- Opowiadanie: arya - W takt rymów

W takt rymów

Dłubię w tym tekście i dłubię, więc postanowiłam skończyć, zanim zmienię prawie wszystko :) Póki co przeredagowałam zakończenie już po zakończeniu betowania.

Pierwsze opowiadanie wrzucane od dawna. Jestem świadoma, że narracja może kogoś zniechęcić, podobnie jak charakter samego opowiadania, albo i trafić w czyjeś gusta. Zapraszam do lektury :)

 

Serdeczne podziękowania dla Bet, za Wasz czas i cenne komentarze.

 

Betowali: drakaina, hircus, Fajrom i Blacktom

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

W takt rymów

Po­wia­da­ją, że gdzieś w od­le­głym za­kąt­ku świa­ta – a może tuż pod Twoim nosem – pły­nie ogrom­na rzeka, roz­bi­ja­ją­ca się ka­ska­dą o czar­ne głazy. W tej czer­ni, gdyby roz­łu­pać ją ki­lo­fem, czas i setki pro­ce­sów uwię­zi­ły błysz­czą­ce grud­ki me­ta­lu po­zba­wio­ne­go nazwy. We­dług le­gend, mo­ne­ty wy­bi­te z oswo­bo­dzo­nej rudy śpie­wa­ją o rze­czach, które się jesz­cze nie wy­da­rzy­ły.

***

Znów masz sie­dem lat. Bro­dzisz po ko­la­na w lo­do­wa­tej wo­dzie, pod­czas gdy z brze­gu na­wo­łu­je cię matka. Gwiaz­dy prze­świe­ca­ją przez roz­dar­te chmu­ry, sre­brząc spie­nio­ny war­kocz wo­do­spa­du. Jego groź­ny, nie­usta­ją­cy grzmot po­że­ra krzy­ki ko­bie­ty, która cię na­ro­dzi­ła, ale z którą poza krwią nie łączy cię nic.

– Szu­kaj, Kev. Nie waż się wyjść z wody bez ka­mie­nia! – To ostat­nie słowa jakie wy­po­wie­dzia­ła, zanim bru­tal­nie ze­pchnę­ła cię do rzeki.

Więc szu­kasz. Choć stopy za­czy­na ci prze­szy­wać ty­siąc lo­do­wych ostrzy, skóra na dło­niach coraz bar­dziej przy­po­mi­na za­mo­kły per­ga­min, a zęby wy­dzwa­nia­ją jakąś ża­ło­sną pieśń, nad którą nie je­steś w sta­nie za­pa­no­wać.

– Nie waż się wyjść bez ka­mie­nia! – Czy na­praw­dę sły­szysz jej krzyk, czy wy­obraź­nia płata ci figle? Od­wra­casz się ku niej i ten gwał­tow­ny ruch spra­wia, że twoja prawa noga nagle śli­zga się po omsza­łym dnie. Ma­chasz roz­pacz­li­wie rę­ka­mi w bez­na­dziej­nej pró­bie od­zy­ska­nia rów­no­wa­gi. W na­stęp­nej chwi­li lo­do­wa­te zę­bi­ska ką­sa­ją twój krę­go­słup, a zaraz potem głowa znika pod po­wierzch­nią płyn­nej, mro­żą­cej ciem­no­ści.

Dno jest bli­sko, ry­jesz o nie ple­ca­mi. Jed­nak rzeka w tym miej­scu pły­nie wart­ko, czego nie od­czu­wa­łeś tak do­tkli­wie, kiedy się­ga­ła za­le­d­wie do kolan. Przez mo­ment mio­tasz się pod wodą, wal­cząc z prą­dem. Jest ci coraz zim­niej, płuca za­czy­na­ją palić, do­ma­ga­jąc się po­wie­trza. Wresz­cie orien­tu­jesz się gdzie góra a gdzie dół i się­gasz na oślep dło­nią, aby chwy­cić więk­szy głaz i z jego po­mo­cą wybić się na po­wierzch­nię. Lecz za­miast śli­skie­go po­kry­te­go glo­na­mi ka­mie­nia, twoje palce prze­jeż­dża­ją bez prze­szkód po cha­rak­te­ry­stycz­nej, chro­po­wa­tej po­wierzch­ni. Nigdy nie do­ty­ka­łeś jed­ne­go z nich, in­tu­icyj­nie wiesz jed­nak, że wła­śnie zna­la­złeś to, czego tak mocno pra­gnę­ła twoja matka. Serce bije ci ży­wiej w pier­si. Raz jesz­cze wy­cią­gasz dłoń, za­ci­skasz ją na zna­le­zi­sku…

A wtedy pod po­wie­ka­mi po­ja­wia­ją się mi­go­czą­ce, po­ma­rań­czo­we punk­ci­ki. Przy­ga­słe, nie­wy­raź­ne jak wów­czas, gdy zbyt długo wpa­try­wa­łeś się w szczy­tu­ją­ce słoń­ce, a potem za­my­ka­łeś za­łza­wio­ne oczy.

Bu­dzisz się z gło­śnym chark­nię­ciem.

Tym, co cię zbu­dzi­ło, rze­czy­wi­ście jest zło­ci­ste świa­tło dnia, wle­wa­ją­ce się przez otwar­te okien­ni­ce i pa­da­ją­ce pro­sto na twarz star­ca drze­mią­ce­go w fo­te­lu. Nie. Nie lu­bisz my­śleć o sobie jak o star­cu, cho­ciaż wedle ogól­nie przy­ję­tych norm nim wła­śnie je­steś – masz dłu­gie po­si­wia­łe włosy, masę zmarsz­czek pod ocza­mi i nawet jeśli wciąż po­ru­szasz się z werwą, inne do­le­gli­wo­ści wła­ści­we wie­ko­wi nie po­szły w od­staw­kę – ból sta­wów, ich sztyw­ność, po­gar­sza­ją­cy się wzrok. Wo­lisz na­zy­wać się Zie­la­rzem, bo takie imię nada­li ci miesz­kań­cy ma­low­ni­cze­go, por­to­we­go mia­stecz­ka, w któ­rym ży­jesz. Jest ulo­ko­wa­ne na zbo­czu klifu i już od pierw­sze­go wej­rze­nia za­ko­cha­łeś się w nim bez pa­mię­ci. Dla­te­go prze­rwa­łeś wę­drów­kę i zo­sta­łeś tu kilka dekad, wbrew na­rzu­co­nym sobie su­ro­wym re­gu­łom, by nie osia­dać ni­g­dzie na stałe.

Roz­glą­dasz się pół­przy­tom­nie po pu­stym skle­pie. Gdy uświa­da­miasz sobie nagle, że za­sną­łeś w go­dzi­nach otwar­cia, klniesz pod nosem ni­czym kur­ty­za­na w deszczu, bez­owoc­nie po­szu­ku­ją­ca klien­ta. Od­ru­cho­wo lu­stru­jesz rzędy sło­icz­ków, ksiąg, kosze su­szo­nych ziół, gir­lan­dy pod­wie­sza­nych pod su­fi­tem kwia­tów. Się­gasz dło­nią do bio­dra, gdzie w skó­rza­nym wo­recz­ku cho­wasz wszyst­kie pie­nią­dze z dzien­ne­go utar­gu. Jest na swoim miej­scu, a przez ma­te­riał wy­czu­wasz twar­de krąż­ki. Wy­glą­da na to, że tym razem ci się upie­kło.

Ocie­rasz za­śli­nio­ną brodę i prze­cią­gasz się z le­ni­wą, kocią gra­cją. Więk­sze stawy pro­te­stu­ją, ale przy­wy­kłeś, nie zwra­casz na nie uwagi. Drę­czy cię co in­ne­go. Nie po­wi­nie­neś był palić maku w pracy. Nie tylko dla­te­go, że przy­no­si­ło to pa­skud­niej­sze ma­ja­cze­nia, niż gdy ro­bi­łeś to w nocy (mi­mo­wol­nie wzdry­gasz się na wspo­mnie­nie nar­ko­tycz­ne­go snu), lecz przestajesz nad tym panować.

Prze­cią­gasz się raz jesz­cze, me­to­dycz­nie wy­ła­mu­jesz po kolei palce u dłoni – dłu­gie, za­dba­ne palce, któ­rych po­zaz­dro­ścił­by nie­je­den wę­drow­ny mu­zy­kant. We­szło ci to w nawyk, kiedy do­ra­bia­łeś na tra­sie, ba­wiąc wie­śnia­ków zręcz­ny­mi sztucz­ka­mi. Wresz­cie ospa­le dźwi­gasz się z ta­bo­re­tu. Słoń­ce scho­wa­ło się już za da­cha­mi domów po prze­ciw­nej stro­nie ulicy, otu­la­jąc cie­niem twój kąt i na­le­ża­łoby za­mknąć sklep. Przez nie­uwa­gę trą­casz stopą sło­iczek z per­fu­mo­wa­ny­mi pa­tycz­ka­mi, z nie­wia­do­me­go po­wo­du sto­ją­cy na pod­ło­dze przed kon­tu­arem za­miast na nim, i cała za­war­tość roz­sy­pu­je się po oko­li­cy. Klniesz na czym świat stoi i opa­dasz na ko­la­na, żeby ze­brać roz­rzu­co­ny towar. Nie idziesz od razu za­su­nąć sko­bla w drzwiach. To twój drugi po­waż­ny błąd tego dnia.

Nagle do­bie­ga cię szczęk zwal­nia­ne­go zamka. Pod­no­sisz wzrok, by uj­rzeć dwój­kę mło­dych męż­czyzn wpy­cha­ją­cych się do środ­ka. Zanim zdą­żysz po­wie­dzieć choć słowo, drzwi za­trza­sku­ją się za nimi za­ssa­ne prze­cią­giem.

– Za­mknię­te – wo­łasz ro­ze­źlo­ny, wdy­cha­jąc woń soli i jodu, przy­gna­ną uli­ca­mi mia­sta znad oce­anu.

Na ko­la­nach sprzą­tasz ba­ła­gan z pod­ło­gi, wście­kły, że nie za­mkną­łeś na czas tego prze­klę­te­go skle­pu. Gdy wresz­cie wkła­dasz ostat­nią sztu­kę do sło­icz­ka, pro­stu­jesz się, aby zmie­rzyć nie­po­żą­da­nych gości ostrym spoj­rze­niem i żeby nie mogli pa­trzeć na cie­bie z góry, co – jak je­steś ab­so­lut­nie prze­ko­na­ny – dotąd ro­bi­li. By pod­kre­ślić swoje nie­za­do­wo­le­nie, od­sta­wiasz sło­iczek na ladę z od­po­wied­nio gło­śnym ak­cen­tem.

– Dzień dobry – za­czy­na jeden z męż­czyzn, ten bli­żej cie­bie.

Do­pie­ro teraz do­kład­niej się mu przy­glą­dasz. Jest nie­speł­na mło­dzień­cem, który nie opa­no­wał jesz­cze spraw­ne­go po­słu­gi­wania się brzy­twą, o czym świad­czy drob­ne za­cię­cie pod uchem. Ma ciem­ne, krót­kie włosy, zmierz­wio­ne przez wiatr, a także jasną skórę nie­spo­ty­ka­ną w tych stro­nach. Po­je­dyn­cze piegi na po­licz­kach do­dat­ko­wo po­tę­gu­ją jego eg­zo­tycz­ną urodę. Już na pierw­szy rzut oka do­strze­gasz, że ubra­nie ma pierw­szo­rzęd­nej ja­ko­ści, choć nieco zno­szo­ne, a o jedno ko­la­no obija się miecz w po­chwie in­kru­sto­wa­nej masą per­ło­wą.

Drugi przy­bysz jest niż­szy od to­wa­rzy­sza, chowa się za jego ple­ca­mi i nie mo­żesz go uważ­nie obej­rzeć.

– Za­mknię­te – po­wta­rzasz do­bit­nie, nie spusz­cza­jąc ciem­no­wło­se­go z oczu.

Mło­dzie­niec od­wza­jem­nia spoj­rze­nie.

– Było otwar­te – mówi z obcym, śpiew­nym ak­cen­tem.

– Było, ale już nie jest, młody czło­wie­ku. Wła­śnie sze­dłem za­my­kać, dla­te­go… Że­gnam panów. – Ge­stem wska­zu­jesz im drzwi. Nie masz na­tchnie­nia na ja­ło­we dys­ku­sje. Zwłasz­cza, gdy za­pla­no­wa­łeś sobie wie­czór. Pierw­szy raz od… W każ­dym razie od dawna.

Ku twej iry­ta­cji mło­dzie­niec po­sta­na­wia tak łatwo się nie pod­da­wać.

