznie, a dialogi ładnie budują melancholijny klimat.

Sama historia w gruncie rzeczy prosta, odwieczny konflikt dobra i zła z Graalem w tle, ale opowiedziana z dużym wyczuciem. Dzięki przemyślanemu osadzeniu w realiach dobrze wpisuje się w tematykę konkursu.

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to ewentualnie do otwierającego cytatu, który dla większej przejrzystości mógłby zostać jednak przytoczony po polsku. Ale ostatecznie aż tak to też nie przeszkadza, więc to już Twój wybór.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

@MaSkrol

Dzięki za przeczytanie i opinię. Cieszę się, że się w miarę podobało.

@black_cape

Dzięki za miłe słowa :) Teraz już nie będę tego zmieniał, ale już się raczej powstrzymam od umieszczania obcojęzycznych mott na przyszłość.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Zderzenie dwóch ideologii o wyraźnym rozgraniczeniu, co jest dobrem, a co złem na drodze do nieosiągalnego. Troszkę szkoda, że tak jednoznacznie, bo w konsekwencji płasko pod względem wymowy. To co najciekawsze: zrozumienie, że nie można mieć wszystkiego – dotrzeć do Graal, gdzieś na uboczu.

A ta egzekucja za stawanie na drodze do Graala, kiedy się nie wie gdzie ten Graal jest, a potencjalne źródło wiedzy samo nie wie, gdzie Graal jest, a mimo tego broni do niego dojścia(to już poziom abstrakcyjny w sferze ideologicznej), a rozstrzelanie go pozwoli znaleźć Graala, to mętlik ponad moje rozumowanie ;)

Nie cierpiałem jak czytałem, więc jest ok :)

 

Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny i konkurent w konkursie ;)

Nowa Fantastyka