– Skoro zdą­ży­łem przed za­mknię­ciem skle­pu, może mógł­byś mnie, panie, ob­słu­żyć? – pyta uprzej­mie, z wymuszonym uśmiechem.

Coś w wy­ra­zie two­jej twa­rzy mu­sia­ło skło­nić go do błęd­nych wnio­sków, po­nie­waż nie­spo­dzie­wa­nie unosi rękę i po­kle­pu­je nią pę­ka­ty wo­re­czek ucze­pio­ny prze­ciw­le­głe­go bio­dra niż miecz, cał­ko­wi­cie na wi­do­ku.

– Oczy­wi­ście za­pła­cę. – Mo­ne­ty trą o sie­bie, brzę­cząc ponętnie.

Kie­dyś ten dźwięk za­dzia­ła­ła­by jak mi­strzow­sko rzu­co­ny urok, ale teraz, kiedy zer­kasz przez okno, za­czy­nasz się je­dy­nie nie­cier­pli­wić. Je­steś umó­wio­ny. Ze spóź­nie­nia nie wy­tłu­ma­czysz się w żaden spo­sób. Dla­te­go nie czu­jesz ani odro­bi­ny żalu, gdy sta­now­czo, lecz uprzej­mie, po­now­nie wska­zu­jesz drzwi.

Młodzieniec kręci smętnie głową.

– Może źle za­czę­li­śmy. Wy­bacz, panie. Ja i mój przyjaciel znajdujemy się w trudnej sytuacji. Obawiam się, że jeśli mu nie pomożesz… – Coś w gło­sie mło­dzień­ca każe ci opu­ścić gardę. Na jego ob­li­czu de­spe­ra­cja wal­czy ze wsty­dem; wargi drżą, orze­cho­we oczy szklą się nie­bez­piecz­nie, gro­żąc erup­cją łez. I choć na­praw­dę czas pali ci grunt pod no­ga­mi, li­tość za­rzu­ca sieć na twe wie­ko­we serce. Bezsilnie opa­dasz na fotel.

– W po­rząd­ku, co mu do­le­ga? – py­tasz, gdyż wresz­cie stało się jasne, kogo do­ty­czy pro­blem. Wła­śnie teraz masz oka­zję do­kład­nie przyj­rzeć się dru­gie­mu, praw­do­po­dob­nie młod­sze­mu człon­ko­wi oso­bli­we­go duetu.

On ewi­dent­nie wy­glą­da na chłop­ca, choć wy­ro­śnię­te­go. Ta­kie­go, u któ­re­go przy­bie­ra­nie na masie nie na­dą­ża­ło za gwał­tow­nym wzro­stem i w efek­cie koń­czy­ny – jak i cała syl­wet­ka – są na tyle szczu­płe, że muszą per­ma­nent­nie mie­rzyć się z ry­zy­kiem zła­ma­nia na po­ry­wi­stym wie­trze. Chło­piec jest bar­dzo blady, oczy ma za­puch­nię­te, za­żół­co­ne, a na po­licz­kach kwit­nie nie­zdro­wy ru­mie­niec. Masz wra­że­nie, że ledwo trzy­ma się na no­gach. Może trawi go też go­rącz­ka.

– Zga­du­ję, że nie roz­cho­dzi się o roz­twór na trą­dzik ani in­fek­cję in­tym­ną?

Ciem­no­wło­sy pa­trzy na cie­bie sko­ło­wa­ny.

– Do­le­gli­wość – wy­ja­śniasz cierp­ko, po­wo­li sy­la­bi­zu­jąc słowa. – Nie ma pro­ble­mów z si­ka­niem? Nie swę­dzi tam, gdzie nie po­win­no?

– Nie! Zna­czy, nie wiem…

– Co mu do­le­ga? – Cier­pli­wość jest cnotą, ale po­sia­dasz ją w umiar­ko­wa­nej ilo­ści.

– On… – Chło­pak go­rącz­ko­wo szuka od­po­wied­nich słów. – Sły­szy ja­kieś głosy, po­wta­rza­jące w kółko to samo. Nie zdra­dził mi co, cza­sem tylko szep­ce przez sen. No­ca­mi muszę go pil­no­wać, ina­czej zro­bił­by sobie krzyw­dę. Na­praw­dę nie wiem nic wię­cej. Pró­bo­wa­łem wy­cią­gnąć z niego nie raz, ale więk­szość czasu mnie igno­ru­je.

– Lu­na­ty­ku­je? – Na razie nic osza­ła­mia­ją­ce­go. Jeśli to opę­ta­nie, nie bę­dziesz w sta­nie pomóc. Od okul­ty­zmu trzy­masz się z da­le­ka. Nie żebyś wie­rzył w ist­nie­nie de­mo­nów czy in­nych po­dob­nych pa­skudztw, ale wi­dzia­łeś w życiu dość nie­moż­li­we­go. Wo­lisz dmu­chać na zimne.

– Grze­bie w tor­bach w po­szu­ki­wa­niu je­dze­nia, a potem je, jeśli o tym mowa. Albo pró­bu­je pisać. Raz nawet za­mie­rzał się ogo­lić. Proszę, spraw, by zapomniał!

Usi­łu­jesz na­dą­żać.

– Dla­cze­go uwa­żasz, że nie­pa­mięć rozwiąże problem? Nie jest to ty­po­we po­stę­po­wa­nie w le­cze­niu, nie­czę­sto me­dy­cy się­ga­ją po podobne roz­wią­za­nie. Co w ogóle miał­by za­po­mnieć?

Roz­ma­wia­cie ponad głową chłop­ca, który w końcu zde­cy­do­wał się usiąść na pod­ło­dze. Obej­mu­je ra­mio­na­mi ko­la­na i ze wzro­kiem wbi­tym w zu­ży­te deski ko­ły­sze się na boki. Spra­wia wra­że­nie cał­ko­wi­cie nie­świa­do­me­go to­czo­nej kon­wer­sa­cji. Prze­no­sisz wzrok na ciem­no­wło­se­go; bez ustan­ku uważ­nie cię ob­ser­wu­je, przez co czu­jesz się nie­swo­jo. Jest bar­dzo po­waż­ny, gdy od­po­wia­da na twoje py­ta­nie:

– Ry­mo­wan­ki. To wszyst­ko od niej się za­czę­ło. Rol­gie twier­dzi, że wy­wo­ła­ła jego sza­leń­stwo.

Rymy ge­ne­zą cho­ro­by? Brzmi ab­sur­dal­nie, a jed­no­cze­śnie wresz­cie budzi twoją cie­ka­wość. Cóż, przez lata stu­dio­wa­nia roz­ma­itych przy­pad­ków – twoje usłu­gi są zde­cy­do­wa­nie tań­sze niż po­ra­da wy­kształ­co­ne­go me­dy­ka – sta­łeś się po­nie­kąd na­ukow­cem. Chcesz wie­dzieć wię­cej.

– Roz­ma­wia z tobą?

– Coraz mniej i rza­dziej. Za­czę­ło się rok temu, może nieco wcze­śniej, nie po­tra­fię spre­cy­zo­wać. – Ciem­no­wło­sy od­li­cza coś na pal­cach, mru­cząc do sie­bie. – W każ­dym razie rok temu wró­ci­łem z dłu­giej po­dró­ży, je­stem ma­ry­na­rzem, i już go takim za­sta­łem. Nie­mo­wą, oso­wia­łym, z lu­ka­mi w pa­mię­ci. Nie po­znał mnie w pierw­szej chwi­li. Sta­ną­łem przed nim po mie­sią­cach roz­łą­ki, a on mnie nie po­znał. – Wy­bu­cha hi­ste­rycz­nym śmie­chem. – To jakiś obłęd!

Wy­god­niej roz­sia­dasz się w fo­te­lu. Zda­jesz sobie spra­wę, że wasze spo­tka­nie po­trwa.

***

Cze­goś ci nie po­wie­dzie­li. Coś ewi­dent­nie za­ta­ili i to nie­do­po­wie­dze­nie gry­zie cię po kost­kach, kiedy krą­żysz ner­wo­wo po sy­pial­ni, tam i z po­wro­tem, po z dawna wy­dep­ta­nej w dy­wa­nie ścież­ce. Na przy­kład pa­skud­ne rany na przed­ra­mio­nach chłop­ca. Zbyt równe i cien­kie na za­dra­pa­nia. Część po­kry­wa­ły jesz­cze stru­py, w paru miej­scach zdą­ży­ły od­paść, od­sła­nia­jąc świe­że, za­ró­żo­wio­ne za­bliź­nie­nia.

Nie, to nie one wzbu­dza­ły twój nie­po­kój.

Ode­sła­łeś ich z bu­te­lecz­ką kro­pli uspo­ka­ja­ją­cych, bo nic lep­sze­go nie przy­szło ci do głowy. Może al­che­mia kryła jakąś re­cep­tu­rę na wy­cię­cie ści­śle okre­ślo­nych frag­men­tów wspo­mnień, ale nigdy się nią nie pa­ra­łeś. Przez pe­wien czas peł­ni­łeś funk­cję wę­drow­ne­go cza­ro­dzie­ja; nie­ste­ty żadna z na­by­tych w tam­tym okre­sie umie­jęt­no­ści nie znaj­du­je tu za­sto­so­wa­nia. Nie je­steś rów­nież me­dy­kiem. Po­tra­fisz, ow­szem, prze­pi­sać sku­tecz­ne ziół­ka na opryszcz­kę czy go­rącz­kę, lecz na tym ko­niec. Nie le­czysz men­tal­nych przy­pa­dło­ści.

Nie­umyśl­nie za­trzy­mu­jesz się przed krat­ką z wi­na­mi przy­mo­co­wa­ną do ścia­ny. Po­wi­nie­neś się sku­pić, na spo­koj­nie prze­ana­li­zo­wać fakty jesz­cze raz i ko­lej­ny, póki nie do­strze­żesz źró­dła swo­je­go na­pię­cia. Jest na wy­cią­gnię­cie ręki, gwa­ran­tu­ję. Gdyby nie na­ra­sta­ją­cy ból głowy, już byś go miał. Tym­cza­sem mi­gre­na od­su­wa cel na od­le­głość rów­no­waż­ną setce mil.

Pod­da­jesz się prak­tycz­nie bez walki i wy­cią­gasz rękę ku szyj­ce naj­bliż­szej bu­tel­ki. Je­steś grubo spóź­nio­ny, tak na­praw­dę nie li­czysz więc, że za­sta­niesz na mo­ście swą sym­pa­tię. Po­nie­kąd od­czu­wasz ulgę z tego po­wo­du. Przez lata byłeś sam, przy­wy­kłeś do roli wilka bez wa­ta­hy. Bałeś się za­ry­zy­ko­wać. Teraz na­bie­rasz pew­no­ści, że do­brze się stało. Prze­cież znasz cenę. Za­wsze zna­łeś.

Nie­za­leż­nie od wszyst­kie­go za­mie­rzasz pójść w umó­wio­ne miej­sce. Po­trze­bu­jesz świe­że­go po­wie­trza. Może chłod­ny wiatr prze­gna to mę­czą­ce pul­so­wa­nie w skro­niach.

Kiedy po­bież­nie ba­da­łeś chłop­ca, jego ucie­ka­ją­cy wzrok na mo­ment spo­tkał się z twoim. Tego spoj­rze­nia bez­barw­nych oczu też chęt­nie się po­zbę­dziesz.

***

Prze­sa­dzi­łeś. Wcze­śniej zda­rza­ło ci się parę razy za­snąć przy ka­dziel­ni­cy, ale żeby rano wciąż uno­sił się z niej de­li­kat­ny dymek? Mu­sia­łeś do­sy­py­wać suszu w nocy, w krót­kich chwi­lach pół­przy­tom­no­ści, gdy bu­dzi­łeś się po­mię­dzy kosz­ma­ra­mi. Nie pa­mię­tasz? Nic dziw­ne­go. Nikt na twoim miej­scu by nie pa­mię­tał. Nie masz nawet po­ję­cia o czym śni­łeś.

Od smro­du ka­dziel­ni­cy i potu jest ci nie­do­brze. Chcesz czym prę­dzej wyjść na ze­wnątrz w rześ­ki po­ra­nek. Wy­da­je ci się, że zbie­rasz się szyb­ko, jed­nak zanim pod­ło­ga prze­sta­je kiwać się pod two­imi sto­pa­mi, zanim od­świe­żysz się w let­niej wo­dzie na tyle, że prze­sta­jesz czuć wła­sny za­pach, i w końcu za­my­kasz za sobą drzwi skle­pu, mija wcze­sne po­po­łu­dnie.

Za­miast w spo­dzie­wa­ny chłód po­ran­ka, wcho­dzisz pro­sto w sło­necz­ną spie­ko­tę. Ja­sność na mo­ment cię ośle­pia, pra­wie wpa­dasz pod koła wózka wy­ła­do­wa­ne­go mał­ża­mi. Wła­ści­ciel drze się, wy­zy­wa nie­wy­bred­nie, po czym prze­py­cha wózek obok. Oczy­wi­ście od­pła­casz mu się, śląc w jego plecy sto­sow­ny epi­tet. Para sto­ją­ca w cie­niu po prze­ciw­nej stro­nie drogi pa­trzy na was z dez­apro­ba­tą. Po­pra­wiasz skó­rza­ny pasek torby za­wie­szo­nej na ra­mie­niu i ignorując ich, ru­szasz w dół ulicy. Nie masz kon­kret­ne­go celu.

Letni skwar leje się z nieba stru­mie­nia­mi. W po­ło­wie drogi je­steś już po­rząd­nie spo­co­ny. Słoń­ce świe­ci bez­li­to­śnie, od­bi­ja się od bia­łych murów, co po noc­nej po­pi­ja­wie, któ­rej ślady krążą ci w ży­łach, nie tylko razi, ale i wy­wo­łu­je silne mdło­ści. Pa­lo­ny mak także do­kła­da swoje do in­te­re­su, utrud­niając od­dy­cha­nie. Przy obec­nej po­go­dzie, kiedy po­wie­trze pali gar­dło i krztu­si ku­rzem, zwy­kłe za­czerp­nię­cie od­de­chu staje się dla cie­bie, na­ło­go­we­go pa­la­cza, praw­dzi­wą mę­czar­nią.

Masz pro­blem, nie­ba­ga­tel­ny.

Czu­jesz ryt­micz­ne pul­so­wa­nie? Sły­szysz je? Ow­szem i błęd­nie bie­rzesz za przy­spie­szo­ne bicie serca (które rze­czy­wi­ście wali ci teraz w pier­si jak młot). Szko­da, bo to pierw­sza faza. Już kie­dyś przez nią prze­cho­dzi­łeś; dawno temu i naj­wy­raź­niej zdą­ży­łeś za­po­mnieć, jak prze­bie­ga i z czym się wiąże.

Nagle ze zdzi­wie­niem zda­jesz sobie spra­wę, że zmierzasz do portu prze­pro­sić za wie­czor­ną nie­obec­ność. Nie­speł­na wczo­raj skre­śli­łeś tę zna­jo­mość, a dziś idziesz ją po­skła­dać z po­wro­tem? Rusz głową, nie wy­da­je ci się to dziw­ne? Wzru­szasz ra­mio­na­mi.

Ktoś wpada na cie­bie od tyłu, ude­rza­jąc łok­ciem pod żebra. Od­ru­cho­wo zgi­nasz się z bólu, chwy­ta­jąc za bok. Dzie­ciak jest już ze sto stóp dalej, nie­da­le­ko mostu, bie­gnie zyg­za­kiem po­mię­dzy prze­chod­nia­mi. Pa­trzysz za sa­kiew­ką. Oczy­wi­ście nie ma jej na miej­scu. Klniesz szpet­nie i rzu­casz się w niezdarny po­ścig, krzy­cząc za zło­dzie­jem. W peł­nym pę­dzie mija cię ko­lej­na po­stać, drugi mło­dzik. Wi­dzisz jego pro­fil kątem oka tylko przez mgnie­nie, ale roz­po­zna­jesz pie­go­wa­tą twarz ciem­no­wło­se­go chło­pa­ka z two­je­go skle­pu.

Szyb­ko zo­sta­jesz w tyle. Łakniesz powietrza jak wy­rzu­co­na na brzeg ryba i wiesz, że w tym sta­rym, pod­nisz­czo­nym ciele nie zdo­łasz do­go­nić zło­dzie­ja. Krzy­czysz, ale lu­dzie pa­trzą bez­na­mięt­nie na twoje nie­szczę­ście. Prze­chod­nie, han­dla­rze, ulicz­ni graj­ko­wie. Nikt nie po­rzu­ca swojego za­ję­cia. Kiedy wpa­dasz na most, za­mie­rasz ze zdu­mie­nia.

Ciem­no­wło­sy już tam jest. Pośrod­ku mostu, na wierz­choł­ku jego ła­god­nej pa­ra­bo­li. Za ple­ca­mi zło­dzie­ja, któ­re­mu kap­tur opadł na ra­mio­na.

– Rol­gie, co ty, do cho­le­ry, wy­pra­wiasz?! – Sły­szysz.

Zło­dziej jest ci do­sko­na­le zna­ny. Ba­lan­su­je na ba­lu­stra­dzie w nie­pew­nym roz­kro­ku z twoim miesz­kiem w dłoni i chyba za­mie­rza wy­rzu­cić go do ka­na­łu. Nagle przy­po­mi­nasz sobie imię dru­gie­go mło­dzień­ca. Detur.

Detur trzy­ma przy­ja­cie­la za tył ko­szu­li i gdyby nie ten uchwyt, za­pew­ne Rolgie spadł­by już dawno do szla­mo­wa­tej wody.

– Chłop­cze! – grzmisz. Igno­ru­jąc ostry ból w ko­la­nach, idziesz w ich kie­run­ku.

– To nie dzia­ła! Obie­ca­ła, że za­dzia­ła, a nie dzia­ła! – Rol­gie pła­cze. Zbli­żasz się do nich na tyle, że wi­dzisz lśnią­ce łzy na za­pad­nię­tych po­licz­kach.

Detur za­trzy­mu­je cię ge­stem. Pry­chasz, ale po­słusz­nie za­cho­wu­jesz dy­stans kilku kro­ków.

– Zejdź na dół, bra­cie, tu jest za płyt­ko. Skrę­cisz kark – mówi Detur uspo­ka­ja­ją­cym tonem, przy­gry­za­jąc wargę ze zde­ner­wo­wa­nia. – Rów­nie do­brze mógł­byś sko­czyć z bom­bram­rei na po­kład. Wi­dzia­łem takie przy­pad­ki. Słu­chasz mnie?

Chło­piec łka dalej, jakby w ogóle nie sły­szał.

– To nie dzia­ła! Nie dzia­ła! – Ocie­ra oczy rę­ka­wem. Nie­spo­dzie­wa­nie bie­rze za­mach i z wście­kłym ry­kiem ciska sa­kiew­kę da­le­ko przed sie­bie. Roz­le­ga się plusk, kiedy pie­nią­dze wpa­da­ją do wody. Ten dźwięk roz­pa­la twój gniew do czer­wo­no­ści.

Przy wej­ściu na most ze­bra­ła się już cał­kiem po­kaź­na grupa ga­piów. Ruch obu­stron­ny chwi­lo­wo ustał. Co­kol­wiek mieli do za­ła­twie­nia ci lu­dzie, spek­takl prze­kuł ich po­śpiech w cie­ka­wość.

Prze­ła­mu­jesz dy­stans dzie­lą­cy cię od chłop­ców. Masz za­miar chwy­cić zło­dzie­ja za ko­szu­lę i siłą ścią­gnąć z murku na ulicę. Potem… je­steś tak wście­kły, że nie my­ślisz, co bę­dzie potem. Mie­szek za­wie­rał sporo pie­nię­dzy.

Detur kła­dzie ci wolną rękę na pier­si. Od­py­cha, z po­zo­ru de­li­kat­nie, jed­nak wy­czu­wasz w tej de­li­kat­no­ści we­wnętrz­ną siłę. Sta­now­czo kręci głową. Chce to za­ła­twić sam. Zwra­ca się do Rol­gie­go w ję­zy­ku, któ­re­go nie ro­zu­miesz.

Rol­gie od­po­wia­da cicho, tak że z po­cząt­ku są­dzisz, iż to ta sama mowa.

– Obie­ca­ła speł­nić moje ży­cze­nie, Det. Oszu­ka­ła mnie! – Chło­piec za­ci­ska pię­ści, jego ra­mio­na drżą w bez­sil­nej zło­ści.

Detur od­po­wia­da coś szyb­ko, czego znów nie ro­zu­miesz.

– Mó­wi­łem ci już! – wrzesz­czy chło­piec. – Wiesz, czego chcia­ła!

Nagle ro­zu­miesz, że rze­czy­wi­ście Detur nie zdra­dzi­ł ci wszyst­kie­go.

Nie­spo­dzie­wa­nie Rol­gie z­wra­ca ku tobie zrozpaczoną twarz.

– Nie masz po­ję­cia, co no­si­łeś w tej sa­kiew­ce. Wy­świad­czy­łem przy­słu­gę nam obu – mówi, kiedy Detur wreszcie ściąga go z murku.

Chło­piec ma rację. Za­uwa­ży­łeś, że dziw­ne tęt­nie­nie znik­nę­ło? Re­to­rycz­ne py­ta­nie, wiem, że nie.

– Wy­rzu­ci­łeś moje pie­nią­dze, głup­cze!

Rol­gie oswo­bo­dził się wła­śnie z opie­kuń­cze­go uści­sku kompana. Pa­trzy pro­sto na cie­bie, gdy to się dzie­je. Na jego twa­rzy rozkwita naj­pierw zdzi­wie­nie, nagle za­sty­ga, tę­że­je, jakby na­słu­chiwał, a wtedy na­stę­pu­je zmia­na. Prze­ra­że­nie pojawia się znikąd, w jednej chwili wypełnia oczy i wykrzywia usta. Wy­raź­nie wi­dzisz tę prze­mia­nę.

Czy to twoja wina, że nie re­agu­jesz od razu? Przy­się­gam, chciał­bym móc zrzu­cić na cie­bie całą od­po­wie­dzial­ność, ale prze­cież też tam byłem. Ja także mo­głem zro­bić wię­cej.

Wy­cho­dząc z domu za­wsze bie­rzesz ze sobą nóż. Nieduży, ma słu­żyć do obro­ny w bez­po­śred­nim star­ciu, gdyby ktoś na­padł cię w ciem­nym za­uł­ku i przy­du­szał do ścia­ny, a nie za­mie­rzał po­je­dyn­ko­wać na mie­cze. No­sisz go pod no­gaw­ką, przy­pię­ty do łydki, ot ko­lej­ne stare przy­zwy­cza­je­nie, wpo­jo­ne bo­le­snym do­świad­cze­niem. Nie są­dzi­łeś, że broń jest wi­docz­na. Bo kto spo­glą­da na cudze, osło­nię­te łydki? A jed­nak wła­śnie do uzbro­jo­nej nogi Rol­gie rzuca się w pierw­szej ko­lej­no­ści. Błęd­nie ro­zu­miesz jego in­ten­cje – jeśli w ogóle – i tylko nie­znacz­nie ją od­su­wasz. Im­pul­syw­nie, kie­ro­wa­ny pry­mi­tyw­nym za­sko­cze­niem.

Rolgie wie do­kład­nie, czego chce i gdzie to zna­leźć. Wy­ry­wa nóż spo­mię­dzy pa­sków.

Cza­sem wy­da­rze­nia dzie­ją się nie­mal rów­no­cze­śnie. Nic nie mogło przy­go­to­wać was na to, co na­stą­pi­ło, ale po­win­ni­ście być bar­dziej do­myśl­ni. Nie za­uwa­żasz ruchu dłoni, do­pie­ro błysk me­ta­lu, na któ­rym tań­czą pro­mie­nie po­po­łu­dnio­we­go słoń­ca.

Detur wrzesz­czy i wy­strze­la ku tobie jak strza­ła spusz­czo­na z cię­ci­wy. Znajduje się odro­bi­nę za da­le­ko, by prze­rwać bieg wy­da­rzeń.

Chło­piec bez wa­ha­nia unosi broń na wy­so­kość oczu, ostrzem skie­ro­wa­nym ku sobie. Wy­da­jesz zdu­szo­ny okrzyk i szar­piesz do przo­du, ale jedna ręka klę­czą­ce­go chłop­ca wciąż trzy­ma cię za kost­kę. Tra­cisz rów­no­wa­gę. Upa­da­jąc, ude­rzasz po­ty­li­cą w bruk i na mo­ment świat ga­śnie. Potem rów­nie szyb­ko wraca. Sły­szysz wrzask oraz jęk, wy­do­by­wa­ją­ce się z dwóch gar­deł jed­no­cze­śnie. Uno­sisz głowę.

Chło­piec leży na ulicy obok cie­bie, dy­go­cząc w kon­wul­sjach. Pod­peł­zasz do niego, spo­dzie­wa­jąc się, że ciało znie­ru­cho­mie­je w każ­dej chwi­li. Nie wi­dzia­łeś, co zro­bił, więc my­ślisz o naj­gor­szym. Detur pada na ko­la­na po prze­ciw­nej stro­nie przy­ja­cie­la. Gałki oczne Rol­gie­go mio­ta­ją się przez krót­ką chwi­lę pod opusz­czo­ny­mi po­wie­ka­mi, po­bla­dłą już twarz przy­oble­ka jesz­cze bar­dziej nie­na­tu­ral­na biel.

Ani Detur, ani ty nie ro­bi­cie nic, by mu pomóc. Nie wie­dzie­li­by­ście jak. Je­ste­ście kom­plet­nie spa­ra­li­żo­wa­ni. Oboje wpa­tru­je­cie się w bez­ru­chu w wstę­gę ciem­nej krwi, spły­wa­ją­cą po­wo­li po por­ce­la­no­wej szyi wy­nisz­czo­ne­go ciała. Dwie wą­skie struż­ki, jak za po­cią­gnię­ciem cien­kie­go pę­dzel­ka umo­czo­ne­go w szkar­łat­nym atra­men­cie.

Gdzieś da­le­ko, poza waszą świa­do­mo­ścią, ktoś gło­śno alar­mu­je o zbli­ża­ją­cym się pa­tro­lu stra­ży miej­skiej i w jed­nej chwi­li cie­kaw­ski tłu­mek za wa­szy­mi ple­ca­mi pęka jak stłu­czo­na fi­li­żan­ka.

Ty pierw­szy otrzą­sasz się z szoku.

***

Chciał­bym wie­dzieć, co dzia­ło się w gło­wie mo­je­go Rol­gie­go. Kiedy wró­ci­łem z od­le­głej wy­pra­wy, była późna je­sień. Umó­wi­li­śmy się w sta­rym ogro­dzie na ty­łach kró­lew­skie­go zamku, oboje zna­li­śmy to miej­sce od pod­szew­ki. Prak­tycz­nie wspól­nie się w nim wy­cho­wa­li­śmy.

Gdy wsze­dłem w alej­kę po­mię­dzy ro­do­den­dro­ny i krze­wy aka­cji, cze­kał już na mnie. Leżał na ławce ze wzro­kiem wbi­tym w ciem­nie­ją­ce niebo. Pi­sa­li­śmy do sie­bie re­gu­lar­nie i sza­cun­ko­wo znał datę mo­je­go po­wro­tu. Przy­bi­li­śmy do portu z dwu­dnio­wym opóź­nie­niem, tym bar­dziej byłem za­chwy­co­ny, że czu­wał. Za­wo­ła­łem go.

Usiadł i spoj­rzał na mnie. W tym samym mo­men­cie moja ra­dość gdzieś się ulot­ni­ła. Tam­te­go wie­czo­ru po raz pierw­szy do­wie­dzia­łem się o ist­nie­niu mo­ne­ty. Nigdy wcze­śniej w żad­nym li­ście o niej nie na­po­mknął, nigdy potem nie chciał też o tym mówić. Tylko tego jed­ne­go wie­czo­ru po­dzie­lił się ze mną swo­imi udrę­ka­mi – zro­bił to z resz­tą bar­dzo po­wierz­chow­nie – i zdra­dził swoje za­mia­ry. Naj­wię­cej jed­nak o tym co prze­ży­wał, do­wie­dzia­łem się wiele mie­się­cy póź­niej z listu, który na­pi­sał do cie­bie. Wiesz, o czym mówię. Zna­la­złem go w twoim skle­pie na pod­ło­dze.

***

To­ną­łem w ciem­no­ściach, póki nie przy­po­mnia­łem sobie, jak otwie­rać oczy. Le­d­wie to uczy­ni­łem, po­wi­tał mnie ból tak kosz­mar­ny, że nie mam sił, aby go opi­sy­wać. Moje ciało od szyi w górę sta­no­wi­ło jedną bryłę szkar­łat­ne­go bólu i na­tych­miast rzew­nie za­tę­sk­ni­łem za błogą nie­świa­do­mo­ścią.

Coś było nie tak.

Le­ża­łem na twar­dym łóżku, w po­ko­ju, któ­re­go nie po­zna­wa­łem. Ścia­ny na­pie­ra­ły na mnie ze wszyst­kich stron, a na są­sied­niej pry­czy po­chra­py­wał Detur. Spró­bo­wa­łem się pod­nieść, żeby na niego spoj­rzeć, lecz zaraz opa­dłem bezsilnie na po­dusz­ki, ła­piąc od­dech i wal­cząc z mdło­ścia­mi.

Coś było nie tak.

Unio­słem dło­nie, pod pal­ca­mi wy­czu­łem opa­skę z cien­kiej sia­tecz­ki pod­trzy­mu­ją­cą opa­trun­ki na uszach. Zmarsz­czy­łem brwi. I wów­czas, jak za­cu­mo­wa­ne okrę­ty wy­ła­nia­ją­ce się stop­nio­wo z gę­stej mgły, wró­ci­ły do mnie ostat­nie wspo­mnie­nia. Po­cząt­ko­wo były ma­to­we i odro­bi­nę nie­wy­raź­ne. Po­wo­li, w miarę jak się roz­bu­dza­łem, na­bie­ra­ły kon­tra­stu. Sta­now­czo zbyt szyb­ko, nie mia­łem szans się przy­go­to­wać.

Cmok­ną­łem na próbę z mocno bi­ją­cym ser­cem. Nic.

Z wa­ha­niem zbli­ży­łem rękę do jed­ne­go ucha i spró­bo­wa­łem pstryk­nąć pal­ca­mi. Znowu nic.

Za­mkną­łem oczy prze­ko­na­ny, że zna­la­złem źró­dło pro­ble­mu i zbyt zmę­czo­ny, by w pełni zro­zu­mieć jego kon­se­kwen­cje, jed­nak na­tręt­ne uczu­cie nie znik­nę­ło. Coś dalej było nie tak.

Otwo­rzy­łem oczy i aż za­par­ło mi dech w pier­siach. Nie sły­sza­łem zu­peł­nie nic.

Więc tak wy­glą­dał spo­kój? Po­czu­łem, jak moje usta roz­cią­ga­ją się w uśmie­chu. Nie pla­no­wa­łem się ogłu­szyć, to ostrze miało prze­ciąć mi gar­dło.

Niestety su­ge­stia po­tra­fi być per­fid­ną suką. Gdy tylko nada­łem nazwę mo­je­mu bra­ko­wi, zdra­dziec­kie dud­nie­nie za­brzmia­ło oży­wio­ne na po­gra­ni­czu mojej świa­do­mo­ści. Uśmiech spełzł mi z twa­rzy, chwi­lo­wa ra­dość znik­nę­ła bez śladu.

Wszyst­ko wró­ci­ło do po­kręt­nej normy. Znów je sły­sza­łem, me­lo­dyj­ne słowa wy­stu­ku­ją­ce rytm na nie­ist­nie­ją­cym tam­bu­ry­nie, który dla in­nych po­zo­sta­wał niemy, a mnie podraż­niał każdy nerw, do­pro­wa­dza­jąc na skraj sza­leń­stwa.

Na­praw­dę wie­rzy­łem, że byłem opę­ta­ny przez ka­wa­łek dziw­ne­go me­ta­lu. Póź­niej do­szły te sny i zro­zu­mia­łem, co mi ro­bi­ła. Obie­cy­wa­ła, ku­si­ła, uka­za­ła to, czego naj­bar­dziej pra­gną­łem i wło­ży­ła do ręki wie­dzę jak to osią­gnąć.

Nie pa­mię­tam, jak ani kiedy wsze­dłem w jej po­sia­da­nie. Była nie­zwy­kła. Nigdy wcze­śniej nie wi­dzia­łem po­dob­nej wa­lu­ty. Ani po­dob­ne­go krusz­cu, barwą przy­po­mi­na­ją­ce­go ni to brąz, ni to miedź. Na awer­sie wy­bi­to mi­nia­tu­ro­we serce ze wszyst­ki­mi de­ta­la­mi jak na ry­ci­nie ana­to­micz­nej. Re­wers zdo­bił jakiś znak – praw­do­po­dob­nie no­mi­nał, a ponad nim inne znaki ukła­da­ły się łu­kiem w napis, którego nie rozumiałem, rap­tem trzy wy­ra­zo­wy.

Nie chcia­łem jej obiet­nic. Prze­ra­ża­ły mnie. Słu­cha­jąc i mogąc uj­rzeć wła­sne pra­gnie­nia, prze­sta­wa­łem sie­bie po­zna­wać. Detur tak nie re­ago­wał, dla niego była to zwy­kła mo­ne­ta. Wie­lo­krot­nie trzy­mał ją w dło­niach, nie miała na niego wpły­wu.

Pró­bo­wa­łem po­zbyć się dziwadła, pod­rzu­cić komuś ob­ce­mu. Wstręt­ne, wiem, ale i da­rem­ne. Pró­bo­wa­łem, lecz nie mo­głem jej oddać. Po pro­stu nie mo­głem, za­wsze do mnie wra­ca­ła. A potem, kiedy cię zna­leź­li­śmy, Zie­la­rzu, kiedy ci ją od­da­łem, to wszyst­ko miało się skoń­czyć. Tak mi obie­cy­wa­ła, że nie bę­dzie jutra. Kłam­li­wa suka! Więc znów ją ode­bra­łem, z zemsty.

Pa­trzyłem na mo­je­go naj­droż­sze­go przy­ja­cie­la – jego wy­gła­dzo­ne ob­li­cze roz­ja­śnio­ne ła­god­nym uśmie­chem, po­licz­ki pod­bar­wio­ne ró­ża­nym ru­mień­cem. Spał tak spo­koj­nie, za­ku­ta­ny w koc pod sam czu­bek mięk­kie­go łuku brody, który tak ide­al­nie pa­sował do mojej dłoni. Cie­ka­we o czym śnił, pro­mie­niu­jąc har­mo­nią? Czy rze­czy­wi­ście ist­niał świat, choć­by w snach, wolny od per­ma­nent­ne­go ostrze­li­wa­nia obrzy­dli­wy­mi po­ku­sa­mi? Czy mia­łem dowód na wy­cią­gnię­cie ręki? Prze­łkną­łem go­rycz na­pły­wa­ją­cą mi do gar­dła; nawet jeśli, wy­gna­no mnie stam­tąd i wię­cej nie za­pro­szo­no.

Myślę, że wła­śnie ten mo­ment mnie łamie i pcha do dal­szych dzia­łań. Prze­błysk tego, co utra­ci­łem.

***

Mógł­bym przysiąc, że była druga kart­ka.

***

Medyk prze­su­wa dło­nią po spo­co­nym czole i z wes­tchnie­niem pod­no­si się z łóżka cho­re­go.

– Prze­bił jeden bę­be­nek, drugi wy­da­je się nie­usz­ko­dzo­ny. Gdyby chło­pak miał więk­szą od­por­ność na ból, pew­nie zdo­łał­by do­się­gnąć i jego. – Po­chy­la się nad Rol­gim i wska­zu­je pal­cem tobie oraz De­tu­ro­wi po­kie­re­szo­wa­ną mał­żo­wi­nę. – Ręka za bar­dzo mu się trzę­sła – tłu­ma­czy.

– Co to ozna­cza? – pyta Detur. – Wy­zdro­wie­je? Bę­dzie sły­szał?

– Na lewe ucho? Nie. Nie sądzę. Prze­ży­je pod wa­run­kiem, że nie wda się za­ka­że­nie. – Medyk wzdy­cha. – Licho jedno wie, jakie pa­skudz­twa po­kry­wa­ły to że­la­stwo. – Ze wstrę­tem trąca stopą twój szty­le­cik, spo­czy­wa­ją­cy na pod­ło­dze. Jego wąski czu­bek zna­czą rdza­we plamy.

Znaj­du­je­cie się w go­spo­dzie, w wy­naj­mo­wa­nym przez mło­dzień­ców po­ko­ju. Detur przy­niósł tu Rol­gie­go pro­sto znad ka­na­łu, pod­czas gdy ty przy­pro­wa­dzi­łeś le­ka­rza. Po­ko­ik jest mały, lecz schlud­ny. Znasz wła­ści­cie­la, więc nie oba­wiasz się, że mógł­byś opu­ścić to miej­sce z plu­skwa­mi na ubra­niu albo gni­da­mi we wło­sach. Na jed­nej z wą­skich pry­czy leży Rol­gie, wciąż nie­przy­tom­ny, przy­kry­ty szorst­kim kocem, z opa­ską pod­trzy­mu­ją­cą opa­tru­nek na gło­wie, zaś drugą, usta­wio­ną w prze­ciw­nym rogu po­ko­ju, zaj­mu­je Detur. Z łok­ciami wspartymi na ko­la­nach, czołem na dło­niach, pró­bu­je ukryć przed uzdrowicielem czer­wo­ne, za­puch­nię­te oczy, co jest zby­tecz­ne, po­nie­waż w pół­mro­ku jaki pa­nu­je w iz­deb­ce, ozna­ki jego żalu po­zo­sta­ją prak­tycz­nie nie­wi­docz­ne.

Wresz­cie medyk zbie­ra swoje in­stru­men­ty, a ty żegnasz go przy drzwiach i cze­kasz, aż na scho­dach ucich­ną kroki.

Tym­cza­sem Detur przy­go­to­wu­je chłod­ny kom­pres. Za­ma­cza ka­wa­łek ma­te­ria­łu w misce z wodą i do­kład­nie wy­ży­ma. Pa­trzysz spod drzwi, nie ru­sza­jąc się z miej­sca, jak de­li­kat­nie ście­ra pot z czoła Rol­gie­go. Hip­no­ty­zu­ją cię jego spo­koj­ne, na­tu­ral­ne ruchy, w które wkła­da tro­skę i uczu­cie. Rów­nie do­brze mógł­by skła­dać na czole ran­ne­go namiętne po­ca­łun­ki.

Nie­spo­dzie­wa­nie coś się w tobie budzi. Jakby zwie­rzę, które lata spę­dzi­ło po­grą­żo­ne w głę­bo­kim śnie pod ścia­ną ogrom­nej, ciem­nej ja­ski­ni. Prze­cią­ga się le­ni­wie, sze­ro­ko roz­wie­ra pasz­czę w po­tęż­nym ziew­nię­ciu, uka­zu­jąc świa­tu ostre zęby i nie­śpiesz­nie roz­dzie­la skle­jo­ne po­wie­ki.

To pra­gnie­nie, które du­si­łeś la­ta­mi wy­mu­szo­ną obo­jęt­no­ścią.

Na two­ich oczach Detur bez cie­nia skrę­po­wa­nia po­chy­la się nad Rol­gim i ca­łu­je go w usta.

Zwie­rzę we­wnątrz cie­bie szcze­rzy po­żół­kłe kły. War­czy z głębi gar­dzie­li.

Tak, to za­zdrość.

Z trudem prze­ły­kasz ślinę przez ściśnięte gardło.

– Dla­cze­go przy­szli­ście do mnie?

Detur nawet na cie­bie nie spo­glą­da.

– A do kogo mie­li­śmy iść? – bur­czy zi­ry­to­wa­ny. Zły. Albo go­rzej – za­wie­dzio­ny. Jakby runął ostat­ni ba­stion jego na­dziei ulo­ko­wa­nej na nie­wła­ści­wym fun­da­men­cie.

Czu­jesz się oso­bi­ście do­tknię­ty.

– Do me­dy­ka? Cu­dow­ne­go uzdro­wi­cie­la? Je­stem zwy­kłym zie­la­rzem. Sprze­da­ję zioła, nie leczę.

– To nie była moja de­cy­zja – od­po­wia­da Detur nie­mal oskar­ży­ciel­sko. – Do tam­te­go wie­czo­ru Rol­gie nie ży­czył sobie żad­nej po­mo­cy. Po­trze­bo­wał tylko mnie. – Wzdy­cha cięż­ko. Zanim wresz­cie unosi na cie­bie wzrok, spę­dza­cie chwi­lę w mil­cze­niu.

– Byłem na­iw­ny. Ta po­dróż miała go uzdro­wić.

Po­wo­li za­czy­nasz od­czu­wać zmę­cze­nie za­ist­nia­łą sy­tu­acją. Zbyt wiele myśli krąży ci po gło­wie. Nie mo­żesz po­wstrzy­mać iry­ta­cji.

– W jaki spo­sób?

Zbyt gwał­tow­nie. Twój agre­syw­ny ton spra­wia, że Detur – mimo, iż nie po­ru­szył się ani odro­bi­nę – od­su­wa się od cie­bie i na­tych­miast tra­ci­cie ten krót­ko­trwa­ły mo­ment szcze­ro­ści, na­ro­dzo­ny wsku­tek nie­szczę­ścia i po­trze­by bli­sko­ści. Wzru­sza apa­tycz­nie ra­mio­na­mi, jakby wasza kon­wer­sa­cja od po­cząt­ku miała cha­rak­ter przypadkowej ulicz­nej po­ga­węd­ki ze sta­rym zna­jo­mym, któ­re­go nie chcia­ło­by się za­sy­py­wać szcze­gó­ła­mi wła­snych pro­ble­mów.

– Cho­dzi­ło o jakiś wo­do­spad. Może wy­czy­tał coś w księ­gach, albo za­sły­szał, bo­go­wie wie­dzą gdzie, i ubz­du­rał sobie, że go wy­le­czy. Tani banał. Jak mo­głem dać się za­cią­gnąć na drugi ko­niec świa­ta w po­go­ni za tak bez­na­dziej­ną mrzon­ką?

– Wo­do­spad – po­wta­rzasz. Rze­czy­wi­ście nie ma to krzty sensu.

– Tak. I jesz­cze mo­ne­ta jak w opo­wie­ściach dla dzie­ci. Ma­gicz­ny wo­do­spad i cu­dow­na mo­ne­ta le­kar­stwem na ludz­kie nie­szczę­ścia.

Cho­ciaż głos De­tu­ra prze­peł­nia go­rycz, ty roz­dzie­wasz usta ze zdu­mie­nia. Prze­sta­jesz go słu­chać. Pa­ra­dok­sal­nie za­czy­nasz co­kol­wiek ro­zu­mieć. (Wresz­cie!) Przy­pad­ko­we zda­rze­nia ukła­da­ją się we wciąż nie­wy­raź­ny, ale coraz bar­dziej spój­ny obraz.

Detur do­ty­ka nie­śmia­ło pal­ca­mi po­licz­ka śpią­ce­go. Gła­dzi je piesz­czo­tli­wie. Zwie­rzę ryczy we­wnątrz cie­bie, a ty, po­dej­rze­wa­jąc w końcu, co się dzie­je, za­czy­nasz być au­ten­tycz­nie prze­ra­żo­ny.

– Kie­dyś po­wie­dział mi, że ciało to tylko klat­ka wzglę­dem ogrom­ne­go świa­ta. Osta­tecz­nie, w chwi­li śmier­ci, tylko się na niego otwie­ra – szep­cze, nie wia­do­mo czy do sie­bie, czy do cie­bie. Ale prze­cież i tak go już nie słu­chasz.

Wychodzisz bez po­że­gna­nia, le­d­wie po­wstrzy­mu­jąc się, by nie ­biec po schodach.

***

Opu­ści­łeś nas w takim po­śpie­chu, że prze­stra­szy­łem się, iż po­wie­dzia­łem za dużo. Tak też za­pew­ne było. Zwłasz­cza, gdy myślę o tym teraz, jak zmie­nia­ła się twoja twarz, nad którą nie da­wa­łeś rady za­pa­no­wać, kiedy stop­nio­wo praw­da prze­bi­ja­ła się przez grube mury, jakie wznio­słeś przez lata, aby za­po­mnieć o kosz­ma­rach z dzie­ciń­stwa i móc na nowo za­cząć w miarę nor­mal­nie żyć.

Zdra­dzę ci se­kret. Pa­mię­tasz nasze pierw­sze spo­tka­nie? Po­wie­dzia­łem, że tra­fi­li­śmy do cie­bie przy­pad­kiem, że był to głupi ka­prys Rol­gie­go. No cóż, kła­ma­łem, przy­naj­mniej po czę­ści. Rze­czy­wi­ście był to ka­prys Rol­gie­go, ale za­pla­no­wa­li­śmy go znacz­nie wcze­śniej. Od po­cząt­ku sta­no­wi­łeś cel na­szej po­dró­ży. Tam­te­go po­po­łu­dnia pod­rzu­ci­łem ci razem z za­pła­tą tę nienormalną mo­ne­tę, od któ­rej wariował Rol­gie. Dla­te­go czu­łeś się nie­swój przez cały ranek, w uszach ci szu­mia­ło i nie po­tra­fi­łeś przy­pi­sać tego ni­cze­mu poza na­ło­go­wi. Po­wo­li za­czy­na­ła opla­tać cię swo­imi lep­ki­mi mac­ka­mi. Nawet gdy znów ci ją ode­bra­no, wciąż dzia­ła­ła.

***

Pro­sto z go­spo­dy kie­ru­jesz się do portu. Nie od­czu­wasz dłu­żej pie­kiel­ne­go go­rą­ca, nie­zno­śne­go ni­czym w pa­le­ni­sku kuźni. Słoń­ce nie razi już tak bar­dzo, a wir prze­chod­niów prze­sta­je ist­nieć, mimo że zmie­rzasz pod prąd i co chwi­la mi­jasz się z kimś o włos. Za­ta­czasz się, chwiej­nie sta­wiasz kroki, więc biorą cię za pi­ja­ne­go. Oce­nia­ją, gdy wy­mio­tu­jesz do rynsz­to­ka.

Świat fa­lu­je ci przed ocza­mi, w ustach czu­jesz kwa­śny po­smak. Masz prze­moż­ną ocho­tę za­pa­lić, ale nie wzią­łeś ze sobą fajki ani suszu.

„Co ze mną bę­dzie?” – za­sta­na­wiasz się. A co ma być? Wy­ku­pisz miej­sce na po­kła­dzie, wró­cisz do domu, za­pa­lisz, spa­ku­jesz się, a o brza­sku uciek­niesz. Jak dzie­siąt­ki razy wcze­śniej.

My­ślisz o sproszkowanych list­kach czer­wo­ne­go maku, o roz­kosz­nym za­pa­chu dymu, jaki wy­dzie­la­ją, tląc się w twojej ka­dziel­ni­cy. Spo­glą­dasz na za­cu­mo­wa­ny okręt, in­ten­syw­nie my­ślisz o czer­wo­nych kwia­tach i po­wo­li, bar­dzo po­wo­li ogar­nia cię we­wnętrz­ny spo­kój.

Pierw­sze punk­ty planu re­ali­zu­jesz w stop­niu sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cym. Le­d­wie wra­casz do skle­pu, ry­glu­jesz drzwi i nie­zwłocz­nie uda­jesz się do sy­pial­ni po mak. Mo­głeś spa­ko­wać przy­naj­mniej parę nie­zbęd­nych szpar­ga­łów i za­cze­kać do rana w por­cie, w ta­wer­nie, gdzie nikt by cię nie szu­kał. W za­mian wsy­pu­jesz do ka­dziel­ni­cy wię­cej niż za­zwy­czaj. To stres po­łą­czo­ny ze stra­chem każe ci się­gnąć po ko­lej­ne szczyp­ty płat­ków, nawet gdy zda­jesz sobie spra­wę, że wy­star­czy. Wdy­cha­jąc gorz­ka­we opary, kła­dziesz się na łóżku i za­my­kasz oczy. Nie pla­no­wa­łeś za­sy­piać, a jed­nak tak się dzie­je.

Twoje sny są dziw­nie po­plą­ta­ne, jak kłę­bo­wi­sko ja­do­wi­tych węży. Pod wpły­wem słab­ną­ce­go dzia­ła­nia mo­ne­ty wraca w nich do cie­bie wszyst­ko. Pierw­sze senne ma­rze­nia po tym, jak wy­ło­wi­łeś z rzeki ka­mień…

Po­cząt­ko­wo były bar­dzo pięk­ne, nie­win­ne, pro­ste. Ran­kiem bu­dzi­łeś się szczę­śli­wy i pełny jak nigdy, na­bu­zo­wa­ny ener­gią do re­ali­za­cji ma­rzeń, uczu­ciem, które ście­ra­ła do­pie­ro późna ko­la­cja na­prze­ciw­ko matki, spo­ży­wa­na w at­mos­fe­rze cięż­kie­go mil­cze­nia. Cie­szy­łeś się tymi no­ca­mi przez dwa lub trzy spo­koj­ne lata, a każdy dzień przy­no­sił speł­nie­nie. Co byś zro­bił, gdy­byś do­wie­dział się w tam­tym cza­sie, po­mię­dzy za­ba­wa­mi z przy­ja­ciół­mi w opusz­czo­nym ry­bac­kim ku­trze, a coraz śmiel­szy­mi, nie­ła­twy­mi kra­dzie­ża­mi i wy­bry­ka­mi, że każdy udany plan miał swoją cenę? Ale prze­cież o tym wie­dzia­łeś, dziw­na brył­ka unie­ru­cho­mio­na w oto­cza­ku po­ka­zy­wa­ła ci wszyst­ko. Bry­lo­wa­łeś w ró­wie­śni­czym to­wa­rzy­stwie, pod­czas gdy w domu prze­ży­wa­łeś pie­kło tylko nieco więk­sze niż wcze­śniej. Ak­cep­to­wa­łeś to.

Potem za­czą­łeś prze­cho­dzić przez to samo co póź­niej mój Rol­gie. Byłeś zmu­sza­ny ob­ser­wo­wać sie­bie roz­dzie­ra­ne­go na ka­wał­ki. Za­prze­cze­nie. Prze­cież nie byłeś taki. Prze­cież sie­bie zna­łeś. To co ci po­ka­zy­wa­no… nie mo­głeś tego chcieć.

Pew­nej nocy przy­szedł sen, który – znów po­dob­nie jak z Rol­gim – za­wa­żył o wszyst­kim. Sen nie tyle strasz­ny, co ku­szą­cy. Tak ku­szą­cy, że na­sto­let­nie­go cie­bie aż roz­bo­lał brzuch na myśl, iż miał­byś go nie do­peł­nić, zwłasz­cza, że wło­żo­no ci do rąk do­kład­ne in­struk­cje. Jeden szko­puł – cena. Prze­ra­zi­ła cię bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek ja­kie­kol­wiek po­gor­sze­nie sto­sun­ków z matką. Nagle zro­zu­mia­łeś, że ten sen nie znik­nie z two­jej pa­mię­ci. Nie­ustan­nie bę­dziesz opie­rał się pod­su­wa­nej no­ca­mi po­ku­sie, no­to­rycz­nie oglą­dał coś, czego nie od­wa­żysz się mieć. Co po­win­no zo­stać za­ko­pa­ne głę­bo­ko w tobie samym, a nie od­dar­te z bez­piecz­nej osło­ny i uka­za­ne pu­blicz­nie. Że byłeś taki jak my.

Jedna de­cy­zja matki na­zna­czy­ła twój los. My­śla­ła, że we­dług le­gen­dy po­znasz przy­szłość i jej życie sta­nie się lep­sze. Od za­wsze wie­rzy­ła w po­dob­ne bred­nie.

Wtedy do snu wkra­da się jej twarz, uśmie­cha się do cie­bie.

Bu­dzisz się spo­co­ny w wy­mię­tej po­ście­li. Przez chwi­lę masz wra­że­nie, że się du­sisz. Płuca nie dają rady wy­peł­nić się po­wie­trzem, dy­szysz cięż­ko z ocza­mi wy­trzesz­czo­ny­mi na sufit wła­sne­go po­ko­ju. Serce ko­ła­cze się nie­spo­koj­nie, a ręce drżą, za­ci­śnię­te na brze­gu koca. Kiedy wresz­cie po­skra­miasz atak pa­ni­ki, za­ci­skasz zęby w bez­sil­nej nie­na­wi­ści.

Bez­błęd­ne wy­czu­cie od­po­wied­nie­go mo­men­tu to atut, który po­wi­nien być wy­ce­nia­ny w zło­cie. Nie­zmier­nie rzad­ki, ale też in­tu­icyj­ny, po­tra­fi na­giąć oko­licz­no­ści do woli szczę­śliw­ca, ukła­da­jąc wy­da­rze­nia po jego myśli z ła­two­ścią o ja­kiej innym się nie śniło. Ko­łat­ka ude­rza w drzwi wpa­so­wu­jąc łomot tuż za punk­tem kul­mi­na­cyj­nym emo­cjo­nal­ne­go roz­ża­rze­nia, a jed­no­cze­śnie za­trzy­mu­jąc twoją dłoń w po­ło­wie drogi do wo­recz­ka z su­szo­nym ma­kiem. Kilka minut wcze­śniej, a spa­ni­ko­wa­ny nie ru­szył­byś się z miej­sca, parę póź­niej – odu­rzo­ny po­my­ślał­byś, że biją dzwo­ny.

Tym­cza­sem nawet na mo­ment nie zwra­casz uwagi na to, że pora na od­wie­dzi­ny jest, de­li­kat­nie mó­wiąc, dość nie­po­praw­na. Zwle­kasz się z łóżka i lu­na­tycz­nym nie­mal­że kro­kiem od­naj­du­jesz drzwi. Po omac­ku od­su­wasz jedną za­suw­kę, potem drugą i wresz­cie wy­glą­dasz na ulicę. Księ­życ świe­ci bar­dzo jasno, przy­ku­wa twój wzrok w pierw­szej ko­lej­no­ści. Jego blask wy­raź­nie roz­świe­tla aleję, na któ­rej nie ma ży­we­go ducha, poza po­pie­la­tym ko­cu­rem. Skon­ster­no­wa­ny ga­pisz się chwi­lę, jak grze­bie w śmie­ciach są­sia­dów.

Nie za­uwa­żasz ko­per­ty, która spły­wa do twych stóp, wy­śli­zgnąw­szy się spo­mię­dzy za­wia­sów. W chwi­li, gdy za­czy­nasz się wy­co­fy­wać, cią­gnąc klam­kę, do­strze­gasz cał­kiem wy­raź­nie chudy cień od­kle­ja­ją­cy się od ścia­ny w górze ulicy. Przy­sta­je po­mię­dzy do­ma­mi, ską­pa­ny w sre­brzy­stym płasz­czu księ­ży­co­we­go bla­sku. Pa­trzy w twoją stro­nę. A może zwró­co­ny jest ple­ca­mi?

Dzie­lą­ca was od­le­głość oraz słab­ną­cy wzrok unie­moż­li­wia­ją ci pewną iden­ty­fi­ka­cję, masz za to prze­czu­cie. Coś cią­gnie cię do niego. Oczy­wi­ście za­miast po pro­stu wró­cić do środ­ka, sku­tecz­nie blo­ku­jesz zdro­we­mu roz­sąd­ko­wi doj­ście do głosu.

Nie­wie­le my­śląc, za­trza­sku­jesz drzwi za ple­ca­mi i ru­szasz w kie­run­ku ta­jem­ni­cze­go osob­ni­ka. Twoje ruchy są nie­pew­ne, jed­nak kiedy cień znika za ro­giem, za­czy­nasz biec. Po dro­dze gu­bisz kap­cie.

Jest śro­dek nocy, lu­dzie dawno śpią za­grze­ba­ni w cien­kiej po­ście­li, na dwo­rze pa­nu­je we­spół wycie wia­tru i szum fal. O tej porze nic do­bre­go nie może się wy­da­rzyć, le­piej zo­stać w domu i po­ło­żyć do snu, by nie czynić głu­pot. Tym­cza­sem bie­gniesz boso po chłod­nej bru­ko­wa­nej ko­st­ce, a stopy same niosą cię śla­dem noc­ne­go cie­nia. Pęd po­wie­trza miota twoją prze­po­co­ną ko­szu­lą i gdy­byś zwol­nił chłod­ny, orzeź­wia­ją­cy wia­tr na­tych­miast okradł­by twoje star­cze ciało z resz­tek cie­pła. Droga wie­dzie brze­giem ka­na­łu, przez most, dalej bul­wa­rem wzdłuż wody i sze­ro­ki­mi schod­ka­mi wy­ku­ty­mi w skale. Na ich szczy­cie urzą­dzo­no punkt wi­do­ko­wy, ro­biąc uży­tek z półki skal­nej. Wie­lo­krot­nie spo­glą­da­łeś stam­tąd na pa­no­ra­mę mia­sta oraz za­pcha­ny okrę­ta­mi port, du­ma­jąc nad wszyst­kim lub nad ni­czym. I kiedy tak pę­dzisz na ślepo, gnany nie­sły­szal­nym na­wo­ły­wa­niem, po raz pierw­szy za­czy­nasz świa­do­mie roz­po­zna­wać jej głos.

Wiem, prze­cież prze­by­łeś da­le­ką drogę, za­wsze za­cie­ra­łeś do­kład­ne ślady. Przed uciecz­ką za­ko­pa­łeś ją w lesie, a i tak w ta­wer­nie – setki mil mor­skich oraz kilka kró­lestw dalej – jakiś pijak pró­bo­wał za­pła­cić ci nią za piwo. Ucie­kłeś bez­zwłocz­nie; jak sta­łeś za kon­tu­arem, tak zaraz cię nie było. Wiele lat póź­niej, za cza­sów two­jej bez­tro­skiej wę­drów­ki jako włó­czę­gi-cza­ro­dzie­ja, mia­łeś mniej szczę­ścia. Ktoś pod­rzu­cił ci ją do czap­ki pod­czas wy­stę­pu na wiej­skim jar­mar­ku. Skry­ta po­mię­dzy gar­ścią drob­nia­ków zdo­ła­ła mu­snąć twoją skórę. Znów ucie­kłeś, lecz tym razem kilka dni drę­czy­ły cię kosz­ma­ry. Nim do­tar­łeś do naj­bliż­sze­go mia­sta, zmie­ni­łeś pro­fe­sję.

– Stój! – krzy­czysz urwa­nym gło­sem. Po­ko­na­nie scho­dów po­zba­wia cię tchu, serce sza­le­je w pier­si.

Chło­pak za­trzy­mu­je się, lecz nie dla­te­go, że mu ka­za­łeś. Stop­nie skoń­czy­ły się i sto­icie na nie­wiel­kim ta­ra­sie. Wresz­cie roz­po­zna­jesz Rol­gie­go. Opie­ra się o murek, się­ga­ją­cy mu le­d­wie do bio­der. Nie pa­trzy na cie­bie, nie od­wra­ca na dźwięk two­je­go głosu. Nie­pew­nie wy­chy­la głowę i spo­glą­da w dół. Wiesz, jaki obraz ma­lu­je się przed jego ocza­mi – spie­nio­ne fale, wy­sta­ją­ce skal­ne igli­ce, prze­past­na ciem­ność. Nie­mal czu­jesz ma­gne­tycz­ną po­ku­sę, która targa jego wy­obraź­nią, a ry­ko­sze­tem ude­rza także cie­bie. Wie­lo­krot­nie sta­łeś w tam­tym miej­scu. Pa­trzy­łeś w dół.

– Chłop­cze, nie rób nic głu­pie­go.

Rol­gie za­nu­rza dłoń w kie­sze­ni spodni i słowa za­mie­ra­ją ci na ustach. To ona. Czu­jesz jak wszyst­kie wło­ski na twoim ciele syn­chro­nicz­nie stają dęba. Prze­bie­ga cię dreszcz. Roz­kosz­ny dreszcz. Od dawna tak się nie czu­łeś, przez naj­lep­sze lata swo­je­go życia pró­bo­wa­łeś za­po­mnieć, jak to jest mieć cały świat u swo­ich stóp, osią­gal­ny na wy­cią­gnię­cie ręki. Chwiej­nie sta­wiasz pierw­szy krok.

Mu­sisz ją zo­ba­czyć. Mu­sisz mieć pew­ność.

– Daj mi ją.

Rol­gie nie roz­wie­ra pal­ców. Nie czyni nic, by spoj­rzeć na przedmiot trzy­many w dłoni. Wresz­cie unosi na cie­bie spoj­rze­nie bla­dych tę­czó­wek.

– Nie po­wi­nie­neś jej mieć – mówi bez­barw­nym gło­sem.

Śmie­jesz się ochry­ple.

– A kto po­wi­nien? – py­tasz, a potem wbrew sobie wy­le­wasz przed chłop­cem całą go­rycz. – Sam zna­la­złem rudę, z któ­rej ją od­la­no. Dla mnie. Matka za­dba­ła, bym do­stał go­dzi­wy uro­dzi­no­wy pre­zent. Nie uwie­rzył­byś chłop­cze, jak wy­bu­ja­łą wy­obraź­nię po­tra­fią mieć am­bit­ne ro­dzi­ciel­ki. – Czy kie­dy­kol­wiek do­wie­dzia­ła się, że le­gen­dy roz­no­szą bujdę rów­nie barw­ną jak bajki dla dzie­ci? Prze­klę­ta skarb­ni­ca złud­nie pięk­nych nie­do­rzecz­no­ści.

Chło­piec nie od­po­wia­da. Na jego ob­li­czu po­ja­wia się nie­pew­ność. Zmie­rza­jąc tu, pod­jął jakąś de­cy­zję, widać to wy­raź­nie, a teraz nie­po­rad­nie prze­ska­ku­je wzro­kiem od cie­bie na zbo­cze w dole, to znów na za­mknię­tą dłoń.

– Wy­rzu­cę ją – oznaj­mia. Jed­no­cze­śnie unosi rękę.

– Nie! – Rzu­casz się do przo­du i ła­piesz kościstą dłoń. Nie opie­ra się. Po­zwa­la, byś wy­łu­skał spo­mię­dzy jego pal­ców okrą­gły przed­miot, cho­ciaż prak­tycz­nie miaż­dżysz przy tym jego kru­chy nad­gar­stek. Prze­oczy­łeś fakt, że rów­nież wcze­śniej­szy ruch, miar­ku­ją­cy rzut, po­zba­wio­ny był za­pa­łu.

Po­stę­pu­jesz ir­ra­cjo­nal­nie, roz­wi­ja­jąc ka­wa­łek per­ga­mi­nu, któ­rym Rol­gie opa­ko­wał mo­ne­tę. Czy nie tego od mło­dzień­czych lat pró­bo­wa­łeś unik­nąć?

Sztyw­ny­mi pal­ca­mi wy­do­by­wasz z pa­pie­ru je­dy­ny dar, jaki kie­dy­kol­wiek spra­wi­ła ci matka. To ona. Barwy mie­dzia­no-brą­zo­wej, błysz­czą­ca, do­kład­nie taka jaką za­pa­mię­ta­łeś. Serce i napis, któ­re­go nawet po la­tach w po­dró­ży nie je­steś w sta­nie prze­czy­tać. Przez mo­ment wpa­tru­jesz się w nią urze­czo­ny.

– Twój przy­ja­ciel kie­dy­kol­wiek jej do­ty­kał? – py­tasz. Lecz nikt ci nie od­po­wia­da. Na ta­ra­sie zo­sta­łeś sam. Roz­glą­dasz się za Rol­gim, ale znik­nął. Za­sko­czo­ny opie­rasz się o murek w miej­scu, gdzie stał jesz­cze chwi­lę temu. Mo­ne­ta staje się cie­pła w do­ty­ku, kiedy tak ob­ra­casz ją w dło­niach. Nieco dalej, w dole, la­tar­nie wy­ła­wia­ją z mroku burty wielomasztowych stat­ków. Księ­życ prze­sła­nia gęsta, po­je­dyn­cza chmu­ra i wokół robi się na­praw­dę ciem­no. Sły­chać wzbie­ra­ją­cy grzmot fal, syk spie­nio­nej wody. Nawet po­wie­trze jakby zwil­got­nia­ło.

Wtedy znów na­cho­dzi cię pa­skud­ne prze­czu­cie. Nie­pew­nie zer­kasz na kra­wędź murku, ale nie masz od­wa­gi wy­chy­lić głowy i spoj­rzeć za nią. Praw­do­po­dob­nie w tych ciem­no­ściach uj­rzał­byś tylko białą pianę. Wbrew lo­gi­ce wy­obraź­nia pod­su­wa ci zu­peł­nie inne ob­ra­zy.

Księ­życ wy­ła­zi zza chmu­ry. Od­ska­ku­jesz jak użą­dlo­ny, nim przy­pad­ko­wo kątem oka wy­ło­wił­byś jakiś po­wy­krę­ca­ny kształt. Wciąż trzy­masz w dło­niach mo­ne­tę. Czu­jesz pod pal­ca­mi jej kar­bo­wa­ny brzeg, wy­pu­kło­ści wzoru; wi­bru­je nie­wy­tłu­ma­czal­ne. Spo­glą­dasz na nią, nie ro­zu­mie­jąc, dla­cze­go w ogóle chcia­łeś jej do­tknąć. Rol­gie miał rację, na­le­ża­ło się jej po­zbyć.

Cena za­wsze była za wy­so­ka. Prze­kra­cza­ła twoją wy­pła­cal­ność.

Nagle wzrok płata ci fi­giel. Łuk jesz­cze przed se­kun­dą bę­dą­cy bocz­ną kra­wę­dzią serca na re­wer­sie, uwy­pu­kla się, for­mu­jąc brzeg pro­fi­lu po­licz­ka i wą­skiej, ko­bie­cej bród­ki. Ku górze prze­cho­dzi płyn­nie w czoło z po­mi­nię­ciem nosa, który pod­świa­do­mie do­ry­so­wu­je twoja wy­obraź­nia. Na­czy­nia scho­dzą po tyle głowy ni­czym grube pukle wło­sów, które twoja matka tak bar­dzo pie­lę­gno­wa­ła. Z wrza­skiem upusz­czasz mo­ne­tę. Lecz nie­mal na­tych­miast zgar­niasz ją z bruku i ci­skasz z pełną siłą za kra­wędź urwi­ska.

Prze­le­wasz w ten gest prze­peł­nia­ją­cą cię go­rycz, żal, obrzy­dze­nie, tę­sk­no­tę. Mo­ne­ta nik­nie z oczu jesz­cze zanim mogła zdą­żyć za­nu­rzyć się w morzu. Do­brze wiesz, że to za mało. Mu­sisz wsiąść na sta­tek, który od­pły­wa o świ­cie. Uciec, od­da­lić się od jej wpły­wu.

Nie mo­żesz jesz­cze wie­dzieć, że tym razem nie uda ci się wyrwać ze szponów rozbudzonego pożądania. Tej nocy za­pa­lisz mnó­stwo maku, otu­ma­nio­ny na­mó­wisz swą sym­pa­tię na rejs, który nigdy się nie zakończy, ponieważ statek nie dopłynie do portu. Jakim cudem udało ci się prze­ko­nać oblubieńca, by po­rzu­cił do­tych­cza­so­we życie, nie mam bla­de­go po­ję­cia, ale prze­cież w gło­wie mia­łeś do­kład­nie za­pro­jek­to­wa­ny for­tel. Już od dłuż­sze­go czasu czułeś zbli­ża­ją­cą się mo­ne­tę. Twoje zbli­że­nie, pierw­sze od lat, nie było żad­nym przy­pad­kiem. A tamto po­łu­dnie, dzień po na­szym spo­tka­niu? Gdy sze­dłeś do portu, działałeś pod jej dyktando.

Cena zawsze była za wysoka, tak twierdziłeś. Przynajmniej, póki działałeś na trzeźwo.

***

Sam nie wiem, dla­cze­go roz­ma­wiam z mar­twym czło­wie­kiem. Bosman twierdzi, że to najlepszy sposób na poradzenie sobie ze stratą. Śmiem wątpić, skoro odkąd go znam, kleci w kółko ten sam list i wyrzuca zamknięty w butelce do morza.

Czy­tasz mi przez ramię i wście­kasz się, że piszę wy­ssa­ne z palca bzdu­ry? Przy­zna­ję, nie mam po­ję­cia, co na­praw­dę wy­da­rzy­ło się tam­tej nocy. Za­my­ka­łem oczy, wi­dząc przed nimi nie­spo­koj­ne, uśpio­ne ob­li­cze Rol­gie­go, a kiedy je znów otwo­rzy­łem, za oknem wsta­wa­ło słoń­ce, zaś jego nie było. Po­bie­głem pro­sto pod twój sklep. Tyle że cie­bie rów­nież nie było. Lu­dzie mó­wi­li mi różne rze­czy, po kilku tygodniach zło­ży­łem z nich w miarę spój­ną wer­sję wy­da­rzeń. Oto ona, spi­sa­na po­wy­żej. Wiele dziur wy­peł­ni­łem do­my­sła­mi. Resz­tę zo­sta­wi­łem.

Mo­ty­wy dzia­ła­nia mo­je­go przy­ja­cie­la po­zo­sta­ją nie­od­kry­tym roz­dzia­łem. Wy­god­nie jest my­śleć, że na nic nie mia­łem wpły­wu. „To ta mo­ne­ta wszyst­kie­mu jest winna”. Bar­dzo sta­ra­łem się od­dzie­lać życie na morzu od życia w ro­dzin­nym por­cie, ale być może w jakiś spo­sób od­krył, że czer­pa­łem po­dwój­nie. Prze­sta­łem przed sobą za­prze­czać, iż mo­głem do­pro­wa­dzić go do ta­kie­go fi­na­łu. Zawsze oczekiwał więcej niż potrafiłem mu dać.

Potrzebuję wersji, która pozwoli mi ruszyć dalej. Dlatego spisuję je kolejno, jak radził bosman, wkładam do butelki i wyrzucam do morza. Ta będzie czterdziesta siódma. Na razie wciąż nie jestem w stanie napisać do Rolgiego, więc listy kieruję do ciebie, Zielarzu. Wiem jednak, że kiedyś będę musiał to zrobić. Kto wie, może spróbuję w pięćdziesiątym. Albo sto pięćdziesiątym.

Koniec

Komentarze

Świetne opowiadanie Aryo, podobało mi się :) Styl, w jakim jest napisane wymaga pełnego skupienia przy czytaniu – mnie się podoba, tworzy spójną całość z treścią.

Narracja, po krótkiej adaptacji czytelnika w początkowej części tekstu, jest naprawdę strawna i w pewnej chwili przestałam zwracać na narratora uwagę, po prostu zagłębiając się w historię. W jednym miejscu mi zazgrzytało – w scenie toczącej się na moście. Tu Detur, jako narrator, jednocześnie opisuje siebie w trzeciej osobie, ale pada też:

Czy to twoja wina, że nie reagujesz od razu? Przysięgam, chciałbym móc zrzucić na ciebie całą odpowiedzialność, ale przecież też tam byłem. Ja także mogłem zrobić więcej.

Trochę się przez to pogubiłam przy dalszej analizie tekstu, ale tylko trochę ;)

Magdaland, dzięki za odwiedziny i miły komentarz :) Tym bardziej, że tekst do krótkich nie należy. Cieszy mnie, że się podobało :)

 

Czy to twoja wina, że nie reagujesz od razu? Przysięgam, chciałbym móc zrzucić na ciebie całą odpowiedzialność, ale przecież też tam byłem. Ja także mogłem zrobić więcej.

Trochę się przez to pogubiłam przy dalszej analizie tekstu, ale tylko trochę ;)

Przyznam, że spodziewałam się, iż może paść taki komentarz :D Rozważałam, czy nie zmienić tych paru zdań i nie ujawniać zawczasu narratora, aby nie siać niepotrzebnego zamętu, jednak parę osób czytało tekst wcześniej i nikt nie zwrócił na to uwagi, więc stwierdziłam, że może nie jest tak gryzący, jak mi się wydawało :) Może w takim razie rzeczywiście wprowadzę drobną poprawkę.

 

Tak, przyznaję się! Betowałem fantasy… Tekst nietypowy w formie :) Dla miłośników ludzkich namiętność ;) Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny

Hej, no świetna sprawa! Bardzo bogaty (ale i czytelny) język, obrazowy, według mnie to naprawdę dobra jakość pisania, szacunek. Umiejętnie wciągasz w historię, chce się czytać. Mimo, że to nie moje klimaty, zaznaczam. Ostatnio czytałem Piątą Porę Roku Nory Jemisin, ona tam stosuje podobny zabieg z narracją w drugiej osobie i późniejszym zdemaskowaniem narratora. Świetnie Ci to wyszło. Kurczę, klikałbym jak pro gamer w counter strike’a, ale niestety nie moge jeszcze :(

Dzięki, naprawdę dobra robota. 

No proszę. Zazwyczaj bardzo źle znoszę narrację drugoosobową, ale to najprawdopodobniej wina faktu, że mało kto potrafi ją dobrze zastosować. Ty zastosowałaś ją świetnie. Wszystko czyta się płynnie, a sam zabieg ma swoje uzasadnienie fabularne. Brawo. 

No i poza narracją cała reszta też mi się podobała. Naprawdę świetny, barwny język, sprawiający wrażenie zupełnie niewymuszonego. Do tego zgrabnie poprowadzona, logiczna fabuła. Widać, że wszystko jest tu dobrze przemyślane i praktycznie każdy element ma swój konkretny cel i wszystko tworzy tu sensowną całość. Do tego udało ci się zmieścić sporo emocji, jak Blacktom pisał – tekst dla miłośników ludzkich namiętności, ale jednocześnie wszystko to subtelne i nienachalne. No i na sam koniec bardzo podoba mi się sama główna oś tego opowiadania, czyli ta śpiewająca moneta odlana z jakiegoś przeklętego metalu. Sporo uroku ma ten pomysł, wprowadza taką nienachalną, oniryczną fantastykę. Trochę mi to przypominało motywy występujące w mandze/anime Mushishi

Świetne opowiadanie :D 

Naprawdę nie spodziewałam się tak pozytywnego odbioru :D Może dlatego, że im dłużej sama patrzyłam na to opowiadanie, robiłam to z rosnącą niechęcią, mając w głowie co i rusz kilka nowych pomysłów, jakby to zrobić lepiej, ciekawiej. Ostatecznie dałam sobie spokój i zajęłam kolejnym – może była to dobra decyzja :)

 

Blacktom – Ciebie również pozdrawiam :) I obiecuję więcej nie torturować betami fantasy :D

 

Łosiot – niezmiernie mi miło, że się podobało. Nieco ponad rok temu również czytałam Jemisin, było to moje pierwsze zetknięcie z tego typu narracją. Początkowo mocno mnie gryzła, ale potem szło się przyzwyczaić (zupełnie tak, jak pisała Magdaland). Pracując nad tym tekstem, pomyślałam, że poeksperymentuje z czymś nowym. Najwyraźniej nie wyszła totalna kaszana :D

 

Arnubisie – same miłe słowa! I jak się teraz skupić na nauce, kiedy takie komentarze tylko napędzają do dalszego pisania na Mitologię? ;( Tak długo było cicho tu pod opowiadaniem, że zaczęłam się zastanawiać, czy jednak nie jest za długie, albo zbyt oniryczne, tym bardziej cieszę się z odwiedzin. Na mandze i anime specjalnie się nie znam :c Szczytem było obejrzenie “Notatnika śmierci” – który bardzo mi się spodobał tak na marginesie. Ale z ciekawości zapoznam się chociaż pobieżnie ze wspomnianym przez Ciebie “Mushishi” :) (zwłaszcza że na pierwszy rzut oka po wygooglowaniu zapowiada się intrygująco)

Sam nie jestem jakimś wielkim ekspertem czy fanatykiem mangi/anime. Traktuje je jak każde inne medium, może być świetne i może być słabe, tylko to mnie interesuje. A że anime i mang jest masa, to i perełek jest parę do wyłowienia :D Mushishi zawsze chyba pozostanie dla mnie niedoścignionym wzorem jeśli chodzi o klimat i budowę onirycznego świata, i nie mówię tu tylko o anime, tylko ogólnie o wszelkiej twórczości :D 

A jeśli chodzi o ciszę pod opowiadaniem – to chyba troszkę wina tego, że ledwo co się Geofantastyka skończyła, a już ludzie wrzucają teksty na Mitologię i przez to większość czytelników patrzy głównie na teksty konkursowe. Mam nadzieję że jeszcze wielu tu przyjdzie, bo warto :D 

większość czytelników patrzy głównie na teksty konkursowe

Sama w tej chwili tak robię, mimo że w kolejce czeka parę starszych tekstów :D

Hej, co do ciszy pod opowiadaniem, to, aryo, myśle, że tu się jeszcze zrobi głośno. Przeczytałem to dziś jeszcze raz, bo mam czas (siedzę na konferencji :P) i utwierdzam się w przekonaniu, że to jeden z lepszych tekstów, na jakie tu trafiłem, a przeczytalem ich już ponad 40 (wiem, to mało tak naprawdę). Co do Jemisin i tej 5tej Pory Roku – wydaje mi się, że w Twoim dziełku narracja w drugiej osobie sprawdza się lepiej, bo to krótka forma. U niej WTF towarzyszące mi przez kilkaset stron aż do wyjaśnienia, kto jest narratorem, było męczące i irytujące. U Ciebie dowiadujemy się stosunkowo szybko dlaczego akurat tak. I dlatego to nie razi. 

 

Łosiot, (odmieniać, nie odmieniać, a jeśli odmieniać, to jak odmieniać? :D), jest tu dużo świetnych tekstów wink Chyba więcej niż w czasach, kiedy zaczynałam przygodę na tym portalu. A Jemisin przez całą trylogię utrzymuje styl narracji, i o ile drugą jeszcze się spoko czytało, to w trzeciej znów zaczynasz mieć dość :P

 

Edit: chyba już nic się tu nie wydarzy :(

Tak tragicznie raczej nie będzie. :)

Opowiadanie zdążyłem już przeczytać, do środy powinienem nadrobić zaległe komentarze, więc wtedy też (najpóźniej) zjawię się z opinią i poleceniem do biblioteki.

Widzę, że pięć osób dodało Twój tekst do kolejki, więc chyba nie będę jedynym odwiedzającym. :-)

 

Aryo, średnia pociecha, wiem. Ale pamiętaj, Twoje opowiadanie jest tym, do którego dałem mojego pierwszego bibliotecznego klika ever. I dostaniesz wkrótce komentarz od CM 'a, z doświadczenia wiem, że warto czekać. I w ogóle głową do góry, napisałaś kawał świetnego opowiadania! Piszesz już kolejne?

No to jestem zgodnie z zapowiedzią. Pewnie powinienem edytować poprzedni komentarz, ale chciałem mieć pewność, że moja wizyta zostanie zauważona. :-)

Na początek dwa spostrzeżenia.

Potem…jesteś tak wściekły, że nie myślisz, co będzie potem.

Zabrakło mi tu spacji.

– To nie działa! Obiecała, że zadziała, a nie działa!

Dziwnie mi się czytało to zdanie z takim nagromadzeniem rymów. To celowe?

 

Tyle uwag wstępnych. Ponieważ pojawiam się u Ciebie pierwszy raz, tradycyjnie zaznaczę, że mój komentarz jest czymś w rodzaju opinii laika. Nie mam zbyt wielkiego pojęcia o pisaniu, więc na fachowe uwagi z mojej strony raczej bym nie liczył. Skupię się wyłącznie na odbiorze tekstu i towarzyszących mu odczuciach.

Do rzeczy.

Fajna, ciekawa, przemyślana historia, choć delikatnie nie w moim guście. Narracja, z którą nie spotykam się na co dzień, wymagała kilku chwil przyzwyczajenia. Czytało się jednak zupełnie dobrze. I płynnie, co najważniejsze. Narracja zaś o tyle w końcowym odbiorze przypadła mi do gustu, że bardzo lubię w literaturze elementy niestandardowe (czytaj: rzadko dla mnie spotykane) czy eksperymentalne. 

O bogatym, barwnym języku było już sporo, więc nie ma chyba potrzeby powtarzać za przedpiścami. W każdym razie jest to mocny punkt opowiadania. W samym tekście widać wyraźny pomysł tak na konsekwentnie budowaną fabułę jak i poszczególnych bohaterów. Każdego z nich można jakoś scharakteryzować, każdy budzi jakieś emocje, choć chyba żaden nie zapadnie mi w pamięć na jakoś szczególnie długo. Początek delikatnie mi się ciągnął, ale później wszystko już zaskoczyło. “Wciągnęło”, znaczy.

Podsumowując. Bardzo solidne, umiejętnie napisane opowiadanie. Taki całkiem przyjemny “umilacz” sobotniego popołudnia.

Pozdrawiam.

Magia. Znów mam dwa kliki. Teraz dwa kliki, komentarz później.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki, Łosiot :) Doceniam wyróżnienie, żeby nie było że nie. I tak, piszę, musiałam zrobić przerwę na mitologię, z którą ostatecznie i tak nie wyrobiłam, ale ja to jestem z tych wolnych “pisaczy” :)

 

CM, dziękuję za wizytę, spacyjka poprawiona. Tak rzuciłam mini-żalem w eter, ale nie sądziłam, że ktoś “usłyszy”, a zwłaszcza tak szybko odpowie. Cieszy mnie bardzo, że się podobało. Patrząc po komentarzach okazuje się, że coś [czytaj:narracja] co – jak myślałam – będzie dość dużą barierą do pokonania i mogłoby zniechęcić do lektury, zadziałało wręcz odwrotnie. Podczas bety padła też uwaga dotycząca niewyrazistości bohaterów, może rzeczywiście na piśmie nie są mocno kontrastowi, więc fajnie że znalazłeś w nich coś, co jednak poniekąd ich charakteryzowało. Starałam się każdego w jakiś sposób wyodrębnić, ale najwyraźniej nie wychodzi mi to jeszcze odpowiednio dobrze :)

Ja również lubię eksperymenty – zarówno w czytaniu jak i we własnych zmaganiach. Wprowadzają dodatkową iskrę do pracy.

 

– To nie działa! Obiecała, że zadziała, a nie działa!

Dziwnie mi się czytało to zdanie z takim nagromadzeniem rymów. To celowe?

Ups, zupełnie nie zwróciłam uwagi na wybrzmienie. Przyjrzę się temu. Dzięki za komentarz :) No i za nominacje do biblio, oczywiście:)

 

Marasie, witaj :) To tak można dwa razy klikać? ;o Dziękuję i spokojnie czekam na komentarz :)

EDIT: taką magię to ja rozumiem :D

 

 

 

Nie masz nawet pojęcia[+,] o czym śniłeś.

Dobrze się czyta, tylko ostatecznie nie zrozumiałam.

Żałuję, że nie mogę podzielić entuzjazmu wcześniej komentujących, ale chyba nie zrozumiałam opowiadania, bo nic mi się tu nie chce złożyć do kupy, w dodatku specyficzna narracja zupełnie nie przypadła mi do gustu. :(

 

Przez nie­uwa­gę trą­casz stopą sło­iczek z per­fu­mo­wa­ny­mi pa­tycz­ka­mi, z nie­wia­do­me­go po­wo­du sto­ją­cy na pod­ło­dze przed kon­tu­arem za­miast na nim, i cała za­war­tość roz­sy­pu­je się po oko­li­cy. –> …i cała za­war­tość roz­sy­pu­je się wokoło.

 

Ani Detur, ani ty nie ro­bi­cie nic, by mu pomóc. […] Oboje wpa­tru­je­cie się w bez­ru­chu… –> Piszesz o dwóch mężczyznach, więc: Obaj wpa­tru­je­cie się w bez­ru­chu

Oboje to mężczyzna i kobieta.

 

Umó­wi­li­śmy się w sta­rym ogro­dzie na ty­łach kró­lew­skie­go zamku, oboje zna­li­śmy to miej­sce od pod­szew­ki. –> …obaj zna­li­śmy to miej­sce od pod­szew­ki.

 

napis, któ­re­go nie ro­zu­mia­łem, rap­tem trzy wy­ra­zo­wy. –> …napis, któ­re­go nie ro­zu­mia­łem, rap­tem trzywy­ra­zo­wy.

 

Detur do­ty­ka nie­śmia­ło pal­ca­mi po­licz­ka śpią­ce­go. Gła­dzi je piesz­czo­tli­wie. –> Dotyka jednego policzka, więc: Gła­dzi go piesz­czo­tli­wie.

 

praw­da prze­bi­ja­ła się przez grube mury, jakie wznio­słeś przez lata… –> …praw­da prze­bi­ja­ła się przez grube mury, które wznio­słeś przez lata

 

To stres po­łą­czo­ny ze stra­chem… –> Nie wydaje mi się, aby stres był właściwym słowem w tym opowiadaniu.

 

Tak ku­szą­cy, że na­sto­let­nie­go cie­bie aż roz­bo­lał brzuch… –> Słowo nastoletni nie ma racji bytu w tym opowiadaniu. Powstało dopiero w drugiej połowie XX wieku.

 

pora na od­wie­dzi­ny jest, de­li­kat­nie mó­wiąc, dość nie­po­praw­na. –> Nie wydaje mi się, aby pora na coś mogła być poprawna lub nie.

Proponuję: …pora na od­wie­dzi­ny jest, de­li­kat­nie mó­wiąc, dość niewłaściwa/ niestosowna/ nieodpowiednia.

 

Tym­cza­sem bie­gniesz boso po chłod­nej bru­ko­wa­nej ko­st­ce… –> Brukowana może być ulica, ale nie kostka.

Pewnie miało być: Tym­cza­sem bie­gniesz boso po chłod­nej bru­ko­wej ko­st­ce

 

– Stój! – krzy­czysz urwa­nym gło­sem. –> Raczej: – Stój! – krzy­czysz urywa­nym gło­sem.

 

Czu­jesz pod pal­ca­mi jej kar­bo­wa­ny brzeg, wy­pu­kło­ści wzoru; wi­bru­je nie­wy­tłu­ma­czal­ne. –> Co to znaczy, że niewytłumaczalne wibruje?

A może miało być: …wi­bru­je nie­wy­tłu­ma­czal­nie.

 

Na­czy­nia scho­dzą po tyle głowy ni­czym grube pukle wło­sów, które twoja matka tak bar­dzo pie­lę­gno­wa­ła. –> Jakie naczynia?

 

Już od dłuż­sze­go czasu czu­łeś zbli­ża­ją­cą się mo­ne­tę. Twoje zbli­że­nie… –> Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Anet, dziękuję za wizytę :)

Regulatorzy – bardzo dziękuję za wyłapanie baboli, jutro poprawię :) Szkoda, że nie przypadło do gustu, ale liczyłam się z takim odbiorem narracji. Może następnym razem (z tradycyjną narracją 1– lub 3-os :P).

 

I teraz pytanie do Was obu – czego nie zrozumiałyście? Co wyjaśnić? Jako że jesteście pierwsze, akurat jedna po drugiej, dla których treść jest niejasna, nie za bardzo wiem z marszu, gdzie był problem? :)

Nowa Fantastyka